* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 7 maja 2024

Opowieści o porach roku

Kropka, Warszawa 2024.

Zmiany

To powrót do klasycznych form i klasycznych treści. Duży i bogato ilustrowany tomik „Opowieści o porach roku” to propozycja dla dzieci, które lubią przed snem posłuchać wyciszających i kojących opowieści, niedługich, niekoniecznie tendencyjnych i pozbawionych wstrząsów czy nadmiaru wrażeń. Nie oznacza to, że wolnych od uczuć i emocji bohaterów – każdy przeżywa coś ważnego. Nie ma tu natomiast dodatkowych ograniczeń: postaciami przyciągającymi do opowiadań mogą być dzieci, zwierzęta, a nawet… zjawiska pogodowe. To prawo bajki: wszystko może zostać zantropomorfizowane, jeśli posłuży konkretnej historii. A historie opowiadane są przez czterech autorów w czterech dużych częściach – każda część odpowiada jednej porze roku i każda zawiera cztery opowiadania tematycznie powiązane trochę ze zmianami w przyrodzie. Wszystko zatem zostaje dokładnie przemyślane w ramach konstrukcji, dalej ograniczeniem jest jedynie wyobraźnia autorów.

Na wiosnę można się spodziewać powitań i zaskoczeń – tak jest w przypadku przygody Munira, który nie dostrzega żadnych przemian, dopóki nie powróci Marcelka. Munir czeka na Marcelkę, czytelnicy będą czekać na rozwiązanie zagadki, kim ona dla bohatera jest. Ale wiosna to też wiosenne porządki – podczas których można niechcący coś spsocić. Jeśli przy okazji wyjdzie na jaw tajemnica babci – może warto? Pszczoły muszą dać nauczkę niedźwiedziowi (który depcze ich kwiatki), a Paulina… walczy z alergią, bo na wiosnę wszystko pyli. Lato to plaża, kolonie, oglądanie gwiazd, albo… ratowanie planety, zaśmieconej w sposób koszmarny. Jesień inspiruje do tworzenia opowiadań o spadających z drzew liściach, o wietrze czy o zwierzętach zapadających w sen zimowy – ale jest tu też pewien ślimak, który zamierza wygrać odważny zakład. Zima to – rzecz jasna – zimowe rozrywki na śniegu. Ale nie tylko. Każda historia przedstawiona w tej książce ma swoje ważne dla dzieci przesłanie, ale nie ma tu moralizowania czy szukania na siłę aspektów wychowawczych – liczy się samo przeżywanie razem z bohaterami przygody i doświadczanie tego, co stało się udziałem postaci. Dzieci mogą czytać tę książkę samodzielnie albo słuchać (na przykład przed snem) wybranych bajek – jedne polubią bardziej, inne mniej – bo też i zmienny rytm pozwala na wskazywanie ulubionych realizacji. Do opowiadań dołączone są ilustracje – i znów cztery zespoły (ekipy lub ilustratorzy) pracują nad tym, żeby trafić do wyobraźni i przekonania maluchów i żeby zapewnić im jak najwięcej wrażeń podczas czytania. Obrazki są tradycyjne, chociaż czasami tworzone z rozmachem – tak, żeby ukazać ogromną przestrzeń. Innym razem wybiera się tu zbliżenia na bohaterów, albo na ich emocje – liczy się przede wszystkim powiązanie z dynamiką tekstu i eksponowanie ciepłego humoru. W końcu opowiadania z tego tomu są przyjazne dzieciom, nie mogą prowadzić do nadmiernych emocji, raczej – uspokajają i dostarczają materiału do przemyśleń albo marzeń. Co ciekawe, w czasach, w których literaturą czwartą rządzi pościg za odkryciami i przełomami, powrót do klasycznych form może najlepiej się sprawdzić.

poniedziałek, 6 maja 2024

Marta Guzowska: Detektywi z Tajemniczej 5 kontra duchy. Zagadka Łysej Góry

Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.

Nowoczesność

Marta Guzowska podróżuje z małymi czytelnikami po Polsce, odkrywając miejsca, które słyną z duchów, zjaw i niewyjaśnionych zjawisk. Tym razem proponuje przyjrzenie się czarownicom – „Zagadka Łysej Góry” to bardzo umiejętne połączenie dawnych przekonań i nowatorskich rozwiązań. Nie chodzi bowiem o tropienie baśniowych istot, a o odkrycie, kto zabrał drogi projektor pozwalający na wyświetlanie hologramów. Projektor jest potrzebny do pokazu: trzeba zainscenizować przelot czarownicy nad Łysą Górą. Przynajmniej takie są plany na festyn, pan Robert przygotowuje się do zaskoczenia widzów i sprawienia im sporej niespodzianki – w końcu hologram to coś znacznie lepszego niż tradycyjny film. Niestety szefowa pana Roberta z niewiadomych przyczyn nie chce używać projektora i nie zgadza się na przelatujące nad głowami czarownice. Konflikt nie ma szans narastać, bo projektor niezbędny do pokazu znika. Ale na miejscu są Anka z Piotrkiem i Jagą, więc mogą natychmiast przystąpić do śledztwa – spisywać dane, wyciągać wnioski, zadawać pytania i obserwować. W końcu dzieci nikt nie traktuje poważnie, więc młodzi bohaterowie mają spore szanse na dotarcie do prawdy.

Kolejny tom serii – a właściwie kontynuacji serii – Detektywi z Tajemniczej 5 kontra duchy – budowany jest podobnie jak do tej pory, chociaż zmniejsza trochę Marta Guzowska liczbę zagadek pojawiających się w klauzulach rozdziałów. Nie chce zanudzać odbiorców schematycznością tomików i powtarzalnością rozwiązań – jak stało się choćby w przypadku przygód Lassego i Mai. Zmienne tempo akcji i konstrukcja rozdziałów pozwalają każdą kolejną książkę czytać z dużym zainteresowaniem. Autorka zadba oczywiście o to, żeby dzieci mogły poćwiczyć logiczne myślenie i spostrzegawczość – kilka razy wprowadza pytania o to, co lub dlaczego się stało (i kilka możliwych wyjaśnień) – a następny rozdział rozpoczyna od subtelnego podania prawidłowej odpowiedzi. Dzięki temu wszyscy chętni mogą sprawdzić się w procesie dedukcji, a ci, którzy nie mają ochoty na interaktywną lekturę, nie zostaną z akcji wytrąceni. Dobrze Marta Guzowska prowadzi narrację – wie, jak przyciągać dzieci i jak zapewnić im rozrywkę nie tylko lekturową.

Przy okazji autorka zaprasza do zwiedzania. Podpowiada, w jakie miejsca warto się wybrać i co zobaczyć, przygotowuje trochę najmłodszych odbiorców na atrakcje turystyczne i na piękno dawnych wierzeń czy przekonań – w końcu przez takie opowieści może reklamować kolejne tereny i uwrażliwiać na polską kulturę. Funduje dzieciom przygodę – w której uczestniczą odbiorcy na równi z bohaterami książki. Autorka podpowiada nawet, jak przystępować do rozwiązywania zagadek: nie ukrywa przed czytelnikami całego procesu zbierania danych czy spisywania ich i analizowania, żeby dzieci mogły dowiedzieć się, na czym polega prowadzenie amatorskiego śledztwa. Marta Guzowska traktuje swoich czytelników z powagą i to się dobrze sprawdza – kolejna drobna historia będzie się podobać odbiorcom i zachęci do czytania dla przyjemności. Ilustracje Asi Gwis pozwalają jeszcze bardziej zdynamizować opowieść, tak, żeby dzieci nie miały wrażenia, że muszą przedzierać się przez długie bloki tekstu – zresztą część komentarzy właśnie do rysunków przenika, dzięki czemu całość staje się spójna i atrakcyjna.

niedziela, 5 maja 2024

Juan Villoro: Miasto Meksyk. Poziomy zawrót głowy

bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2024.

Magia miejsca

Juan Villoro odchodzi od przewodnikowego czy reportażowego przedstawiania miasta – miejsca ważnego dla siebie. Stawia za to na eseje, które przesyca nie tylko wiedzą na temat Meksyku, ale też własnymi doświadczeniami, przemyśleniami, lekturami i obserwacjami. Zamiast zastanawiać się nad tym, jaki Meksyk jest obiektywnie, przedstawia go we własnej wersji – owszem, zakorzenionej w osobistej perspektywie, ale też zahaczającej o lokalne zwyczaje czy głosy innych. Nie ma tutaj żadnych typowych prezentacji: geograficzne i historyczne uwarunkowania się nie liczą – ważna jest atmosfera, istota miasta, oddawana w tematycznych esejach. I dzięki temu Juan Villoro od początku przyciąga czytelników. Pisze niespiesznie – zresztą teksty składające się na książkę i materiały do niej zbierał autor przez dekady – a to owocuje doskonale przemyślanymi, trafnymi wywodami. Tylko tak można oddać wielokulturowość Meksyku i jego wewnętrzne splątanie. Tylko tak można przemycać zachwyt bez posądzeń o jednokierunkowość komentarzy. Tu ożywają literackie obrazy i zakodowane w umyśle scenki, wszystko zyskuje wymiar symboliczny i podlega wielowymiarowej lekturze. Taką lekturę przekazuje Villoro odbiorcom – zaprasza do wspólnego zwiedzania i odkrywania tego, co mniej oczywiste. Nie ma tu znaczenia wytyczanie ścieżek i tras ani dzielenie się prywatną topografią: Meksyk wyobrażony jest równie ważny jak Meksyk faktyczny, a z tego połączenia wyłania się najbardziej złożona, a przecież i najbardziej atrakcyjna całość. Przez własne życie Villoro pozwala poznawać społeczne i czasowe przemiany – sięga do swojego dojrzewania, a właściwie do tych jego elementów, które nierozerwalnie wiążą się z miastem. Równie często posiłkuje się wyobraźnią reżyserów, pisarzy czy artystów – Meksyk funkcjonuje na wiele sposobów. Jedno się powtarza: nielinearność miasta, wizja szarpana, pozbawiona ciągłości – to autor podkreśla co jakiś czas i temu poświęca sporo uwagi. Ten motyw także wyjaśnia sięganie po hybrydową formę tekstów – nie ma tu przecież jednolitych komentarzy, powtarzalności w budowaniu szkiców – ważne są swobodne skojarzenia. Które jednak porządkuje autor za sprawą potężnej dyscypliny myślowej. Tu nie ma przypadku w ramach samych esejów: autor doskonale wie, do jakiego celu dąży i tylko dzięki temu może uniknąć chaosu w strumieniu danych. Żongluje informacjami i przeżyciami, budując teksty nieobojętne dla czytelników – bez względu na to, czy są oni emocjonalnie związani z Meksykiem czy też nie. Chociaż autor wykorzystuje mnóstwo osobistych spostrzeżeń, stawia na konkrety i na rzeczową narrację. Przesyca tom wiadomościami – a jednocześnie nadaje im taką formę, że nie ma wrażenia sztuczności czy cytowania podręczników, to prawdziwe literackie doświadczenie. Proza jest tutaj gęsta i przy tym bardzo staranna, co przekłada się na bardzo przyjemną lekturę. „Miasto Meksyk. Poziomy zawrót głowy” to spotkanie z inną rzeczywistością – która staje się zrozumiała właśnie po takim tłumaczeniu kontekstów i istoty miejsca. Juan Villoro radzi sobie wyśmienicie z tworzeniem niezwykłego literackiego przewodnika – z tą książką raczej nie podróżuje się i nie przemierza ulic, ale bez ruszania się z miejsca można przeżyć wielką przygodę i poznać faktycznie zjawisko. W tę lekturę się wpada: łatwo się w niej zanurzyć i zatracić, to propozycja dla wszystkich stęsknionych za starannymi, dokładnymi i ciekawymi tekstami. Warto spróbować – nawet jeśli ktoś nie interesuje się Meksykiem jako takim – z uwagi na jakość narracji.

sobota, 4 maja 2024

Gérard Moncomble, Paweł Pawlak: Moko. Najśmieszniejszy klaun na świecie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.

Nosek

Gérard Moncomble i Paweł Pawlak stworzyli kolejny książkowy hit, publikację, która przejdzie do historii i powinna zgarniać nagrody. „Moko. Najśmieszniejszy klaun na świecie” to obrazkowa opowieść o depresji i powrocie do zdrowia – i o tym, dlaczego inni ludzie są potrzebni do funkcjonowania. Fabuła wydaje się banalnie prosta: oto cyrk (w tomiku można znaleźć też ważny przekaz do małych miłośników cyrku – jeśli dzieci lubią taką formę rozrywki, powinny wybierać tylko te przedstawienia, w których nie biorą udziału zwierzęta – żeby nie popierać znęcania się nad żywymi stworzeniami), a w cyrkowych pokazach bierze udział klaun Moko. To klaun Moko przyciąga tłumy – jest w końcu najśmieszniejszym klaunem na świecie, wszyscy chcą go obejrzeć. Tyle że sam klaun Moko gubi sens swoich działań. Coraz mniej cieszą go występy, coraz bardziej przytłacza rzeczywistość. A jeśli ktoś sam jest smutny, nie będzie w końcu mógł rozbawiać innych. Ale nie w braku możliwości wypełniania zawodowych obowiązków leży problem – okazuje się on bardziej poważny, bo oto klaun Moko… rozpada się na kawałki. Każda część jego ciała oddziela się od klauna, tak, że w końcu z Moko pozostaje mała czerwona kulka – nosek.

I byłaby to historia tragiczna, jakich wiele w dorosłym świecie, a niekoniecznie w dziecięcej świadomości – ale zwłaszcza dzieci są uważnymi obserwatorami. Na widowni podczas pokazów siedzi Bo, mały chłopiec, który widzi więcej niż inni. To Bo przypuszcza, że coś złego dzieje się z klaunem Moko – a kiedy znajduje klauni nosek, zyskuje pewność. Nie zamierza jednak rozpaczać ani użalać się nad bohaterem – po prostu pomaga mu się pozbierać, poskładać do kupy wszystkie części Moko, tak, żeby klaun był znowu sobą. To trudna praca – ale wykonywana w zespole (w końcu nic o Moko bez Moko) wydaje się znacznie prostsza. Bo zostaje wielkim przyjacielem Moko, a kiedy klaun ma kogoś, z kim może dzielić smutki i radości… tych pierwszych pojawia się znacznie mniej. Smutek, który wylągł się z samotności przemija – co daje nadzieję na przyszłość.

Pawlak i Moncomble opowiadają tę historię przy użyciu minimum słów. Czasami tylko wprowadzają dodatkowy komentarz, który ma uświadomić odbiorcom, że warto cofnąć się w lekturze i sprawdzić, czy czegoś nie przeoczyli. Ale najważniejsze rzeczy rozgrywają się na ilustracjach: to dzięki nim dzieci mogą oswoić się z pojęciami abstrakcyjnymi (tutaj: mocno dosłownymi) i zrozumieć znacznie więcej niż przy posługiwaniu się hasłami ze świata dorosłych. Nie trzeba znać pojęć psychologicznych, żeby zorientować się w istocie problemu klauna Moko, a jednocześnie… można je znać i zachwycać się tą historią. Pawlak i Moncomble tworzą publikację kierowaną do wszystkich – bez względu na wiek i na czas. Niezależnie od tego, czy Moko choruje na depresję, wypalił się w zawodzie czy po prostu jest smutny, samotny i zrezygnowany – liczy się recepta na jego zmartwienia (a wcześniej – pokazanie jego sytuacji). Dzieci przyciągnie sam temat cyrku – i postać klauna. Natychmiast jednak zostaną wprowadzone w świat magiczny, atrakcyjny przez swoje niespodzianki i atmosferę.

Tekst jest tu mocny (chociaż maksymalnie skondensowany, nie ma miejsca na poszukiwania sensu: wszystko musi trafiać idealnie w punkt), ale jeszcze lepsze stają się ilustracje, które siłą rzeczy przejmują sporą część narracji. Paweł Pawlak stawia na dynamikę picture booka: chociaż posługuje się symbolami (na przykład spodnie klauna stanowią taki czytelny sygnał obecności bohatera), to modyfikuje ich kształty, wprowadza odrobinę realizmu do samych przedmiotów, które - animizowane - zyskują nowe sensy. Obaj autorzy fundują czytelnikom emocjonalną i mocną opowieść, w której można się zatracić. Po raz kolejny okazuje się, że można w literaturze czwartej przedstawić każdy temat – nawet najtrudniejszy. Wystarczy mieć pomysł i umieć go zrealizować.

piątek, 3 maja 2024

Darko Cvijetić: Winda Schindlera

Noir sur Blanc, Warszawa 2024.

Dwa poziomy

Dwa wieżowce w Prijedorze, dwa sposoby lektury. Jeden – właściwy dzisiaj, ten z kluczem, wypełniony aluzjami do pozaliterackiej rzeczywistości i do okrucieństwa wojny. Drugi – uniwersalny, ten, który przetrwa kolejne dekady – który pokazuje specyfikę ludzkich charakterów w kompletnym oderwaniu od realiów znanych odbiorcom. „Winda Schindlera” to książka, która objętościowo przypomina raczej tomik poezji – zresztą autor jako poeta bardzo dba o to, by kolejne słowa niosły ze sobą znaczenia, żeby każde zdanie mogło wstrząsnąć czytelnikami. I tak się zresztą dzieje – drobne rozdziały, ich kolejne wersy, trzeba smakować powoli, żeby dostrzec zakodowane w nich treści i, co ważniejsze, emocje. I tak, Darko Cvijetić przeprowadza przez trudną historię, a w zasadzie jej konsekwencje w wielokulturowej codzienności. Dwa wieżowce to jak dwa światy, w których ścierają się doświadczenia, poglądy i rozczarowania mieszkańców. Wojna zmusza ludzi do porzucenia naturalnych zachowań: nagle zamiast dążyć do porozumienia, chce się zniszczyć drugiego człowieka, wykorzystać jego słabości i wyprzedzić w nienawiści. A przecież nie trzeba zbrojnych konfliktów, żeby urządzić sobie prawdziwe piekło. Autor zagląda do różnych mieszkań po to, żeby prześledzić przeżycia ich mieszkańców, a każda biografia mogłaby się spokojnie stać tematem całej książki – tu czytelnicy otrzymują życiorysy w wersji maksymalnie skondensowanej, bez upiększeń, ale też bez naturalizmu (przynajmniej wtedy, kiedy da się z niego zrezygnować): ot, wzmianki, które pozwalają na szybko wskazać lub zidentyfikować bohaterów. W ten sposób – zupełnie niespodziewanie – okazuje się, że każdy nosi w sobie wielkie dramaty i nie ma co liczyć na pomoc – to sprawia, że charaktery twardnieją i jeszcze trudniej o wyrozumiałość w sytuacjach granicznych. Ściany wielkich budynków widziały potężne tragedie – ale zamykają je w swoich ramach, nie pozwalają na wypuszczenie ich w świat, pozostawiają w hermetycznej codzienności.

Niezależnie od tego, co dzieje się w rzeczywistości historycznej, Darko Cvijetić rejestruje międzyludzkie relacje i robi to nadzwyczaj trafnie. Przekonuje czytelników do zachowań i do postaw, jakie prezentują bohaterowie – liczni i niepoznani do końca przez odbiorców (nie ma czasu ani możliwości na wiwisekcje czy choćby prezentowanie refleksji, liczą się reakcje i wydarzenia, zresztą postaci jest tu tak dużo, że trudno byłoby za każdą podążać, a większość nie decyduje się na filozoficzne analizowanie rzeczywistości). Zamiast fabuły jest tu splot drobnych intryg i spraw ważnych dla każdego z osobna – tylko w niektórych tematach bohaterowie muszą się spotkać, nawet jeśli woleliby tego uniknąć. Autor ucieka od oczywistości – nie ma tutaj schematów, które same siebie tłumaczą i wskazują jedyną możliwą drogę, każdy wątek trzeba prześledzić do końca, bo też i bohaterowie nie należą do przewidywalnych czy zwyczajnych – mimo że to zwykli ludzie z blokowiska.

Bohaterem książki staje się też narracja. Rytm tej prozy hipnotyzuje: krótkie i precyzyjne zdania, nastawienie na siłę przekazu, tempo i ciągłe zmiany obserwowanych obiektów – powracające jak refren sytuacje, do których co pewien czas autor dodaje nowe szczegóły. „Winda Schindlera” to książka budowana świadomie i dokładnie, wypełniona sugestywnymi obrazami, które składają się na wielowymiarowy portret. I w tym wszystkim odwołania do tematów wojny czy nienawiści między narodami słabnie, przygniatany przez ogromne współczucie, jakie po prostu musi pojawić się w lekturze u odbiorców. Darko Cvijetić to prestidigitator, w maleńkich tekstach wznosi cały świat, przestrzeń istotną nie tylko dla postaci.

czwartek, 2 maja 2024

Anna Szczypczyńska: Glass Hills

Luna, Warszawa 2024.

Odpoczynek

W Szklarskiej Porębie dzieje się coraz gorzej za sprawą pazerności deweloperów. Każdy, kto przyjeżdża w te tereny, chce natychmiast stawiać wielkie, zasłaniające widoki hotele – w efekcie miejscowych nie stać na mieszkania i muszą się wyprowadzać. Mila wie, że coś trzeba zmienić, najchętniej wyrzuciłaby wszystkich ważniaków z dużymi pieniędzmi – i właśnie zyskuje szansę. Trafia na nią bowiem Alex, młody mężczyzna przysłany przez ojca do sfinalizowania projektu budowy hotelu. Alex dość szybko ochrzczony przez Milę Bucem z Warszawy, to typowy karierowicz. Niszczy swoje zdrowie, wciąż wisząc na telefonie. Pracoholizm objawia się u niego kłopotami z organizmem – które Alex zawsze bagatelizuje. Zresztą ataki paniki nie przydarzają mu się zbyt często – więc da się je znieść. Z kolei Mila pracuje w klimatycznej księgarni i szuka sposobu na rozkręcenie biznesu i przyciągnięcie turystów. Posługuje się starą nokią, nie ma smartfona – i nie uważa, że coś przez to traci. Kocha Szklarską Porębę i potrafi pięknie malować – nie są to umiejętności pozwalające na wyrobienie sobie pozycji w świecie biznesmenów, ale tym Mila się w ogóle nie przejmuje. Postanawia walczyć o najbliższe otoczenie – jeśli ona tego nie zrobi, lęki miejscowych ziszczą się błyskawicznie. Na to nie może sobie pozwolić. Nawet jeśli nie dla siebie – mogłaby to zrobić dla dziadka, z którym mieszka po samobójczej śmierci matki. Szklarska Poręba potrzebuje obrońców – a nie kolejnego najazdu turystów. Mila postanawia improwizować. Ma przewagę: zna tereny i ma informacje, które mogą się przydać Alexowi. Próbuje więc niekonwencjonalnych metod – proponuje oprowadzanie po lokalnych atrakcjach nieznanych szerokim masom turystów. Warunek jest nietypowy: oderwanie od gadżetów elektronicznych. Alex stopniowo poznaje uroki otoczenia – dowiaduje się, dlaczego zachowanie go w naturalnym kształcie jest tak ważne dla miejscowych. Mila nie moralizuje i nie tłumaczy wszystkiego przesadnie, stawia na działanie, które zastąpi komentarze – a czytelnicy mogą obserwować metamorfozy bohatera. Nie zabraknie tu i wątków romansowych, chociaż nie będzie Anna Szczypczyńska wykorzystywać każdej okazji do eksponowania tego tematu. Stawia raczej na kojące i krzepiące sceny przeplatające się z niespodziankami dla odbiorców. Proponuje obyczajówkę prostą i ciekawą, alternatywną wizję ucieczki z wielkiego miasta – pozwala zrozumieć lokalny patriotyzm i miłość do miejsca silniejszą niż chęć zarobku. Jest to powieść atrakcyjna dla czytelniczek, które potrzebują ukojenia – tu liczy się właśnie spokój i rezygnacja z wyścigu szczurów, nie ma miejsca na kariery i wielkie wizje – powrót do tradycji to coś, co się sprawdzi. A że Anna Szczypczyńska przy okazji robi reklamę Szklarskiej Porębie – trudno jej się dziwić. Takie lektury przydają się czasem dla odstresowania i rozbudzania ciekawości. Nie ma wyszukanych fabuł ani skomplikowanych relacji interpersonalnych, ważna jest za to atmosfera i ogólne brzmienie. Anna Szczypczyńska dobrze sobie radzi z prowadzeniem narracji – nie szuka eksperymentów, wie, co się sprawdzi i czego oczekiwać od niej będą czytelniczki. „Glass Hills” to rodzaj baśni dla dorosłych – w sam raz na ucieczkę od problemów codzienności.

środa, 1 maja 2024

Robb Maciąg: Książka o górach

Agora, Warszawa 2024.

Ze szczytów

To, co w literaturze górskiej oczywiste dla fanów tematu, stanowi dodatkowy lekturowy smaczek, koloryt książek – czy to opowieści fabularnych czy biografii albo monografii szczytów. Jednak przydałoby się jeszcze objaśnić terminy młodszym odbiorcom (albo laikom, którzy nie są w stanie domyślić się od razu, czym jest szpej albo jak wyglądają kolejne techniki wspinaczkowe). Robb Maciąg w tomie „Książka o górach” zajmuje się podawaniem podstaw wszystkim chętnym. Teoretycznie kieruje swoją książkę do najmłodszych, tak, żeby wychować ich na amatorów gatunku – ale można jego publikację potraktować jako przewodnik dla tych wszystkich, którzy potrzebują czytelnych wyjaśnień, jednoznacznych opisów i prostego wprowadzenia do tematu. Jest „Książka o górach” wielkoformatowym i bogato ilustrowanym tomem, w którym autor przygląda się kolejnym aspektom wspinaczki i przekonuje, że góry mogą zachwycić każdego, niezależnie od wieku, płci i umiejętności. Można przecież zdobywać szczyty, ale też wybierać się na jednodniowe wycieczki, można spacerować dolinami albo chłonąć atmosferę gór dzięki lekturom. Wprowadza zatem Robb Maciąg między innymi wskazówki co do zachowania się na szlakach, uczy, czym jest GOPR i TOPR, ale pisze też o tym, skąd w ogóle wzięły się góry i jak odróżnić taternictwo od alpinizmu a alpinizm od himalaizmu. Przedstawia rodzaje wspinaczki i sprzęt niezbędny na wyprawach. Z czasem wprowadza też kolejne nazwiska – osób, które są bardzo ważne w górskim świecie. Przyzwyczaja czytelników do konkretnych postaci, a żeby jeszcze lepiej zaakcentować polskie tradycje alpinistyczne, ostatnią część książki przeznacza na zestaw sylwetek polskich wspinaczy (stosowanie określenia „wspinaczka” na kobietę, która się wspina, może momentami niepotrzebnie zaciemniać narrację): w krótkich notkach przedstawia tych, których znać trzeba.

„Książka o górach” to faktycznie ważne i cenne przygotowanie do dorosłych lektur z literatury górskiej – dzięki tak solidnej podstawie będzie można przejść do kolejnych tytułów już bez frustracji. Ta publikacja nie tylko wyjaśnia terminy stosowane w fachowej literaturze, ale też pokazuje, czym może być i jak może się objawiać miłość do gór. Wartościowa, ciekawie napisana, przygotowana z myślą o młodych czytelnikach – to książka, od której można spokojnie zacząć przygodę ze wspinaczką (w dowolnym jej wymiarze). Patricija Bliuj-Stodulska zadbała o stronę graficzną i sprawiła, że tom wypada imponująco pod różnymi względami. Warstwa ilustracyjna ma też znaczenie jako nośnik informacji – trzeba przeanalizować część rysunków, żeby zrozumieć zasady działania konkretnych przyrządów. Piękno gór objawia się tutaj na różne sposoby. Cała książka pozwala tym, którzy nie wychowywali się w górskim środowisku, zrozumieć miłość do gór w różnych jej aspektach. To znakomita podstawa, podręcznik zachowywania się na szlakach i historii zdobywania szczytów. To tom, który wprawdzie nie jest stworzony jak czytanka dla dzieci, ale zaangażuje i zaintryguje młodych czytelników. Spodoba się wszystkim, którzy chcą poznawać nowe środowiska. Jest to też rynkowa odpowiedź na zainteresowanie górskimi tematami – nie da się ukryć, powstanie tego tomu to efekt mody. Na szczęście efekt bardzo udany – czyta się tę książkę z przyjemnością, Robb Maciąg dobrze wprowadza odbiorców w zagadnienie.