Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

poniedziałek, 16 lipca 2012

Teatr Gry i Ludzie: Takie sobie bajeczki

reżyseria: Michał Tramer
scenografia: dekoracje - Andrzej Goryczka
lalki - Elżbieta Żelezik, Michał Tramer
występują: Magda Tramer, Szymon Strużek, Michał Tramer

Teatr zwierząt

Zachwyca mnie to, co aktorzy teatru Gry i Ludzie potrafią zrobić z klasyką literatury. Za każdym razem przenoszą na scenę opowieści w inny sposób, za każdym razem imponują profesjonalizmem, reżyserią, scenografią i przygotowanymi lalkami. Tu nie oszukuje się dzieci prymitywną zabawą w teatr. Tu serwuje się maluchom dopracowane w najdrobniejszych szczegółach bajki i ożywia postacie w sposób, który pozwala bez trudu przenieść się do świata wyobraźni najlepszych twórców literatury czwartej.

„Takie sobie bajeczki” to kolejne przedstawienie, którego słowami „takie sobie” określić nie można, a bez odwoływania się do superlatyw się nie obejdzie. Ramowa konstrukcja umożliwia zmieszczenie w spektaklu trzech bajek. Troje poszukiwaczy skarbów (Magda Tramer, Szymon Strużek i Michał Tramer) znajduje na pustyni olbrzymią księgę ozdobioną inicjałami R. K. (subtelna aluzja do autora, Rudyarda Kiplinga). Otwarcie tej księgi jest równoznaczne z przeniesieniem się do świata bajek – tu wykorzystane zostały trzy fabułki – „Jak lampart dostał plam na skórze”, „Jak nosorożec nabawił się swojej skóry” i „Słoniątko” (czyli opowieść o tym, dlaczego słoń ma długi nos). Poszczególne historie oddzielane są wypisanymi w księdze ogromnymi tytułami (przy okazji: brawa za „skuter”, ładny to i absurdalny łącznik, a przy okazji i element scenicznej kreacji Strużka) i różną realizacją – ale przestrzeni wyobraźniowej ani na moment się tu nie opuszcza. Poszukiwacze skarbów pełnią role narratorów, ale krótko, bo już za moment przemienią się w animatorów lalek i znikną z oczu dzieciom, na pierwszym planie pozostawiając niezwykłych bohaterów, a za sobą – urzekającą a przecież prostą scenografię (autorstwa Andrzeja Goryczki). Nie ma w tej ostatniej wielkiej filozofii: przewracane karty otwartej księgi stanowią tło: odpowiednie malunki sugerują pustynię, spaloną słońcem Persję czy dżunglę, przed księgą pojawia się jeszcze tylko wielofunkcyjne podwyższenie, które pozwoli wyeksponować lalki a zasłonić aktorów. Operowanie światłem przenosi uwagę na samą księgę lub na to, co dzieje się przed nią (Piotr Sadlik nie przesadza z wykorzystywaniem świetlnych efektów, za to bardzo dyskretnie i z wyczuciem uzupełnia opowieść, widać to najlepiej w obrazie dżungli). Nastrój budowany jest głównie muzyką i obecnością lalek – bohaterów. Te zaś zapewniają przegląd możliwości, jakie daje profesjonalny teatr, stworzone przez Elżbietę Żelezik i Michała Tramera cieszą oko.

W bajce o lamparcie zwierzęta (oraz mieszkaniec Etiopii z dzidą) to marionetki. Aktorzy popisują się tu wspaniałymi umiejętnościami w zakresie animowania lalek: lampart, zebra czy żyrafa biegają, skubią trawę, prężą się do skoków i wyglądają jak żywe – przyjemnie oglądać tak wielką staranność w operowaniu lalkami. U nosorożca – a właściwie poszkodowanego w bajce Persa – dostrzec można pokrewieństwo ze Szwedzkim Kucharzem z Muppetów: mógłby Pers bez kompleksów zasilić grono lalek Hensona, rozbawiał do łez, chociaż szybko został przyćmiony przez wielkiego nosorożca, za którego musiało się przebrać dwoje aktorów. Osobliwy chód tego zwierza, strój kąpielowy czy scena z drapaniem służyły rozrywce maluchów – mnie spodobał się sposób zjedzenia placka. Zresztą od tych scenek trudno było oderwać oczy. Wreszcie w bajce o słoniątku pojawiły się lalki mimiczne. Pawian, Wąż i Krokodyl były wprost cudowne, ważka okazała się kolejnym humorystycznym majstersztykiem Gier i Ludzi. Żeby w pełni docenić maestrię i profesjonalizm aktorów, trzeba jednak dać się wciągnąć w opowieść. Uwierzyć w prawdziwość lalek nie jest trudno – choć pojawia się ich na scenie sporo, na każdą autorzy przedstawienia znaleźli osobny pomysł. Całość sprawia wrażenie egzotyczno-magiczne.

Teatr Gry i Ludzie zapewnia rozrywkę młodym widzom – także za sprawą interakcji, przedzierania się przez widownię czy zadawania publiczności pytań. Ale i starsi nie mogli się tu nudzić, wyłapując przeznaczone dla nich mrugnięcia okiem, niezrozumiałe z kolei dla maluchów. Dal dzieci przeznaczony był też ogólny morał o skarbie – bajki zyskały więc i pedagogiczny aspekt. Jednak najbardziej cenna była w nich możliwość prawdziwego przeżywania przygód w niezwykłej plastycznej oprawie. Tak powinno się przenosić na scenę Kiplinga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com