* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowy Las. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowy Las. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 września 2020

Jennifer Niven: Podtrzymując wszechświat

Bukowy Las, Wrocław 2020 (wznowienie).

Młodzież

Dwa wielkie problemy poważnie utrudniające funkcjonowanie w szkolnej społeczności bierze sobie Jennifer Niven, żeby zaprezentować losy bohaterów „Podtrzymując wszechświat”. Libby to „najgrubsza nastolatka w Ameryce”: i nie ma w tym ani grama przesady. Żeby dziewczyna mogła wydostać się ze swojego domu, trzeba dźwigów i rozbiórki dachu. Od tamtej pory minęło trochę czasu i Libby – już jako normalna dziewczyna, z nadwagą, ale nierzucającą się tak bardzo w oczy – zaczyna nowe życie w innym miejscu. Marzy o tańcu, uczy się cieszyć codziennością. Do stanu katastrofalnej, zagrażającej życiu nadwagi, doprowadziła się po niespodziewanej śmierci matki – od tej pory zajadała stres i nikt nie zareagował w porę. Libby jest jedną narratorką tomu „Podtrzymując wszechświat”. Drugim komentatorem wydarzeń jest Jack. O ile wiadomości o Libby łatwo znaleźć w internecie, o tyle Jack swój problem trzyma w tajemnicy nawet przed najlepszymi kumplami, sam bowiem nie wie, co o nim sądzić. Wydaje mu się nieco dziwne, że inni ludzie nie mają kłopotu z rozpoznawaniem twarzy: sam tego nie potrafi, szuka cech charakterystycznych dla każdej osoby, ale jeśli ktoś, z kim rozmawia, odwróci się na moment, przed Jackiem pojawia się zupełnie nowa postać. Trudno tak funkcjonować, jednak chłopak nie decyduje się na rozmowę o swojej przypadłości – na własną rękę szuka wyjaśnienia. Może jednak poznać Libby, na początku – po jej tuszy, ale później dziewczyna zapada mu w pamięć z zupełnie innego powodu.

Jennifer Niven postawiła na pierwsze zauroczenie nastolatków, silne z racji społecznego wykluczenia. Jednocześnie bardzo zależy jej na zaakcentowaniu wolności postaci i wewnętrznej siły, niezależnej od okoliczności. Na początku to Jack wydaje się tym silniejszym, z czasem Libby udowadnia swoją wartość i niezłomność – wśród bezlitosnych nastolatków, które nie zawahają się przed dręczeniem innych. Pokazuje, jak radzić sobie z prześladowcami (chociaż wybiera dość ekstremalny sposób), ale też – jak realizować własne marzenia. Kwestia budowania i ochrony tożsamości schodzi w oczach młodych czytelników na dalszy plan, kiedy Libby i Jack, na początku potencjalni wrogowie, zaczynają się dogadywać. Wizja niemożliwego romansu napędza lekturę – a ponieważ autorka przeplata rozdziały – opowieść Libby przerywa zwierzeniami Jacka – pozwala ocenić sytuację z dwóch perspektyw.

„Podtrzymując wszechświat” to książka, w której dzieje się wiele. Nie jest typową obyczajówką młodzieżową – za sprawą poruszanych tu zagadnień. Niby autorka wychodzi poza schematy przez wybór schorzeń i powodów odrzucenia nastolatków, ale w rzeczywistości powraca do najbardziej typowych zmartwień młodzieży za sprawą reakcji otoczenia. Nie ma znaczenia, dlaczego Libby i Jack nie mogą się dogadać z rówieśnikami – ważne jest za to, jak radzą sobie z innymi. Tu kryje się właściwa wskazówka i zasada postępowania – bardzo przy tym autorka jest kreatywna w rozwiązywaniu problemów. „Podtrzymując wszechświat” to poza tym niezłe czytadło – zasłużenie wraca na rynek.

niedziela, 16 sierpnia 2020

Tommy Wallach: Dzięki za tę podróż

Bukowy Las, Wrocław 2020.

Pomysł

Tommy Wallach jest opowiadaczem historii. Opowiadaczem, który swój talent przenosi na bohatera. Siedemnastoletni Parker potrafi zaangażować czytelników w fabułę, którą wymyśla – czasami naprędce, żeby zrobić na kimś wrażenie, a czasami zwyczajnie z nudów. Chociaż kiedy poznaje Zeldę, na nudę nie ma czasu. Srebrnowłosa dziewczyna spotkana w hotelowej restauracji jest niezwykła i od pierwszego momentu staje się jasne, że wywrze ogromny wpływ na Parkera. Chłopak nie ma czym zaimponować: trudni się złodziejstwem, od wypadku nie mówi (chociaż to wiąże się raczej z psychiką niż jakimikolwiek obrażeniami ciała. Dystansuje się od rówieśników, nie ma przyjaciół, nie może liczyć na to, że ktoś zechce się z nim umówić. Parker nie zastanawia się nad przyszłością, nie chce nawet iść na studia – już na starcie przekreślił swoje życie. Zelda przydaje się jako osoba, która uświadomi mu, co jest naprawdę ważne i pozwoli przeżyć najdziwniejsze doświadczenia.

Parker okrada srebrnowłosą, ale zafascynowany nią – zostawia zeszyt z opowieścią, w której to Zelda jest bohaterką. Zeszyt jest podpisany, zatem bohater nie może uciec. Zamierza wyjaśnić sytuację i zwrócić pieniądze, jednak Zelda nie zgadza się na to i wyjawia prawdę o sobie: czeka na jeden telefon, a potem zamierza skoczyć z mostu. Chwile, które jej zostały, chce przeznaczyć na dobrą zabawę: przekonuje Parkera, by ten zabierał ją na imprezy, poznawał ze swoimi znajomymi, wprowadził ją w życie typowego nastolatka. Automatycznie zmusza go do wyjścia ze skorupy i przekonania się, że inni ludzie są wartościowi, trzeba tylko dać im szansę. Do tego Zelda zawiera z Parkerem umowę: chce, żeby aplikował na studia. Rozkochuje w sobie chłopaka, daje mu poznać stan pożądania, fizycznej fascynacji – ale też strach o drugą osobę. Sprawia, że bohater fizycznie i emocjonalnie dojrzewa niemal na oczach czytelników – sytuacje, które wcześniej były nie do pomyślenia, teraz stają się kolejnymi odkryciami. Oczywiście Zelda ma swoje tajemnice i czy odbiorcy w nie uwierzą – to już ich wybór, zresztą sam autor nie do końca chce przekonywać, czy uciekł w sferę fikcji, czy też – zafundował nastolatkom uczuciowe wstrząsy, które mają solidne fundamenty w realizmie. W powieść wplecione zostały kolejne baśniowe i wyobraźniowe historie, które opowiada Parker.

Tommy Wallach proponuje zatem kurs dojrzewania postaci – nie wychodzi poza ramy nastoletnich historii, przynajmniej w pomyśle na kształowanie charakteru Parkera – i jego relacji z Zeldą oraz z rówieśnikami. Odrobinę magii dokłada w związku z pomysłem (czy też brakiem pomysłu) na samą dziewczynę. Czytelnikom dostarcza narrację prostą i wręcz zakorzenioną w nurtach pop, ale przez to, że włącza do niej także baśnie – uszlachetnia nieco prozę. Umożliwia bohaterowi sprawdzenie, jak funkcjonują jego rówieśnicy – i jak na przestrzeni całych wieków kształtowały się międzyludzkie relacje – nie poucza, za to daje do myślenia. Proponuje też oczywiście burzliwą historię miłosną w filmowym stylu.

sobota, 15 sierpnia 2020

Matt McCarthy: Prawdziwy lekarz będzie za chwilę. Rok z życia stażysty

Bukowy Las, Wrocław 2020.

Ambicja

Młody człowiek po studiach medycznych (na Harvardzie, co czasami bywa poważną przeszkodą, bo ta akurat uczelnia nie może zapewnić studentom rozwoju w każdym elemencie pracy przyszłego lekarza, o czym powszechnie w środowisku wiadomo), rozpoczyna staż w szpitalu. Mógł zostać świetnym chirurgiem, nie chciał jednak zamykać się w wąskiej specjalizacji, wybrał internę, żeby zyskać jak najpełniejszy ogląd możliwości, które zapewnia medycyna. Rzeczywistość szybko weryfikuje oczekiwania – i już wkrótce Matt McCarthy zmierzy się z wyzwaniami, na jakie nie był przygotowany. Wśród nich – z tym najpoważniejszym (i najgłupszym jednocześnie), czyli zakłuciem się igłą, której chwilę wcześniej używano do pobierania krwi choremu na AIDS i wirusowe zapalenie wątroby typu C. Niewyobrażalny stres, świadomość, że na początku zawodowej drogi można zamienić się z lekarza w pacjenta – i konieczność rujnowania sobie zdrowia mnóstwem lekarstw w oczekiwaniu na wyniki badań to coś, co wielu odstraszyłoby skutecznie od profesji. Jednak McCarthy nie zamierza rezygnować, rozwija się dalej i próbuje poradzić sobie z kolejnymi utrudnieniami. Rozdźwięk między teorią zdobywaną na studiach a praktyką – koniecznością i chęcią zaradzenia każdemu problemowi – jest ogromny. Już pierwsze wyzwanie uświadamia autorowi, w jak wielkim stresie będzie pracować. Przeprowadza wywiad medyczny na kardiologii, notuje obserwacje i stara się przedstawić wszystkie objawy zaobserwowane u chorego w najdrobniejszych szczegółach. Tyle że nie wyciąga właściwych wniosków i jego błąd mógłby spowodować szybki zgon nieszczęśnika. Na razie nad adeptami czuwają starsi koledzy i „prawdziwi” lekarze, jednak McCarthy może już zastanawiać się nad tym, jak zachowywać się w przyszłości – jak wziąć odpowiedzialność za każdego pacjenta. Jakby tego było mało, kolejni ludzie zwracają mu uwagę na to, że powinien być bardziej empatyczny, dać szansę chorym na mówienie o dolegliwościach czy przynajmniej sprawiać wrażenie, że ich słucha. Nie wie jeszcze, w jaki sposób znaleźć złoty środek i połączyć konieczność pracy wymagającej olbrzymiej koncentracji z „grzecznościowymi” rozmowami z pacjentami. Do tego – ciągle się uczy. Od starszych kolegów, od opiekunów i od prawdziwych lekarzy. Uczestniczy w resuscytacjach, chociaż nikt tego nie lubi – przekonuje się, z jakimi wyzwaniami wiąże się udzielanie pierwszej pomocy i jak podejmuje się decyzje o zaprzestaniu czynności podtrzymujących życie.

Wszystko autor opisuje dość lekko – jednak też bez optymizmu, kiedy czyta się o jego doświadczeniach na pierwszym roku stażu – wyczuwa się raczej niepewność i pewne przygnębienie. Mimo pierwszych nieprzyjemnych niespodzianek Matt McCarthy dalej się szkoli, wierząc w to, że w pewnym momencie zdobyte wiadomości i doświadczenia zaprocentują – i pozwolą na ratowanie ludziom życia. „Prawdziwy lekarz będzie za chwilę” to książka ciekawa dla zwykłych czytelników – chociaż nie w każdym aspekcie dla tych, którzy boją się lekarzy.

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Mariette Lindstein: Biała krypta

Bukowy Las, Wrocław 2019.

Ratunek

Kiedy w grę wchodzi fanatyzm, trudno o zdrowy rozsądek. Wie o tym Alex, której rodzina rozpadła się za sprawą sekt. Najpierw rodzice opuścili dwie dziewczyny, bliźniaczki – Alex i Dani nie chciały trafić z nimi do grupy wyznaniowej, za którą podążali. Później w niewyjaśnionych okolicznościach Dani zniknęła i nie można trafić na jej trop. Alex została sama – a właśnie teraz najbardziej potrzebuje wsparcia. Zatrudniła się w portalu randkowym, który kojarzy ludzi ze względu na ich upodobania seksualne: ułatwia spotkania tym, którzy wiedzą, czego chcą. Sama Alex pracuje z Carlem, psychologiem stosującym niekonwencjonalne metody docierania do pacjentów. Chociaż Alex pacjentką nie jest, i na niej wypróbowuje swoje rozwiązania. Zresztą przez nietypowe doświadczenia i eksplozję emocji Alex może dotrzeć do zakamarków umysłu, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewała. A to w pewien sposób przybliża ją do rozwiązania zagadki zniknięcia Dani. Przecież osławiona więź między bliźniaczkami nie może zniknąć, gdy jedna z kobiet ma poważne kłopoty. Alex przez cały czas zastanawia się, jak pomóc Dani. Jest przez to bezbronna i podatna na wpływy, może się okazać, że na własne życzenie zrobi sobie krzywdę – nie może jednak ustać w poszukiwaniach, przecież Dani jest jedyną bliską jej osobą, jaką jeszcze – prawdopodobnie – można ocalić. Trzeba się jednak bardzo spieszyć, bo dochodzące z podświadomości sygnały są bardzo niepokojące. Alex nie oddziela wytworów wyobraźni od przeczuć, a przeczuć od wiedzy – jednak liczy na to, że uda jej się dotrzeć do bliźniaczki zanim będzie za późno i że uwolni ją z pułapki.

Drobne narracyjne migawki w powieści pokazują, co w tym samym czasie dzieje się z Dani. Kobieta odcięta od świata, więziona i zmuszana do uległości wobec anonimowego przywódcy, jest przygotowywana do pewnego rytuału. W miejscu, w którym się znajduje, wszyscy wierzą, że została wybrana i że jej los jest już przesądzony. Dani ma wziąć udział w wielkiej ceremonii, zanim jednak do niej dojdzie, musi przejść szereg upokarzających i wywołujących ból zadań. Kobieta uczy się, jakich reakcji się od niej oczekuje, ale przez cały czas snuje plany ucieczki. Nie wie, czy może liczyć na kogokolwiek, zwłaszcza że nie ma jak poinformować Alex o swoich przeżyciach. Rozdzielone bliźniaczki toczą zatem każda swoją walkę – żeby sobie wzajemnie pomóc. Obie przecież potrzebują wsparcia. „Biała krypta” nie jest jednak sensacyjną powieścią o ucieczce z niewoli – to literacka analiza działania sekty. Mariette Lindstein ostrzega czytelników, pokazuje im, jak funkcjonuje sekta i jakie mechanizmy destrukcyjne wprowadza w życie. Tu sekta ma wiele wymiarów – osobnym tematem jest motyw porzucenia dzieci przez rodziców poszukujących wiary dla siebie, osobnym – krzywda, jaka dzieje się Dani. Lindstein wie, o czym pisze – i mniej ważna staje się dla niej akcja, a bardziej przesłania dla odbiorców.

wtorek, 19 listopada 2019

T. M. Logan: 29 sekund

Bukowy Las, Wrocław 2019.

Kariera

Każdy, kto zostanie doprowadzony do ostateczności, podejmuje decyzje, których później będzie żałować. T. M. Logan zna tę zasadę – podstawę wielu thrillerów – i na niej opiera fabułę tomu „29 sekund”. Przez podporządkowanie się temu napędowi fabularnemu musi wprawdzie odpowiednio zmodyfikować historię, a w tym nie ma jeszcze zbyt dużej wprawy – w efekcie „29 sekund” w pewnym momencie wybrzmiewa trochę jak zła baśń. W odpowiedniej dla bohaterki i akcji chwili wtrąca się „przypadek”, a właściwie szereg przypadków – które psują prawdopodobieństwo, tak potrzebne przy imitujących realizm czarnych opowieściach.

Sarah chce robić uniwersytecką karierę i właśnie ma szansę na wprowadzenie się do grona uczonych. Na przeszkodzie stoi jej jednak jeden ze starszych profesorów, gwiazda telewizyjna i mężczyzna owiany złą sławą. Tajemnicą poliszynela w obrębie uczelni jest to, że ów profesor molestuje kobiety. Jeśli któraś mu się sprzeciwi, traci pracę. Pracownice nawzajem się ostrzegają, a nawet tworzą zbiór Zasad, które mają uchronić przed zakusami wiecznie napalonego samca. Ten pozostaje bezkarny. Teraz zarzuca sieć na Sarah, wykorzystując jej sytuację. Kobieta musi utrzymać stanowisko, nie może sobie pozwolić ani na przerwę w zatrudnieniu, ani na problemy. Przestaje słuchać życzliwych koleżanek. I kiedy już pozostaje w sytuacji bez wyjścia, zdarza się coś, co jest prawdziwym początkiem historii – i jednocześnie przesadną ingerencją losu. Sarah ratuje od śmierci małą dziewczynkę, a jej wdzięczny ojciec – Rosjanin, Wołkow – oferuje pomoc w pozbyciu się bez śladu jednej wskazanej osoby.

T. M. Logan wie doskonale, jakie dylematy przeżywać będzie uczciwa osoba doprowadzona do skrajności i pozbawiona możliwości logicznego myślenia. Bardzo dobrze odwzorowuje problemy Sarah, chociaż wcześniej sporo traci, kiedy nie uzasadnia przekonująco, dlaczego kobieta mimo świadomości zagrożenia dobrowolnie pakuje się w paszczę lwa (względy finansowe nie wydają się tu wystarczające). Zachęca czytelników do lektury dbałością o detale w narracji. Zniechęca natomiast – i to całkiem poważnie – odejściem od realistycznego rozwiązania prawdziwego dramatu. Nie sili się na to, by wprowadzić w życie bohaterki porady udzielane przez bliskie jej osoby. Chociaż Sarah ma wsparcie z każdej strony, popełnia zbyt proste błędy. Logan umie opowiadać, jednak zdarza mu się, że nie przekonuje fabułą albo charakterystykami. Skupia się na jednym aspekcie działań postaci, a przecież tłem czyni sytuację znaną odbiorcom choćby z mediów. Nie dopracowuje książki w ramach akcji, za to dopieszcza wręcz w rytmie opowieści. „29 sekund” to thriller trochę oczywisty, trochę niepotrzebnie udziwniany przez baśniowy katalizator akcji. Czyta się go dobrze, dzięki umiejętnościom stylistycznym autora, ale są tu i obszary, nad którymi musiałby mocno popracować. Dostarczy jednak rozrywki masowej publiczności – a o to chodzi.

czwartek, 17 października 2019

Shaughnessy Bishop-Stall: Kac. Opowieść o poszukiwaniu ratunku

Bukowy Las, Wrocław 2019.

Bez trzeźwości

Całkiem zabawna jest ta książka, chociaż im dalej (a publikacja jest rozłożysta), tym bardziej męczy brak konkretów i planu na szkielet konstrukcyjny. Shaughnessy Bishop-Stall postanawia bowiem znaleźć lekarstwo na kaca (a żeby wiedzieć, co poleca odbiorcom, musi przetestować je na sobie). „Kac. Opowieść o poszukiwaniu ratunku” to zatem reportaż, który w zamierzeniu miał wiązać się z podróżami po całym świecie (ale Rosję, Azję i parę innych miejsc autor musiał sobie odpuścić, może na szczęście, bo narracja trwałaby bez celu jeszcze dłużej). Bishop-Stall prowadzi życie imprezowicza: zachodzi do barów i pubów (czasami słynnych), upija się, żeby następnego ranka trafić albo do cudotwórców (samozwańczych) w dziedzinie zwalczania kaca, albo – wykorzystać kolejny medykament polecony przez barmana lub przez kolegę. Czasami prowadzi „badania”: to znaczy wręcza podczas suto zakrapianych imprez uczestnikom tabletki, w tym placebo, prosi o odnotowanie wrażeń i skuteczności lekarstwa – i zbiera ich opinie. Częściej jednak samodzielnie stawia czoła wyzwaniom i szuka sposobu na to, by dzień po nadużyciu alkoholu nie był dniem straconym.

Na początku taki pomysł całkiem nieźle się sprawdza – zresztą autor długo dba o to, żeby czytelnicy go nie odrzucili. Dlatego też wspina się na wyżyny literackich możliwości przy opisywaniu kolejnych odkryć związanych z kacem, kiedy musi przedstawić swój nie najciekawszy stan, wymyśla oryginalne lub zabawne metafory, odwołuje się do oczekiwanych i nieoczekiwanych reakcji organizmu, sięga po przesadę, żeby wyeksponować to, z czym próbuje walczyć. Autoportrety na kacu stanowią tu czynnik komiczny, pojawiają się po to, żeby zaintrygować odbiorców i żeby ich rozbawić bez względu na to, czy potrzebują leku na kaca, czy też nie nadużywają alkoholu i problem jest im obcy. Shaughnessy Bishop-Stall nie poprzestaje jednak na tym – rozłożyste opisy stanu „dnia następnego” potrzebne mu są do wprowadzania testowanych właśnie specyfików na kaca. Z reguły wiążą się one z wielkim rozczarowaniem, chociaż autor bardzo wierzy, że w końcu znajdzie coś, co umożliwi mu przyjmowanie trunków bez konsekwencji. Z czasem próbuje umilić sobie zadanie przez sięganie po wyzwania i po przemierzanie legendarnych pijackich szlaków, samo wyjście do pubu i upicie się nie ma już tak wielkiej siły wyrazu, więc potrzebuje Bishop-Stall zupełnie nowych wrażeń. Jednak nawet ekstremalnie ciekawe scenki w końcu się znudzą.

Autor poza własnymi kacami i testowaniem medykamentów oferuje odbiorcom reportaż prześmiewczy i pełen nieoczekiwanych rozwiązań w ramach życiowych wyborów. W „Kacu” upijanie się to przygoda dla dobra nauki, zestaw prześmiewczych opisów i odkryć. Bishop-Stall poza rozmowami z lekarzami i specjalistami od kaca (wszystko jedno, czy to medycy, farmaceuci czy barmani) sięga też do literatury i wyłuskuje z niej co bardziej odkrywcze i absurdalne sposoby łagodzenia skutków nadużycia alkoholu. I dzięki takim ciekawostkom „Kac” wybrzmiewa zajmująco.

poniedziałek, 7 października 2019

Jeff Benedict, Armen Keteyian

Bukowy Las, Wrocław 2019.

Kontrowersje

Tiger Woods był niechlubnym bohaterem jednego z większych skandali obyczajowych wśród sportowców i zwrócił na siebie uwagę nawet tych, którzy nigdy sportem się nie interesowali. Jeff Benedict i Armen Keteyian jednak są w stanie uświadomić czytelnikom, że niezależnie od seksoholizmu i trudnego charakteru golfisty wszech czasów, Tiger Woods powinien być zapamiętany ze względu na kulturowy i społeczny przełom. Swoimi osiągnięciami otworzył drogę do profesjonalnego golfa czarnoskórym zawodnikom, udowodnił, że w sporcie nie ma miejsca na podziały rasowe. Do tego sprawił, że uprawianą przez niego dyscypliną zainteresowali się masowi odbiorcy. Droga Tigera Woodsa do wielkich sukcesów była długa, ale też bardzo ciekawa i czytelnicy trafiający na tę biografię nie będą zawiedzeni. Autorzy przyglądają się kompletnej historii Woodsa – od momentu, kiedy jako malutkie dziecko obserwował ćwiczącego uderzenia ojca i naśladował jego gesty, przez pierwsze osiągnięcia, grę amatorską i treningi u najlepszych, aż po zawodowstwo. Tiger Woods w młodości pozostaje pod silnym wpływem ojca, to na nim polega, czy chodzi o wybór trenera, czy – programów telewizyjnych, w których udziela wywiadów. Kiedy wpływ ojca nieco słabnie, pojawia się motyw reklam i kontraktów na wielomilionowe kwoty. Autorzy nie pomijają żadnych turniejów, ważnych spotkań, inspiracji sportowych czy autorytetów. Golf, który na początku jest zabawą, błyskawicznie staje się sposobem na życie – przestaje też automatycznie być traktowany jako rozrywka. Tiger Woods z każdym kolejnym sukcesem zmienia się na gorsze. Nigdy specjalnie wylewny, teraz zamyka się w sobie i przestaje choćby udawać uprzejmość. We wspomnieniach ludzi, którzy z nim się zetknęli, powraca bardzo często zarzut braku przestrzegania społecznych reguł. Sam Tiger nie przejmuje się niczym: skoro wygrywa, wolno mu wiele – na pewno więcej niż zwykłym śmiertelnikom. Opowieść o golfie jest bardzo szczegółowa i to bez względu na zakres zagadnień. Autorzy mogą raz zajmować się tematem promowania tego sportu, strukturami, ale też poszczególnymi genialnymi uderzeniami, raz meczami. Przyda się czasami słowniczek zamieszczony na końcu książki, jeśli ktoś do tej pory nie był obeznany z terminami z gry. Być może po lekturze tego tomu niektórzy czytelnicy zechcą przekonać się, co takiego jest w rozgrywkach golfa i obejrzeć przynajmniej kilka spotkań – na pewno spróbują odnaleźć nagrania z Woodsem.

W precyzyjnie skonstruowanej społeczno-sportowej opowieści nie zabraknie miejsca i na prywatność sportowca: czytelnicy poznają jego pierwszą dziewczynę, jego żonę i wybrane kochanki. Ten aspekt, chociaż dopełnia obraz Woodsa i dla czytelników będzie niewątpliwie zachętą do czytania książki, nie wybrzmiewa plotkarsko. Wprowadza dodatkową dynamikę tomu, opowieść trafi dzięki temu do szerszego grona czytelników. Pojawią się w książce nawet elementy sensacji czy grozy – tam, gdzie Tiger wpada w coraz większe tarapaty i staje się też niechlubnym bohaterem dramatycznych wydarzeń (niektóre zresztą sam może prowokować przez sposób bycia). Nieumiejętność prowadzenia rozmów z ludźmi czy rozumienia ich uczuć prowadzi do kompletnie niepotrzebnych problemów. Nie są to typowe kaprysy gwiazd ani efekt nieprzystosowania społecznego, raczej indywidualne warunki psychiczne – dzięki temu jednak autorzy zyskują dodatkowe tematy do omawiania w książce.

sobota, 28 września 2019

Sergei Urban: The dad lab. Domowe laboratorium

Bukowy Las, Wrocław 2019.

Zabawna nauka

W erze mediów i gadżetów elektronicznych, kiedy trudno dzieci choćby na chwilę odciągnąć od komputera, Sergei Urban proponuje zestaw prostych doświadczeń, które pokażą maluchom, jak ciekawa jest nauka – i jak atrakcyjny może być świat poza internetem. Co zabawne, ten autor zaistniał w blogosferze, jako tata dwóch chłopców, a „The dad lab” przyniósł mu sławę wśród internautów. Teraz Urban może trafić do jeszcze szerszego grona odbiorców, a jego publikacja „The dad lab. Domowe laboratorium” to znakomita podpowiedź dla wszystkich zabieganych rodziców, którzy muszą zorganizować czas swoim pociechom. Bez wątpienia autorowi uda się przekonać do siebie czytelników, zwłaszcza że przytaczane przez niego propozycje zabaw nie generują wielkich kosztów ani nie wymagają zbyt dużej ilości czasu.

Doświadczenia zostały pogrupowane na takie, przy których można się pobrudzić, na błyskawiczne, na związane z fizyką czy chemią, artystyczne lub „magiczne”, w zależności od tego, jaki efekt chce się uzyskać, można dostosować do codziennych zabaw z dzieckiem konkretny zestaw zadań. Autor podpowiada między innymi, jak zrobić prosty elektromagnes albo rysunek, który będzie przewodził prąd (z bateryjki do diody), jak i po co zrobić wagę z balonów, jak sprawdzić, czy jajka utrzymają ciężar człowieka, jak stworzyć bańkę mydlaną, w której zmieści się dziecko, ale też – jak wyprodukować kolorowego glutka z mąki i wody, przetestować zjawisko powstawania kraterów czy zamrozić plastikowego dinozaura w kuli lodu. Taki zestaw – w książce znajduje się czterdzieści ćwiczeń, część z nich została jeszcze rozszerzona o dalsze możliwości zabawy, kiedy autor zadaje pytania, na które trzeba poszukać odpowiedzi empirycznie – gwarantuje dobrą rozrywkę i zainteresowanie maluchów nauką. Nie będzie problemu z odciągnięciem dzieci od komputerów, jeśli zafunduje im się taki zestaw przeżyć.

Autor stawia na styl pop. Najpierw szybki opis doświadczenia, połączony ze zdjęciami. Na fotografiach znajdują się jego synowie w kolejnych fazach ćwiczenia – jednak już we wstępie Sergei Urban zaznacza, że książka równie dobrze nadaje się dla dziewczynek. Zresztą fakt „męskich” zabaw może sprawić, że ojcowie chętniej zaangażują się w zabawy z pociechami. Zadanie nie nastręcza kłopotów, chociaż jego efekt dla dziecka będzie najczęściej zaskakujący. Następnie autor wprowadza krótkie wyjaśnienie zjawiska, które można było podczas ćwiczenia zaobserwować, podaje też wskazówki dotyczące rozszerzania eksperymentu. Nie zagłębia się ani w fachowe tłumaczenia, ani w skomplikowane naukowe analizy, chce, żeby lektura przebiegała przyjemnie, a do tego zaspokajała ciekawość odbiorców. Proponuje książkę, która ma zastosowanie praktyczne – świetnie się sprawdzi, kiedy dorośli zechcą uruchomić kreatywność pociech i pokazać im kilka ciekawostek. Sergei Urban popisuje się tutaj wyobraźnią w procesie wymyślania twórczych zabaw dla najmłodszych – jego tom może się przydać.

piątek, 5 lipca 2019

Marco Malvaldi: MIara człowieka

Bukowy Las, Wrocław 2019.

Geniusz na tropie

Leonardo da Vinci ma wszelkie cechy, żeby stać się detektywem idealnym. Jako geniusz, zdecydowanie wyróżnia się precyzją myślenia i umiejętnością wyciągania logicznych wniosków. Jako artysta – jest wyczulony na wszelkie sygnały płynące z ludzkiego ciała, przeanalizował dokładnie szczegóły anatomii i teraz jest w stanie wskazać wszelkie nieprawidłowości znacznie lepiej niż lekarz. A do tego jest przecież wrażliwy: również to przyda mu się w pracy. Fakt, że ma do wykonania własne zadania, choćby przygotowanie odlewu konia z brązu, nie zwalnia Leonarda z obowiązku zajęcia się tematem nieboszczyka na zamkowym dziedzińcu. Sforza nie pozwoli na opieszałość w tej kwestii: trzeba rozwiązać kryminalną zagadkę, zanim wieść o tajnej zarazie albo klątwie rozejdzie się wśród ludu i przyniesie panikę. Leonardo da Vinci świetnie to rozumie. Rozumie też siłę pieniądza. Zwłaszcza że sam nie dba o stan swojej kiesy i często bywa oszukiwany. Nie ma wyjścia: musi zająć się śledztwem, zlecenia artystyczne może przygotowywać przy okazji.

Marco Malvaldi wpadł na znakomity pomysł i zaangażował wybitną postać do renesansowego kryminału, ku uciesze czytelników, którzy cenią sobie powieści historyczne i dowcipne jednocześnie. Pretekstem do stworzenia takiej historii – a może i inspiracją – była pięćsetna rocznica śmierci geniusza i trzeba przyznać autorowi, że wybrał dobry sposób zwrócenia uwagi mas na mistrza Leonarda. Przede wszystkim wpisał się tą powieścią w nurt czytadeł, książek rozrywkowych, ale i ambitnych. Poza tym – zrezygnował z typowych dla rozwiązań w historiach pop uproszczeń i opierania się na biografii. Wplata do intrygi rozmaite wiadomości sprzed wieków, ale nie stawia sobie za cel edukowania odbiorców, a ich zabawę. Taki efekt bez trudu osiągnie. Zwłaszcza że dość ważnym elementem w narracji staje się dowcip. Początkowa prezentacja bardzo licznego towarzystwa występującego w książce zamienia się w kabaret, prześmiewcze komentarze będą potem powracać również w samej opowieści. Malvaldi nie boi się śmiechu, wykorzystuje go w kryminale umiejętnie, nie rozbija nim akcji, a uzupełnia charaktery. W renesansowej codzienności czuje się nadzwyczaj dobrze, chociaż nie proponuje pełnej stylizacji zaciemniającej obraz, a koloryzowanie tekstu. Intryga – bieg wydarzeń oraz postawy bohaterów – są na wskroś współczesne, do tego jednak dochodzą smaczki, detale związane z dawną obyczajowością. Udaje się takie połączenie Malvaldiemu – i przyciąga uwagę odbiorców.

Jednak oś fabularna to nie wszystko, co autor ma do zaoferowania. „Miara człowieka” to również miejsce na filozoficzne refleksje, na przedstawianie czytelnikom a to wartości pieniądza, a to – sensu istnienia. Leonardo da Vinci sprawdza się jako przewodnik po życiu, podkreśla te jego aspekty, które umykają postronnym obserwatorom. Jest od tego, żeby wydobywać na światło dzienne sekrety, przykre sprawki, odstępstwa od przyjętych zwyczajów. Pełni rolę moralizatora, ale też – sumienia. Jest ten tom dzięki takim rozwiązaniom więcej niż prostym kryminałem historycznym i będzie się podobać odbiorcom.

czwartek, 27 czerwca 2019

Alanna Collen: Cicha władza mikrobów

Bukowy Las, Wrocław 2019.

Życie w życiu

Alanna Collen ma sporo powodów, żeby zainteresować się mikrobami – drobnoustrojami zamieszkującymi ciało człowieka. Ze swoich „przygód” w zakresie zaburzenia ich środowiska zwierza się w reportażowym wstępie. Na szczęście okazuje się znakomitą popularyzatorką nauki, więc zaserwuje czytelnikom prawdziwy reportażowy przegląd tego, co mogą zdziałać mikroby. Tom „Cicha władza mikrobów” jest lekturą dla wszystkich, którzy lubią wiedzieć, gromadzić nowe informacje, ale też – są zainteresowani samymi historiami o trudnych przypadkach różnych ludzi. Collen przeprowadza odbiorców przez sposoby dokonywania odkryć, same badania, jak i wnioski, które mogą przydać się każdemu z osobna. Zwraca uwagę na charakterystyczne dla dzisiejszej medycyny trendy, choćby nadużywanie antybiotyków w sytuacjach, w których nie ma takiej potrzeby – to zachowanie, które niszczy mikrośrodowisko i może prowadzić do znacznie poważniejszych schorzeń. Akcentuje też wpływ mikroflory na choroby cywilizacyjne. Chociaż dawniej ludzie nie mieli tak ułatwionego dostępu do środków czystości i nie mieli szeroko zakrojonej wiedzy na temat roli higieny w codziennym życiu, chociaż średnia długość życia była z obecnej perspektywy zatrważająco niska – nie zapadali tak często na charakterystyczne dla XXI wieku choroby „społeczne”. Teraz otyłość, celiakia, autyzm, nowotwory, cukrzyca, problemy o podłożu autoimmunologicznym – to efekt regularnego niszczenia „dobrych” bakterii żyjących w człowieku. Alanna Collen przekonuje się na własnej skórze, że mikrobiom ma znaczenie dla zdrowia, energii i… poczucia szczęścia. Po takim odkryciu jest już pewna, że o własne bakterie należy dbać i nauczyć się je „dopieszczać” – zapewniać im odpowiednią dietę czy warunki rozwoju. I tak powstaje „Cicha władza mikrobów” – z próby uświadamiania czytelnikom, że ma znaczenie, co w sobie hodują.

Opowieść została przygotowana tak, żeby intrygować i wciąż dostarczać nowych ciekawostek. Alanna Collen przyjrzy się albo temu, co powszechnie akceptowane i w miarę oswojone (dlaczego w jogurtach znaczenie ma określony szczep bakterii, skąd się wziął i co powoduje), i te budzące strach, wstręt albo niedowierzanie (kiedy mowa o przeszczepie kału, musi autorka dobrze przygotować argumentację, żeby czytelnicy nie chcieli zbyt szybko oderwać się od lektury). Zdaje sobie sprawę z tego, jak wielkie wrażenie wywoływać będą liczby i porównania – w związku z tym stosuje zabieg często spotykany w książkach dla dzieci, to jest – zestawia dane dotyczące bakterii z wartościami w świecie społeczeństw, żeby uświadomić odbiorcom, jak wielki zakres ma poruszana przez nią tematyka. Bakterii nie widać gołym okiem – ale wyraźne są skutki ich działania. „Cicha władza mikrobów” to publikacja popularnonaukowa przygotowana jak świetny reportaż. Czyta się tę książkę zachłannie, trudno zresztą byłoby nie docenić umiejętności narracyjnych autorki. Nie przeraża hermetycznym językiem, nie zarzuca danymi, które trudno zapamiętać czy choćby objąć rozumowo – kierowana do zwykłych odbiorców ceniących sobie ambitne lektury z różnych dziedzin, doskonale zrealizowana lektura pozwala spojrzeć na ludzkie ciało z nowej perspektywy.

wtorek, 25 czerwca 2019

Gavin Francis: Przemiany ludzkiego ciała

Bukowy Las, Wrocław 2019.

Zachwyt nad człowiekiem

Gavin Francis po raz kolejny wraca do opowieści o ludzkim ciele, żeby skusić czytelników przedziwnym i rzadko spotykanym połączeniem medycyny i sztuki – stykających się w punkcie zachwytu nad człowiekiem. „Przemiany ludzkiego ciała” to zbiór dwudziestu czterech opowieści – krótkich i pozbawionych skomplikowanych medycznych wyjaśnień – udowadniających odbiorcom, że warto pochylić się nad tym, co na co dzień niedoceniane i niezauważane.

Człowiek tym razem jest interesujący za sprawą zjawisk trudnych do wytłumaczenia laikom kwestii snu albo oszustw umysłu (jet lag), przez serce, którego proces rozwoju autor potrafi pięknie przedstawić. Jest ciekawy jako maszyna, której brakujące części da się uzupełniać za pomocą protez. Znajduje też jednak autor sytuacje mniej typowe, opowiada na przykład o kobiecie, której… wyrósł róg. Pojawia się miejsce na problem gigantyzmu oraz na kwestię tatuowania się. W rytmie rozdziałów Gavin Francis wprowadza dość oczywiste zagadnienia narodzin i śmierci, przywołuje wątek ciąży (tu na przykładzie trzynastolatki, która bardzo chce urodzić). Opowie o poczęciu i o „kremie na młodość” – żeby przedstawiać odbiorcom charakterystyczne ludzkie dążenia. Nie pominie też tematu obojnactwa. Już przy takim skrótowym przeglądzie widać jasno, że autor przeplata ze sobą medyczne problemy i wyzwania oraz zupełnie naturalne, zwyczajne zjawiska. Te pierwsze służą wzbudzeniu ciekawości odbiorców, przypominają, że ciało ludzkie niesie zestaw niespodzianek i wręcz nie sposób się na nie wszystkie przygotować. Te drugie to proste przypomnienie, że człowiek jest skomplikowanym tworem, który zasługuje na podziw – już na podstawowym, biologicznym poziomie.

W każdym drobnym rozdziale autor zajmuje się kwestią ciała z dwóch ujęć. Punktem wyjścia ma być praktyka medyczna, chociaż Francis bardzo we wstępie tłumaczy się z kompilowania przypadków, dbania o prywatność pacjentów i nierozpowszechniania ich problemów. Chociaż zatem sugeruje obecność konkretnych postaci, mogą to być równie dobrze wytwory wyobraźni – dla czytelników nie ma to znaczenia, wystarczy, że bohaterowie opowieści są przekonujący, nawet wtedy, kiedy doświadczają największych anomalii. Ale Gavin Francis poza spojrzeniem lekarza oferuje jeszcze spojrzenie kulturowe, przypomina, jak dany temat funkcjonował w sztuce, gdzie znalazł najlepsze odwzorowanie. Przez to połączenie medycyny i humanistyki przekona do siebie autor szerokie grono odbiorców. Pisze tak, żeby nie zamęczać zwykłych czytelników szczegółowymi wiadomościami i fachową terminologią, stawia bardziej na dynamiczne reportaże, w których kibicuje się bohaterom w ich dążeniu do zdrowia i zwyczajności. Nigdy nie zależy mu na tym, żeby przedstawić odbiorcom całościowe wytłumaczenie danego problemu – zwłaszcza z perspektywy medycznej. Woli zająć się dylematami lekarzy, sprawami, które ci muszą rozwiązywać na bazie posiadanej wiedzy i wyczulenia na oczekiwania pacjenta – przedstawia jednostkowe przypadki, ciekawostki medyczne i nie tylko. Gavin Francis popularyzuje naukę, umożliwia czytelnikom dostęp do jednej z bardziej hermetycznych dziedzin wiedzy. „Przemiany ludzkiego ciała” bez trudu znajdą czytelników.

piątek, 27 kwietnia 2018

Gavin Francis: Podróże po ludzkim ciele

Bukowy Las, Wrocław 2018.

Co kryje człowiek

Ludzkie ciało skrywa wiele tajemnic i to sprawia, że nawet ci, którzy nie lubili uczyć się biologii, chętnie sięgają po ciekawostki z zakresu anatomii. Popularnonaukowe publikacje dostarczają wiadomości i pośrednio wprowadzają też w świat medycyny. Zwłaszcza gdy za prezentowanie zagadnień bierze się lekarz z zacięciem literackim. Gavin Francis łączy w swojej opowieści doświadczenia zdobyte podczas praktyki lekarskiej, fachowe informacje i gawędę, wartką opowieść o kolejnych partiach ciała. Zaczyna od głowy i przesuwa się w dół, by podróż zakończyć na stopach. Zajmuje się w ramach każdego zagadnienia detalami, unika raczej uczenia odbiorców biologii. Bardziej kuszą go jako autora konkretne przypadki, ekstremalne doświadczenia, schorzenia o gwałtownym przebiegu - jednostkowe, a nie uogólniane. Sam boryka się z problemem łączenia zawodów medyka i pisarza. Jako lekarz nie może zawieść zaufania pacjentów, musi zadbać o ich anonimowość i odrzucić plotkarski ton. Jako pisarz - gromadzi wydarzenia pouczające, przestrogi albo anegdoty, stara się dać czytelnikom do zrozumienia, że rzecz dotyczy konkretnych i zupełnie zwyczajnych osób. Zdarza się to co prawda dość rzadko, że przypadki z izby przyjęć służą wzbudzeniu choćby drobnego uśmiechu, ale nigdy nie wiąże się to z chęcią ośmieszenia pacjenta, za to niezmiennie oznacza fascynację ciałem ludzkim i jego możliwościami. Gavin Francis próbuje udowodnić czytelnikom, jak wiele pasjonujących odkryć czeka lekarzy w zetknięciu z poszczególnymi historiami chorób. Sam uczestniczy w najróżniejszych wydarzeniach - od słuchania tętna płodu w łonie matki po zszywanie ręki człowieka podającego się za kieszonkowca (znęcającego się w dodatku nad żoną). Raz próbuje uratować młodą dziewczynę po ataku astmy, to znowu tłumaczy, dlaczego stopa ma być "wynalazkiem" najbardziej definiującym człowieka, albo rozpisuje zasadę oddawania nerki bliskim.

W "Podróżach po ludzkim ciele" Gavin Francis rezygnuje ze szczegółowego przepisywania podręczników do anatomii. Odrzuca teorię, wiadomości możliwe do sprawdzenia i nudne w lekturze rozrywkowej. Niepotrzebne są mu popisy erudycyjne, nacisk kładzie autor za to na osobiste doświadczenia. Czasami oznacza to tematy trudne do przejścia dla odbiorców, Gavin Francis nie przymyka bowiem oczu przy patologiach, co bardziej skomplikowanych ranach i rodzajach interwencji chirurgicznych. Nie zajmuje się zewnętrzem, wyglądem części ciała, za to od razu rzuca się na opisywanie tego, co umknie zmysłom, uwielbia analizowanie fragmentów operacji, opowiadanie o wyglądzie narządów. NIe jest to jedyny element relacji, natomiast książka przez tego typu wyznania nie wszystkim spodoba się w takim samym stopniu. Autor, żeby połączyć nad lekturą przedstawicieli różnych grup, o ludzkim ciele raz opowiada przez pryzmat medycznych patologii, raz - przez nawiązania do dzieł literackich, sztuki czy frazeologii. Zapewnia to twórcze urozmaicenie, a i zestaw inspiracji: w końcu nie każdy zastanawia się nad tym, że można interpretować utwory przez pryzmat biologii i odkryć naukowych. Człowiek od stóp do głowy opisany jest tu fragmentarycznie, rozmiar książki nie pozwoliłby na syntezę, zresztą od tomów popularyzujących wiedzę nie oczekuje się nawet pełnego omówienia problemu. Gavin Francis może za to zaintrygować odbiorców, wskazać im kilka tematów wartych uwagi. Pomaga zrozumieć pracę lekarzy i ich postawę wobec chorych (to, co pacjentom wydaje się wstydliwe czy wstrętne, dla medyka wcale takie być nie musi, krępujące nawet badania mają przecież ważny cel). Ludzkie ciało jako obiekt obserwacji lekarza i wnikliwego pisarza jednocześnie to motyw, którego pominąć nie wolno. Fakt, że autor skupia się na detalach, a nie próbuje doprowadzić do wyczerpania tematu, zamienia tom w zestaw wielowymiarowych felietonów nie tylko dla przyszłych medyków.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Piotr Bukartyk, Jakub Jabłonka, Paweł Łęczuk: Bukartyk. Fatalny przykład dla młodzieży

Bukowy Las, Wrocław 2018.

Mistrz satyry

Skoro wszyscy artyści wydają swoje autobiografie lub decydują się na autobiograficzne wywiady-rzeki, kwestią czasu było dołączenie do tego grona Piotra Bukartyka. „Bukartyk. Fatalny przykład dla młodzieży” to zestaw migawek z życia, rejestr co ciekawszych sytuacji i wydarzeń. Chociaż na początku autor zastrzega się, że w tomie „zmyśla jak najęty”, gdy pytają go o rzeczy, których nie pamięta. Łatwiej jednak uwierzyć w sprawność satyryczną, umiejętne podbarwianie historii na potrzeby odbiorców przyzwyczajonych do celnych obserwacji w piosenkach.

Jakub Jabłonka i Paweł Łęczuk to dziennikarze w tej publikacji kompletnie niewidoczni (w całym tomie pojawia się jedno „dyżurne” pytanie znienawidzone przez twórców – tylko dlatego, że ma potencjał satyryczny i może służyć za dobre otwarcie). Rezygnują z formy pytań i odpowiedzi, usuwają się w cień – i bardzo dobrze, bo dzięki temu czytelnicy otrzymują wyłącznie spotkanie z Bukartykiem. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy zastanawiać się, jak wielką pracę wykonali – i to chyba największa możliwa pochwała.

Piotr Bukartyk szybko rozprawia się z elementami obowiązkowymi autobiografii – najpierw przedstawia swoje wyjątkowe babcie, w opowieści o nich wplata wizerunek ojca – i już przechodzi do własnego dzieciństwa (wzory do naśladowania) czy wyczynów nastolatka. Charakteryzuje siebie z dystansem, śmieje się z dawnych wcieleń, ale potrafi też wskazać w nich motywy powracające i w dorosłym życiu. Skrótowo omawia kolejne związki, dużo bardziej szczegółowo – drogę do piosenkowej kariery. To właśnie najobszerniejsza część tomu „Fatalny przykład dla młodzieży” – i najciekawsza jednocześnie. Bo autor pokazuje tu zderzenie marzeń i rzeczywistości, brutalne prawa show-biznesu, ale też kolejne kroki wtajemniczenia, przyjaźnie sceniczne czy przygody, o których niekoniecznie wiedzą odbiorcy. Opowiada barwnie i z wyczuciem ironii. Chociaż bez rymów – jest więc jak w piosenkach, wzniosłość zderza się z trywialnością i to zapewnia śmiech. Bukartyk własny życiorys traktuje rozrywkowo, jako źródło anegdot – przeskakuje do kolejnych artystycznych wyzwań, czy to występ festiwalowy, czy pierwsza konferansjerka, droga do radia czy kolejne płyty niosące nadzieję na sukces finansowy. Nie ma tu rozważań na temat warsztatu czy roli artysty w dzisiejszej rzeczywistości. Liczą się tu konkrety podlewane poczuciem humoru. Piotr Bukartyk traktuje swoje życie jako źródło anegdot: nie koncentruje się na wydarzeniach nudnych czy przykrych, sięga po te, które da się przekuć w gawędziarską i zgrabną historyjkę. I przy takim podejściu kompletnie traci na znaczeniu, czy mówi prawdę, czy koloryzuje- liczy się znakomita lektura. Tej czytelnicy się nie oprą. A ponieważ w opowieści w formie krótkich rozdziałów są tutaj jeszcze wplatane fragmenty piosenek (czasami całe teksty), które odbiorcy uwielbiają – czyta się jeszcze przyjemniej. Piotr Bukartyk należy do twórców, których warto posłuchać. „Fatalny przykład dla młodzieży” – odpowiedź na rynkowe trendy i potrzeby – jest po prostu przedłużeniem relacji prześmiewczej. To tom, którym warto się zająć: niebanalny i ciekawy.

piątek, 30 marca 2018

Peter Bognanni: To, co widzę bez ciebie

Bukowy Las, Wrocław 2018.

Podmiana

Trochę drwi sobie Peter Bognanni z nastoletniej fascynacji śmiercią, chociaż oficjalnie przyznać się do tego nie może. Ale widać to w absurdzie i śladach czarnego humoru wprowadzanych do tomu „To, co widzę bez ciebie”. Przedstawia tu bohaterkę kompletnie zagubioną. Tess ma siedemnaście lat. Była zakochana w Jonahu, człowieku, który popełnił samobójstwo. Była zakochana – ale właściwie nie znała swojego wybranka, wymieniali się tylko wiadomościami na Facebooku, ale to jej wystarczało. Teraz z tęsknoty podejmuje grę, którą dla siebie wymyślili – opisuje, jak postrzega swoje najbliższe otoczenie, a wiadomości wysyła na profil chłopaka. Nie oczekuje odpowiedzi, ale któregoś dnia taka nadchodzi. I wtedy wszystko się zaczyna.

Najpierw śmierć Jonaha, gdzieś w tle samobójcza próba Tess – do której autor wielkiej wagi nie przywiązuje. Jakby tego było mało, ojciec dziewczyny zamierza zrobić biznes na niekonwencjonalnych uroczystościach żałobnych (z braku zamówień zajmuje się też pochówkami zwierząt, ale i tu Tess ma większą smykałkę do interesów niż on). Nowa partnerka ojca, Grace, również pracuje w branży funeralnej. Od śmierci nie ma zatem ucieczki. Może dlatego nikt nie przejmuje się tym, jak Tess przeżywa żałobę po Jonahu. A znosi ją ciężko. Rzuca szkołę i odsuwa się od znajomych. Pozostaje jej tylko Daniel. Chłopak, który również kochał Jonaha i nie może pogodzić się ze stratą – a teraz przejął jego konto na portalu społecznościowym i dopuścił się poważnego oszustwa względem Tess.

Jest tu dwoje nastolatków połączonych tajemnicą i silnymi emocjami, z których miłość zdecydowanie zajmuje ostatnie możliwe miejsce. Tess jest rozgoryczona, ma nauczkę, że nie należy wierzyć w internetowe znajomości, chce też wyrównać rachunki – w końcu ukochanemu Jonahowi wysłała swoją nagą fotkę, a zdjęcie obejrzał tylko Daniel. Poza tym, choć nie chce tego powiedzieć, potrzebuje wsparcia w przeżywaniu żałoby. Doprowadza więc najpierw do przeniesienia kontaktów z internetu na telefony i smsy, a potem – do świata realnego. Peter Bognanni nie bardzo wie, jak konstruować obraz prawdziwej pierwszej miłości, idealnej i wzruszającej – w relacji Tess i Daniela mnóstwo jest smutku, trochę wyrachowania, odrobinę sympatii – ale nie ma ani pożądania, ani tęsknoty. Dziwny to związek, jakby jedyne, co uzasadniało jego istnienie, wiązało się ze zmarłym Jonahem. Bognanni pokazuje, że czasami trzeba coś zrobić, by móc ruszyć z miejsca – zmusza bohaterów do eskapady do innego kraju, by ostatecznie mogli rozstać się z bolesnym wspomnieniem. Sama Tess na co dzień obserwuje zadziwiająco różne sposoby radzenia sobie z żalem i tęsknotą – uczestniczy w końcu w przedziwnych ceremoniach pogrzebowych, a niektóre sama aranżuje (jak pożegnanie w stylu burleski).

„To, co widzę bez ciebie” jest książką, która przede wszystkim ma się wyróżniać na rynku spośród innych młodzieżówek. Autor jednak zbyt mocno odchodzi od przyjętych konwencji, albo za bardzo skręca w stronę motywów wanitatywnych – w efekcie traci z oczu to, co zainteresowałoby nastoletnich czytelników najbardziej. Owszem, śmierć staje się tu oswajana i uspokajana przez groteskowe pomysły – ale to za mało, by uwierzyć w więź łączącą bohaterów na przekór kolejnym zmartwieniom. Tess i Daniel nie należą do par, za które trzyma się kciuki – bo zbyt dużo w ich życiu umów, a zbyt mało spontaniczności.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

John Green: Żółwie aż do końca

Bukowy Las, Wrocław 2017.

Bakterie

Holmesy, czyli Aza Holmes, to nastolatka, która nie potrafi odnaleźć się w zwyczajnym świecie. Ma spore problemy z własną psychiką, a jej podstawowym zmartwieniem jest to, że nosi w ciele całe mnóstwo bakterii, które mogą w każdej chwili przejąć nad nią kontrolę. Okalecza się – regularnie i od lat rozdrapuje ranę na palcu, by na nowo ją dezynfekować i opatrywać. Obsesyjnie boi się zakażenia. W jej podejściu nie pomaga terapia ani leki, które zresztą bohaterka rzadko zażywa. Zmiana mentalności, choć konieczna, jest przecież niemożliwa. Holmes w zasadzie nie ma przyjaciół, poza jedną Daisy, która jest bardzo wyrozumiała i cierpliwa. Tylko Daisy traktuje Holmes normalnie – a że to bohaterka charakterystyczna dla prozy Johna Greena, nada tempo fabule przez szaleństwa dozwolone nastolatkom.

To Daisy przynosi wiadomość o stu tysiącach dolarów nagrody dla tego, kto wskaże miejsce pobytu miliardera. Russell Pickett uciekł przed aresztowaniem i nikt nie wie, gdzie się ukrywa. Daisy zamierza rozwiązać tę zagadkę i wskazać policji trop. Dla niej to szansa na lepsze życie: jest biedna, wie, że nie stać jej na opłacenie czesnego na studia, zmęczyła się też już pracą w sieciowej restauracji. Pamięta również o jednym: Holmes znała syna owego miliardera. Postanawia więc wciągnąć przyjaciółkę w działania detektywistyczne. I tak w życie odludka Holmes wkracza Davis, rówieśnik, który – jak się okazuje – doskonale wie, kim jest Aza i często o niej myśli. To oczywisty początek romansu nastolatków, pierwszej miłości, która musi pokonać rozmaite przeszkody, w tym – lęk Azy przed zakażeniem. Bo trudno choćby trzymać się za ręce, nie mówiąc o zwykłym pocałunku, kiedy myśli się o koloniach bakterii przechodzących z ciała ukochanego.

John Green potrafi portretować nastolatki stojące przed olbrzymimi wyzwaniami, tym razem jednak trochę gubi go rodzaj rozmachu. Nie przekonuje czytelników co do zauroczenia Davisa Azą (a stąd przecież ma wziąć się cała miłosna historia), ani do pędu Daisy do wielkich pieniędzy kosztem skrzywdzenia kolegi. Owszem, stopniowo ujawnia różne motywacje postaci i przez zagłębianie się w ich życiorysy naświetla część emocji – ale jest tego za mało, żeby uzasadnić cierpliwość. Davis jest tu chłopakiem idealnym: do niczego nie zmusza, imponuje delikatnością i wyrozumiałością, chociaż sam ma poważne problemy (brak rodziców oznacza, że musi zająć się młodszym bratem). Ta miłość może być wzruszająca dla nastoletnich idealistek, ale nie do końca wyjaśniona. Siłą „Żółwi aż do końca” staje się jak zwykle dobra narracja, pomysłowość w dziedzinie wykorzystywania nieogranych jeszcze symboli. Trudno jednak byłoby uznać tę książkę za lepszą niż „Gwiazd naszych wina” czy choćby „Szukając Alaski. Mniej tu beztroskiej młodości jako pretekstu do łamania reguł, a wcześnie bohaterowie muszą wydorośleć (a tego autor nie praktykował nawet w obliczu śmierci samych nastolatków). Podąża się za postaciami bardziej z przyzwyczajenia niż z ciekawości, nawet refrenowo powracający palec Azy nie zagwarantuje uzasadnienia dla jej wewnętrznych dziwactw. U Greena każdy ma prawo do normalnego życia i do wielkich uczuć – „Żółwie aż do końca” są skonstruowane na tej właśnie zasadzie, tyle tylko, że rozwiązania wydają się tu krótkowzroczne. Przez dystans do postaci John Green nie może wzruszać tak bardzo, jak by chciał.

poniedziałek, 30 października 2017

Graeme Simsion: Lista przebojów Adama Sharpa

Bukowy Las, Wrocław 2017.

Dźwięki uczuć

Autorzy powieści pop, zwłaszcza po kursach kreatywnego pisania, chętnie ułatwiają sobie zadanie związane z wymyślaniem fabuły, wspierając się dowolnymi listami i zestawieniami. Najczęściej to zbiory zadań do wykonania z jakiejś konkretnej okazji, ale zdarzają się też wliczenia. Graeme Simsion nie podpiera się taką listą jako katalizatorem, za to wplata w opowieść całkiem dużo tytułów inspirujących piosenek. Tworzy bohaterowi prywatną playlistę, która pomaga wyrażać uczucia i ilustruje codzienność. „Lista przebojów Adama Sharpa” byłaby zwyczajnym czytadłem, gdyby nie przywiązanie autora (i bohaterów) do muzyki, w stopniu o wiele przewyższającym standardy. W książce postacie potrafią rozmawiać o muzykowaniu, a konkretnych przebojów używają jako sekretnego języka, dialogu do wyrażania uczuć.

Liczy się tu mentalna podróż w przeszłość, tuż przed kryzysem wieku średniego. Adam Sharp jest już po czterdziestce, ma żonę (ale nie dzieci), ustabilizowaną sytuację zawodową i materialną. Prowadzi spokojną egzystencję bez fajerwerków, ale też bez wielkich problemów. Nie zagłębia się przesadnie w przeszłość, aż do momentu, w którym otrzymuje wiadomość od swojej dawnej miłości. Angelina była gwiazdą filmową, która zwróciła uwagę na barowego muzyka. Sprawiła, że ten uwierzył w siebie i związała się z nim, zapewniając wiele pięknych chwil. Z powodu rozmaitych lęków i niewłaściwych decyzji doszło do rozstania i Angelina na wiele lat zniknęła z życia Adama. Teraz wysyła mailowy lakoniczny komunikat, sprawiając, że odżywają dawne uczucia. Angelina ma męża i trójkę dzieci, Adam wydawał się przyzwyczajony do egzystencji u boku Claire. Rozpoczynają jednak internetowy flirt i chociaż żadne z nich nie wie, jak potoczy się los, nie przerywają pozornie niewinnych rozmów. Każde stara się odczytać ukryte intencje drugiej strony, a we własnych listach zawrzeć dodatkowe przesłania, nieczytelne dla postronnych. W końcu dochodzi do spotkania i to za wiedzą oraz pełną aprobatą męża Angeliny, Charliego.

Snuje Graeme Simsion typowy romans, zdając się na przejrzystość ludzkich charakterów oraz zwodniczą pamięć. Wszyscy wiedzą, że stara miłość nie rdzewieje i pierwszy mail wysłany przez Angelinę jest jednocześnie pierwszym krokiem na drodze do zdrady. Ale dla autora część poczynań bohaterów nie będzie oczywista. Zamiast prostego i przewidywalnego rozwiązania proponuje szereg komplikacji. Tu już nie pomoże znajomość psychiki zakochanych – to rozwój akcji będzie determinować wybory – a później też wizja seksualnych fantazji. Bo tylko do pewnego momentu „Lista przebojów Adama Sharpa” przypomina klasyczną romansową obyczajówkę, później autor przechodzi z muzyki na sceny erotyczne. Wywołuje to prawdopodobnie moda na literaturę tego typu – a że Simsion rezygnuje z oczywistości, i tutaj stara się odbiorców czymś zaskoczyć.

„Lista przebojów Adama Sharpa” to kolejne spojrzenie na międzyludzkie historie i uczucia trudne czasami do wytłumaczenia. Autor pozwala postaciom zrealizować marzenia i przygląda się konsekwencjom, proponuje więc czytelnikom rozwijanie nie tego, co oczywiste, a tego, co zaskakujące i nowe. Jest przy tym „Lista przebojów Adama Sharpa” czytadłem, ale momentami czytadłem z ambicjami. Na uwagę zasługują zwłaszcza (nieliczne, niestety) wstawki dotyczące muzyki i grania. To sposób na uwiarygodnienie bohaterów i dostarczenie nieco wiedzy muzycznej odbiorcom. Do „Listy przebojów Adama Sharpa” autor dołącza spis piosenek wykorzystanych w tekście – tak, by czytelnicy mogli wczuć się w emocje postaci również za sprawą dźwięków i tekstów. Emocje wyrażane w muzyce ubarwiają ten tom.

niedziela, 15 października 2017

Andrea De Carlo: Niedoskonały cud

Bukowy Las, Wrocław 2017.

Smaki życia

Jest ich dwoje, oboje w momencie, w którym powinni mieć już ustabilizowane życie i sprecyzowane marzenia. Tymczasem oboje znajdują się na zakręcie i nie wiedzą, co zrobić, żeby uwolnić się od problemów. Nick Cruickshank to rockman o bujnej przeszłości. W zasadzie znudziły mu się już wyskoki i pijackie wybryki, pracuje nad sobą i razi go zachowanie kumpli z zespołu. . Nawet erotyczne podboje nie cieszą go tak, jak dawniej, teraz Nick planuje się ustatkować i ożenić z kobietą, która zawsze go fascynowała. Rezygnuje z codziennych ekscytacji, a przynajmniej taki ma zamiar, zmęczony szaleństwami. Razem z energią życiową Nick traci trochę ze swojej charyzmy – nie jest tą postacią, która wykorzystuje popularność. Bez przekonania pozuje do zdjęć z fanami, raczej ukrywa się w domu na uboczu. Drugą postacią „Niedoskonałego cudu” jest Milena Migliari, Włoszka, która zajmuje się wytwarzaniem oryginalnych lodów. Ta bohaterka daje się stłamsić swojej partnerce. Związek, który kiedyś wydawał się wybawieniem od mężczyzn, ekscytującą alternatywą i inspirującym doświadczeniem, nagle zamienia się w odgrywanie konserwatywnych ról. W tej relacji Milena Migliari stoi na przegranej pozycji: jej władcza partnerka uważa, że to ona ma ważniejszą pracę (a lody Mileny to raczej bezwartościowe hobby). W dodatku kobiety planują mieć dziecko, które urodzi Milena. Właściwie chce tego tylko Viviane, Milena nie potrafi jednak walczyć o swoje racje. Ucieka do lodziarni, bo tylko tam może być sobą. Tych dwoje Andrea De Carlo zderza ze sobą w powieści „Niedoskonały cud” – i pozwala im odkryć nowe możliwości w życiu.

Autor nakreśla równolegle dwie sytuacje. Jedna to zamieszanie przed ślubem w posiadłości Nicka – i sceny, które pozwalają lepiej poznać dosyć skomplikowane losy bohatera. To droga do zrozumienia jego charakteru i całej postaci. Druga to produkcja lodów. W „Niedoskonałym cudzie” podkreśla się modę na lody rzemieślnicze. Milena Migliari testuje nowe smaki, chce produkować lody z kwiatów, zajmuje się ich konsystencją, sposobem podania czy temperaturą. W tym temacie autor wręcz zbliża się do powieści kulinarnych, przy lodach stara się nasycać zmysły opisami i rozbudzać apetyty. Dla Mileny Migliari lody są wszystkim – pomagają nawet pomóc w zrozumieniu, że znalazło się bratnią duszę. To jak sekretny język, rodzaj wspólnego wtajemniczenia. A do tego przydatna metafora mogąca przenieść się na życie.

Andrea De Carlo robi dużo, żeby nie sprowadzać swojej historii do tandetnego i przewidywalnego romansu. W fabule zajmuje się różnymi pobocznymi zagadnieniami, które rozwija do granic możliwości, żeby odsunąć w czasie powrót do bohatera. Przedziela rozdziały dotyczące Nicka opowieściami o Milenie, żeby jeszcze bardziej odwlec to, co nieuchronne. Warto zauważyć, że w dialogach porzuca prawdopodobieństwo, pozwala bohaterom dokładnie nazywać swoje uczucia (co ma świadczyć o wyjątkowości ich relacji, bo z innymi już nie da się tak precyzyjnie rozmawiać). Do tego bardzo lubi akcentować wybrane sformułowania: w tekście zaznaczane to jest rozstrzelonym drukiem i czasami funkcjonuje ten chwyt do przesady, aż może zmęczyć lub zirytować czytelników. W akcji nie dzieje się zbyt dużo, przynajmniej w sferze wydarzeń. Dla autora ważniejsze są relacje międzyludzkie – to portretuje przez cały czas i na nich najbardziej się skupia. „Niedoskonały cud” to powieść, która ma być nawiązaniem do ciepłych obyczajówek i do psychologicznych komplikacji. Przy tym musi trochę stracić na lekkości, ale nie przestaje być oryginalnym czytadłem.

piątek, 28 lipca 2017

Jennifer E. Smith: Odległość między tobą a mną

Bukowy Las, Wrocław 2017.

Dystans

To prawo autorów młodzieżowych obyczajówek: wierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia i to taką, której niestraszne żadne przeszkody. Nawet jeśli uczucie, jakie pojawia się między młodymi bohaterami, nie ma większego uzasadnienia, stanowi wystarczającą siłę sprawczą późniejszych irracjonalnych wyborów. Z punktu widzenia dorosłych związek przedstawiany przez Jennifer E. Smith w „Odległości między tobą a mną” nie ma najmniejszego sensu. A jednak autorka podsuwa młodym czytelniczkom materiał do marzeń.

Zaczyna się od wielkiej awarii prądu w Nowym Jorku. Owen i Lucy utykają w windzie. Inaczej mogliby się w ogóle nie spotkać – ona mieszka na 23. piętrze, on w suterenie. Zmuszeni do dzielenia ciasnej przestrzeni, zaczynają ze sobą rozmawiać i odkrywają, że świetnie się rozumieją. On zabiera ją na dach budynku, razem oglądają rozgwieżdżone piękne niebo. Nad ranem chłopak znika. Ma ważne powody, o tym jednak Lucy nie wie. A potem los ich rozdziela. Ona ma się przeprowadzić z rodzicami do Londynu, on z ojcem jeździ po Stanach i nie osiądzie na dłużej nigdzie, jeśli tata nie dostanie pracy. Wysyłają do siebie widokówki: oboje czują dziwną (i w sumie niezrozumiałą) awersję do bezdusznej poczty elektronicznej. Nie spieszą się do siebie, a nawet próbują inaczej poukładać sobie życie. Tylko autorka wie, że nie pozwoli się im tak po prostu rozstać.

„Odległość między tobą a mną” to powieść budowana na detalach tworzących sekretny język związku. Lucy i Owen, nawet kiedy jeszcze nie planują być ze sobą, wypracowują sobie system gestów i znaczeń zrozumiałych tylko dla nich. Jennifer E. Smith zresztą lubi operować takimi sygnałami, trochę filmowymi. W narracji przeskakuje między postaciami – w pewnym momencie tylko po to, żeby zarejestrować ich pojedyncze spojrzenia lub pełne tęsknoty westchnienia z różnych punktów globu. To oczywiste chwyty pod publiczkę, obliczone na wzbudzenie zachwytu młodych idealistek – ale do tej historii bardzo pasują. Autorka nie boi się sentymentalizmu, pokazuje, jakie wsparcie dają sobie nawzajem postacie. Lucy może czuć się osamotniona przez to, że jej bracia wyjechali na studia (a do tej pory zastępowali towarzystwo i przyjaciół), a rodzice podróżują tylko we dwoje i nawet nie pomyślą o tym, by zaproponować Lucy wspólny wyjazd. Owen niedawno stracił mamę – teraz musi nauczyć się tworzyć dom tylko z ojcem, który wprawdzie prezentuje sztuczny optymizm, ale nie za bardzo potrafi pogodzić się z sytuacją. Zachowuje się dojrzale, wspiera ojca także finansowo – i przez to nie poświęca tyle czasu, ile by chciał, na budowanie relacji z Lucy.

Jest to historia jak wiele romansów dla nastolatek zbyt piękna, żeby była prawdziwa, ale też nikt o prawdopodobieństwo nie będzie się tu upominał: liczą się uczucia, przy nich blednie nawet akcja. Notabene, oparta na schemacie wypełnianym dość konwencjonalnie: podstawową przeszkodą dla związku jest tutaj odległość, ale zdarza się też i zazdrość, i brak porozumienia. Jennifer E. Smith sięga po standardowe motywy i układa je w zgrabną całość, a w przerwach między spotkaniami Lucy i Owena zajmuje się problemami rodzinnymi, jedynym wątkiem na tyle poważnym, by na moment odsunąć sprawy sercowe. Jest „Odległość między tobą a mną” historią dla marzycielek, ale też tym, czego młode czytelniczki się spodziewają po tej autorce. Smith nawet mimo fabularnych uproszczeń dobrze pisze – można się zająć perypetiami postaci i kibicować im w trudnej drodze. W tym wypadku przezwyciężanie trudności to walka o własne szczęście. Jeśli się z niej zrezygnuje, nie ma szansy na odzyskanie radości życia. Lucy i Owen wiedzą, że każdą przeszkodę można pokonać – nie ma znaczenia, że na razie muszą jeszcze słuchać rodziców.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Rafał Ohme: Emo sapiens. Harmonia emocji i rozumu

Bukowy Las, Wrocław 2017.

Emocje na wesoło

Książkę o emocjach w życiu człowieka Rafał Ohme chce pisać z uśmiechem i zapatrzeniem w poradniki dotyczące samorozwoju z zachodnich rynków. Jego „Emo sapiens. Harmonia emocji i rozumu” jest jak list do czytelnika, czasem traktowanego z pobłażliwością (żeby nie napisać: jak dziecko), zwalnianego z obowiązku myślenia. Ohme wszystko za niego przeczyta, wszystkiego się dowie, wszystko przetrawi, a na końcu podsunie papkę, tak, by pochłonąć ją jak najmniejszym kosztem. Rafał Ohme będzie przewodnikiem po uczuciach i reakcjach, również tych, które stanowią żelazny kanon żartów (wie, dlaczego kobiety przy malowaniu oczu otwierają usta), odwołuje się do sytuacji znanych każdemu z codziennego życia i kreuje siebie na… specjalistę-komika. A ponieważ psychologia i żarty rzadko do siebie pasują stylistycznie – będzie „Emo sapiens” budzić rozmaite, czasem skrajne odczucia.

Autor, żeby zapracować na autorytet, przedstawia czytelnikom dane teoretyczne na temat pracy mózgu, rozwoju emocjonalności w historii ewolucji, roli zmysłów w odczuwaniu emocji… Każde zagadnienie chce obudowywać wiedzą z zakresu biologii, ale zdaje sobie sprawę z tego, że to byłoby po pierwsze wtórne wobec podręczników i części poradników (teoretyczne wprowadzenie to element obowiązkowy w książkach do samorozwoju, bez względu na jakość później wprowadzanych refleksji), po drugie – niestrawne dla odbiorców spragnionych szybkiego i prostego zestawu wskazówek i podpowiedzi. Dlatego Rafał Ohme przyjmuje rolę błazna. Zamienia się w wesołka, który pracę systemu nerwowego porówna do działania komputerów, odwoła się do popkulturowych zdobyczy – filmów czy seriali jako przykładów na poparcie swoich tez. Do tej lekkości i żartobliwości bardzo pasuje traktowanie czytelnika jak kumpla, zapożyczone z kioskowych poradników. Rafał Ohme przez cały czas podtrzymuje więź z odbiorcą, zwraca się bezpośrednio do niego, nakazuje przypomnieć sobie doświadczenia z przeszłości (tak ogólne, że wspólne wszystkim), zadaje bardzo dużo pytań. Dba o to, by czytelnicy po prostu nie mogli odsunąć się od lektury, działa na ich emocje. Czasami przywołuje znane sztuczki oszukujące umysł (obrazki z porównywaniem wielkości), innym razem wystarczą mu rozwiązania z pozoru nierozwiązywalnych zagadek. Kusi tym odbiorców, podobnie jak niekonwencjonalnym stylem. Oczywiście ma to swoje wady, bo nie każdemu przypadnie do gustu wieczne wygłupianie się – ale już samym tytułem Ohme trafi do młodego pokolenia czytelników. Tym powaga nie jest potrzebna: więcej, satyryczne popisy autora zamienią się w wartość.

„Emo sapiens” to książka o tym, jak ludzie reagują – autor pokazuje zarówno typowe emocje w odpowiedzi na konkretną sytuację, automatyzmy i zachowania irracjonalne, jak i możliwości zmiany. Wyjaśnia, jak odczytywać emocje rozmówcy z mikrodrgań na jego twarzy i – jak testować odruchy w określonych sytuacjach. Sprawia, że odbiorcy zaczną lepiej rozumieć emocje. Jednocześnie chce, żeby tom nie kojarzył się czytelnikom z wysiłkiem poznawczym: na początku rozdziału zapowiada jego treść, sam rozdział dzieli na drobne cząstki, do tego jeszcze tworzy wypunktowane podsumowania. Trudniejsze treści pozbawione żartobliwego tonu zamyka w „gazetowych” ramkach – to wskazówka dla wciąż spragnionych wiedzy i pogłębiania wiadomości, ci, którzy wolą rytm disco, mogą te fragmenty pomijać. Rafał Ohme tworzy sobie obraz czytelnika internetowego i rozleniwionego, wie, że musi mu zaoferować przesłania w atrakcyjnej oprawie. Dlatego też „Emo sapiens” zahacza o niepowagę – to rozwiązanie wpasowujące się w oczekiwania odbiorców i rynku.

poniedziałek, 29 maja 2017

Emily Barr: Jedyne wspomnienie Flory Banks

Bukowy Las, Wrocław 2017.

Szansa

Flora ma siedemnaście lat i tatuaż na ręce. Tatuaż zrobiony w dwóch etapach głosi „Flora, odwagi” i pełni funkcję inną niż podejrzewaliby zwykli obserwatorzy. Flora cierpi bowiem na brak pamięci krótkotrwałej (amnezję następczą) po urazie, jakiego jej mózg doznał siedem lat wcześniej. Wydarzenia nastolatka pamięta góra przez kilka godzin, po tym czasie wszystko musi poznawać na nowo. Informacje najczęściej zapisuje długopisami lub markerami na nadgarstkach i przedramionach, a także w notesie. Tatuaż bezustannie przypomina jej, że powinna realizować marzenia i nie bać się wyzwań. Flora to bohaterka niezwykła nie tylko z racji choroby. Zdobywa się na czyny tak śmiałe, że jej rówieśnicy mogliby jej pozazdrościć. Jak na trzymaną pod kloszem nastolatkę osiąga naprawdę dużo – a wszystko za sprawą wielkiej (choć i wyolbrzymianej) miłości.

Pewnego dnia na plaży Florę całuje chłopak jej najlepszej przyjaciółki, Paige. Paige oczywiście jest wściekła i zrywa kontakty, a Flora ze zdumieniem odkrywa, że to wspomnienie nie rozwiewa się wraz z innymi – bohaterka jest w stanie podać okoliczności wydarzenia i swoje związane z nim emocje. Może nie wiedzieć, co się z nią działo przed chwilą, ale myśl o Drake’u trwa uporczywie w jej głowie. Nastolatka zakochuje się w Drake’u czy też w swoim wyobrażeniu o nim. W końcu wyjeżdża za nim na Alaskę. Może to osiągnąć, bo jej rodzice zajęci są – w innym kraju – pożegnaniem z umierającym synem, starszym o siedem lat bratem przyrodnim Flory, a obrażona Paige nie podejmuje się opieki. Flora rusza zatem w podróż życia, często będącą poza zasięgiem zwyczajnych nastolatków. Ona, która w obcym otoczeniu najczęściej wpada w panikę, skazana na pomoc rodziny i znajomych i faszerowana lekami. Jej czyn nie jest zbyt rozsądny, ale na tym polega urok młodości i brawury. Flora nie tylko musi poradzić sobie w nowym miejscu – całą eskapadę powinna utrzymać w tajemnicy przed nadopiekuńczymi rodzicami czy zazdrosną Paige. Zdovywa kolejnych przyjaciół, którym nie chce zwierzać się ze swoich przypadłości. Żyje pełnią życia i odkrywa, do czego jest zdolna. To pierwszy krok do ujawnienia prawdy o najbliższych.

Emily Barr pisze powieść dla młodzieży, ale z drygiem do thrillerów. Udaje jej się stopniować napięcie i grać powtarzanymi do znudzenia informacjami (co kilka godzin Flora przypomina sobie to, co czytelnicy już wiedzą, ale bywa, że z nowymi interpretacjami lub naddanymi wiadomościami). W trakcie relacji słabnie działanie leków podawanych dziewczynie przez matkę, zmienia się zatem podejście Flory do pewnych spraw. Na Alasce pojawiają się dość egzotyczne zagrożenia, więc nie tylko na ewentualnym sercowym dylemacie opowieść będzie się opierać. Jakby tego było mało, Emily Barr ma cały zestaw tajemnic i niespodzianek dla odbiorców, najważniejsze jest to, że potrafi je dawkować i odpowiednio przygotowywać pod nie grunt. Zwykłą, wręcz banalną historię zauroczenia nastolatki (nawet nie – z wzajemnością) przerabia dzięki wyjątkowo silnemu kontekstowi i nasyceniu emocjonalnemu. Nie tylko Flora Banks w tej rodzinie jest osobą z poważnymi problemami. Autorka ma jednak rękę do portretowania postaci pozytywnych – buduje cały plan pomocy i charaktery, na których można polegać, udaje jej się zaskoczyć czytelników oryginalnymi rozwiązaniami. Powieść dla nastolatek czerpie z „dorosłych” wzorów gatunkowych i odchodzi od mód z literatury pop. Przygoda Flory Banks zapada w pamięć i mocno działa nie tylko na młodych odbiorców. Jest ta książka dowodem na zrozumienie i kreatywne wykorzystanie mechanizmów, które sprawdziły się w twórczości dla młodzieży – ale i przekazaniem całkiem udanych zabiegów z różnych sfer literatury rozrywkowej dla dorosłych.