Edipresse Książki, Warszawa 2019.
Miłość
Dość nietypowa jest ta opowieść o aktorce, bo role i anegdoty z planów filmowych oraz seriali schodzą w niej na dalszy plan. Anna Milewska, która zresztą już własne życie opisywała, teraz portretowana jest przez Annę Binkowską w tomie „Mogłam sobie pozwolić” przez pryzmat bardzo osobisty i na pewno nie powiązany z kolekcją ról. Całe szczęście, bo zestaw opinii o aktorce jej kolegów po fachu zapowiada przesłodzoną laurkę (i pewnego rodzaju wytłumaczenie, dlaczego w książce anegdot będzie jak na lekarstwo). Anna Binkowska z aktorką rozmawia trochę bardziej na bazie plotek i życiowych wspomnień, również tych pikantnych. Namawia na zwierzenia, których dzisiejsze celebrytki mogą tylko pozazdrościć – za sprawą podejścia do codzienności i do związku.
Zaczyna się ta publikacja od wyznań o „kochliwej” młodości. Milewską – jeszcze nie aktorkę – zawsze otaczało grono adoratorów, a ona jako piękna dziewczyna nie stroniła od uciech życiowych. Trzeba zresztą autorce tomu i jej rozmówczyni przyznać, że bardzo ładnie piszą o łóżkowych podbojach – jest w tym subtelność i wieloznaczności, nie ma za to wulgarności i wyliczeń. Zresztą motyw panów, z którymi aktorka spędzała przyjemnie czas – mimo dość surowego ojca – służy tylko nakreśleniu wyjątkowości małżeństwa z Andrzejem Zawadą. Trochę przygotowuje Anna Milewska odbiorców na pisma himalaisty, opowiada o książkach, nad którymi pracuje – a które mają związek z jej mężem. Zwykłych odbiorców bardziej jednak zainteresuje fakt prowadzenia małżeństwa niemal na prawach związku otwartego: Milewska przyjaźniąca się z kochanką Zawady, przymykająca oko na jego miłosne podboje, pozbawiona uczucia zazdrości i zawsze pewna tego, co łączy ją z ukochanym – to już sylwetka trudna do zrozumienia dla większości pań. Z drugiej strony pojawia się jednak Milewska potrafiąca odpłacić pięknym za nadobne, sama w pozamałżeńskich związkach, flirtująca czy romansująca – i tu już siły zaczynają się wyrównywać, można wspominać liczące prawie ćwierć wieku małżeństwo jako doskonałe i godne pozazdroszczenia.
Po miłościach przyjdzie czas na opisywanie życia aktorskiego, wędrówkę w wysokie góry (w końcu nie mogło tego przy Zawadzie zabraknąć), refleksje serialowe (nie ma co ukrywać, spore grono czytelniczek rekrutować się będzie spośród fanek serialu „Złotopolscy”). Anna Milewska przedstawi się odbiorczyniom jako poetka – kilka jej utworów wzbogaci narrację. Anna Binkowska przywołuje tutaj zarówno fragmenty opublikowanych książek, jak i bezpośrednie wypowiedzi bohaterki tomu, tworzy barwną i zabawną narrację pozbawioną sentymentów, ale ciepłą i utrzymaną w pogodnym tonie. „Mogłam sobie pozwolić” to nie książka, która wyczerpywałaby tematy biograficzne i dorobek Milewskiej – ale pokazuje aktorkę z bardzo osobistej strony, w ujęciu, na które niewielu dzisiaj chce i może sobie pozwalać. Szczerość i umiejętność prowadzenia opowieści językiem ezopowym – dwie skrajności – definiują tę pozycję i sprawiają, że Anna Milewska jako wyjątkowo ciekawa postać zdeklasuje celebrytki. Ta pozycja jest jednocześnie pokazaniem, jak walczyć o prawdziwą miłość – jak można podchodzić do związku i komplikacji uczuciowych. Anna Binkowska sięga do wiadomości, które nawet bardziej niż wyliczenie ról zaintrygują czytelniczki – trochę tworzy baśń o wielkim uczuciu, ale łatwo wciągnie odbiorczynie w relację.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 12 maja 2019
Alexander Steffensmeier: Krowa Matylda nie chce się kąpać
Media Rodzina, Poznań 2019.
Przygoda przed snem
Ta bohaterka zawsze rozbawia do łez. Krowa Matylda to postać nietuzinkowa. Nie mówi – jak choćby Mama Mu, nie jest tak do końca bajkowa pod tym względem – wygląda jak zwykła mieszkanka obory, chociaż Alexander Steffensmeier bardzo chętnie dorabia jej szereg komiksowych, wiele mówiących min – a także umożliwia krowie codzienne zabawy między innymi z gromadą podwórkowych kur. Krowa Matylda ma swój charakterek i zawsze własne zdanie na temat różnych czynności, które powinna wykonywać. W tomiku „Krowa Matylda nie chce się kąpać” autor nawiązuje do sytuacji doskonale znanej we wszystkich domach, w których są małe dzieci: temat unikania wieczornej higieny powraca w każdym pokoleniu i w częstotliwości, która zapewni zainteresowanie publikacją na naprawdę długo. Zwłaszcza że realizacja, jak zwykle, jest tu fantastyczna.
Najpierw śmiech wzbudzi krowa brudna jak nieboskie stworzenie. Nie ma w tym jej winy: wszystko przez wspólną zabawę z kurami. Wiadomo przecież, że najlepsza rozrywka to ta, podczas której można się wybrudzić. Gospodyni nie załamuje jednak rąk i woła całą gromadę do mycia. Szoruje wszystkich – poza krową, która niespecjalnie ma ochotę na tego typu działanie. Dowcip polegający na odejściu od normy – przeniesieniu sytuacji ze znanej maluchom na codzienność bajkowej bohaterki – podsyca autor dalszą akcją. Oto bowiem gospodyni musi ruszyć w pościg za krową. Próbuje przekonać ją do kąpieli perswazją, ale i podstępami (kiedy biegnie za Matyldą z odkręconym szlauchem i w pewnym momencie kończy jej się zasięg węża… nie wiadomo, czy dzieci docenią ten obrazkowy żart, dorośli na pewno). Matylda jednak nie może iść spać brudna, to byłoby – poza wszystkim – niewychowawcze. A że przy całej operacji pobrudziła się też gospodyni, trzeba będzie coś wymyślić.
Alexander Steffensmeier świetnie bawi się, prowokując kolejne absurdalne scenki. Dzieci w krowie Matyldzie zobaczą własną śmieszność: w kąpieli nie ma przecież nic strasznego, nie na tyle, żeby od niej stronić czy wręcz uciekać – z kolei w uporze gospodyni dostrzegą zdanie nieprzejednanych rodziców. I tu znowu przekonają się, jak mocno przerysowanie charakterów wpływa na jakość rozrywkowej lektury. Wydarzenia między gospodynią i krową Matyldą – pokazujące relację z wielu domów – stanowią podstawową oś książeczki. Ale autor szykuje dla odbiorców jeszcze szereg dodatkowych niespodzianek, umieszcza je już bezpośrednio na obrazkach. Warto przyglądać się kolejnym dalszoplanowym postaciom, sprawdzać miny kur czy ich zachowania – to źródło śmiechu beztroskiego i dowód na nieokiełznane poczucie humoru autora. Duża książeczka, bajecznie kolorowa i komiksowa w rysunkach – robi ogromne wrażenie na czytelnikach (ale też na starszym pokoleniu). Wszystko za sprawą beztroskiego podejścia autora, który pouczanie zamienia w śmiech. Krowa Matylda ma swoje przygody, nie musi w tym celu być infantylizowana czy przedstawiana jak kreskówkowa bohaterka – wszystko rozgrywa się na płaszczyźnie emocji i wrażeń czytelnych dla każdego. Steffensmeier tą serią zdobył sobie wielkie grono fanów – kolejne przygody krowy Matyldy oraz reszty zwierząt i mieszkańców gospodarstwa bawią do łez, nawet przy minimum opisów. Jest to publikacja, która przekona dzieci do czytania dla przyjemności – ale, uwaga, uzależnia silnie od bohaterki. Dynamika historii, kolejne świeże pomysły, realizacja – precyzyjne rysunki odwzorowujące emocje bohaterek – to wszystko sprawia, że trudno się od tej książki oderwać.
Przygoda przed snem
Ta bohaterka zawsze rozbawia do łez. Krowa Matylda to postać nietuzinkowa. Nie mówi – jak choćby Mama Mu, nie jest tak do końca bajkowa pod tym względem – wygląda jak zwykła mieszkanka obory, chociaż Alexander Steffensmeier bardzo chętnie dorabia jej szereg komiksowych, wiele mówiących min – a także umożliwia krowie codzienne zabawy między innymi z gromadą podwórkowych kur. Krowa Matylda ma swój charakterek i zawsze własne zdanie na temat różnych czynności, które powinna wykonywać. W tomiku „Krowa Matylda nie chce się kąpać” autor nawiązuje do sytuacji doskonale znanej we wszystkich domach, w których są małe dzieci: temat unikania wieczornej higieny powraca w każdym pokoleniu i w częstotliwości, która zapewni zainteresowanie publikacją na naprawdę długo. Zwłaszcza że realizacja, jak zwykle, jest tu fantastyczna.
Najpierw śmiech wzbudzi krowa brudna jak nieboskie stworzenie. Nie ma w tym jej winy: wszystko przez wspólną zabawę z kurami. Wiadomo przecież, że najlepsza rozrywka to ta, podczas której można się wybrudzić. Gospodyni nie załamuje jednak rąk i woła całą gromadę do mycia. Szoruje wszystkich – poza krową, która niespecjalnie ma ochotę na tego typu działanie. Dowcip polegający na odejściu od normy – przeniesieniu sytuacji ze znanej maluchom na codzienność bajkowej bohaterki – podsyca autor dalszą akcją. Oto bowiem gospodyni musi ruszyć w pościg za krową. Próbuje przekonać ją do kąpieli perswazją, ale i podstępami (kiedy biegnie za Matyldą z odkręconym szlauchem i w pewnym momencie kończy jej się zasięg węża… nie wiadomo, czy dzieci docenią ten obrazkowy żart, dorośli na pewno). Matylda jednak nie może iść spać brudna, to byłoby – poza wszystkim – niewychowawcze. A że przy całej operacji pobrudziła się też gospodyni, trzeba będzie coś wymyślić.
Alexander Steffensmeier świetnie bawi się, prowokując kolejne absurdalne scenki. Dzieci w krowie Matyldzie zobaczą własną śmieszność: w kąpieli nie ma przecież nic strasznego, nie na tyle, żeby od niej stronić czy wręcz uciekać – z kolei w uporze gospodyni dostrzegą zdanie nieprzejednanych rodziców. I tu znowu przekonają się, jak mocno przerysowanie charakterów wpływa na jakość rozrywkowej lektury. Wydarzenia między gospodynią i krową Matyldą – pokazujące relację z wielu domów – stanowią podstawową oś książeczki. Ale autor szykuje dla odbiorców jeszcze szereg dodatkowych niespodzianek, umieszcza je już bezpośrednio na obrazkach. Warto przyglądać się kolejnym dalszoplanowym postaciom, sprawdzać miny kur czy ich zachowania – to źródło śmiechu beztroskiego i dowód na nieokiełznane poczucie humoru autora. Duża książeczka, bajecznie kolorowa i komiksowa w rysunkach – robi ogromne wrażenie na czytelnikach (ale też na starszym pokoleniu). Wszystko za sprawą beztroskiego podejścia autora, który pouczanie zamienia w śmiech. Krowa Matylda ma swoje przygody, nie musi w tym celu być infantylizowana czy przedstawiana jak kreskówkowa bohaterka – wszystko rozgrywa się na płaszczyźnie emocji i wrażeń czytelnych dla każdego. Steffensmeier tą serią zdobył sobie wielkie grono fanów – kolejne przygody krowy Matyldy oraz reszty zwierząt i mieszkańców gospodarstwa bawią do łez, nawet przy minimum opisów. Jest to publikacja, która przekona dzieci do czytania dla przyjemności – ale, uwaga, uzależnia silnie od bohaterki. Dynamika historii, kolejne świeże pomysły, realizacja – precyzyjne rysunki odwzorowujące emocje bohaterek – to wszystko sprawia, że trudno się od tej książki oderwać.
sobota, 11 maja 2019
Anna Mateja: Recepta na adrenalinę. Napoleon Cybulski i krakowska szkoła fizjologów
Czarne, Wołowiec 2019.
Pokonywanie trudności
Pewne rozwiązania w medycynie są dzisiaj oczywiste, ale niewielu ludzi zastanawia się nad tym, jak do nich dochodziło. Na rynku co jakiś czas pojawiają się publikacje przybliżające historię tej dziedziny wiedzy – i bywa, że to lektury ekstremalne pod względem naturalistycznych opisów, dziwnych eksperymentów i prób oraz błędów popełnianych zanim dotrze się do przełomowego odkrycia. Drogi prowadzące do polepszenia warunków życia człowieka bywają znacznie ciekawsze niż efekty – przynajmniej z reportażowego punktu widzenia. I tak na lady księgarskie trafia niewielki – ale bardzo gęsto napisany – tom „Recepta na adrenalinę. Napoleon Cybulski i krakowska szkoła fizjologów”. Anna Mateja doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nazwisko Cybulski kojarzyć się będzie dzisiejszym odbiorcom niemal wyłącznie ze sławnym aktorem, ale próbuje przełamać niewiedzę i poprowadzić opowieść przez rejony niewyobrażalne z perspektywy XXI wieku. Może nie jest to lektura znakomita dla miłośników zwierząt: będzie się tu kroiło psy, zarażało szczury, szukało szczepionek na kolejne schorzenia – a wszystko przez testy na czworonogach – jednak efekty są olśniewające i przyczyniają się do ratowania życia ludzkiego.
Opowiada Anna Mateja o tym, jak Napoleon Cybulski wpadł na to, czym chciałby się w życiu zajmować, jak poświęcił się nauce i jak rozwiązywał problemy, na które wpadał. Opowiada o budowaniu zespołu, później zyskującego sławę jako krakowska szkoła fizjologów. Ale nie tworzy biografii Cybulskiego, chociaż ten życiorys na poczytną reportażową biografię całkiem nieźle by się nadawał – raczej skupia się na samym motywie uzyskania adrenaliny. Co ciekawe, momentami Anna Mateja przechodzi na inne postacie tych poszukiwań, przedstawia na przykład żonę pewnego uczonego, która – mimo że kobiety miały ograniczony dostęp do nauki – wspierała wybranka w trudnych działaniach i na równi z nim przeprowadzała kolejne eksperymenty. Kobiety z otwartymi umysłami, zaprzeczające stereotypom – to wątek społeczny, który całkiem nieoczekiwanie wplótł się tu do narracji i bardzo dobrze ją uzupełnia – w końcu w obu przypadkach (w poszukiwaniu sposobu na uzyskanie ekstraktu z nadnerczy i w walce o prawa kobiet) liczy się pokonywanie rozmaitych trudności i uprzedzeń społeczeństwa, wykraczanie poza schematy i dążenie do celu bez względu na opinie innych. Mateja o uciekaniu z utartych kolein pisze w tym tomie dość często, ale proponuje czytelnikom przede wszystkim walkę o wiedzę.
Chociaż autorka unika charakterystycznego dla lektur spod znaku pop upraszczanego stylu, nie zamienia jednoznacznie tomu w reportaż historyczny, to jednak udaje jej się przyciągnąć do czytania. Trzeba trochę wytrwałości, żeby przejść przez bardzo drobiazgowe opisy dotyczące przyrządzania szczepionek i stosowania ich, w tekście zaznaczone będzie każde wkłucie igły – ale to sposób na zaspokojenie ciekawości, w końcu przewalczanie niedostatków sprzętowych, konieczność zamieniania się w majsterkowiczów przez uczonych to również element przeszłości bardzo istotny w relacjonowaniu historii wielkich odkryć. Z takich smaczków ta książka się składa, będzie tu bardzo dużo opowieści z cyklu przełamywania niemocy. Funkcjonuje tom jak ciekawostka na rynku wydawniczym, coś dla odbiorców lubiących quasi-medyczne i naukowe opowieści z przeszłości – ale dostarcza bardzo wiele konkretów. Przynosi rzetelną wiedzę i uświadamia czytelnikom, jak wyglądały kiedyś naukowe wyzwania.
Pokonywanie trudności
Pewne rozwiązania w medycynie są dzisiaj oczywiste, ale niewielu ludzi zastanawia się nad tym, jak do nich dochodziło. Na rynku co jakiś czas pojawiają się publikacje przybliżające historię tej dziedziny wiedzy – i bywa, że to lektury ekstremalne pod względem naturalistycznych opisów, dziwnych eksperymentów i prób oraz błędów popełnianych zanim dotrze się do przełomowego odkrycia. Drogi prowadzące do polepszenia warunków życia człowieka bywają znacznie ciekawsze niż efekty – przynajmniej z reportażowego punktu widzenia. I tak na lady księgarskie trafia niewielki – ale bardzo gęsto napisany – tom „Recepta na adrenalinę. Napoleon Cybulski i krakowska szkoła fizjologów”. Anna Mateja doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nazwisko Cybulski kojarzyć się będzie dzisiejszym odbiorcom niemal wyłącznie ze sławnym aktorem, ale próbuje przełamać niewiedzę i poprowadzić opowieść przez rejony niewyobrażalne z perspektywy XXI wieku. Może nie jest to lektura znakomita dla miłośników zwierząt: będzie się tu kroiło psy, zarażało szczury, szukało szczepionek na kolejne schorzenia – a wszystko przez testy na czworonogach – jednak efekty są olśniewające i przyczyniają się do ratowania życia ludzkiego.
Opowiada Anna Mateja o tym, jak Napoleon Cybulski wpadł na to, czym chciałby się w życiu zajmować, jak poświęcił się nauce i jak rozwiązywał problemy, na które wpadał. Opowiada o budowaniu zespołu, później zyskującego sławę jako krakowska szkoła fizjologów. Ale nie tworzy biografii Cybulskiego, chociaż ten życiorys na poczytną reportażową biografię całkiem nieźle by się nadawał – raczej skupia się na samym motywie uzyskania adrenaliny. Co ciekawe, momentami Anna Mateja przechodzi na inne postacie tych poszukiwań, przedstawia na przykład żonę pewnego uczonego, która – mimo że kobiety miały ograniczony dostęp do nauki – wspierała wybranka w trudnych działaniach i na równi z nim przeprowadzała kolejne eksperymenty. Kobiety z otwartymi umysłami, zaprzeczające stereotypom – to wątek społeczny, który całkiem nieoczekiwanie wplótł się tu do narracji i bardzo dobrze ją uzupełnia – w końcu w obu przypadkach (w poszukiwaniu sposobu na uzyskanie ekstraktu z nadnerczy i w walce o prawa kobiet) liczy się pokonywanie rozmaitych trudności i uprzedzeń społeczeństwa, wykraczanie poza schematy i dążenie do celu bez względu na opinie innych. Mateja o uciekaniu z utartych kolein pisze w tym tomie dość często, ale proponuje czytelnikom przede wszystkim walkę o wiedzę.
Chociaż autorka unika charakterystycznego dla lektur spod znaku pop upraszczanego stylu, nie zamienia jednoznacznie tomu w reportaż historyczny, to jednak udaje jej się przyciągnąć do czytania. Trzeba trochę wytrwałości, żeby przejść przez bardzo drobiazgowe opisy dotyczące przyrządzania szczepionek i stosowania ich, w tekście zaznaczone będzie każde wkłucie igły – ale to sposób na zaspokojenie ciekawości, w końcu przewalczanie niedostatków sprzętowych, konieczność zamieniania się w majsterkowiczów przez uczonych to również element przeszłości bardzo istotny w relacjonowaniu historii wielkich odkryć. Z takich smaczków ta książka się składa, będzie tu bardzo dużo opowieści z cyklu przełamywania niemocy. Funkcjonuje tom jak ciekawostka na rynku wydawniczym, coś dla odbiorców lubiących quasi-medyczne i naukowe opowieści z przeszłości – ale dostarcza bardzo wiele konkretów. Przynosi rzetelną wiedzę i uświadamia czytelnikom, jak wyglądały kiedyś naukowe wyzwania.
Edward Fenton: Widmo z Głogowego Wzgórza
Dwie Siostry, Warszawa 2019.
Widmo kryminalne
Na Głogowym Wzgórzu przebywa widmo – żaden dorosły nie dostrzega śladów jego obecności, chociaż wydają się raczej oczywiste. Ale na dorosłych w podobnych sprawach nigdy nie można liczyć. Dlatego Amanda i Obi, dzieci z Głogowego Wzgórza, proszą o pomoc Jamesa. Tu każde wsparcie się przyda. James może wykazać się detektywistycznym zmysłem. Tajemnicze widmo tylko pozornie uruchamia skojarzenia z przybyszami z zaświatów. Wszystko da się sensownie wytłumaczyć – racjonalizm i sceptyczne podejście nie są może zjawiskami najczęściej spotykanymi w literaturze dla dzieci, ale Edward Fenton wysoko stawia czytelnikom poprzeczkę.
„Widmo z Głogowego Wzgórza” to już klasyka – znów odbiorcy dostają tę książkę w tłumaczeniu Ireny Tuwim (o lepsze trudno). Mimo upływu czasu akcja będzie trzymać w napięciu. W samej konstrukcji historii widać zmieniającą się rzeczywistość (a i przekształcenia w obrębie literackich mód) – archaiczne są relacje dzieci z dorosłymi, ale i pojedyncze motywy – dość wspomnieć, że bezdomnego psa, który błąka się koło domu dorośli chcą zastrzelić (a dzieci stają w obronie zwierzęcia). Głogowe Wzgórze to miejsce przedziwne, a dla dzisiejszych maluchów wręcz egzotyczne – będzie więc budzić ciekawość. Wartościowe okazuje się również postawienie na opowieść kryminalną. Tutaj przestępcy są prawdziwi – i naprawdę groźni, to nie zwykłe złodziejaszki z typowych młodzieżówek. Edward Fenton traktuje swoich czytelników bardzo poważnie. Będą tu zatem prawdziwe zmartwienia i problemy, którym można zaradzić tylko dzięki współpracy i wzajemnemu zrozumieniu. Dorośli stanowią jedynie tło dla przygody, wszystko rozpracują przedstawiciele młodszego pokolenia. Gdyby dzieci nie zauważyły, że dzieje się coś nietypowego – niezwykłego w kontekście codzienności – na dom spadłoby wielkie niebezpieczeństwo. Atmosfera w tej opowieści jest bardzo istotna, co przełoży się na wdzięczność czytelników. Dzisiaj ta publikacja stanie się propozycją bardziej dla dzieci ambitnych, tych, które nie lubią prostych lektur i przewidywalności – a także traktowania odbiorców, jakby nie mogli dowiedzieć się, że na świecie funkcjonują również źli ludzie.
Jednak powodem wydania „Widma z Głogowego Wzgórza" nie jest wątek detektywistyczny – a możliwość zaprezentowania mistrzowskich ilustracji Zbigniewa Piotrowskiego. Rysunki – to czarno-białe grafiki, które sprawiają wrażenie pospiesznych, niestarannych, ale są bardzo dobrze przemyślane i świetnie oddają ducha historii. Przede wszystkim Piotrowski nie infantylizuje swoich ilustracji, dzieci traktuje poważnie, tak samo zresztą jak autor książki. Może zaintrygować małych czytelników, ale też dorosłych. Zwraca na siebie uwagę perfekcyjnie uchwyconymi proporcjami w sylwetkach postaci, odwzorowywaniem ruchu i ekspresji emocji. Nie ma tych rysunków za dużo, w sam raz, by nakreślić atmosferę historii i pokazać kunszt ilustratorski. „Widmo z Głogowego Wzgórza” to lektura dla ambitnych czytelników, odejście od tego, co obecnie na rynku promowane. Stanowi kontrast wobec komputerowych grafik i licencyjnych historyjek. Tu infantylizm nie ma wstępu ani do narracji, ani do warstwy ilustracyjnej. Wśród propozycji z klasyki ta ma szansę przetrwać dzięki poważnemu traktowaniu czytelników. Niepozorny tomik skrywa bardzo rozbudowaną opowieść. Dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, zamienia się w imponującą lekturę. Uświadomi czytelnikom, jak kiedyś tworzyło się literaturę czwartą.
Widmo kryminalne
Na Głogowym Wzgórzu przebywa widmo – żaden dorosły nie dostrzega śladów jego obecności, chociaż wydają się raczej oczywiste. Ale na dorosłych w podobnych sprawach nigdy nie można liczyć. Dlatego Amanda i Obi, dzieci z Głogowego Wzgórza, proszą o pomoc Jamesa. Tu każde wsparcie się przyda. James może wykazać się detektywistycznym zmysłem. Tajemnicze widmo tylko pozornie uruchamia skojarzenia z przybyszami z zaświatów. Wszystko da się sensownie wytłumaczyć – racjonalizm i sceptyczne podejście nie są może zjawiskami najczęściej spotykanymi w literaturze dla dzieci, ale Edward Fenton wysoko stawia czytelnikom poprzeczkę.
„Widmo z Głogowego Wzgórza” to już klasyka – znów odbiorcy dostają tę książkę w tłumaczeniu Ireny Tuwim (o lepsze trudno). Mimo upływu czasu akcja będzie trzymać w napięciu. W samej konstrukcji historii widać zmieniającą się rzeczywistość (a i przekształcenia w obrębie literackich mód) – archaiczne są relacje dzieci z dorosłymi, ale i pojedyncze motywy – dość wspomnieć, że bezdomnego psa, który błąka się koło domu dorośli chcą zastrzelić (a dzieci stają w obronie zwierzęcia). Głogowe Wzgórze to miejsce przedziwne, a dla dzisiejszych maluchów wręcz egzotyczne – będzie więc budzić ciekawość. Wartościowe okazuje się również postawienie na opowieść kryminalną. Tutaj przestępcy są prawdziwi – i naprawdę groźni, to nie zwykłe złodziejaszki z typowych młodzieżówek. Edward Fenton traktuje swoich czytelników bardzo poważnie. Będą tu zatem prawdziwe zmartwienia i problemy, którym można zaradzić tylko dzięki współpracy i wzajemnemu zrozumieniu. Dorośli stanowią jedynie tło dla przygody, wszystko rozpracują przedstawiciele młodszego pokolenia. Gdyby dzieci nie zauważyły, że dzieje się coś nietypowego – niezwykłego w kontekście codzienności – na dom spadłoby wielkie niebezpieczeństwo. Atmosfera w tej opowieści jest bardzo istotna, co przełoży się na wdzięczność czytelników. Dzisiaj ta publikacja stanie się propozycją bardziej dla dzieci ambitnych, tych, które nie lubią prostych lektur i przewidywalności – a także traktowania odbiorców, jakby nie mogli dowiedzieć się, że na świecie funkcjonują również źli ludzie.
Jednak powodem wydania „Widma z Głogowego Wzgórza" nie jest wątek detektywistyczny – a możliwość zaprezentowania mistrzowskich ilustracji Zbigniewa Piotrowskiego. Rysunki – to czarno-białe grafiki, które sprawiają wrażenie pospiesznych, niestarannych, ale są bardzo dobrze przemyślane i świetnie oddają ducha historii. Przede wszystkim Piotrowski nie infantylizuje swoich ilustracji, dzieci traktuje poważnie, tak samo zresztą jak autor książki. Może zaintrygować małych czytelników, ale też dorosłych. Zwraca na siebie uwagę perfekcyjnie uchwyconymi proporcjami w sylwetkach postaci, odwzorowywaniem ruchu i ekspresji emocji. Nie ma tych rysunków za dużo, w sam raz, by nakreślić atmosferę historii i pokazać kunszt ilustratorski. „Widmo z Głogowego Wzgórza” to lektura dla ambitnych czytelników, odejście od tego, co obecnie na rynku promowane. Stanowi kontrast wobec komputerowych grafik i licencyjnych historyjek. Tu infantylizm nie ma wstępu ani do narracji, ani do warstwy ilustracyjnej. Wśród propozycji z klasyki ta ma szansę przetrwać dzięki poważnemu traktowaniu czytelników. Niepozorny tomik skrywa bardzo rozbudowaną opowieść. Dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, zamienia się w imponującą lekturę. Uświadomi czytelnikom, jak kiedyś tworzyło się literaturę czwartą.
piątek, 10 maja 2019
Anna Karpińska: Bezpieczny port
Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.
Babcia
Niewiele jest książek obyczajowych kierowanych do kobiet, które zostały już babciami. Zwykle bohaterki to panie w okolicach czterdziestego roku życia, właśnie zaczynające drugą młodość: nie ma mowy ani o ich dorastających dzieciach, ani o wizji wnuków, którymi trzeba będzie się zająć w zastępstwie potomstwa. Być może dlatego Anna Karpińska w dwutomowym cyklu Rodzinne roszady zeszła ze sprawdzonych schematów w literaturze dla kobiet – i wybrała na temat dylematy emerytki, Wandy. Wanda ze swoim zamartwianiem się o wszystko i wszystkich poza sobą jest bardzo prawdziwa – ale przez to też bardzo irytująca i istnieje prawdopodobieństwo, że autorka cyklem trafi wyłącznie do kobiet jej podobnych, a młodszych nie przekona. Owszem, daje bohaterce nadzieję na miłość – pozwala rozwiązać kilka problemów i podsuwa partnerów, przy których żywiej bije serce – ale przede wszystkim zarzuca odbiorczynie narzekaniami. Wanda jest chodzącym zbiorem problemów – przejmuje się matką, która musi iść na operację kolana, przejmuje się córką, która wyjechała do Niemiec i nie daje znaku życia (chociaż kiedy potrzebuje pieniędzy, znajduje drogę do rodziny, którą odrzuciła), przejmuje się drugą córką, która – dla odmiany – przechodzi kryzys małżeński i nie może dogadać się z teściową, przejmuje się synem – bo wybrał sobie na partnerkę życiową kobietę w wieku matki. Przejmuje się przyjaciółką, którą być może zdradza mąż. Przejmuje się wspólnikiem, którego chora psychicznie żona porwała dziecko. A nade wszystko przejmuje się wnuczką, której zastępuje matkę. Troska o Polę przepełnia kolejne strony i kiedy dochodzi do momentu, że bohaterka opowiada o zmianie przybrudzonych majteczek – osiąga apogeum. Zupełnie jakby Anna Karpińska chciała podkreślać w nieskończoność troskę o wnuki, tłumaczyć młodszemu pokoleniu, jak to starsze zżerane jest przez poczucie odpowiedzialności za wszystkich dokoła. Wanda będzie zwierzać się z robionych obiadków i z każdego telefonu zza granicy. Będzie czuwać nad każdym oddechem wnuczki i swoje potrzeby zauważać dopiero na samym końcu, kiedy ktoś zwróci jej na to uwagę. Nie da się jednak żyć w takim rytmie – „Bezpieczny port” jednoznacznie pokazuje czytelniczkom, że powinny zadbać o siebie, zanim staną się tak nie do wytrzymania jak Wanda.
Wszystko – jak zwykle – rozbija się o nieodpowiedzialność jednej z córek. Wstęp polega na odnalezieniu Poli, ale później już po raz kolejny na horyzoncie pojawia się samolubna Kaśka i jej dylematy. Wanda nie chce zauważyć, że jest zbyt wyrozumiała i zbyt dobra dla córki, która wcale tego nie oczekuje – w toksycznej relacji zawsze będzie na przegranej pozycji. Anna Karpińska niby przekonuje czytelniczki, że miłość matczyna nie zna granic – a jednak pozostawia pewien niesmak. „Babciowość” wprowadza nawet w narracji – nie unika niepotrzebnych zdrobnień (zwłaszcza w opowieściach o dziecku), podkreślania każdego westchnienia i każdego zmartwienia bohaterki. Mnoży kłopoty, z jakimi musi się mierzyć Wanda – ale jednocześnie w tej bohaterce kumuluje błędy popełniane przez całe pokolenia kobiet. Odchodzi od standardów obyczajówkowych, ale za dość wysoką cenę. „Bezpieczny port” to powieść, w której pełne bólu zwierzenia zawiedzionej matki wygrywają z fabułą, a to nie każdego może przekonać.
Babcia
Niewiele jest książek obyczajowych kierowanych do kobiet, które zostały już babciami. Zwykle bohaterki to panie w okolicach czterdziestego roku życia, właśnie zaczynające drugą młodość: nie ma mowy ani o ich dorastających dzieciach, ani o wizji wnuków, którymi trzeba będzie się zająć w zastępstwie potomstwa. Być może dlatego Anna Karpińska w dwutomowym cyklu Rodzinne roszady zeszła ze sprawdzonych schematów w literaturze dla kobiet – i wybrała na temat dylematy emerytki, Wandy. Wanda ze swoim zamartwianiem się o wszystko i wszystkich poza sobą jest bardzo prawdziwa – ale przez to też bardzo irytująca i istnieje prawdopodobieństwo, że autorka cyklem trafi wyłącznie do kobiet jej podobnych, a młodszych nie przekona. Owszem, daje bohaterce nadzieję na miłość – pozwala rozwiązać kilka problemów i podsuwa partnerów, przy których żywiej bije serce – ale przede wszystkim zarzuca odbiorczynie narzekaniami. Wanda jest chodzącym zbiorem problemów – przejmuje się matką, która musi iść na operację kolana, przejmuje się córką, która wyjechała do Niemiec i nie daje znaku życia (chociaż kiedy potrzebuje pieniędzy, znajduje drogę do rodziny, którą odrzuciła), przejmuje się drugą córką, która – dla odmiany – przechodzi kryzys małżeński i nie może dogadać się z teściową, przejmuje się synem – bo wybrał sobie na partnerkę życiową kobietę w wieku matki. Przejmuje się przyjaciółką, którą być może zdradza mąż. Przejmuje się wspólnikiem, którego chora psychicznie żona porwała dziecko. A nade wszystko przejmuje się wnuczką, której zastępuje matkę. Troska o Polę przepełnia kolejne strony i kiedy dochodzi do momentu, że bohaterka opowiada o zmianie przybrudzonych majteczek – osiąga apogeum. Zupełnie jakby Anna Karpińska chciała podkreślać w nieskończoność troskę o wnuki, tłumaczyć młodszemu pokoleniu, jak to starsze zżerane jest przez poczucie odpowiedzialności za wszystkich dokoła. Wanda będzie zwierzać się z robionych obiadków i z każdego telefonu zza granicy. Będzie czuwać nad każdym oddechem wnuczki i swoje potrzeby zauważać dopiero na samym końcu, kiedy ktoś zwróci jej na to uwagę. Nie da się jednak żyć w takim rytmie – „Bezpieczny port” jednoznacznie pokazuje czytelniczkom, że powinny zadbać o siebie, zanim staną się tak nie do wytrzymania jak Wanda.
Wszystko – jak zwykle – rozbija się o nieodpowiedzialność jednej z córek. Wstęp polega na odnalezieniu Poli, ale później już po raz kolejny na horyzoncie pojawia się samolubna Kaśka i jej dylematy. Wanda nie chce zauważyć, że jest zbyt wyrozumiała i zbyt dobra dla córki, która wcale tego nie oczekuje – w toksycznej relacji zawsze będzie na przegranej pozycji. Anna Karpińska niby przekonuje czytelniczki, że miłość matczyna nie zna granic – a jednak pozostawia pewien niesmak. „Babciowość” wprowadza nawet w narracji – nie unika niepotrzebnych zdrobnień (zwłaszcza w opowieściach o dziecku), podkreślania każdego westchnienia i każdego zmartwienia bohaterki. Mnoży kłopoty, z jakimi musi się mierzyć Wanda – ale jednocześnie w tej bohaterce kumuluje błędy popełniane przez całe pokolenia kobiet. Odchodzi od standardów obyczajówkowych, ale za dość wysoką cenę. „Bezpieczny port” to powieść, w której pełne bólu zwierzenia zawiedzionej matki wygrywają z fabułą, a to nie każdego może przekonać.
czwartek, 9 maja 2019
Araminta Hall: Okrutne pragnienie
W.A.B., Warszawa 2019.
Wszystko dla związku
Mike kocha Verity. Kocha ją miłością ogromną. Na początku zresztą nic w tym związku nie wskazuje na wielkie uczucia i romantyzm: para płonie pożądaniem i podsyca je przez sceny zazdrości fingowane w kolejnych knajpach. Verity wdaje się we flirty z przypadkowo spotkanymi mężczyznami, a kiedy dotknie orła – zawieszki na piersi – to znak dla Mike’a, że ma wkroczyć do akcji i przepłoszyć potencjalnego adoratora kobiety. Ta zabawa trwa przez lata, partnerzy ją udoskonalają. Aż nadchodzi dzień, w którym Mike – od roku pozostający już poza codziennością Verity – otrzymuje zaproszenie na ślub byłej ukochanej. Uznaje, że powinien kontynuować grę i w odpowiednim momencie przerwać jej zabawę z innym. W „Okrutnym pragnieniu” nie ma miejsca na subtelności. Autorka nie udaje nawet, że uniknie katastrofy: teraz Mike spisuje własne przeżycia i przemyślenia na polecenie adwokata. Mąż Verity został zamordowany.
Araminta Hall nie ukrywa, że bardziej interesuje ją psychologia postaci niż akcja. W związku z tym nie komplikuje przesadnie fabuły – opowieść ma służyć poznaniu sytuacji między dawnymi kochankami i nakreślić konsekwencje zaborczej i złej miłości. Nie wydarzy się tu nic, co mogłoby zmienić postawy czytelników wobec bohaterów – zero fałszywych tropów, zabaw literackich, łamigłówek czy odnóg fabularnych. Liczy się tylko dwoje ludzi – i ci, którzy znaleźli się w ich orbicie na tyle blisko, żeby teraz móc udzielić stosownych wyjaśnień. W powieści narratorem jest Mike: to on uważa się za poszkodowanego, cierpi z powodu odrzucenia i – niezrozumienia. Uważa, że chciał najlepiej dla Verity i nikt inny nie powinien mieszać się do tego związku. Swoje racje wykłada całkiem rzeczowo, ale widać wyraźnie, że dla autorki stalking to motyw najbardziej przerażający. Stopniowo odsłania Hall kolejne sposoby zawłaszczania sobie przestrzeni V przez Mike’a: mężczyzna pokazuje, jak próbował wrócić do ukochanej, a w sądzie odczytywane są jego żarliwe listy. Dla wszystkich staje się szybko jasne, że to nie wielkie uczucie a choroba psychiczna – jednak bohaterowie z otoczenia V chcą być politycznie poprawni, nie zamierzają urazić byłego partnera kobiety – ukrywają starannie swoje opinie o nim i wypowiadają się z całą delikatnością. Mike bez trudu forsuje kolejne bariery, które stawia między nim i sobą Verity – cały czas w imię wielkiego uczucia.
„Okrutne pragnienie” to thriller psychologiczny z posmakiem powieści erotycznej – ale mimo pożądania jako katalizatora akcji przynajmniej w pierwszej części książki, autorka ucieka od tego drugiego gatunku. Nie potrzebuje właściwie żadnych dodatkowych sposobów na przyciągnięcie odbiorców do lektury – w pełni zadowala ją możliwość nakreślenia niebezpieczeństwa, na jakie narażony może być każdy, kto uwikła się w związek z niewłaściwą osobą. Toksyczność relacji Verity i Mike’a jest od początku czytelna, ale trzeba czasu i warunków, żeby przerodziła się w dramat. „Okrutne pragnienie” to powieść jednokierunkowa: wszystko sprowadza się tutaj do obrazu procesu i do wyjaśnienia emocji targających mężczyzną – trudno więc mówić o budowaniu napięcia czy o oryginalności. Autorka ma do przedstawienia pewien motyw – i realizuje go w czystej, wzbogacanej zabawami formalnymi, narracji.
Wszystko dla związku
Mike kocha Verity. Kocha ją miłością ogromną. Na początku zresztą nic w tym związku nie wskazuje na wielkie uczucia i romantyzm: para płonie pożądaniem i podsyca je przez sceny zazdrości fingowane w kolejnych knajpach. Verity wdaje się we flirty z przypadkowo spotkanymi mężczyznami, a kiedy dotknie orła – zawieszki na piersi – to znak dla Mike’a, że ma wkroczyć do akcji i przepłoszyć potencjalnego adoratora kobiety. Ta zabawa trwa przez lata, partnerzy ją udoskonalają. Aż nadchodzi dzień, w którym Mike – od roku pozostający już poza codziennością Verity – otrzymuje zaproszenie na ślub byłej ukochanej. Uznaje, że powinien kontynuować grę i w odpowiednim momencie przerwać jej zabawę z innym. W „Okrutnym pragnieniu” nie ma miejsca na subtelności. Autorka nie udaje nawet, że uniknie katastrofy: teraz Mike spisuje własne przeżycia i przemyślenia na polecenie adwokata. Mąż Verity został zamordowany.
Araminta Hall nie ukrywa, że bardziej interesuje ją psychologia postaci niż akcja. W związku z tym nie komplikuje przesadnie fabuły – opowieść ma służyć poznaniu sytuacji między dawnymi kochankami i nakreślić konsekwencje zaborczej i złej miłości. Nie wydarzy się tu nic, co mogłoby zmienić postawy czytelników wobec bohaterów – zero fałszywych tropów, zabaw literackich, łamigłówek czy odnóg fabularnych. Liczy się tylko dwoje ludzi – i ci, którzy znaleźli się w ich orbicie na tyle blisko, żeby teraz móc udzielić stosownych wyjaśnień. W powieści narratorem jest Mike: to on uważa się za poszkodowanego, cierpi z powodu odrzucenia i – niezrozumienia. Uważa, że chciał najlepiej dla Verity i nikt inny nie powinien mieszać się do tego związku. Swoje racje wykłada całkiem rzeczowo, ale widać wyraźnie, że dla autorki stalking to motyw najbardziej przerażający. Stopniowo odsłania Hall kolejne sposoby zawłaszczania sobie przestrzeni V przez Mike’a: mężczyzna pokazuje, jak próbował wrócić do ukochanej, a w sądzie odczytywane są jego żarliwe listy. Dla wszystkich staje się szybko jasne, że to nie wielkie uczucie a choroba psychiczna – jednak bohaterowie z otoczenia V chcą być politycznie poprawni, nie zamierzają urazić byłego partnera kobiety – ukrywają starannie swoje opinie o nim i wypowiadają się z całą delikatnością. Mike bez trudu forsuje kolejne bariery, które stawia między nim i sobą Verity – cały czas w imię wielkiego uczucia.
„Okrutne pragnienie” to thriller psychologiczny z posmakiem powieści erotycznej – ale mimo pożądania jako katalizatora akcji przynajmniej w pierwszej części książki, autorka ucieka od tego drugiego gatunku. Nie potrzebuje właściwie żadnych dodatkowych sposobów na przyciągnięcie odbiorców do lektury – w pełni zadowala ją możliwość nakreślenia niebezpieczeństwa, na jakie narażony może być każdy, kto uwikła się w związek z niewłaściwą osobą. Toksyczność relacji Verity i Mike’a jest od początku czytelna, ale trzeba czasu i warunków, żeby przerodziła się w dramat. „Okrutne pragnienie” to powieść jednokierunkowa: wszystko sprowadza się tutaj do obrazu procesu i do wyjaśnienia emocji targających mężczyzną – trudno więc mówić o budowaniu napięcia czy o oryginalności. Autorka ma do przedstawienia pewien motyw – i realizuje go w czystej, wzbogacanej zabawami formalnymi, narracji.
środa, 8 maja 2019
Peter Zuckerman, Amanda Padoan: Pochowani w niebie
Marginesy, Warszawa 2019.
Gniew góry
O tragedii na K2, o szczycie, który nie dopuszcza do siebie ludzi, powstało już kilka publikacji, które stały się pozycjami obowiązkowymi na półkach fanów literatury górskiej. Do znanej już z perspektywy wspinaczy historii Peter Zuckerman i Amanda Padoan dokładają jeszcze jedną – opowieść o tych, o których biografowie nie pamiętają. „Pochowani w niebie” to książka o Szerpach, tragarzach, którzy pomagają wspinaczom w dostaniu się na szczyt i którzy niejednokrotnie ratują im życie. W świadomości szerokich grup odbiorców za zdobycie góry odpowiedzialni są wyłącznie znani himalaiści i alpiniści, ci, którzy potrafią się reklamować, ogłaszają w mediach i promują w portalach społecznościowych. Tymczasem dla Szerpów wspinaczka jest tylko sposobem zarobkowania, nie ma w nim nic romantycznego ani – nic z chęci bicia rekordów. Zdanie Szerpów się nie liczy, to wyłącznie środek transportu ciężkich bagaży (a w wymyślaniu przedmiotów, które mają umilić drogę, wspinacze są nie do pobicia: listy zbędnych w ekwipunku rzeczy budzą czasem śmiech, a czasem przerażenie).
Amanda Padoan mocno przeżywa śmierć Karima, jednego z tragarzy – i swojego przyjaciela. Nie chce wprawdzie tylko jemu poświęcać książki, ale widać wyraźnie, jak relacja zmienia się w momencie opisywania jego ostatniej walki: autorka szuka w tekście pocieszenia, nadziei na to, że mężczyzna nie cierpiał więcej niż to konieczne, ale też prób upamiętnienia go. Zanim jednak do Karima dojdzie, prezentuje – razem z Zuckermanem – szereg postaci do niedawna anonimowych dla czytelników. Opowieść zapoczątkowana biografią Szerpy, który jako pierwszy trafił na Everest, rozwija się i rozbudowuje o kolejne, tym razem bardziej pełne życiorysy. Wkraczający do narracji – późniejsi tragarze – szukają sposobu na zarobek i na to, by wyjść z biedy. Swojej szansy upatrują w pomocy ekipom wspinaczkowym – nie muszą nawet specjalnie trenować, żeby dotrzymywać tempa zawodowym wspinaczom. Nie liczą się ich aspiracje (Szerpowie nie kolekcjonują szczytów, dla nich to zwyczajna praca, a nie wyzwania i rekordy) ani nawet oceny zagrożenia.
I tak autorzy dochodzą do tragedii, która wstrząsnęła nie tylko środowiskiem wspinaczkowym. O ile jednak obrazy śmierci poszczególnych alpinistów zostały już szczegółowo przeanalizowane w innych publikacjach, o tyle zachowania Szerpów nawet tam spadały na daleki plan. Z „Pochowanych w niebie” czytelnicy dowiedzą się, jak zachowywali się dzielni tragarze wobec dramatu swoich pracodawców, jak reagowali w chwilach wyzwań, jak ratowali życie lub próbowali zminimalizować straty. To opowieść o zachowaniu zimnej krwi i o umiejętnościach, które przydają się w wysokich górach. Ale też… o uczuciach i relacjach z rodzinami. Nikogo nie dziwi, że bliscy wspinaczy zamartwiają się o nich i słuchają przeczuć, nawet tych nieracjonalnych sygnałów, że coś mogłoby iść nie tak. W przypadku Szerpów bywa podobnie – autorzy tomu docierają do opowieści rodzin, wysłuchują wdów po tragarzach, budują książkowy pomnik tym, którzy poświęcili życie dla marzeń innych.
„Pochowani w niebie” to książka odwracająca perspektywę znaną z biografii i autobiografii znanych wspinaczy. Tutaj bohaterowie mediów schodzą na margines, a w centrum uwagi stają ci, bez których nie mogłaby się udać żadna wyprawa. Peter Zuckerman i Amanda Padoan potrafią wstrzelić się w styl literatury górskiej, a do tego – wprowadzają bardzo wartościowe uzupełnienie opisanych już wydarzeń.
Gniew góry
O tragedii na K2, o szczycie, który nie dopuszcza do siebie ludzi, powstało już kilka publikacji, które stały się pozycjami obowiązkowymi na półkach fanów literatury górskiej. Do znanej już z perspektywy wspinaczy historii Peter Zuckerman i Amanda Padoan dokładają jeszcze jedną – opowieść o tych, o których biografowie nie pamiętają. „Pochowani w niebie” to książka o Szerpach, tragarzach, którzy pomagają wspinaczom w dostaniu się na szczyt i którzy niejednokrotnie ratują im życie. W świadomości szerokich grup odbiorców za zdobycie góry odpowiedzialni są wyłącznie znani himalaiści i alpiniści, ci, którzy potrafią się reklamować, ogłaszają w mediach i promują w portalach społecznościowych. Tymczasem dla Szerpów wspinaczka jest tylko sposobem zarobkowania, nie ma w nim nic romantycznego ani – nic z chęci bicia rekordów. Zdanie Szerpów się nie liczy, to wyłącznie środek transportu ciężkich bagaży (a w wymyślaniu przedmiotów, które mają umilić drogę, wspinacze są nie do pobicia: listy zbędnych w ekwipunku rzeczy budzą czasem śmiech, a czasem przerażenie).
Amanda Padoan mocno przeżywa śmierć Karima, jednego z tragarzy – i swojego przyjaciela. Nie chce wprawdzie tylko jemu poświęcać książki, ale widać wyraźnie, jak relacja zmienia się w momencie opisywania jego ostatniej walki: autorka szuka w tekście pocieszenia, nadziei na to, że mężczyzna nie cierpiał więcej niż to konieczne, ale też prób upamiętnienia go. Zanim jednak do Karima dojdzie, prezentuje – razem z Zuckermanem – szereg postaci do niedawna anonimowych dla czytelników. Opowieść zapoczątkowana biografią Szerpy, który jako pierwszy trafił na Everest, rozwija się i rozbudowuje o kolejne, tym razem bardziej pełne życiorysy. Wkraczający do narracji – późniejsi tragarze – szukają sposobu na zarobek i na to, by wyjść z biedy. Swojej szansy upatrują w pomocy ekipom wspinaczkowym – nie muszą nawet specjalnie trenować, żeby dotrzymywać tempa zawodowym wspinaczom. Nie liczą się ich aspiracje (Szerpowie nie kolekcjonują szczytów, dla nich to zwyczajna praca, a nie wyzwania i rekordy) ani nawet oceny zagrożenia.
I tak autorzy dochodzą do tragedii, która wstrząsnęła nie tylko środowiskiem wspinaczkowym. O ile jednak obrazy śmierci poszczególnych alpinistów zostały już szczegółowo przeanalizowane w innych publikacjach, o tyle zachowania Szerpów nawet tam spadały na daleki plan. Z „Pochowanych w niebie” czytelnicy dowiedzą się, jak zachowywali się dzielni tragarze wobec dramatu swoich pracodawców, jak reagowali w chwilach wyzwań, jak ratowali życie lub próbowali zminimalizować straty. To opowieść o zachowaniu zimnej krwi i o umiejętnościach, które przydają się w wysokich górach. Ale też… o uczuciach i relacjach z rodzinami. Nikogo nie dziwi, że bliscy wspinaczy zamartwiają się o nich i słuchają przeczuć, nawet tych nieracjonalnych sygnałów, że coś mogłoby iść nie tak. W przypadku Szerpów bywa podobnie – autorzy tomu docierają do opowieści rodzin, wysłuchują wdów po tragarzach, budują książkowy pomnik tym, którzy poświęcili życie dla marzeń innych.
„Pochowani w niebie” to książka odwracająca perspektywę znaną z biografii i autobiografii znanych wspinaczy. Tutaj bohaterowie mediów schodzą na margines, a w centrum uwagi stają ci, bez których nie mogłaby się udać żadna wyprawa. Peter Zuckerman i Amanda Padoan potrafią wstrzelić się w styl literatury górskiej, a do tego – wprowadzają bardzo wartościowe uzupełnienie opisanych już wydarzeń.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






