Media Rodzina, Poznań 2021.
Związek idealny
Minęło parę lat od wydania tej książki (początku serii "romansów studenckich") i sytuacja na rynku zmieniła się na tyle, że czytelniczkom wygodnie będzie odetchnąć od obyczajówek erotycznych i postawić na rozbrajającą naiwność w kształtowaniu się uczucia. Bohaterką i narratorką tomu "Lato koloru wiśni" jest Emely, która na studiach spotyka brata swojej najlepszej przyjaciółki. Elyas w nastoletnim czasie działał jej na nerwy, był pierwszą miłością i niestety pierwszym rozczarowaniem - zaprzepaścił szansę na związek. Teraz Elyas pojawia się w życiu Emely po siedmiu latach i zachowuje się tak, jakby chciał dziewczynę poderwać. Ta nie zamierza być jego kolejną łóżkową zdobyczą - odpycha go od siebie i nie reaguje na kolejne próby naprawienia sytuacji. Nie wierzy w dobre intencje Elyasa. Poza tym - pojawił się w jej życiu ktoś inny. Luca to chłopak, którego Emely "zna" tylko przez internet, nigdy jeszcze go nie spotkała i nie dąży do przyspieszenia biegu wydarzeń - wystarczają jej szczere maile, które wymienia z internautą. Doskonale się z nim rozumie, nic więc dziwnego, że czeka na każdą nową wiadomość. Tym łatwiej jej przez to odrzucać Elyasa. Jednak ten bohater wykazuje się zadziwiającą cierpliwością - stopniowo realizuje kolejne pomysły na to, jak oswoić dziewczynę.
"Lato koloru wiśni" to bardzo rozbudowana opowieść o tym, co robi zakochany chłopak w wersji idealnej. Emely może do woli nim pomiatać i odrzucać jego starania: Elyas i tak nie zrezygnuje, co więcej - wypracuje nowe możliwości spotkania i przekonania do siebie nieufnej dziewczyny. Carina Bartsch pokazuje odbiorczyniom siłę wymyślonego uczucia, nie pozwala bohaterom na roztkliwianie się nad sobą, zajmuje się za to próbami przełamania oporu. Prowadzi opowieść pozornie zwyczajną: oto bohaterowie funkcjonujący w gronie rówieśników - i przyjaciół - kibicujących im w potencjalnym związku. Młodzi ludzie spędzający ze sobą czas, rozwiązujący wzajemnie swoje problemy, wreszcie - uczący się funkcjonowania w społeczeństwie. Carina Bartsch nie zamęcza czytelniczek wizją ciągłego wzdychania i czekania na kontakt, może dzięki temu, że narrację prowadzi tutaj Emely, a ona jest sceptycznie nastawiona do nowej miłości. Skupia się zatem na szukaniu złośliwostek i ripost na pomysły Elyasa - dzięki temu unika się sentymentów i przewidywalności w poszczególnych elementach powieści (przewidywalność w obrazie całości oczywiście istnieje, chociaż autorka nie spieszy się do rozwiązania oczywistego, na szczęście). Jest w tej powieści obietnica wielkiego uczucia. Nie ma za to pożądania w stopniu znanym z dzisiejszych produkcji (zwłaszcza obyczajówek, które przechodzą za sprawą wymogów rynku w erotykę). To lekka opowieść, czytadło, w którym najbardziej liczy się budowanie przyjaźni - Bartsch wie, że taka postawa u bohaterów zaprocentuje pełnowartościowym związkiem. Co prawda przy okazji zajmuje się sprzedawaniem marzeń, pokazuje odbiorczyniom, że nieważne, jakby się wycofywały, i tak "ten właściwy" kandydat na partnera się nie wycofa w żadnym momencie - ale to w końcu prawo literatury rozrywkowej. "Lato koloru wiśni" może zatem wciąż trafiać do czytelniczek poszukujących idealizowanych historii o pięknej miłości.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 9 kwietnia 2021
Bing. Co lubi Sula
Harperkids, Warszawa 2021.
Upodobania
Taka lektura nie wymaga od maluchów wielkiego zaangażowania, ale może pozwolić na zastanowienie się nad własnymi upodobaniami i nad tym, co dla nich ważne. Zwraca uwagę formą: to picture book z kartonowymi stronami, ale - o nietypowym kształcie. Wycięty w fantazyjne linie sprawia, że słonica Sula na okładce dobrze wpisuje się w kształt tomiku. Seria Bing kierowana jest do najmłodszych odbiorców - można czytać te książeczki swoim pociechom, ale maluchy mogą również same bawić się tomikami. Brak ostrych krawędzi i tylko kilka kartonowych stron to szansa na zapoznawanie najmłodszych z książkami jako źródłem rozrywki. Tematyka została zawarta w tytule "Co lubi Sula" to obietnica przedstawienia ulubionej bohaterki dzieci, przyjaciółki królika Binga z kreskówki. Sula to słonica, która cieszy się z wszystkiego, co brokatowe, błyszczące i migoczące - ale to dopiero wstęp do jej wyliczenia. Prezentacja Suli oznacza sporo radości.
Warstwa tekstowa jest tu ograniczona do minimum i można potraktować tomik jako okazję do rozmawiania z dzieckiem o upodobaniach bohaterki. Każdy fan kreskówki wie przecież, z czego Sula słynie - i co składa się na jej charakterystykę. Dlatego też nie będzie tu zaskoczeń i da się zadawać zagadki odbiorcom. W tekście pojawiają się wyliczenia, podbarwiane jeszcze wykrzyknieniami oraz wyrazami dźwiękonaśladowczymi. Ulubione zabawy i rozrywki Suli to zajęcia, które mogą stać się też udziałem najmłodszych: każdy w końcu cieszy się, kiedy może malować kolorową tęczę, używać naklejek, a w wersji bardziej ambitnej - dekorować tort. Sula bawi się też w urządzanie przyjęć - i to wszystko stanowi podpowiedź dla dzieci. Odbiorcy, którzy zechcą pójść w ślady sympatycznej słonicy, znajdą szereg wskazówek dla siebie. Inni mogą odgadywać tematy z kolejnych rozkładówek, traktując ilustracje jako wyjaśnienia.
Słonica Sula na pewno nie będzie się nudzić - co oznacza, że i dzieci przy odkrywaniu tomiku też się nie znudzą. Kolorowe strony przynoszą szereg prostych obrazków. Zwykle to Sula podczas zabawy na jednolitym tle - albo w otoczeniu detali wyodrębnianych z rysunku, tak, żeby nic nie zakłócało maluchom odbioru. Tło jest jednobarwne i pastelowe, żeby nie zmęczyło oczu dzieci, słonica - trójwymiarowa. Obrazki są kolorowe, czasami pojawia się w nich też zmiana perspektywy czy mniej oczywiste zagospodarowanie kadru - to wystarczy, żeby zapewnić najmłodszym przejście w świat kreskówki i spotkanie z ulubionymi bohaterami. Królik Bing nie należy do postaci, które przesadnie komplikują wydarzenia - nadaje się zatem dla maluchów. Liczą się tu silne kolory, scenki, które pobudzają wyobraźnię - a to za sprawą rekwizytów, których używają bohaterowie. Dzieci mogą wykorzystać podobne zabawki, żeby naśladować scenki z książeczki.
Upodobania
Taka lektura nie wymaga od maluchów wielkiego zaangażowania, ale może pozwolić na zastanowienie się nad własnymi upodobaniami i nad tym, co dla nich ważne. Zwraca uwagę formą: to picture book z kartonowymi stronami, ale - o nietypowym kształcie. Wycięty w fantazyjne linie sprawia, że słonica Sula na okładce dobrze wpisuje się w kształt tomiku. Seria Bing kierowana jest do najmłodszych odbiorców - można czytać te książeczki swoim pociechom, ale maluchy mogą również same bawić się tomikami. Brak ostrych krawędzi i tylko kilka kartonowych stron to szansa na zapoznawanie najmłodszych z książkami jako źródłem rozrywki. Tematyka została zawarta w tytule "Co lubi Sula" to obietnica przedstawienia ulubionej bohaterki dzieci, przyjaciółki królika Binga z kreskówki. Sula to słonica, która cieszy się z wszystkiego, co brokatowe, błyszczące i migoczące - ale to dopiero wstęp do jej wyliczenia. Prezentacja Suli oznacza sporo radości.
Warstwa tekstowa jest tu ograniczona do minimum i można potraktować tomik jako okazję do rozmawiania z dzieckiem o upodobaniach bohaterki. Każdy fan kreskówki wie przecież, z czego Sula słynie - i co składa się na jej charakterystykę. Dlatego też nie będzie tu zaskoczeń i da się zadawać zagadki odbiorcom. W tekście pojawiają się wyliczenia, podbarwiane jeszcze wykrzyknieniami oraz wyrazami dźwiękonaśladowczymi. Ulubione zabawy i rozrywki Suli to zajęcia, które mogą stać się też udziałem najmłodszych: każdy w końcu cieszy się, kiedy może malować kolorową tęczę, używać naklejek, a w wersji bardziej ambitnej - dekorować tort. Sula bawi się też w urządzanie przyjęć - i to wszystko stanowi podpowiedź dla dzieci. Odbiorcy, którzy zechcą pójść w ślady sympatycznej słonicy, znajdą szereg wskazówek dla siebie. Inni mogą odgadywać tematy z kolejnych rozkładówek, traktując ilustracje jako wyjaśnienia.
Słonica Sula na pewno nie będzie się nudzić - co oznacza, że i dzieci przy odkrywaniu tomiku też się nie znudzą. Kolorowe strony przynoszą szereg prostych obrazków. Zwykle to Sula podczas zabawy na jednolitym tle - albo w otoczeniu detali wyodrębnianych z rysunku, tak, żeby nic nie zakłócało maluchom odbioru. Tło jest jednobarwne i pastelowe, żeby nie zmęczyło oczu dzieci, słonica - trójwymiarowa. Obrazki są kolorowe, czasami pojawia się w nich też zmiana perspektywy czy mniej oczywiste zagospodarowanie kadru - to wystarczy, żeby zapewnić najmłodszym przejście w świat kreskówki i spotkanie z ulubionymi bohaterami. Królik Bing nie należy do postaci, które przesadnie komplikują wydarzenia - nadaje się zatem dla maluchów. Liczą się tu silne kolory, scenki, które pobudzają wyobraźnię - a to za sprawą rekwizytów, których używają bohaterowie. Dzieci mogą wykorzystać podobne zabawki, żeby naśladować scenki z książeczki.
czwartek, 8 kwietnia 2021
Natalia Bryżko-Zapór: Pogranicze wszystkiego. Podróże po Wołyniu
Czarne, Wołowiec 2021.
Podróż
Ta obszerna książka przyciągnie miłośników odkrywania nieznanego. Natalia Bryżko-Zapór odwiedza tu Wołyń - miasta i miejscowości leżące najbliżej styku trzech granic - ale rezygnuje z podawania turystycznych wskazówek, zresztą - niewiele jest tu czynników, które kusiłyby globtroterów i zachęcały do wybrania się na wyprawę krajoznawczą. O wiele bardziej liczy się historia zatrzymana w codzienności oraz - sama codzienność, związana z koniecznością zwalczania rozmaitych problemów. Autorka postanawia zaprezentować Wołyń z wielu ujęć. Swoje eskapady traktuje jako punkt wyjścia i możliwość poznawania ciekawych ludzi. Czytelnikom proponuje natomiast opowieść poszatkowaną, złożoną z licznych detali i krótkich - za to dobrze puentowanych - relacji. W tej książce najważniejsze jest stykanie się przeszłości i teraźniejszości, przy czym nie ma mowy o tworzeniu skansenów czy o naiwnym podtrzymywaniu zwyczajów przez lokalne społeczności. Natalia Bryżko-Zapór szuka tego, co prawdziwe i szczere, a do tego - pozbawione cukierkowości. Bardzo zależy jej na tym, żeby odrzucić stereotypy związane z myśleniem o Wołyniu. Polsko-ukraińskie najbardziej burzliwe dzieje rzadko kiedy funkcjonują jeszcze w świadomości młodszych pokoleń, można budować porozumienie i uniknąć konfliktów - pod warunkiem, że obie strony zdecydują się oddalić uprzedzenia. Jeśli od czasu do czasu nawiąże autorka do lokalnej twórczości, do sztuki albo do wierzeń ocalających przeszłość, może zachęcić odbiorców do zgłębiania artystycznych działań z Wołynia. Częściej jednak wybiera pokazywanie sytuacji społecznej, losów zwykłych ludzi i - normalnego życia wobec tego, jak rzeczywistość została ukształtowana przez wydarzenia z przeszłości.
Cechą charakterystyczną "Pogranicza wszystkiego" jest więc zestawianie dawnych i obecnych czasów przez pryzmat pojedynczych ludzi, albo za sprawą ich opowieści. Autorka bardzo mocno zakorzenia relację w źródłach, tworzy niemal podręcznik do zrozumienia Wołynia, kiedy skupia się na tym, co minione. Opowiada o konkretnych faktach, żeby pokazać ich wpływ na to, co aktualne. Nie musi zastanawiać się nad tym, jak wprowadzić do narracji wiadomości, które czytelnicy poznać powinni, skoro jest w stanie wskazać powiązania ich z rzeczywistością żywą dla rozmówców. A ponieważ teksty w tomie "Pogranicze wszystkiego" są bardzo krótkie, to reportaże prasowe, przygotowane tak, by prowadzić do błyskawicznych puent, autorka niespecjalnie zajmuje się odtwarzaniem kontekstu zbierania materiałów. Nakreśla sytuacje bardzo szybko, żeby móc przejść do omawiania historii Wołynia, albo do aktualnych bolączek mieszkańców. Rzetelnie podbudowuje swoje obserwacje - z jednej strony to zakorzenienie w źródłach, z drugiej - wzmożona uwaga na to, co mówią miejscowi. Przy takim stężeniu wiadomości nie ma mowy o zastanawianiu się nad emocjami i na umieszczanie ich w tekstach. Natalia Bryżko-Zapór poprzestaje zatem na odmalowywaniu scenek rodzajowych w połączeniu z wyjaśnieniami niezbędnymi dla odbiorców. Jest zatem ta książka zbiorem informacji, spojrzeniem w głąb i przedstawieniem Wołynia w sposób daleki od turystycznych narracji.
Podróż
Ta obszerna książka przyciągnie miłośników odkrywania nieznanego. Natalia Bryżko-Zapór odwiedza tu Wołyń - miasta i miejscowości leżące najbliżej styku trzech granic - ale rezygnuje z podawania turystycznych wskazówek, zresztą - niewiele jest tu czynników, które kusiłyby globtroterów i zachęcały do wybrania się na wyprawę krajoznawczą. O wiele bardziej liczy się historia zatrzymana w codzienności oraz - sama codzienność, związana z koniecznością zwalczania rozmaitych problemów. Autorka postanawia zaprezentować Wołyń z wielu ujęć. Swoje eskapady traktuje jako punkt wyjścia i możliwość poznawania ciekawych ludzi. Czytelnikom proponuje natomiast opowieść poszatkowaną, złożoną z licznych detali i krótkich - za to dobrze puentowanych - relacji. W tej książce najważniejsze jest stykanie się przeszłości i teraźniejszości, przy czym nie ma mowy o tworzeniu skansenów czy o naiwnym podtrzymywaniu zwyczajów przez lokalne społeczności. Natalia Bryżko-Zapór szuka tego, co prawdziwe i szczere, a do tego - pozbawione cukierkowości. Bardzo zależy jej na tym, żeby odrzucić stereotypy związane z myśleniem o Wołyniu. Polsko-ukraińskie najbardziej burzliwe dzieje rzadko kiedy funkcjonują jeszcze w świadomości młodszych pokoleń, można budować porozumienie i uniknąć konfliktów - pod warunkiem, że obie strony zdecydują się oddalić uprzedzenia. Jeśli od czasu do czasu nawiąże autorka do lokalnej twórczości, do sztuki albo do wierzeń ocalających przeszłość, może zachęcić odbiorców do zgłębiania artystycznych działań z Wołynia. Częściej jednak wybiera pokazywanie sytuacji społecznej, losów zwykłych ludzi i - normalnego życia wobec tego, jak rzeczywistość została ukształtowana przez wydarzenia z przeszłości.
Cechą charakterystyczną "Pogranicza wszystkiego" jest więc zestawianie dawnych i obecnych czasów przez pryzmat pojedynczych ludzi, albo za sprawą ich opowieści. Autorka bardzo mocno zakorzenia relację w źródłach, tworzy niemal podręcznik do zrozumienia Wołynia, kiedy skupia się na tym, co minione. Opowiada o konkretnych faktach, żeby pokazać ich wpływ na to, co aktualne. Nie musi zastanawiać się nad tym, jak wprowadzić do narracji wiadomości, które czytelnicy poznać powinni, skoro jest w stanie wskazać powiązania ich z rzeczywistością żywą dla rozmówców. A ponieważ teksty w tomie "Pogranicze wszystkiego" są bardzo krótkie, to reportaże prasowe, przygotowane tak, by prowadzić do błyskawicznych puent, autorka niespecjalnie zajmuje się odtwarzaniem kontekstu zbierania materiałów. Nakreśla sytuacje bardzo szybko, żeby móc przejść do omawiania historii Wołynia, albo do aktualnych bolączek mieszkańców. Rzetelnie podbudowuje swoje obserwacje - z jednej strony to zakorzenienie w źródłach, z drugiej - wzmożona uwaga na to, co mówią miejscowi. Przy takim stężeniu wiadomości nie ma mowy o zastanawianiu się nad emocjami i na umieszczanie ich w tekstach. Natalia Bryżko-Zapór poprzestaje zatem na odmalowywaniu scenek rodzajowych w połączeniu z wyjaśnieniami niezbędnymi dla odbiorców. Jest zatem ta książka zbiorem informacji, spojrzeniem w głąb i przedstawieniem Wołynia w sposób daleki od turystycznych narracji.
Marta Maruszczak: Wirus w koronie, bakteria w kapsule, czyli wyprawa do mikroświata
Nasza Księgarnia, Warszawa 2021.
Wyjaśnienie dla dzieci
Najpierw podróże do wnętrza człowieka - między innymi do świata zmysłów. Teraz jednak Marta Maruszczak przygląda się kwestii najbardziej palącej i aktualnej - tak powstaje "Wirus w koronie, bakteria w kapsule, czyli wyprawa do mikroświata". Książka wielkoformatowa, ilustrowana bogato i pełna wiadomości, także związanych z obalaniem teorii spiskowych (chociaż bardzo subtelnie). Marta Maruszczak pozwala dzieciom poznać różnice między bakteriami i wirusami, tłumaczy, dlaczego wirus nie jest istotą żywą, pokazuje też budowę wirusa. Zestawia wirusy wywołujące choroby z groźnym oprogramowaniem - wie, że łatwiej będzie dotrzeć do dzieci przez to, co kojarzą doskonale. Znajduje Marta Maruszczak miejsce na opowiadanie o odporności człowieka: to jeden z elementów wyjaśnienia, jak działają wirusy i jak się przed nimi chronić. Wszystko po to, żeby przypomnieć, kiedy nie należy obniżać gorączki, dlaczego nosić maseczki i szczepić się, gdy pojawiają się choroby zagrażające życiu. Nie chodzi tu wyłącznie o koronawirusy (nie tylko tego wywołującego COVID-19, ale i wcześniejsze, powiązane z chorobami odzwierzęcymi). Autorka opowiada o różnych rodzajach wirusów (na przykład tych wywołujących katar lub grypę), opowiada też o bakteriach - i te dzieli, są przecież również bakterie "dobre" i potrzebne w codzienności. Dzięki takim komentarzom łatwiej będzie odbiorcom uporządkować wiadomości na temat mikroświata. Żeby nawiązać do tego, co się dzieje aktualnie, Marta Maruszczak przytacza komentarze dotyczące epidemii i pandemii, przedstawia takie wydarzenia w historii ludzkości. Wpisuje tym samym obecną sytuację w szerszy kontekst i zaspokaja ciekawość odbiorców.
"Wirus w koronie, bakteria w kapsule" to książka duża i przygotowana jako picture book, w którym ilustracje proponuje Artur Gulewicz. Jak zwykle - są one bardzo kolorowe, przyciągają wzrok i zastępują spis treści, bo odbiorcy będą tak naprawdę przeskakiwać od jednego do drugiego tematu za sprawą obrazków. Komentarze przygotowane przez Martę Maruszczak zostały przedstawione jak podpisy pod ilustracjami. Gulewicz przyciąga dzieci nietypowymi rozwiązaniami, między innymi przedstawia wizerunek wirusa jako bandyty czy czarnego charakteru z westernu. Artur Gulewicz bawi się tematem, wprowadza motywy z notatników, wyodrębnia graficznie część informacji, stosuje albo komiksowe wycinki, albo - powiększenia i zbliżenia, albo obrazki schematyczne, które mają rozbudzać ciekawość. Udaje mu się skutecznie łączyć różne techniki, nie ma tu miejsca na rutynę: każda rozkładówka jest osobnym zestawem rozmaitych wątków. Książka o wirusach i bakteriach może być w warstwie graficznej zabawna i kolorowa, wesoła za sprawą różnych bohaterów i zapadająca w pamięć (czy też ułatwiająca kojarzenie informacji) przez obrazkowe wyliczenia i podpowiedzi. Dla dzieci będzie to rodzaj ściągi, szybkiego przeglądu wiadomości. Dla rodziców - możliwość zainteresowania najmłodszych tym, co dzieje się wokół. Marta Maruszczak wyjaśnia wszystko rzetelnie i skrótowo: bez przegadania, za to z umiejętnością wydobycia podstawowych lęków czy pytań kilkulatków. Autorka odpowiada na niezadane pytania, rozwiewa wątpliwości, staje się przewodniczką po mikrobiologii. Zapewnia odbiorcom porcję danych dostosowanych do ich wieku i możliwości poznawczych - wprowadza na rynek tomik, który wpisuje się w wyjaśnienia wirusowe - a jednocześnie jest uniwersalny i może na dłużej zagościć w dziecięcych biblioteczkach.
Wyjaśnienie dla dzieci
Najpierw podróże do wnętrza człowieka - między innymi do świata zmysłów. Teraz jednak Marta Maruszczak przygląda się kwestii najbardziej palącej i aktualnej - tak powstaje "Wirus w koronie, bakteria w kapsule, czyli wyprawa do mikroświata". Książka wielkoformatowa, ilustrowana bogato i pełna wiadomości, także związanych z obalaniem teorii spiskowych (chociaż bardzo subtelnie). Marta Maruszczak pozwala dzieciom poznać różnice między bakteriami i wirusami, tłumaczy, dlaczego wirus nie jest istotą żywą, pokazuje też budowę wirusa. Zestawia wirusy wywołujące choroby z groźnym oprogramowaniem - wie, że łatwiej będzie dotrzeć do dzieci przez to, co kojarzą doskonale. Znajduje Marta Maruszczak miejsce na opowiadanie o odporności człowieka: to jeden z elementów wyjaśnienia, jak działają wirusy i jak się przed nimi chronić. Wszystko po to, żeby przypomnieć, kiedy nie należy obniżać gorączki, dlaczego nosić maseczki i szczepić się, gdy pojawiają się choroby zagrażające życiu. Nie chodzi tu wyłącznie o koronawirusy (nie tylko tego wywołującego COVID-19, ale i wcześniejsze, powiązane z chorobami odzwierzęcymi). Autorka opowiada o różnych rodzajach wirusów (na przykład tych wywołujących katar lub grypę), opowiada też o bakteriach - i te dzieli, są przecież również bakterie "dobre" i potrzebne w codzienności. Dzięki takim komentarzom łatwiej będzie odbiorcom uporządkować wiadomości na temat mikroświata. Żeby nawiązać do tego, co się dzieje aktualnie, Marta Maruszczak przytacza komentarze dotyczące epidemii i pandemii, przedstawia takie wydarzenia w historii ludzkości. Wpisuje tym samym obecną sytuację w szerszy kontekst i zaspokaja ciekawość odbiorców.
"Wirus w koronie, bakteria w kapsule" to książka duża i przygotowana jako picture book, w którym ilustracje proponuje Artur Gulewicz. Jak zwykle - są one bardzo kolorowe, przyciągają wzrok i zastępują spis treści, bo odbiorcy będą tak naprawdę przeskakiwać od jednego do drugiego tematu za sprawą obrazków. Komentarze przygotowane przez Martę Maruszczak zostały przedstawione jak podpisy pod ilustracjami. Gulewicz przyciąga dzieci nietypowymi rozwiązaniami, między innymi przedstawia wizerunek wirusa jako bandyty czy czarnego charakteru z westernu. Artur Gulewicz bawi się tematem, wprowadza motywy z notatników, wyodrębnia graficznie część informacji, stosuje albo komiksowe wycinki, albo - powiększenia i zbliżenia, albo obrazki schematyczne, które mają rozbudzać ciekawość. Udaje mu się skutecznie łączyć różne techniki, nie ma tu miejsca na rutynę: każda rozkładówka jest osobnym zestawem rozmaitych wątków. Książka o wirusach i bakteriach może być w warstwie graficznej zabawna i kolorowa, wesoła za sprawą różnych bohaterów i zapadająca w pamięć (czy też ułatwiająca kojarzenie informacji) przez obrazkowe wyliczenia i podpowiedzi. Dla dzieci będzie to rodzaj ściągi, szybkiego przeglądu wiadomości. Dla rodziców - możliwość zainteresowania najmłodszych tym, co dzieje się wokół. Marta Maruszczak wyjaśnia wszystko rzetelnie i skrótowo: bez przegadania, za to z umiejętnością wydobycia podstawowych lęków czy pytań kilkulatków. Autorka odpowiada na niezadane pytania, rozwiewa wątpliwości, staje się przewodniczką po mikrobiologii. Zapewnia odbiorcom porcję danych dostosowanych do ich wieku i możliwości poznawczych - wprowadza na rynek tomik, który wpisuje się w wyjaśnienia wirusowe - a jednocześnie jest uniwersalny i może na dłużej zagościć w dziecięcych biblioteczkach.
środa, 7 kwietnia 2021
Markus Torgeby, Frida Torgeby: Pod gołym niebem. Żyj w rytmie natury
Znak, Kraków 2021.
Preppersi dla siebie
Zwykle ktoś, kto decyduje się na życie na własnych zasadach, dorabia do tego jeszcze własną ideologię - albo wpisuje się w jakiś trend i usiłuje wszystkich przekonać, że to wyraża jego zainteresowania i pasje. Jednak Markus Torgeby robi coś zupełnie innego. Prowadzi odbiorców do swoich prywatnych demonów: tłumaczy, że pobyt na świeżym (i zimnym) powietrzu pozwalał mu uspokoić myśli i doprowadzić do wewnętrznego uporządkowania. Nie potrafi żyć normalnie, przynajmniej - według "norm" przyjętych przez społeczeństwo. A skoro udało mu się znaleźć lekarstwo najlepsze dla siebie, wprowadza je w życie. Nie zachęca do pójścia w swoje ślady, nie reklamuje reguł, którymi się kieruje. Jeśli jednak ktoś będzie chciał wykorzystać podobny sposób na egzystencję (z różnych powodów, być może takich, jak u autora) - wprowadza szereg komentarzy pozwalających na naśladownictwo. "Pod gołym niebem. Żyj w rytmie natury" nie jest poradnikiem - a przynajmniej - nie typowym. Bardziej liczy się tutaj bowiem zestaw autoanaliz połączony z praktycznymi wskazówkami.
Autor przez długi czas uczył się funkcjonować wśród innych, ale w końcu stwierdził, że najwięcej satysfakcji daje mu przebywanie na łonie natury. Zaczyna od spania pod gołym niebem - przy czym uprawia tę sztukę w raczej surowym klimacie. Spanie pod gołym niebem może satysfakcjonować, kiedy jest to sposób na wakacyjną noc. Tymczasem Markus Torgeby śpi pod gołym niebem (albo pod namiotem) nawet w zimie. I opowiada czytelnikom, jak przygotować się do takiego zachowania. Uczy "traperskich" sztuczek, wyjaśnia, jak rozpalić ogień, jak przygotowywać posiłki (sam przez długi czas żywi się płatkami owsianymi, co pozwala mu na oszczędzanie pieniędzy, za to niekoniecznie na dłuższą metę pozytywnie wpływa na zdrowie). Mówi, jak suszyć ubrania (w ogóle sporo miejsca przeznacza na kwestię zachowania ciepła i dbania o organizm), jak przygotować sobie legowisko i jakich narzędzi używać (dla niego najważniejsza jest odpowiednio przygotowana siekiera). Pod gołym niebem bierze kąpiel i załatwia wszystkie potrzeby fizjologiczne (w tej kwestii - proponuje przegląd najwygodniejszych zamienników papieru toaletowego). Nie przejmuje się tym, czy odbiorcy podążą za nim - nie zamierza szukać naśladowców, podkreśla jednak, że jemu taki tryb życia odpowiadał i bardzo pomagał. Staje się przewodnikiem po egzystencji w surowych warunkach, pozwala przemyśleć ewentualne decyzje o zmianie trybu życia. Jest precyzyjny - wie, jakie dylematy będą się pojawiały i dba o odpowiednie przygotowanie czytelników na wyzwania. Niczego nie komplikuje: dla niego prostota to jeden z większych atutów życia na łonie natury.
Markus Torgeby dzieli się z czytelnikami prawdziwą pasją. Nie ma w nim wyrachowania ani prób wpisywania się w modę. Ma do opowiedzenia sporo ciekawych rzeczy - dzięki temu, że żył według wskazanych przez siebie zasad. "Pod gołym niebem" w dużej części dotyczy jego przeszłości: w końcu bowiem Torgeby wyszedł z lasu i założył rodzinę. Od czasu do czasu jednak decyduje się na powrót do natury, uczy tego też swoje dzieci. Frida Torgeby, żona autora, stworzyła fantastyczne - niemal baśniowe zdjęcia do tego tomu, zamieniając go w album.
Preppersi dla siebie
Zwykle ktoś, kto decyduje się na życie na własnych zasadach, dorabia do tego jeszcze własną ideologię - albo wpisuje się w jakiś trend i usiłuje wszystkich przekonać, że to wyraża jego zainteresowania i pasje. Jednak Markus Torgeby robi coś zupełnie innego. Prowadzi odbiorców do swoich prywatnych demonów: tłumaczy, że pobyt na świeżym (i zimnym) powietrzu pozwalał mu uspokoić myśli i doprowadzić do wewnętrznego uporządkowania. Nie potrafi żyć normalnie, przynajmniej - według "norm" przyjętych przez społeczeństwo. A skoro udało mu się znaleźć lekarstwo najlepsze dla siebie, wprowadza je w życie. Nie zachęca do pójścia w swoje ślady, nie reklamuje reguł, którymi się kieruje. Jeśli jednak ktoś będzie chciał wykorzystać podobny sposób na egzystencję (z różnych powodów, być może takich, jak u autora) - wprowadza szereg komentarzy pozwalających na naśladownictwo. "Pod gołym niebem. Żyj w rytmie natury" nie jest poradnikiem - a przynajmniej - nie typowym. Bardziej liczy się tutaj bowiem zestaw autoanaliz połączony z praktycznymi wskazówkami.
Autor przez długi czas uczył się funkcjonować wśród innych, ale w końcu stwierdził, że najwięcej satysfakcji daje mu przebywanie na łonie natury. Zaczyna od spania pod gołym niebem - przy czym uprawia tę sztukę w raczej surowym klimacie. Spanie pod gołym niebem może satysfakcjonować, kiedy jest to sposób na wakacyjną noc. Tymczasem Markus Torgeby śpi pod gołym niebem (albo pod namiotem) nawet w zimie. I opowiada czytelnikom, jak przygotować się do takiego zachowania. Uczy "traperskich" sztuczek, wyjaśnia, jak rozpalić ogień, jak przygotowywać posiłki (sam przez długi czas żywi się płatkami owsianymi, co pozwala mu na oszczędzanie pieniędzy, za to niekoniecznie na dłuższą metę pozytywnie wpływa na zdrowie). Mówi, jak suszyć ubrania (w ogóle sporo miejsca przeznacza na kwestię zachowania ciepła i dbania o organizm), jak przygotować sobie legowisko i jakich narzędzi używać (dla niego najważniejsza jest odpowiednio przygotowana siekiera). Pod gołym niebem bierze kąpiel i załatwia wszystkie potrzeby fizjologiczne (w tej kwestii - proponuje przegląd najwygodniejszych zamienników papieru toaletowego). Nie przejmuje się tym, czy odbiorcy podążą za nim - nie zamierza szukać naśladowców, podkreśla jednak, że jemu taki tryb życia odpowiadał i bardzo pomagał. Staje się przewodnikiem po egzystencji w surowych warunkach, pozwala przemyśleć ewentualne decyzje o zmianie trybu życia. Jest precyzyjny - wie, jakie dylematy będą się pojawiały i dba o odpowiednie przygotowanie czytelników na wyzwania. Niczego nie komplikuje: dla niego prostota to jeden z większych atutów życia na łonie natury.
Markus Torgeby dzieli się z czytelnikami prawdziwą pasją. Nie ma w nim wyrachowania ani prób wpisywania się w modę. Ma do opowiedzenia sporo ciekawych rzeczy - dzięki temu, że żył według wskazanych przez siebie zasad. "Pod gołym niebem" w dużej części dotyczy jego przeszłości: w końcu bowiem Torgeby wyszedł z lasu i założył rodzinę. Od czasu do czasu jednak decyduje się na powrót do natury, uczy tego też swoje dzieci. Frida Torgeby, żona autora, stworzyła fantastyczne - niemal baśniowe zdjęcia do tego tomu, zamieniając go w album.
Maria Sternicka-Urbanke: Amadeusz Foczka (ale z głową bobra)
Dwie Siostry, Warszawa 2021.
Różne głowy
W tej książce ważny jest pomysł - i ze względu na pomysł mogła ta książka faktycznie podbić serca jury. Traf jednak chciał, że wygrała w III edycji międzynarodowego konkursu na projekt ilustrowanej książki dla dzieci "Jasnowidze" i tu już wątpliwości mogą się pojawić. Maria Sternicka-Urbanke stworzyła bowiem tomik "Amadeusz Foczka (ale z głową bobra), a Justyna Sokołowska stworzyła obrazki w stylu bardzo dziecinnym i nonszalanckim. Infantylizm obrazkowy odwraca uwagę od pomysłu, a nonszalancja objawia się choćby w rozmazywaniu śladów kredek. To, co u dzieci zwykle spotyka się z krytyką, tu jest eksponowane - a ponieważ Justyna Sokołowska nie prezentuje żadnego innego wyróżnika swoich rysunków - rodzi się pytanie, na czym dzisiaj polega sztuka ilustrowania. Sama książka robi dobre wrażenie, chociaż została oparta na jednym prostym skojarzeniu. Amadeusz Foczka jest fryzjerem - i nie ma to większego znaczenia, trzeba go po prostu wysłać w świat, żeby spotykał innych bohaterów, tak samo odmieńców jak on. W tym świecie, wykreowanym przez Sternicką-Urbanke każde napotkane zwierzę jest połączeniem dwóch przeciwieństw, hybrydą stworzoną z różnych istot. O ile jednak foka z głową bobra jakoś się broni (i to, i to lubi wodę), o tyle już kurolisica czy tygrysozając zaskakują dzieci. Maluchy uwielbiają takie kontrasty i poczują się rozbawione - dla autorki to jednak możliwość wyjścia do refleksji nad tym, kim się jest. Każdy z bohaterów może zastanowić się nad tym, która część jego ciała ma go definiować i która ma dominować - tymczasem rozwiązanie jest całkiem proste i można na nie wpaść. Na szczęście Amadeusz Foczka spotka kogoś, kto przerwie jego dylematy i rozwieje wątpliwości.
Sposób ilustrowania książki zachwytów raczej nie budzi, jednak pomysł na obrazki ma w sobie coś. Justyna Sokołowska podąża za tekstem i wprowadza hybrydowych bohaterów, dwuczłonowych i dziwnych - jednak unika prostego rozbawiania dzieci. Zamiast pokazywać im osobniki nieistniejące w rzeczywistości, sklejone przedziwnie z różnych gatunków, decyduje się na rozdzielanie postaci. W każdej rozkładówce prezentuje tylko jedną część zwierzęcia - druga ukryta jest w dziurze - na następnej rozkładówce pojawi się ten pominięty człon. To rozwiązanie, które zmusza dzieci do uruchomienia wyobraźni i nie wyręcza ich w wymyślaniu, jak powinni wyglądać bohaterowie zaproponowani w bajce. Opowieść jest raczej tendencyjna, nie zaskakuje - momentami nawet wydaje się, że jest przez "życiowość" (wizytę u fryzjera) maksymalnie odległa od standardowych bajek. To, co w niej wartościowe, mieści się poza tekstem i poza ilustracjami, w samej idei. Przedstawienie najmłodszym bohaterów niepewnych siebie i pełnych wątpliwości co do własnej tożsamości to prosty sposób na zaakcentowanie, że nie każdy jest w stanie się odnaleźć w dzisiejszym świecie - niektórzy potrzebują drogowskazu, żeby dojść do samoakceptacji we wnioskach. "Amadeusz Foczka (ale z głową bobra)" to tomik, który ma przyciągać dzieci i rozbudzać ich ciekawość - a dopiero po komicznych prezentacjach zróżnicowanych bohaterów wyjaśni się w nim, do czego autorka dąży.
Różne głowy
W tej książce ważny jest pomysł - i ze względu na pomysł mogła ta książka faktycznie podbić serca jury. Traf jednak chciał, że wygrała w III edycji międzynarodowego konkursu na projekt ilustrowanej książki dla dzieci "Jasnowidze" i tu już wątpliwości mogą się pojawić. Maria Sternicka-Urbanke stworzyła bowiem tomik "Amadeusz Foczka (ale z głową bobra), a Justyna Sokołowska stworzyła obrazki w stylu bardzo dziecinnym i nonszalanckim. Infantylizm obrazkowy odwraca uwagę od pomysłu, a nonszalancja objawia się choćby w rozmazywaniu śladów kredek. To, co u dzieci zwykle spotyka się z krytyką, tu jest eksponowane - a ponieważ Justyna Sokołowska nie prezentuje żadnego innego wyróżnika swoich rysunków - rodzi się pytanie, na czym dzisiaj polega sztuka ilustrowania. Sama książka robi dobre wrażenie, chociaż została oparta na jednym prostym skojarzeniu. Amadeusz Foczka jest fryzjerem - i nie ma to większego znaczenia, trzeba go po prostu wysłać w świat, żeby spotykał innych bohaterów, tak samo odmieńców jak on. W tym świecie, wykreowanym przez Sternicką-Urbanke każde napotkane zwierzę jest połączeniem dwóch przeciwieństw, hybrydą stworzoną z różnych istot. O ile jednak foka z głową bobra jakoś się broni (i to, i to lubi wodę), o tyle już kurolisica czy tygrysozając zaskakują dzieci. Maluchy uwielbiają takie kontrasty i poczują się rozbawione - dla autorki to jednak możliwość wyjścia do refleksji nad tym, kim się jest. Każdy z bohaterów może zastanowić się nad tym, która część jego ciała ma go definiować i która ma dominować - tymczasem rozwiązanie jest całkiem proste i można na nie wpaść. Na szczęście Amadeusz Foczka spotka kogoś, kto przerwie jego dylematy i rozwieje wątpliwości.
Sposób ilustrowania książki zachwytów raczej nie budzi, jednak pomysł na obrazki ma w sobie coś. Justyna Sokołowska podąża za tekstem i wprowadza hybrydowych bohaterów, dwuczłonowych i dziwnych - jednak unika prostego rozbawiania dzieci. Zamiast pokazywać im osobniki nieistniejące w rzeczywistości, sklejone przedziwnie z różnych gatunków, decyduje się na rozdzielanie postaci. W każdej rozkładówce prezentuje tylko jedną część zwierzęcia - druga ukryta jest w dziurze - na następnej rozkładówce pojawi się ten pominięty człon. To rozwiązanie, które zmusza dzieci do uruchomienia wyobraźni i nie wyręcza ich w wymyślaniu, jak powinni wyglądać bohaterowie zaproponowani w bajce. Opowieść jest raczej tendencyjna, nie zaskakuje - momentami nawet wydaje się, że jest przez "życiowość" (wizytę u fryzjera) maksymalnie odległa od standardowych bajek. To, co w niej wartościowe, mieści się poza tekstem i poza ilustracjami, w samej idei. Przedstawienie najmłodszym bohaterów niepewnych siebie i pełnych wątpliwości co do własnej tożsamości to prosty sposób na zaakcentowanie, że nie każdy jest w stanie się odnaleźć w dzisiejszym świecie - niektórzy potrzebują drogowskazu, żeby dojść do samoakceptacji we wnioskach. "Amadeusz Foczka (ale z głową bobra)" to tomik, który ma przyciągać dzieci i rozbudzać ich ciekawość - a dopiero po komicznych prezentacjach zróżnicowanych bohaterów wyjaśni się w nim, do czego autorka dąży.
wtorek, 6 kwietnia 2021
Ewa Stusińska: Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity
Czarne, Wołowiec 2021.
Przemysł porno
Ewa Stusińska w tomie "Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity" prowadzi czytelników przez meandry tego, co pozornie wstydliwe i ukrywane - a jednak powszechne i bardzo popularne. W czasach przed internetem dostępność pornografii wyglądała nieco inaczej - i o tym "inaczej" jest zestaw migawek z tego tomu. Bo Ewa Stusińska stawia tu na tematyzowane rozdziały, nie zamęcza odbiorców pełnymi opowieściami, chętnie jednak sygnalizuje, co działo się na rynku erotycznym. Będzie tu zatem zestaw komentarzy dotyczących gazetek z gołymi paniami (lub panami, nie stroni autorka od biznesu, który był przeznaczony dla homoseksualnych odbiorców, skoro nie sprawdził się w wersji porno dla kobiet), krótka wzmianka na temat harlekinów, trochę o amatorskich i pozornie profesjonalnych produkcjach przedstawianych na kasetach VHS. Będzie trochę o odkryciach młodych ludzi, którzy w nietypowych miejscach odkrywali zapasy świerszczyków lub nagrania, jakich nie powinni byli według starszego pokolenia oglądać.
Zaczyna Ewa Stusińska od przeanalizowania oferty czasopism. Przypomina tytuły-efemerydy, rozmawia z redaktorami, wypytuje o wierszówki i o sposoby wyróżnienia się na rynku, odejścia lub punkty zbieżne z konkretnymi pismami zagranicznymi. Porzuca to na rzecz - raczej słabego - kolażu wyznań ludzi, którzy w latach 90. dojrzewali i zetknęli się z treściami pornograficznymi w różnych okolicznościach (sprawdza ich "pierwsze razy" dotyczące oglądania porno). Nie zabraknie opowieści o Teresie Orlowski, tropienia nagości w filmach tamtych czasów albo... sytuacji, które miały zmienić powszechne myślenie czy podejście do rozbieranych zdjęć. Wprowadza egzotykę (Szwedka, która uczy otwartości w podejściu do seksu) i czyta ogłoszenia "towarzyskie". Zestawia Katarzynę Figurę z kobietą, która biła seksualny rekord w liczbie stosunków w jak najkrótszym czasie (z zaskakującą puentą, chociaż nie rozwijaną). Sprawdza nawet, jak traktowano zakaz sprzedawania gazet dla dorosłych młodszym odbiorcom.
Każdy temat jest tutaj atrakcyjny z perspektywy czasu i ciekawy dla czytelników - problem w tym, że jest ich wiele, a Ewa Stusińska nie zamierza z nich rezygnować, nie dostrzega tych słabszych pod względem treściowym lub niewiele wnoszących do już podanych informacji. W efekcie - ze względu na ograniczenia objętościowe - nie może sobie pozwolić na pogłębianie kolejnych kwestii. Pozostaje zatem przy tym, co dostępne od ręki, bez bibliografii i dodatkowych opracowań - a szkoda, bo można było do reportaży dodać coś więcej. Skoro już autorka otwiera publiczność na tematy tabuizowane lub wstydliwe, mogła sprawdzić też, jak wyglądały oceny z zewnątrz - ale synchroniczne. Nie zmienia to jednak faktu, że "Miłą robótkę" czyta się z ciekawością. Nieudolne opisy seksu budzą śmiech - a jednak w zestawieniu z dzisiejszymi produkcjami z rynku literatury erotycznej wydają się majstersztykami (i to może przerażać). Chciałoby się wiele z tych tematów móc poznawać dalej - Ewa Stusińska pisze interesująco i z reguły dokonuje dobrych treściowych wyborów. Czasami jednak tylko przez to rozbudza apetyty na więcej - i tego "więcej" nie może czytelnikom zapewnić. "Miła robótka" to bardzo ciekawe przejście do lat 90. i pokazanie ich z perspektywy wolnego rynku, dopuszczającego również treści dziś uznawane za wstydliwe.
Przemysł porno
Ewa Stusińska w tomie "Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity" prowadzi czytelników przez meandry tego, co pozornie wstydliwe i ukrywane - a jednak powszechne i bardzo popularne. W czasach przed internetem dostępność pornografii wyglądała nieco inaczej - i o tym "inaczej" jest zestaw migawek z tego tomu. Bo Ewa Stusińska stawia tu na tematyzowane rozdziały, nie zamęcza odbiorców pełnymi opowieściami, chętnie jednak sygnalizuje, co działo się na rynku erotycznym. Będzie tu zatem zestaw komentarzy dotyczących gazetek z gołymi paniami (lub panami, nie stroni autorka od biznesu, który był przeznaczony dla homoseksualnych odbiorców, skoro nie sprawdził się w wersji porno dla kobiet), krótka wzmianka na temat harlekinów, trochę o amatorskich i pozornie profesjonalnych produkcjach przedstawianych na kasetach VHS. Będzie trochę o odkryciach młodych ludzi, którzy w nietypowych miejscach odkrywali zapasy świerszczyków lub nagrania, jakich nie powinni byli według starszego pokolenia oglądać.
Zaczyna Ewa Stusińska od przeanalizowania oferty czasopism. Przypomina tytuły-efemerydy, rozmawia z redaktorami, wypytuje o wierszówki i o sposoby wyróżnienia się na rynku, odejścia lub punkty zbieżne z konkretnymi pismami zagranicznymi. Porzuca to na rzecz - raczej słabego - kolażu wyznań ludzi, którzy w latach 90. dojrzewali i zetknęli się z treściami pornograficznymi w różnych okolicznościach (sprawdza ich "pierwsze razy" dotyczące oglądania porno). Nie zabraknie opowieści o Teresie Orlowski, tropienia nagości w filmach tamtych czasów albo... sytuacji, które miały zmienić powszechne myślenie czy podejście do rozbieranych zdjęć. Wprowadza egzotykę (Szwedka, która uczy otwartości w podejściu do seksu) i czyta ogłoszenia "towarzyskie". Zestawia Katarzynę Figurę z kobietą, która biła seksualny rekord w liczbie stosunków w jak najkrótszym czasie (z zaskakującą puentą, chociaż nie rozwijaną). Sprawdza nawet, jak traktowano zakaz sprzedawania gazet dla dorosłych młodszym odbiorcom.
Każdy temat jest tutaj atrakcyjny z perspektywy czasu i ciekawy dla czytelników - problem w tym, że jest ich wiele, a Ewa Stusińska nie zamierza z nich rezygnować, nie dostrzega tych słabszych pod względem treściowym lub niewiele wnoszących do już podanych informacji. W efekcie - ze względu na ograniczenia objętościowe - nie może sobie pozwolić na pogłębianie kolejnych kwestii. Pozostaje zatem przy tym, co dostępne od ręki, bez bibliografii i dodatkowych opracowań - a szkoda, bo można było do reportaży dodać coś więcej. Skoro już autorka otwiera publiczność na tematy tabuizowane lub wstydliwe, mogła sprawdzić też, jak wyglądały oceny z zewnątrz - ale synchroniczne. Nie zmienia to jednak faktu, że "Miłą robótkę" czyta się z ciekawością. Nieudolne opisy seksu budzą śmiech - a jednak w zestawieniu z dzisiejszymi produkcjami z rynku literatury erotycznej wydają się majstersztykami (i to może przerażać). Chciałoby się wiele z tych tematów móc poznawać dalej - Ewa Stusińska pisze interesująco i z reguły dokonuje dobrych treściowych wyborów. Czasami jednak tylko przez to rozbudza apetyty na więcej - i tego "więcej" nie może czytelnikom zapewnić. "Miła robótka" to bardzo ciekawe przejście do lat 90. i pokazanie ich z perspektywy wolnego rynku, dopuszczającego również treści dziś uznawane za wstydliwe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






