* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 18 maja 2019

Agnieszka Zakrzewska: Niebo nad Amsterdamem

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Rodzina za granicą

„Niebo nad Amsterdamem”, tom zamykający cykl z perypetiami Agnieszki i jej rodziny – nadaje się na samodzielną lekturę dla tych czytelniczek, które lubią obyczajówki odchodzące od schematów fabularnych. Napisana jest ta powieść nieźle (chociaż autorka nie ustrzegła się paru błędów), z pomysłem na akcję i kreacje postaci. Trochę znosi Agnieszkę Zakrzewską w stronę sensacji (lub powieści o posmaku tajemnicy z przeszłości), ale to tylko wychodzi na dobre obrazom codzienności. W tej powieści Agnieszka, która ma już ustabilizowaną pozycję życiową, boryka się z dziwnym anonimowym prześladowcą. Ktoś posuwa się do obelg wypisywanych czarną farbą na fasadzie tomu i najwyraźniej próbuje zniszczyć szczęście kobiety. Do tego Agnieszka chce rozwikłać zagadkę dotyczącą dawnych czasów pewnego prokuratora. Kryzys w małżeństwie nie sprzyja rozwiązywaniu kłopotów na chłodno. Jakby tego było mało, nastoletnia córka bohaterki, Annemarie, wkracza właśnie w etap buntu. Zadaje się z niewłaściwym towarzystwem, zarzuca marzenia, a jej reakcje stają się niepokojące. Agnieszka musi wszystkie zmartwienia odkryć i zrozumieć, zanim stanie się coś złego – zapobiec temu, czemu można zapobiec, a wkroczyć do akcji, gdy to konieczne. Nikt nie zastanawia się, skąd ona ma czerpać siłę do mierzenia się z codziennością.

Ciekawym pomysłem jest wprowadzenie do akcji robotników budowlanych z Polski, ale jeśli już musieli pochodzić z Bytomia, to albo powinna autorka sprawdzić, jakim językiem faktycznie się porozumiewają, albo postawić na językową neutralność – bo tworzy jakiś dziwny zlepek wyobrażeń na temat ulicznej śląszczyzny i języka literackiego – oraz ekscentrycznego sąsiada. Jego obecność bardzo ubarwia fabułę, pozwala wprowadzać fałszujące rzeczywistość sytuacje i komplikować prostą opowieść. Bardzo przyjemnym zabiegiem jest tutaj natomiast wtrącanie charakterystycznych dla mieszkańców Amsterdamu zwrotów, ale i zachowań – dzięki temu książka zyskuje ładny koloryt lokalny, cieszy smaczkami. Takie smaczki czasami psuje brak uważnej redakcji („Bożenka!!! – krzyknęłam. Byłam tak wzruszona, że nie mogłam dobyć głosu”…), jednak sporo można autorce wybaczyć dzięki temu, że proponuje obyczajówkę odbiegającą od schematów z czytadeł. Jest tu trochę sensacji, nawet śledztw, poszukiwania wiadomości na własną rękę – bo przecież nie da się przejść do porządku dziennego nad wiszącymi niedookreślonymi zagrożeniami. Akcja toczy się szybko, bohaterka nie ma w zwyczaju analizowania kolejnych doświadczeń oraz emocji w nieskończoność – woli za to prowokować do działania.

Agnieszka Zakrzewska pokazuje, że zawsze warto walczyć o marzenia i nie poddawać się w trudnych chwilach. Kobieta w powieści ma sporo powodów do popadnięcia w apatię i obwiniania losu o kolejne przykre doznania – jednak nie zamierza się załamywać, daje z siebie wszystko, żeby ocalić bliskich, pomóc przyjaciołom i uniknąć porażki. Dodaje energii i otuchy, tak też działać będzie na czytelniczki cała powieść. „Niebo nad Amsterdamem” to książka ciekawa – jeśli ktoś lubi obyczajówki, doceni w niej świeżość spojrzenia i ucieczkę od powtarzalnych rozwiązań. Zakrzewska pisze po swojemu, nie ogląda się na mody, za to ma coś do powiedzenia na temat życia w Amsterdamie – i z tego czyni prawdziwy atut tomu. „Niebo nad Amsterdamem” z pewnością zachęci też nowe czytelniczki do sięgnięcia po poprzednie części cyklu o Agnieszce.

Cazenove, William: Sisters. 12: Nadciąga tornado

Egmont, Warszawa 2019.

Siostrzane uczucia

Dwie siostry, nastoletnia Wendy i kilkuletnia Marine po dekadzie brykania w komiksach przenoszą się na mały ekran. Jednak fani komiksów otrzymują kolejny – dwunasty już – tomik przygód sisters, który bardzo przekonująco pokazuje relacje między dziewczynami. W „Nadciąga tornado” Cazenove i William bardzo mocno skupiają się na relacjach towarzyskich: obie bohaterki od dawna mają swoje własne grona przyjaciółek, z którymi spędzają czas i wymieniają się tajemnicami, w tym tomiku jednak niemal w każdej drobnej historii Wendy i Marine spotykają się z koleżankami i dzielą przemyśleniami na temat swojej sister. Zresztą owe koleżanki też nie są dla sióstr anonimowe i mimo różnic wieku czasami wdają się w kolejne zabawy, dzikie wybryki albo podstępy. Ponieważ autorzy wprowadzają do tej książki tak wiele postaci „z zewnątrz”, przestają stronić też od rodziców sióstr. Mama i tata wychodzą z cienia, przestają być głosami spoza kadru, chociaż na razie nie widać ich twarzy: zwykle stoją tyłem do oglądających rysunki i wyrażają swoje opinie na temat wybryków dziewczynek lub wydają polecenia. Świat dorosłych to coś, co z reguły trafia do opowiastek tylko w refleksjach na temat przyszłości: wtedy księżniczkowo piękne Wendy i Marine mogą „przekonać się”, ile sensu miały ich rojenia z najmłodszych lat.

„Nadciąga tornado” to książka, w której równie silnie jak relacje towarzyskie wybrzmiewa motyw Halloween – staje się niemal kwestią wiodącą wielu fabułek. Polega zwykle na przebierankach i próbach przechytrzania sąsiadów, tak, żeby zebrać jak najwięcej słodyczy. Z tej rozrywki cieszy się najbardziej Marine, która na zbieranie cukierków pragnie wybiec już rano – ale Wendy też dotrzymuje jej kroku, nawet jeśli udaje, że jest już na to zbyt dorosła. Wszyscy chętnie przebierają się za upiory, wampiry, szkielety i zjawy – jakby autorzy poczuli, że to temat, który ma potencjał satyryczny i będzie zapładniać wyobraźnię odbiorców. Halloweenowe przebrania oraz zwyczaje stają się kanwą kolejnych refleksji na temat relacji między siostrami. Wiadomo, że jedną z nich najbardziej przerazi możliwość przechwycenia pamiętnika – więc można spokojnie oddawać się zabawie i pałaszowaniu słodyczy.

Wendy i Marine codziennie razem szaleją, bawią się, chociaż różnica wieku między nimi jest dość spora – jednak obie siostry się uwielbiają, bez względu na codzienne bójki, awantury i podstępy. A skoro są dla siebie tak ważne, muszą realizować wzajemnie swoje szalone pomysły. Marine jest prowodyrką wybryków, jednak Wendy obiera częściej strategie mające na celu zmęczenie siostry. Czasami czuje się wyjątkowo dorosła, kiedy szuka sposobu na uniknięcie tornada w postaci kilkulatki – innym razem wciela w życie własne plany mające na celu sprowokowanie niby-awantury. Z tymi siostrami nikt nie będzie się nudził, bohaterki pokazują, jak wygląda codzienność z nastolatką i kilkulatką. Komiks oparty został na bardzo prawdziwych obserwacjach, chociaż w sporej części żartów czerpie też – co oczywiste – ze stereotypów. Przerysowania jednak nie zaburzają poczucia prawdopodobieństwa, nie ma tu scenek wydumanych, za to jednostronicowe historyjki są starannie przez autorów puentowane. Nic dziwnego, że seria Sisters zdobyła ogromną popularność – cieszy się uznaniem odbiorców z różnych grup pokoleniowych, bo też i każdy kojarzy podobne wydarzenia z najbliższego otoczenia albo ze wspomnień z dziecięcych lat. „Nadciąga tornado” to kolejny tom, który nie zawodzi.

piątek, 17 maja 2019

Alek Rogoziński: Śmierć w blasku fleszy

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Strzał

Sugeruje Alek Rogoziński, że oto napisze Kryminał. Kryminał, przy którym niech się schowa Chmielewska i tabuny podążających jej tropem naśladowczyń. Kryminał, który wstrząśnie rynkiem literatury masowej. A potem nadmuchany do granic możliwości balon oczekiwań pęka i czytelnicy zostają z prostą fabularnie historyjką, w której nie intryga się liczy – a próby rozśmieszania. Te autor próbuje budować charakterystykami i przeznacza na to zdecydowanie zbyt dużo energii. „Śmierć w blasku fleszy” zaskakiwać nie może – ani akcją, ani jej rozwiązaniem. Tym, co przyciąga uwagę, jest narracja – i tutaj albo autor będzie przez odbiorców uwielbiany i wychwalany pod niebiosa, albo ostatecznie straci zaufanie.

Przede wszystkim szuka Rogoziński odbiorców z podobnym poczuciem humoru, zakłada więc, że czytelnicy znają te same filmy, co on. W związku z tym nie sili się na pisarskie określanie min czy reakcji bohaterów, tworzy za to w narracji odsyłacze do konkretnych obrazów i kadrów. Niby drobiazg – ale staje się rodzajem protezy, wybijającym z powieściowego świata. Gdyby Rogoziński tak opisał sceny, żeby czytelnikom same nasunęły się skojarzenia właściwe kinomanom, byłby dużo bardziej przekonujący. Tak – jawi się jako odtwórca, pożyczający sobie ciągle pomysły z zewnątrz. A przecież przy rozłożystych charakterystykach popada w skrajnie odmienną manierę, mianowicie – zbyt często wykorzystuje nieistotne dygresje mające wydźwięk satyryczny. Brzmią one czasem zbyt sztucznie, pasują jako komentarz do sylwetki, ale niekoniecznie zamiast prezentacji. I tak wyłania się jednak wada zabawnej i prostej lektury: nienaturalność narracji. Alek Rogoziński chce być swobodny, błyskotliwy i oryginalny, ale przeszkadza mu w tym manieryczność, nadmierne przywiązanie do części pomysłów.

W warstwie komicznej opiera się autor na przerysowaniach. Nie ma miejsca na subtelności, większość portretów bazuje tu na karykaturach – i to nie zawsze przez bohaterów zaplanowanych (chociaż i takie się zdarzają). Wiele postaci próbuje udawać kogoś innego niż jest, co potem przekłada się na nierozwiązane (i nieistotne) zagadki – ale w ten sposób osłabia się też śmiech. Rogoziński posługuje się tutaj sylwetkami typowymi dla kawałów, nie ma więc mowy o wyrafinowanym komizmie i szukaniu ciekawych detali. Indywidualizuje bohaterów pod kątem języka i przyzwyczajeń, zestawia podobnych i epatuje u niektórych głupotą, stawia na maskarady i na niezrozumienie jednych przez drugich. Zależy mu w pierwszej kolejności na rozrywce odbiorców, nie będzie się zatem zbyt długo zastanawiać nad charakterami. Zestaw wad wystarczy do budzenia radości w podstawowej warstwie odbioru. Autor nie potrzebuje komplikowania charakterów, nie szuka też żadnej ucieczki od schematów. Takie podejście sprawia, że kompletnie nie musi zastanawiać się nad prawdopodobieństwem otoczenia. Środowisko modelek oraz pokazów jest mu zupełnie obce – ale wystarcza do takiej prezentacji, jaką sobie wybrał. Wszystko opierać się musi na gagach, na międzyludzkich spięciach i na dygresjach. Alek Rogoziński pisze książkę rozrywkową opartą na konwencji kryminału – jako taką zainteresuje dość liczne grono odbiorców. Chce rozśmieszać i to mu wychodzi, nie potrzebuje do tego gęstej opowieści.

czwartek, 16 maja 2019

Jakub Ćwiek: Stróże

SQN, Kraków 2019.

Niebo na przekór

Wydział Interwencyjny Nadzoru Anielskiego to specyficzna organizacja zrzeszająca aniołów stróżów. Nie każdy człowiek ma swojego nadziemskiego opiekuna, a sami Stróże dalecy są od wyobrażeń z dziecięcych wizji nadprzyrodzonych istot. Wizerunkami aniołów bawi się Jakub Ćwiek, który w powieści „Stróże” obmyśla złożoną intrygę kryminalną, żeby móc powymyślać sobie na nowo zaświaty. W jego ujęciu Stróże mają swoje słabości – i to całkiem liczne. Rywalizują z rozmaitymi bóstwami – do gry włącza się między innymi Loki – ale pojawi się też bóstwo polinezyjskie. WINA działa prężnie – ale nie zawsze zgodnie z oczekiwaniami. Jako organizacja dość często nawala, a wtedy jej przedstawiciele czują wstyd. Rzecz jasna boją się też represji: po trzech przewinieniach tracą stanowisko. Tymczasem własne interwencje dopasowują do sytuacji, łatwo ulegają silnym emocjom i wcale nie zamierzają się kierować tylko anielską dobrocią. Jeśli Stróże- co im się czasami zdarza – pilnują przedszkolaków, nie powstrzymają się przed atakiem zabawką czy dołączeniem do przepychanek. U dorosłych jest jeszcze lepiej…

Konstrukcja świata Stróżów staje się jasna dopiero w momencie, gdy na skutek nieziemskiego burdelu komisarz Jakub Ryjek zostaje uznany za świętego. Wprawdzie przeżył śmierć kliniczną i powrócił do świata żywych, co jednak nie zostało w porę odnotowane w pozaziemskich aktach. Trybiki machiny i procedury ruszyły – trzeba będzie trochę odczekać zanim da się odkręcić biurokratyczne działania. Na razie zatem Ryjek, zawieszony między niebem i ziemią, czasami widzi Stróżów, a czasami nie i nikt nie wytłumaczy, dlaczego tak się dzieje. Jakub Ćwiek nie ma w tym wypadku zbyt dużo pracy przy rozśmieszaniu odbiorców, wystarczy, że skontrastuje powszechne wyobrażenia na temat aniołów z iście kryminalnymi praktykami, które przedstawicieli WINA określają. Ćwiek stawia zwłaszcza na anioły-twardzieli, do organizacji WINA inni zresztą należeć nie powinni: nie poradziliby sobie z wyzwaniami. I tak bardzo często dochodzi do nadużyć – kiedy anioł wie lepiej, co robić, żeby jego podopieczny uniknął problemów, sam wpada w tarapaty. Ten rytm będzie się w powieści powtarzać dosyć często i za każdym razem posłuży budzeniu radości odbiorców. Rysy na charakterach krystalicznie uczciwych istot to źródło niewymuszonego komizmu. Ale Jakub Ćwiek w ogóle lekko traktuje materię powieściową – między innymi bawi się nazwiskami, tworzy wariacje „reklamowe” na temat nazwy firmy, wplata ironię w komentarze postaci. Ma całkiem sporo pomysłów na rozśmieszanie, właściwie nawet dla nich rezygnuje z komplikowania linii fabularnej. „Stróże” to lekka powieść, w której nie będzie chodziło o ważne dla odbiorców przesłania – a wyłącznie o rozrywkę. Tego Jakub Ćwiek pilnuje. Motywy religijne oraz mitologiczne traktuje tu jak stereotypy, które można sobie bez żadnych kompleksów przełamywać.

Są „Stróże” powieścią rzekomo stworzoną na marginesie innych pomysłów, literacką zabawą dla wtajemniczonych (Ćwiek odwołuje się tutaj do innej swojej książki), ale też możliwością zaprezentowania warsztatu pisarskiego szerokiemu gronu odbiorców. Przynajmniej tych, którzy nie są przewrażliwieni na punkcie zaświatowych tematów – bo autor bywa obrazoburczy bardzo chętnie, chce przełamywać konwencję w pisaniu o niebiosach.

środa, 15 maja 2019

Iwona Kienzler: Windsorowie. Celebryci, nudziarze, skandaliści

Lira, Warszawa 2019.

Plotki z dworu

Windsorowie pozostają na świeczniku, nawet jeśli monarchia brytyjska nie odgrywa już większej roli w polityce. To celebryci, na których skupia się uwaga przeciętnych odbiorców – dostarczają pożywki dziennikarzom, materiału do plotek, a i smaczków z życia wyższych sfer. Nie zamierzają zwykle trzymać się zasad protokołu dyplomatycznego: to przecież ludzie z krwi i kości, którzy chcą realizować własne marzenia i samodzielnie o sobie decydować – nawet za cenę rezygnacji z tronu. O ile bowiem opinia społeczna wybaczy wiele – zwłaszcza dopuszczona do dylematów rodem z opery mydlanej – o tyle dla dworu zachowywanie pozorów jest sprawą najważniejszą. Iwona Kienzler przygląda się kilku związkom, które bardzo wpłynęły na postrzeganie Windsorów. Zaczyna od najsłynniejszego chyba skandalu – sytuacji Edwarda i Wallis Simpson, żeby pokazać, jak prawdziwe uczucie wygrywa z wyścigiem o władzę. Dla swojej ukochanej Edward w końcu zrezygnował z tytułów i bogactw – szczęście znalazł gdzie indziej. Nie mogło zabraknąć oczywiście motywu księcia Karola i Camilli Parker-Bowles, która cierpliwie czekała na możliwość oficjalnego pokazywania się z ukochanym. Księżna Diana staje się w tej historii osobnym rozdziałem, i tu Iwona Kienzler decyduje się na częściowe odbrązowienie postaci. Opowiada i o nieudanym małżeństwie, i o kolejnych kochankach Diany, aż po śmierć, która została zamieniona w wydarzenie medialne. Próbuje tu dostarczać wiadomości wykraczających poza społeczną żałobę czy wręcz histerię, całkiem zresztą ciekawe z perspektywy zwykłych czytelników. Książę Harry z kolei staje się pretekstem do przeanalizowania rozmaitych młodzieńczych wybryków i podbojów sercowych aż po stabilizację w związku z Meghan. Tutaj trochę nawiązuje Iwona Kienzler również do księcia Williama, ale Harry wydaje się jej bardziej interesujący (bo i mniej poprawny). Obok tych najbardziej znanych Windsorów przygląda się autorka sylwetce (czasem – całkiem dosłownie) Sarah Fergusson. Za każdym razem znajduje postać, która wyłamuje się ze schematów, żyje po swojemu i nic nie pozwala sobie narzucać. Rejestruje związki, porywy serca, pokazuje, że nawet bogactwo i sława nie gwarantują szczęścia uczuciowego, to nie jest zależne od splendorów oraz tytułów. Za każdym razem autorka przygląda się fragmentom biografii, rejestruje ważniejsze momenty z życia bohaterów albo – etapy w dążeniu do bycia razem. Jednak, siłą rzeczy, część odkryć będzie się powtarzać. „Windsorowie” to książka budowana z kompletnych rozdziałów, zamkniętych całostek, które nadają się do samodzielnej lektury. Niestety przy gromadzeniu ich w jednym tomie nikt nie dopilnował, żeby usunąć powielane wiadomości. Fakt, że za każdym razem funkcjonują jako odkrycia, wiele nie zmieni: czytelników może to trochę zmęczyć – chyba że przyjmą tom jako zbiór esejów, nie jedną opowieść. Bo Iwona Kienzler, która wsławiła się popularyzowaniem historii, pisze jak zwykle bardzo dobrze, interesująco dla zwykłych czytelników. Trochę wykorzystuje tutaj poetykę plotki, co w pewnym stopniu poszerzy jej krąg odbiorców i nadaje lekkości książce – zresztą taką stylistykę pośrednio wymusza sam zestaw tematów: autorce nie chodzi o rejestr osiągnięć życiowych, a o sferę uczuć, motywy, które nie trafiają z tak obszernym komentarzem do annałów. „Windsorowie” to książka-ciekawostka, dla tych wszystkich, którzy z zapartym tchem śledzą doniesienia z dworu i kibicują książęcym parom. Kto lubi książki Iwony Kienzler, ten i tę bez większego kłopotu przyjmie.

wtorek, 14 maja 2019

Tomasz Łapiński: Szmata

SQN, Kraków 2019.

Bez piłki

Temat piłki nożnej do powieści rozrywkowych wkracza bardzo rzadko. Autorzy wychodzą ze słusznego założenia, że to panie są najczęściej grupą docelową czytadeł – a wśród tych, które lubią czytać obyczajówki rzadko spotyka się fanki futbolu, zwłaszcza w jego szatniowej wersji. Motywami korupcji i przekrętów w rozgrywkach ligowych częściej ekscytują się panowie – a oni nie należą do wiernych czytelników rozrywkowej literatury masowej spod znaku obyczajowości. Nawet jeśli liczą na jakieś smaczki z rzeczywistych wydarzeń – trudno będzie ich przekonać do lektury. Tomasz Łapiński wydaje się dobrą osobą do tego, żeby przedstawiać meandry działań klubów, matactw działaczy czy postaw trenerów – w końcu środowisko futbolowe poznał od podszewki. Może w tym tkwić będzie wabik: sam autor przyciągnie do książki męską publiczność. Autor niby zarzeka się, że wymyśla opowieść i jej bohaterów – a jednak każdy będzie poszukiwać gdzieś ech skandali wywlekanych na światło dzienne przez dziennikarzy.

Bohaterem i zarazem narratorem opowieści czyni Łapiński Romana, zwykłego piłkarza, który funkcjonuje właściwie jako ostatni naiwny w polskiej lidze. Koledzy zarabiają na boku, umawiając się z rywalami na sprzedaż punktów, potrafią oddać każdy ważny mecz. Nie kierują się ani idealizmem, ani dobrem drużyny. To jeden z problemów trawiących polską piłkę. Inne to na przykład trener-idiota, który dorabia się ksywy Wrzaskun – nie bez powodu. Sponsorzy na początku pełni nadziei zbyt późno dowiadują się, że futbol to worek bez dna – wydatki nigdy się nie kończą. A kiedy przekonają się już o tej smutnej prawdzie – stają się niewypłacalni. Nic dziwnego, że piłkarze szukają metod podreperowania domowych budżetów. Łapiński nawet nie próbuje nikogo usprawiedliwiać. Sięga po sensację – tyle tylko, że sensację, która nie wszystkimi wstrząśnie. Roman bulwersuje się postępowaniem kolegów. Jako „ostatnia dziewica” w zakresie korupcji staje się bohaterem idealnym do tego, żeby wmieszać się w świat, którego zasad nie rozumie. Sam postanawia złożyć ofertę prezesowi klubu rywali. W piłce nożnej fair play to tylko pusty frazes, a kibice są z klubem wyłącznie wtedy, gdy dzieje się dobrze. Roman będzie musiał doprowadzić do tego, by wyeliminować z drużyny pięciu najlepszych zawodników – tylko wtedy da radę dotrzymać warunków umowy ze sprzedanym meczem bez konieczności dzielenia się zyskiem z innymi. Ma wprawdzie wsparcie, ale staje się mózgiem operacji w zakresie, którego nigdy dotąd nie testował.

Tom „Szmata” przedstawia doświadczenia pozaboiskowe z eksponowaniem wszelkich problemów trawiących polską piłkę – Tomasz Łapiński próbuje porozliczać się z nieuczciwością, chciwością i niesprawiedliwościami, znajduje miejsce do wyrażenia własnej opinii na temat przekrętów. Przekazuje odbiorcom szereg przemyśleń dotyczących tego, co należy koniecznie naprawić, ale stawia też na sensacyjne wrażenia: w końcu nie stroni od półświatka i porachunków w „męskim” stylu. Nie czuje się jeszcze zbyt pewnie w narracji: najpierw za długo tłumaczy się ze stosowania wulgaryzmów, później co jakiś czas powraca do powinności autora – to dylematy, które mógłby przerobić sam ze sobą jeszcze przed przystąpieniem do pisania powieści, tak, żeby nie usprawiedliwiać się już przed odbiorcami, bo to nikomu nie jest potrzebne. „Szmata” to powieść tematyczna, odejście od schematów w literaturze rozrywkowej – bliżej jej do dziennikarskich poszukiwań.

poniedziałek, 13 maja 2019

Charo Izquierdo, Laura Ruiz de Galarreta: Czy mnie się wydaje, czy tu jest bardzo gorąco? Nie bój się menopauzy

Marginesy, Warszawa 2019.

Zmiany w ciele

Charo Izquierdo i Laura Ruiz de Galarreta są przekonane, że po ich publikację sięgną wyłącznie czytelniczki, które przechodzą menopauzę, zbliżają się do czterdziestki albo właśnie mają za sobą ten etap w życiu kobiety i chcą dowiedzieć się czegoś o zmianach, jakie zaszły w ich ciałach. Jasno określają sobie typ odbiorczyń – i do nich bezpośrednio się zwracają, w dość zabawowej zresztą formie. Chcą za wszelką cenę swojemu poradnikowi dotyczącemu menopauzy nadać lekkości, a to oznacza, że raz będą podkreślać, że wiedzą, o czym piszą i z czym borykają się kobiety (bo nawet jeśli same nie mają siwych włosów łonowych, to znajoma już ma), a raz będą ośmielać i zachęcać do działania (oswajanie ze słowem „wagina” brzmi trochę infantylnie, jak z czasopisma dla nastolatek, a nie z książki dla pań po czterdziestce). Gdzieś w pogoni za luzem i naturalnością przestają być luźne i naturalne, a zaczynają przesadzać – ale robią to w dobrej wierze, żeby trafić do odbiorczyń potrzebujących pomocy. Same nie mianują się autorytetami w dziedzinie menopauzy, sięgają po opinie lekarzy i specjalistów (wyliczenie ich pojawia się na końcu tomu), ale starają się uporządkować wiadomości, które mogą przydać się kobietom.

„Czy mnie się wydaje, czy tu jest bardzo gorąco? Nie bój się menopauzy” to książka skonstruowana jak poradnik z elementami treningu personalnego. Sporo miejsca zajmują chwyty retoryczne, zabiegi mające na celu przekonanie czytelniczek i do lektury, i do wcielania w życie kolejnych porad. Na szczęście poza próbami perswadowania odbiorczyniom zasad działania znajdzie się tu sporo informacji przydatnych. Można przymknąć oko na dość naiwne zabiegi walki o uwagę, jeśli autorki bardzo starannie wykonują swoją pracę i dowiadują się wszystkiego, co tylko trzeba wiedzieć o menopauzie. I tak zaczną od wyjaśniania, co naprawdę dzieje się z ciałem i jakie mogą być objawy charakterystyczne dla tego okresu w życiu kobiety. Przyjrzą się chorobom, jakie zagrażają kobietom po menopauzie – nie dlatego, żeby straszyć, ale żeby wyczulić na regularne badania i kontrole. Podpowiedzą, jak zmieniać diety (bez względu na panujące akurat mody i przekonania, co jest dobre, a co się nie nadaje do utrzymania zdrowej sylwetki), na co uważać, co najlepiej wykluczyć i kiedy pozwalać sobie na odstępstwa od wybranego jadłospisu. Żeby utrzymać ciało w dobrej kondycji – podpowiadają stosowanie ćwiczeń fizycznych (ale też i pozycje jogi, które pomagają w ograniczeniu przykrych dolegliwości, w końcu alternatywne środki „leczenia” też mogą się przydać). Nie chcą zastraszać czytelniczek, więc wskazują również pozytywne aspekty menopauzy – można będzie cieszyć się seksem bez strachu, że zajdzie się w niechcianą ciążę – ale tutaj musi być spełnionych kilka warunków. Nawet na spadek libido mają autorki szereg wskazówek. Przygotowują także na zmiany w psychice, podejście do stresu czy depresji, bezsenności albo lęku – nastawiają czytelniczki na prawdopodobne dolegliwości, od razu podając przepis, jak je zminimalizować.

Piszą autorki tej książki z entuzjazmem, który przypomina narrację z poradników dla dorastających dziewczynek – ale nie może to być zarzutem, skoro efektem jest poradnik pełen fachowych komentarzy i gotowych do wcielenia w życie uwag. Z tak przygotowanej publikacji skorzystać będą mogły całe pokolenia kobiet, które do tej pory nikłą wiedzę o menopauzie czerpały jedynie z doświadczeń swoich matek.