* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edipresse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edipresse. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 września 2023

Krystyna Mirek: Tajemnica zamku

Edipresse, Warszawa 2017.

Pan na zamku

Krystyna Mirek udowadnia, że w różnych odłamach prozy obyczajowej czuje się jak ryba w wodzie i może przyciągać czytelniczki sprzedawaniem marzeń. W "Tajemnicy zamku", pierwszym tomie cyklu Saga rodu Cantendorfów bawi się motywem starego zamczyska i miłości ponad podziałami. Jest tu wszystko, czego w klasycznym romansie historycznym można by się było spodziewać. Powieść toczy się niespiesznie, autorka pozwala się rozsmakować w przestrzeni, którą powołała do istnienia - i zaprzyjaźnić z bohaterami tak, żeby niedługo móc im kibicować. Są tu mocno zaznaczone podziały klasowe - Aleksander Cantendorf to hrabia wzbudzający postrach w okolicy: mroczny mężczyzna, który jedną dłoń zawsze ukrywa w rękawiczce, właśnie pochował czwartą żonę - coś dziwnego dzieje się na zamku, nie bez powodu okoliczni możni wysyłają swoje córki do dalekich krewnych na prowincję, byle tylko odsunąć je sprzed oczu pana. Tylko Miltonowie nie przejmują się zagrożeniem, grozi im właśnie degradacja społeczna i bankructwo. Dzierżawca nie ma już szans na odroczenie terminu spłaty długów i wie, że wkrótce będzie musiał pożegnać dotychczasowe życie. W końcu hrabia nie wybacza i nie daje drugiej szansy. W całym zamieszaniu, jakie rozgrywa się wokół hrabiego, najciekawszą postacią staje się Kate Milton, niepokorna młodsza córka. Kate marzy o przygodach i widzi, jak pozory są w stanie zniszczyć rodzinne szczęście. Widzi dramat w domu, spięcia między rodzicami i zaślepienie siostry, która marzy tylko o tym, by wyjść za mąż za spokojnego i niekonfliktowego Alfreda. Kate chce czegoś więcej. Jeszcze nie do końca rozumie swoje tęsknoty, jeszcze może zachowywać się naiwnie i liczyć na spełnienie fantazji. I do niej docierają plotki o Aleksandrze Cantendorfie - ale jako uboga dziewczyna, Kate nie może trafić do "towarzystwa", ani - tym bardziej - skupić na sobie uwagi hrabiego. Przynajmniej nie podczas oficjalnych spotkań. Bo kiedy Aleksander Cantendorf trafia na dziewczynę w lesie, wie jedno: nie wyrzuci z głowy obrazu rudowłosej zadziornej piękności. Tyle tylko, że i jego obowiązują jakieś zasady: nawet jeśli do tej pory przyzwyczajał lokalną społeczność do nieprzestrzegania konwenansów, teraz ma powody, żeby zapracować na lepszą opinię. Kate zyskuje za to nieoczekiwane wsparcie, przekonuje się, co oznacza siła kobiet zjednoczonych wspólnym celem.

Tak naprawdę w "Tajemnicy zamku" Krystyna Mirek zajmuje się przede wszystkim budowaniem nastroju i kreśleniem sytuacji zastanej. Niewiele się tu wydarzy, jeśli chciałoby się szukać burzliwej akcji: autorka wykorzystuje raczej obrazki rodzajowe do szkicowania psychologicznych portretów postaci i do podsycania stereotypów w wyobraźni czytelniczek. Najpierw jest tu pogrzeb, później spotkania na obiadach proszonych, wreszcie - bal, na którym Kate ma się pokazać z jak najlepszej strony. Żeby powieść nie toczyła się zbyt przewidywalnie, autorka wprowadza też wątki dalszoplanowe, między innymi sytuację wieloletniej kochanki hrabiego. Uczucia rozwijają się powoli i mają do tego dobre miejsce oraz pożywkę, odbiorczynie rzeczywiście szybko przywiążą się i do postaci, i do miejsca ich funkcjonowania - tak, żeby z zapałem sięgać po koleje tomy. "Tajemnica zamku" ma w sobie wszystko, czego potrzebują poszukiwaczki dobrych powieści obyczajowych z wątkiem romansowym - ta powieść sprawdza się jako rozrywka i jako apetyczna narracja.

piątek, 10 kwietnia 2020

Anna Sakowicz: Niebieskie motyle

Edipresse Książki, Warszawa 2020.

Poszukiwania

Ta książka jest inna niż dotychczasowe propozycje Anny Sakowicz, bardziej mroczna, bardziej sensacyjna, ale wciąż ciekawa i wciągająca również fanki literatury kobiecej. „Niebieskie motyle” tam, gdzie kryminał potrzebuje detektywa, korzystają z usług jasnowidza, a tam, gdzie rozpocząć się mógłby harlequinowy romans – wprowadzają konwencję z powieści psychologicznej. I to jest w tej lekturze cenne i dość udane. Anna Sakowicz z wprawą prowadzi tutaj relację dotyczącą życia trzech sióstr, z których jedna pewnego dnia znika bez śladu, pozostawiając dwójkę dzieci, niespecjalnie przejętego męża i zestaw obrazów. Ale historia ma swój początek w dość odległej przeszłości, w chwili, gdy trzy małe dziewczynki, Małgosia, Ania i Matylda, składają przysięgę, że zawsze będą trzymać się razem. Już jako dorosłe wiedzą, że życie pisze własne scenariusze. Prawdziwość więzi siostrzanych zweryfikować muszą wtedy, gdy Gośka ginie. To sprawia, że do jej domu i pracowni sprowadzają się Anna i Matylda – ta pierwsza porzuca swoje życie nauczycielki, ta druga – wraca z zagranicy. Tajemnicza sprawa wyzwala dawne demony: kiedyś Matylda podkochiwała się w chłopaku, którego potem Gośka jej odbiła (i za którego wyszła za mąż): na razie nie potrafi się dogadać z obojętnym i zdystansowanym wobec całej sprawy szwagrem. Dzieci z kolei żądają wyjaśnienia, co stało się z mamą – kilkulatka potrzebuje uwagi i serdeczności, nastolatek – musi wykrzyczeć swój bunt. Sytuacja coraz bardziej się zagęszcza, gdy w pracowni Gośki Matylda odkrywa następny sekret: poznaje kochanka siostry. I tak Anna Sakowicz do śledztwa przez cały czas dodaje nowe składniki, myli tropy i wprowadza wiadomości, których odbiorczynie nie mogły mieć – bo nie miały ich nawet bohaterki. Przy takim rozwoju akcji nie wiadomo nawet, czy Gośka żyje, czy też poszukiwania dotyczą jej ciała. Im dalej w opowieści, tym mniej jest jasne, a autorka z upodobaniem kończy rozdziały dwuznacznościami, tak, by czytelniczki – na moment przed przejściem do wyjaśnienia – mogły zastanawiać się, czy ekspedycja poszukiwawcza ma jeszcze sens.

Anna Sakowicz stawia na krótkie rozdziały i intensywne emocje. Najpierw siostry zastanawiają się, co mogło się stać i przyglądają uważnie podejrzanemu-szwagrowi, w miarę upływu czasu rozrasta się krąg osób, które mogą udzielić drobnych informacji na temat Gośki. Do tego dochodzą jeszcze samodzielne obserwacje oraz odkrycia, które pozornie nie mają związku z sytuacją – jak kwestia niebieskich motyli i widzenia niebieskiej barwy w przyrodzie. To ciekawostki, na których Anna Sakowicz buduje część poszukiwań. Na pewno ta autorka nie chce znudzić czytelniczek rutyną – dlatego też pozwala sobie na odejście od schematów z poczytnych obyczajówek. Myli tropy, udaje, że jest zainteresowana innymi gatunkami, poszukuje i nie boi się rozwiązań granicznych. „Niebieskie motyle” nie są może czytadłem lekkim i łatwym w każdym aspekcie – ale pozwalają zastanowić się nad relacjami z bliskimi i nad ceną wolności. To historia, która dzięki swojej odmienności może się podobać – zwłaszcza że Anna Sakowicz ma już wprawę w kreowaniu intrygujących bohaterek.

czwartek, 5 marca 2020

Natasza Socha: Zamrożona

Edipresse Książki, Warszawa 2020.

Walka o związek

Natasza Socha tym razem wykorzystuje motyw obyczajówki, żeby nauczyć czytelniczki, że mają prawo zadbać o własne potrzeby w każdej dziedzinie życia – chce zamienić kury domowe i służące rodzin w świadome swojej wartości i zadowolone z egzystencji kobiety. A czyni to za sprawą wielkiej przygody Julii. Julia już po czterdziestce, z trojgiem dzieci i kochającym mężem, gnuśnieje w domu. Nie ma już własnych marzeń, nie ma nadziei. Dwa lata wcześniej pozwoliła sobie podążać za tajemnicą: znalazła tomik wierszy, których bohaterką – i muzą – najwyraźniej została i postanowiła wytropić autora. Romantyczna zagadka pokazała bohaterce, że niewiele potrzeba, żeby odkrywać własne uczucia, w małżeństwie i stabilnej codzienności zamrożone. Ale hasło na okładce „Zamrożonej” brzmi „dlaczego kobiety zdradzają”, co oznacza, że tom dotyczyć będzie w dużej mierze kwestii seksualności i spełnienia. Julia nie jest zadowolona ze stosunków odbywanych z mężem: są przewidywalne, nie dostarczają jej przyjemności i nie prowadzą do rozmowy o swoich potrzebach czy oczekiwaniach. Bohaterka loguje się na seksportalu – niby z ciekawości, żeby sprawdzić, kto się tam pojawia. I po kilkuset sprośnych wiadomościach otrzymuje tę jedną jak z baśni. Odpisuje Michałowi i tak zaczyna się jej wielka przygoda.

„Zamrożona” to tom poświęcony potrzebom kobiet – i opowiadający o tym na wiele sposobów. Julia dowiaduje się za sprawą Michała, jak powinny wyglądać właściwe relacje między mężczyzną i kobietą: kto ma przejmować inicjatywę (nie tylko w łóżku) i kto może mówić, czego pragnie. Michał zamienia się tu z jednej strony w seksuologa uświadamiającego wszystkie czytelniczki za sprawą lekcji, jakich udziela bohaterce – z drugiej jest tym facetem, który pomaga odkryć zapomniane emocje. Sam pozostaje w skazanym na niepowodzenie małżeństwie: chora żona nie zwraca już na niego uwagi, a nawet odpycha od siebie. Michał jednak potrzebuje seksu, więc szuka przygodnych relacji. Wie, że nie wolno hamować popędu (zresztą abstynencji seksualnej autorka nie popiera i bez przerwy o tym przypomina), radzi sobie zatem tak, by nie krzywdzić najbliższej osoby. Zdradę rozpracowuje Natasza Socha pod różnymi kątami, tłumaczy między innymi, czy, kiedy i dlaczego przyznać się do niej partnerowi. Zastanawia się również na tym, kiedy zaczyna się zdrada – czy to pójście do łóżka z kimś, komu nie przysięgało się przed ołtarzem, czy już zwykła rozmowa, która może doprowadzić do spełnienia. Wprowadza też kilka starszych pań, sąsiadek Julii – kobiety spotykają się co pewien czas, żeby oglądać i komentować „nieprzyzwoite” programy, dzielą się również doświadczeniami oraz radami dotyczącymi choćby używania wibratorów. I tak powoli Natasza Socha otwiera czytelniczki na gotowość do poznawania własnego ciała i na eksperymenty w tej dziedzinie. Nie zachęca do skoków w bok, ale pokazuje, co pozwoli przełamać rutynę. Dla odbiorczyń będzie przewodniczką – nie proponuje zwykłej obyczajówki, chociaż historia Julii wciąga również od strony fabularnej. To świat idealny, taki, w którym wszystko dzieje się w ściśle określonym celu, żeby przekonać odbiorczynie do dbania o siebie. Nie nastąpią komplikacje psychologiczne – bo też autorka zajmuje się inną kwestią. I jest w tym bardzo przekonująca. Postać Julii, chociaż traktowana instrumentalnie, przyda się czytelniczkom.

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Anna Sakowicz: Dogonić miłość

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Przygody sióstr

Chociaż Agata ma pewien plan na życie – przed czterdziestką (do której jeszcze trzy lata) chce między innymi znaleźć męża i urodzić dziecko – los w pewnych kwestiach decyduje za nią. kobieta mogłaby wybierać spośród tych, którzy ją adorują. Darek to świetny kompan do rozrywkowego trybu egzystencji, Aksel – prawnik – przykuwa wzrok elegancją. Jest jeszcze Emil, były partner Agaty. Decyzja do prostych nie należy, a jeszcze bardziej komplikuje ją (a może właśnie upraszcza!) nieplanowana ciąża. Agata chce urodzić, cieszy się z takiego obrotu spraw – przynajmniej jedna kwestia z planu zostanie zrealizowana. Oczywiście plan na trzy lata to tylko pretekst, a nie podpora dla fabuły jak w szkołach kreatywnego pisania. Na szczęście Anna Sakowicz wie, jak poprowadzić opowieść. Skupia uwagę czytelniczek na sercowych perypetiach Agaty – funduje bohaterce różne wstrząsy emocjonalne z różnych obszarów codzienności. Agata jako napęd historii nie odsunie na dalszy plan swojej siostry. Pola od wypadku, w którym zginął jej ukochany, jest sparaliżowana od pasa w dół. Udowadnia wszystkim, że jest samodzielna: prowadzi samochód, może przygotować posiłki, nie chce pomocy ani litości. Nawet przeprowadza się do własnego mieszkania, kiedy ma już dość konfliktów z rodzicami i chce zakosztować wolności. Bardzo rzadko w obyczajówkach pojawiają się kobiety niepełnosprawne, które odważnie realizują kolejne marzenia. Polę gryzie tylko jedno: uważa, że nie znajdzie się mężczyzna, który z własnej woli zainteresowałby się kobietą na wózku. Aranżuje kolejne spotkania i znajomości, ale widzi, co się dzieje: dostrzega rozczarowanie w oczach potencjalnych partnerów, uczestniczy też w sercowych dylematach koleżanek – czasami dość aktywnie, co może wpędzić ją w kłopoty. Ale czas na zmiany.

W tomie „Dogonić miłość” autorka przedstawia dalsze losy obu sióstr, ale nowe czytelniczki również będą usatysfakcjonowane historią, łatwo połapią się w wydarzeniach i w charakterach postaci, ale też zostaną z serią Plan Agaty na dłużej. Ta książka napisana jest z humorem i wyczuciem. To krzepiąca obyczajówka z posmakiem romansu. Problemy rozwiązują się tu niemal w magiczny sposób, nie można się zbyt długo martwić – w dodatku część spędzających sen z powiek trosk płynie z niewłaściwych interpretacji i nieporozumień między ludźmi, wiele się dzieje na różnych płaszczyznach, nie tylko tej sercowej – pojawi się trochę kryminału, trochę psychologii, sporo komedii. Autorka przygląda się przyjaźni i idealizowanym relacjom rodzinnym, tłumaczy pośrednio, co daje siłę bohaterkom. Daje nadzieję, podsyca krzepiącą lekturę – co z tego, że zbyt piękną, żeby była prawdziwa. Anna Sakowicz właśnie tą serią ma szansę na dłużej zaistnieć na rynku literatury rozrywkowej dla kobiet – Plan Agaty to obiecujący cykl. Wprawdzie przydałoby się usunąć w redakcji szereg nieporozumień w zakresie zaimków (podmiot domyślny nie jest mocną stroną tej autorki), ale to poprawki na etapie redakcji. I tak książka dostarczy sporo radości czytelniczkom. Agata i Pola to bohaterki, których przygody śledzi się bardzo chętnie. Serdeczna obyczajówka pozwala odetchnąć od zwykłych i przyziemnych trosk – tu liczy się kobieca siła, bohaterki zmierzą się z każdym wyzwaniem.

piątek, 18 października 2019

Gołda Tencer, Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska: Gołda Tencer. Jidisze mame

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Saga

Olbrzymia jest ta książka – zarówno formatem, jak i objętością, liczy sobie niemal sześćset stron. Przygotowana została przez Katarzynę Przybyszewską-Ortonowską oraz Gołdę Tencer, ale narracja utrzymana jest w pierwszej osobie i prowadzona przez samą bohaterkę. To znakomite rozwiązanie, bo dzięki temu tom nabiera prywatnego charakteru i zwraca na siebie uwagę jeszcze bardziej. Jest to publikacja przede wszystkim dla zainteresowanych tematem kultury żydowskiej i historii rodziny Gołdy Tencer, oraz dla tych czytelników, którzy chcieliby poznać samą kultową już postać. Ale jest też książką niebywale apetyczną, przesyconą smakami, zapachami i wspomnieniami ze świata, który już nie istnieje.

Rozpoczyna Gołda Tencer od odtwarzania losów własnej rodziny. Pewnych rzeczy nie jest w stanie poznać z bezpośrednich opowieści, ale też po latach dopiero przychodzi czas refleksji nad tym, że mogła ocalać rodowe historie. Przystępuje do żmudnej pracy polegającej na szukaniu w archiwach i sprawdzaniu każdego tropu – tak, żeby odtworzyć losy rodziny na kilka wieków wstecz. Udaje jej się ta sztuka, więc już od pierwszych stron tom staje się bardzo barwny, przesycony oryginalnym klimatem i zajmujący. To nie typowe schematyczne odwzorowywanie życiorysów rodziców charakterystyczne dla wydawanych w pośpiechu biografii, a rzetelne zagłębianie się w przeszłość, która nabiera kształtu dzięki odkryciom. Gołda Tencer ocala pamięć o bliskich – a to tylko wstęp do bardzo rozbudowanej historii. Uwagę przyciągnie szczególnie rozdział poświęcony zapamiętanym z dzieciństwa smakom i całej sztuce kulinarnej – bohaterka książki zwróci się jeszcze raz ku domowi rodzinnemu, odtworzy sytuacje z kuchni, podczas których pod okiem despotycznie nastawionej do gotowania matki miała zgłębiać tajniki przygotowywania tradycyjnych potraw. Nawet gdyby bardzo się starała zapamiętać wszystkie wskazówki i sekrety, nie udałoby się to za sprawą mało precyzyjnych wskazówek. Teraz przydają się one Gołdzie do prezentowania niezwykłości tamtych spotkań i do rozbudzania apetytów na cały tom. Gołda Tencer opisuje swoich bliskich, skupia się przez pewien czas na mężu, ale przedstawia również siebie jako charakterystyczną „żydowską matkę” - z ironicznym poczuciem humoru prowadzi tutaj opowieść. Ważną rolę w jej zwierzeniach zajmuje również teatr, zwłaszcza pod koniec książki zajmuje się kwestią przejęcia rządów czy przeprowadzką: pokazuje ogrom sentymentów i ciężkiej pracy, jaką wkłada w przygotowanie repertuaru czy w występowanie. Przez moment książkę wypełniają też zwierzenia szkolnych kolegów Gołdy – wszystkich, których bezpośrednio dotknęły przesiedlenia Żydów. Mówienie o Marcu 1968 (i nie tylko) jest tu rozpisane na wiele głosów: niby historie są do siebie podobne, a jednak każda z nich wybrzmiewa inaczej i każda jakoś uzupełnia poprzednie. Łatwiej dzięki temu zrozumieć traumy, a sama Gołda Tencer nie musi już precyzyjnie nakreślać poszczególnych historii. Zresztą i tak rzeczywistość wydaje się mniej interesująca niż prywatne wspomnienia i opowieści z domów. Autorka zwierza się z różnych doświadczeń, podkreśla zmysłowe wspomnienia, potrafi przekazać czytelnikom – za sprawą współautorki tomu – każdą najdrobniejszą nawet emocję. Nie proponuje suchej autobiografii, a feerię kolorów, nawet jeśli rzeczywistość przerywa marzenia i nie pozwala na wprowadzanie w czyn śmiałych pomysłów. „Gołda Tencer. Jidisze mame” to książka monumentalna, wypełniona fotografiami i wspomnieniami wielkiej wagi – robi wrażenie na odbiorcach.

sobota, 17 sierpnia 2019

Joanna Jędrzejczyk, Jan Paszkowski: Jedz, śmiej się i walcz

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Radość i smak

Joanna Jędrzejczyk jako mistrzyni walki niekoniecznie kojarzy się czytelnikom z wybitnymi dokonaniami w dziedzinie kulinariów. Tymczasem w tomie „Jedz, śmiej się i walcz” dzieli się kilkoma przepisami na bardzo proste, codzienne dania. To porady, które łatwo wcielić w życie – włączyć do zwykłego menu, które nie wydrenuje kieszeni i nie wymaga zakupów w specjalistycznych sklepach. Wprawdzie takimi wskazówkami nikomu autorka nie zaimponuje, ale też nie o to chodzi, bardziej liczy się zabawa. „Przepisy” Joanny Jędrzejczyk można wypróbować – ale wabikiem dla czytelników mają być te podawane przez Jana Paszkowskiego. Kucharz-celebryta popisuje się wymyślnymi potrawami (o rozbudowanych nazwach, tak, żeby wpasowały się w ogólny trend). Kulinarne pomysły Paszkowskiego zajmują większą część tomu. Nie zostały stematyzowane – to kulinarny przegląd dań z różnych kultur, charakterystycznych smaków i wykorzystywania modnych składników. Usatysfakcjonowani będą odbiorcy ceniący sobie zdrową kuchnię – i wymyślne, ale nie czasochłonne potrawy. To książka dla szukających inspiracji a nie pełnego jadłospisu. Podpowiedzi na spotkania z przyjaciółmi lub drobne urozmaicenia – z tym problemu nie będzie. Jan Paszkowski każdy z przepisów okrasza dodatkowo krótkim i osobistym komentarzem: podpowiada modyfikacje lub zastosowania, opowiada skrótowo, co danie znaczy dla niego albo jak znalazło się w jego domu. Zwierzenia z poszukiwania smaków są błyskawiczne i nie zmęczą – a do tego pozwalają nawiązać kontakt z odbiorcami. Książkę uzupełnia (właściwie otwiera) kilka „felietonów” Joanny Jędrzejczyk. Tu jako autorka udziela czytelnikom rad, zwłaszcza w zakresie pozytywnego nastawienia, walki z przeciwnościami losu. Przytacza dość ogólnikowo, enigmatycznie, parę przykładów z własnego życia – w ten sposób trafić może do swoich fanów. W tych tekstach Jędrzejczyk wygrywa przede wszystkim dzięki szczerości, nie proponuje przecież literackich utworów, a proste wyznania. Można w nich znaleźć motywację do działania albo inspirację – pełnią też funkcję rozrywkową, ale stanowią raczej dodatek do kulinarnych odkryć Paszkowskiego. Trochę może dziwić taki rozrzut tematyczny, książka okazuje się po prostu wspólną publikacją dwóch sław i jako taka nie musi wydawać się logicznie skomponowana. Autorzy oferują czytelnikom przegląd swoich pasji. Książka „Jedz, śmiej się i walcz” została ułożona z krótkich, osobistych wypowiedzi, przepisów kulinarnych oraz… zdjęć. Joanna Jędrzejczyk i Jan Paszkowski biorą udział w sesji fotograficznej, tyle tylko, że zabrakło pomysłu na więcej ujęć. Istnieje kilka serii zdjęć, na których bohaterowie tomu różnią się tylko minami lub kierunkiem spojrzenia. Owszem, pojawi się tu trochę fotografii energetycznych – roześmiana Jędrzejczyk z rozmaitymi produktami spożywczymi – gdyby taki zestaw pomysłów jeszcze rozbudować, a wyrzucić powtarzające się kadry, efekt byłby znacznie lepszy. W każdym razie jest ta publikacja kolorowa, wypełniona pozytywnymi treściami (oprócz wizerunków autorów jest tu mnóstwo kadrów ze smakowitymi potrawami). Jest to książka trochę rozdmuchana objętościowo, ale spójna i wpasowująca się w rynek pop.

poniedziałek, 27 maja 2019

Krystyna Mirek: Miłość z błękitnego nieba

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Kompromis

Świetnie zaczyna tę powieść Krystyna Mirek i nawet czytelniczki, które wiedzą, w jakiej konwencji tworzy ta autorka (co zresztą sugeruje już rodzaj okładki i sam tytuł), będą przez moment czuć się zwiedzione (nie: zawiedzione!). Zapowiada się bardzo ciekawie i apetycznie. Z jednej strony jest bawidamek i donżuan, który podrywa kobiety na jedną noc, a po owej nocy zostawia im lakoniczną karteczkę o sposobie zatrzaśnięcia drzwi oraz bursztynowy drobiazg na pamiątkę (bohater ma w szufladzie bogatą kolekcję pudełeczek z prezentami dla wykorzystanych kobiet, ale ten motyw w lekturze z czasem ginie – niestety), z drugiej – Angelika, kobieta, która do celu pnie się po trupach i zrobi wszystko, żeby osiągnąć to, czego chce. Tych dwoje spotyka się podczas biznesowych negocjacji – żadne z nich nie ma w zwyczaju ustępować, każde może dopiąć swego własnymi sposobami. W obu przypadkach wprawdzie autorka mocno przerysowuje sytuację, sprawia, że bohaterowie przez moment są jednopłaszczyznowi – ale też bardzo intrygujący i aż chce się sprawdzić, jak potoczą się ich losy. Gdyby nie decydowała się tu Krystyna Mirek na romans, mogłaby zdobyć szersze grono fanek – tak dotrze jedynie do stałych odbiorczyń, które poszukują powieści o miłości na przekór wszystkiemu.

Przełom szykuje u Angeliki. Kobieta jest bezwzględna i zdecydowana, wie, jak osiągać cele: potrafi doskonale manipulować innymi i wykorzystywać swoje wdzięki, żeby kusić mężczyzn (nie chodzi z nimi do łóżka, bo seks nie kojarzy jej się przyjemnie, co trochę kłóci się z wyrafinowanymi technikami uwodzenia). Jednak wystarczy moment, żeby zaprezentować przeszłość bohaterki: Angelika wychowywała się w biednej rodzinie, nie poznała ojca, za to miała do czynienia z całym szeregiem gachów matki, sama matkowała młodszemu rodzeństwu, aż w końcu wykorzystała dar od losu – szansę na zagraniczne stypendium – żeby wyrwać się z patologicznego środowiska i zawalczyć o siebie. Nauczyła się być twardą i bezwzględną, pozbawioną sentymentów panią siebie – jednak za cenę zerwania kontaktów z rodziną. To jej słaby punkt. U Daniela metamorfoza wygląda trochę inaczej: chociaż bohatera przedstawia autorka na początku w złym świetle, z obrazem bezdusznego samca wykorzystującego kolejne kobiety kłóci się obraz troskliwych (i aż nadopiekuńczych) rodziców, którzy codziennie dyżurują w kawiarni na wprost mieszkania mężczyzny, żeby sprawdzić, czy ukochany syn nie poznał akurat tej jedynej.

Obiecujący początek zamienia się w konwencjonalny romans, ale tego nikt autorce nie powinien mieć za złe, w końcu wiadomo, do czego miała doprowadzić bohaterów. Udało jej się za to stworzyć wizję baśniowego świata, rzeczywistości z marzeń, w której nigdy nie jest za późno na naprawianie błędów i na stawanie się lepszymi ludźmi. Nie tylko miłość analizuje autorka do końca – zajmuje się również przedstawianiem więzi rodzinnych, przekonuje czytelniczki, że każdy może znienacka nauczyć się doceniać bliskich, odnaleźć kontakt z niechcianymi dziećmi, naprawić relacje, poszukać drogi do szczęścia. Jest to romans dla pań, ciepły, krzepiący, schematyczny – ale ponieważ Krystyna Mirek potrafi prowadzić narrację, to też zajmujący.

sobota, 18 maja 2019

Agnieszka Zakrzewska: Niebo nad Amsterdamem

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Rodzina za granicą

„Niebo nad Amsterdamem”, tom zamykający cykl z perypetiami Agnieszki i jej rodziny – nadaje się na samodzielną lekturę dla tych czytelniczek, które lubią obyczajówki odchodzące od schematów fabularnych. Napisana jest ta powieść nieźle (chociaż autorka nie ustrzegła się paru błędów), z pomysłem na akcję i kreacje postaci. Trochę znosi Agnieszkę Zakrzewską w stronę sensacji (lub powieści o posmaku tajemnicy z przeszłości), ale to tylko wychodzi na dobre obrazom codzienności. W tej powieści Agnieszka, która ma już ustabilizowaną pozycję życiową, boryka się z dziwnym anonimowym prześladowcą. Ktoś posuwa się do obelg wypisywanych czarną farbą na fasadzie tomu i najwyraźniej próbuje zniszczyć szczęście kobiety. Do tego Agnieszka chce rozwikłać zagadkę dotyczącą dawnych czasów pewnego prokuratora. Kryzys w małżeństwie nie sprzyja rozwiązywaniu kłopotów na chłodno. Jakby tego było mało, nastoletnia córka bohaterki, Annemarie, wkracza właśnie w etap buntu. Zadaje się z niewłaściwym towarzystwem, zarzuca marzenia, a jej reakcje stają się niepokojące. Agnieszka musi wszystkie zmartwienia odkryć i zrozumieć, zanim stanie się coś złego – zapobiec temu, czemu można zapobiec, a wkroczyć do akcji, gdy to konieczne. Nikt nie zastanawia się, skąd ona ma czerpać siłę do mierzenia się z codziennością.

Ciekawym pomysłem jest wprowadzenie do akcji robotników budowlanych z Polski, ale jeśli już musieli pochodzić z Bytomia, to albo powinna autorka sprawdzić, jakim językiem faktycznie się porozumiewają, albo postawić na językową neutralność – bo tworzy jakiś dziwny zlepek wyobrażeń na temat ulicznej śląszczyzny i języka literackiego – oraz ekscentrycznego sąsiada. Jego obecność bardzo ubarwia fabułę, pozwala wprowadzać fałszujące rzeczywistość sytuacje i komplikować prostą opowieść. Bardzo przyjemnym zabiegiem jest tutaj natomiast wtrącanie charakterystycznych dla mieszkańców Amsterdamu zwrotów, ale i zachowań – dzięki temu książka zyskuje ładny koloryt lokalny, cieszy smaczkami. Takie smaczki czasami psuje brak uważnej redakcji („Bożenka!!! – krzyknęłam. Byłam tak wzruszona, że nie mogłam dobyć głosu”…), jednak sporo można autorce wybaczyć dzięki temu, że proponuje obyczajówkę odbiegającą od schematów z czytadeł. Jest tu trochę sensacji, nawet śledztw, poszukiwania wiadomości na własną rękę – bo przecież nie da się przejść do porządku dziennego nad wiszącymi niedookreślonymi zagrożeniami. Akcja toczy się szybko, bohaterka nie ma w zwyczaju analizowania kolejnych doświadczeń oraz emocji w nieskończoność – woli za to prowokować do działania.

Agnieszka Zakrzewska pokazuje, że zawsze warto walczyć o marzenia i nie poddawać się w trudnych chwilach. Kobieta w powieści ma sporo powodów do popadnięcia w apatię i obwiniania losu o kolejne przykre doznania – jednak nie zamierza się załamywać, daje z siebie wszystko, żeby ocalić bliskich, pomóc przyjaciołom i uniknąć porażki. Dodaje energii i otuchy, tak też działać będzie na czytelniczki cała powieść. „Niebo nad Amsterdamem” to książka ciekawa – jeśli ktoś lubi obyczajówki, doceni w niej świeżość spojrzenia i ucieczkę od powtarzalnych rozwiązań. Zakrzewska pisze po swojemu, nie ogląda się na mody, za to ma coś do powiedzenia na temat życia w Amsterdamie – i z tego czyni prawdziwy atut tomu. „Niebo nad Amsterdamem” z pewnością zachęci też nowe czytelniczki do sięgnięcia po poprzednie części cyklu o Agnieszce.

piątek, 17 maja 2019

Alek Rogoziński: Śmierć w blasku fleszy

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Strzał

Sugeruje Alek Rogoziński, że oto napisze Kryminał. Kryminał, przy którym niech się schowa Chmielewska i tabuny podążających jej tropem naśladowczyń. Kryminał, który wstrząśnie rynkiem literatury masowej. A potem nadmuchany do granic możliwości balon oczekiwań pęka i czytelnicy zostają z prostą fabularnie historyjką, w której nie intryga się liczy – a próby rozśmieszania. Te autor próbuje budować charakterystykami i przeznacza na to zdecydowanie zbyt dużo energii. „Śmierć w blasku fleszy” zaskakiwać nie może – ani akcją, ani jej rozwiązaniem. Tym, co przyciąga uwagę, jest narracja – i tutaj albo autor będzie przez odbiorców uwielbiany i wychwalany pod niebiosa, albo ostatecznie straci zaufanie.

Przede wszystkim szuka Rogoziński odbiorców z podobnym poczuciem humoru, zakłada więc, że czytelnicy znają te same filmy, co on. W związku z tym nie sili się na pisarskie określanie min czy reakcji bohaterów, tworzy za to w narracji odsyłacze do konkretnych obrazów i kadrów. Niby drobiazg – ale staje się rodzajem protezy, wybijającym z powieściowego świata. Gdyby Rogoziński tak opisał sceny, żeby czytelnikom same nasunęły się skojarzenia właściwe kinomanom, byłby dużo bardziej przekonujący. Tak – jawi się jako odtwórca, pożyczający sobie ciągle pomysły z zewnątrz. A przecież przy rozłożystych charakterystykach popada w skrajnie odmienną manierę, mianowicie – zbyt często wykorzystuje nieistotne dygresje mające wydźwięk satyryczny. Brzmią one czasem zbyt sztucznie, pasują jako komentarz do sylwetki, ale niekoniecznie zamiast prezentacji. I tak wyłania się jednak wada zabawnej i prostej lektury: nienaturalność narracji. Alek Rogoziński chce być swobodny, błyskotliwy i oryginalny, ale przeszkadza mu w tym manieryczność, nadmierne przywiązanie do części pomysłów.

W warstwie komicznej opiera się autor na przerysowaniach. Nie ma miejsca na subtelności, większość portretów bazuje tu na karykaturach – i to nie zawsze przez bohaterów zaplanowanych (chociaż i takie się zdarzają). Wiele postaci próbuje udawać kogoś innego niż jest, co potem przekłada się na nierozwiązane (i nieistotne) zagadki – ale w ten sposób osłabia się też śmiech. Rogoziński posługuje się tutaj sylwetkami typowymi dla kawałów, nie ma więc mowy o wyrafinowanym komizmie i szukaniu ciekawych detali. Indywidualizuje bohaterów pod kątem języka i przyzwyczajeń, zestawia podobnych i epatuje u niektórych głupotą, stawia na maskarady i na niezrozumienie jednych przez drugich. Zależy mu w pierwszej kolejności na rozrywce odbiorców, nie będzie się zatem zbyt długo zastanawiać nad charakterami. Zestaw wad wystarczy do budzenia radości w podstawowej warstwie odbioru. Autor nie potrzebuje komplikowania charakterów, nie szuka też żadnej ucieczki od schematów. Takie podejście sprawia, że kompletnie nie musi zastanawiać się nad prawdopodobieństwem otoczenia. Środowisko modelek oraz pokazów jest mu zupełnie obce – ale wystarcza do takiej prezentacji, jaką sobie wybrał. Wszystko opierać się musi na gagach, na międzyludzkich spięciach i na dygresjach. Alek Rogoziński pisze książkę rozrywkową opartą na konwencji kryminału – jako taką zainteresuje dość liczne grono odbiorców. Chce rozśmieszać i to mu wychodzi, nie potrzebuje do tego gęstej opowieści.

niedziela, 12 maja 2019

Anna Binkowska: Mogłam sobie pozwolić... Historia Anny Milewskiej

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Miłość

Dość nietypowa jest ta opowieść o aktorce, bo role i anegdoty z planów filmowych oraz seriali schodzą w niej na dalszy plan. Anna Milewska, która zresztą już własne życie opisywała, teraz portretowana jest przez Annę Binkowską w tomie „Mogłam sobie pozwolić” przez pryzmat bardzo osobisty i na pewno nie powiązany z kolekcją ról. Całe szczęście, bo zestaw opinii o aktorce jej kolegów po fachu zapowiada przesłodzoną laurkę (i pewnego rodzaju wytłumaczenie, dlaczego w książce anegdot będzie jak na lekarstwo). Anna Binkowska z aktorką rozmawia trochę bardziej na bazie plotek i życiowych wspomnień, również tych pikantnych. Namawia na zwierzenia, których dzisiejsze celebrytki mogą tylko pozazdrościć – za sprawą podejścia do codzienności i do związku.

Zaczyna się ta publikacja od wyznań o „kochliwej” młodości. Milewską – jeszcze nie aktorkę – zawsze otaczało grono adoratorów, a ona jako piękna dziewczyna nie stroniła od uciech życiowych. Trzeba zresztą autorce tomu i jej rozmówczyni przyznać, że bardzo ładnie piszą o łóżkowych podbojach – jest w tym subtelność i wieloznaczności, nie ma za to wulgarności i wyliczeń. Zresztą motyw panów, z którymi aktorka spędzała przyjemnie czas – mimo dość surowego ojca – służy tylko nakreśleniu wyjątkowości małżeństwa z Andrzejem Zawadą. Trochę przygotowuje Anna Milewska odbiorców na pisma himalaisty, opowiada o książkach, nad którymi pracuje – a które mają związek z jej mężem. Zwykłych odbiorców bardziej jednak zainteresuje fakt prowadzenia małżeństwa niemal na prawach związku otwartego: Milewska przyjaźniąca się z kochanką Zawady, przymykająca oko na jego miłosne podboje, pozbawiona uczucia zazdrości i zawsze pewna tego, co łączy ją z ukochanym – to już sylwetka trudna do zrozumienia dla większości pań. Z drugiej strony pojawia się jednak Milewska potrafiąca odpłacić pięknym za nadobne, sama w pozamałżeńskich związkach, flirtująca czy romansująca – i tu już siły zaczynają się wyrównywać, można wspominać liczące prawie ćwierć wieku małżeństwo jako doskonałe i godne pozazdroszczenia.

Po miłościach przyjdzie czas na opisywanie życia aktorskiego, wędrówkę w wysokie góry (w końcu nie mogło tego przy Zawadzie zabraknąć), refleksje serialowe (nie ma co ukrywać, spore grono czytelniczek rekrutować się będzie spośród fanek serialu „Złotopolscy”). Anna Milewska przedstawi się odbiorczyniom jako poetka – kilka jej utworów wzbogaci narrację. Anna Binkowska przywołuje tutaj zarówno fragmenty opublikowanych książek, jak i bezpośrednie wypowiedzi bohaterki tomu, tworzy barwną i zabawną narrację pozbawioną sentymentów, ale ciepłą i utrzymaną w pogodnym tonie. „Mogłam sobie pozwolić” to nie książka, która wyczerpywałaby tematy biograficzne i dorobek Milewskiej – ale pokazuje aktorkę z bardzo osobistej strony, w ujęciu, na które niewielu dzisiaj chce i może sobie pozwalać. Szczerość i umiejętność prowadzenia opowieści językiem ezopowym – dwie skrajności – definiują tę pozycję i sprawiają, że Anna Milewska jako wyjątkowo ciekawa postać zdeklasuje celebrytki. Ta pozycja jest jednocześnie pokazaniem, jak walczyć o prawdziwą miłość – jak można podchodzić do związku i komplikacji uczuciowych. Anna Binkowska sięga do wiadomości, które nawet bardziej niż wyliczenie ról zaintrygują czytelniczki – trochę tworzy baśń o wielkim uczuciu, ale łatwo wciągnie odbiorczynie w relację.

sobota, 4 maja 2019

Artur Owczarski: Droga 66. Droga matka. O historii, legendzie, podróży

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Marzenie o przygodzie

To takie proste: wypożyczyć samochód, wsiąść do niego i pojechać. Bez planu, z otwartością na to, co spotka się po drodze, choćby było nie wiadomo jak kiczowate i absurdalne. Najlepiej z towarzyszem podróży, który zapewni miłą atmosferę i porozumienie, a do tego – umożliwi komentowanie na bieżąco napotykanych kuriozów. Artur Owczarski wielkich planów nie robi, chociaż decyduje się na przejażdżkę imponującą: zamierza poznać słynną Drogę 66, w całej jej okazałości i mimo że po Ameryce jeździć już można znacznie lepszymi pod względem jakości trasami – i zwiedzać zupełnie inne miejsca. Autor tomu „Droga 66. Droga matka” doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gdyby chciał trafić do każdego wartego zwiedzenia zakątka Stanów Zjednoczonych, nie wystarczyłoby mu życia – pozwala więc, żeby los wybrał za niego i daje się kierować drodze, która powraca do świadomości turystów. Droga 66 odzyskuje status kultowej, zaczyna być ceniona jako atrakcja turystyczna i jako nawiązanie do przeszłości – a to oznacza, że poszczególne jej odcinki mogą zaskoczyć podróżników. Owczarski chłonie przydrożne krajobrazy, zachwyca się rodzajami nawierzchni i pomysłami na zagospodarowanie terenów, przez które prowadzi legendarna trasa. Tu nawet wybór samochodu ma znaczenie – kiedy dojedzie się do bardziej malowniczych terenów. A dojedzie się na pewno, trzeba tylko trochę cierpliwości.

Prowadzi autor odbiorców przez kolejne odcinki trasy, ale opowieść wypada dość skrótowo: na początku tylko Owczarski odnosi się do historii drogi, dokładnie omawia przeszłość czy narodziny legendy, później już tylko sprawdza, ufa własnym oczom i wprowadza obserwacje wzbogacane jeszcze własnymi komentarzami. Zachowuje się jak podróżnik-bloger, a nie odkrywca – więc tom można czytać szybko, niemal w rytmie podróży. Każdy odcinek trasy ma w sobie coś charakterystycznego, coś, na co warto zwrócić uwagę – i coś, co pokazuje inne niż stereotypowe oblicze Ameryki. Niektóre miejsca odtwarzają przeszłość, fundują podróż w czasie, inne wykorzystują karykaturalne „pomniki” reklamowe jako obraz amerykańskiego snu. Nie będzie tu ani budowli znanych i rozpoznawalnych na całym świecie, ani szukania zabytków czy zachwycania się architekturą – za to misz-masz popkulturowy w całej okazałości stanie się dostępny czytelnikom. Czytelnikom, którzy zamienią się w widzów, bo „Droga 66” to tom, który wypada jak album. Bardzo często to, co Artur Owczarski skrótowo przedstawia odbiorcom w skąpej narracji, znajduje odzwierciedlenie na licznych zdjęciach – to dzięki fotografiom można naprawdę poznać otoczenie Drogi 66, przekonać się o absurdalnych rozwiązaniach i spotykanych przez autora dziwactwach, znaleźć Amerykę z dawnych stereotypów lub w ogóle spoza wyobrażeń turystów. Kolorowe kadry przedstawiają rzeczywistość, jakiej trudno się nawet spodziewać, podtrzymują legendę drogi i stanowią ciekawostkę dla tych, którzy chcieliby się wybrać w indywidualną podróż.

Staje się zatem Owczarski przewodnikiem po jednej z wersji USA, trochę na marginesie zwykłych podróży. Ale rozbudzać może tęsknotę za beztroską przygodą, za wyprawą w nieznane z szansą na odkrywanie czegoś nowego i na budowanie własnego atlasu niezwykłych wspomnień. Informacje są tu sprawą drugorzędną, bardziej liczą się przeżycia – a tych Droga 66 dostarcza pod dostatkiem. Jest to publikacja dość prosta, ale przygotowana z myślą o odbiorcach marzących o własnych podróżniczych trasach.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Żaneta Auler: 7 dni w siódmym niebie. Amerykański sen - prawdy i mity

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Autopromocja

Żaneta Auler wie, jak się promować. Jest wcieleniem amerykańskiego sukcesu, dowodem na to, że imigranci w Stanach mogą robić oszałamiającą karierę. Ma tu swoją świetnie prosperującą firmę, znajduje czas na podróże, życie rodzinne i relaks. Wie, że nic nie spadnie jej z nieba, na wszystko musi zapracować – ale czerpie z tego radość. Teraz dzieli się wizją działań na obczyźnie, proponuje trochę nietypowy przewodnik. Zabiera odbiorców na siedmiodniową wycieczkę po miejscach znanych i mniej znanych, sama staje się przewodnikowym autorytetem, opowiada, co warto obejrzeć, gdzie się pokazać, a do tego też – gdzie smacznie zjeść. Układa precyzyjny plan wycieczki, uwzględniając nie tylko własne odkrycia i fascynacje, ale i oczekiwania turystów – zabierze ich więc – w książce tylko wirtualnie – do Las Vegas czy Nowego Yorku. W każdym z miejsc przedstawia kilka punktów „obowiązkowych”, ale w wersji realistycznej – pamięta o tym, że ludzie nie tylko biegają od budynku do budynku i wstępują do każdego muzeum, jakie zobaczą (to zasada obowiązująca w niemal wszystkich przewodnikach turystycznych), ale czasami wolą po prostu posiedzieć w przyjemnym miejscu, przejść się ulicą, po której codziennie chodzą sławy, albo zrobić sobie zdjęcie na tle charakterystycznego pejzażu. Żaneta Auler rezygnuje zatem z przepisywania przewodników i wprowadzania ocen lub recenzji. Jej polecenie miejsca ma być najlepszą rekomendacją dla odbiorców – gdyby ci zechcieli jednak wybrać się do Stanów, mogą samodzielnie opracowywać plan działania, albo skorzystać ze sprawdzonego gotowca Auler – i będą usatysfakcjonowani.

„7 dni w siódmym niebie” to książka mocno przepuszczona przez osobiste doznania autorki. Żaneta Auler bardzo chętnie dzieli się z odbiorcami własnym życiem – w kontekście kolejnych odwiedzanych miejsc albo bez względu na nie. Pokazuje członków swojej rodziny podczas – na przykład – wspólnych posiłków. Opowiada o własnych sukcesach, zagląda do firmy. Zawsze chętnie przytacza odkrycia, jakich dokonała – bo wie, że kogoś może w ten sposób zainspirować. Autobiografizm przekłada się od razu również na materiały graficzne. Tom ma charakter albumowy, wydany jest na kredowym papierze i zawiera mnóstwo zdjęć. Na zadziwiająco wielu znajduje się w centralnym punkcie autorka – w starannie dobranych stylizacjach, emanująca szczęściem. Ta wszechobecność może się wydawać nietypowa, ale wpisuje się w amerykański styl bycia. Oto kobieta sukcesu, bez kompleksów, mająca coś do zaoferowania. Taki komunikat przekazuje – i kto podchwyci ten rytm, pełen pewności siebie, ten od razu przekona się do całej książki. „7 dni w siódmym niebie” to literacka hybryda, nie jest ani typowym przewodnikiem, ani autobiografią – i tym wyróżnia się na rynku spośród publikacji podróżniczych. Żaneta Auler ma pomysł na książkę, dzięki tomowi może zaistnieć w świadomości szerszego grona odbiorców. Podsuwa czytelnikom pomysł na podróż – ale też zestaw inspiracji i motywacji do działania. Najlepiej wychodzi jej autoreklama, ale ponieważ obfite osobiste wyznania zachęcają do lektury – można jej to bez trudu wybaczyć. To opowieść dość nietypowa i przez to też ciekawsza.

Jacek Dubois: Królewski skarb

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Śledztwo dzieci

Motyw kryminałów, w których dzieci przechytrzają dorosłych należy już do klasyki rozrywki w literaturze czwartej i wydawałoby się, że nie da się z niego już korzystać, jest bowiem zbyt wyeksploatowany. Jacek Dubois nic sobie jednak nie robi z rzekomych ograniczeń i nieoryginalności – wie, że siłą takich historii jest dobra intryga i wyraziści bohaterowie. Dzięki temu ma szansę zaintrygować odbiorców swoją powieścią poświęconą… zniknięciu klejnotów koronacyjnych brytyjskiej królowej. „Królewski skarb” to historia wartka i pełna niespodziewanych zwrotów akcji, podporządkowana klasycznemu rytmowi, a jednak ciekawa i wesoła.

Narratorką i bohaterką pozostającą w centrum uwagi jest tu rezolutna Hela. Hela ma kilku braci i nie może sobie pozwolić na brak sprytu: a skoro umie wywalczyć miejsce w rodzinie, da sobie też radę z najbardziej przebiegłymi przestępcami. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi uratowanie taty z opresji, jakich sam się nie spodziewał. Wszystko zaczyna się od zuchwałej kradzieży: podczas pokazu królewskich insygniów dochodzi do rabunku, ale później jeden ze złodziei ograbia swoich kompanów i wraz z cennym zawiniątkiem znika w budynku, w którym mieści się kancelaria adwokacka taty Heli. Prawdę odkryć mogą wyłącznie wyjątkowo dociekliwi – żeby nie powiedzieć, wścibscy – śledczy. A do takich Hela się zalicza, dopingowana jeszcze przez braci. Dzieci doskonale się bawią, tropiąc złodziei. Nie myślą nawet o tym, że szukają skarbu, mają swoje motywacje zrozumiałe dla bohaterów – bo i dobrze przez autora przedstawione – potrafią bezbłędnie wyciągać wnioski, mają sporo wolnego czasu, a do tego świetną zabawę zapewnia im konieczność niezauważalnego przenikania do miejsc, do których dzieci się nie wpuszcza. Będzie zatem sporo dynamicznych wydarzeń, akcja rodem z filmu sensacyjnego (dla dzieci), tajemnice i lekcje dedukcji. A do tego – duch.

Bo cała opowieść, mimo misterności w kreowaniu intrygi, byłaby nudna i przewidywalna, gdyby nie bohater, który dołączy do rodzeństwa. Istota ze świata magii najpierw powoduje zjawiska niewytłumaczalne na drodze rozumowej – trzeba więc wyjaśnić kolejną zagadkę, tym razem nie łamigłówkową – a potem znacząco poszerza możliwości działań bohaterów. Duch z lustra w windzie ma swoją ciekawą historię, a i szereg przydatnych talentów. Urozmaica swoją obecnością fabułę, ale też wprowadza całkiem sporo humoru. To, że wygłupia się Hela, jest w pełni zrozumiałe i kiedy już czytelnicy zdążą się przyzwyczaić do żartów tej bohaterki, w szaleństwach zastępuje ją i wyręcza nowy przyjaciel. Chociaż momentami akcja wydaje się aż przesadnie rozbudowywana, Jacek Dubois bez trudu przekona do siebie małych odbiorców. Zafunduje im przecież książkę energetyczną, pełną ciekawych pomysłów, inspiracji i wariacji na temat rozwiązań gatunkowych. Można go docenić za pomysłowość i za umiejętne połączenie konwencjonalnego kryminału z elementami bajkowej fantastyki, można też cieszyć się dowcipem w narracji.

środa, 10 kwietnia 2019

Roma J. Fiszer: Chata nad jeziorem

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Schronienie przed złem

Na Kaszuby Vanessa trafia za sprawą Samotnego Gbura: mężczyzna o takim nicku zagaduje ją na forum dla samotnych artystów. Z czasem okazuje się, że Samotny Gbur, rzeźbiarz, jest Pawłem, dawnym kolegą ze szkolnych lat – i już do motywu znajomości internetowej autorka nie wróci. Podobnie jest zresztą z Korynną, poznaną na tym samym forum: szybko staje się jasne, że to bratnia dusza Vanessy, znajomość przenosi się do realu i bohaterka nie ryzykuje więcej, że na forum trafi na kogoś w stylu swojego byłego narzeczonego. Narzeczony zresztą nie zrobił nic złego: przyozdobił się tylko tatuażami i to wystarczyło, żeby Vanessa poczuła na jego widok obrzydzenie i zerwała znajomość. Dla Romy J. Fiszer to okazja do snucia innej opowieści o wielkiej miłości – równie nieprawdopodobnej i baśniowej, co przesadzonej – jednak w sam raz dla czytelniczek-idealistek. Dla Vanessy chata nad jeziorem u Pawła to miejsce magiczne: można tu znaleźć mnóstwo tematów do malowania (a bohaterka na swoich obrazach nieźle zarabia, chociaż sprzedaje je w dość przypadkowych miejscach: to jednak właściwość prostych obyczajówek – da się utrzymać z chimerycznej pasji), a i prawdziwe uczucie. Trzydziestolatka cały czas otwarcie flirtuje ze swoim gospodarzem, obiecuje mu coraz więcej i cieszy się na spotkania z nim. Nikt nie będzie miał wątpliwości, że do romansu dojdzie błyskawicznie – nawet autorka nie próbuje wmawiać czytelniczkom, że może być inaczej. Co prawda wizerunek zakochanej kobiety zamienia się tu w wizerunek zakochanej idiotki: Vanessa bez przerwy chichocze, kiedy myśli o ukochanym (czy to podczas gotowania dla niego, czy w rozmowach z przyjaciółką, kiedy ta wskazuje oczywiste symptomy uczucia), ale tak objawia się w niej radość z nowego związku. Do szczebiotów zakochanych dochodzą bezustanne podkreślania imion, jakby postacie musiały adresować swoje wypowiedzi, bo sprawia im to przyjemność (czytelnikom niekoniecznie będzie sprawiać, uznają to raczej za niedoróbkę stylistyczną). Zmanierowani zakochani przejdą przez szereg wyzwań, żeby się lepiej poznać i zdecydować, że chcą być ze sobą na zawsze – w domku z dala od gwarnych miast.

Roma J. Fiszer bierze pod lupę scenariusz konwencjonalny, nawet jeśli nie zawsze umie przekonać do bohaterki (Vanessa jako artystka malarka wszędzie szuka tematów do obrazów, a czyni to przez gest robienia prostokąta z palców, co nie wypada w narracji zbyt zachęcająco): wie, że czytelniczki chcą od niej wielkiej miłości ocierającej się o idealną – to właśnie chce zapewnić. Ponieważ i Vanessa, i Paweł są skłóceni ze swoimi rodzicami, kiedy zapracują na wspólne szczęście, będą się wzajemnie wspierać, żeby odbudować te relacje. Chata nad jeziorem musi zapełnić się ludźmi – i to nie tylko przyjaciółmi, ale również krewnymi. Z jakiegoś powodu dla autorki to bardzo ważne. Obok tematów obyczajowo-romansowych daje Fiszer upust swoim pasjom publicystycznym i przewodnikowym. Vanessa poznaje obce dotąd sobie przestrzenie, odkrywa uroki Kaszub: każdy opowiada jej o tym, co na miejscu warto zobaczyć, o lokalnych ciekawostkach i twórcach. Autorka posiłkuje się tu mocno internetem, do każdego zbioru wiadomości dodaje link, z którego je zaczerpnęła – tyle tylko, że wplatając do wypowiedzi zestaw danych, staje się automatycznie sztuczna. Postacie brzmią, jakby recytowały przewodniki – nie ma w tym naturalności i zachęty do poznawania najbliższej okolicy. Tak samo jest z wykładami z historii sztuki, jakie Korynna funduje w Krakowie Vanessie – za dużo autorka chce przekazać, jeśli nie ma pomysłu na formę. Być może zaintryguje gdzieś czytelniczki i wtedy da im szansę poznawania na własną rękę dalszych wiadomości – ale dla powieści takie wstawki nie wypadają najlepiej.

Jest to obyczajówka dla pań, które lubią proste scenariusze, ale i odwlekane przyjemności. Tutaj autorka rozkoszuje się narracją i przeszkodami na drodze do związku, jednocześnie sugerując, że nic już bohaterów od siebie nie oderwie. Bawi się motywami z literatury kobiecej i tylko czasami próbuje uczynić powieść bardziej ambitną przez ściągi z internetu. I bez tego zdobyłaby szereg wyznawczyń, warto czasami zrezygnować z górnolotnych przesłań i postawić na czystą rozrywkę, choćby i naiwną. Chociaż odbiorczynie tę książkę pokochają, warto by wygładzić trochę błędów stylistycznych: nie może być tak, że bohater w jednym miejscu mówi, że ma mnóstwo czasu, żeby kilka akapitów później powiedzieć, że czasu wcale nie ma. Nie może kobieta szczebiotać do swojego samochodu, że to ptaszek, któremu zaraz da benzynki (są granice infantylności postaci – do strawienia przez najbardziej wyrozumiałe czytelniczki), nie może rubasznych i dwuznacznych komentarzy wskazujących, że rzecz zakończy się w łóżku, nazywać „lekkimi jak piórko aluzjami”. W niektóre motywy czytelniczki – choćby i nastawione entuzjastycznie do romansowej obyczajówki – zwyczajnie uwierzyć nie dadzą rady.

wtorek, 9 kwietnia 2019

Agata Komorowska: Optymizm mimo wszystko

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Porady z życia

Poradnik w formie kobiecego zwierzenia przygotowuje dla czytelniczek Agata Komorowska – i realizuje w ten sposób również własne marzenie o pisaniu. Dzieli się z odbiorczyniami własnymi przemyśleniami na temat odzyskiwania duchowej równowagi. I jak to przeważnie w takich wypadkach bywa, najbardziej przekona tych przekonanych – cierpiący akurat na rozmaite chandry potraktują te wyznania jak infantylny szczebiot, który niczego do życia nie wniesie, a już na pewno nie przyczyni się do polepszenia jakości egzystencji. A jednak trafi do części odbiorczyń – do pań, które chcą przekonać się, że da się podnieść z największych kryzysów. Autorka dość często odwołuje się do swoich przeżyć: rozwodu, samotności i romansu (pojawi się między innymi temat związku z żonatym mężczyzną, który fakt swojego zaobrączkowania skrzętnie ukrywa). Opowiada i o kłopotach wychowawczych, i o zmaganiach z psychiką, która szykuje sporo pułapek. Wszystko to prezentuje w bardzo krótkich rozdziałach tematycznych (co sprawia, że niektóre wiadomości wciąż powracają, a inne pojawiają się znienacka bez przygotowania). Za każdym razem liczy się rodzaj wyznania, poruszona problematyczna kwestia, z którą szybko trzeba się rozprawić. Wyznacza Agata Komorowska zakresy wyzwalających smutek spraw, przypomina o tym, co wyprowadza z równowagi – żeby od razu wprowadzić pomysł zaradzenia klęskom. Jeśli coś idzie źle, łatwo wcielić w życie rozwiązanie, które wszystko zmieni, przynajmniej w ujęciu optymistycznej na przekór przeciwnościom losu autorki. Rzecz jasna porady to jedno, a ich realizacja – drugie, ale Agata Komorowska sprawia wrażenie, jakby nic jej nie kosztowało wcielanie w życie porad psychoterapeutów – i mądrością życiową dzieli się z innymi. Zestawienie owych mądrości z naiwnością autorki może trochę razić, ale Komorowska bez większego trudu przekona do siebie część masowej publiczności.

Lubi ta autorka dzielić się z odbiorczyniami swoimi doświadczeniami, opowiada i o tęsknotach, i o marzeniach do zrealizowania dopiero wtedy, kiedy odrzuci się blokady i trudności. Odwołuje się do sedna międzyludzkich relacji, opowiada, czego nauczyła się od swoich dzieci (i można w pewnym momencie stracić rachubę, które są jej, a które – i ile – adoptowane, niby nieważne, ale to rozróżnienie w narracji zostało podkreślane kilka razy). Enigmatycznie prezentuje różne miłości i związki, żeby przypadkiem nikt nie załamywał się rozstaniem. Właściwie taki rytm relacji dość szybko staje się dla odbiorczyń naturalny i nawet swojski, więc Komorowska będzie mogła przekonać do siebie na płaszczyźnie emocjonalnej. Niewiele to zmieni w odbiorze samej argumentacji – ale to nie problem. Każdy rozdział autorka jednak kończy dziękczynieniem – i tutaj, chociaż wprowadza lekturowy wyróżnik, wypada bardzo infantylnie, jakby po prostu realizowała wytyczne z poradników do samorozwoju. Po każdej łamanej autobiografią krótkiej opowieści wprowadza kilka zdań rozpoczynających się od słów „dziękuję za”. Nie jest to potrzebne czytelniczkom – chyba że Komorowska chce metodą Pollyanny uświadomić im, że zawsze jest się z czego cieszyć. I takie przesłanie najbardziej tu wybrzmiewa, również jako inspiracja.

sobota, 23 marca 2019

Natasza Socha: (Nie)miłość

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Związek

Znalazła Natasza Socha w “(Nie)miłości” raczej ekstremalny pomysł na rozwiązanie małżeńskiego kryzysu. Cecylia zamierza po powrocie do domu porozmawiać z Wiktorem o rozwodzie. Wie, że mężczyzna ma kochankę, sama szuka pocieszenia w rozmowach z facetami poznanymi na forach internetowych, chociaż w romanse z nimi się nie wdaje (dla niej jednak zdrada to kwestia psychiki). Mimo że w grę wchodzi też szczęście dziecka, Cecylia postanawia zamknąć ten rozdział życia. I wtedy pada ofiarą wypadku samochodowego spowodowanego przez starszą panią. Traci władzę w nogach i swoje plany musi odwlec. Wiktor tymczasem coraz bardziej uzależnia się od młodej i pięknej Karoli.

W tej powieści dla kobiet od początku autorka nastawia odbiorczynie na to, że małżeństwa nie da się już uratować. Cecylia pogodziła się z losem i wie, że nie wydrze męża z objęć jego doktorantki (która walczy całkiem sensownie). Nie rozpacza, nawet nie zastanawia się, w którym momencie wszystko się rozpadło. Rozmyśla za to nad sobą i nad popełnionymi błędami - przecież dla autorki to okazja na wprowadzenie kilku porad dla czytelniczek. Chodzi o to, żeby nie poniżać się przed partnerem, na którym to już nie zrobi wrażenia. Problem utraconej miłości to oś napędowa fabuły - ale nie jedyna kwestia, jaką autorka chce rozstrzygnąć. Wśród poruszanych tematów najdzie się też problem niepełnosprawności i wiążącego się z nią wykluczenia. Cecylia na wózku przekonuje się, że nie tylko jest skazana na pomoc innych, jeszcze staje się niewidzialna i niepotrzebna. W sklepach, na ulicy - wszędzie musi liczyć się z barierami. Nagle staje się niesamodzielna i chociaż w domu pojawia się szereg udogodnień, elementów ułatwiających funkcjonowanie osobie na wózku, a mąż przejmuje część obowiązków i stara się ułatwić Cecylii codzienność, marne to pocieszenie. Wszystko przecież robi po to, żeby jak najszybciej zacząć nowe życie z Karolą.

Natasza Socha skupia się na dylematach Cecylii, na jej gorzkich przemyśleniach i obserwacjach. Pozwala razem z nią przeżywać bunt i rozpacz, pozwala kibicować bohaterce, która wymyśla dla siebie nowe scenariusze. Cecylia usiłuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Nie dość, że nie przypuszczała, że spotka ją taka tragedia, to jeszcze sam wypadek nie wyglądał groźnie i trudno bohaterce uwierzyć, że dzieje się z nią coś złego. Socha rezygnuje tu z pouczania wprost, czego potrzeba każdemu związkowi, żeby udało się małżonkom zachować świeżość uczuć i nie popaść w rutynę. Nie tłumaczy, ale pokazuje na przykładzie książkowej pary, czego brakuje ludziom u progu rozwodu. Zamiast prostej recepty na szczęście, proponuje prostą receptę na wspólne życie. Nie trzeba aż wypadku, żeby wprowadzać pozytywne i prowadzące do ocalenia zmiany - można zaczerpnąć inspirację z odkryć Cecylii.

“(Nie)miłość” jest powieścią pop, obyczajówką podporządkowaną monologowi wewnętrznemu kobiety (doświadczenia Wiktora w przeplatanych rozdziałach relacjonuje trzecioosobowy narrator). Nie ma tu zbyt wiele pomysłów narracyjnych, czasami aż chce się, żeby autorka zrezygnowała z takiej stylistycznej i konstrukcyjnej ascezy. Czytelniczkom dostarcza emocji (i materiału do przemyśleń na temat związków damsko-męskich), może momentami męczyć przestojami w fabule, ale to zjawisko uzasadnione rodzajem opowieści. Natasza Socha wie, jak produkować czytadła pop - chociaż jej historie nie zapadają na długo w pamięć, na moment daje czytelniczkom rozrywkę.

poniedziałek, 18 marca 2019

Nina Majewska-Brown: Anka i piekło szczęścia

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Cena zdrady

Anka jest żoną i matką od dawna. Jej syn zdążył już dorosnąć i założyć własną rodzinę, właśnie razem z Anetą spodziewają się dziecka, wkrótce na świat przyjdzie Zosia, więc Anka zostanie babcią. I w świecie, którym rządzi kult młodości, nikt by nie pomyślał, że Anka wplącze się w historię jak z thrillera. Wplątuje się zresztą nieprzypadkowo – Nina Majewska-Brown wykorzystuje sytuację, żeby przestrzec odbiorczynie. Podejmuje temat stalkingu i sprawdza, jakie zagrożenia czyhają na naiwne – oraz w jakiś sposób psychicznie osłabione kobiety (niekoniecznie w średnim wieku). Anka szukała przygody. Zwątpiła we własne małżeństwo, rzuciła się w romans z poznanym przez internet Arturem. Na początku wszystko wydawało się idealne: Anka odzyskała pewność siebie i radość życia, udało jej się zrelaksować i inaczej spojrzeć na własne małżeństwo. Pozostał jedynie problem zdrady – przynajmniej do pewnego momentu. Kochanek, którego Anka wspierała kolejnymi niemałymi pożyczkami - nagle zwietrzył sposób na łatwy zarobek. Artur zaczyna szantażować Ankę. Grozi zrujnowaniem jej życia osobistego (bohaterka doskonale wie, że Maciej nie darowałby zdrady), ale osacza też w pracy. Wykorzystuje urok osobisty, żeby wkupić się w łaski szefowej Anki. Potrafi zastraszyć nawet rozsądnie myślącą kobietę, bezbłędnie wykorzystuje jej chwile słabości. I żąda coraz więcej pieniędzy za milczenie. Anka niby wie, że to droga bez wyjścia - ale wstydzi się poprosić o pomoc. I w ten sposób jeszcze bardziej komplikuje sobie życie.

“Anka i piekło szczęścia” to powieść, która w ramach akcji rozwija się niespiesznie, liczy się w niej bardziej kwestia psychologiczna. Majewska-Brown pokazuje między innymi, jak utemperować plotkarzy w pracy, albo jak rozwiązywać konflikty w domu (i kiedy odpuścić sobie dbanie o choćby poprawne stosunki – jak Aneta, której matka i siostra w pełni zasłużyły na miano toksycznych). Naczelny temat to jednak stalking i postawa wobec szantażystów. Anka będzie w końcu musiała wyznać prawdę - lepiej nie odkładać tego w czasie, bo żadne inne działania nie powstrzymają agresora. Autorka przygotowuje czytelniczki na nieprzewidziane konsekwencje zdrady – i na długą oraz bardzo trudną walkę o powrót do normalności. Anka na własnej skórze przekonuje się, ile kosztuje naiwność - ale chociaż występuje tu w roli ofiary, da się ją lubić w dalszym ciągu. Nina Majewska-Brown uwodzi czytelniczki na kilka sposobów - odejście od fabularnych schematów to jeden z nich. Nie ma tu mowy o beztroskim romansie, ale to, co dzieje się później, okazuje się bardziej zajmujące. Obok motywu szantażu i stalkingu autorka uruchamia między innymi – i dość szczegółowo - kwestię rodzinnych niesnasek, przepis na szczęście, relacje w pracy, więź z wnuczką, ale i przyjaźnie, bez których nie dałoby się wytrzymać w coraz bardziej komplikującej się rzeczywistości.

“Anka i piekło szczęścia” to powieść ważna pod kątem społecznej wymowy – autorka kieruje się tutaj do kobiet, które szukają miłości i akceptacji tak rozpaczliwie, że gotowe są podejmować niepotrzebne ryzyko. Anka może i jest spragniona mocnych wrażeń, ale na pewno w chwilach uniesienia nie myśli o tym, jak skończy się jej nowe doświadczenie. Temat stalkingu zwykle pojawia się w literaturze rozrywkowej jako problem ludzi młodych - przyjmuje się, że doświadczone osoby wiedzą, jak się przed tym bronić. Tymczasem Anka bez trudu wskazuje kolejne charakterystyczne sposoby działania przestępców, przewiduje reakcje bliskich (i powody, dla których nie można u nich szukać pomocy), ale nawet reakcje policji. Ta lektura przynosi zatem rozrywkę wysokiej klasy, a do tego i ważne pouczenie, wskazówkę dla czytelniczek. Wciągająca powieść obyczajowa z dreszczykiem emocji jest bardzo udana. Anka sprawdza się jako postać cementująca serię. To historia dla wymagających fanek gatunku.

poniedziałek, 11 marca 2019

Katie Williams: Maszyna szczęścia

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Podpowiedzi

Maszyna szczęścia, Apricity, podpowiada ludziom, co powinni zrobić, żeby polepszyć jakość swojego życia. Na podstawie skomplikowanych i niezrozumiałych dla zwykłych ludzi obliczeń (dokonywanych po analizie wymazu z policzka) wybiera najlepszą strategię postępowania dla każdego pacjenta. Pearl wie, że wskazówki ze strony Apricity bywają często przyjmowane z niedowierzaniem i słusznie, bo jak rada dotycząca jedzenia mandarynek miałaby się przełożyć na jakość egzystencji w perspektywie filozoficznej? Bohaterka – osoba obsługująca kolejne modele maszyny wypuszczane na rynek – umie przekazywać ludziom bez emocji ich wyniki. W interpretacjach nie uczestniczy, ale zdaje sobie sprawę z tego, że często po przemyśleniu całej sytuacji użytkownicy gotowi są spróbować. Nawet jeśli automatyczne podpowiedzi wydają się bardzo dziwaczne i nie do zastosowania w praktyce. Niektórzy nawet podejrzewają, że to eksperyment socjologiczny, wystawianie społeczeństwa na wielkie próby. Ale z Apricity korzystają już prawie wszyscy, niezależnie od wieku, zawodu i doświadczeń życiowych. Nawet bliscy Pearl. Maszyna szczęścia ma dawać łatwe recepty na beztroską egzystencję. Ale ponieważ dużo zależy od interpretacji, pojawiają się trudności. Enigmatyczność poleceń ujawnia się dopiero wtedy, gdy pacjenci chcą się do nich zastosować. Jakby tego było mało - maszyna szczęścia nie ma żadnego filtra moralnego czy etycznego – czasami jako rozwiązania podsuwa zachowania sprzeczne z ogólnie przyjętymi kodeksami wartości. Wtedy pojawia się miejsce na manipulacje i nadużycia.

Maszyna szczęścia jest tu katalizatorem opowieści - zestawu historii, w których pojawia się jak refren, ale nie zawsze na pierwszym planie. Kolejni bohaterowie sięgają do tego urządzenia, żeby wprowadzić niezbędne zmiany, ale ich życie jest znacznie ciekawsze niż najbardziej kreatywne podpowiedzi komputera. Przedstawia autorka pole do nadużyć, wie doskonale, że powinna bohaterom zostawić wolną rękę - sami wpędzą się w spore tarapaty. Relacjonuje ich przeżycia. Odchodzi tu od typowych obyczajowych scenariuszy, z każdą historią chce odbiorców zaskakiwać na nowo i przynosić im szereg wstrząsów. Maszyna pozostaje w tle i pełni ważną funkcję - za jej sprawą ludzie odkrywają, kim naprawdę są. Apricity uwalnia ich naturalne skłonności i odziera z dyplomacji.

“Maszyna szczęścia” to powieść złożona z szeregu małych doświadczeń osób z bliskiego otoczenia Pearl – albo ludzi, którzy potrzebowali pomocy maszyny w określeniu kierunku swoich działań. Każdy rozdział stanowi zamkniętą całość, dostarcza czytelnikom wiedzy na temat codzienności bohaterów. Jednak każdy przynosi też następne rozwiązania, wplata losy poprzednio przedstawianych postaci w wydarzenia, które katalizują wybory kolejnych ludzi. Jest tu sporo wątków i wiele pytań z zakresu etyki. Ale przede wszystkim to powieść, która wydaje się dobrze przemyślana w warstwie emocji. Dla Katie Williams najważniejsze jest to, co dzieje się między postaciami, na zderzeniu różnych scenariuszy i pomysłów na egzystencję. Odnosi się do osób z różnych warstw społecznych i do pacjentów w różnym wieku, za każdym razem znajdując coś, co sprawia, że Apricity jest tylko tłem, dodatkiem do prawdziwych uczuć. Jest “Maszyna szczęścia” powieścią z dziedziny fantastyki – ale przełamanej przez obyczajowość.

piątek, 1 marca 2019

Dorota Wachnicka: Grzesznica

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Za dawne wybory

Dorota Wachnicka wymyśla sobie dalsze losy Pretty Woman. Luksusowa prostytutka, Dominika, w pewnym momencie poznaje mężczyznę swoich marzeń, wychodzi za niego za mąż, porzuca dawne zajęcie. Teraz już jest przykładną żoną i matką, ma zwyczajną pracę i jest szczęśliwa. Nie przeżywa traum w związku ze swoją przeszłością, czasami nawet prezentuje pojedyncze anegdotki – wspomnienia z łóżkowych wyczynów. Dominika seks lubi i tego we własnej narracji nie ukrywa. Za to jej tajemnica z przeszłości nie podoba się Michałowi, koledze z pracy. Michał to żarliwy katolik, który związków pozamałżeńskich nie popiera, przed pracą biega na mszę i prezentuje bardzo konserwatywne poglądy na życie. Kiedyś widział Dominikę jako prostytutkę u boku biznesmena – i postanawia za to usunąć kobietę z pracy. Ma też jeszcze jeden powód, który pcha go do działania. Staje się groźnym przeciwnikiem – a właściwie wrogiem, którego nie wolno zignorować.

“Grzesznica” to powieść obyczajowa z drobnymi wstawkami erotycznymi (te najczęściej dotyczą dawnych doświadczeń Dominiki, trochę budują jej portret z przeszłości) i w zasadzie tytuł w stylu taniego romansu porno może jej tylko zaszkodzić. Wachnicka pisze całkiem nieźle, radzi sobie z dwutorową narracją - przeskakuje w opowieści od Dominiki do Michała, budując dwa różne klimaty jednej historii. Wiadomo, że tytuł odnosi się do oceny zachowania kobiety z perspektywy fanatyka religijnego, ale brzmi – niestety – jakby był zapowiedzią brukowej literatury. Autorka koncentruje się tutaj na codzienności Dominiki, na zwyczajnych wyzwaniach wiążących się z utratą pracy czy organizowaniem codzienności. Udaje jej się odmalować szczęśliwy związek, rodzinną sielankę (może i nie wolną od pokus, ale przynajmniej pasującą do hollywoodzkich zakończeń). Dominika ma wystarczająco dużo kłopotów przez Michała, żeby jeszcze dokładać jej kolejnych. Za to autorka zajmuje się z czasem przedstawianiem eskalacji nienawiści. Przygląda się zachowaniom oraz motywacjom Michała, stopniuje jego agresję. I o ile na początku może jakoś wytłumaczyć pierwsze przesadzone reakcje poglądami, o tyle już z czasem coraz mniej prawdopodobna robi się ta postać. Michał zarzuca bowiem własne wartości, Wachnicka odsłania jego brudne sekrety i pokazuje całkowity brak moralności. Fanatyczny katolik ma na sumieniu znacznie więcej niż Dominika - być może o rozprawienie się z dewotami też autorce przy okazji chodzi. W każdym razie bohaterowie wypadają jednoznacznie, ale niektórych da się polubić.

“Grzesznica” to powieść prosta, ale napisana całkiem starannie. Autorka nie mnoży wątków nad miarę, w fabule skupia się na tym, nad czym potrafi zapanować. Wie też, czego oczekują jej czytelniczki, więc skłaniać się będzie bardziej ku rozwiązaniom baśniowym (albo z filmów romantycznych) niż rzeczywistości, ale to realizowanie konwencji wpisanej w gatunek, a nie błąd w budowaniu narracji. “Grzesznica” to prosta obyczajówka - nie powieść erotyczna czy romans – przekona panie, które lubią lekką, niewymagającą myślenia lekturową rozrywkę.

poniedziałek, 10 września 2018

Nietypowa Matka Polka

Edipresse Książki, Warszawa 2018.

Matka z płaską twarzą

Nietypowa Matka Polka to kolejna blogerka, która z przestrzeni internetowej dostała się do tradycyjnych książkowych publikacji i dotrzeć może dzięki temu do kolejnych grup odbiorczyń spragnionych komicznych opowieści o macierzyństwie, rodzinie i wyzwaniach codzienności. O ile kiedyś Wawrzyniec Prusky podbił serca czytelników poczuciem humoru przedstawianym w bardzo literackich notkach, o tyle Nietypowa Matka Polka korzysta z możliwości, jakie daje kolokwialny styl i pozwala sobie na językową nonszalancję oraz liczne przekleństwa – nie dlatego, by szokować i skandalem przyciągać uwagę, ale dlatego, że taki rodzaj ekspresji jest najbliższy jej stylowi. To jeden ze sposobów wywoływania śmiechu i podkreślania puent. Pasuje do swobodnej opowieści dla internautek, tak samo zresztą jak fonetyczne uproszczenia. Pewne jest jedno: niezależnie od tematu, jaki akurat poruszy, Nietypowa Matka Polka nie zamierza przynudzać. Dba o swoje czytelniczki, przyciąga je dystansem do codzienności, sarkazmem i umiejętnością wyłapywania anegdotek.

Właściwych bohaterów książka ma kilkoro. Oprócz Nietypowej Matki Polki pojawia się jej – równie ironicznie nastawiony – małżonek, Siara, a także czterech synów: nastoletni Don Juan (z rzadka przewijający się przez opowiastki, jako że w tym wieku trudno już o zabawne i mimowolne komentarze), Szara Eminencja – cichy rządzący, katalizator części dowcipów, Stifler – starszy z młodszych, najobficiej chyba prezentowany, oraz Szeregowy (jeszcze nie cytowany, z racji tego, że nie mówi). Ta gromadka zapewnia codzienne zaskoczenia i przygody, które pokazują, że wychowywanie dzieci to zestaw wyzwań i radości. Książka podzielona została na trzy części (Nietypowa, Matka i Polka), porządek tematyczny trochę zaburza chronologię: autorka najpierw dokonuje prezentacji występujących w książce postaci, by w połowie tomu przejść z powrotem do kwestii związanych z porodami (jako źródłem żartów, przynajmniej w warstwie opisów), a pod koniec – do refleksji związanych z decyzją o emigracji. Achronologia nie jest większym problemem, ale też rozdziały w kolejności powstawania notek nie byłyby złym rozwiązaniem.

Nietypowa Matka Polka obserwuje swoje rezolutne dzieci, ale zajmuje się też sobą, to znaczy – własnymi perypetiami. Z problemami radzi sobie śmiechem: nieważne, czy chodzi o bolący ząb albo rejestrację w poradni, sposób na pchły u kotów, konflikty z sąsiadami, o zakupy, stresujące sytuacje czy remont: każde wydarzenie będzie bawić odbiorców, jeśli zostanie odpowiednio zaprezentowane. Nietypowa Matka Polka zaśmiewa się do łez z pomysłów małżonka i sprawia, że nastrój udzieli się też czytelniczkom. Jeśli coś wprawia ją w złość, potrafi zawalczyć o swoje i przekonać do własnych racji. Do humoru sytuacyjnego dodaje jeszcze komizm opisów, i nie jest to tylko zasługą nieposkromionego języka: ma autorka dryg do wymyślania zabawnych porównań i do autoironicznych komentarzy. Notki są krótkie – w końcu blogi i żarty cenią zwięzłość – za to sycące, dostarczają rodzinnych obrazków. Nietypowa Matka Polka ugości u siebie wszystkich chętnych, zaproponuje zestaw opowiastek pozbawionych malkontenctwa i zmęczenia. Pokaże macierzyństwo kreatywnie, nie zapomni też o egzystencji poza opieką nad potomstwem.

Poza indywidualnymi wyczynami dzieci, męża, przedstawicieli opieki zdrowotnej lub sprzedawców, Nietypowa Matka Polka odwołuje się do dyżurnych felietonowych tematów. Ale i wtedy wygrywa oryginalnym podejściem. Cięty język, humor i luz to wyznaczniki tej publikacji: rozrywkowej, w sam raz dla wszystkich spragnionych nieidealnych opowieści o cieple rodzinnym, ale i o codziennych absurdach. To książka, przy której można się odprężyć. Tylko Nietypowa Matka Polka skazana jest na ciągłe facepalmy.