Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.
Oczekiwanie
Małgorzata jest silną kobietą. Musi teraz zawalczyć o siebie. Dorosłe dzieci będą ją w tym dopingować, przynajmniej dwoje z trójki. Niedawno światło dzienne ujrzały fakty niekoniecznie cementujące rodzinę, w dodatku pewne posunięcia Małgorzaty nie spotykają się z akceptacją jednej z córek. Ale kiedy kobieta przejrzała na oczy i przekonała się, że tkwi w małżeństwie-pułapce, że w relacji, w którą wdała się lata temu z rozsądku nie czeka jej nic dobrego, a ponadto mąż na wieść o planowanym rozwodzie zaczął na wszelkie sposoby utrudniać życie – nie ma już drogi odwrotu. Bohaterka „Postscriptum” swoją postawą ma dodawać sił czytelniczkom w podobnej sytuacji – albo tym, które nie chcą decydować się na radykalne zmiany. „Postscriptum” to druga część historii o Małgorzacie, autorka zaczyna zatem od rozstrzygnięcia wcześniej nakreślonych problemów i zmartwień, pozwala bohaterce przekonać się, że nie wszystkie marzenia da się łatwo spełnić. Przede wszystkim wprowadza na scenę tajemniczego wielbiciela i autora intrygujących listów: Małgorzata dowiaduje się, kim naprawdę jest Jonasz Grad i co robi w jej życiu. Czeka ją niejeden szok: nawet gdyby liczyła na to, że stara miłość nie rdzewieje, takiego scenariusza nie mogła dla siebie przewidzieć. A przecież ma wprawę w konstruowaniu fabuł: jest autorką poczytnych powieści dla kobiet, może Anna Karpińska w jej doświadczenia wplata własne wyjaśnienia dla odbiorczyń, może – przemyślenia związane ze spotkaniami autorskimi – to nieważne, pewnie pojawi się trochę pretekstów do kolejnych rozmów i wyjaśnień. Małgorzata może czuć się spełniona, pod warunkiem, że upora się ze sprawami, które obecnie szarpią jej nerwy. Dzieci, były już wkrótce mąż, potencjalna przyszła miłość – każdy czynnik może zmienić rozkład sił i naruszyć pewność siebie – albo właśnie ją podbudować. Anna Karpińska prowadzi opowieść tak, żeby przekonać czytelniczki do konieczności niektórych zmian – i żeby zrozumiały, że nie wszystko zawsze pójdzie po ich myśli i czasami trzeba będzie podejmować niepopularne lub niewygodne decyzje. Zaprasza do kibicowania bohaterce – ale jednocześnie uświadamia, że nic nie jest dane raz na zawsze.
„Postscriptum” to opowieść pełna życiowych pułapek, czasami wręcz przesadzana w nagromadzeniu ekstremów, jednak czytelniczki Anny Karpińskiej właśnie takich historii oczekują. Nieco łzawych, z sentymentami i skomplikowanymi uczuciami – ale też z dawką otuchy nie tylko dla odbiorczyń. Autorka stara się uchwycić problemy z różnych sfer egzystencji, zwykle jednak interesuje ją zwłaszcza sedno relacji międzyludzkich: zmiany, jakie zachodzą w postrzeganiu drugiej osoby w sytuacjach stresotwóczych i sieci zależności. Anna Karpińska dobrze czuje się w klimatach obyczajówek wypełnionych życiowymi scenami granicznymi – trzyma się wielkich uczuć i wielkich reakcji, a to daje całkiem niezły efekt. Jest „Postscriptum” powieścią dla odbiorczyń spragnionych dużych trudności w docieraniu do szczęścia.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Karpińska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Karpińska. Pokaż wszystkie posty
piątek, 14 sierpnia 2020
wtorek, 7 kwietnia 2020
Anna Karpińska: List
Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.
Z dawnych lat
Anna Karpińska lubuje się w obyczajówkach z posmakiem niezrealizowanego romansu, akcentuje życie codzienne i normalność, z którymi przeplatają się marzenia o lepszym życiu i o scenach jak z baśni. „List” nie przynosi nic nowego, nic, czego do tej pory u tej autorki nie było: fanki Karpińskiej będą zadowolone z historii – i ze wskazówek, które otrzymają dzięki przypadkom Małgorzaty. Oto żona i matka trojga dorastających dzieci, żona wybitnego lekarza i pisarka, autorka poczytnych powieści obyczajowych – która w swojej rzeczywistości nie czuje się spełniona. O wszystko musiała walczyć: pisarstwo wzięło się w ogóle z poszukiwania zajęcia, bo mąż-despota nie zgadzał się na pracę żony. Dzieci wybierają swoje drogi, a to oznacza nowe konflikty w domu. Mąż ma kolejne kochanki, coraz słabiej ukrywa ślady zdrad. W tym wszystkim Małgorzata próbuje się odnaleźć mimo zbliżającego się deadline’u na oddanie drugiego tomu powieści. I wtedy dostaje list od wielbiciela. Mężczyzna – sądząc po stylistyce, raczej starszy, kulturalny i nienachalny – swoim zainteresowaniem i serdecznością daje Małgorzacie to, czego nie może oczekiwać od bliskich. Od razu pojawia się pomysł na rozwiązania narracyjne w powieści, a codzienne troski schodzą na dalszy plan. List daje nadzieję na zmiany – i sprawia, że jest na co czekać, w bohaterce ponownie uruchamia się potrzeba marzeń, a przy tym też powrotu do pięknej, choć później rozczarowującej przeszłości. I tak Anna Karpińska prowadzi opowieść z teraźniejszości przetykanej retrospekcjami, a do tego dodaje jeszcze migawki z książki pisanej przez bohaterkę, dzięki czemu czytelniczki mają do czynienia naprawdę z trzema różnymi fabułami utrzymanymi w tym samym klimacie, ale na różny sposób angażującymi.
Młoda Małgorzata wychodzi za mąż trochę wbrew swojej woli: spotkała na własnej drodze kogoś, kto zawrócił jej w głowie i… nie pojawił się na umówionym miejscu, kiedy wszystko miało się rozstrzygnąć. Kobieta wróciła zatem do narzeczonego, który już wtedy zdradzał oznaki apodyktyczności i samolubności – by grać swoją rolę i zapomnieć o własnych aspiracjach. Doświadczona Małgorzata przygląda się tamtym wydarzeniom i zastanawia, czy autor listu nie mógł mieć czegoś wspólnego z ówczesnym kochankiem. Zanim rozwiąże własną zagadkę, wprowadza ją – w wymarzonej wersji – do codzienności Alicji, swojej bohaterki. Tu może popuścić wodze fantazji, pozwolić sobie na wzruszenia i sentymenty. Sama powinna być silna, żeby mierzyć się z problemami. Ale skoro w przeszłości radziła sobie z rozmaitymi trudnościami i komplikacjami, teraz też powinna dać sobie radę.
Anna Karpińska pisze powieść, która ma być wyciskaczem łez, a trochę też uświadomieniem czytelniczkom, że życie tworzy własne scenariusze, niekoniecznie zgodne z życzeniami uczestniczek. Stawia na literackość, co widać nawet w samej narracji – nie ma tu miejsca na dialogi kolokwialne, postacie porozumiewają się dosyć chłodno i oficjalnie – ale to specyfika tych lektur i kto zna książki Karpińskiej, ten nie będzie zdziwiony podobnymi pomysłami. Bez wątpienia „List” to książka dla kobiet, które potrzebują odskoczni od własnych zmartwień.
Z dawnych lat
Anna Karpińska lubuje się w obyczajówkach z posmakiem niezrealizowanego romansu, akcentuje życie codzienne i normalność, z którymi przeplatają się marzenia o lepszym życiu i o scenach jak z baśni. „List” nie przynosi nic nowego, nic, czego do tej pory u tej autorki nie było: fanki Karpińskiej będą zadowolone z historii – i ze wskazówek, które otrzymają dzięki przypadkom Małgorzaty. Oto żona i matka trojga dorastających dzieci, żona wybitnego lekarza i pisarka, autorka poczytnych powieści obyczajowych – która w swojej rzeczywistości nie czuje się spełniona. O wszystko musiała walczyć: pisarstwo wzięło się w ogóle z poszukiwania zajęcia, bo mąż-despota nie zgadzał się na pracę żony. Dzieci wybierają swoje drogi, a to oznacza nowe konflikty w domu. Mąż ma kolejne kochanki, coraz słabiej ukrywa ślady zdrad. W tym wszystkim Małgorzata próbuje się odnaleźć mimo zbliżającego się deadline’u na oddanie drugiego tomu powieści. I wtedy dostaje list od wielbiciela. Mężczyzna – sądząc po stylistyce, raczej starszy, kulturalny i nienachalny – swoim zainteresowaniem i serdecznością daje Małgorzacie to, czego nie może oczekiwać od bliskich. Od razu pojawia się pomysł na rozwiązania narracyjne w powieści, a codzienne troski schodzą na dalszy plan. List daje nadzieję na zmiany – i sprawia, że jest na co czekać, w bohaterce ponownie uruchamia się potrzeba marzeń, a przy tym też powrotu do pięknej, choć później rozczarowującej przeszłości. I tak Anna Karpińska prowadzi opowieść z teraźniejszości przetykanej retrospekcjami, a do tego dodaje jeszcze migawki z książki pisanej przez bohaterkę, dzięki czemu czytelniczki mają do czynienia naprawdę z trzema różnymi fabułami utrzymanymi w tym samym klimacie, ale na różny sposób angażującymi.
Młoda Małgorzata wychodzi za mąż trochę wbrew swojej woli: spotkała na własnej drodze kogoś, kto zawrócił jej w głowie i… nie pojawił się na umówionym miejscu, kiedy wszystko miało się rozstrzygnąć. Kobieta wróciła zatem do narzeczonego, który już wtedy zdradzał oznaki apodyktyczności i samolubności – by grać swoją rolę i zapomnieć o własnych aspiracjach. Doświadczona Małgorzata przygląda się tamtym wydarzeniom i zastanawia, czy autor listu nie mógł mieć czegoś wspólnego z ówczesnym kochankiem. Zanim rozwiąże własną zagadkę, wprowadza ją – w wymarzonej wersji – do codzienności Alicji, swojej bohaterki. Tu może popuścić wodze fantazji, pozwolić sobie na wzruszenia i sentymenty. Sama powinna być silna, żeby mierzyć się z problemami. Ale skoro w przeszłości radziła sobie z rozmaitymi trudnościami i komplikacjami, teraz też powinna dać sobie radę.
Anna Karpińska pisze powieść, która ma być wyciskaczem łez, a trochę też uświadomieniem czytelniczkom, że życie tworzy własne scenariusze, niekoniecznie zgodne z życzeniami uczestniczek. Stawia na literackość, co widać nawet w samej narracji – nie ma tu miejsca na dialogi kolokwialne, postacie porozumiewają się dosyć chłodno i oficjalnie – ale to specyfika tych lektur i kto zna książki Karpińskiej, ten nie będzie zdziwiony podobnymi pomysłami. Bez wątpienia „List” to książka dla kobiet, które potrzebują odskoczni od własnych zmartwień.
piątek, 10 maja 2019
Anna Karpińska: Bezpieczny port
Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.
Babcia
Niewiele jest książek obyczajowych kierowanych do kobiet, które zostały już babciami. Zwykle bohaterki to panie w okolicach czterdziestego roku życia, właśnie zaczynające drugą młodość: nie ma mowy ani o ich dorastających dzieciach, ani o wizji wnuków, którymi trzeba będzie się zająć w zastępstwie potomstwa. Być może dlatego Anna Karpińska w dwutomowym cyklu Rodzinne roszady zeszła ze sprawdzonych schematów w literaturze dla kobiet – i wybrała na temat dylematy emerytki, Wandy. Wanda ze swoim zamartwianiem się o wszystko i wszystkich poza sobą jest bardzo prawdziwa – ale przez to też bardzo irytująca i istnieje prawdopodobieństwo, że autorka cyklem trafi wyłącznie do kobiet jej podobnych, a młodszych nie przekona. Owszem, daje bohaterce nadzieję na miłość – pozwala rozwiązać kilka problemów i podsuwa partnerów, przy których żywiej bije serce – ale przede wszystkim zarzuca odbiorczynie narzekaniami. Wanda jest chodzącym zbiorem problemów – przejmuje się matką, która musi iść na operację kolana, przejmuje się córką, która wyjechała do Niemiec i nie daje znaku życia (chociaż kiedy potrzebuje pieniędzy, znajduje drogę do rodziny, którą odrzuciła), przejmuje się drugą córką, która – dla odmiany – przechodzi kryzys małżeński i nie może dogadać się z teściową, przejmuje się synem – bo wybrał sobie na partnerkę życiową kobietę w wieku matki. Przejmuje się przyjaciółką, którą być może zdradza mąż. Przejmuje się wspólnikiem, którego chora psychicznie żona porwała dziecko. A nade wszystko przejmuje się wnuczką, której zastępuje matkę. Troska o Polę przepełnia kolejne strony i kiedy dochodzi do momentu, że bohaterka opowiada o zmianie przybrudzonych majteczek – osiąga apogeum. Zupełnie jakby Anna Karpińska chciała podkreślać w nieskończoność troskę o wnuki, tłumaczyć młodszemu pokoleniu, jak to starsze zżerane jest przez poczucie odpowiedzialności za wszystkich dokoła. Wanda będzie zwierzać się z robionych obiadków i z każdego telefonu zza granicy. Będzie czuwać nad każdym oddechem wnuczki i swoje potrzeby zauważać dopiero na samym końcu, kiedy ktoś zwróci jej na to uwagę. Nie da się jednak żyć w takim rytmie – „Bezpieczny port” jednoznacznie pokazuje czytelniczkom, że powinny zadbać o siebie, zanim staną się tak nie do wytrzymania jak Wanda.
Wszystko – jak zwykle – rozbija się o nieodpowiedzialność jednej z córek. Wstęp polega na odnalezieniu Poli, ale później już po raz kolejny na horyzoncie pojawia się samolubna Kaśka i jej dylematy. Wanda nie chce zauważyć, że jest zbyt wyrozumiała i zbyt dobra dla córki, która wcale tego nie oczekuje – w toksycznej relacji zawsze będzie na przegranej pozycji. Anna Karpińska niby przekonuje czytelniczki, że miłość matczyna nie zna granic – a jednak pozostawia pewien niesmak. „Babciowość” wprowadza nawet w narracji – nie unika niepotrzebnych zdrobnień (zwłaszcza w opowieściach o dziecku), podkreślania każdego westchnienia i każdego zmartwienia bohaterki. Mnoży kłopoty, z jakimi musi się mierzyć Wanda – ale jednocześnie w tej bohaterce kumuluje błędy popełniane przez całe pokolenia kobiet. Odchodzi od standardów obyczajówkowych, ale za dość wysoką cenę. „Bezpieczny port” to powieść, w której pełne bólu zwierzenia zawiedzionej matki wygrywają z fabułą, a to nie każdego może przekonać.
Babcia
Niewiele jest książek obyczajowych kierowanych do kobiet, które zostały już babciami. Zwykle bohaterki to panie w okolicach czterdziestego roku życia, właśnie zaczynające drugą młodość: nie ma mowy ani o ich dorastających dzieciach, ani o wizji wnuków, którymi trzeba będzie się zająć w zastępstwie potomstwa. Być może dlatego Anna Karpińska w dwutomowym cyklu Rodzinne roszady zeszła ze sprawdzonych schematów w literaturze dla kobiet – i wybrała na temat dylematy emerytki, Wandy. Wanda ze swoim zamartwianiem się o wszystko i wszystkich poza sobą jest bardzo prawdziwa – ale przez to też bardzo irytująca i istnieje prawdopodobieństwo, że autorka cyklem trafi wyłącznie do kobiet jej podobnych, a młodszych nie przekona. Owszem, daje bohaterce nadzieję na miłość – pozwala rozwiązać kilka problemów i podsuwa partnerów, przy których żywiej bije serce – ale przede wszystkim zarzuca odbiorczynie narzekaniami. Wanda jest chodzącym zbiorem problemów – przejmuje się matką, która musi iść na operację kolana, przejmuje się córką, która wyjechała do Niemiec i nie daje znaku życia (chociaż kiedy potrzebuje pieniędzy, znajduje drogę do rodziny, którą odrzuciła), przejmuje się drugą córką, która – dla odmiany – przechodzi kryzys małżeński i nie może dogadać się z teściową, przejmuje się synem – bo wybrał sobie na partnerkę życiową kobietę w wieku matki. Przejmuje się przyjaciółką, którą być może zdradza mąż. Przejmuje się wspólnikiem, którego chora psychicznie żona porwała dziecko. A nade wszystko przejmuje się wnuczką, której zastępuje matkę. Troska o Polę przepełnia kolejne strony i kiedy dochodzi do momentu, że bohaterka opowiada o zmianie przybrudzonych majteczek – osiąga apogeum. Zupełnie jakby Anna Karpińska chciała podkreślać w nieskończoność troskę o wnuki, tłumaczyć młodszemu pokoleniu, jak to starsze zżerane jest przez poczucie odpowiedzialności za wszystkich dokoła. Wanda będzie zwierzać się z robionych obiadków i z każdego telefonu zza granicy. Będzie czuwać nad każdym oddechem wnuczki i swoje potrzeby zauważać dopiero na samym końcu, kiedy ktoś zwróci jej na to uwagę. Nie da się jednak żyć w takim rytmie – „Bezpieczny port” jednoznacznie pokazuje czytelniczkom, że powinny zadbać o siebie, zanim staną się tak nie do wytrzymania jak Wanda.
Wszystko – jak zwykle – rozbija się o nieodpowiedzialność jednej z córek. Wstęp polega na odnalezieniu Poli, ale później już po raz kolejny na horyzoncie pojawia się samolubna Kaśka i jej dylematy. Wanda nie chce zauważyć, że jest zbyt wyrozumiała i zbyt dobra dla córki, która wcale tego nie oczekuje – w toksycznej relacji zawsze będzie na przegranej pozycji. Anna Karpińska niby przekonuje czytelniczki, że miłość matczyna nie zna granic – a jednak pozostawia pewien niesmak. „Babciowość” wprowadza nawet w narracji – nie unika niepotrzebnych zdrobnień (zwłaszcza w opowieściach o dziecku), podkreślania każdego westchnienia i każdego zmartwienia bohaterki. Mnoży kłopoty, z jakimi musi się mierzyć Wanda – ale jednocześnie w tej bohaterce kumuluje błędy popełniane przez całe pokolenia kobiet. Odchodzi od standardów obyczajówkowych, ale za dość wysoką cenę. „Bezpieczny port” to powieść, w której pełne bólu zwierzenia zawiedzionej matki wygrywają z fabułą, a to nie każdego może przekonać.
środa, 6 lutego 2019
Anna Karpińska: Szukając przystani. Rodzinne roszady, tom 1
Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.
Mały kłopot
U Anny Karpińskiej stała jest tęsknota za klimatami śródziemnomorskimi. I w “Szukając przystani” zbliżająca się do emerytury Wanda z utęsknieniem czeka na moment, w którym będzie mogła poopalać się na jednej z wymarzonych plaż. Ludwik, mąż Wandy, byłby nawet gotowy spełniać te życzenia - gdyby nie zmiana, która wpływa na egzystencję kilku pokoleń. Wanda ma troje dzieci, ale o zmartwienia przyprawia ją tylko najmłodsza córka, Kaśka. Kaśka nie umie się ustatkować. Wprawdzie spotyka się z pewnym mężczyzną, ale w ciążę zachodzi z innym. Za namową matki decyduje się urodzić. Na świat przychodzi Pola – a dalej łatwo przewidzieć: Pola do babci będzie mówić “mamo”, a matkę traktować jak obcą osobę. Zamiast realizować śmiałe plany, Wanda na nowo grzęźnie w pieluchach – musi w końcu zaopiekować się porzuconą wnuczką. Dobrze, że ma wsparcie w swoich bliskich. Źle, e ciągle wierzy w poprawę charakteru Kaśki. Liczy na to, że dziewczyna się opamięta, wróci do domu lub weźmie Polę do siebie, zapewni dom maluchom. Problem w tym, że kieruje się w życiu innymi wartościami niż Kaśka i to się nie zmieni. Czytelniczki zrozumieją to od samego początku, ale bohaterowie nie mogą.
Anna Karpińska wyposaża Wandę w zestaw klasycznych - żeby nie powiedzieć, że konserwatywnych - poglądów. Pozwala odbiorczyniom dogłębnie poznać jej oceny rzeczywistości i postawy, za to uniemożliwia jakąkolwiek ewolucję w zachowaniach czy przekonaniach. Wanda reprezentuje – bardzo trafnie – pokolenie dzisiejszych babć, a nawet prababek: w jej mniemaniu kobieta ma zajmować się domem i dziećmi, może pracować, ale to wychowanie tych dzieci ma być jej podstawowym zadaniem. Jeśli tylko ktoś wybiera inną drogę - automatycznie staje się tym złym, zasługującym wyłącznie na potępienie. Fakt, że Kaśka łamie wszelkie zasady życia rodzinnego: porzuca córkę, nie przyjeżdża na pogrzeb ojca, nie interesuje się zdrowiem matki, a z czasem zamiast pomagać Wandzie finansowo – prosi o kolejne “pożyczki”. Nigdy jednak Wanda nie zastanawia się nad przyczynami takiej postawy: łatwo jej oceniać, trudniej – poszukać powodów. Czytelniczki otrzymują wyłącznie wydarzenia z perspektywy Wandy, bez szansy na szerszą refleksję. Wanda tymczasem rozpływa się nad wnuczką. Anna Karpińska robi coś, co było już wielokrotnie wyśmiewane w literaturze obyczajowej – jako autorka nie potrafi się powstrzymać przed zdrabnianiem niemal wszystkiego, co dotyczy dziecka. Z czasem robi się to męczące, bo Pola nie jest ósmym cudem świata - jest zupełnie przeciętnym maluchem. Karpińska popełnia jeszcze drugi błąd w narracji. Przez całą książkę Wanda do Poli mówi w trzeciej osobie, opisując własne działania. Uzasadnienie znajduje to wyłącznie w procesie obrony przed córką: to Pola wymyśla, żeby mimo wszystko mówić “mamo” do babci, Wanda konsekwentnie powtarza, że jest babcią - szybko jednak ta jej maniera staje się bardzo męcząca, a w tej relacji więcej do zaoferowania autorka nie ma. “Szukając przystani” to przecież rozliczenie z Kaśką - córką, która uciekła od domu, obowiązków, rodziców i własnego dziecka.
Próbuje Anna Karpińska zaprezentować czytelniczkom siłę bohaterki: Wanda mimo kolejnych ciosów szybko się podnosi. Najpierw wsparcie zapewnia jej mąż, potem jedna z przyjaciółek, zawsze też bohaterka może liczyć na pozostałe dzieci. Nawet kiedy w grę wchodzi przejęcie firmy - całkiem nieźle prosperującej restauracji – Wanda się nie poddaje. Los rozwiązuje za nią wszelkie problemy – poza tym z córką. Zresztą autorka próbuje zmusić czytelniczki do powrotu – na finał otwiera kilka szarpiących nerwy spraw. Warto jednak przed kolejną historią trochę zmienić niepotrzebne przyzwyczajenia w narracji.
Mały kłopot
U Anny Karpińskiej stała jest tęsknota za klimatami śródziemnomorskimi. I w “Szukając przystani” zbliżająca się do emerytury Wanda z utęsknieniem czeka na moment, w którym będzie mogła poopalać się na jednej z wymarzonych plaż. Ludwik, mąż Wandy, byłby nawet gotowy spełniać te życzenia - gdyby nie zmiana, która wpływa na egzystencję kilku pokoleń. Wanda ma troje dzieci, ale o zmartwienia przyprawia ją tylko najmłodsza córka, Kaśka. Kaśka nie umie się ustatkować. Wprawdzie spotyka się z pewnym mężczyzną, ale w ciążę zachodzi z innym. Za namową matki decyduje się urodzić. Na świat przychodzi Pola – a dalej łatwo przewidzieć: Pola do babci będzie mówić “mamo”, a matkę traktować jak obcą osobę. Zamiast realizować śmiałe plany, Wanda na nowo grzęźnie w pieluchach – musi w końcu zaopiekować się porzuconą wnuczką. Dobrze, że ma wsparcie w swoich bliskich. Źle, e ciągle wierzy w poprawę charakteru Kaśki. Liczy na to, że dziewczyna się opamięta, wróci do domu lub weźmie Polę do siebie, zapewni dom maluchom. Problem w tym, że kieruje się w życiu innymi wartościami niż Kaśka i to się nie zmieni. Czytelniczki zrozumieją to od samego początku, ale bohaterowie nie mogą.
Anna Karpińska wyposaża Wandę w zestaw klasycznych - żeby nie powiedzieć, że konserwatywnych - poglądów. Pozwala odbiorczyniom dogłębnie poznać jej oceny rzeczywistości i postawy, za to uniemożliwia jakąkolwiek ewolucję w zachowaniach czy przekonaniach. Wanda reprezentuje – bardzo trafnie – pokolenie dzisiejszych babć, a nawet prababek: w jej mniemaniu kobieta ma zajmować się domem i dziećmi, może pracować, ale to wychowanie tych dzieci ma być jej podstawowym zadaniem. Jeśli tylko ktoś wybiera inną drogę - automatycznie staje się tym złym, zasługującym wyłącznie na potępienie. Fakt, że Kaśka łamie wszelkie zasady życia rodzinnego: porzuca córkę, nie przyjeżdża na pogrzeb ojca, nie interesuje się zdrowiem matki, a z czasem zamiast pomagać Wandzie finansowo – prosi o kolejne “pożyczki”. Nigdy jednak Wanda nie zastanawia się nad przyczynami takiej postawy: łatwo jej oceniać, trudniej – poszukać powodów. Czytelniczki otrzymują wyłącznie wydarzenia z perspektywy Wandy, bez szansy na szerszą refleksję. Wanda tymczasem rozpływa się nad wnuczką. Anna Karpińska robi coś, co było już wielokrotnie wyśmiewane w literaturze obyczajowej – jako autorka nie potrafi się powstrzymać przed zdrabnianiem niemal wszystkiego, co dotyczy dziecka. Z czasem robi się to męczące, bo Pola nie jest ósmym cudem świata - jest zupełnie przeciętnym maluchem. Karpińska popełnia jeszcze drugi błąd w narracji. Przez całą książkę Wanda do Poli mówi w trzeciej osobie, opisując własne działania. Uzasadnienie znajduje to wyłącznie w procesie obrony przed córką: to Pola wymyśla, żeby mimo wszystko mówić “mamo” do babci, Wanda konsekwentnie powtarza, że jest babcią - szybko jednak ta jej maniera staje się bardzo męcząca, a w tej relacji więcej do zaoferowania autorka nie ma. “Szukając przystani” to przecież rozliczenie z Kaśką - córką, która uciekła od domu, obowiązków, rodziców i własnego dziecka.
Próbuje Anna Karpińska zaprezentować czytelniczkom siłę bohaterki: Wanda mimo kolejnych ciosów szybko się podnosi. Najpierw wsparcie zapewnia jej mąż, potem jedna z przyjaciółek, zawsze też bohaterka może liczyć na pozostałe dzieci. Nawet kiedy w grę wchodzi przejęcie firmy - całkiem nieźle prosperującej restauracji – Wanda się nie poddaje. Los rozwiązuje za nią wszelkie problemy – poza tym z córką. Zresztą autorka próbuje zmusić czytelniczki do powrotu – na finał otwiera kilka szarpiących nerwy spraw. Warto jednak przed kolejną historią trochę zmienić niepotrzebne przyzwyczajenia w narracji.
sobota, 9 grudnia 2017
Anna Karpińska: Zostań ze mną
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Pokolenia
Chociaż Anna Karpińska w swoim nowym cyklu (Księgarnia pod Flisakiem) mocno skupia się na budowaniu fabuły, popełnia jeden ogromny błąd, który w trakcie lektury coraz bardziej zaczyna uwierać. A mianowicie: buduje narrację na powtórzeniach. I nie chodzi tu wcale o rozwiązanie polegające na zmianie perspektywy. W kolejnych rozdziałach pojawiają się różne narratorki – bohaterki drobnych scenek – to zrozumiałe, że każda może chcieć opowiedzieć sytuację inaczej (mimo że przeważnie zgadzają się w poglądach) – i wtedy nawet powtórzenia wycinków dialogów nie męczą. Gorzej, że tak doświadczona autorka obyczajówek zaczyna powtarzać emocje i intencje z dialogów w komentarzach. Te pierwsze są wystarczająco czytelne, nie trzeba do nich jeszcze dopisywać dookreśleń i tautologicznych didaskaliów. Owocuje to pleonazmami („To jest Dagmara, a to Tania – dokonała prezentacji”). Gdyby zdarzało się to rzadziej, co kilkadziesiąt, a choćby i kilkanaście stron – nie raziłoby tak bardzo. Ale tym razem Anna Karpińska wpada w niezrozumiały szał dotłumaczania każdej wypowiedzi i kwestii. Sprawia tym samym wrażenie, jakby nie wierzyła w szczątkową nawet inteligencję czytelniczek i próbowała dla nich przetrawiać wymyślone sytuacje. To trudne do wytrzymania zabiegi – autorka musi popracować nad stylistyką.
W „Zostań ze mną” rozwija motyw z zamknięcia pierwszego tomu. Dagmara poznaje biologiczną matkę, Bożena walczy z rakiem. Tania wykazuje się ogromną dozą samolubności, podejrzewając „nową” córkę o zakusy na spadek, za to Dagmarze udaje się wreszcie dogadać z Laurą (która w pierwszym tomie przedstawiała wobec niej poważne zarzuty podobne do tych Tani). Anna Karpińska dobrowolnie zamyka się w kręgu tematów już sprawdzonych, dając kolejnym pokoleniom szansę na to, by naprawiły błędy przodkiń. Znów są tu więc niechciane ciąże i naciski rodziców na oddanie dziecka do adopcji (notabene korektę należałoby wyczulić na fakt, że nie przenosi się tego słowa jako ad-opcji), matki porzucają swoje pociechy, a szczęśliwa miłość musi trafić na mielizny i problemy z zewnątrz. Karpińska szczególnie lubi też w swoich książkach nawiązania autotematyczne – zmusza kolejne bohaterki do tego, by stały się niezawodowymi pisarkami, autorkami obyczajówek – a potem męki twórcze nakazuje rozwiązywać aluzjami do życia. Chce budować przed czytelniczkami wrażenie autobiografizmu w literaturze rozrywkowej, by móc skupić się na płynących z niego pułapkach. W „Zostań ze mną” akcja zatacza koła. Wydaje się, że wszystkie problemy już w jakiejś konfiguracji były, więc dla urozmaicenia fabuły autorka wprowadza kolejne pokolenie, również borykające się z własnymi kłopotami na miarę czasów. Dla Bożeny przyczyną złych decyzji stała się obyczajowość, mentalność zaściankowego społeczeństwa. Dagmarze sen z powiek spędza brak stabilizacji – to już nie czasy, w których może polegać na mężu i nie przejmować się wyzwaniami. Zośka testuje na własnej skórze, czym jest emigracja zarobkowa. Tylko konteksty różnią te postacie, bo Anna Karpińska wszystkie zmusza do zastanowienia się nad motywem miłości, rodziny i wsparcia. Jest „Zostań ze mną” książką przewidywalną i dosyć łzawą, ale to obyczajówka, która – w całej serii – rodzi więź czytelniczek z bohaterkami. Autorka próbuje pokazać odbiorczyniom, jak ważne jest wsparcie bliskich i jak łatwo zrujnować sobie życie niewłaściwą decyzją. Chce, żeby odbiorczynie najpierw przeżywały opowieść, a dopiero później wyciągały z niej wnioski życiowe.
Pokolenia
Chociaż Anna Karpińska w swoim nowym cyklu (Księgarnia pod Flisakiem) mocno skupia się na budowaniu fabuły, popełnia jeden ogromny błąd, który w trakcie lektury coraz bardziej zaczyna uwierać. A mianowicie: buduje narrację na powtórzeniach. I nie chodzi tu wcale o rozwiązanie polegające na zmianie perspektywy. W kolejnych rozdziałach pojawiają się różne narratorki – bohaterki drobnych scenek – to zrozumiałe, że każda może chcieć opowiedzieć sytuację inaczej (mimo że przeważnie zgadzają się w poglądach) – i wtedy nawet powtórzenia wycinków dialogów nie męczą. Gorzej, że tak doświadczona autorka obyczajówek zaczyna powtarzać emocje i intencje z dialogów w komentarzach. Te pierwsze są wystarczająco czytelne, nie trzeba do nich jeszcze dopisywać dookreśleń i tautologicznych didaskaliów. Owocuje to pleonazmami („To jest Dagmara, a to Tania – dokonała prezentacji”). Gdyby zdarzało się to rzadziej, co kilkadziesiąt, a choćby i kilkanaście stron – nie raziłoby tak bardzo. Ale tym razem Anna Karpińska wpada w niezrozumiały szał dotłumaczania każdej wypowiedzi i kwestii. Sprawia tym samym wrażenie, jakby nie wierzyła w szczątkową nawet inteligencję czytelniczek i próbowała dla nich przetrawiać wymyślone sytuacje. To trudne do wytrzymania zabiegi – autorka musi popracować nad stylistyką.
W „Zostań ze mną” rozwija motyw z zamknięcia pierwszego tomu. Dagmara poznaje biologiczną matkę, Bożena walczy z rakiem. Tania wykazuje się ogromną dozą samolubności, podejrzewając „nową” córkę o zakusy na spadek, za to Dagmarze udaje się wreszcie dogadać z Laurą (która w pierwszym tomie przedstawiała wobec niej poważne zarzuty podobne do tych Tani). Anna Karpińska dobrowolnie zamyka się w kręgu tematów już sprawdzonych, dając kolejnym pokoleniom szansę na to, by naprawiły błędy przodkiń. Znów są tu więc niechciane ciąże i naciski rodziców na oddanie dziecka do adopcji (notabene korektę należałoby wyczulić na fakt, że nie przenosi się tego słowa jako ad-opcji), matki porzucają swoje pociechy, a szczęśliwa miłość musi trafić na mielizny i problemy z zewnątrz. Karpińska szczególnie lubi też w swoich książkach nawiązania autotematyczne – zmusza kolejne bohaterki do tego, by stały się niezawodowymi pisarkami, autorkami obyczajówek – a potem męki twórcze nakazuje rozwiązywać aluzjami do życia. Chce budować przed czytelniczkami wrażenie autobiografizmu w literaturze rozrywkowej, by móc skupić się na płynących z niego pułapkach. W „Zostań ze mną” akcja zatacza koła. Wydaje się, że wszystkie problemy już w jakiejś konfiguracji były, więc dla urozmaicenia fabuły autorka wprowadza kolejne pokolenie, również borykające się z własnymi kłopotami na miarę czasów. Dla Bożeny przyczyną złych decyzji stała się obyczajowość, mentalność zaściankowego społeczeństwa. Dagmarze sen z powiek spędza brak stabilizacji – to już nie czasy, w których może polegać na mężu i nie przejmować się wyzwaniami. Zośka testuje na własnej skórze, czym jest emigracja zarobkowa. Tylko konteksty różnią te postacie, bo Anna Karpińska wszystkie zmusza do zastanowienia się nad motywem miłości, rodziny i wsparcia. Jest „Zostań ze mną” książką przewidywalną i dosyć łzawą, ale to obyczajówka, która – w całej serii – rodzi więź czytelniczek z bohaterkami. Autorka próbuje pokazać odbiorczyniom, jak ważne jest wsparcie bliskich i jak łatwo zrujnować sobie życie niewłaściwą decyzją. Chce, żeby odbiorczynie najpierw przeżywały opowieść, a dopiero później wyciągały z niej wnioski życiowe.
środa, 10 maja 2017
Anna Karpińska: Odnajdę Cię
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Poszukiwania
Operuje Anna Karpińska tak już w literaturze kobiecej wyeksploatowanymi motywami, że aż dziwne, że jeszcze robi wrażenie na czytelniczkach. Do tego momentami powraca do własnych pomysłów z poprzednich książek, jakby uznała, że wyczerpała już wszystkie możliwości prowadzenia narracji. Być może ma to związek ze zbieraniem sił – Księgarnia pod Flisakiem to zakładana seria, w którą wprowadza tom „Odnajdę Cię” – a do literatury na wzór obyczajowego serialu najbardziej pasuje to, co już sprawdzone – więc i pożądane. Powtarzalność motywów odbija się w pewnej naiwności (zawsze zresztą w prozie Karpińskiej obecnej, ale na szczęście autorka robi, co może, żeby zatrzymać przy sobie odbiorczynie). W „Odnajdę Cię” wątek odziedziczonej księgarni to dopiero zapowiedź literackiego azylu, odpowiednik pensjonatu w małym górskim miasteczku. Na razie księgarnia przynosi też trochę problemów, ale pozwala na urwanie się ze schematu codzienności. Akcja toczy się jednocześnie w retrospekcjach i w teraźniejszości, u dwóch kobiet z różnych pokoleń. Bożena jako nastolatka w PRL-u zaszła w ciążę (po imprezie, z której nic nie pamiętała) – matka i ojczym pokierowali jej życiem tak, by uniknąć skandalu – dziewczyna mogła urodzić, ale córkę musiała natychmiast oddać do adopcji. Wiele późniejszych problemów i trosk tłumaczyć sobie będzie karą za zrealizowanie tego planu. Dagmara z kolei po rozwodzie usiłuje poukładać swoją codzienność, znaleźć sposób na krnąbrną dorosłą prawie córkę i małego synka, a wszystko pogodzić jeszcze z przejęciem części spadku po matce. Dowiaduje się przynajmniej, dlaczego siostra unika kontaktu z nią, a rodzicielka długo faworyzowała młodszą córkę.
Akcję Anna Karpińska rozwija dość przewidywalnie, ale w tego typu czytadłach w końcu nie o zaskoczenia chodzi, a o uczucia, a ich akurat autorka nie skąpi. Dba o to, by odbiorczynie kibicowały bohaterkom i razem z nimi przeżywały trudne sytuacje czy życiowe wyzwania. Stopniowo odsłania ich nadzieje i lęki (tu znów pojawia się kolejny obowiązkowy temat – rak u jednej z kobiet, ma się wrażenie, że w dzisiejszych obyczajówkach panuje jakaś epidemia), naświetla relacje na linii rodzice – dzieci oraz historie poszczególnych związków. Troszczy się to, by być blisko bohaterek, bo tylko tak może zaangażować w ich losy. W narracji stara się o transparentny styl (na początku zbyt ozdabiany imiesłowami). Zajmuje się wyłącznie stroną obyczajową, nigdy – polityką (pozwala na przykład postaciom otwarcie wyrażać poglądy, bez względu na ustrój). W PRL-u tworzy swoisty azyl – Bożena właściwie nie zna szarej rzeczywistości, bo za sprawą ojczyma niczego w domu nie brakuje. Anna Karpińska chce uniwersalności, a nie realnych kontekstów.
Chociaż tytuł serii będzie wyznacznikiem lekturowym, coraz łatwiej pogubić się w nazwach tomów – Karpińska stosuje tu niepotrzebne ogólniki (i to kierowane do drugiego człowieka – enigmatyczne, ale przez to też bezbarwne, trudne do zapamiętania). Warto by zdecydować się w tej kwestii na większą odwagę, żeby nie zniknąć na rynku wśród innych obyczajówek. Anna Karpińska ma już swoje wierne grono czytelniczek, a fakt, że proponuje im teraz cykl, świadczy o dobrym wyczuciu rynku. Gdyby jeszcze tylko autorka uwierzyła, że szablonowe tematy to nie jedyny sposób na przyciągnięcie uwagi. Fankom obyczajówek ta historia na pewno się spodoba – Karpińska ma swój charakterystyczny styl, a jej nastawienie na wzruszenia dobrze się sprawdza.
Poszukiwania
Operuje Anna Karpińska tak już w literaturze kobiecej wyeksploatowanymi motywami, że aż dziwne, że jeszcze robi wrażenie na czytelniczkach. Do tego momentami powraca do własnych pomysłów z poprzednich książek, jakby uznała, że wyczerpała już wszystkie możliwości prowadzenia narracji. Być może ma to związek ze zbieraniem sił – Księgarnia pod Flisakiem to zakładana seria, w którą wprowadza tom „Odnajdę Cię” – a do literatury na wzór obyczajowego serialu najbardziej pasuje to, co już sprawdzone – więc i pożądane. Powtarzalność motywów odbija się w pewnej naiwności (zawsze zresztą w prozie Karpińskiej obecnej, ale na szczęście autorka robi, co może, żeby zatrzymać przy sobie odbiorczynie). W „Odnajdę Cię” wątek odziedziczonej księgarni to dopiero zapowiedź literackiego azylu, odpowiednik pensjonatu w małym górskim miasteczku. Na razie księgarnia przynosi też trochę problemów, ale pozwala na urwanie się ze schematu codzienności. Akcja toczy się jednocześnie w retrospekcjach i w teraźniejszości, u dwóch kobiet z różnych pokoleń. Bożena jako nastolatka w PRL-u zaszła w ciążę (po imprezie, z której nic nie pamiętała) – matka i ojczym pokierowali jej życiem tak, by uniknąć skandalu – dziewczyna mogła urodzić, ale córkę musiała natychmiast oddać do adopcji. Wiele późniejszych problemów i trosk tłumaczyć sobie będzie karą za zrealizowanie tego planu. Dagmara z kolei po rozwodzie usiłuje poukładać swoją codzienność, znaleźć sposób na krnąbrną dorosłą prawie córkę i małego synka, a wszystko pogodzić jeszcze z przejęciem części spadku po matce. Dowiaduje się przynajmniej, dlaczego siostra unika kontaktu z nią, a rodzicielka długo faworyzowała młodszą córkę.
Akcję Anna Karpińska rozwija dość przewidywalnie, ale w tego typu czytadłach w końcu nie o zaskoczenia chodzi, a o uczucia, a ich akurat autorka nie skąpi. Dba o to, by odbiorczynie kibicowały bohaterkom i razem z nimi przeżywały trudne sytuacje czy życiowe wyzwania. Stopniowo odsłania ich nadzieje i lęki (tu znów pojawia się kolejny obowiązkowy temat – rak u jednej z kobiet, ma się wrażenie, że w dzisiejszych obyczajówkach panuje jakaś epidemia), naświetla relacje na linii rodzice – dzieci oraz historie poszczególnych związków. Troszczy się to, by być blisko bohaterek, bo tylko tak może zaangażować w ich losy. W narracji stara się o transparentny styl (na początku zbyt ozdabiany imiesłowami). Zajmuje się wyłącznie stroną obyczajową, nigdy – polityką (pozwala na przykład postaciom otwarcie wyrażać poglądy, bez względu na ustrój). W PRL-u tworzy swoisty azyl – Bożena właściwie nie zna szarej rzeczywistości, bo za sprawą ojczyma niczego w domu nie brakuje. Anna Karpińska chce uniwersalności, a nie realnych kontekstów.
Chociaż tytuł serii będzie wyznacznikiem lekturowym, coraz łatwiej pogubić się w nazwach tomów – Karpińska stosuje tu niepotrzebne ogólniki (i to kierowane do drugiego człowieka – enigmatyczne, ale przez to też bezbarwne, trudne do zapamiętania). Warto by zdecydować się w tej kwestii na większą odwagę, żeby nie zniknąć na rynku wśród innych obyczajówek. Anna Karpińska ma już swoje wierne grono czytelniczek, a fakt, że proponuje im teraz cykl, świadczy o dobrym wyczuciu rynku. Gdyby jeszcze tylko autorka uwierzyła, że szablonowe tematy to nie jedyny sposób na przyciągnięcie uwagi. Fankom obyczajówek ta historia na pewno się spodoba – Karpińska ma swój charakterystyczny styl, a jej nastawienie na wzruszenia dobrze się sprawdza.
czwartek, 18 sierpnia 2016
Anna Karpińska: Przekonaj mnie, że to ty
Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.
Decyzje
Anna Karpińska wyraźnie rozsmakowała się w historiach obyczajowych z międzynarodowymi romansami w tle. Po raz kolejny pozwala swoim bohaterkom porzucać, przynajmniej na chwilę, szare życie w Polsce i odkrywać szczęście w innych krajach (tym razem padło na Hiszpanię). W powieści „Przekonaj mnie, że to ty” wprowadza przystojnych południowców, by zachwiali i tak nieuporządkowanym życiem bohaterek i pojawili się w najbardziej odpowiednim do tego momencie. Na pierwszy plan wysuwa się Juan, ale daleko w tle jest i jego przyjaciel, grawitujący ku innej Polce, a przeczący stereotypowi podrywacza i lekkoducha.
Rozpina Karpińska historię między dwoma pokoleniami. Matka, Urszula, nie może dogadać się z dorosłą i wymagającą córką, Edytą. Pięćdziesięciolatka grzęźnie w rodzinnym pensjonacie, dla dobra bliskich rezygnuje z własnych marzeń i gotowa jest poświęcić wszystko, by zapewnić szczęście Edycie. Tymczasem Edyta chciałaby sama decydować o sobie, nie czuć presji, że powinna iść na studia lub znaleźć sobie dobrą pracę. Buntuje się przeciwko nadopiekuńczej rodzicielce, a z tego nic dobrego wyniknąć nie może. Edyta jest rozpieszczona i impulsywna, łatwo podejmuje ostateczne decyzje, bez względu na to, czy chodzi o mieszkanie, czy o wyjazd za granicę. Nie zamierza dla nikogo się poświęcać, bo kiedy tak zrobi – żałuje.
W „Przekonaj mnie, że to ty” dzieje się sporo. Autorka oddaje głos raz Urszuli, raz Edycie, więc czytelniczki poznają osobno motywacje każdej ze stron. Kiedy bohaterki zaczynają wsłuchiwać się w siebie i podejmować samodzielne decyzje, odbiorczynie dostaną dwie równoległe historie. U Urszuli będzie to układanie sobie życia po śmierci męża. Kobieta znajduje nową miłość i postanawia wreszcie napisać książkę (od pewnego czasu Anna Karpińska odwołuje się do swoich wcześniejszych powieści i wplata je w fabułę, trochę to naiwne, ale pomaga wypełnić zainteresowania postaci). Niespodziewane wydarzenia sprawiają, że budzi się w niej trauma z przeszłości, historia, na którą także Edyta nie pozostanie obojętna. Z kolei Edyta ma własne zmartwienia. Jej doświadczenia wydają się mniej angażować autorkę (stąd w paru miejscach konieczne dla akcji wstrząsy), bliższa Karpińskiej jest bez wątpienia Urszula, która dopiero w średnim wieku zebrała się na odwagę i walczy o to, co dla niej ważne. W „Przekonaj mnie, że to ty” bywa sentymentalnie, czasami nie obejdzie się bez wielkich słów i wielkich zapewnień, autorka próbuje samą siebie przekonać co do prawdziwej miłości od pierwszego wejrzenia – wie, że tego chcą od tomu czytelniczki. A jednak nie wypada niedojrzale i w kontekście swoich wcześniejszych książek, i w porównaniu do mód rynkowych. Pisze Karpińska po swojemu, trochę ckliwie, trochę serialowo, ale z wiarą w prawdziwość prezentowanych emocji i wzruszeń.
Do tej historii wprowadza całkiem sporo postaci. Dwie bohaterki nie funkcjonują w próżni, Anna Karpińska zapewnia im wieloosobowe towarzystwo i dba o różnicowanie relacji. Nie zajmuje się natomiast indywidualizowaniem języka: chociaż obie bohaterki przemawiają bezpośrednio, styl narracji się nie zmienia (czytelniczki dostają podpowiedź w postaci imienia przed rozdziałem). Nie jest to przeszkodą w lekturze, dla Karpińskiej bardziej liczy się nasycenie opowieści zdarzeniami o mocnym ładunku uczuciowym niż jakiekolwiek zabawy formą. „Przekonaj mnie, że to ty” to zestawienie wyzwań, z jakimi muszą mierzyć się bohaterki na różnych etapach życia – i opowieść o poszukiwaniu szczęścia.
Decyzje
Anna Karpińska wyraźnie rozsmakowała się w historiach obyczajowych z międzynarodowymi romansami w tle. Po raz kolejny pozwala swoim bohaterkom porzucać, przynajmniej na chwilę, szare życie w Polsce i odkrywać szczęście w innych krajach (tym razem padło na Hiszpanię). W powieści „Przekonaj mnie, że to ty” wprowadza przystojnych południowców, by zachwiali i tak nieuporządkowanym życiem bohaterek i pojawili się w najbardziej odpowiednim do tego momencie. Na pierwszy plan wysuwa się Juan, ale daleko w tle jest i jego przyjaciel, grawitujący ku innej Polce, a przeczący stereotypowi podrywacza i lekkoducha.
Rozpina Karpińska historię między dwoma pokoleniami. Matka, Urszula, nie może dogadać się z dorosłą i wymagającą córką, Edytą. Pięćdziesięciolatka grzęźnie w rodzinnym pensjonacie, dla dobra bliskich rezygnuje z własnych marzeń i gotowa jest poświęcić wszystko, by zapewnić szczęście Edycie. Tymczasem Edyta chciałaby sama decydować o sobie, nie czuć presji, że powinna iść na studia lub znaleźć sobie dobrą pracę. Buntuje się przeciwko nadopiekuńczej rodzicielce, a z tego nic dobrego wyniknąć nie może. Edyta jest rozpieszczona i impulsywna, łatwo podejmuje ostateczne decyzje, bez względu na to, czy chodzi o mieszkanie, czy o wyjazd za granicę. Nie zamierza dla nikogo się poświęcać, bo kiedy tak zrobi – żałuje.
W „Przekonaj mnie, że to ty” dzieje się sporo. Autorka oddaje głos raz Urszuli, raz Edycie, więc czytelniczki poznają osobno motywacje każdej ze stron. Kiedy bohaterki zaczynają wsłuchiwać się w siebie i podejmować samodzielne decyzje, odbiorczynie dostaną dwie równoległe historie. U Urszuli będzie to układanie sobie życia po śmierci męża. Kobieta znajduje nową miłość i postanawia wreszcie napisać książkę (od pewnego czasu Anna Karpińska odwołuje się do swoich wcześniejszych powieści i wplata je w fabułę, trochę to naiwne, ale pomaga wypełnić zainteresowania postaci). Niespodziewane wydarzenia sprawiają, że budzi się w niej trauma z przeszłości, historia, na którą także Edyta nie pozostanie obojętna. Z kolei Edyta ma własne zmartwienia. Jej doświadczenia wydają się mniej angażować autorkę (stąd w paru miejscach konieczne dla akcji wstrząsy), bliższa Karpińskiej jest bez wątpienia Urszula, która dopiero w średnim wieku zebrała się na odwagę i walczy o to, co dla niej ważne. W „Przekonaj mnie, że to ty” bywa sentymentalnie, czasami nie obejdzie się bez wielkich słów i wielkich zapewnień, autorka próbuje samą siebie przekonać co do prawdziwej miłości od pierwszego wejrzenia – wie, że tego chcą od tomu czytelniczki. A jednak nie wypada niedojrzale i w kontekście swoich wcześniejszych książek, i w porównaniu do mód rynkowych. Pisze Karpińska po swojemu, trochę ckliwie, trochę serialowo, ale z wiarą w prawdziwość prezentowanych emocji i wzruszeń.
Do tej historii wprowadza całkiem sporo postaci. Dwie bohaterki nie funkcjonują w próżni, Anna Karpińska zapewnia im wieloosobowe towarzystwo i dba o różnicowanie relacji. Nie zajmuje się natomiast indywidualizowaniem języka: chociaż obie bohaterki przemawiają bezpośrednio, styl narracji się nie zmienia (czytelniczki dostają podpowiedź w postaci imienia przed rozdziałem). Nie jest to przeszkodą w lekturze, dla Karpińskiej bardziej liczy się nasycenie opowieści zdarzeniami o mocnym ładunku uczuciowym niż jakiekolwiek zabawy formą. „Przekonaj mnie, że to ty” to zestawienie wyzwań, z jakimi muszą mierzyć się bohaterki na różnych etapach życia – i opowieść o poszukiwaniu szczęścia.
sobota, 5 grudnia 2015
Anna Karpińska: Rozważna czy romantyczna?
Prószyński, Warszawa 2015.
Pomoc losu
Anna Karpińska powraca do motywu, który przyniósł jej największą popularność, a trawestacją tytułu powieści Jane Austen sugeruje literacki azyl na przekór przeciwnościom losu. W „Rozważnej czy romantycznej” pojawia się temat toksycznego związku łagodzony przez całą serię szczęśliwych zbiegów okoliczności, otwierających się możliwości i szerokich perspektyw. Kiedy Natalia traci jedną szansę na szczęście, natychmiast życie przynosi jej inną i w efekcie kobieta nie ma kiedy się załamać. Karpińska stawia na optymizm mimo wszystko, czytelniczkom chce dodawać otuchy nawet przy największych kłopotach.
Dwóm siostrom, Natalii i Nadii, inaczej ułożyło się życie. Nadia jest zorganizowana i perfekcyjnie prowadzi dom, ma dzieci i kochającego męża, który z pomocą przychodzi też szwagierce. Sielankę wprawdzie zaburzają problemy wieku dojrzewania nastoletniej Baśki, ale to tylko przyprawa codzienności. Nawet praca za granicą nie zaburza tego porządku. Tymczasem Natalia cały czas się miota. Rozstała się z wieloletnim partnerem, po jednonocnej przygodzie z obcym mężczyzną odkrywa, że jest w ciąży. Testy na ojcostwo zrobić może dopiero po porodzie, a nawet nie wie, jak znaleźć Brunona, który nie odezwał się po upojnej nocy mimo obietnic. Co więcej, Natalia nie ma pracy ani mieszkania – nie jest to sytuacja wymarzona dla przyszłej mamy, która nie chce w nieskończoność korzystać z dobroci Nadii. Znajduje się więc i mieszkanie, i praca, i mąż, i pomysł na rozwiązanie trosk – przynajmniej na razie. Natalia może się skupić na tym, co zamierzała zrobić: na wydaniu „Chorwackiej przystani”, książki napisanej dawniej przez mamę. W związku z pracą nad tomem wyrusza w podróż do Chorwacji, odkrywając przy okazji nieznane momenty z życiorysu rodzicielki. W kraju nie czuje się najlepiej, mimo cudownych i hojnych teściów, już po zalegalizowaniu związku odkrywa, czego naprawdę chce od niej mąż. To wpłynie na życiowe wybory bohaterki.
I mimo emocjonalnych wstrząsów oraz szarpiących nerwy Natalii scen Karpińska zachowuje w narracji specyficzny spokój. Nie zagłębia się przesadnie w relacje między bohaterami, to, co nieuchronne, pojawia się jako jedyna droga (w najlepszym wypadku jedna z dwóch ale też ta bardziej oczywista). Autorka potrzebuje upewnić czytelniczki w przekonaniu, że wszystko się jakoś ułoży, więc nie warto nadmiernie przejmować się codziennymi przeciwnościami losu. Natalia, kiedy trzeba, potrafi funkcjonować jako kobieta samodzielna, niezależna i dumna. Nie zatęskni za czymś, co straciła lub czego się wyrzekła – nie ma na to czasu, bo wydarzenia następują po sobie błyskawicznie. Łatwo byłoby pogrążyć się w apatii i machnąć ręką na wszystko – ale Natalia wykorzystuje każdą okazję do zmiany swojego położenia, bardzo dobrze na tym wychodząc.
Momentami wydaje się, że wiadomo, co będzie dalej – Anna Karpińska nie rezygnuje z baśniowych scenariuszy i jeśli tylko może, osładza życie poszkodowanej bohaterce. „Rozważna czy romantyczna” to obyczajówka krzepiąca i czerpiąca ze znanych schematów, a wyrazista dzięki autotematycznemu nawiązaniu do jednej z poprzednich książek Karpińskiej. To powieść, która mimo demiurgicznej pomocy ze strony autorki ma się toczyć naturalnie, bez upiększeń i udziwnień – te nie są potrzebne fankom literatury kobiecej. Anna Karpińska tworzy książkę, którą czyta się dość szybko – to literatura rozrywkowa dla szerokiej publiczności, przygotowana zgodnie z rynkowymi wymogami. I chociaż można by się zżymać na fakt, że problemy rozwiązują się tu same, chodzi przecież o dostarczenie przyjemności lekturowej odbiorczyniom i pokazanie im, że z każdej sytuacji istnieje wyjście, nie wolno się tylko poddawać.
Pomoc losu
Anna Karpińska powraca do motywu, który przyniósł jej największą popularność, a trawestacją tytułu powieści Jane Austen sugeruje literacki azyl na przekór przeciwnościom losu. W „Rozważnej czy romantycznej” pojawia się temat toksycznego związku łagodzony przez całą serię szczęśliwych zbiegów okoliczności, otwierających się możliwości i szerokich perspektyw. Kiedy Natalia traci jedną szansę na szczęście, natychmiast życie przynosi jej inną i w efekcie kobieta nie ma kiedy się załamać. Karpińska stawia na optymizm mimo wszystko, czytelniczkom chce dodawać otuchy nawet przy największych kłopotach.
Dwóm siostrom, Natalii i Nadii, inaczej ułożyło się życie. Nadia jest zorganizowana i perfekcyjnie prowadzi dom, ma dzieci i kochającego męża, który z pomocą przychodzi też szwagierce. Sielankę wprawdzie zaburzają problemy wieku dojrzewania nastoletniej Baśki, ale to tylko przyprawa codzienności. Nawet praca za granicą nie zaburza tego porządku. Tymczasem Natalia cały czas się miota. Rozstała się z wieloletnim partnerem, po jednonocnej przygodzie z obcym mężczyzną odkrywa, że jest w ciąży. Testy na ojcostwo zrobić może dopiero po porodzie, a nawet nie wie, jak znaleźć Brunona, który nie odezwał się po upojnej nocy mimo obietnic. Co więcej, Natalia nie ma pracy ani mieszkania – nie jest to sytuacja wymarzona dla przyszłej mamy, która nie chce w nieskończoność korzystać z dobroci Nadii. Znajduje się więc i mieszkanie, i praca, i mąż, i pomysł na rozwiązanie trosk – przynajmniej na razie. Natalia może się skupić na tym, co zamierzała zrobić: na wydaniu „Chorwackiej przystani”, książki napisanej dawniej przez mamę. W związku z pracą nad tomem wyrusza w podróż do Chorwacji, odkrywając przy okazji nieznane momenty z życiorysu rodzicielki. W kraju nie czuje się najlepiej, mimo cudownych i hojnych teściów, już po zalegalizowaniu związku odkrywa, czego naprawdę chce od niej mąż. To wpłynie na życiowe wybory bohaterki.
I mimo emocjonalnych wstrząsów oraz szarpiących nerwy Natalii scen Karpińska zachowuje w narracji specyficzny spokój. Nie zagłębia się przesadnie w relacje między bohaterami, to, co nieuchronne, pojawia się jako jedyna droga (w najlepszym wypadku jedna z dwóch ale też ta bardziej oczywista). Autorka potrzebuje upewnić czytelniczki w przekonaniu, że wszystko się jakoś ułoży, więc nie warto nadmiernie przejmować się codziennymi przeciwnościami losu. Natalia, kiedy trzeba, potrafi funkcjonować jako kobieta samodzielna, niezależna i dumna. Nie zatęskni za czymś, co straciła lub czego się wyrzekła – nie ma na to czasu, bo wydarzenia następują po sobie błyskawicznie. Łatwo byłoby pogrążyć się w apatii i machnąć ręką na wszystko – ale Natalia wykorzystuje każdą okazję do zmiany swojego położenia, bardzo dobrze na tym wychodząc.
Momentami wydaje się, że wiadomo, co będzie dalej – Anna Karpińska nie rezygnuje z baśniowych scenariuszy i jeśli tylko może, osładza życie poszkodowanej bohaterce. „Rozważna czy romantyczna” to obyczajówka krzepiąca i czerpiąca ze znanych schematów, a wyrazista dzięki autotematycznemu nawiązaniu do jednej z poprzednich książek Karpińskiej. To powieść, która mimo demiurgicznej pomocy ze strony autorki ma się toczyć naturalnie, bez upiększeń i udziwnień – te nie są potrzebne fankom literatury kobiecej. Anna Karpińska tworzy książkę, którą czyta się dość szybko – to literatura rozrywkowa dla szerokiej publiczności, przygotowana zgodnie z rynkowymi wymogami. I chociaż można by się zżymać na fakt, że problemy rozwiązują się tu same, chodzi przecież o dostarczenie przyjemności lekturowej odbiorczyniom i pokazanie im, że z każdej sytuacji istnieje wyjście, nie wolno się tylko poddawać.
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Anna Karpińska: Sakrament niedoskonały
Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.
Wybory
Tym razem Anna Karpińska sięga po motyw kryminalny jako oś fabuły swojej powieści i całkiem nieźle jej to wychodzi: „Sakrament niedoskonały” przekreśla naiwne rozwiązania, za to koncentruje się na kwestiach charakterologicznych. Karpińska ma spore pole do popisu, bo narrację prowadzi wielogłosowo, a każdy z bohaterów może rzucić nowe światło na temat tajemniczej śmierci Donata. Stopniowo odkrywa kolejne powiązania zmarłego i sekrety rodzinne – w konstrukcji tomu zaskoczeń nie ma. Ale Anna Karpińska sporo uwagi poświęca prawdopodobieństwu postaci oraz ich kontrowersyjnych często decyzji – i to podnosi wartość tej książki.
Młodsza siostra Marzeny, Blanka, wychodzi za mąż za najlepszą partię w okolicy. Wreszcie może zaznać szczęścia, bo do tej pory życie nie szczędziło jej ciosów. Tyle że podczas nocy poślubnej Donek umiera, a śledztwo wskazuje, że zgon nie nastąpił z przyczyn naturalnych. Marzena odmawia szefowi dostarczenia dziennikarskiej sensacji – chce dalej chronić siostrę, dla której od lat jest opiekunką. Aferę usiłuje rozpracować Gabriela, młoda policjantka, ambitna (ale pozbawiona szczęścia w miłości), znajoma Marzeny. Sprawy zawodowe i prywatne zaczynają się tu zazębiać, a każda z wprowadzanych kolejno postaci ma inne poglądy na temat doświadczeń Blanki i jej życiowych wyborów. „Sakrament niedoskonały” oscyluje między obyczajówką i kryminałem, daje odbiorczyniom wytchnienie od prostych romansowych scenariuszy i wprowadza w świat, w którym wielkie pieniądze i wielkie uczucia pojawiają się ciągle i przeszkadzają sobie nawzajem.
Autorka nie modyfikuje języka: kolejnych narratorów rozróżnia w najprostszy możliwy sposób, podpisem na początku rozdziału. Dba o to, żeby subtelnie zarysować skomplikowane charakterystyki bohaterów. Przyjmuje konwencję kryminału – śledztwo, więc większość wyjaśnień zatapia w rozbudowanych dialogach: portrety postaci odtwarza się zatem z wprowadzanych przez nie drobnych napomknień i mniej typowych relacji. „Sakrament niedoskonały” to mozaika charakterologiczna – każdego da się tu ocenić z perspektywy innych oraz z jego własnych poglądów – ale zanim to nastąpi, odbiorczynie czeka żmudna praca z gromadzeniem pełnego obrazu sytuacji.
Anna Karpińska proponuje bohaterów jednorazowych: definiuje ich przez konkretne i silne wydarzenie, wyposaża w przeszłość, ale nie nakreśla wieloznacznej i wielokierunkowej przyszłości. Tu wszystko nastawione jest na rozwiązanie sprawy kryminalnej – i odkrywanie rodzinnych tajemnic. Karpińska przez wybór tematu i jego oderwanie od zwykłych ludzkich dylematów osłabia stronę uczuciową powieści, z konieczności akcentuje bardziej kwestie etyczne. To w jej twórczości próba poszukiwania nowych przestrzeni.
W powieściach obyczajowych tej autorki psychologia bohaterów wysuwa się na pierwszy plan, nie inaczej jest i w „Sakramencie niedoskonałym”, tyle że Karpińska sięga tu po bardziej filmowe dramaty. Testuje możliwości gatunku, lecz nie próbuje go w żaden sposób modyfikować ani komplikować, skupia się na poprowadzeniu akcji i snuciu intrygi. Jest w „Sakramencie niedoskonałym” wyczuwalny dystans wobec postaci i ich problemów, autorka prezentuje czytelniczkom mikrokosmos Blanki, nie uogólniając jej przeżyć. Ta powieść obejmuje nie tylko proces dochodzenia do skomplikowanej prawdy – to też przegląd motywacji i zachowań w obliczu życiowej klęski. Anna Karpińska rezygnuje z optymizmu na rzecz niejednoznaczności i żonglowania ludzkimi uczuciami – w obliczu różnorodnych pokus.
Wybory
Tym razem Anna Karpińska sięga po motyw kryminalny jako oś fabuły swojej powieści i całkiem nieźle jej to wychodzi: „Sakrament niedoskonały” przekreśla naiwne rozwiązania, za to koncentruje się na kwestiach charakterologicznych. Karpińska ma spore pole do popisu, bo narrację prowadzi wielogłosowo, a każdy z bohaterów może rzucić nowe światło na temat tajemniczej śmierci Donata. Stopniowo odkrywa kolejne powiązania zmarłego i sekrety rodzinne – w konstrukcji tomu zaskoczeń nie ma. Ale Anna Karpińska sporo uwagi poświęca prawdopodobieństwu postaci oraz ich kontrowersyjnych często decyzji – i to podnosi wartość tej książki.
Młodsza siostra Marzeny, Blanka, wychodzi za mąż za najlepszą partię w okolicy. Wreszcie może zaznać szczęścia, bo do tej pory życie nie szczędziło jej ciosów. Tyle że podczas nocy poślubnej Donek umiera, a śledztwo wskazuje, że zgon nie nastąpił z przyczyn naturalnych. Marzena odmawia szefowi dostarczenia dziennikarskiej sensacji – chce dalej chronić siostrę, dla której od lat jest opiekunką. Aferę usiłuje rozpracować Gabriela, młoda policjantka, ambitna (ale pozbawiona szczęścia w miłości), znajoma Marzeny. Sprawy zawodowe i prywatne zaczynają się tu zazębiać, a każda z wprowadzanych kolejno postaci ma inne poglądy na temat doświadczeń Blanki i jej życiowych wyborów. „Sakrament niedoskonały” oscyluje między obyczajówką i kryminałem, daje odbiorczyniom wytchnienie od prostych romansowych scenariuszy i wprowadza w świat, w którym wielkie pieniądze i wielkie uczucia pojawiają się ciągle i przeszkadzają sobie nawzajem.
Autorka nie modyfikuje języka: kolejnych narratorów rozróżnia w najprostszy możliwy sposób, podpisem na początku rozdziału. Dba o to, żeby subtelnie zarysować skomplikowane charakterystyki bohaterów. Przyjmuje konwencję kryminału – śledztwo, więc większość wyjaśnień zatapia w rozbudowanych dialogach: portrety postaci odtwarza się zatem z wprowadzanych przez nie drobnych napomknień i mniej typowych relacji. „Sakrament niedoskonały” to mozaika charakterologiczna – każdego da się tu ocenić z perspektywy innych oraz z jego własnych poglądów – ale zanim to nastąpi, odbiorczynie czeka żmudna praca z gromadzeniem pełnego obrazu sytuacji.
Anna Karpińska proponuje bohaterów jednorazowych: definiuje ich przez konkretne i silne wydarzenie, wyposaża w przeszłość, ale nie nakreśla wieloznacznej i wielokierunkowej przyszłości. Tu wszystko nastawione jest na rozwiązanie sprawy kryminalnej – i odkrywanie rodzinnych tajemnic. Karpińska przez wybór tematu i jego oderwanie od zwykłych ludzkich dylematów osłabia stronę uczuciową powieści, z konieczności akcentuje bardziej kwestie etyczne. To w jej twórczości próba poszukiwania nowych przestrzeni.
W powieściach obyczajowych tej autorki psychologia bohaterów wysuwa się na pierwszy plan, nie inaczej jest i w „Sakramencie niedoskonałym”, tyle że Karpińska sięga tu po bardziej filmowe dramaty. Testuje możliwości gatunku, lecz nie próbuje go w żaden sposób modyfikować ani komplikować, skupia się na poprowadzeniu akcji i snuciu intrygi. Jest w „Sakramencie niedoskonałym” wyczuwalny dystans wobec postaci i ich problemów, autorka prezentuje czytelniczkom mikrokosmos Blanki, nie uogólniając jej przeżyć. Ta powieść obejmuje nie tylko proces dochodzenia do skomplikowanej prawdy – to też przegląd motywacji i zachowań w obliczu życiowej klęski. Anna Karpińska rezygnuje z optymizmu na rzecz niejednoznaczności i żonglowania ludzkimi uczuciami – w obliczu różnorodnych pokus.
piątek, 26 grudnia 2014
Anna Karpińska: Przysługa
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
Relacje
Elwira ma poukładane życie. Dwoje dzieci, kochający mąż Karol, firma ojca zapewniająca wszystkim stabilizację finansową, udane spotkania w rodzinnym gronie. Jagoda ma dla odmiany same problemy: pracuje na wyższej uczelni, ale tylko jako technik (chociaż mogła robić karierę naukową), jej dorastający syn zaczyna być arogancki i eksperymentuje z alkoholem, a zaborczy mąż… właśnie zginął w katastrofie lotniczej. Jagoda dotąd poświęcała się dla ukochanego i nie potrafi się pozbierać po tragicznej wiadomości, mimo wsparcia przyjaciół i przełożonych. Ale to życie Elwiry nagle zaczyna walić się w gruzy. Niespodziewana śmierć Dariusza splata losy dwóch rodzin.
Anna Karpińska specjalizuje się w obyczajówkach o posmaku psychologicznym, nie inaczej jest i tym razem, chociaż opowieść miejscami wdaje się trochę przekombinowana. W „Przysłudze” akcja przenosi się między trzema postaciami – narrację prowadzą Elwira, Jagoda i Karol. I tylko ten ostatni zna całą prawdę. A przynajmniej tak mu się wydaje. Karol znienacka pojawia się w domu Jagody i wyznaje jej wstrząsający sekret. To dopiero początek całego szeregu wydarzeń. Na rutynę w tej powieści miejsca nie ma.
Najlepiej, jak zawsze u Karpińskiej, wypadają portrety psychologiczne i obrazki toksycznych miłości. Jagoda nie rozumie, jak bardzo podporządkowała się Dariuszowi – nie widzi tego, chociaż jej uległość prowadzi właśnie do wielkich problemów wychowawczych z nastoletnim synem. W imię źle pojętej miłości daje się tłamsić i wykorzystywać, nie może realizować własnych planów. Elwira z kolei nie musi się nikomu podporządkowywać. Jej wizję szczęścia przesłaniają pieniądze. Bo w obliczu majątku ojca nie jest pewna, czy Karol zakochał się w niej, czy w szansie na łatwy awans. Karpińska pokazuje, jak zmiana losu może wpływać na postrzeganie bliskich. Każe swoim bohaterkom zastanowić się nad motywacjami i przekonaniami. Stawia przed sytuacjami, na które nikt nie byłby przygotowany.
Napęd fabuły jest trochę zbyt serialowy, nieżyciowy w nagromadzeniu przypadków, trudnych decyzji i zbiegów okoliczności. Zaczyna się od jednej decyzji niedojrzałych emocjonalnie nastolatków i obrasta w kolejne nieporozumienia czy niesnaski. Przeszłość wyklucza stabilizację w teraźniejszości i o tym bohaterowie raczej boleśnie się przekonają. Karpińsak sięga też po motywy bardziej banalne i ograne nie tylko w literaturze rozrywkowej – jak choćby temat zdrady. Egzotyczny rozwój wypadków dobrze się tu sprawdza przy ukrywaniu scenariuszowych kolein.
W przeskakującej z postaci na postać narracji każdy jest sam. W dodatku każdy może zyskać inne odbicie w oczach starych i nowych znajomych. W tych operacjach na portretach Anna Karpińska jest bardzo dobra – na tyle, by przy lekturze przymknąć oko na kilka uproszczeń. Ta autorka komplikuje bohaterom życiorysy, żeby przekonać się, jak sobie poradzą wyrwani z codzienności i zmuszeni do weryfikacji systemu wartości. „Przysługa” to obrazek nierealistyczny, za to bardzo bogaty w emocje i przeżycia. Karpińska pisze tę książkę językiem na poły potocznym, na poły literackim – co ujawnia się przeważnie w elokwencji w dialogach. Ale i tak czyta się tę książkę przede wszystkim dla rozwiązań namnożonych przez autorkę obyczajowych zagadek. „Przysługa” to także powieść o tym, jak kształtują nas inni – bo nie trzeba katastrof na miarę tych powieściowych, by przejrzeć się w postawach bohaterów i dostrzec dzięki nim własne błędy. Obok rozrywki to cel tej książki.
Relacje
Elwira ma poukładane życie. Dwoje dzieci, kochający mąż Karol, firma ojca zapewniająca wszystkim stabilizację finansową, udane spotkania w rodzinnym gronie. Jagoda ma dla odmiany same problemy: pracuje na wyższej uczelni, ale tylko jako technik (chociaż mogła robić karierę naukową), jej dorastający syn zaczyna być arogancki i eksperymentuje z alkoholem, a zaborczy mąż… właśnie zginął w katastrofie lotniczej. Jagoda dotąd poświęcała się dla ukochanego i nie potrafi się pozbierać po tragicznej wiadomości, mimo wsparcia przyjaciół i przełożonych. Ale to życie Elwiry nagle zaczyna walić się w gruzy. Niespodziewana śmierć Dariusza splata losy dwóch rodzin.
Anna Karpińska specjalizuje się w obyczajówkach o posmaku psychologicznym, nie inaczej jest i tym razem, chociaż opowieść miejscami wdaje się trochę przekombinowana. W „Przysłudze” akcja przenosi się między trzema postaciami – narrację prowadzą Elwira, Jagoda i Karol. I tylko ten ostatni zna całą prawdę. A przynajmniej tak mu się wydaje. Karol znienacka pojawia się w domu Jagody i wyznaje jej wstrząsający sekret. To dopiero początek całego szeregu wydarzeń. Na rutynę w tej powieści miejsca nie ma.
Najlepiej, jak zawsze u Karpińskiej, wypadają portrety psychologiczne i obrazki toksycznych miłości. Jagoda nie rozumie, jak bardzo podporządkowała się Dariuszowi – nie widzi tego, chociaż jej uległość prowadzi właśnie do wielkich problemów wychowawczych z nastoletnim synem. W imię źle pojętej miłości daje się tłamsić i wykorzystywać, nie może realizować własnych planów. Elwira z kolei nie musi się nikomu podporządkowywać. Jej wizję szczęścia przesłaniają pieniądze. Bo w obliczu majątku ojca nie jest pewna, czy Karol zakochał się w niej, czy w szansie na łatwy awans. Karpińska pokazuje, jak zmiana losu może wpływać na postrzeganie bliskich. Każe swoim bohaterkom zastanowić się nad motywacjami i przekonaniami. Stawia przed sytuacjami, na które nikt nie byłby przygotowany.
Napęd fabuły jest trochę zbyt serialowy, nieżyciowy w nagromadzeniu przypadków, trudnych decyzji i zbiegów okoliczności. Zaczyna się od jednej decyzji niedojrzałych emocjonalnie nastolatków i obrasta w kolejne nieporozumienia czy niesnaski. Przeszłość wyklucza stabilizację w teraźniejszości i o tym bohaterowie raczej boleśnie się przekonają. Karpińsak sięga też po motywy bardziej banalne i ograne nie tylko w literaturze rozrywkowej – jak choćby temat zdrady. Egzotyczny rozwój wypadków dobrze się tu sprawdza przy ukrywaniu scenariuszowych kolein.
W przeskakującej z postaci na postać narracji każdy jest sam. W dodatku każdy może zyskać inne odbicie w oczach starych i nowych znajomych. W tych operacjach na portretach Anna Karpińska jest bardzo dobra – na tyle, by przy lekturze przymknąć oko na kilka uproszczeń. Ta autorka komplikuje bohaterom życiorysy, żeby przekonać się, jak sobie poradzą wyrwani z codzienności i zmuszeni do weryfikacji systemu wartości. „Przysługa” to obrazek nierealistyczny, za to bardzo bogaty w emocje i przeżycia. Karpińska pisze tę książkę językiem na poły potocznym, na poły literackim – co ujawnia się przeważnie w elokwencji w dialogach. Ale i tak czyta się tę książkę przede wszystkim dla rozwiązań namnożonych przez autorkę obyczajowych zagadek. „Przysługa” to także powieść o tym, jak kształtują nas inni – bo nie trzeba katastrof na miarę tych powieściowych, by przejrzeć się w postawach bohaterów i dostrzec dzięki nim własne błędy. Obok rozrywki to cel tej książki.
poniedziałek, 28 lipca 2014
Anna Karpińska: Za jakie grzechy
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
Wśród wrogów
Anna Karpińska rozwija się twórczo w kolejnych powieściach obyczajowych, chociaż nie może się pozbyć manii bezustannego podawania imion bohaterów w dialogach. I choćby nie wiem jak szukać usprawiedliwień (najważniejsze – że forma imienia świadczy o stosunku do rozmówcy) – imion jest za dużo. Ale w „Za jakie grzechy” to przyzwyczajenie przestaje być nawet uciążliwe. Lektura nie dość, że toczy się stosunkowo szybko, to jeszcze z racji zawodowych perypetii bohaterki odwraca uwagę od tego formalnego, jednego z bardzo nielicznych zresztą, błędów.
Alina ma prawie trzydzieści lat, za sobą burzliwą przeszłość, a przed sobą – wizję zarządzania połową firmy, którą zostawił jej w spadku ukochany wuj. Na co dzień Alina pracuje jako psychoterapeutka i boryka się z własnymi demonami: narzeczony zostawił ją przed ołtarzem, by natychmiast związać się z jej siostrą (w chwili ślubu zresztą już ciężarną), matka żąda wyrozumiałości i kolejnych ustępstw ze strony Aliny na rzecz siostry. Bohaterka nie potrafi już zbudować trwałego związku, a w dodatku musi zmierzyć się z potężną aferą finansową w drukarni. Jedynie na przyjaciółkę może naprawdę liczyć, wobec wszystkich innych musi stosować zasadę ograniczonego zaufania.
Firmą wraz z Aliną zarządzać ma starszy o osiem lat Tomasz. Pracownicy traktują go jak jedynego szefa, a Alina, świadoma psychologicznych zagrywek, próbuje dopiero wywalczyć sobie pozycję wśród pewnych siebie, a czasem wręcz aroganckich pracowników. Anna Karpińska dzieli opowieść na kilka sfer. Przeszłość sprzed kilku lat przedstawia w migawkach przełomowych dla Aliny. W ten sposób czasem zdradza tajemnice, których wcześniej nie akcentowała, co sprawia, że historia robi się bardziej nieprzewidywalna. Do przeszłości należą między innymi traumy okołoślubne i nieudane kolejne związki, ale i relacje z najbliższymi, którym obecnie Alina nie może ufać. W teraźniejszości pojawia się temat ratowania firmy, ale i seria perypetii sercowych w różnych odsłonach. Alina wciąż poznaje nowych ludzi (lub odświeża dawne znajomości), podczas gdy jej przyjaciółka rozpaczliwie próbuje wygrać rywalizację z teściową. Karpińska jest przekonująca zarówno wtedy, gdy chodzi o zarządzanie firmą (bohaterka profesjonalnie odnajduje się w nowej sytuacji), w powinnościach psychoterapeuty czuje się pewnie – fałszu nie wyczuwa się również w interpersonalnych kontaktach, chociaż do tego autorka zdążyła już czytelniczki przyzwyczaić.
„Za jakie grzechy” to powieść, która – jak wiele obyczajówek – mówi o poszukiwaniu szczęścia i trudnej drodze do poznania siebie. Ale dzięki poszukiwaniom w dziedzinach pozauczuciowych „Za jakie grzechy” staje się obyczajówką atrakcyjną. Tematyczna różnorodność zapewni Annie Karpińskiej uznanie czytelniczek.
Pokrzywdzona przez rodzinę bohaterka ma prawo do cierpienia – ale swoich krzywd nie przedstawia cierpiętniczo. Stanowią one niezbędny element życiorysu, coś, co trzeba zaprezentować, żeby wyjaśnić aktualne komplikacje. Karpińskiej udaje się poprowadzić narrację z wyczuciem i bez odwoływania się do banałów. Jedynie do ostatecznego wątku romansowego można mieć zastrzeżenia – wydaje się być zbyt wymuszony, żeby łatwo się w niego wierzyło.
Anna Karpińska po raz kolejny wychodzi do czytelniczek z historią bogatą w fabularne pomysły natury uczuciowej i pozwala sobie zaufać w kwestii wypełniania codzienności bohaterów. Tom „Za jakie grzechy” to apetyczna obyczajówka, dowód na ewolucję pisarstwa tej autorki, a i dobra propozycja z półki literatury kobiecej. Perypetie Aliny, niemal filmowe, zachęcają do śledzenia wartkiej historii. Karpińska pisze zwyczajnie i wie, co chce osiągnąć – jej bohaterowie są wystarczająco plastyczni, by angażować w swoje problemy czytelniczki. „Za jakie grzechy” to zestaw ciekawych pomysłów połączonych udaną narracją, za to pozbawionych fabularnych naiwności. Karpińska odrzuca znane scenariusze, czym na pewno trafi do odbiorczyń.
Wśród wrogów
Anna Karpińska rozwija się twórczo w kolejnych powieściach obyczajowych, chociaż nie może się pozbyć manii bezustannego podawania imion bohaterów w dialogach. I choćby nie wiem jak szukać usprawiedliwień (najważniejsze – że forma imienia świadczy o stosunku do rozmówcy) – imion jest za dużo. Ale w „Za jakie grzechy” to przyzwyczajenie przestaje być nawet uciążliwe. Lektura nie dość, że toczy się stosunkowo szybko, to jeszcze z racji zawodowych perypetii bohaterki odwraca uwagę od tego formalnego, jednego z bardzo nielicznych zresztą, błędów.
Alina ma prawie trzydzieści lat, za sobą burzliwą przeszłość, a przed sobą – wizję zarządzania połową firmy, którą zostawił jej w spadku ukochany wuj. Na co dzień Alina pracuje jako psychoterapeutka i boryka się z własnymi demonami: narzeczony zostawił ją przed ołtarzem, by natychmiast związać się z jej siostrą (w chwili ślubu zresztą już ciężarną), matka żąda wyrozumiałości i kolejnych ustępstw ze strony Aliny na rzecz siostry. Bohaterka nie potrafi już zbudować trwałego związku, a w dodatku musi zmierzyć się z potężną aferą finansową w drukarni. Jedynie na przyjaciółkę może naprawdę liczyć, wobec wszystkich innych musi stosować zasadę ograniczonego zaufania.
Firmą wraz z Aliną zarządzać ma starszy o osiem lat Tomasz. Pracownicy traktują go jak jedynego szefa, a Alina, świadoma psychologicznych zagrywek, próbuje dopiero wywalczyć sobie pozycję wśród pewnych siebie, a czasem wręcz aroganckich pracowników. Anna Karpińska dzieli opowieść na kilka sfer. Przeszłość sprzed kilku lat przedstawia w migawkach przełomowych dla Aliny. W ten sposób czasem zdradza tajemnice, których wcześniej nie akcentowała, co sprawia, że historia robi się bardziej nieprzewidywalna. Do przeszłości należą między innymi traumy okołoślubne i nieudane kolejne związki, ale i relacje z najbliższymi, którym obecnie Alina nie może ufać. W teraźniejszości pojawia się temat ratowania firmy, ale i seria perypetii sercowych w różnych odsłonach. Alina wciąż poznaje nowych ludzi (lub odświeża dawne znajomości), podczas gdy jej przyjaciółka rozpaczliwie próbuje wygrać rywalizację z teściową. Karpińska jest przekonująca zarówno wtedy, gdy chodzi o zarządzanie firmą (bohaterka profesjonalnie odnajduje się w nowej sytuacji), w powinnościach psychoterapeuty czuje się pewnie – fałszu nie wyczuwa się również w interpersonalnych kontaktach, chociaż do tego autorka zdążyła już czytelniczki przyzwyczaić.
„Za jakie grzechy” to powieść, która – jak wiele obyczajówek – mówi o poszukiwaniu szczęścia i trudnej drodze do poznania siebie. Ale dzięki poszukiwaniom w dziedzinach pozauczuciowych „Za jakie grzechy” staje się obyczajówką atrakcyjną. Tematyczna różnorodność zapewni Annie Karpińskiej uznanie czytelniczek.
Pokrzywdzona przez rodzinę bohaterka ma prawo do cierpienia – ale swoich krzywd nie przedstawia cierpiętniczo. Stanowią one niezbędny element życiorysu, coś, co trzeba zaprezentować, żeby wyjaśnić aktualne komplikacje. Karpińskiej udaje się poprowadzić narrację z wyczuciem i bez odwoływania się do banałów. Jedynie do ostatecznego wątku romansowego można mieć zastrzeżenia – wydaje się być zbyt wymuszony, żeby łatwo się w niego wierzyło.
Anna Karpińska po raz kolejny wychodzi do czytelniczek z historią bogatą w fabularne pomysły natury uczuciowej i pozwala sobie zaufać w kwestii wypełniania codzienności bohaterów. Tom „Za jakie grzechy” to apetyczna obyczajówka, dowód na ewolucję pisarstwa tej autorki, a i dobra propozycja z półki literatury kobiecej. Perypetie Aliny, niemal filmowe, zachęcają do śledzenia wartkiej historii. Karpińska pisze zwyczajnie i wie, co chce osiągnąć – jej bohaterowie są wystarczająco plastyczni, by angażować w swoje problemy czytelniczki. „Za jakie grzechy” to zestaw ciekawych pomysłów połączonych udaną narracją, za to pozbawionych fabularnych naiwności. Karpińska odrzuca znane scenariusze, czym na pewno trafi do odbiorczyń.
wtorek, 12 listopada 2013
Anna Karpińska: To wszystko przez ciebie
Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.
Matka, córka i sekret
W swojej trzeciej powieści Anna Karpińska wybiera nowy temat, z uwagą przygląda się relacjom między matką i jej dorastającą córką. Klara ma siedemnaście lat (na początku trochę mylące jest to, że bohaterka mówi o niej per „mała”, co potem zamienia się w „młodą”). Julia urodziła ją, gdy była szesnastolatką zafascynowaną wiele starszym mężczyzną. Rodzice Julii postanowili zaopiekować się Klarą i utrzymywać ją w przekonaniu, że jest ich dzieckiem, dopóki dziewczyna nie skończy osiemnastu lat. Na krótko przed czasem ujawnienia prawdy giną jednak w wypadku samochodowym i Julia zostaje z Klarą sama. Musi zmierzyć się nie tylko ze spadkiem po rodzicach, ale i ze zbuntowaną nastolatką, która nie zna faktów. Zresztą Julia też odkrywa tajemnice z przeszłości.
„To wszystko przez ciebie” mieści się w konwencjach powieści obyczajowych z zacięciem psychologicznym, ale Anna Karpińska nie chce specjalnie zagłębiać się w przemyślenia postaci. Zmusza Julię do bardzo intensywnego działania: bohaterka musi w miesiąc uporządkować sprzedany przez rodziców dom (na marginesie spostrzega, jak przyjemna może być egzystencja poza Warszawą), wyznać prawdę swojej córce, ułożyć swoje życie uczuciowe i pogodzić się z tym, co stało się w bliższej i dalszej przeszłości. Otoczenie nie ułatwia jej żadnego z zadań – wszyscy mają swoje problemy i w dodatku potrzebna jest im pomoc Julii.
Karpińska zaryzykowała, stawiając na chwiejną i nienaturalną rodzinną relację – i to zaryzykowała sporo, skoro na tym wątku opiera się cała historia. Do problemu Julii oraz jej córki (przekonanej, że opiekę nad nią przejęła siostra) nie dorasta żadne inne zmartwienie w tomie: ani kłopoty sercowe, wpadki i burzliwe rozstania, ani rozmaite obrazy małżeństw, ani nawet wizja kobiety przedsiębiorczej, która dzięki swojemu talentowi i determinacji będzie umiała odnaleźć się na rynku z własną firmą. Relacje między Julią i Klarą przyćmiewają wszystko, co poza tym składa się na historię. Ale też Karpińskiej nie zależy na tym, żeby skomplikować przesadnie podstawowy temat pobocznymi wątkami. Owszem, tworzy dobre tło dla istnienia matki i córki – ale nie widzi powodu, żeby wątki z niego przebijały się do najważniejszego nurtu opowieści. „To wszystko przez ciebie” ma fabułę opartą na błędach popełnianych przez kolejnych bohaterów. Jedna zła decyzja i życie w kłamstwie odbija się na następnych pokoleniach i powraca czasami w niespodziewanych okolicznościach. Annie Karpińskiej chodzi między innymi o rozbudzenie ciekawości czytelniczek, o to, jak potoczą się losy bohaterek i jakie rozwiązania najtrudniejszych sytuacji się pojawią – dopiero w dalszej kolejności próbuje wzruszać (ale bez przesady). Emocjonalną huśtawkę proponuje Karpińska jedynie swoim bohaterkom, dla odbiorczyń ma raczej spokój. One wiedzą wszystko, nie znają jedynie konsekwencji trudnych decyzji. Na tym motywie opiera się fabuła.
Anna Karpińska dała się już poznać jako wprawna narratorka. Tu formę przekazujących informację listów zastąpiła smsami (chociaż nie wykorzystuje w nich charakterystycznej poetyki skrótu, wprowadza imiona adresatów i podpisy, co jest jedynie informacją dla odbiorczyń). Akcja wydaje się tu być wolniejsza, mimo bardzo wielu momentów przełomowych dla bohaterów – ale pomysły i sposób ich przekazywania pasują do dobrej powieści obyczajowej. Karpińska nie proponuje rewolucji w czytadłach, dostarcza za to rozrywki – na razie nie spuszcza z tonu. Warto przyglądać się jej kolejnym książkom. „To wszystko przez ciebie” odrzuca klasykę tematyczną, przedstawia ludzkie losy z mniej oczywistej perspektywy. A pytania, które będą się nasuwać podczas lektury, poza czytelniczą ciekawością oznaczać będą i trafność decyzji pisarskich Anny Karpińskiej.
Matka, córka i sekret
W swojej trzeciej powieści Anna Karpińska wybiera nowy temat, z uwagą przygląda się relacjom między matką i jej dorastającą córką. Klara ma siedemnaście lat (na początku trochę mylące jest to, że bohaterka mówi o niej per „mała”, co potem zamienia się w „młodą”). Julia urodziła ją, gdy była szesnastolatką zafascynowaną wiele starszym mężczyzną. Rodzice Julii postanowili zaopiekować się Klarą i utrzymywać ją w przekonaniu, że jest ich dzieckiem, dopóki dziewczyna nie skończy osiemnastu lat. Na krótko przed czasem ujawnienia prawdy giną jednak w wypadku samochodowym i Julia zostaje z Klarą sama. Musi zmierzyć się nie tylko ze spadkiem po rodzicach, ale i ze zbuntowaną nastolatką, która nie zna faktów. Zresztą Julia też odkrywa tajemnice z przeszłości.
„To wszystko przez ciebie” mieści się w konwencjach powieści obyczajowych z zacięciem psychologicznym, ale Anna Karpińska nie chce specjalnie zagłębiać się w przemyślenia postaci. Zmusza Julię do bardzo intensywnego działania: bohaterka musi w miesiąc uporządkować sprzedany przez rodziców dom (na marginesie spostrzega, jak przyjemna może być egzystencja poza Warszawą), wyznać prawdę swojej córce, ułożyć swoje życie uczuciowe i pogodzić się z tym, co stało się w bliższej i dalszej przeszłości. Otoczenie nie ułatwia jej żadnego z zadań – wszyscy mają swoje problemy i w dodatku potrzebna jest im pomoc Julii.
Karpińska zaryzykowała, stawiając na chwiejną i nienaturalną rodzinną relację – i to zaryzykowała sporo, skoro na tym wątku opiera się cała historia. Do problemu Julii oraz jej córki (przekonanej, że opiekę nad nią przejęła siostra) nie dorasta żadne inne zmartwienie w tomie: ani kłopoty sercowe, wpadki i burzliwe rozstania, ani rozmaite obrazy małżeństw, ani nawet wizja kobiety przedsiębiorczej, która dzięki swojemu talentowi i determinacji będzie umiała odnaleźć się na rynku z własną firmą. Relacje między Julią i Klarą przyćmiewają wszystko, co poza tym składa się na historię. Ale też Karpińskiej nie zależy na tym, żeby skomplikować przesadnie podstawowy temat pobocznymi wątkami. Owszem, tworzy dobre tło dla istnienia matki i córki – ale nie widzi powodu, żeby wątki z niego przebijały się do najważniejszego nurtu opowieści. „To wszystko przez ciebie” ma fabułę opartą na błędach popełnianych przez kolejnych bohaterów. Jedna zła decyzja i życie w kłamstwie odbija się na następnych pokoleniach i powraca czasami w niespodziewanych okolicznościach. Annie Karpińskiej chodzi między innymi o rozbudzenie ciekawości czytelniczek, o to, jak potoczą się losy bohaterek i jakie rozwiązania najtrudniejszych sytuacji się pojawią – dopiero w dalszej kolejności próbuje wzruszać (ale bez przesady). Emocjonalną huśtawkę proponuje Karpińska jedynie swoim bohaterkom, dla odbiorczyń ma raczej spokój. One wiedzą wszystko, nie znają jedynie konsekwencji trudnych decyzji. Na tym motywie opiera się fabuła.
Anna Karpińska dała się już poznać jako wprawna narratorka. Tu formę przekazujących informację listów zastąpiła smsami (chociaż nie wykorzystuje w nich charakterystycznej poetyki skrótu, wprowadza imiona adresatów i podpisy, co jest jedynie informacją dla odbiorczyń). Akcja wydaje się tu być wolniejsza, mimo bardzo wielu momentów przełomowych dla bohaterów – ale pomysły i sposób ich przekazywania pasują do dobrej powieści obyczajowej. Karpińska nie proponuje rewolucji w czytadłach, dostarcza za to rozrywki – na razie nie spuszcza z tonu. Warto przyglądać się jej kolejnym książkom. „To wszystko przez ciebie” odrzuca klasykę tematyczną, przedstawia ludzkie losy z mniej oczywistej perspektywy. A pytania, które będą się nasuwać podczas lektury, poza czytelniczą ciekawością oznaczać będą i trafność decyzji pisarskich Anny Karpińskiej.
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Anna Karpińska: Pozwól się uwieść
Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.
Rozwód z nadziejami
Spora część współczesnych powieści obyczajowych rozpoczyna się od rozwodu bohaterki: nie inaczej jest i tym razem. Marta ma osiemnastoletnie dzieci, matkę hipochondryczkę i nieodpowiedzialną siostrę. I właśnie musi zacząć układać sobie życie na nowo, ku niezadowoleniu pociech. Bohaterka ma też wyraźny problem z asertywnością, potrzeby innych stawia na pierwszym miejscu, zawsze spieszy z pomocą, jest gotowa, by każdemu usługiwać. Jest też coraz bardziej sfrustrowana tym stanem rzeczy. Niewidzialna dla otoczenia, musi nauczyć się dbać o swoje dobro.
Po „Chorwackiej przystani” Anna Karpińska bardzo zwolniła tempo. Jej nowa powieść jest bardziej refleksyjna, utrzymana w jednostajnym rytmie i nastawiona na wewnętrzne rozterki postaci. Konwencja powieści romansowej pozwala się domyślać, że po zakończeniu jednego związku w orbicie bohaterki pojawi się kolejny ważny mężczyzna, ale autorka próbuje też grać z czytelniczkami, podsuwając im fałszywe tropy i uciekając od schematu. Przycichają rozwodowe sprawy, a nowe uczucie nie bardzo chce rozkwitnąć – z tym Karpińska zostawi odbiorczynie na długo. Żeby sercowe sprawy raz zdradzonej kobiety nie zniechęciły do lektury, na pierwszy plan wysuwa się melodramat, w który zaplątane są siostra i przyjaciółka Marty oraz jej szwagier. To tu rozgrywać się będą wydarzenia rodem z telenowel – i odciągną uwagę od pustki w życiu niezbyt szczęśliwej postaci. Sama Marta wprawdzie nie będzie żyć na pustyni, ale autorka ma co do niej pewne plany, więc nie pozwala na bardziej żywiołowe działania. Z wprawą roztrząsa rodzinne życie: dzieci są już dorosłe i myślą o wyprowadzce z domu, matka wysługuje się starszą córką jak Kopciuszkiem, siostra jest samolubna i dostrzega tylko własne troski. Wszyscy bez przerwy szukają pomocy i schronienia u Marty, nie zamierzając rewanżować się za przysługi.
Są dwie drogi ucieczki od przytłaczającej codzienności. Pierwszą zapewnia Marcie praca. Bohaterka jest kolejną w obyczajówkach dziennikarką, tyle dobrze, że Karpińska zdecydowała się na zacieśnienie poruszanych przez nią tematów do ogrodnictwa. Jednak wytchnienie przynosi Marcie praca nad konkursowym projektem ogrodu – to spełnienie marzenia, na które bohaterka dotąd nie miała czasu. Drugim motywem niosącym ulgę w ciężkich chwilach okazuje się wymiana korespondencji z tajemniczym Szymonem. Oczywiste jest od pierwszych słów, że to Szymon powinien stać się księciem z bajki dla samotnej kobiety – ale i tak śledzenie listów, jakie ślą do siebie Marta i Szymon, niesie przyjemność. Anna Karpińska najwyraźniej dobrze czuje się w motywach epistolograficznych; ani formy grzecznościowe, ani tony zwierzeń nie brzmią tutaj fałszywie, za to imponuje umiejętność odpowiedniego ubierania w słowa wydarzeń i uczuć (minus za pomysł na adresy mailowe: mała szansa, by bohaterowie mogli się takimi posługiwać). Dla czytelniczek intrygująca będzie jeszcze jedna warstwa tomu, sfera kulinarna. Marta bez przerwy przygotowuje wymyślne potrawy – przy „Pozwól się uwieść” łatwo o przypływ apetytu.
Autorka nie stara się na siłę bawić – chociaż dostarcza rozrywki. Śladowy optymizm nie pozwoli na przygnębienie, ale przez długi czas odbiorczynie towarzyszyć będą bohaterce w chwilach trudnych i trudniejszych. Być może część z nich zrozumie, że warto walczyć o siebie i o własne marzenia, a część przypomni sobie o asertywnych postawach – bo dowody poświęcenia Marty momentami budzą gniew – nagrodą będzie historia, która ma wzruszać. Anna Karpińska wprawdzie mniej stawia na wyciskacz łez, a bardziej na impuls do działania, ale jej powieść da się odczytywać na dwa sposoby. Skomplikowane psychologiczne relacje w środku tomu wyrównają konwencjonalne zakończenie, a być może odbiorczyniom przypadnie też do gustu w miarę oryginalny pomysł na zainteresowania postaci. W każdym razie druga książka Karpińskiej, chociaż spokojniejsza, jest też bardziej dojrzała od poprzedniej.
Rozwód z nadziejami
Spora część współczesnych powieści obyczajowych rozpoczyna się od rozwodu bohaterki: nie inaczej jest i tym razem. Marta ma osiemnastoletnie dzieci, matkę hipochondryczkę i nieodpowiedzialną siostrę. I właśnie musi zacząć układać sobie życie na nowo, ku niezadowoleniu pociech. Bohaterka ma też wyraźny problem z asertywnością, potrzeby innych stawia na pierwszym miejscu, zawsze spieszy z pomocą, jest gotowa, by każdemu usługiwać. Jest też coraz bardziej sfrustrowana tym stanem rzeczy. Niewidzialna dla otoczenia, musi nauczyć się dbać o swoje dobro.
Po „Chorwackiej przystani” Anna Karpińska bardzo zwolniła tempo. Jej nowa powieść jest bardziej refleksyjna, utrzymana w jednostajnym rytmie i nastawiona na wewnętrzne rozterki postaci. Konwencja powieści romansowej pozwala się domyślać, że po zakończeniu jednego związku w orbicie bohaterki pojawi się kolejny ważny mężczyzna, ale autorka próbuje też grać z czytelniczkami, podsuwając im fałszywe tropy i uciekając od schematu. Przycichają rozwodowe sprawy, a nowe uczucie nie bardzo chce rozkwitnąć – z tym Karpińska zostawi odbiorczynie na długo. Żeby sercowe sprawy raz zdradzonej kobiety nie zniechęciły do lektury, na pierwszy plan wysuwa się melodramat, w który zaplątane są siostra i przyjaciółka Marty oraz jej szwagier. To tu rozgrywać się będą wydarzenia rodem z telenowel – i odciągną uwagę od pustki w życiu niezbyt szczęśliwej postaci. Sama Marta wprawdzie nie będzie żyć na pustyni, ale autorka ma co do niej pewne plany, więc nie pozwala na bardziej żywiołowe działania. Z wprawą roztrząsa rodzinne życie: dzieci są już dorosłe i myślą o wyprowadzce z domu, matka wysługuje się starszą córką jak Kopciuszkiem, siostra jest samolubna i dostrzega tylko własne troski. Wszyscy bez przerwy szukają pomocy i schronienia u Marty, nie zamierzając rewanżować się za przysługi.
Są dwie drogi ucieczki od przytłaczającej codzienności. Pierwszą zapewnia Marcie praca. Bohaterka jest kolejną w obyczajówkach dziennikarką, tyle dobrze, że Karpińska zdecydowała się na zacieśnienie poruszanych przez nią tematów do ogrodnictwa. Jednak wytchnienie przynosi Marcie praca nad konkursowym projektem ogrodu – to spełnienie marzenia, na które bohaterka dotąd nie miała czasu. Drugim motywem niosącym ulgę w ciężkich chwilach okazuje się wymiana korespondencji z tajemniczym Szymonem. Oczywiste jest od pierwszych słów, że to Szymon powinien stać się księciem z bajki dla samotnej kobiety – ale i tak śledzenie listów, jakie ślą do siebie Marta i Szymon, niesie przyjemność. Anna Karpińska najwyraźniej dobrze czuje się w motywach epistolograficznych; ani formy grzecznościowe, ani tony zwierzeń nie brzmią tutaj fałszywie, za to imponuje umiejętność odpowiedniego ubierania w słowa wydarzeń i uczuć (minus za pomysł na adresy mailowe: mała szansa, by bohaterowie mogli się takimi posługiwać). Dla czytelniczek intrygująca będzie jeszcze jedna warstwa tomu, sfera kulinarna. Marta bez przerwy przygotowuje wymyślne potrawy – przy „Pozwól się uwieść” łatwo o przypływ apetytu.
Autorka nie stara się na siłę bawić – chociaż dostarcza rozrywki. Śladowy optymizm nie pozwoli na przygnębienie, ale przez długi czas odbiorczynie towarzyszyć będą bohaterce w chwilach trudnych i trudniejszych. Być może część z nich zrozumie, że warto walczyć o siebie i o własne marzenia, a część przypomni sobie o asertywnych postawach – bo dowody poświęcenia Marty momentami budzą gniew – nagrodą będzie historia, która ma wzruszać. Anna Karpińska wprawdzie mniej stawia na wyciskacz łez, a bardziej na impuls do działania, ale jej powieść da się odczytywać na dwa sposoby. Skomplikowane psychologiczne relacje w środku tomu wyrównają konwencjonalne zakończenie, a być może odbiorczyniom przypadnie też do gustu w miarę oryginalny pomysł na zainteresowania postaci. W każdym razie druga książka Karpińskiej, chociaż spokojniejsza, jest też bardziej dojrzała od poprzedniej.
wtorek, 9 października 2012
Anna Karpińska: Chorwacka przystań
Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.
Azyl dla serca
Punktem wyjścia dla historii Anny Karpińskiej „Chorwacka przystań” jest rzecz stała w powieściach obyczajowych dla pań, czyli romans. W prologu autorka zarysowuje jeszcze jeden ważny motyw: konflikt bohaterki z córką, która nie ma zamiaru powielać błędów rodzicielki. Anna w latach 90. wyjeżdża do Chorwacji jako korespondentka wojenna. Tam poznaje przystojnego Blaża, w myślach już opracowuje rozstanie z mężem w Polsce. Życie toczy się jednak inaczej i Anna jest zmuszona zmienić priorytety. Z Blażem komunikuje się przez cały czas listownie. Po latach przed podobnym wyborem między przewidywalnym i spokojnym Polakiem a porywczym Chorwatem stanie córka Anny.
Karpińska sprawia wrażenie, jakby sama była mocno znudzona miałkimi scenariuszami obyczajówek i zdaje się pytać, ile razy można powtarzać ten sam banalny schemat w imię odwzorowywania codzienności. Dla tej autorki zwykła codzienność musi być tylko dodatkiem do emocjonujących przeżyć. Karpińska nie pozwala Annie zmęczyć się rutyną – na początku wysyła ją w wojenną zawieruchę, a potem… potem nie musi się już niczym martwić, bo czytelniczki zostaną z nią do końca, całkowicie kupione pierwszymi obrazami.
Lubi autorka modyfikować narrację. Przeplata opowieść depeszami Anny, listami do i od Blaża, fragmentami jego powieści, a potem dołącza do historii też głos córki Anny. Nie znosi najwyraźniej rutyny, na co wskazuje też dążenie do swobodnego operowania czasem – rozdziały są datowane, co pozwala Karpińskiej na przeskakiwanie w czasie i przestrzeni do co ciekawszych partii życia. Nie ma przy tym w rozmaitych powieściowych „dokumentach” zbyt ostrych zmian stylu, więc powieść będzie się czytać wygodnie. Z jednym małym wyjątkiem: kiedy Anna rodzi dziecko, niemal natychmiast zaczyna do niego dziubdziać, czyli, zwracając się do dziewczynki, posługuje się wyłącznie zdrobnieniami i spieszczeniami. Soczki, kubeczki, rączki i lizaczki, jeśli ktoś zwróci uwagę na ten przesyt raz, może się lekko zirytować. Nie mam pojęcia, czy wprowadza to autorka świadomie, czy odruchowo – maniera jest okropna (a wcale nie tak rzadka). Tym gorsza, że cała książka napisana została praktycznie bez błędów i podobnych zadr. Na szczęście, gdy dzieci dorastają, Anna nie traktuje ich już z tą okropną słodyczą i wszystko wraca do normalności.
W „Chorwackiej przystani” udało się Annie Karpińskiej stworzyć literacki azyl, miejsce ucieczki nie tylko dla bohaterki, ale również dla czytelniczek, które bez wątpienia skorzystają z możliwości oderwania się od przyziemnych spraw. Zwłaszcza że Karpińska przez cały czas ignoruje istnienie baśniowych scenariuszy imitujących rzeczywistość, raczej stara się wskazać to, co na co dzień przydarza się raczej rzadko, nie interesuje jej przyglądanie się sprawom postaci dzień po dniu, wybiera momenty przełomowe lub chociaż ważne. I tak jej obyczajówka nabiera życia i tempa, a dla odbiorczyń będzie stanowić oryginalną i wartą uwagi pozycję.
Cenny staje się zwłaszcza fakt, że chociaż romans jest tu siłą napędową fabuły, Karpińska nie decyduje się na najprostsze, niemal oczywiste rozwiązania. Stawia bohaterkę przed trudnymi wyzwaniami i wcale nie chce jej pomagać w dokonywaniu wyborów. Nie odchodzi zbyt daleko od realiów bliskich czytelniczkom, a jednak zapewnia im dawkę egzotyki, a przynajmniej uwalnia od natrętnie powtarzanych rozwiązań. Widać, że nie chce odwoływać się do pomysłów powielanych ciągle w innych obyczajowych scenariuszach, szuka dla siebie miejsca w literaturze rozrywkowej – i z powodzeniem.
Azyl dla serca
Punktem wyjścia dla historii Anny Karpińskiej „Chorwacka przystań” jest rzecz stała w powieściach obyczajowych dla pań, czyli romans. W prologu autorka zarysowuje jeszcze jeden ważny motyw: konflikt bohaterki z córką, która nie ma zamiaru powielać błędów rodzicielki. Anna w latach 90. wyjeżdża do Chorwacji jako korespondentka wojenna. Tam poznaje przystojnego Blaża, w myślach już opracowuje rozstanie z mężem w Polsce. Życie toczy się jednak inaczej i Anna jest zmuszona zmienić priorytety. Z Blażem komunikuje się przez cały czas listownie. Po latach przed podobnym wyborem między przewidywalnym i spokojnym Polakiem a porywczym Chorwatem stanie córka Anny.
Karpińska sprawia wrażenie, jakby sama była mocno znudzona miałkimi scenariuszami obyczajówek i zdaje się pytać, ile razy można powtarzać ten sam banalny schemat w imię odwzorowywania codzienności. Dla tej autorki zwykła codzienność musi być tylko dodatkiem do emocjonujących przeżyć. Karpińska nie pozwala Annie zmęczyć się rutyną – na początku wysyła ją w wojenną zawieruchę, a potem… potem nie musi się już niczym martwić, bo czytelniczki zostaną z nią do końca, całkowicie kupione pierwszymi obrazami.
Lubi autorka modyfikować narrację. Przeplata opowieść depeszami Anny, listami do i od Blaża, fragmentami jego powieści, a potem dołącza do historii też głos córki Anny. Nie znosi najwyraźniej rutyny, na co wskazuje też dążenie do swobodnego operowania czasem – rozdziały są datowane, co pozwala Karpińskiej na przeskakiwanie w czasie i przestrzeni do co ciekawszych partii życia. Nie ma przy tym w rozmaitych powieściowych „dokumentach” zbyt ostrych zmian stylu, więc powieść będzie się czytać wygodnie. Z jednym małym wyjątkiem: kiedy Anna rodzi dziecko, niemal natychmiast zaczyna do niego dziubdziać, czyli, zwracając się do dziewczynki, posługuje się wyłącznie zdrobnieniami i spieszczeniami. Soczki, kubeczki, rączki i lizaczki, jeśli ktoś zwróci uwagę na ten przesyt raz, może się lekko zirytować. Nie mam pojęcia, czy wprowadza to autorka świadomie, czy odruchowo – maniera jest okropna (a wcale nie tak rzadka). Tym gorsza, że cała książka napisana została praktycznie bez błędów i podobnych zadr. Na szczęście, gdy dzieci dorastają, Anna nie traktuje ich już z tą okropną słodyczą i wszystko wraca do normalności.
W „Chorwackiej przystani” udało się Annie Karpińskiej stworzyć literacki azyl, miejsce ucieczki nie tylko dla bohaterki, ale również dla czytelniczek, które bez wątpienia skorzystają z możliwości oderwania się od przyziemnych spraw. Zwłaszcza że Karpińska przez cały czas ignoruje istnienie baśniowych scenariuszy imitujących rzeczywistość, raczej stara się wskazać to, co na co dzień przydarza się raczej rzadko, nie interesuje jej przyglądanie się sprawom postaci dzień po dniu, wybiera momenty przełomowe lub chociaż ważne. I tak jej obyczajówka nabiera życia i tempa, a dla odbiorczyń będzie stanowić oryginalną i wartą uwagi pozycję.
Cenny staje się zwłaszcza fakt, że chociaż romans jest tu siłą napędową fabuły, Karpińska nie decyduje się na najprostsze, niemal oczywiste rozwiązania. Stawia bohaterkę przed trudnymi wyzwaniami i wcale nie chce jej pomagać w dokonywaniu wyborów. Nie odchodzi zbyt daleko od realiów bliskich czytelniczkom, a jednak zapewnia im dawkę egzotyki, a przynajmniej uwalnia od natrętnie powtarzanych rozwiązań. Widać, że nie chce odwoływać się do pomysłów powielanych ciągle w innych obyczajowych scenariuszach, szuka dla siebie miejsca w literaturze rozrywkowej – i z powodzeniem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






