* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 11 kwietnia 2019

Katarzyna Gurnard: Pani Henryka i morderstwo w autokarze

Lira, Warszawa 2019.

Śmierć po drodze

Nie ma zbyt wielu chętnych na wycieczkę do Paryża, właściwie to biuro podróży do tej pory zajmowało się tylko krajowymi wojażami, po raz pierwszy i eksperymentalnie decyduje się wysłać turystów autokarem za granicę – i raczej nikt nie zechce powtórzyć tego doświadczenia. Kierowca jest nieuprzejmy i trzęsie się o pojazd, nie pozwala w nim śmiecić ani korzystać z toalety, krytykuje pasażerów i próbuje nimi rządzić. Narzuca wszystkim swoje zdanie i zachowuje się, jakby robił innym łaskę przez to, że raczy prowadzić wóz. Przewodniczka wycieczki najchętniej zajęłaby się swoimi sprawami, nie za bardzo odpowiada jej czynienie honorów, witanie uczestników wyprawy i komentowanie mijanych miejsc. Zresztą w tym autokarze każdy ma coś na sumieniu – przeważnie to wady charakteru, które wychodzą na jaw w zderzeniu z obcymi, w zwykłych rozmowach. Pretensje, uprzedzenia i wymagania psują wizerunek niemal każdego z pasażerów: ludzie są kłótliwi i wymagający, czerpią satysfakcję z dokuczania innym i forsują własne zdanie bez opamiętania. Brakuje empatii i skromności. Ale to dobrze: dzięki temu Katarzyna Gurnard może bawić się charakterami i proponować czytelnikom kryminał na wesoło. Rozśmiesza przede wszystkim za sprawą niesnasek w autokarze i silnych osobowości w nim przebywających – ale starcia międzyludzkie są tu przeniesieniem obserwacji z życia, przy ewentualnym lekkim ich wyostrzeniu. Wszystko stanowi dość niezwykłe tło dla sensacyjnych wydarzeń. Oto bowiem w autokarze nagle umiera mężczyzna, który do tej pory tylko zrzędził i popijał z termosu ziółka. Szybko staje się jasne, że został otruty, ale nikt z uczestników wycieczki nie przyznaje się do tak haniebnego uczynku. Fakt, że każdy miałby powód i możliwości, to już zwyczajne zjawisko w strukturze gatunku. Motywacje kolejnych postaci odkrywać będzie pani Henryka, starsza pani, która na emeryturze lubi bawić się w detektywa. Jej amatorskie śledztwa uderzają przenikliwością i pomysłowością, są też źródłem niewymuszonego humoru.

Już po przerwanej wycieczce pani Henryka łączy ze sobą fakty, obserwacje podczas podróży i znajomość ludzkich charakterów, by wysnuwać wnioski chwilowo ukrywane przed odbiorcami. Bohaterka doskonale wie, co ma robić: odwiedza kolejnych towarzyszy wyprawy, naciąga ich na zwierzenia, umiejętnie żongluje wiadomościami, przekazuje tylko to, co niezbędne, żeby zyskać nowe informacje. Jest w tym nadzwyczajnie skuteczna dzięki przenikliwemu umysłowi. Gra rolę naiwnej starszej pani, bo przez to nie wydaje się groźna i nikt nie podejrzewa jej o detektywistyczne działania. A że bohaterka współpracuje potajemnie z policją – przekonuje ulubionego kapitana, żeby pozwolił jej działać i wyposażył w niezbędną ochronę – musi odnosić sukcesy. To portret, który Gurnard zapożycza trochę od Agathy Christie, trochę od Joanny Chmielewskiej, a trochę z seriali kryminalnych – nie sili się na oryginalność, bo wie, jaki obrazek zyska największe uznanie czytelników. Kieruje się do tych odbiorców, którzy nie przepadają za krwawymi kryminałami i rozbudowaną warstwą psychologiczną. Sama nie sili się na wyszukane czy rozbudowane opisy, lubi za to zagadki detektywistyczne i zadania logiczne również dla czytelników. Stawia na pozorną normalność, tutaj ani na moment nie rezygnuje z kreacji starszej pani – dla dobra śledztwa. Jest „Pani Henryka i morderstwo w autokarze” (drugi tom serii „kioskowej”, która ma szansę podbijać rynek literatury rozrywkowej) powieścią prostą i trochę przypominającą młodzieżowe kryminały – ale jednocześnie może urzekać za sprawą wierności klasycznemu gatunkowi, nastawieniu na zabawę i odejściu od skandynawskich ponurych powieści. Pani Henryka pociągnie za sobą nie tylko szerokie grono emerytów znudzonych rozwiązywaniem krzyżówek – to bohaterka, która ma siłę przebicia.

środa, 10 kwietnia 2019

Roma J. Fiszer: Chata nad jeziorem

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Schronienie przed złem

Na Kaszuby Vanessa trafia za sprawą Samotnego Gbura: mężczyzna o takim nicku zagaduje ją na forum dla samotnych artystów. Z czasem okazuje się, że Samotny Gbur, rzeźbiarz, jest Pawłem, dawnym kolegą ze szkolnych lat – i już do motywu znajomości internetowej autorka nie wróci. Podobnie jest zresztą z Korynną, poznaną na tym samym forum: szybko staje się jasne, że to bratnia dusza Vanessy, znajomość przenosi się do realu i bohaterka nie ryzykuje więcej, że na forum trafi na kogoś w stylu swojego byłego narzeczonego. Narzeczony zresztą nie zrobił nic złego: przyozdobił się tylko tatuażami i to wystarczyło, żeby Vanessa poczuła na jego widok obrzydzenie i zerwała znajomość. Dla Romy J. Fiszer to okazja do snucia innej opowieści o wielkiej miłości – równie nieprawdopodobnej i baśniowej, co przesadzonej – jednak w sam raz dla czytelniczek-idealistek. Dla Vanessy chata nad jeziorem u Pawła to miejsce magiczne: można tu znaleźć mnóstwo tematów do malowania (a bohaterka na swoich obrazach nieźle zarabia, chociaż sprzedaje je w dość przypadkowych miejscach: to jednak właściwość prostych obyczajówek – da się utrzymać z chimerycznej pasji), a i prawdziwe uczucie. Trzydziestolatka cały czas otwarcie flirtuje ze swoim gospodarzem, obiecuje mu coraz więcej i cieszy się na spotkania z nim. Nikt nie będzie miał wątpliwości, że do romansu dojdzie błyskawicznie – nawet autorka nie próbuje wmawiać czytelniczkom, że może być inaczej. Co prawda wizerunek zakochanej kobiety zamienia się tu w wizerunek zakochanej idiotki: Vanessa bez przerwy chichocze, kiedy myśli o ukochanym (czy to podczas gotowania dla niego, czy w rozmowach z przyjaciółką, kiedy ta wskazuje oczywiste symptomy uczucia), ale tak objawia się w niej radość z nowego związku. Do szczebiotów zakochanych dochodzą bezustanne podkreślania imion, jakby postacie musiały adresować swoje wypowiedzi, bo sprawia im to przyjemność (czytelnikom niekoniecznie będzie sprawiać, uznają to raczej za niedoróbkę stylistyczną). Zmanierowani zakochani przejdą przez szereg wyzwań, żeby się lepiej poznać i zdecydować, że chcą być ze sobą na zawsze – w domku z dala od gwarnych miast.

Roma J. Fiszer bierze pod lupę scenariusz konwencjonalny, nawet jeśli nie zawsze umie przekonać do bohaterki (Vanessa jako artystka malarka wszędzie szuka tematów do obrazów, a czyni to przez gest robienia prostokąta z palców, co nie wypada w narracji zbyt zachęcająco): wie, że czytelniczki chcą od niej wielkiej miłości ocierającej się o idealną – to właśnie chce zapewnić. Ponieważ i Vanessa, i Paweł są skłóceni ze swoimi rodzicami, kiedy zapracują na wspólne szczęście, będą się wzajemnie wspierać, żeby odbudować te relacje. Chata nad jeziorem musi zapełnić się ludźmi – i to nie tylko przyjaciółmi, ale również krewnymi. Z jakiegoś powodu dla autorki to bardzo ważne. Obok tematów obyczajowo-romansowych daje Fiszer upust swoim pasjom publicystycznym i przewodnikowym. Vanessa poznaje obce dotąd sobie przestrzenie, odkrywa uroki Kaszub: każdy opowiada jej o tym, co na miejscu warto zobaczyć, o lokalnych ciekawostkach i twórcach. Autorka posiłkuje się tu mocno internetem, do każdego zbioru wiadomości dodaje link, z którego je zaczerpnęła – tyle tylko, że wplatając do wypowiedzi zestaw danych, staje się automatycznie sztuczna. Postacie brzmią, jakby recytowały przewodniki – nie ma w tym naturalności i zachęty do poznawania najbliższej okolicy. Tak samo jest z wykładami z historii sztuki, jakie Korynna funduje w Krakowie Vanessie – za dużo autorka chce przekazać, jeśli nie ma pomysłu na formę. Być może zaintryguje gdzieś czytelniczki i wtedy da im szansę poznawania na własną rękę dalszych wiadomości – ale dla powieści takie wstawki nie wypadają najlepiej.

Jest to obyczajówka dla pań, które lubią proste scenariusze, ale i odwlekane przyjemności. Tutaj autorka rozkoszuje się narracją i przeszkodami na drodze do związku, jednocześnie sugerując, że nic już bohaterów od siebie nie oderwie. Bawi się motywami z literatury kobiecej i tylko czasami próbuje uczynić powieść bardziej ambitną przez ściągi z internetu. I bez tego zdobyłaby szereg wyznawczyń, warto czasami zrezygnować z górnolotnych przesłań i postawić na czystą rozrywkę, choćby i naiwną. Chociaż odbiorczynie tę książkę pokochają, warto by wygładzić trochę błędów stylistycznych: nie może być tak, że bohater w jednym miejscu mówi, że ma mnóstwo czasu, żeby kilka akapitów później powiedzieć, że czasu wcale nie ma. Nie może kobieta szczebiotać do swojego samochodu, że to ptaszek, któremu zaraz da benzynki (są granice infantylności postaci – do strawienia przez najbardziej wyrozumiałe czytelniczki), nie może rubasznych i dwuznacznych komentarzy wskazujących, że rzecz zakończy się w łóżku, nazywać „lekkimi jak piórko aluzjami”. W niektóre motywy czytelniczki – choćby i nastawione entuzjastycznie do romansowej obyczajówki – zwyczajnie uwierzyć nie dadzą rady.

wtorek, 9 kwietnia 2019

Agata Komorowska: Optymizm mimo wszystko

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Porady z życia

Poradnik w formie kobiecego zwierzenia przygotowuje dla czytelniczek Agata Komorowska – i realizuje w ten sposób również własne marzenie o pisaniu. Dzieli się z odbiorczyniami własnymi przemyśleniami na temat odzyskiwania duchowej równowagi. I jak to przeważnie w takich wypadkach bywa, najbardziej przekona tych przekonanych – cierpiący akurat na rozmaite chandry potraktują te wyznania jak infantylny szczebiot, który niczego do życia nie wniesie, a już na pewno nie przyczyni się do polepszenia jakości egzystencji. A jednak trafi do części odbiorczyń – do pań, które chcą przekonać się, że da się podnieść z największych kryzysów. Autorka dość często odwołuje się do swoich przeżyć: rozwodu, samotności i romansu (pojawi się między innymi temat związku z żonatym mężczyzną, który fakt swojego zaobrączkowania skrzętnie ukrywa). Opowiada i o kłopotach wychowawczych, i o zmaganiach z psychiką, która szykuje sporo pułapek. Wszystko to prezentuje w bardzo krótkich rozdziałach tematycznych (co sprawia, że niektóre wiadomości wciąż powracają, a inne pojawiają się znienacka bez przygotowania). Za każdym razem liczy się rodzaj wyznania, poruszona problematyczna kwestia, z którą szybko trzeba się rozprawić. Wyznacza Agata Komorowska zakresy wyzwalających smutek spraw, przypomina o tym, co wyprowadza z równowagi – żeby od razu wprowadzić pomysł zaradzenia klęskom. Jeśli coś idzie źle, łatwo wcielić w życie rozwiązanie, które wszystko zmieni, przynajmniej w ujęciu optymistycznej na przekór przeciwnościom losu autorki. Rzecz jasna porady to jedno, a ich realizacja – drugie, ale Agata Komorowska sprawia wrażenie, jakby nic jej nie kosztowało wcielanie w życie porad psychoterapeutów – i mądrością życiową dzieli się z innymi. Zestawienie owych mądrości z naiwnością autorki może trochę razić, ale Komorowska bez większego trudu przekona do siebie część masowej publiczności.

Lubi ta autorka dzielić się z odbiorczyniami swoimi doświadczeniami, opowiada i o tęsknotach, i o marzeniach do zrealizowania dopiero wtedy, kiedy odrzuci się blokady i trudności. Odwołuje się do sedna międzyludzkich relacji, opowiada, czego nauczyła się od swoich dzieci (i można w pewnym momencie stracić rachubę, które są jej, a które – i ile – adoptowane, niby nieważne, ale to rozróżnienie w narracji zostało podkreślane kilka razy). Enigmatycznie prezentuje różne miłości i związki, żeby przypadkiem nikt nie załamywał się rozstaniem. Właściwie taki rytm relacji dość szybko staje się dla odbiorczyń naturalny i nawet swojski, więc Komorowska będzie mogła przekonać do siebie na płaszczyźnie emocjonalnej. Niewiele to zmieni w odbiorze samej argumentacji – ale to nie problem. Każdy rozdział autorka jednak kończy dziękczynieniem – i tutaj, chociaż wprowadza lekturowy wyróżnik, wypada bardzo infantylnie, jakby po prostu realizowała wytyczne z poradników do samorozwoju. Po każdej łamanej autobiografią krótkiej opowieści wprowadza kilka zdań rozpoczynających się od słów „dziękuję za”. Nie jest to potrzebne czytelniczkom – chyba że Komorowska chce metodą Pollyanny uświadomić im, że zawsze jest się z czego cieszyć. I takie przesłanie najbardziej tu wybrzmiewa, również jako inspiracja.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Jean Ammann, Erhard Loretan: Erhard Loretan: Ryczące ośmiotysięczniki

Agora, Warszawa 2019.

Z góry

Ta publikacja wpisuje się w zestaw autobiografii i biografii wspinaczy – ale wyróżnia się objętością, jest znacznie cieńsza niż większość książek oferowanych fanom gatunku. Nie oznacza to jednak, że jest słabsza czy że dostarcza czytelnikom mniej przeżyć. Po prostu jej twórcy omijają wszelkie pozawspinaczkowe tematy – nie proponują tradycyjnego przeglądu życiorysowych dokonań, analiz życia prywatnego i prób uchwycenia codzienności – interesują ich wyłącznie góry i osiągnięcia Erharda Loretana. Przy okazji to możliwość przypomnienia ważnej postaci alpinizmu, stosunkowo rzadko – z racji podejścia do wspinaczki jako bicia kolejnych rekordów – powracającej we wspomnieniach wspinaczy. Zresztą u Lorethana też nie będzie wyliczania górskich tuz, jeden Wojciech Kurtyka jako wspinaczkowy partner co pewien czas tu powraca, ale w wielu wypadkach bohater tomu działa samotnie. Trudno zresztą byłoby mu tworzyć ekipę, która kieruje się w górach podobnymi wartościami.

Tom nie jest nowością, powraca na rynek w drugim wydaniu (ponad dwie dekady od premiery, co oznacza, że niewielu dzisiejszych młodych fanów literatury górskiej mogło o nim słyszeć. Działa zatem również jako szansa przywrócenia Erharda Loretana do zbiorowej świadomości. Świetnie sprawdza się w czasie boomu na literaturę górską, zwłaszcza że realizuje najlepsze wytyczne gatunku. Utrzymany w tonie pierwszoosobowej narracji, został stworzony na bazie wywiadów i rozmów dotyczących kolejnych wejść na szczyty. Jean Ammann pracował nad tą książką razem ze wspinaczem i udało mu się uchwycić najcenniejsze i poszukiwane przez czytelników wrażenia oraz refleksje. „Erhard Loretan. Ryczące ośmiotysięczniki” to zatem publikacja kusząca, przygotowana z myślą o konkretnej grupie odbiorców (chociaż w razie gdyby pozycją chcieli zainteresować się laicy, znajdą na końcu książki słowniczek pojęć związanych ze wspinaczką a używanych w opowieści) i oparta o miłość do gór.

Poza drobnymi wyjątkami, Loretan zajmuje się wyłącznie analizowaniem pobytu w wysokich górach. Będzie omawiać warunki i pobyt w kolejnych obozach, opowie o szeregu wypadków czy kontuzji, które na długo unieruchamiały go w bazach. Pokazuje, jak wspina się z partnerem, jakich zasad bezpieczeństwa trzeba bezwzględnie przestrzegać i jak – przypadkowo – zdarzało się wspinaczom igrać z losem, kiedy nie byli świadomi awarii sprzętu. Nie zabraknie opowieści o warunkach atmosferycznych, o zaskoczeniach na trasach, o samym zdobywaniu szczytów, ale też o planach na dalszą wspinaczkę. Tutaj każdy rozdział to inna wyprawa, przedstawiona ze szczegółami. Erhard Loretan czasami będzie opowiadał odbiorcom o swoim zdrowiu i o wrażeniach związanych z wpływem wysokości na organizm, innym razem zajmie się pięknem gór. Nie musi na siłę szukać tematów, żeby zapełniać strony: jego przygody wystarczają, żeby przyciągnąć odbiorców. Jean Ammann bardzo starannie odwzorowuje przeżycia i uczucia postaci, tak, żeby czytelnicy mieli wrażenie, że czytają prawdziwe relacje – nie przepuszczone przez filtr dziennikarski, a będące relacją na gorąco z gór. Co pewien czas tylko Ammann dodaje drobne portrety, wzmianki na temat innych ludzi ważnych w życiu Loretana. To uzupełnienia, które pomagają zrozumieć codzienność bohatera tomu, ale nie są niezbędne w przeżywaniu jego górskiej pasji. Jest tom „Ryczące ośmiotysięczniki” lekturą znakomitą, jeśli ktoś lubi literaturę górską – to reprezentacja gatunku w najlepszym wydaniu.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Małgorzata Karolina Piekarska: Licencja na dorosłość

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Kierunki w życiu

Forma, która sprawdziła się Małgorzacie Karolinie Piekarskiej w dwóch tomach przygód uczniów z klasy pani Czajki okazała się trafiona także z perspektywy odbiorców i w konsekwencji pojawia się też w kontynuacji cyklu. „Licencja na dorosłość” to opowieść dla tych, którzy chcieliby poznać dalsze losy Maćka, Małgosi, Kamili, Kingi i innych. Może niby funkcjonować jako samodzielna historia – ale trafi przede wszystkim do fanów „Klasy pani Czajki” oraz „LO-terii”: im nie trzeba wyjaśniać ani zależności między bohaterami, ani ich prywatnych traum. To powrót – po latach – do starych znajomych. Autorka znowu podsuwa „powieść w odcinkach” – każdy rozdział jest tu zamkniętą całostką dotyczącą pojedynczej sekwencji lub sprawy między konkretnymi postaciami. Do poruszanych zagadnień należą tutaj miłość i związki (na studiach buduje się już dojrzalsze relacje, to nie pierwsze idealizowane uczucia, a przyglądanie się drodze do małżeństwa czy po prostu do „poważnego” bycia razem). Nie zabraknie przyjaźni – miło pomyśleć, że bohaterowie, kiedy potrzebują wsparcia albo chociaż towarzystwa, potrafią jeszcze o tym rozmawiać. Odwiedzają się w domach, umawiają na spacery – to wszystko wydaje się mocno staroświeckie, a jednak przekonuje i cieszy. W nieco mniejszym stopniu zajmuje się Piekarska relacjami postaci z rodzicami – idą w kąt dawne zatargi i nieporozumienia, nastoletnie bunty. Teraz młodzi ludzie mogą się usamodzielnić, wybrać własną drogę i… wybaczyć. Niektórzy odkrywają tajemnice z przeszłości, inni uczą się ignorować dawne bolączki. Coraz częściej sami otaczają opieką innych – młodszych albo starszych. Bohaterowie, których czytelnicy zdążyli już z każdej strony poznać – dojrzewają. Dobrze przemyślane są ich metamorfozy – przekonują i pozwalają uwierzyć w świat przedstawiony. Z dorosłością przychodzą nowe wyzwania, na przykład kwestie mieszkaniowe – niejeden przekona się boleśnie, że wynajmowanie pokoju, mieszkanie w akademiku, dziwni współlokatorzy na stancjach – potrafią odebrać całą radość z samodzielności. Pierwszy krok w dorosłość bywa bolesny, autorka nie obiecuje, że będzie łatwo. Tu już nie ma miejsca na beztroskę i bezmyślność – chociaż niektórzy dopiero teraz przekonają się, na czym w życiu im zależy, a z czym nie chcieliby się stykać. Czasami młodsze rodzeństwo prowokuje rozmyślania na różne trudne tematy – Małgorzata Karolina Piekarska podpowiada, jak poradzić sobie ze złym wpływem kolegów z patologicznych domów. Nie ucieka od komplikacji, nie boi się wyzwań, wplata do tej opowieści sporo życiowych wskazówek i nie zawsze będzie się bawić w dyplomację. Pojawią się i inteligentne komentarze, i rubaszne żarty, dla każdego coś według upodobań i potrzeb. Autorka nie ucieka od społecznych bolączek i dramatów – i radzi sobie świetnie z realizacją, bez względu na to, czy akurat zajmuje się sprawą poważną, czy coś wyśmiewa.

Rozdziały, chociaż krótkie, są bardzo nasycone treścią i dobrze przygotowane pod kątem literackim. Piekarska ma mnóstwo pomysłów na to, jak potoczyć się mają losy postaci – i tym do siebie przekonuje. A jednak nie proponuje zamkniętego zakończenia. „Licencja na dorosłość” jest przejściem między młodzieżowymi i dorosłymi lekturami. Autorka podsuwa smakowitą powieść obyczajową – z fabułą i charakterami opartymi na tradycyjnych wartościach, z budujących historii dla nastolatków. Jest ta powieść ciekawa, rozrywkowa, ale i w dobrym znaczeniu pouczająca, bo Małgorzata Karolina Piekarska uczy samodzielnego myślenia.

Agnieszka Łubkowska: Nauka czytania

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019. (wznowienie)

Litery w lekcjach

Ta książka powraca na rynek po niecałych trzech latach od premiery – i nic dziwnego, Agnieszka Łubkowska proponuje bowiem dzieciom i ich rodzicom elementarz pozbawiony graficznej przesady i bodźców odciągających uwagę od nauki liter. „Nauka czytania” to książka, która przyda się jako pomoc dla kilkulatków uczących się czytać – albo dla tych maluchów, które jeszcze przed pójściem do szkoły są ciekawe liter i chciałyby je poznawać. Autorka przy tym stawia na uniwersalne czytanki o wymowie edukacyjnej, nie zajmuje się wymyślaniem bajek, za to wybiera ciekawostki ze świata zwierząt i zjawisk przyrodniczych – by przedstawić je w krótkich tekstach. Tak podawane wiadomości stają się znakomitą zachętą do czytania, więc i do wzmożenia wysiłków w celu śledzenia wyrazów.

Trochę różni się konstrukcja książki od typowych szkolnych elementarzy – tutaj nie ma bowiem podziału na teksty ze względu na stopień trudności czy obecność konkretnych głosek. Najpierw alfabet (z uwzględnieniem miękkości i samogłosek nosowych!). Każda litera zajmie dwie rozkładówki. Najpierw jej wersja wielka i mała – na całą stronę, tak, by oswoić dziecko z kształtem, przyciągnąć uwagę, a może też i zaintrygować. Dalej zestaw kilku małych rysunków. Uwaga: nie ma tu tendencyjności, autorka nie gromadzi przykładów zaczynających się na omawianą literę, a takie, które tę literę w dowolnej pozycji wyrazowej zawierają – oraz takie, które jej nie zawierają. Tu objawia się interaktywność tomiku. Rysunki to zagadki dla dzieci – wiadomo, że maluch ma na widok ilustracji powiedzieć, co przedstawia. Na wszelki wypadek pojawiają się też pisane podpowiedzi (i nikt nie będzie miał dziecku za złe, że „ściąga”, w końcu jeśli opanuje umiejętność czytania, żeby oszukiwać przy zgadywankach – to po prostu przyspieszy cel lektury). Na marginesie pojawia się pytanie do dziecka (który obrazek przedstawia słowo zawierające daną literę) oraz porada dla rodzica (wskazówki rozmowy z maluchem nad książką). Następna rozkładówka to już „czytanka”: kilkuzdaniowa opowiastka ozdabiana rysunkami większymi niż te przy zagadce – również wzbogacona o wskazówki dla dzieci i rodziców (dziecko powinno patyczkiem do szaszłyków pokazywać litery w kolejnych wyrazach; pierwsze są wytłuszczone, kolejne trzeba będzie znaleźć, a rodzice otrzymują poradę, jak pracować z pociechą). I teraz: Agnieszka Łubkowska proponuje czytanki o zwierzętach, czasami oczywiste (f to foki), czasami mniej oczywiste (ą przedstawia się w historyjce o zwyczajach węży). Podsuwa wiadomości ciekawe, nie zawsze dostępne maluchom (cykady), a bywa, że i o wysokim jak na czytanki dla początkujących stopniu skomplikowania (nie wiadomo, czy koń lubi pedikiur). Autorka wyraźnie pamięta o tym, że nad książką pracować będą razem z dziećmi rodzice – i w razie czego wyjaśnią wszelkie wątpliwości oraz wytłumaczą trudniejsze słowa.

Większa część książki to czytanki dotyczące poszczególnych liter, po przejściu całego alfabetu Łubkowska wprowadza jeszcze dwuznaki zanim przejdzie do nauki sylabizowania. Uczy dzieci dzielenia wyrazów na sylaby dzięki klaskaniu (to w sumie najprostsza metoda, żeby wyćwiczyć tę umiejętność), następnie pokazuje, jak sylaby składać w całe wyrazy. Przy każdym z rozdziałów istnieje podpowiedź, jak ćwiczyć nową umiejętność. Każdy rozdział zaczyna też autorka od propozycji relaksu, wyciszenia się, przygotowania do pracy, przypomina o robieniu niezbędnych przerw i o tym, jak dawkować zadania. Tak skonstruowana książka przydaje się dzieciom – ich nauczycielom i rodzicom – uczy samego procesu nauki czytania – i sprawia, że każdy maluch może zacząć poznawać litery, kiedy tylko wyrazi na to ochotę.

sobota, 6 kwietnia 2019

Dorota Malesa: Ameryka.pl

Znak, Kraków 2019.

Losy rodaków

Ludzkie historie, zwłaszcza połączone z niemożliwymi do wyobrażenia lub przeskoczenia tragediami to nośny temat – budzą zainteresowanie i zapewniają uwagę szerokiego grona czytelników. Dorota Malesa łączy je jeszcze z podglądaniem realizacji „amerykańskiego snu” – zderzenie marzeń z rzeczywistością na obcej ziemi bywa szczególnie bolesne. Przekonują się o tym kolejni bohaterowie tomu „Ameryka.pl” – ci, którzy nawet nie przypuszczali, z jakimi przeciwnościami losu przyjdzie im się mierzyć po podjęciu ryzyka. Przeprowadzka do Stanów nie rozwiązuje w magiczny sposób problemów, często nawet dokłada nowe, płynące już wprost z różnic kulturowych czy nieznajomości zasad organizowania życia społecznego. Inny jest tu system opieki zdrowotnej, ubezpieczeń czy kredytów, inaczej wygląda posyłanie dzieci na studia czy robienie kariery w jakiejkolwiek dziedzinie. Jeśli można liczyć na bliskich – to pół biedy. Ale jeśli do standardowych zmartwień dojdą poważne komplikacje zdrowotne – okaże się, że raj jest w rzeczywistości pułapką. Albo – może się nią w każdej chwili stać. Chyba że ktoś ma szczęście w nieszczęściu i pracuje w miejscu przyjaznym niepełnosprawnym. Stany Zjednoczone to kraj możliwości – chociaż nie zawsze daje się je wykorzystać. Dorota Malesa zbiera zwłaszcza przestrogi, sytuacje, w których nieoczekiwane komplikacje wpłynęły na wybory bohaterów. Amerykańskie wizje zamieniły się w koszmar. „Ameryka.pl” jest tomem złożonym z zaledwie dziesięciu obrazków, dziesięciu samodzielnych reportaży przedstawiających losy Polaków na obczyźnie – ale bardzo zapada w pamięć i za każdym razem robi olbrzymie wrażenie. A przecież nie ma tu olśniewających sukcesów, rzadko w ogóle daje się spełnić śmiałe marzenia z młodych lat. Takie scenariusze są udziałem pracownika NASA czy prawniczki badającej dawne tajemnicze sprawy kryminalne. Ale do drobnych radości dochodzą gigantyczne klęski. Na przykład kiedy gwiazdor wschodzącego nurtu muzyki rozrywkowej ląduje w USA jako bezdomny, a na domiar złego – traci nogi. Albo kiedy wspomniana już prawniczka na skutek wypadku samochodowego zostaje sparaliżowana. W Ameryce nie zawsze wszystko dobrze się układa – a czasem dochodzi do tego jeszcze nostalgia, niewytłumaczalna tęsknota za krajem. Jak u Basi, kobiety, która wprawdzie urodziła się już w Stanach, ale kraj ojca poznała dzięki jego opowieściom i podróżom – i pokochała.

Nie zajmuje się autorka tych reportaży przesadnie przynależnością kulturową, kwestiami tożsamości albo patriotyzmu. Nie irytuje się tym, że kto zaczyna mieszkać w USA, automatycznie przechodzi na żargon, w którym kaleczy język obcymi zwrotami – ale odmienianymi według polskiej gramatyki. Nie kwestionuje sensowności ich wyborów, nawet jeśli rozsądek podpowiada inne rozwiązania. Przez pryzmat doświadczeń rozmówców może charakteryzować Amerykę mniej znaną, tę spoza powszechnie przyjętych obrazków. Jest to zatem lektura przedstawiająca różne aspekty obyczajowości, umożliwiająca skrajne oceny. Malesa pisze pomysłowo, za każdym razem dostosowuje rytm opowieści do bohatera, bywa, że przeplata czasy lub wykorzystuje fragmenty utworów definiujących autora. Znajduje osobne klucze do każdej z postaci, a przy tym umiejętnie wybiera zakres tematów. Chce uświadomić czytelnikom, że nawet decyzja o przeprowadzce do Stanów, chociaż wymaga odwagi i fantazji – nie wiąże się z cudowną receptą na problemy i kryzysy. „Ameryka.pl” to przeniesienie polskich trosk na obcy grunt. Dorota Malesa daje odbiorcom wgląd w kilka niekoniecznie optymistycznych historii.