Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.
Pułapki na dorosłych (i nie tylko)
Uzależnienia kojarzyły się w społeczeństwie jeszcze do niedawna z narkotykami czy alkoholem, mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że powszechny zachwyt mediami elektronicznymi prowadzi do niebezpiecznych konsekwencji. Dostęp do komputerów również może działać na człowieka negatywnie. Adam Alter przygląda się „Uzależnieniom 2.0”, czyli temu wszystkiemu, co zagraża dzisiaj społeczeństwom w krajach najbardziej rozwiniętych. Wie, że uczeni stoją jeszcze na początku drogi: nie dorosło na razie pokolenie, które nie pamięta już rzeczywistości przed smartfonami – za to w dorosłość wkroczyły dzieci internetu. Książka „Uzależnienia 2.0” jest rzetelnym – i ciekawym z punktu widzenia zwykłego odbiorcy – opracowaniem tematu elektronicznych używek. Autor sprawdza, dlaczego ludzie w ogóle są podatni na uzależnienia i jakie elementy – choćby w najprostszych grach komputerowych – wpływają na mózg. „Nagrody” sprawiające, że gracz chce ich więcej, bywają absurdalne, a jednak pociągają za sobą przyzwyczajenia, które bardzo trudno wyleczyć. Będzie w tej opowieści trochę eksperymentów na szczurach i trochę relacji o dobrowolnym rażeniu się prądem przez ochotników – będzie też mnóstwo przypadków wymagających specjalistycznego leczenia. Tu nie kwestionuje się istnienia uzależnień od internetu, gier komputerowych, ale i… automatów do gier w kasynach – każdy rodzaj rozrywki zamieniać się może w niebezpieczny nawyk. Mało tego – Alter znajduje też miejsce dla ludzi, których uzależnienia dopadły w pracy: do wartych uwagi zagadnień należy choćby obsesyjne sprawdzanie poczty elektronicznej. A ponieważ elektronika coraz odważniej wkracza w codzienność, jeszcze przed erą internetu rzeczy pojawia się szereg przestróg przed gadżetami monitorującymi zachowania. Wszelkiego rodzaju opaski do pomiaru aktywności fizycznej niby służą propagowaniu zdrowego trybu życia, a jednak odbierają radość z samych ćwiczeń i zmuszają często użytkowników do aktywności ponad siły – co w prosty sposób prowadzi do kontuzji. Łatwo uzależnić się od tego typu przedmiotów – i w efekcie kreatywnie niszczyć zdrowie. O wpływie elektroniki na ciało i psychikę Adam Alter powiada atrakcyjnie. Prowadzi narrację zbliżoną do dawnych publikacji psychologicznych, tak samo skupia się na przypadkach wymagających terapii, przytacza przykłady z życia, ale też efekty badań i drogę, jaką przechodzili uczeni, żeby wpaść na właściwe tropy. U Altera wszystko stapia się w gawędziarską opowieść, która nie zatraca walorów naukowej, ale jest przystępna dla zwykłych czytelników. Autor nie dzieli swojej relacji na część teoretyczną i praktyczną, umiejętnie splata te sfery, popularyzuje wiedzę. Ucieka od schematów z publikacji naukowych, bo też i chce dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. Popisuje się umiejętnością prowadzenia barwnej opowieści, a odnieść sukces na rynku może również za sprawą tematu – w końcu poruszane tu zagadnienia dotyczą niemal każdego dzisiaj odbiorcy. Nie poświęca autor zbyt wiele miejsca (mimo że tematu nie przemilcza) na analizowanie wpływu elektroniki na najmłodszych – ostrzega przed pułapkami, w jakie wpaść mogą dorośli – a to dużo więcej niż spodziewaliby się czytelnicy. Jest w „Uzależnieniach 2.0” ciekawość badawcza, jest też umiejętność przekazywania zgromadzonych danych szerokiemu gronu odbiorców. Adam Alter świetnie wpisuje się w serię popularyzującą wiedzę – nie tylko tematyką, ale i stylem. Może przekonać do siebie użytkowników internetu za sprawą zrozumienia ich codziennych wyzwań. „Uzależnienia 2.0” to lektura prawie uzależniająca.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 8 stycznia 2019
poniedziałek, 7 stycznia 2019
Wojsław Brydak: Poste restante
Rebis, Poznań 2018.
Z rutyny
Na pierwszy plan powieści Wojsława Brydaka „Poste restante” wybija się szarość. Szarość dnia codziennego, szarość, która jest efektem niezrealizowanych marzeń i podporządkowywania się rutynie. Ta szarość niczym już nie zaskoczy – bohater będzie realizował odgórnie mu przypisany scenariusz, zestaw przeżyć, od których nie ma ucieczki. „Poste restante” to w pierwszym wymiarze książka o dojrzewaniu – z aspiracjami przetestowania doświadczeń pokolenia wolnego od wielkich momentów historycznych. Tu bohater zajmuje się sobą – i zmarnowanymi życiorysami tych, którzy kiedyś odważali się marzyć. Monolog wewnętrzny pełny jest goryczy, ale bez pretensji do innych. Wybór określonego schematu to wynik wychowania czy kultury, nie można nic na niego poradzić, chociaż niektórzy próbują. Na przykład Dominika. Ona żyje jak chce, nie ogląda się na innych. Bierze z codzienności to, na co ma ochotę, a jeśli cierpi, to tak, żeby nikt nie widział. Dominika też nie odniesie sukcesu – ale przynajmniej można jej zazdrościć swobody. Pracuje w teatrze i nie daje się wtłoczyć w ramki codzienności – nie dla niej zakazy i nakazy, powinności albo stereotypy. Wszystko jedno, o jaką dziedzinę życia chodzi – Dominika i tak się z niej wyłamie. To jedyna postać, której warto kibicować, chociaż nawet to nic nie da. W „Poste restante” rzeczywistość jest nie do pokonania – przytłacza i męczy.
Wojsław Brydak wybiera i łączy ze sobą dwa nurty- pierwszy to literatura dojrzewania, schematy z Bildungsroman ujawniają się zwłaszcza w stałej obecności wspomnień – a i w konkretnej tematyce tych wspomnień. Drugi nurt to literatura małych ojczyzn, bardzo autor dba o uwypuklenie tego, co w Krakowie, Rzeszowie lub Sopocie nadaje rytm małym sprawom. Tu rzeczy ważnych w ogóle nie będzie – ale z perspektywy jednostki ważne może być wszystko. Do swojej opowieści bohater stopniowo wprowadza coraz więcej postaci, każda kolejna funkcjonuje tu jako nośnik anegdot – nie tych rozśmieszających, a wspomnieniowych, familiarnych opowieści. Brydak spowalnia relację, przeładowuje ją indywidualnymi przypadkami, z których każdy będzie równoprawny – i każdy w podobny sposób pokaże bezradność człowieka wobec przeznaczenia.
Jest jeszcze matka, postać spajająca tę historię. Matka bohatera – jako jedyna – wykracza poza przypisaną sobie rolę. Stanowi antytezę opiekunki domowego ogniska. Przypomina o śmierci i o słabości ludzi. Sama nie dba o życie: wpada w depresję, bez przerwy płacze, znika z domu. Cierpi na cyklofrenię. Poza tym przeżywa cały szereg udarów, z których każdy kolejny odziera ją z części umiejętności bądź cech osobowych. Matka – najbardziej bezwolna – mimo wszystko stawia największy opór wobec rutyny. Nie ma nic do stracenia, chociaż trudno w jej przypadku mówić o osiągnięciu szczęśliwości. I tak Wojsław Brydak pisze tę książkę bez fajerwerków, gawędziarsko i zgodnie z gatunkowymi wytycznymi, ale unikając zaskoczeń. Stawia na to, co w pewnym stopniu wspólne jest czytelnikom, odwołuje się do łatwych do przejęcia doświadczeń. Serwuje prozę środka, tyle że niewiele z tego wyniknie.
Z rutyny
Na pierwszy plan powieści Wojsława Brydaka „Poste restante” wybija się szarość. Szarość dnia codziennego, szarość, która jest efektem niezrealizowanych marzeń i podporządkowywania się rutynie. Ta szarość niczym już nie zaskoczy – bohater będzie realizował odgórnie mu przypisany scenariusz, zestaw przeżyć, od których nie ma ucieczki. „Poste restante” to w pierwszym wymiarze książka o dojrzewaniu – z aspiracjami przetestowania doświadczeń pokolenia wolnego od wielkich momentów historycznych. Tu bohater zajmuje się sobą – i zmarnowanymi życiorysami tych, którzy kiedyś odważali się marzyć. Monolog wewnętrzny pełny jest goryczy, ale bez pretensji do innych. Wybór określonego schematu to wynik wychowania czy kultury, nie można nic na niego poradzić, chociaż niektórzy próbują. Na przykład Dominika. Ona żyje jak chce, nie ogląda się na innych. Bierze z codzienności to, na co ma ochotę, a jeśli cierpi, to tak, żeby nikt nie widział. Dominika też nie odniesie sukcesu – ale przynajmniej można jej zazdrościć swobody. Pracuje w teatrze i nie daje się wtłoczyć w ramki codzienności – nie dla niej zakazy i nakazy, powinności albo stereotypy. Wszystko jedno, o jaką dziedzinę życia chodzi – Dominika i tak się z niej wyłamie. To jedyna postać, której warto kibicować, chociaż nawet to nic nie da. W „Poste restante” rzeczywistość jest nie do pokonania – przytłacza i męczy.
Wojsław Brydak wybiera i łączy ze sobą dwa nurty- pierwszy to literatura dojrzewania, schematy z Bildungsroman ujawniają się zwłaszcza w stałej obecności wspomnień – a i w konkretnej tematyce tych wspomnień. Drugi nurt to literatura małych ojczyzn, bardzo autor dba o uwypuklenie tego, co w Krakowie, Rzeszowie lub Sopocie nadaje rytm małym sprawom. Tu rzeczy ważnych w ogóle nie będzie – ale z perspektywy jednostki ważne może być wszystko. Do swojej opowieści bohater stopniowo wprowadza coraz więcej postaci, każda kolejna funkcjonuje tu jako nośnik anegdot – nie tych rozśmieszających, a wspomnieniowych, familiarnych opowieści. Brydak spowalnia relację, przeładowuje ją indywidualnymi przypadkami, z których każdy będzie równoprawny – i każdy w podobny sposób pokaże bezradność człowieka wobec przeznaczenia.
Jest jeszcze matka, postać spajająca tę historię. Matka bohatera – jako jedyna – wykracza poza przypisaną sobie rolę. Stanowi antytezę opiekunki domowego ogniska. Przypomina o śmierci i o słabości ludzi. Sama nie dba o życie: wpada w depresję, bez przerwy płacze, znika z domu. Cierpi na cyklofrenię. Poza tym przeżywa cały szereg udarów, z których każdy kolejny odziera ją z części umiejętności bądź cech osobowych. Matka – najbardziej bezwolna – mimo wszystko stawia największy opór wobec rutyny. Nie ma nic do stracenia, chociaż trudno w jej przypadku mówić o osiągnięciu szczęśliwości. I tak Wojsław Brydak pisze tę książkę bez fajerwerków, gawędziarsko i zgodnie z gatunkowymi wytycznymi, ale unikając zaskoczeń. Stawia na to, co w pewnym stopniu wspólne jest czytelnikom, odwołuje się do łatwych do przejęcia doświadczeń. Serwuje prozę środka, tyle że niewiele z tego wyniknie.
niedziela, 6 stycznia 2019
Andre Aciman: Osiem białych nocy
W.A.B., Warszawa 2018.
Rozważania teoretyczne
„Jestem Clara” – z tymi słowami do bohatera tomu podchodzi na przyjęciu piękna nieznajoma. Budzi w ten sposób zainteresowanie i coś w rodzaju nieuświadamianego jeszcze pożądania. Mężczyzna, który do tej pory tylko się nudził i zamierzał nawet ulotnić z zabawy, czuje się zaintrygowany. Próbuje czytać między wierszami i bardzo długo przymierza się do interpretowania tych dwóch słów. „Jestem Clara” brzmi jak obietnica albo jak przestroga, raz niesie w sobie zapowiedź śmiechu, raz – rozpaczy, raz jest pełne znaczeń, by zamienić się w pustkę. Każdy etap krótkiej przecież rozmowy prowadzi do kolejnych odczytań, równie prawdopodobnych i równie błędnych co poprzednie. „Jestem Clara” to słowa, które bohater obraca w myślach przez cały czas spotkania. A przecież właściwie nic się nie dzieje. Clara jest zjawiskiem dla mężczyzny. Może zrobić wszystko – i nie straci na wartości. Być może z tego powodu, z postrzegania postaci jako bóstwa, bierze się brak zdecydowania w działaniu. Bohater próbuje odgadywać życzenia Clary jeszcze zanim zostaną wyrażone (zresztą niekoniecznie zostaną, bo Clara uwielbia posługiwać się zagadkami). Pomysł na konstrukcję tej historii jest równie banalny co akcja. Osiem rozdziałów to osiem spotkań – na początku przypadkowego, później umawianych – jednak nie będzie w nich znanych scenariuszy. Clara dyryguje mężczyzną, jej pragnienia wysuwają się na pierwszy plan. On – onieśmielony – podporządkowuje się rozmaitym żądaniom. Sam nie ma prawa zgłaszania własnych pomysłów – nawet gdyby się odważył, Clara błyskawicznie sprowadziłaby go na ziemię. To ona wymyśla reguły gry niemal na bieżąco. Raz zachowuje się jak mała rozkapryszona dziewczynka, raz – jak wamp. I w ten sposób wciąż podtrzymuje zainteresowanie dostrzeżonego na przyjęciu mężczyzny. Nie ma tu nawet zalążka związku, to dopiero kiełkująca znajomość – ale ponieważ opowieść oparta została na mężczyźnie, na jego przemyśleniach i nadziejach – czytelnicy otrzymają znacznie więcej niż by się na początku mogli spodziewać. W całej opowieści liczą się przede wszystkim słowa i widoczne to zaczyna być już w chwili, gdy po raz -nasty bohater przywołuje w myślach początkowe „Jestem Clara”, opatrując to nowymi interpretacjami. Tutaj analizy uczucia, jakie dopiero może zaistnieć, zabierają znacznie więcej miejsca niż komentarze na temat wydarzeń. Clara w centrum zainteresowania staje się obiektem gorących wyznań, które jednak nie wydostaną się poza umysł mężczyzny. Andre Aciman rezygnuje z realizowania skrytych fantazji. Na razie pozwala bohaterom lepiej się poznać, stworzyć charakterystyczny język związku. Tu przydają się hasła, które Clara rzuca, żeby rozładować atmosferę, tematy absurdalne – jasne jedynie dla dwojga ludzi. „Osiem białych nocy” to rejestr huśtawki emocjonalnej, doświadczeń w psychice. Sam bieg wydarzeń nie będzie tu odgrywać większej roli, „akcja” sprowadza się wyłącznie do tego, jak inicjować spotkania – albo jaka będzie konsekwencja poszczególnych rozmów. I czytelnicy przyzwyczajeni do produkcji masowych, w których coraz częściej eksponuje się erotykę jako wabik na odbiorców, będą zaskoczeni podejściem autora do wyłącznie platonicznych elementów relacji. Clara niekoniecznie przekona do swojej zjawiskowości odbiorców – ale autor każe zatrzymać się nie nad kreacjami postaci, a nad samym sposobem ich prezentowania. Proponuje bardzo drobiazgową narrację, spowalnia opowieść przez obfitość słów i ciągłe powracanie w myślach do konkretnych momentów egzystencji postaci. Jest to powieść dla wytrwałych – a i dla zmęczonych standardowymi kierunkami romansowych historii.
Rozważania teoretyczne
„Jestem Clara” – z tymi słowami do bohatera tomu podchodzi na przyjęciu piękna nieznajoma. Budzi w ten sposób zainteresowanie i coś w rodzaju nieuświadamianego jeszcze pożądania. Mężczyzna, który do tej pory tylko się nudził i zamierzał nawet ulotnić z zabawy, czuje się zaintrygowany. Próbuje czytać między wierszami i bardzo długo przymierza się do interpretowania tych dwóch słów. „Jestem Clara” brzmi jak obietnica albo jak przestroga, raz niesie w sobie zapowiedź śmiechu, raz – rozpaczy, raz jest pełne znaczeń, by zamienić się w pustkę. Każdy etap krótkiej przecież rozmowy prowadzi do kolejnych odczytań, równie prawdopodobnych i równie błędnych co poprzednie. „Jestem Clara” to słowa, które bohater obraca w myślach przez cały czas spotkania. A przecież właściwie nic się nie dzieje. Clara jest zjawiskiem dla mężczyzny. Może zrobić wszystko – i nie straci na wartości. Być może z tego powodu, z postrzegania postaci jako bóstwa, bierze się brak zdecydowania w działaniu. Bohater próbuje odgadywać życzenia Clary jeszcze zanim zostaną wyrażone (zresztą niekoniecznie zostaną, bo Clara uwielbia posługiwać się zagadkami). Pomysł na konstrukcję tej historii jest równie banalny co akcja. Osiem rozdziałów to osiem spotkań – na początku przypadkowego, później umawianych – jednak nie będzie w nich znanych scenariuszy. Clara dyryguje mężczyzną, jej pragnienia wysuwają się na pierwszy plan. On – onieśmielony – podporządkowuje się rozmaitym żądaniom. Sam nie ma prawa zgłaszania własnych pomysłów – nawet gdyby się odważył, Clara błyskawicznie sprowadziłaby go na ziemię. To ona wymyśla reguły gry niemal na bieżąco. Raz zachowuje się jak mała rozkapryszona dziewczynka, raz – jak wamp. I w ten sposób wciąż podtrzymuje zainteresowanie dostrzeżonego na przyjęciu mężczyzny. Nie ma tu nawet zalążka związku, to dopiero kiełkująca znajomość – ale ponieważ opowieść oparta została na mężczyźnie, na jego przemyśleniach i nadziejach – czytelnicy otrzymają znacznie więcej niż by się na początku mogli spodziewać. W całej opowieści liczą się przede wszystkim słowa i widoczne to zaczyna być już w chwili, gdy po raz -nasty bohater przywołuje w myślach początkowe „Jestem Clara”, opatrując to nowymi interpretacjami. Tutaj analizy uczucia, jakie dopiero może zaistnieć, zabierają znacznie więcej miejsca niż komentarze na temat wydarzeń. Clara w centrum zainteresowania staje się obiektem gorących wyznań, które jednak nie wydostaną się poza umysł mężczyzny. Andre Aciman rezygnuje z realizowania skrytych fantazji. Na razie pozwala bohaterom lepiej się poznać, stworzyć charakterystyczny język związku. Tu przydają się hasła, które Clara rzuca, żeby rozładować atmosferę, tematy absurdalne – jasne jedynie dla dwojga ludzi. „Osiem białych nocy” to rejestr huśtawki emocjonalnej, doświadczeń w psychice. Sam bieg wydarzeń nie będzie tu odgrywać większej roli, „akcja” sprowadza się wyłącznie do tego, jak inicjować spotkania – albo jaka będzie konsekwencja poszczególnych rozmów. I czytelnicy przyzwyczajeni do produkcji masowych, w których coraz częściej eksponuje się erotykę jako wabik na odbiorców, będą zaskoczeni podejściem autora do wyłącznie platonicznych elementów relacji. Clara niekoniecznie przekona do swojej zjawiskowości odbiorców – ale autor każe zatrzymać się nie nad kreacjami postaci, a nad samym sposobem ich prezentowania. Proponuje bardzo drobiazgową narrację, spowalnia opowieść przez obfitość słów i ciągłe powracanie w myślach do konkretnych momentów egzystencji postaci. Jest to powieść dla wytrwałych – a i dla zmęczonych standardowymi kierunkami romansowych historii.
Smerf Dzikus
Egmont, Warszawa 2018.
Nowy znajomy
Smerfy nawet nie przypuszczają, że poza Wioską żyć może – w zgodzie z wiewiórkami – ktoś bardzo do nich podobny, a jednak na skutek wychowania (czy też jego braku) tak bardzo różny. Dzikusa znajdują przypadkiem – po pożarze lasu wybierają się po zapasy na zimę – a za nimi do Wioski przybywa tajemniczy gość. Smerf Dzikus nie potrafi mówić, jest nieufny, a gdy poczuje się zagrożony – gryzie, atakuje lub ucieka. Nosi śmieszną czapkę z liści i kocha przyrodę. To bohater opowieści – pełnowymiarowego komiksu „Smerf Dzikus”. Dzikus w Wiosce Smerfów staje się atrakcją, ale i źródłem rozmaitych problemów, którym Papa Smerf musi zaradzać na bieżąco. Jest to jednak postać, która w pojedynkę może pokonać groźnego Gargamela.
Humorystyczny aspekt tej historyjki opiera się na niespodziewanym uczuciu, jakim Dzikus obdarza Ważniaka. Ważniak – jak zwykle – irytuje wszystkie Smerfy ciągłym odwoływaniem się do autorytetu Papy Smerfa lub przechwałkami. Dzikus nie rozumie wiele z jego wywodów – wie za to, że Ważniak uratował mu życie (przypadkiem, ale to akurat nie ma znaczenia). Papa Smerf właśnie Ważniaka wyznacza na tego, który trochę ucywilizuje Dzikusa. Zaczynają się lekcje mówienia, zachowania czy ubierania. Jedno jest pewne: Dzikus nie podporządkuje się szablonom, na tym polega zresztą jego urok. Z wyglądu może przypominać mieszkańców Wioski Smerfów, ale to jednak indywidualista z silnie rozwiniętym poczuciem tożsamości. Jego inność należy uszanować – dzieci przekonają się też dość szybko, że odmienność może stać się zaletą – nikt nie śmieje się z Dzikusa.
Dość prosty jest humor w tej przygodzie i bardzo dla Smerfów klasyczny – bohaterowie cieszą się z prymitywnych żartów Zgrywusa (obracanych przeciwko niemu) i ze slapstickowych gagów: taki śmiech nie zna podziałów, może więc łączyć cywilizowane Smerfy z ich dalekim krewnym. Z kolei dla tych odbiorców, którzy lubią dodatkowe smaczki dowcipów przygotowane zostały choćby płaszczyzny żartów u Smerfetki zachwycającej się przybyszem. Komicznie jak zawsze wypada Gargamel, czarownik bezskutecznie szukający Smerfów. Nawet jeśli na pewien czas odsłoni się droga do Wioski Smerfów, małe niebieskie stworki sprytem pokonają Gargamela – to powód, dla którego dzieci chcą wciąż czytać komiksy o Smerfach.
„Smerf Dzikus” to książka utrzymana w starym stylu, mimo że dochodzi tu postać nowa i nietypowa. Odbiorcy dostrzegą przede wszystkim stałe elementy kreowania świata przedstawionego: każdy z bohaterów ma swoje zadania do wykonania i każdy zachowuje się w rozpoznawalny sposób. Ta historyjka nie będzie mieć wielu odnóg, rozgrywa się linearnie i łatwo się domyślić jej przebiegu. Autorzy biorą pod uwagę rozwiązania wybierane przez Peyo – zarówno w samym scenariuszu jak i w kolorystyce czy w wyglądach kadrów.
„Smerf Dzikus” staje się zatem nie tylko udanym powrotem do bakowej przeszłości, ale też cenną lekcją dla małych czytelników – lekcją o traktowaniu innych ludzi i o braku uprzedzeń przy pierwszych kontaktach. Dzikus nie może zmienić zasad panujących w Wiosce – nawet nie próbowałby tego robić, jego obecność stałaby się czymś nienaturalnym w bajce. Przydaje się natomiast, żeby przekazać najmłodszym kilka uwag dotyczących zachowań w grupie. To bohater wyrazisty i przyciągający uwagę, kuszący w swojej odmienności – więc łatwiej mu będzie zawalczyć o małych czytelników.
Nowy znajomy
Smerfy nawet nie przypuszczają, że poza Wioską żyć może – w zgodzie z wiewiórkami – ktoś bardzo do nich podobny, a jednak na skutek wychowania (czy też jego braku) tak bardzo różny. Dzikusa znajdują przypadkiem – po pożarze lasu wybierają się po zapasy na zimę – a za nimi do Wioski przybywa tajemniczy gość. Smerf Dzikus nie potrafi mówić, jest nieufny, a gdy poczuje się zagrożony – gryzie, atakuje lub ucieka. Nosi śmieszną czapkę z liści i kocha przyrodę. To bohater opowieści – pełnowymiarowego komiksu „Smerf Dzikus”. Dzikus w Wiosce Smerfów staje się atrakcją, ale i źródłem rozmaitych problemów, którym Papa Smerf musi zaradzać na bieżąco. Jest to jednak postać, która w pojedynkę może pokonać groźnego Gargamela.
Humorystyczny aspekt tej historyjki opiera się na niespodziewanym uczuciu, jakim Dzikus obdarza Ważniaka. Ważniak – jak zwykle – irytuje wszystkie Smerfy ciągłym odwoływaniem się do autorytetu Papy Smerfa lub przechwałkami. Dzikus nie rozumie wiele z jego wywodów – wie za to, że Ważniak uratował mu życie (przypadkiem, ale to akurat nie ma znaczenia). Papa Smerf właśnie Ważniaka wyznacza na tego, który trochę ucywilizuje Dzikusa. Zaczynają się lekcje mówienia, zachowania czy ubierania. Jedno jest pewne: Dzikus nie podporządkuje się szablonom, na tym polega zresztą jego urok. Z wyglądu może przypominać mieszkańców Wioski Smerfów, ale to jednak indywidualista z silnie rozwiniętym poczuciem tożsamości. Jego inność należy uszanować – dzieci przekonają się też dość szybko, że odmienność może stać się zaletą – nikt nie śmieje się z Dzikusa.
Dość prosty jest humor w tej przygodzie i bardzo dla Smerfów klasyczny – bohaterowie cieszą się z prymitywnych żartów Zgrywusa (obracanych przeciwko niemu) i ze slapstickowych gagów: taki śmiech nie zna podziałów, może więc łączyć cywilizowane Smerfy z ich dalekim krewnym. Z kolei dla tych odbiorców, którzy lubią dodatkowe smaczki dowcipów przygotowane zostały choćby płaszczyzny żartów u Smerfetki zachwycającej się przybyszem. Komicznie jak zawsze wypada Gargamel, czarownik bezskutecznie szukający Smerfów. Nawet jeśli na pewien czas odsłoni się droga do Wioski Smerfów, małe niebieskie stworki sprytem pokonają Gargamela – to powód, dla którego dzieci chcą wciąż czytać komiksy o Smerfach.
„Smerf Dzikus” to książka utrzymana w starym stylu, mimo że dochodzi tu postać nowa i nietypowa. Odbiorcy dostrzegą przede wszystkim stałe elementy kreowania świata przedstawionego: każdy z bohaterów ma swoje zadania do wykonania i każdy zachowuje się w rozpoznawalny sposób. Ta historyjka nie będzie mieć wielu odnóg, rozgrywa się linearnie i łatwo się domyślić jej przebiegu. Autorzy biorą pod uwagę rozwiązania wybierane przez Peyo – zarówno w samym scenariuszu jak i w kolorystyce czy w wyglądach kadrów.
„Smerf Dzikus” staje się zatem nie tylko udanym powrotem do bakowej przeszłości, ale też cenną lekcją dla małych czytelników – lekcją o traktowaniu innych ludzi i o braku uprzedzeń przy pierwszych kontaktach. Dzikus nie może zmienić zasad panujących w Wiosce – nawet nie próbowałby tego robić, jego obecność stałaby się czymś nienaturalnym w bajce. Przydaje się natomiast, żeby przekazać najmłodszym kilka uwag dotyczących zachowań w grupie. To bohater wyrazisty i przyciągający uwagę, kuszący w swojej odmienności – więc łatwiej mu będzie zawalczyć o małych czytelników.
sobota, 5 stycznia 2019
Małgorzata Garkowska: Czego nie powiedziałam
Zysk i S-ka, Poznań 2018.
Sekret w związku
Emilia nie zamierza powiedzieć swojemu ukochanemu, że nie może mieć dzieci. Sekret z przeszłości stanowi barierę w relacjach z rodziną: Emilia odcięła się od matki, ale i od ojczyma, którego oskarża w duchu o najgorsze. Fakt, popełniła w młodości błąd, ale płacić ma za niego przez całe życie. Teraz próbuje jeszcze uszczknąć trochę szczęścia w związku z Robertem – zanim prawda wyjdzie na jaw i wszystko się zniszczy. Wprawdzie budowanie trwałego związku na kłamstwie nie wróży dobrze od początku – ale Małgorzata Garkowska nie ma innego pomysłu na mikroskopijną fabułkę, którą rozdmuchuje do rozmiarów powieści. Czytelniczki mają dostęp do wydarzeń z perspektywy Emilii – i do jej wyrzutów sumienia. Ale przyznawanie się w duchu do winy nie jest dobrą metodą na budowanie napięcia – w końcu zacznie nużyć, zwłaszcza że autorka na cel bierze sobie rejestrowanie naturalności, zwykłych dni zakochanych w sobie ludzi. Robert bardzo uważa na sygnały wysyłane przez Emilię – wie, czego jej trzeba i stara się reagować zgodnie z oczekiwaniami. Jest czuły, troskliwy i opiekuńczy, aż czasami zamienia się w słodkiego despotę – kiedy ogranicza kobiecie dostęp do kawy w trosce o upragnioną (przez niego) ciążę. Nie daje powodów do zazdrości (jego asystentka, Marta, ma na niego chrapkę, ale mężczyzna pozostaje obojętny na jej wdzięki). Wszystko po to, żeby bohaterka mogła poczuć się jak w raju. Mogłaby pławić się w szczęściu jak z bajki, gdyby nie świadomość okrucieństwa związanego z zatajeniem ważnej informacji. Małgorzata Garkowska bardzo się wysila, żeby przedstawić sielankę – a równolegle chce ją burzyć daną czytelniczkom wiedzą. Cała powieść opierać się będzie na wyjaśnieniu tajemnicy – punkt kulminacyjny to nieuchronne poznanie prawdy przez Roberta. Próbuje autorka pokazać nie tylko destrukcyjną siłę kłamstwa, ale i obraz strachu, który odbiera szansę na porozumienie. Przedstawia antywzorzec zachowania, nie będzie moralizować, bo odbiorczynie same zorientują się, na czym polega problem Emilii. To jednak za mało na fabułę, która powinna trzymać w napięciu chociaż trochę.
Bo w „Czego nie powiedziałam” dzieje się bardzo mało. Akcja koncentruje się na Robercie i Emilii, z rzadka widać jeszcze Martę lub rodziców pary. Najważniejsza para jednak spędza czas albo na łóżkowych igraszkach (z zadziwiającą jak na obyczajówkę częstotliwością), albo na rozmowach i spacerach. Nic nie zachwieje spokojem – i tylko Emilia (a wraz z nią czytelniczki) wie, że to cisza przed burzą. W tej powieści brakuje punktu zaczepienia, czegoś, co pozwoliłoby kibicować bohaterom albo się na nich złościć. Tu wszystko jest jasne: Emilia sama kręci na siebie bicz – więc nie powinna narzekać na los, jaki konsekwentnie sobie zapracowuje. Robert z kolei jest tu zbyt idealizowany. Do tego wszystkiego męczące jest jeszcze upodobanie bohaterki do analizowania miesiączek. Czytelniczki dobrze nie zdążą poznać marzeń postaci (nie mówiąc o ich znajomych czy codziennych obowiązkach) – a ze szczegółami będą mogły opowiedzieć, jak krwawi bohaterka i jakie ma w związku z tym przyzwyczajenia. Co prawda nie należy to do największych mankamentów w „Czego nie powiedziałam”, ale też trochę od narracji odpycha, zwłaszcza że przeciętne odbiorczynie nie mają raczej wiedzy, która pozwoliłaby im na podstawie takich przesłanek odgadnąć przedwcześnie tajemnicę Emilii.
Sekret w związku
Emilia nie zamierza powiedzieć swojemu ukochanemu, że nie może mieć dzieci. Sekret z przeszłości stanowi barierę w relacjach z rodziną: Emilia odcięła się od matki, ale i od ojczyma, którego oskarża w duchu o najgorsze. Fakt, popełniła w młodości błąd, ale płacić ma za niego przez całe życie. Teraz próbuje jeszcze uszczknąć trochę szczęścia w związku z Robertem – zanim prawda wyjdzie na jaw i wszystko się zniszczy. Wprawdzie budowanie trwałego związku na kłamstwie nie wróży dobrze od początku – ale Małgorzata Garkowska nie ma innego pomysłu na mikroskopijną fabułkę, którą rozdmuchuje do rozmiarów powieści. Czytelniczki mają dostęp do wydarzeń z perspektywy Emilii – i do jej wyrzutów sumienia. Ale przyznawanie się w duchu do winy nie jest dobrą metodą na budowanie napięcia – w końcu zacznie nużyć, zwłaszcza że autorka na cel bierze sobie rejestrowanie naturalności, zwykłych dni zakochanych w sobie ludzi. Robert bardzo uważa na sygnały wysyłane przez Emilię – wie, czego jej trzeba i stara się reagować zgodnie z oczekiwaniami. Jest czuły, troskliwy i opiekuńczy, aż czasami zamienia się w słodkiego despotę – kiedy ogranicza kobiecie dostęp do kawy w trosce o upragnioną (przez niego) ciążę. Nie daje powodów do zazdrości (jego asystentka, Marta, ma na niego chrapkę, ale mężczyzna pozostaje obojętny na jej wdzięki). Wszystko po to, żeby bohaterka mogła poczuć się jak w raju. Mogłaby pławić się w szczęściu jak z bajki, gdyby nie świadomość okrucieństwa związanego z zatajeniem ważnej informacji. Małgorzata Garkowska bardzo się wysila, żeby przedstawić sielankę – a równolegle chce ją burzyć daną czytelniczkom wiedzą. Cała powieść opierać się będzie na wyjaśnieniu tajemnicy – punkt kulminacyjny to nieuchronne poznanie prawdy przez Roberta. Próbuje autorka pokazać nie tylko destrukcyjną siłę kłamstwa, ale i obraz strachu, który odbiera szansę na porozumienie. Przedstawia antywzorzec zachowania, nie będzie moralizować, bo odbiorczynie same zorientują się, na czym polega problem Emilii. To jednak za mało na fabułę, która powinna trzymać w napięciu chociaż trochę.
Bo w „Czego nie powiedziałam” dzieje się bardzo mało. Akcja koncentruje się na Robercie i Emilii, z rzadka widać jeszcze Martę lub rodziców pary. Najważniejsza para jednak spędza czas albo na łóżkowych igraszkach (z zadziwiającą jak na obyczajówkę częstotliwością), albo na rozmowach i spacerach. Nic nie zachwieje spokojem – i tylko Emilia (a wraz z nią czytelniczki) wie, że to cisza przed burzą. W tej powieści brakuje punktu zaczepienia, czegoś, co pozwoliłoby kibicować bohaterom albo się na nich złościć. Tu wszystko jest jasne: Emilia sama kręci na siebie bicz – więc nie powinna narzekać na los, jaki konsekwentnie sobie zapracowuje. Robert z kolei jest tu zbyt idealizowany. Do tego wszystkiego męczące jest jeszcze upodobanie bohaterki do analizowania miesiączek. Czytelniczki dobrze nie zdążą poznać marzeń postaci (nie mówiąc o ich znajomych czy codziennych obowiązkach) – a ze szczegółami będą mogły opowiedzieć, jak krwawi bohaterka i jakie ma w związku z tym przyzwyczajenia. Co prawda nie należy to do największych mankamentów w „Czego nie powiedziałam”, ale też trochę od narracji odpycha, zwłaszcza że przeciętne odbiorczynie nie mają raczej wiedzy, która pozwoliłaby im na podstawie takich przesłanek odgadnąć przedwcześnie tajemnicę Emilii.
piątek, 4 stycznia 2019
Zack Davisson: Yurei. Niesamowite duchy w kulturze japońskiej
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.
Zestawienie symboli
Duchy w kulturze japońskiej są czym innym niż duchy dla odbiorców Zachodu, Zack Davisson świetnie zdaje sobie z tego sprawę i zamienia się w przewodnika po ukrytych sensach dzieł – literatury, malarstwa, teatru czy filmu. Daje odbiorcom zestaw narzędzi, które przydadzą się przy śledzeniu otworów (nawet tych, które funkcjonują w ramach popkultury i docierają do szerokich grup odbiorców). Przedstawia autor najbardziej znane czy najważniejsze duchy w kulturze japońskiej, opowiada, kim one są, skąd się wzięły, co przeżyły (jak zginęły) oraz… gdzie i w jakich okolicznościach się obawiają. Nawiązuje tutaj do obyczajowości i do wierzeń, do tradycji, ale i do współczesności. We wszystkich tych ujęciach duchy mogą się pojawiać – i dobrze umieć je rozróżniać. Nawet jeśli nie wierzy się w zjawiska nadprzyrodzone – warto poznać tę klasyfikację dla lepszego rozumienia tradycji japońskich. Zack Davisson do tematu podchodzi z badawczą dociekliwością, ale też z gawędziarskim wyczuciem. Przeładowuje tom faktami, ale czyni to tak, by nie przytłaczać odbiorców nadmiarem wiedzy – raczej żeby umożliwić im poznawanie nowych wiadomości. Poza odczytywaniem znaczeń niesionych przez duchy yurei autor przygląda się ich realizacjom w sztuce. I tak opowiada na przykład, jakie są charakterystyczne wizerunki wybranych duchów – a nawet co oznaczają konkretne rozwiązania plastyczne. Osobno omawia teatr – tu skupia się zwłaszcza na robieniu wrażenia na widzach, analizuje mechanizmy pozwalające przedstawiać duchy – czasami to system zapadni albo sposób oświetlenia, specjalny kostium lub… symbole znaczące niemal wyłącznie dla wtajemniczonych. Dzięki temu umożliwia szerokiemu gronu odbiorców pełniejsze doświadczanie sztuki. Jest świadomy, że yurei trafiają też do filmów, które mogą dotrzeć do mas – i docierają, tyle że bez odpowiedniego klucza interpretacyjnego zamiast strachu budzą śmiech. Zack Davisson deszyfruje ukryte znaczenia. Sporo miejsca poświęca w tomie również zbiorom opowieści, literaturze japońskiej. Odnotowuje kolejne próby tworzenia antologii opowieści niesamowitych, pokazuje, jak rozbudzała się wyobraźnia twórców – skąd brały się fabuły, które przeszły już do klasyki. „Yurei. Niesamowite duchy w kulturze japońskiej” to książka pełna atrakcyjnych dla czytelników szczegółów – ciekawie napisana. Tutaj, mimo zakorzenienia w faktach, nie odczuwa się przesytu informacjami, Davisson daje się poznać jako autor świadomy swojej roli w popularyzowaniu wiedzy o kulturze Japonii. W trakcie lektury staje się powoli jasne, jak wielkie są różnice w postrzeganiu przybyszy z zaświatów w kulturze Zachodu i w twórczości orientalnej. Autor pomaga zrozumieć twórcze wybory artystów i zakodowywane przez nich przesłania. Ale mimo niezwykle atrakcyjnej tematyki nic by z tego nie wyszło, gdyby Zack Davisson nie miał daru opowiadania. Na szczęście wie, jak zaintrygować czytelników, co im zaproponować, żeby zostali do końca przy popularnonaukowej lekturze i traktowali ją jako źródło rozrywki. „Yurei” to publikacja warta rozpropagowania, wypełniona oryginalnymi danymi, ale i bogatym materiałem ilustracyjnym. Odpowiednio dobrane przykłady przyciągają uwagę. To dobrze rozczytany fragment kultury i obyczajowości, dostarczający rozrywki najbardziej wymagającym odbiorcom.
Zestawienie symboli
Duchy w kulturze japońskiej są czym innym niż duchy dla odbiorców Zachodu, Zack Davisson świetnie zdaje sobie z tego sprawę i zamienia się w przewodnika po ukrytych sensach dzieł – literatury, malarstwa, teatru czy filmu. Daje odbiorcom zestaw narzędzi, które przydadzą się przy śledzeniu otworów (nawet tych, które funkcjonują w ramach popkultury i docierają do szerokich grup odbiorców). Przedstawia autor najbardziej znane czy najważniejsze duchy w kulturze japońskiej, opowiada, kim one są, skąd się wzięły, co przeżyły (jak zginęły) oraz… gdzie i w jakich okolicznościach się obawiają. Nawiązuje tutaj do obyczajowości i do wierzeń, do tradycji, ale i do współczesności. We wszystkich tych ujęciach duchy mogą się pojawiać – i dobrze umieć je rozróżniać. Nawet jeśli nie wierzy się w zjawiska nadprzyrodzone – warto poznać tę klasyfikację dla lepszego rozumienia tradycji japońskich. Zack Davisson do tematu podchodzi z badawczą dociekliwością, ale też z gawędziarskim wyczuciem. Przeładowuje tom faktami, ale czyni to tak, by nie przytłaczać odbiorców nadmiarem wiedzy – raczej żeby umożliwić im poznawanie nowych wiadomości. Poza odczytywaniem znaczeń niesionych przez duchy yurei autor przygląda się ich realizacjom w sztuce. I tak opowiada na przykład, jakie są charakterystyczne wizerunki wybranych duchów – a nawet co oznaczają konkretne rozwiązania plastyczne. Osobno omawia teatr – tu skupia się zwłaszcza na robieniu wrażenia na widzach, analizuje mechanizmy pozwalające przedstawiać duchy – czasami to system zapadni albo sposób oświetlenia, specjalny kostium lub… symbole znaczące niemal wyłącznie dla wtajemniczonych. Dzięki temu umożliwia szerokiemu gronu odbiorców pełniejsze doświadczanie sztuki. Jest świadomy, że yurei trafiają też do filmów, które mogą dotrzeć do mas – i docierają, tyle że bez odpowiedniego klucza interpretacyjnego zamiast strachu budzą śmiech. Zack Davisson deszyfruje ukryte znaczenia. Sporo miejsca poświęca w tomie również zbiorom opowieści, literaturze japońskiej. Odnotowuje kolejne próby tworzenia antologii opowieści niesamowitych, pokazuje, jak rozbudzała się wyobraźnia twórców – skąd brały się fabuły, które przeszły już do klasyki. „Yurei. Niesamowite duchy w kulturze japońskiej” to książka pełna atrakcyjnych dla czytelników szczegółów – ciekawie napisana. Tutaj, mimo zakorzenienia w faktach, nie odczuwa się przesytu informacjami, Davisson daje się poznać jako autor świadomy swojej roli w popularyzowaniu wiedzy o kulturze Japonii. W trakcie lektury staje się powoli jasne, jak wielkie są różnice w postrzeganiu przybyszy z zaświatów w kulturze Zachodu i w twórczości orientalnej. Autor pomaga zrozumieć twórcze wybory artystów i zakodowywane przez nich przesłania. Ale mimo niezwykle atrakcyjnej tematyki nic by z tego nie wyszło, gdyby Zack Davisson nie miał daru opowiadania. Na szczęście wie, jak zaintrygować czytelników, co im zaproponować, żeby zostali do końca przy popularnonaukowej lekturze i traktowali ją jako źródło rozrywki. „Yurei” to publikacja warta rozpropagowania, wypełniona oryginalnymi danymi, ale i bogatym materiałem ilustracyjnym. Odpowiednio dobrane przykłady przyciągają uwagę. To dobrze rozczytany fragment kultury i obyczajowości, dostarczający rozrywki najbardziej wymagającym odbiorcom.
czwartek, 3 stycznia 2019
Maciej Orłoś: O sztuce wystąpień publicznych
RM, Warszawa 2018.
Na scenie
Chociaż na rynku mnóstwo jest poradników dotyczących wystąpień publicznych, to książka Macieja Orłosia „O sztuce wystąpień publicznych” może czytelników najbardziej przekonać. Po pierwsze ze względu na kompleksową zawartość, przytaczanie i omawianie każdego aspektu, od autoprezentacji po technikę. Po drugie – dzięki formie, połączeniu poradnika i pamiętnika. Z tej publikacji sporo wyniosą zarówno ci, którzy przemawiają do innych sporadycznie, jak i ci, którzy czują się już specjalistami w tej dziedzinie. Maciej Orłoś zwraca się do szerokiego grona odbiorców, a ponieważ prowadzi również warsztaty dotyczące wystąpień publicznych, doskonale wie, kto i z jakimi problemami się boryka. Nie rezygnuje z żadnego elementu budowania scenicznego wizerunku (łącznie z panowaniem nad tremą i komponowaniem slajdów do prezentacji).
I tak autor pisze o doborze stroju (również – pod kamery) czy makijażu (to zwłaszcza w przypadku nagrań telewizyjnych, bo mężczyznom trudno uwierzyć, że aby wyglądać naturalnie, muszą przynajmniej się przypudrować). Każe pracować nad nerwowymi ruchami, objaśnia, co zrobić, a czego absolutnie nie robić z rękami. Oducza „ykania” i wtrącania drobnych (nieuświadamianych) powiedzonek. Dzieli się wiedzą na temat długości wystąpień i ich budowania. Porusza temat prezentacji multimedialnych (omawia między innymi często spotykane błędy – a to bardzo się przyda, bo wyjątkowo łatwo jest zanudzić publiczność źle przygotowanymi slajdami). Przechodzi również do zagadnień związanych z techniką. Podpowiada, na co zwrócić uwagę przy doborze oświetlenia, dlaczego warto poprosić o odsłuch i jak postępować ze statywami (upraszcza, pisząc o „elastycznych mikrofonach”, ale to nie ma większego znaczenia z punktu widzenia przeciętnego czytelnika). Podrzuca nawet informację, co pić, żeby uniknąć przykrych niespodzianek z gardłem. Dokładnie analizuje każdy element bycia na scenie – ale i poza nią. Sam, jako osoba rozpoznawalna, wie doskonale, że jego „scena” zaczyna się właściwie już za progiem jego domu – tłumaczy zatem, jak zadbać o pierwsze wrażenie, coś, czego nie da się już nadrobić. Mocno podkreśla znaczenie wysyłanych przez ciało sygnałów.
Orłoś pisze bardzo dobrze: przede wszystkim rzeczowo, proponuje naprawdę dużo porad i rozwiązań, większość dodatkowo argumentuje – podpiera odrębnymi przykładami z życia wziętymi, te funkcjonują tu trochę jak anegdoty, bo autor czasami przerysowuje i rozśmiesza. Do tych przykładów dodaje jeszcze swoje doświadczenia (nie pomijając błędów, które mają wtedy charakter edukacyjny) – tym przyciągnie czytelników, zamieniając poradnik w książkę, którą dobrze się czyta. W tym kontekście dodatkowego sensu nabierają kończące każdy rozdział wyliczeniowe podsumowania. To pomaga uporządkować i utrwalić wiadomości. Maciej Orłoś pisze tak, by z jego wywodów odbiorcy mogli na bieżąco korzystać, żeby na scenie nie tracili pewności siebie i żeby nie powielali błędów najczęściej psujących najlepsze wystąpienie. To lektura użytkowa, a jednak nadająca się do czytania również dla przyjemności – a anegdoty to jej atut poza podstawowym przeznaczeniem. „O sztuce wystąpień publicznych” nie jest wyłącznie zestawieniem wskazówek. Maciej Orłoś sprawia, że wszyscy, którzy muszą przemawiać do większego grona ludzi, zyskają solidne podstawy do swojego zadania.
Na scenie
Chociaż na rynku mnóstwo jest poradników dotyczących wystąpień publicznych, to książka Macieja Orłosia „O sztuce wystąpień publicznych” może czytelników najbardziej przekonać. Po pierwsze ze względu na kompleksową zawartość, przytaczanie i omawianie każdego aspektu, od autoprezentacji po technikę. Po drugie – dzięki formie, połączeniu poradnika i pamiętnika. Z tej publikacji sporo wyniosą zarówno ci, którzy przemawiają do innych sporadycznie, jak i ci, którzy czują się już specjalistami w tej dziedzinie. Maciej Orłoś zwraca się do szerokiego grona odbiorców, a ponieważ prowadzi również warsztaty dotyczące wystąpień publicznych, doskonale wie, kto i z jakimi problemami się boryka. Nie rezygnuje z żadnego elementu budowania scenicznego wizerunku (łącznie z panowaniem nad tremą i komponowaniem slajdów do prezentacji).
I tak autor pisze o doborze stroju (również – pod kamery) czy makijażu (to zwłaszcza w przypadku nagrań telewizyjnych, bo mężczyznom trudno uwierzyć, że aby wyglądać naturalnie, muszą przynajmniej się przypudrować). Każe pracować nad nerwowymi ruchami, objaśnia, co zrobić, a czego absolutnie nie robić z rękami. Oducza „ykania” i wtrącania drobnych (nieuświadamianych) powiedzonek. Dzieli się wiedzą na temat długości wystąpień i ich budowania. Porusza temat prezentacji multimedialnych (omawia między innymi często spotykane błędy – a to bardzo się przyda, bo wyjątkowo łatwo jest zanudzić publiczność źle przygotowanymi slajdami). Przechodzi również do zagadnień związanych z techniką. Podpowiada, na co zwrócić uwagę przy doborze oświetlenia, dlaczego warto poprosić o odsłuch i jak postępować ze statywami (upraszcza, pisząc o „elastycznych mikrofonach”, ale to nie ma większego znaczenia z punktu widzenia przeciętnego czytelnika). Podrzuca nawet informację, co pić, żeby uniknąć przykrych niespodzianek z gardłem. Dokładnie analizuje każdy element bycia na scenie – ale i poza nią. Sam, jako osoba rozpoznawalna, wie doskonale, że jego „scena” zaczyna się właściwie już za progiem jego domu – tłumaczy zatem, jak zadbać o pierwsze wrażenie, coś, czego nie da się już nadrobić. Mocno podkreśla znaczenie wysyłanych przez ciało sygnałów.
Orłoś pisze bardzo dobrze: przede wszystkim rzeczowo, proponuje naprawdę dużo porad i rozwiązań, większość dodatkowo argumentuje – podpiera odrębnymi przykładami z życia wziętymi, te funkcjonują tu trochę jak anegdoty, bo autor czasami przerysowuje i rozśmiesza. Do tych przykładów dodaje jeszcze swoje doświadczenia (nie pomijając błędów, które mają wtedy charakter edukacyjny) – tym przyciągnie czytelników, zamieniając poradnik w książkę, którą dobrze się czyta. W tym kontekście dodatkowego sensu nabierają kończące każdy rozdział wyliczeniowe podsumowania. To pomaga uporządkować i utrwalić wiadomości. Maciej Orłoś pisze tak, by z jego wywodów odbiorcy mogli na bieżąco korzystać, żeby na scenie nie tracili pewności siebie i żeby nie powielali błędów najczęściej psujących najlepsze wystąpienie. To lektura użytkowa, a jednak nadająca się do czytania również dla przyjemności – a anegdoty to jej atut poza podstawowym przeznaczeniem. „O sztuce wystąpień publicznych” nie jest wyłącznie zestawieniem wskazówek. Maciej Orłoś sprawia, że wszyscy, którzy muszą przemawiać do większego grona ludzi, zyskają solidne podstawy do swojego zadania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






