* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

piątek, 6 września 2024

Anna Sakowicz: Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer

Poradnia K, Warszawa 2024 (wydanie II).

Pretensje

Anielka nie za bardzo wie, co myśleć o całej sytuacji w domu. Bo niedawno wprowadziła się do nich babcia i wszystko się pozmieniało. Babcia jest chora, co bohaterce cierpliwie tłumaczą jej rodzice i starsza siostra, Patrycja - ale Anielka wyrzuca to z myśli i świadomości. Woli uznać, że z ukochaną babcią zamieszkał niewidzialny pan, pan A., który jest odpowiedzialny za wszystkie nieszczęścia, smutki i problemy. Anielka próbuje na swój sposób radzić sobie z sytuacją - a ta nie jest prosta, bo nawet mama Anielki ma kłopoty z przyzwyczajeniem się do nowych wyzwań. Babcia czasami jest zwyczajną babcią, kochającą i miłą, ale znacznie częściej zachowuje się dziwnie. Nie pachnie już tak, jak dawniej (bo zdarza jej się nie utrzymać moczu, nie mówiąc o tym, że zażywane przez nią lekarstwa także nie pozostają bez wpływu na odczucia wrażliwego dziecka), myli imiona (uparcie nazywa swoje wnuczki imionami dzieci), ale przede wszystkim wykonuje dziwne czynności, które wyzwalają lęk u wszystkich. Pewnego dnia na przykład wyciąga zapasy jedzenia z lodówki, żeby zamiast nich poustawiać na półkach buty. Nie rozumie, dlaczego nie powinna tak robić, nie docierają do niej prośby ani awantury ze strony córki. Dlatego Anielka postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i przekonać pana A., żeby opuścił babcię i żeby w ten sposób wszystko wróciło do normy. "Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer" to książka wzruszająca i wstrząsająca. Anna Sakowicz przygląda się tu postępom choroby i scenom, na jakie człowiek nigdy nie może się przygotować - obserwowanie, jak ktoś bliski traci powoli kontakt z rzeczywistością jest wyjątkowo bolesne. Anielka musi zatem w przyspieszonym tempie dojrzeć - na razie ocenia po swojemu wszystko, czego jest świadkiem. Pozwala sobie na silne emocje wobec choroby - pan A. staje się obiektem pretensji i żalu, ale to niestety nie skłania go do opuszczenia domu. Anielka nie ustaje w wysiłkach, nawet jeśli jej infantylne pomysły nie budzą aprobaty innych członków rodziny. Babcia nie daje wsparcia, a mama stale chodzi podenerwowana. Zwłaszcza że choroba postępuje i wyzwala coraz bardziej niepokojące zachowania. Anna Sakowicz odmalowuje rzeczywistość codzienności z chorym w listach małej dziewczynki - Anielka przedstawia kolejne wydarzenia, które pokazują zmiany i kłopoty, przypomina dorosłym, że najmłodsze pokolenie też cierpi, boi się i potrzebuje pomocy - o czym łatwo zapomnieć, gdy trzeba zająć się najstarszymi. Jednak autorka nie chce przerażać odbiorców, ta książka o wiele bardziej wpłynie na pokolenie dorosłych, którzy mogą się zaraz mierzyć z podobnymi zmartwieniami. Autorka tłumaczy, że czasem nie wystarczy opieka bliskich i potrzeba specjalistycznego wsparcia, ale jednocześnie uświadamia czytelnikom, że bycie z chorą osobą jest bardzo ważne. Pokazuje różne oblicza choroby, oswaja z tematem, który dzieciom wydać się może bardzo egzotyczny. Ewa Beniak-Haremska ilustruje tutaj książkę trochę w stylu Iwony Chmielewskiej, oddala pozory bajkowości, stawia na dość ponury realizm. "Listy do A" to publikacja, która ma przyzwyczajać do Alzheimera w rodzinie (a żeby pan A. nie pozostał do końca zły - autorka dodaje posłowie, w którym omawia sylwetkę Alzheimera i istotę choroby). To książka ważna i potrzebna, chociaż niewesoła.

czwartek, 5 września 2024

Cazenove, Larbier: Mali bogowie. Centaur by się uśmiał

Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2024.

Z dzieciństwa

Cazenove i Larbier mają świetny pomysł na to, jak zainteresować młodych odbiorców mitologią grecką, a przy okazji porządnie rozśmieszać nie tylko najmłodsze pokolenie. Seria komiksów Mali bogowie dotyczy tych, którzy dopiero przygotowują się do wstąpienia na Olimp – dzieci, z których dopiero wyrosną wielcy bogowie. Na razie mali bohaterowie najchętniej dokazują, kombinują, jak wymigać się od szkolnych obowiązków albo uczą się czegoś na własnych błędach. Sporo przy tym zabawy i śmiechu, nie może zresztą być inaczej w świecie, w którym roi się od dzikich bestii, fantastycznych potworów i dziwacznych stworzeń. Zmiana perspektywy – z dorosłych i poważanych postaci na niesforne kilkulatki przynosi pole do popisu dla komika – i Cazenove bardzo dobrze to wykorzystuje.

W tomiku „Centaur by się uśmiał” zasada gatunkowa się nie zmienia. Pojawiają się krótkie, maksymalnie kilkustronicowe opowiastki, na stronie mieszczą się cztery wersy z kadrami, bo na poszczególnych ilustracjach znajduje się bardzo dużo szczegółów. Bohaterowie są tu przedstawiani z rozmachem, bardzo duży nacisk autor kładzie na ich mimikę i ogólnie na całą ekspresję – to przyciąga wzrok nawet dorosłych czytelników i będzie się podobać odbiorcom w różnym wieku. Siłą tych komiksów jest mocne puentowanie każdej historii z osobna – pojawiają się tu liczne zaskoczenia i pomysły, które rozśmieszają, a do tego wymuszają zestawianie komiksów z wiedzą na temat „dorosłych” wersji mitów. Cazenove stawia na uzupełnienie znanych wszystkim motywów, na pokazanie ich z innego ujęcia i z innymi akcentami – tu nie liczą się kary wieczne, a jedynie drobne nauczki dla dziecięcych bohaterów, przechytrza się rzadziej bogów, a częściej – nauczycieli. Można jednak przejść przyspieszony kurs mitologii zwłaszcza że pojawiają się w książce często prawdziwe nazwy kolejnych bohaterów, albo używane przez nich artefakty, sytuacje i sceny, gatunki i tematy powracające w mitologii – tyle że tutaj pełnią zupełnie inną funkcję. Działają na zapamiętywanie i budowanie skojarzeń, a jednocześnie funkcjonują jako wygodny punkt odniesienia do tworzenia żartów. Głównym przesłaniem jest w tym wypadku humor, na drugim miejscu jednak można postawić edukowanie najmłodszych (i starszych czytelników) w zakresie mitologii greckiej. Liczy się dobra zabawa, a przy okazji przypominanie podstawowych wiadomości i zjawisk charakterystycznych dla starożytnych bogów. To strzał w dziesiątkę: w wersji dla dzieci i przez dzieci prezentowanej pojawia się całe mnóstwo wypadków, dowcipów i ciekawostek. A ponieważ mitologia mocno bazowała na wyobraźni – jest tu i pole do popisu w ilustracjach. Faktycznie nie tylko śmiech, ale i podziwianie kolejnych kadrów mają tu znaczenie – autorzy fascynują i często przywołują robiące duże wrażenie sceny (olbrzym stugłowy!). Wydaje się też, że doskonale się przy tworzeniu tego komiksu bawią – bo każda opowiastka wypełniana jest po brzegi śmiesznymi scenkami, a także rozrywką samych postaci. Jest tu kolorowo, jest ciekawie, jest wesoło i można serię potraktować jako przyjemne zetknięcie się z tym, co w szkole wypada bardzo poważnie.

środa, 4 września 2024

Bluey, Strumyk

Harperkids, Warszawa 2024.

Zabawy

Dawniej dzieci potrafiły bawić się wszędzie i nie potrzebowały do tego wymyślnych urządzeń ani stałego podtrzymywania wyobraźni przez bodźce zewnętrzne. Tak przynajmniej stwierdzi pokolenie dzisiejszych dziadków, dla których przygoda Blue – zabawnego niebieskiego psa z kreskówki – nie ma w sobie nic dziwnego. To najmłodsi będą odkrywać uroki przyrody i możliwości płynące z wyjścia poza własną strefę komfortu. Wszystko zaczyna się od nudy – Blue nie może już wytrzymać na placu zabaw, każdą atrakcję przetestowała kilka razy i brakuje jej pomysłów na kolejne rozrywki. Bohaterka nie wie jeszcze, że propozycja wyprawy nad strumyk (z tatą, żeby było bezpiecznie) uświadomi jej, że to nie od urządzeń i zabawek zależy jej radość. Nad strumykiem Blue czuje się trochę zagubiona: początkowo nie radzi sobie z wymyślaniem, czym się zająć – na szczęście w pobliżu jest tata, który dużo objaśni (chodził nad ten strumyk, gdy sam był mały), a do tego otoczenie zapewnia moc atrakcji. Blue przekonuje się, jak przyjemne może być obserwowanie przyrody – ale dowiaduje się też, że świat poza placami zabaw jest „bardziej”: bardziej kłujący, bardziej szorstki, bardziej zasiedlany przez rozmaite żyjątka. Trzeba się do tego przyzwyczaić, trzeba to zaakceptować – dlatego tak ważne są spacery i zmiany w codziennych zadaniach. Blue nie stanie się żadna krzywda, może jedynie dowiedzieć się czegoś o sobie i własnych lękach: inni bohaterowie, którzy razem z tatą wyruszają na tę wycieczkę, odważnie eksplorują nieznane tereny, cieszą się przygodą i dążą do sprawdzania wszystkiego na własnej skórze. Blue jest ostrożna, nie chce zrobić sobie krzywdy, ale też nie wie, czego się spodziewać po otoczeniu. Nie musi przyznawać się do swojego lęku – inni tego nie zauważą, a sama bohaterka trafi do najmłodszych czytelników dzięki precyzyjnie – mimo dość ogólnej i szybkiej, pobieżnej narracji – nakreślanym reakcjom. Blue boi się i co do tego dzieci nie będą mieć wątpliwości. Nie trzeba tu ani przedstawiania jej stanu, ani tłumaczenia – wszystko stanie się jasne dla odbiorców dość szybko, sami w końcu przeżywają podobne dylematy w podobnych (albo niekoniecznie podobnych) okolicznościach. Blue jest tutaj po to, żeby oswajać strach, żeby uświadamiać, że nic złego się nie dzieje i że można spokojnie wziąć udział w ekspedycji.

Drobny tomik z nastawieniem na warstwę graficzną a nie tekstową przypadnie do gustu małym fanom Blue i jej bliskich. To opowieść prowadzona dynamicznie i bez przystanków na opisy – liczy się akcja, wszystko to, co wydarza się w codzienności Blue dla dzieci będzie satysfakcjonujące i atrakcyjne. Przy okazji twórcy mogą odnieść się do sytuacji znanych odbiorcom z doświadczenia i przypomnieć, że strach ma wielkie oczy. A do tego podsuwają dorosłym pomysł na to, co robić, jeśli atrakcje na placu zabaw znudzą się pociechom.

wtorek, 3 września 2024

Rafał Witek: Statek gagatek

Harperkids, Warszawa 2024.

Rejs

Często jest tak, że w książeczkach z cyklu Czytam sobie – ze względu na panujące w nich zasady dotyczące choćby niestosowania dwuznaków – autorzy sięgają po słowne wygibasy i słowa, które nie zdążyły jeszcze zaistnieć w świadomości maluchów. Można się zastanawiać, czy to utrudnienie ćwiczeń czytania, czy wręcz przeciwnie – poszerzanie zdolności językowych i kompetencji. Tomik Rafała Witka „Statek gagatek” raczej te kompetencje podnosi, chociaż są tu i dziwactwa tekstowe, kiedy ktoś „cmokta”, a załoga „lula” (zamiast spać, bo zmiękczenia też nie są tu dopuszczane). Autor jednak opowiada dzieciom w ograniczonej objętości kilkuset wyrazów przygodę na pełnym morzu, więc ma szansę przyciągnąć do tomiku kilkulatki. Statek gagatek to statek, który ma swoje humory i swoje pomysły. Bez względu na to, jak działa na nim załoga – a bardzo się stara, żeby coś ciekawego zaproponować pasażerom – sam statek może sprawić trochę niespodzianek. Nieprzypadkowo przecież nazywa się tak, jak się nazywa. Rafał Witek bawi się zatem morskimi motywami, a co za tym idzie – przyzwyczaja dzieci do języka związanego z pobytem na statku. Może to być poszerzenie horyzontów najmłodszych albo rodzaj literackiej egzotyki – z pewnością część słówek będzie musiała zostać przez rodziców objaśniona, bo najmłodsi mogą sobie sami nie poradzić ze wszelkimi cumowaniami i kokpitami, ba nawet nazwy w rodzaju Honolulu czy ukulele, chociaż bez wątpienia dźwięczne i rytmiczne, mogą sprawić trudność dzieciom, które dopiero uczą się czytać. „Statek gagatek” to zatem propozycja, która jest lekturowym wyzwaniem, ale też przyjemnością – w końcu autor stawia na wielką przygodę w wakacyjnym stylu, a Jola Richter-Magnuszewska sięga po graficzne rozwiązania, które przykują uwagę. Ta książeczka została tak przygotowana, żeby podczas czytania łatwo było śledzić kolejne wydarzenia i porównywać je z własnymi codziennymi doświadczeniami. Każdy może uczestniczyć w niezwykłym rejsie – Rafał Witek się o to postarał. Mały picture book przydaje się w lekcjach czytania – to opowieść daleka od tradycyjnych, dynamiczna i pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, autor stosuje też od czasu do czasu niby przypadkowe współbrzmienia, żeby jeszcze bardziej rozbawić dzieci i zaprosić je do ćwiczenia czytania. „Statek gagatek” to publikacja dla tych maluchów, które nie lubią rutyny i dążą do tego, żeby odkrywać samodzielnie jak najwięcej – może przypaść do gustu dzieciom, które nie mogą usiedzieć w miejscu. Bo i na tym statku znajdą ludzi uwielbiających zabawę i niespodzianki. „Statek gagatek” to tomik przyjemny, idealnie pokazujący założenia serii Czytam sobie i wspomagający pracę w ćwiczeniu rozpoznawania liter przez najmłodszych – taka propozycja w cyklu uświadamia kilkulatkom, że książki mogą służyć rozrywce.

poniedziałek, 2 września 2024

Mateo Guerrero, Tristan Roulot: Las czasu. Dzieci kamienia

Egmont, Warszawa 2024.

Poszukiwania

To jak serial w odcinkach, a gdyby w końcu stworzyć edycję zebraną i jedną wielką komiksową historię – nie będą ustawać wyrazy zachwytu. Na razie jednak Tristan Roulot pisze, a Mateo Guerrero rysuje fantastyczne przygody Dzieci kamienia. To fantastyka zamykana w działających na wyobraźnię kadrach. W głębi lasu, do którego nikt niepowołany nie będzie mógł się zapuścić nie istnieje starość. Starzenie się jest niemożliwe, księżyc w zasadzie nie przesuwa się po niebie, czas nie biegnie, nikt nie zastanawia się nad tym, co przyniesie przyszłość – bo większych zmian nie będzie. Wszyscy są tu dziećmi, za sprawą magicznego kamienia zatrzymanymi w pewnym momencie dorastania. Jednak kiedy ten stan rzeczy zostaje poważnie naruszony – złodziejka niszczy cenny kamień i kradnie jedną z części – dzieci muszą wyruszyć na wyprawę. Wiedzą, jak zresztą wszyscy bohaterowie przygodówek drogi, że muszą trzymać się razem i razem działać. Jeśli tego nie zrobią, wszyscy zginą – śmierć przyjdzie znacznie szybciej niż by się przypuszczało, a zmiany będą już nieodwracalne. Bohaterowie przekonują się zresztą o tym – nie wszystkie rejony są chronione przez magiczny kamień, więc łatwo jest zajrzeć w to, co nieuchronne. Opowieść urywa się dość nagle, pozostawiając odbiorców w niedosycie – pewnie każdy z czytelników chciałby zamknięcia pewnego wątku, tymczasem trzeba będzie czekać na kolejny zeszyt z serii.

Ten cykl jest pięknie wydany, w twardej oprawie i na kredowym papierze, dopasowane jest to do rozmachu stylistycznego w obrazkach. Mateo Guerrero traktuje ilustracje komiksowe jak małe dzieła sztuki. Inspiruje się wyraźnie mangowymi motywami, ma też filmowy sposób prowadzenia historii – przydaje się to w budzeniu zainteresowania komiksem wśród różnych grup wiekowych. Chociaż „Las czasu” to książka kierowana przede wszystkim do młodych czytelników – dzieci, które dorosły już do bardziej rozbudowanych narracji i do młodzieży – może spodobać się również dorosłym fanom fantastyki. Tu mniej liczy się wątek ruszania w drogę i poszukiwania cennych kryształów – jest to zresztą wyeksploatowany w tekstach popkultorowych motyw – bardziej jakość grafik. Guerrero cechuje się zdecydowaną kreską i zapełnia kadry wieloma szczegółami, dba o detale, które budują klimat całej opowieści, a także uprawdopodobniają samych bohaterów. Jest to propozycja starannie przygotowana, pełna nasyconych kolorów, ale też rozbudzających wyobraźnię scenerii. Autor decyduje się na spore jak na młodzieżowy komiks kadry – ale powiększanie przestrzeni ma dużo sensu, bo dzięki temu można zmieścić więcej informacji, które nie trafiają do tradycyjnej narracji. Rysunki przenoszą tu znacznie więcej treści niż dialogi, a całość nabiera dynamiki dzięki prostym chwytom tutaj przekształcanym na niemal baśniowe sceny. Roi się od niezwykłych stworzeń, a twórca ilustracji nie boi się koloru i przenoszenia przez niego emocji. Jest tu sporo zapierających dech w piersiach rozwiązań, więc też i zachwytów nad książką może być wiele – to dzieło wysokiej klasy.

niedziela, 1 września 2024

Borysław Czyżak: Kolekcja. Opowieści o współczesnej sztuce polskiej

Marginesy, Warszawa 2024.

Różnice

Żeby jak najlepiej poznawać sztukę, warto poświęcić czas na detale, na przyglądanie się pojedynczym dziełom albo konkretnym twórcom – i traktować to jako punkt wyjścia do dalszych lekcji. Borysław Czyżak w „Kolekcji” analizuje dzieła i biografie ośmiorga artystów: jest tu Wacław Taranczewski, Henryk Stażewski, Koji Kamoji, Erna Rosenstein, Maria Anto, Zuzanna Janin, Jarosław Modzelewski i Magdalena Abakanowicz – i rzeczywiście chociaż część nazwisk będzie odbiorcom znana, o sporej liczbie twórców odbiorcy nie będą mieli pojęcia. A Borysław Czyżak spokojnie prezentuje kolejne dokonania i pomysły, relacje w grupach artystycznych oraz związki rodzinne, komentuje wszystko, co mogło mieć wpływ na artystyczne wybory i na same dzieła. W książce pojawiają się reprodukcje – i to akurat bardzo się przydaje, bo kiedy autor postanawia opowiedzieć obraz, to z reguły robi to tak, że trudno byłoby sobie wyobrazić treść, zawartość płótna i ogólne wrażenie – bardzo interesujące staje się zderzenie słowa i obrazu, zaskakujące często i również mocno subiektywne. Borysław Czyżak fascynuje się twórczością tych, których wybrał do swoich szkiców. Jest w stanie prowadzić czytelników przez życiowe doświadczenia twórców i przez tematy powracające w ich sztuce. Oczywiście traktuje to bardzo wycinkowo, nie mógłby zresztą w niewielkich objętościowo artykułach zawrzeć wszystkiego – ale podsuwa czytelnikom tyle, żeby samodzielnie mogli później kontynuować poznawanie sztuki. Ważnym dla Czyżaka motywem są przeżycia wojenne lub – traumy starszego niż twórcy pokolenia, które odbijają się potem w sztuce ich dzieci. Przesłania w dziełach często wiążą się z kontekstami pozaartystycznymi, politycznymi lub historycznymi – i warto mieć wiedzę na temat biografii, żeby zrozumieć konkretne decyzje. W ten sposób Borysław Czyżak może uzasadnić sięganie do życiorysów i sprawdzanie zestawu przeżyć, które kształtują postacie ze szkiców jako twórców. Inaczej trudno by było wyjaśnić czerpanie z prywatnych spraw. Jednak dla Czyżaka elementy łączą się nierozerwalnie, wynikają z rzeczywistości dalekiej od sztuki – sztuka to następstwo życia. I tak autor prezentuje kolejne sylwetki.

Zwykle punktem wyjścia jest dzieło, które pozwala na snucie opowieści o artyście. Wydaje się jednak, że sieć wzajemnych relacji także w pewien sposób wpływa na wybieranie tematów: Borysław Czyżak wspomina o zależnościach i o spotkaniach, które stawały się inspiracjami. Często wybiera sytuacje czy sceny, które wydają się prawdopodobne jako źródło sztuki – a następnie pokazuje związki między rzeczywistością i tym, co pojawia się w gotowych pracach. Podaje czytelnikom szczegóły, których nie przenoszą dzieła – co pozwala inaczej interpretować obrazy lub rzeźby. „Kolekcja” to rodzaj prywatnego przewodnika po wycinku historii sztuki – połączonego z oglądaniem konkretnych, wybranych przez autora, prac. Takie rozwiązanie może się sprawdzić: da czytelnikom pojęcie o tym, co dzieje się w pewnych kręgach w sztuce współczesnej, umożliwi śledzenie trendów i zależności. Borysław Czyżak serwuje zestaw ciekawych szkiców biograficznych i dotyczących tworzenia – od strony powstawania pomysłów. Książka „Kolekcja” spodoba się tym, którzy o sztuce pojęcia nie mają i nawet jeśli chcieliby czegoś się dowiedzieć – nie wiedzą, od czego zacząć. To publikacja dla zainteresowanych wyobraźnią artysty.

Już rysuję! Zwierzęta

Kropka, Warszawa 2024.

Proste rysowanie

Poradników dotyczących rysowania jest na rynku całkiem sporo i każdy, nawet ten, kto uważa, że nie ma talentu, znajdzie tu coś dla siebie. Książki tego typu kierowane są przeważnie do najmłodszych, chociaż i dorośli znaleźliby tu dla siebie inspiracje. Najprościej jest przyciągnąć do publikacji dzieci tematem zwierząt – i w „Już rysuję! Zwierzęta” właśnie taka strategia została przez Dorotę Prończuk, autorkę ilustracji, wybrana. Książka składa się z trzydziestu rysunkowych podpowiedzi: fokę, koguta, konia, kozę, królika, lwa, małpę, owcę, pingwina, niedźwiedzia czy słonia – i inne stworzenia – można tu narysować w mocno uproszczonej i całkiem zabawnej wersji dzięki trzem krokom. Za każdym razem pojawiają się okienka z kolejnymi elementami i obejrzenie ich pozwala na uzupełnianie własnego rysunku. Zwierzęta mają zawadiackie miny i nadają się do bajkowych scenerii. Od razu pojawia się też w tomiku miejsce na własne próby: większą część jednej strony na rozkładówce zajmuje miejsce na ćwiczenia i rysunki – tuż pod wskazówkami, tak, żeby nie trzeba było zbytnio skakać wzrokiem. Ale w „Już rysuję! Zwierzęta” jest jeszcze jedna niespodzianka dla dzieci: strona sąsiadująca z treningową zawiera scenkę – ślimak na liściu czy wielbłąd na pustyni, wśród prostych elementów krajobrazu. Tu pojawia się jednokolorowe tło, a gotowe kontury można pokolorować. Jednak zostawione jest też miejsce na własne uzupełnienie scenki – trzeba wykorzystać dopiero co nabyte umiejętności i narysować konkretne stworzenie, wrysować je w obrazek. Dzięki temu dzieci zobaczą od razu, czy udało im się zapamiętać podpowiedzi i czy radzą sobie z wyzwaniem (nie można przesadzić z rozmiarami swojego dzieła), a przy okazji przekonają się, że poradnik ma wymiar praktyczny, bo gotowymi postaciami można ozdabiać kolejne własne obrazki. Takie rozwiązanie zachęca do pracy i do ćwiczenia ilustracji – a przecież to niezbędne, żeby móc pochwalić się nowymi zdolnościami. Dzieci od razu przekonają się, że zamieszczone tu wskazówki mogą się przydać w zwykłych codziennych rysunkach – i wykorzystają je. „Już rysuję! Zwierzęta” to książka, która nie przytłacza objętością, ale zawiera to, co niezbędne, żeby nabrać pewności w tworzeniu – poprawia warsztat, przekonuje dzieci do ćwiczeń i steruje ich wyobraźnią, bo przecież na podstawie stylu obrazków z tomiku można będzie tworzyć własne kolejne stworzenia i dowolnie zasiedlać nimi prace.

Obrazki są tu nieskomplikowane, ale zwierzęta, które w efekcie podpowiedzi powstaną, mają swój charakter. To powinno przekonać najmłodszych do podjęcia wysiłku i trenowania rysowania – zresztą ten wysiłek nie będzie przesadnie duży, a zaowocuje ciekawymi graficznymi propozycjami, bo przecież maluchy raczej nie poprzestaną na prześledzeniu podpowiedzi z tomiku, tylko zechcą kontynuować przygodę z rysowaniem. A jeśli dostaną narzędzia – w tym wypadku lekcję, jak rysować – mogą wzbogacić własne prace i tworzyć nowe historie obrazkowe. Co ważne: nie ma tu tekstu, nie ma nic do czytania, więc nawet te maluchy, które jeszcze liter nie znają, będą wiedziały, jak się bawić.