W.A.B., Warszawa 2019.
Cena związku
Gorzko się zaczyna trzeci tom serii Ogród Zuzanny, ale czytelniczkom nie będzie to przeszkadzać, wiadomo, że Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska to duet, który nie pozwoli na smucenie się akcją. Zuzanna boryka się z psychicznymi skutkami poronienia: uważa, że nikt nie rozumie jej cierpień, nie ma jak wyrzucić z siebie złych emocji, zamyka się w sobie i oskarża o to, że nie donosiła ciąży. Automatycznie psuje się więc atmosfera w jej domu: syn ucieka do przyjaciół, mąż stara się znaleźć ratunek, bo nie chce po raz drugi stracić ukochanej kobiety. Ciężko jest również Kazi, która staje się malkontentką. Nie chce zauważyć, że mąż się od niej odsuwa – nawet sama go odpycha brakiem cieplejszych słów czy wsparcia. Katastrofy w dwóch zaprzyjaźnionych domach wystarczają, żeby skutecznie zwarzyć nastroje – ale Bednarek i Kaczanowska lubią takie wyzwania, specjalnie je tworzą, żeby móc zaproponować odbiorczyniom kolejną powieść-pocieszankę. W końcu ta seria to cykl optymistycznych obyczajówek, którym nie można się oprzeć. W takim układzie przygotowanie na śmierć najstarszej pani Czaplicz nie będzie już tak bolało.
Jeszcze raz zwracają się autorki do sekretnego języka kwiatów (i wydaje się, że już wyczerpują możliwość komunikowania się w ten sposób) – dla Zuzanny to szansa na wyrażanie swoich uczuć i ujście cierpienia, Adam Przygodzki skrupulatnie odczytuje wysyłane przez żonę znaki i dzięki temu może próbować zrozumieć, jakie traumy nosi ukochana. Jednak stopniowo znaczenie kwiatów przestaje być istotne, ludzie nauczyli się już rozmawiać o uczuciach. Autorki wprowadzą zatem poradę na pokrzepienie dla tych kobiet, które cierpią jak Zuzanna – udaje im się znaleźć niesentymentalną i rzeczową drogę działania. Trochę inaczej jest ze związkiem Kazi – tutaj odbiorczynie powinny same wyciągnąć wnioski z zachowań postaci i wpływu złośliwości na najbliższych. Kazia sama prowokuje męża i niemal zachęca do zdrady: odpycha go, ciągle krytykuje i unika czułości. Kiedy na horyzoncie pojawi się jego młodzieńcza wielka miłość, w dodatku gotowa na odświeżenie znajomości, nic dziwnego, że mężczyzna może ulec pokusie. W końcu ciepła w domu nie ma od dawna. Odbiorczynie mogą z tego wysnuć właściwe wnioski – a autorki bez moralizowania pokażą, jak walczyć o uczucie.
Na szczęście w trzecim tomie Ogrodu Zuzanny znowu powraca humor, przez który tak ceni się całą serię. Kura Kulczyba staje się przedmiotem międzysąsiedzkich waśni, ale problem rozwiązuje niespodziewanie kogut z sąsiedztwa. Ksiądz i jego najbardziej zagorzały rywal decydują się na udział w nietypowym konkursie: ich przekomarzanki i spory nadają koloru opowieści. Cecylia wszystkich uczy korzystania z życia i radości istnienia, Krystyna przeżywa drugą młodość – i miłość u boku przystojnego znajomego z sanatorium. Wszystko dzieje się naturalnie i bez wygórowanych oczekiwań. Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska niejeden raz przy tej powieści rozbawią czytelniczki (ale nie zabraknie im też powodów do wzruszeń). Unikają sentymentów i banalnych rozwiązań, dbają o to, żeby w narracji cały czas coś się działo. Mają całkiem sporo pomysłów, które przekuwają na wartką i ciepłą obyczajówkę. Nie muszą się martwić o czytelniczki: nawet jeśli któraś nie zna poprzednich tomów cyklu, po „Warto walczyć o tę miłość” zechce nadrobić zaległości, żeby przedłużyć możliwość pobytu w sąsiedztwie trzech wyrazistych pań Czaplicz i całego grona ich sąsiadów oraz bliskich.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 7 maja 2019
Lucy Letherland, Emily Hawkins: Atlas przygód dinozaurów
Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.
Prehistoria
Żaden dorosły nie jest w stanie z marszu wymienić tylu nazw dinozaurów, co przeciętny kilkulatek. W odniesieniu do tych zainteresowań najmłodszych powstaje kolejny ogromny tom – picture book edukacyjny – w Naszej Księgarni. „Atlas przygód dinozaurów” to książka obowiązkowa dla każdego dziecka, które interesuje się dinozaurami, zbiera ich figurki i jest spragnione ciekawostek na temat życia prehistorycznych gadów. Lucy Letherland przygotowała tu ilustracje, Emily Hawkins – teksty. Całość sprawia miłe dla oka wrażenie i gromadzi imponującą liczbę ciekawostek w nielinearnych akapitach.
Dinozaury zostały podzielone ze względu na miejsce występowania (wszyscy mogą zapoznać się z informacjami na temat kształtowania się kontynentów, to dobre wprowadzenie, jeśli chce się mieć większe pojęcie o przemieszczaniu się gigantycznych stworów): za każdym razem mapka z kontynentem jest jednocześnie zapowiedzią zestawu przygód – składa się z czynności, jakie można z danym dinozaurem wykonywać („szybowanie z kecalkoatlem”, „przytłaczanie sąsiadów z gondwanatytanem”). Na kontynencie obok kuszącego zapisku pojawia się miniaturka dinozaura, więc maluchy nie muszą śledzić tomu w całości, mogą wybierać sobie co bardziej interesujące je stwory – i od razu wyszukiwać je w książce. Każda rozkładówka będzie prezentacją jednego gatunku. Każda składa się z wielkiej ilustracji, na której widnieje mnóstwo przedstawicieli omawianego gatunku (czasami błąkają się też inne dinozaury z odpowiednimi komentarzami): można je liczyć czy wskazywać, można też zająć się od razu lekturą. Najpierw najdłuższy tekst: zajmujący kawałek strony komentarz dotyczący ciekawostek związanych z gatunkiem, zasad funkcjonowania w stadzie, pożywienia, zwyczajów itp. To sposób na zapoznanie się z wybranym dinozaurem, zorientowanie się w temacie i możliwość porównania wiadomości z innymi, już posiadanymi. Ale nie koniec na tym lektur: na obrazku między poszczególnymi sylwetkami dinozaurów znajdują się jednoakapitowe ciekawostki, porozrzucane dość przypadkowo po stronie. Tutaj jest miejsce na dalsze komentarze, rozwinięcia wybranych wątków, wskazówki, opisy funkcji poszczególnych części ciała, ale i… odkryć skamieniałości dinozaurów. Jeśli w grę wchodzą liczby, autorka sięga do obrazowych porównań, tak, żeby wpłynąć na wyobraźnię najmłodszych i odejść od abstrakcyjnych tematów. Tutaj teksty są zwykle traktowane jako ozdobnik graficzny, rzadko to proste linie, zwykle wersy są fantazyjnie powyginane: ich śledzenie nie kojarzy się z procesem czytania, to bardziej odkrywanie ciekawostek i sekretów dinozaurów. Ponieważ takie rozproszenie wiadomości trochę kojarzy się z chaosem, na większości stron pojawi się również „metryczka” danego gatunku – z nazwą i wyjaśnieniem jej znaczenia, z miejscem odkrycia, z pożywieniem czy wielkością dinozaura.
Nigdy nie wiadomo, czy autorka zajmie się sposobem zdobywania pożywienia przez dinozaura, czy bardziej frapujące okażą się jego odchody, czy przyjrzy się szczegółom dotyczącym budowy ciała, czy życiu w stadzie. Jedno jest pewne – przyniesie maluchom sporo radości i pokaże, że świat nauki może fascynować w każdym wieku. To pozycja obowiązkowa dla dzieci, które o dinozaurach czytać mogą w nieskończoność. Taka lektura nieraz zaskoczy kilkulatki, przypomni im, że wiele informacji czeka jeszcze na odkrycie.
Prehistoria
Żaden dorosły nie jest w stanie z marszu wymienić tylu nazw dinozaurów, co przeciętny kilkulatek. W odniesieniu do tych zainteresowań najmłodszych powstaje kolejny ogromny tom – picture book edukacyjny – w Naszej Księgarni. „Atlas przygód dinozaurów” to książka obowiązkowa dla każdego dziecka, które interesuje się dinozaurami, zbiera ich figurki i jest spragnione ciekawostek na temat życia prehistorycznych gadów. Lucy Letherland przygotowała tu ilustracje, Emily Hawkins – teksty. Całość sprawia miłe dla oka wrażenie i gromadzi imponującą liczbę ciekawostek w nielinearnych akapitach.
Dinozaury zostały podzielone ze względu na miejsce występowania (wszyscy mogą zapoznać się z informacjami na temat kształtowania się kontynentów, to dobre wprowadzenie, jeśli chce się mieć większe pojęcie o przemieszczaniu się gigantycznych stworów): za każdym razem mapka z kontynentem jest jednocześnie zapowiedzią zestawu przygód – składa się z czynności, jakie można z danym dinozaurem wykonywać („szybowanie z kecalkoatlem”, „przytłaczanie sąsiadów z gondwanatytanem”). Na kontynencie obok kuszącego zapisku pojawia się miniaturka dinozaura, więc maluchy nie muszą śledzić tomu w całości, mogą wybierać sobie co bardziej interesujące je stwory – i od razu wyszukiwać je w książce. Każda rozkładówka będzie prezentacją jednego gatunku. Każda składa się z wielkiej ilustracji, na której widnieje mnóstwo przedstawicieli omawianego gatunku (czasami błąkają się też inne dinozaury z odpowiednimi komentarzami): można je liczyć czy wskazywać, można też zająć się od razu lekturą. Najpierw najdłuższy tekst: zajmujący kawałek strony komentarz dotyczący ciekawostek związanych z gatunkiem, zasad funkcjonowania w stadzie, pożywienia, zwyczajów itp. To sposób na zapoznanie się z wybranym dinozaurem, zorientowanie się w temacie i możliwość porównania wiadomości z innymi, już posiadanymi. Ale nie koniec na tym lektur: na obrazku między poszczególnymi sylwetkami dinozaurów znajdują się jednoakapitowe ciekawostki, porozrzucane dość przypadkowo po stronie. Tutaj jest miejsce na dalsze komentarze, rozwinięcia wybranych wątków, wskazówki, opisy funkcji poszczególnych części ciała, ale i… odkryć skamieniałości dinozaurów. Jeśli w grę wchodzą liczby, autorka sięga do obrazowych porównań, tak, żeby wpłynąć na wyobraźnię najmłodszych i odejść od abstrakcyjnych tematów. Tutaj teksty są zwykle traktowane jako ozdobnik graficzny, rzadko to proste linie, zwykle wersy są fantazyjnie powyginane: ich śledzenie nie kojarzy się z procesem czytania, to bardziej odkrywanie ciekawostek i sekretów dinozaurów. Ponieważ takie rozproszenie wiadomości trochę kojarzy się z chaosem, na większości stron pojawi się również „metryczka” danego gatunku – z nazwą i wyjaśnieniem jej znaczenia, z miejscem odkrycia, z pożywieniem czy wielkością dinozaura.
Nigdy nie wiadomo, czy autorka zajmie się sposobem zdobywania pożywienia przez dinozaura, czy bardziej frapujące okażą się jego odchody, czy przyjrzy się szczegółom dotyczącym budowy ciała, czy życiu w stadzie. Jedno jest pewne – przyniesie maluchom sporo radości i pokaże, że świat nauki może fascynować w każdym wieku. To pozycja obowiązkowa dla dzieci, które o dinozaurach czytać mogą w nieskończoność. Taka lektura nieraz zaskoczy kilkulatki, przypomni im, że wiele informacji czeka jeszcze na odkrycie.
poniedziałek, 6 maja 2019
Adam Piore: Magia bioinżynierii. Ciało, geny i medycyna przyszłości
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2019.
Cuda i nauka
Ta książka daje nadzieję, chociaż momentami brzmi jak s-f. Dotyczy jednak prawdziwych wydarzeń i odkryć, osiągnięć naukowców z różnych dyscyplin, którzy łączą siły, żeby przywrócić człowiekowi utracone w pewnym etapie życia możliwości funkcjonowania. „Magia bioinżynierii” to tom obszerny i poświęcony nauce – ale kierowany do zwykłych odbiorców, tych, którzy chcieliby się dowiedzieć, co czeka ludzi z niepełnosprawnościami w przyszłości i jak pewne problemy rozwiązuje się już dzisiaj. Adam Piore prowadzi tu szereg reportażowych relacji o przekuwaniu słabości w moc. W wyniku bioinżynierii człowiek nie musi być już skazany na rozmaite ograniczenia – może stać się niemal robotem, przeskoczyć w osiągnięciach zdrowych. Gdzieś już echa dokonań z tej dziedziny przenikają do zbiorowej świadomości. Adam Piore jednak rozszerza dane, sięga do zjawisk fascynujących i pomysłów nie z tej ziemi. Trochę po to, żeby zaintrygować nauką, ale też po to, żeby dostarczyć odbiorcom prawie niewiarygodnych – a zrealizowanych – scenariuszy. Tu liczy się odwaga i pomysłowość – kto myśli nieszablonowo, ten ma największe szanse na pokonanie trudności.
Społeczna dyskusja nad ulepszaniem ludzkiego ciała pojawiła się już w kontekście „kosmicznych” protez nóg, konstrukcji, która pozwalała biegaczowi na bicie rekordów niedostępnych bez podobnego wspomagania. W „Magii bioinżynierii” powraca ten temat, jednak jako walka o spełnianie marzeń. Mężczyzna, który stracił nogi, kochał wspinaczkę wysokogórską. Prezentuje tu swoją drogę do realizacji dawnych marzeń: wystarczy, że odrzuci stereotypy. Nie musi przecież korzystać z protez imitujących prawdziwe nogi – może dostosować swoje nowe „kończyny” do potrzeb alpinizmu. To w żaden sposób go nie ogranicza, a jest krokiem do zwiększania możliwości każdego po amputacji. Jeszcze większym fenomenem dla odbiorców może okazać się przypadek kobiety, która straciła wzrok i gałki oczne w wyniku wypadku. Odkryła ona dostępny w sieci program vOICe, zaopatrzyła się w kamerkę internetową i dowiedziała się – metodą empiryczną – że przekładanie obrazów na dźwięki pozwala „odzyskać” wzrok. Zastąpienie jednego zmysłu innym wiąże się tu z postępem technologicznym, ale i z pracą informatyków – jest to przełom, o jakim jeszcze do niedawna nikomu się nie śniło. Adam Piore przedstawia te historie tak, że automatycznie zaczyna się kibicować ich bohaterom i chce się, żeby wszyscy mogli korzystać z podobnych rozwiązań. Nawet partie dotyczące odkrywania tajników pracy mózgu będą tu trzymać w napięciu – w końcu przez cały czas chodzi o poznawanie ludzkiego ciała i jego możliwości, żeby jak najpełniej wspierać organizm, a nawet poszerzać umiejętności. Tytułowa „magia” zaczyna się natomiast uwidaczniać w opowieściach o „odrastających” czy odtwarzanych organach – tu już nic nie pozostawia się przypadkowym odkryciom czy „majsterkowiczom”. Wszystko jest efektem starannie zaplanowanych eksperymentów i całych lat obserwacji.
„Magia bioinżynierii” jest książką zakorzenioną w konkretach, mimo reportażowego charakteru sporo tu wiadomości (które jednak nie zaburzają rytmu lektury), tak, żeby każdy zainteresowany mógł w miarę szybko dotrzeć do potrzebnych informacji. Jest to publikacja popularyzatorska, ale o wysokim stopniu zaawansowania. Rozbudza ciekawość i pokazuje, że ludzka wyobraźnia nie zna granic – a stopniowo zostają też pokonane kolejne granice dotyczące ciała. Czyta się ten obszerny tom znakomicie – i ani na moment nie ma ochoty przerywać lektury. Adam Piore uświadamia odbiorcom, jak potężną dziedziną jest bioinżynieria i jak wiele dobrego może przynieść.
Cuda i nauka
Ta książka daje nadzieję, chociaż momentami brzmi jak s-f. Dotyczy jednak prawdziwych wydarzeń i odkryć, osiągnięć naukowców z różnych dyscyplin, którzy łączą siły, żeby przywrócić człowiekowi utracone w pewnym etapie życia możliwości funkcjonowania. „Magia bioinżynierii” to tom obszerny i poświęcony nauce – ale kierowany do zwykłych odbiorców, tych, którzy chcieliby się dowiedzieć, co czeka ludzi z niepełnosprawnościami w przyszłości i jak pewne problemy rozwiązuje się już dzisiaj. Adam Piore prowadzi tu szereg reportażowych relacji o przekuwaniu słabości w moc. W wyniku bioinżynierii człowiek nie musi być już skazany na rozmaite ograniczenia – może stać się niemal robotem, przeskoczyć w osiągnięciach zdrowych. Gdzieś już echa dokonań z tej dziedziny przenikają do zbiorowej świadomości. Adam Piore jednak rozszerza dane, sięga do zjawisk fascynujących i pomysłów nie z tej ziemi. Trochę po to, żeby zaintrygować nauką, ale też po to, żeby dostarczyć odbiorcom prawie niewiarygodnych – a zrealizowanych – scenariuszy. Tu liczy się odwaga i pomysłowość – kto myśli nieszablonowo, ten ma największe szanse na pokonanie trudności.
Społeczna dyskusja nad ulepszaniem ludzkiego ciała pojawiła się już w kontekście „kosmicznych” protez nóg, konstrukcji, która pozwalała biegaczowi na bicie rekordów niedostępnych bez podobnego wspomagania. W „Magii bioinżynierii” powraca ten temat, jednak jako walka o spełnianie marzeń. Mężczyzna, który stracił nogi, kochał wspinaczkę wysokogórską. Prezentuje tu swoją drogę do realizacji dawnych marzeń: wystarczy, że odrzuci stereotypy. Nie musi przecież korzystać z protez imitujących prawdziwe nogi – może dostosować swoje nowe „kończyny” do potrzeb alpinizmu. To w żaden sposób go nie ogranicza, a jest krokiem do zwiększania możliwości każdego po amputacji. Jeszcze większym fenomenem dla odbiorców może okazać się przypadek kobiety, która straciła wzrok i gałki oczne w wyniku wypadku. Odkryła ona dostępny w sieci program vOICe, zaopatrzyła się w kamerkę internetową i dowiedziała się – metodą empiryczną – że przekładanie obrazów na dźwięki pozwala „odzyskać” wzrok. Zastąpienie jednego zmysłu innym wiąże się tu z postępem technologicznym, ale i z pracą informatyków – jest to przełom, o jakim jeszcze do niedawna nikomu się nie śniło. Adam Piore przedstawia te historie tak, że automatycznie zaczyna się kibicować ich bohaterom i chce się, żeby wszyscy mogli korzystać z podobnych rozwiązań. Nawet partie dotyczące odkrywania tajników pracy mózgu będą tu trzymać w napięciu – w końcu przez cały czas chodzi o poznawanie ludzkiego ciała i jego możliwości, żeby jak najpełniej wspierać organizm, a nawet poszerzać umiejętności. Tytułowa „magia” zaczyna się natomiast uwidaczniać w opowieściach o „odrastających” czy odtwarzanych organach – tu już nic nie pozostawia się przypadkowym odkryciom czy „majsterkowiczom”. Wszystko jest efektem starannie zaplanowanych eksperymentów i całych lat obserwacji.
„Magia bioinżynierii” jest książką zakorzenioną w konkretach, mimo reportażowego charakteru sporo tu wiadomości (które jednak nie zaburzają rytmu lektury), tak, żeby każdy zainteresowany mógł w miarę szybko dotrzeć do potrzebnych informacji. Jest to publikacja popularyzatorska, ale o wysokim stopniu zaawansowania. Rozbudza ciekawość i pokazuje, że ludzka wyobraźnia nie zna granic – a stopniowo zostają też pokonane kolejne granice dotyczące ciała. Czyta się ten obszerny tom znakomicie – i ani na moment nie ma ochoty przerywać lektury. Adam Piore uświadamia odbiorcom, jak potężną dziedziną jest bioinżynieria i jak wiele dobrego może przynieść.
niedziela, 5 maja 2019
Wioletta Sawicka: Piękna miłość
Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.
Międzyludzkie relacje
Jeśli na początku powieści obyczajowej dla kobiet pojawia się bohaterka w szczęśliwym związku – i mężczyzna, który do niej wzdycha, wiadomo, jaki finał zafunduje autorka, bez względu na stopień skomplikowania problemów i przeszkód we wzajemnej relacji. „Piękna miłość” ma kilka wcieleń, Wioletta Sawicka decyduje się na rozmaite ujęcia tematu. Istnieje tu idealne małżeństwo: Baśka wie, że zawsze może liczyć na Michała, z nim spełnia swoje marzenia, z nim uprawia seks doskonały, z nim czuje się bezpiecznie. Ma paczkę przyjaciół, zajmuje się budową upragnionego domu – wszystko układa się po jej myśli. Sawicka, która całkiem lubi wplatanie do powieści związków toksycznych, tym razem przesadza w drugą stronę, to jest – nie pozwala na żadną skazę w tej relacji. Spoiler na czwartej stronie okładki pokazuje czytelniczkom jasno, czego mogą się w najbliższej przyszłości Baśki spodziewać. Jednak nie pozostawia autorka wątpliwości, że piękna miłość może dotyczyć tego małżeństwa. Tytułowe hasło da się odnieść i do doświadczeń macierzyńskich, tutaj znów autorka wplątuje się – trochę niepotrzebnie – w dyskusję społeczną na temat aborcji. Pozostawia swojej bohaterce wybór, czy usunąć poważnie uszkodzony płód, czy doczekać rozwiązania i stracić urodzone dziecko – to pole do wprowadzania szeregu argumentów, wiadomo, że bohaterka decyzję podjąć musi sama i wiadomo, że jej problem czytelniczki podzieli – jednak autorka traktuje motyw upragnionej ciąży trochę jak pole do moralizowania, a trochę – jak możliwość wypełnienia egzystencji bohaterki, przed którą jeszcze długa droga do stabilizacji. Wreszcie piękna miłość może dotyczyć postaw Łukasza, który bez względu na wszystko jest w stanie czekać na odwzajemnienie uczucia – na przekór zdrowemu rozsądkowi i trochę baśniowo.
Wioletta Sawicka tę obyczajówkę dla pań przeładowuje rozmaitymi problemami i tragediami, zmusza bohaterkę do przeżywania szeregu rozstań, krzywd lub lęków. Odbiera jej niemal wszystko, żeby pokazać siłę charakteru w momencie próby. Baśka musi znaleźć w sobie (albo poza sobą) szansę na poddźwignięcie się z kryzysu. W pewien przewrotny sposób może być ta książka pocieszeniem dla odbiorczyń, które nie borykają się z tak wielkimi dramatami we własnej codzienności, ale też Wioletta Sawicka niespecjalnie próbuje pokrzepiać – raczej dodawać sił ze względu na hart ducha postaci. Jest „Piękna miłość” zestawem testów, wyzwań dla postaci – więc i emocji dla czytelniczek spragnionych obyczajowej akcji. Czyta się tę powieść praktycznie bez większych zastrzeżeń, autorka płynnie prowadzi narrację, co pewien czas przypomina o roli nie tylko miłości, ale i przyjaźni – pokazuje, jak relacje, o które się nie dba, mogą się rozpaść, pociągając za sobą dawne umowy i przekonania. Tworzy rodzaj przestrogi dla odbiorczyń, a jednocześnie pokazuje, jak kapryśny bywa los. Niby to zwykłe czytadło, oparte w dodatku na schematach charakterystycznych dla twórczości kobiet – i dla kobiet – a jednak dzięki rozbudowaniu warstwy narracyjnej oraz samej fabuły zamienia się w lekturę wciągającą. Dla czytelniczek będzie to zderzenie z szeregiem poważnych problemów, ale nie przestaje przez to „Piękna miłość” być literaturą rozrywkową i krzepiącą. To coś dla fanek rozbudowanych czytadeł, opowieści, w których międzyludzkie relacje przybierają najrozmaitsze formy i prowadzą do lepszego zrozumienia siebie. Trudno mieć autorce za złe, że przy okazji zmusi odbiorczynie do autorefleksji, do zastanowienia się nad tym, jak postąpiłyby w sytuacji bohaterki – to chyba największa siła „Pięknej miłości”.
Międzyludzkie relacje
Jeśli na początku powieści obyczajowej dla kobiet pojawia się bohaterka w szczęśliwym związku – i mężczyzna, który do niej wzdycha, wiadomo, jaki finał zafunduje autorka, bez względu na stopień skomplikowania problemów i przeszkód we wzajemnej relacji. „Piękna miłość” ma kilka wcieleń, Wioletta Sawicka decyduje się na rozmaite ujęcia tematu. Istnieje tu idealne małżeństwo: Baśka wie, że zawsze może liczyć na Michała, z nim spełnia swoje marzenia, z nim uprawia seks doskonały, z nim czuje się bezpiecznie. Ma paczkę przyjaciół, zajmuje się budową upragnionego domu – wszystko układa się po jej myśli. Sawicka, która całkiem lubi wplatanie do powieści związków toksycznych, tym razem przesadza w drugą stronę, to jest – nie pozwala na żadną skazę w tej relacji. Spoiler na czwartej stronie okładki pokazuje czytelniczkom jasno, czego mogą się w najbliższej przyszłości Baśki spodziewać. Jednak nie pozostawia autorka wątpliwości, że piękna miłość może dotyczyć tego małżeństwa. Tytułowe hasło da się odnieść i do doświadczeń macierzyńskich, tutaj znów autorka wplątuje się – trochę niepotrzebnie – w dyskusję społeczną na temat aborcji. Pozostawia swojej bohaterce wybór, czy usunąć poważnie uszkodzony płód, czy doczekać rozwiązania i stracić urodzone dziecko – to pole do wprowadzania szeregu argumentów, wiadomo, że bohaterka decyzję podjąć musi sama i wiadomo, że jej problem czytelniczki podzieli – jednak autorka traktuje motyw upragnionej ciąży trochę jak pole do moralizowania, a trochę – jak możliwość wypełnienia egzystencji bohaterki, przed którą jeszcze długa droga do stabilizacji. Wreszcie piękna miłość może dotyczyć postaw Łukasza, który bez względu na wszystko jest w stanie czekać na odwzajemnienie uczucia – na przekór zdrowemu rozsądkowi i trochę baśniowo.
Wioletta Sawicka tę obyczajówkę dla pań przeładowuje rozmaitymi problemami i tragediami, zmusza bohaterkę do przeżywania szeregu rozstań, krzywd lub lęków. Odbiera jej niemal wszystko, żeby pokazać siłę charakteru w momencie próby. Baśka musi znaleźć w sobie (albo poza sobą) szansę na poddźwignięcie się z kryzysu. W pewien przewrotny sposób może być ta książka pocieszeniem dla odbiorczyń, które nie borykają się z tak wielkimi dramatami we własnej codzienności, ale też Wioletta Sawicka niespecjalnie próbuje pokrzepiać – raczej dodawać sił ze względu na hart ducha postaci. Jest „Piękna miłość” zestawem testów, wyzwań dla postaci – więc i emocji dla czytelniczek spragnionych obyczajowej akcji. Czyta się tę powieść praktycznie bez większych zastrzeżeń, autorka płynnie prowadzi narrację, co pewien czas przypomina o roli nie tylko miłości, ale i przyjaźni – pokazuje, jak relacje, o które się nie dba, mogą się rozpaść, pociągając za sobą dawne umowy i przekonania. Tworzy rodzaj przestrogi dla odbiorczyń, a jednocześnie pokazuje, jak kapryśny bywa los. Niby to zwykłe czytadło, oparte w dodatku na schematach charakterystycznych dla twórczości kobiet – i dla kobiet – a jednak dzięki rozbudowaniu warstwy narracyjnej oraz samej fabuły zamienia się w lekturę wciągającą. Dla czytelniczek będzie to zderzenie z szeregiem poważnych problemów, ale nie przestaje przez to „Piękna miłość” być literaturą rozrywkową i krzepiącą. To coś dla fanek rozbudowanych czytadeł, opowieści, w których międzyludzkie relacje przybierają najrozmaitsze formy i prowadzą do lepszego zrozumienia siebie. Trudno mieć autorce za złe, że przy okazji zmusi odbiorczynie do autorefleksji, do zastanowienia się nad tym, jak postąpiłyby w sytuacji bohaterki – to chyba największa siła „Pięknej miłości”.
Tomasz Samojlik: Żubr Pompik. Wyprawy. Dziarskie puszczyki
Media Rodzina, Poznań 2019.
Samodzielność pod okiem rodzica
Trzy małe puszczyki-rozrabiaki bardzo ucieszą małych odbiorców. To postacie budzące radość swoim wyglądem (słodkie małe kulki ze sterczącymi na wszystkie strony piórkami) i nieporadnością (nie umieją jeszcze latać i siedzą w krzakach) – ale już chcą być samodzielne i nie boją się zaczepiać ogromnych z ich perspektywy żubrów (chociaż to też żubrze dzieci). Puszczyki mieszkają w Wielkopolskim Parku Narodowym – pojawią się zatem na trasie rodziny żubra Pompika. Od dawna bohaterowie przemierzają kraj, żeby przekonać się, co i gdzie warto zobaczyć – oraz dlaczego trzeba dbać o przyrodę. Zwiedzają kolejne parki narodowe czy rezerwaty, spotykają się z tamtejszymi mieszkańcami. Tomasz Samojlik dzięki temu może wprowadzać do tomików elementy edukacyjne. Uczy nazw kolejnych gatunków, ale też – opowiada o ich cechach charakterystycznych, część wiadomości wprowadza do drobnych opisów, większość natomiast wplata bezpośrednio w wypowiedzi samych zainteresowanych: tak łatwiej będzie się maluchom przyswajać wiadomości. Puszczyki dodatkowo są zabawne za sprawą postaw, zadziorności, charakterów, ale i samego wyglądu. Poszczególne ich cechy zostały wyliczone na środkowej, dodatkowej kartce. Tomasz Samojlik bawi się tu niemal w rysownika satyrycznego” proponuje rzeczywiście małe puchate kulki z wielkimi oczami – tak postacie przyciągną uwagę czytelników i obudzą zainteresowanie. Tomik „Dziarskie puszczyki” wyróżnia się w cyklu właśnie komizmem na każdym etapie przedstawiania nowych postaci.
Ale poza tematami przyrodniczymi Tomasz Samojlik realizuje też kwestie okołowychowawcze. W każdym tomiku znajduje sobie jeden choćby motyw angażujący same żubry, zwłaszcza Pompika i Polinkę – i rozpracowuje go dla małych odbiorców tak, żeby zrozumieli relacje rodzinne czy zasady funkcjonowania w społeczeństwie. Teraz przychodzi czas na zagadnienie wiążące się z samodzielnością. Polinka zamierza wspiąć się na górę. Zmęczonym rodzicom nie chce się wysilać, więc bohaterka zamierza to zrobić bez ich wsparcia. Co prawda ma to swoje złe strony: każda niespodzianka staje się powodem strachu, to zapowiedź nieznanego zagrożenia. Polinka jednak chce udowodnić, że jest samodzielna i sobie poradzi. Podobnie zresztą jak małe puszczyki – one też nie chcą być dłużej traktowane jak maluchy.
Tomik „Dziarskie puszczyki” przedstawia zatem zagadnienie, które przyciągnie uwagę dzieci. Dostarczy tym razem wiele śmiechu (z kolei dorośli, jeżeli będą towarzyszyć dzieciom przy czytaniu, docenią strategię mądrej mamy Porady). Tomasz Samojlik sprawia, że tomik zapadnie dzieciom w pamięć i przekona do cyklu szerokie grono maluchów. Chociaż autor posługuje się charakterystycznym szkieletem konstrukcyjnym, tutaj nie wydaje się tendencyjny – może za sprawą tematów, które angażują kilkulatki. Strona graficzna cieszyć może ze względu na komiksowe kształty (puszczyki łatwo będzie samodzielnie narysować). „Dziarskie puszczyki” to przede wszystkim ładna i bardzo zabawna przygoda, opowiadanie dowcipnie zilustrowane. Tomasz Samojlik uczy przy nim również dzieci miłości do przyrody. Wychowuje sobie pokolenie świadome znaczenia troski o naturę.
Samodzielność pod okiem rodzica
Trzy małe puszczyki-rozrabiaki bardzo ucieszą małych odbiorców. To postacie budzące radość swoim wyglądem (słodkie małe kulki ze sterczącymi na wszystkie strony piórkami) i nieporadnością (nie umieją jeszcze latać i siedzą w krzakach) – ale już chcą być samodzielne i nie boją się zaczepiać ogromnych z ich perspektywy żubrów (chociaż to też żubrze dzieci). Puszczyki mieszkają w Wielkopolskim Parku Narodowym – pojawią się zatem na trasie rodziny żubra Pompika. Od dawna bohaterowie przemierzają kraj, żeby przekonać się, co i gdzie warto zobaczyć – oraz dlaczego trzeba dbać o przyrodę. Zwiedzają kolejne parki narodowe czy rezerwaty, spotykają się z tamtejszymi mieszkańcami. Tomasz Samojlik dzięki temu może wprowadzać do tomików elementy edukacyjne. Uczy nazw kolejnych gatunków, ale też – opowiada o ich cechach charakterystycznych, część wiadomości wprowadza do drobnych opisów, większość natomiast wplata bezpośrednio w wypowiedzi samych zainteresowanych: tak łatwiej będzie się maluchom przyswajać wiadomości. Puszczyki dodatkowo są zabawne za sprawą postaw, zadziorności, charakterów, ale i samego wyglądu. Poszczególne ich cechy zostały wyliczone na środkowej, dodatkowej kartce. Tomasz Samojlik bawi się tu niemal w rysownika satyrycznego” proponuje rzeczywiście małe puchate kulki z wielkimi oczami – tak postacie przyciągną uwagę czytelników i obudzą zainteresowanie. Tomik „Dziarskie puszczyki” wyróżnia się w cyklu właśnie komizmem na każdym etapie przedstawiania nowych postaci.
Ale poza tematami przyrodniczymi Tomasz Samojlik realizuje też kwestie okołowychowawcze. W każdym tomiku znajduje sobie jeden choćby motyw angażujący same żubry, zwłaszcza Pompika i Polinkę – i rozpracowuje go dla małych odbiorców tak, żeby zrozumieli relacje rodzinne czy zasady funkcjonowania w społeczeństwie. Teraz przychodzi czas na zagadnienie wiążące się z samodzielnością. Polinka zamierza wspiąć się na górę. Zmęczonym rodzicom nie chce się wysilać, więc bohaterka zamierza to zrobić bez ich wsparcia. Co prawda ma to swoje złe strony: każda niespodzianka staje się powodem strachu, to zapowiedź nieznanego zagrożenia. Polinka jednak chce udowodnić, że jest samodzielna i sobie poradzi. Podobnie zresztą jak małe puszczyki – one też nie chcą być dłużej traktowane jak maluchy.
Tomik „Dziarskie puszczyki” przedstawia zatem zagadnienie, które przyciągnie uwagę dzieci. Dostarczy tym razem wiele śmiechu (z kolei dorośli, jeżeli będą towarzyszyć dzieciom przy czytaniu, docenią strategię mądrej mamy Porady). Tomasz Samojlik sprawia, że tomik zapadnie dzieciom w pamięć i przekona do cyklu szerokie grono maluchów. Chociaż autor posługuje się charakterystycznym szkieletem konstrukcyjnym, tutaj nie wydaje się tendencyjny – może za sprawą tematów, które angażują kilkulatki. Strona graficzna cieszyć może ze względu na komiksowe kształty (puszczyki łatwo będzie samodzielnie narysować). „Dziarskie puszczyki” to przede wszystkim ładna i bardzo zabawna przygoda, opowiadanie dowcipnie zilustrowane. Tomasz Samojlik uczy przy nim również dzieci miłości do przyrody. Wychowuje sobie pokolenie świadome znaczenia troski o naturę.
sobota, 4 maja 2019
Artur Owczarski: Droga 66. Droga matka. O historii, legendzie, podróży
Edipresse Książki, Warszawa 2019.
Marzenie o przygodzie
To takie proste: wypożyczyć samochód, wsiąść do niego i pojechać. Bez planu, z otwartością na to, co spotka się po drodze, choćby było nie wiadomo jak kiczowate i absurdalne. Najlepiej z towarzyszem podróży, który zapewni miłą atmosferę i porozumienie, a do tego – umożliwi komentowanie na bieżąco napotykanych kuriozów. Artur Owczarski wielkich planów nie robi, chociaż decyduje się na przejażdżkę imponującą: zamierza poznać słynną Drogę 66, w całej jej okazałości i mimo że po Ameryce jeździć już można znacznie lepszymi pod względem jakości trasami – i zwiedzać zupełnie inne miejsca. Autor tomu „Droga 66. Droga matka” doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gdyby chciał trafić do każdego wartego zwiedzenia zakątka Stanów Zjednoczonych, nie wystarczyłoby mu życia – pozwala więc, żeby los wybrał za niego i daje się kierować drodze, która powraca do świadomości turystów. Droga 66 odzyskuje status kultowej, zaczyna być ceniona jako atrakcja turystyczna i jako nawiązanie do przeszłości – a to oznacza, że poszczególne jej odcinki mogą zaskoczyć podróżników. Owczarski chłonie przydrożne krajobrazy, zachwyca się rodzajami nawierzchni i pomysłami na zagospodarowanie terenów, przez które prowadzi legendarna trasa. Tu nawet wybór samochodu ma znaczenie – kiedy dojedzie się do bardziej malowniczych terenów. A dojedzie się na pewno, trzeba tylko trochę cierpliwości.
Prowadzi autor odbiorców przez kolejne odcinki trasy, ale opowieść wypada dość skrótowo: na początku tylko Owczarski odnosi się do historii drogi, dokładnie omawia przeszłość czy narodziny legendy, później już tylko sprawdza, ufa własnym oczom i wprowadza obserwacje wzbogacane jeszcze własnymi komentarzami. Zachowuje się jak podróżnik-bloger, a nie odkrywca – więc tom można czytać szybko, niemal w rytmie podróży. Każdy odcinek trasy ma w sobie coś charakterystycznego, coś, na co warto zwrócić uwagę – i coś, co pokazuje inne niż stereotypowe oblicze Ameryki. Niektóre miejsca odtwarzają przeszłość, fundują podróż w czasie, inne wykorzystują karykaturalne „pomniki” reklamowe jako obraz amerykańskiego snu. Nie będzie tu ani budowli znanych i rozpoznawalnych na całym świecie, ani szukania zabytków czy zachwycania się architekturą – za to misz-masz popkulturowy w całej okazałości stanie się dostępny czytelnikom. Czytelnikom, którzy zamienią się w widzów, bo „Droga 66” to tom, który wypada jak album. Bardzo często to, co Artur Owczarski skrótowo przedstawia odbiorcom w skąpej narracji, znajduje odzwierciedlenie na licznych zdjęciach – to dzięki fotografiom można naprawdę poznać otoczenie Drogi 66, przekonać się o absurdalnych rozwiązaniach i spotykanych przez autora dziwactwach, znaleźć Amerykę z dawnych stereotypów lub w ogóle spoza wyobrażeń turystów. Kolorowe kadry przedstawiają rzeczywistość, jakiej trudno się nawet spodziewać, podtrzymują legendę drogi i stanowią ciekawostkę dla tych, którzy chcieliby się wybrać w indywidualną podróż.
Staje się zatem Owczarski przewodnikiem po jednej z wersji USA, trochę na marginesie zwykłych podróży. Ale rozbudzać może tęsknotę za beztroską przygodą, za wyprawą w nieznane z szansą na odkrywanie czegoś nowego i na budowanie własnego atlasu niezwykłych wspomnień. Informacje są tu sprawą drugorzędną, bardziej liczą się przeżycia – a tych Droga 66 dostarcza pod dostatkiem. Jest to publikacja dość prosta, ale przygotowana z myślą o odbiorcach marzących o własnych podróżniczych trasach.
Marzenie o przygodzie
To takie proste: wypożyczyć samochód, wsiąść do niego i pojechać. Bez planu, z otwartością na to, co spotka się po drodze, choćby było nie wiadomo jak kiczowate i absurdalne. Najlepiej z towarzyszem podróży, który zapewni miłą atmosferę i porozumienie, a do tego – umożliwi komentowanie na bieżąco napotykanych kuriozów. Artur Owczarski wielkich planów nie robi, chociaż decyduje się na przejażdżkę imponującą: zamierza poznać słynną Drogę 66, w całej jej okazałości i mimo że po Ameryce jeździć już można znacznie lepszymi pod względem jakości trasami – i zwiedzać zupełnie inne miejsca. Autor tomu „Droga 66. Droga matka” doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gdyby chciał trafić do każdego wartego zwiedzenia zakątka Stanów Zjednoczonych, nie wystarczyłoby mu życia – pozwala więc, żeby los wybrał za niego i daje się kierować drodze, która powraca do świadomości turystów. Droga 66 odzyskuje status kultowej, zaczyna być ceniona jako atrakcja turystyczna i jako nawiązanie do przeszłości – a to oznacza, że poszczególne jej odcinki mogą zaskoczyć podróżników. Owczarski chłonie przydrożne krajobrazy, zachwyca się rodzajami nawierzchni i pomysłami na zagospodarowanie terenów, przez które prowadzi legendarna trasa. Tu nawet wybór samochodu ma znaczenie – kiedy dojedzie się do bardziej malowniczych terenów. A dojedzie się na pewno, trzeba tylko trochę cierpliwości.
Prowadzi autor odbiorców przez kolejne odcinki trasy, ale opowieść wypada dość skrótowo: na początku tylko Owczarski odnosi się do historii drogi, dokładnie omawia przeszłość czy narodziny legendy, później już tylko sprawdza, ufa własnym oczom i wprowadza obserwacje wzbogacane jeszcze własnymi komentarzami. Zachowuje się jak podróżnik-bloger, a nie odkrywca – więc tom można czytać szybko, niemal w rytmie podróży. Każdy odcinek trasy ma w sobie coś charakterystycznego, coś, na co warto zwrócić uwagę – i coś, co pokazuje inne niż stereotypowe oblicze Ameryki. Niektóre miejsca odtwarzają przeszłość, fundują podróż w czasie, inne wykorzystują karykaturalne „pomniki” reklamowe jako obraz amerykańskiego snu. Nie będzie tu ani budowli znanych i rozpoznawalnych na całym świecie, ani szukania zabytków czy zachwycania się architekturą – za to misz-masz popkulturowy w całej okazałości stanie się dostępny czytelnikom. Czytelnikom, którzy zamienią się w widzów, bo „Droga 66” to tom, który wypada jak album. Bardzo często to, co Artur Owczarski skrótowo przedstawia odbiorcom w skąpej narracji, znajduje odzwierciedlenie na licznych zdjęciach – to dzięki fotografiom można naprawdę poznać otoczenie Drogi 66, przekonać się o absurdalnych rozwiązaniach i spotykanych przez autora dziwactwach, znaleźć Amerykę z dawnych stereotypów lub w ogóle spoza wyobrażeń turystów. Kolorowe kadry przedstawiają rzeczywistość, jakiej trudno się nawet spodziewać, podtrzymują legendę drogi i stanowią ciekawostkę dla tych, którzy chcieliby się wybrać w indywidualną podróż.
Staje się zatem Owczarski przewodnikiem po jednej z wersji USA, trochę na marginesie zwykłych podróży. Ale rozbudzać może tęsknotę za beztroską przygodą, za wyprawą w nieznane z szansą na odkrywanie czegoś nowego i na budowanie własnego atlasu niezwykłych wspomnień. Informacje są tu sprawą drugorzędną, bardziej liczą się przeżycia – a tych Droga 66 dostarcza pod dostatkiem. Jest to publikacja dość prosta, ale przygotowana z myślą o odbiorcach marzących o własnych podróżniczych trasach.
Terry Deary: Ci odjazdowi jaskiniowcy
Egmont, Warszawa 2019.
Prahumor
Od dawna już ten autor proponuje zabawę i ironię, żeby przekonać najmłodszych do uczenia się historii. Rezygnuje z podręczników i konwencji na rzecz wygłupów, uwodzi młodych odbiorców tym, co niegrzeczne (przynajmniej z pozoru). Odwołuje się Terry Deary do tego, czego nie mówią nauczyciele na lekcjach historii – i jest bardzo przekonujący. Wyszukuje ciekawostki i anegdoty – a fakty po prostu opatruje odpowiednim sarkastycznym komentarzem. Nieobojętna narracja zapewnia zaangażowanie czytelników. Terry Deary na tym nie poprzestaje, dalej urozmaica opowieść – zmienia jej formę, wprowadza zestaw zagadek lub twierdzeń na przemian prawdziwych i fałszywych, żeby potem móc wyjaśniać sensacje. Buduje napięcie, bo wie, że tylko na dużych emocjach może wygrać podawane wiadomości – nawet odpornym na wiedzę. Autor, który kiedyś zasłynął krwawymi komiksami, proponuje całą serię popularyzującą naukę. „Ci odjazdowi jaskiniowcy” to zaledwie wycinek przeszłości.
Bezustannie Deary zderza teraźniejszość i prehistorię, zachowuje się, jakby był przekonany, że jego czytelnicy wierzą w hipermarkety i smartfony w czasach jaskiniowców, a takie połączenia wypadają najbardziej komicznie. Opiera się na nich autor przez dużą część tekstu – albo sięga po ostre komentarze, puenty na prawach satyrycznych. Chodzi o to, żeby jak najdalej odejść od nudnych wykładów i uświadomić często zbuntowanym już odbiorcom, że nauką można się bawić i wygłupiać. Deary szuka w pierwszej kolejności prostych sensacji, tego, co krwawe, okrutne, czarnohumorowe, bezwzględne. Im głupiej ktoś traci życie – tym lepiej dla narracji. Im większe błędy popełnia (co widać dopiero z perspektywy czasu), tym bardziej ucieszy czytelników. A uradowani niewyszukanymi dowcipami zostaną przy książce – i zaczną z czasem doceniać również ironię i bardziej subtelne zabawy autora. Ten nie ustaje w wysiłkach prowadzących do rozśmieszania.
Jest tu kalendarium wydarzeń sprzed tysięcy lat, są obrzydliwe przepisy kulinarne, imitacje artykułów prasowych, zbiory zasad, testy na sprawdzenie wiedzy nauczycieli (niby nikt tu nie zaryzykuje, ale – można). Do tego – drobne komiksy, czyli połączenie, które w ostatnich latach zrobiło furorę na rynku literatury czwartej. Dzieci uczą się nawet mumifikować zwłoki (i taki poradnik się tu znajdzie). Terry Deary dąży do tego, żeby przekuwać na żart każdą informację – i całkiem dobrze mu to wychodzi. Portretuje jaskiniowców (czasami w formie odkrywanych współcześnie szczątków, które aż się proszą o własną historię), odwołuje się do pracy archeologów, odnotowuje odkrywców. To, co już o jaskiniowcach wiadomo, zamienia w wartką relację. To, czego nie wiadomo – zmyśli lub zasugeruje tak, żeby opowieść nie traciła impetu. Nie ulega wątpliwości, że przyciągnie do historii młodych odbiorców – i że uświadomi im jedno – historia to nie tylko zbiór nudnych dat. Kto lubi czarny humor i odchodzenie od rutyny, ten tomikiem będzie zachwycony. Czasami przydaje się takie podejście – z dystansem i kreatywne. Nieprzypadkowo Terry Deary na rynku literatury młodzieżowej od dawna robi furorę. Jest w pierwszej kolejności satyrykiem, w drugiej dopiero – historykiem. Jaskiniowcy dostarczą wielu niespodzianek.
Prahumor
Od dawna już ten autor proponuje zabawę i ironię, żeby przekonać najmłodszych do uczenia się historii. Rezygnuje z podręczników i konwencji na rzecz wygłupów, uwodzi młodych odbiorców tym, co niegrzeczne (przynajmniej z pozoru). Odwołuje się Terry Deary do tego, czego nie mówią nauczyciele na lekcjach historii – i jest bardzo przekonujący. Wyszukuje ciekawostki i anegdoty – a fakty po prostu opatruje odpowiednim sarkastycznym komentarzem. Nieobojętna narracja zapewnia zaangażowanie czytelników. Terry Deary na tym nie poprzestaje, dalej urozmaica opowieść – zmienia jej formę, wprowadza zestaw zagadek lub twierdzeń na przemian prawdziwych i fałszywych, żeby potem móc wyjaśniać sensacje. Buduje napięcie, bo wie, że tylko na dużych emocjach może wygrać podawane wiadomości – nawet odpornym na wiedzę. Autor, który kiedyś zasłynął krwawymi komiksami, proponuje całą serię popularyzującą naukę. „Ci odjazdowi jaskiniowcy” to zaledwie wycinek przeszłości.
Bezustannie Deary zderza teraźniejszość i prehistorię, zachowuje się, jakby był przekonany, że jego czytelnicy wierzą w hipermarkety i smartfony w czasach jaskiniowców, a takie połączenia wypadają najbardziej komicznie. Opiera się na nich autor przez dużą część tekstu – albo sięga po ostre komentarze, puenty na prawach satyrycznych. Chodzi o to, żeby jak najdalej odejść od nudnych wykładów i uświadomić często zbuntowanym już odbiorcom, że nauką można się bawić i wygłupiać. Deary szuka w pierwszej kolejności prostych sensacji, tego, co krwawe, okrutne, czarnohumorowe, bezwzględne. Im głupiej ktoś traci życie – tym lepiej dla narracji. Im większe błędy popełnia (co widać dopiero z perspektywy czasu), tym bardziej ucieszy czytelników. A uradowani niewyszukanymi dowcipami zostaną przy książce – i zaczną z czasem doceniać również ironię i bardziej subtelne zabawy autora. Ten nie ustaje w wysiłkach prowadzących do rozśmieszania.
Jest tu kalendarium wydarzeń sprzed tysięcy lat, są obrzydliwe przepisy kulinarne, imitacje artykułów prasowych, zbiory zasad, testy na sprawdzenie wiedzy nauczycieli (niby nikt tu nie zaryzykuje, ale – można). Do tego – drobne komiksy, czyli połączenie, które w ostatnich latach zrobiło furorę na rynku literatury czwartej. Dzieci uczą się nawet mumifikować zwłoki (i taki poradnik się tu znajdzie). Terry Deary dąży do tego, żeby przekuwać na żart każdą informację – i całkiem dobrze mu to wychodzi. Portretuje jaskiniowców (czasami w formie odkrywanych współcześnie szczątków, które aż się proszą o własną historię), odwołuje się do pracy archeologów, odnotowuje odkrywców. To, co już o jaskiniowcach wiadomo, zamienia w wartką relację. To, czego nie wiadomo – zmyśli lub zasugeruje tak, żeby opowieść nie traciła impetu. Nie ulega wątpliwości, że przyciągnie do historii młodych odbiorców – i że uświadomi im jedno – historia to nie tylko zbiór nudnych dat. Kto lubi czarny humor i odchodzenie od rutyny, ten tomikiem będzie zachwycony. Czasami przydaje się takie podejście – z dystansem i kreatywne. Nieprzypadkowo Terry Deary na rynku literatury młodzieżowej od dawna robi furorę. Jest w pierwszej kolejności satyrykiem, w drugiej dopiero – historykiem. Jaskiniowcy dostarczą wielu niespodzianek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






