Bukowy Las, Wrocław 2019.
Zabawna nauka
W erze mediów i gadżetów elektronicznych, kiedy trudno dzieci choćby na chwilę odciągnąć od komputera, Sergei Urban proponuje zestaw prostych doświadczeń, które pokażą maluchom, jak ciekawa jest nauka – i jak atrakcyjny może być świat poza internetem. Co zabawne, ten autor zaistniał w blogosferze, jako tata dwóch chłopców, a „The dad lab” przyniósł mu sławę wśród internautów. Teraz Urban może trafić do jeszcze szerszego grona odbiorców, a jego publikacja „The dad lab. Domowe laboratorium” to znakomita podpowiedź dla wszystkich zabieganych rodziców, którzy muszą zorganizować czas swoim pociechom. Bez wątpienia autorowi uda się przekonać do siebie czytelników, zwłaszcza że przytaczane przez niego propozycje zabaw nie generują wielkich kosztów ani nie wymagają zbyt dużej ilości czasu.
Doświadczenia zostały pogrupowane na takie, przy których można się pobrudzić, na błyskawiczne, na związane z fizyką czy chemią, artystyczne lub „magiczne”, w zależności od tego, jaki efekt chce się uzyskać, można dostosować do codziennych zabaw z dzieckiem konkretny zestaw zadań. Autor podpowiada między innymi, jak zrobić prosty elektromagnes albo rysunek, który będzie przewodził prąd (z bateryjki do diody), jak i po co zrobić wagę z balonów, jak sprawdzić, czy jajka utrzymają ciężar człowieka, jak stworzyć bańkę mydlaną, w której zmieści się dziecko, ale też – jak wyprodukować kolorowego glutka z mąki i wody, przetestować zjawisko powstawania kraterów czy zamrozić plastikowego dinozaura w kuli lodu. Taki zestaw – w książce znajduje się czterdzieści ćwiczeń, część z nich została jeszcze rozszerzona o dalsze możliwości zabawy, kiedy autor zadaje pytania, na które trzeba poszukać odpowiedzi empirycznie – gwarantuje dobrą rozrywkę i zainteresowanie maluchów nauką. Nie będzie problemu z odciągnięciem dzieci od komputerów, jeśli zafunduje im się taki zestaw przeżyć.
Autor stawia na styl pop. Najpierw szybki opis doświadczenia, połączony ze zdjęciami. Na fotografiach znajdują się jego synowie w kolejnych fazach ćwiczenia – jednak już we wstępie Sergei Urban zaznacza, że książka równie dobrze nadaje się dla dziewczynek. Zresztą fakt „męskich” zabaw może sprawić, że ojcowie chętniej zaangażują się w zabawy z pociechami. Zadanie nie nastręcza kłopotów, chociaż jego efekt dla dziecka będzie najczęściej zaskakujący. Następnie autor wprowadza krótkie wyjaśnienie zjawiska, które można było podczas ćwiczenia zaobserwować, podaje też wskazówki dotyczące rozszerzania eksperymentu. Nie zagłębia się ani w fachowe tłumaczenia, ani w skomplikowane naukowe analizy, chce, żeby lektura przebiegała przyjemnie, a do tego zaspokajała ciekawość odbiorców. Proponuje książkę, która ma zastosowanie praktyczne – świetnie się sprawdzi, kiedy dorośli zechcą uruchomić kreatywność pociech i pokazać im kilka ciekawostek. Sergei Urban popisuje się tutaj wyobraźnią w procesie wymyślania twórczych zabaw dla najmłodszych – jego tom może się przydać.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla rodziców. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla rodziców. Pokaż wszystkie posty
sobota, 28 września 2019
czwartek, 26 października 2017
Shannon Cullen: Jestem wrakiem, to jest mój dziennik. Alternatywny poradnik dla wyprutych rodziców
Marginesy, Warszawa 2017.
Ćwiczenia z dzieciństwa
Dzienniki kreatywne najpierw trafiły do literatury czwartej, a stamtąd rozpoczęły zwycięski pochód na inne rynki, absorbując nawet dorosłych. O ile w przypadku małych odbiorców to porady z cyklu jak zabić nudę oraz jak uruchomić kreatywność, o tyle u dorosłych uzasadnienie twórczych działań musi być lepiej przygotowane. Chodzi w końcu o zmuszanie do raczej nietypowych w tym wieku reakcji, działanie może i relaksujące, ale kojarzone też z kolejnym obowiązkiem, w dodatku niebezpiecznie zbliżającym na powrót do świata szkoły i infantylizmu maluchów. Wystarczy jednak odpowiednio sprofilować publikację, by cieszyła się zasłużonym powodzeniem i stała się w pewnych kręgach modna, nadawała się też na prezent. Były już zeszyty dla tych, którzy nudzą się w biurze – teraz Shannon Cullen zwraca się do świeżo upieczonych rodziców, tych, którzy mają dość niespodzianek ze strony niemowlaków i potrzebują odskoczni od codzienności, żeby nie oszaleć. Wprawdzie większość młodych matek wolałaby raczej wolną chwilę poświęcić na odespanie, a nie na rysunki i uzupełnianie zadań – ale tom „Jestem wrakiem, to jest mój dziennik” może też stać się nietypowym sposobem ekspresji, a przy odpowiednim traktowaniu również ciekawą pamiątką. Odstresowującą, bo wiele zadań wywoła w pierwszej kolejności śmiech, a dopiero później refleksję nad macierzyństwem i zmianami w sposobie myślenia.
Cullen zdane sobie sprawę z potrzeb i możliwości „wyprutych” rodziców. Wie, że mogą tęsknić za snem i imprezami, że młode matki chciałyby się czasem zrelaksować przy winie lub wziąć długą kąpiel zamiast błyskawicznego prysznica. Zna załamanie związane ze zmienianiem pieluch i odrzucaniem przez dziecko kolejnych słoiczków, wie też, że nie da się w spokoju wypić kawy lub herbaty. Wszystkie te stereotypowe motywy wplata w kolejne ćwiczenia, budząc radość odbiorców. Zmusza do zastanowienia nad ulubionymi a zarzuconymi rozrywkami, drwi sobie z porażek i codziennych kłopotów. Pozwala przyznawać sobie nagrody, spisywać marzenia lub powody irytacji, szuka tematów krzepiących lub tych, które można już tylko wyśmiać dzięki złośliwościom i ironii. Zachęca do upamiętniania kolejnych etapów życia malucha czy zmieniających się pór roku – są tu miejsca na kosmyk włosów dziecka, odbicie stópki lub talerz na posmarowanie go pierwszym posiłkiem. To tom, przez który rodzice – wykończeni nowymi obowiązkami – mogą się poczuć beztrosko i zachowywać jak niesforne kilkulatki. Ta publikacja będzie miejscami niszczona lub nieodwracalnie zmieniana, to jak zeszyt ćwiczeń, tyle tylko, że za pominięcie go lub nieuzupełnienie nic nie grozi. „Używaj, jak chcesz” – to dewiza. Kolejne strony przypominają o radości nieskrępowanego tworzenia. Czasami pojawiają się tutaj zatrważająco celne cytaty na temat posiadania potomstwa – zwykle wszystko: i spostrzeżenia, i zadania dla czytelników-użytkowników podporządkowane jest żartom z macierzyństwa. Ów żart to pocieszenie dla rodziców, próba znalezienia jasnych stron zmęczenia. Odbiorcy tego tomu, jeśli podejmą wyzwanie, będą czerpać radość z rozmaitych pomysłów. Kreatywność nie jest wyłącznie zarezerwowana dla użytkowników książki, wiąże się również z pracą twórczą autorki. Dzięki jej pomysłom wszyscy będą dobrze się bawić. Kreatywny dziennik dla rodziców to szansa na odreagowanie, czy zrzucenie z siebie frustracji, zmęczenia i zniechęcenia. To humor jest podstawową siłą sprawczą tego tomu i uzasadnieniem jego istnienia. Zapewni dorosłym rozrywki iście dziecięce, co w tym wypadku może mieć dodatkowy sens. Dziennik kreatywny dla rodziców to oczywiście również gadżet, idealny prezent dla młodych matek.
Ćwiczenia z dzieciństwa
Dzienniki kreatywne najpierw trafiły do literatury czwartej, a stamtąd rozpoczęły zwycięski pochód na inne rynki, absorbując nawet dorosłych. O ile w przypadku małych odbiorców to porady z cyklu jak zabić nudę oraz jak uruchomić kreatywność, o tyle u dorosłych uzasadnienie twórczych działań musi być lepiej przygotowane. Chodzi w końcu o zmuszanie do raczej nietypowych w tym wieku reakcji, działanie może i relaksujące, ale kojarzone też z kolejnym obowiązkiem, w dodatku niebezpiecznie zbliżającym na powrót do świata szkoły i infantylizmu maluchów. Wystarczy jednak odpowiednio sprofilować publikację, by cieszyła się zasłużonym powodzeniem i stała się w pewnych kręgach modna, nadawała się też na prezent. Były już zeszyty dla tych, którzy nudzą się w biurze – teraz Shannon Cullen zwraca się do świeżo upieczonych rodziców, tych, którzy mają dość niespodzianek ze strony niemowlaków i potrzebują odskoczni od codzienności, żeby nie oszaleć. Wprawdzie większość młodych matek wolałaby raczej wolną chwilę poświęcić na odespanie, a nie na rysunki i uzupełnianie zadań – ale tom „Jestem wrakiem, to jest mój dziennik” może też stać się nietypowym sposobem ekspresji, a przy odpowiednim traktowaniu również ciekawą pamiątką. Odstresowującą, bo wiele zadań wywoła w pierwszej kolejności śmiech, a dopiero później refleksję nad macierzyństwem i zmianami w sposobie myślenia.
Cullen zdane sobie sprawę z potrzeb i możliwości „wyprutych” rodziców. Wie, że mogą tęsknić za snem i imprezami, że młode matki chciałyby się czasem zrelaksować przy winie lub wziąć długą kąpiel zamiast błyskawicznego prysznica. Zna załamanie związane ze zmienianiem pieluch i odrzucaniem przez dziecko kolejnych słoiczków, wie też, że nie da się w spokoju wypić kawy lub herbaty. Wszystkie te stereotypowe motywy wplata w kolejne ćwiczenia, budząc radość odbiorców. Zmusza do zastanowienia nad ulubionymi a zarzuconymi rozrywkami, drwi sobie z porażek i codziennych kłopotów. Pozwala przyznawać sobie nagrody, spisywać marzenia lub powody irytacji, szuka tematów krzepiących lub tych, które można już tylko wyśmiać dzięki złośliwościom i ironii. Zachęca do upamiętniania kolejnych etapów życia malucha czy zmieniających się pór roku – są tu miejsca na kosmyk włosów dziecka, odbicie stópki lub talerz na posmarowanie go pierwszym posiłkiem. To tom, przez który rodzice – wykończeni nowymi obowiązkami – mogą się poczuć beztrosko i zachowywać jak niesforne kilkulatki. Ta publikacja będzie miejscami niszczona lub nieodwracalnie zmieniana, to jak zeszyt ćwiczeń, tyle tylko, że za pominięcie go lub nieuzupełnienie nic nie grozi. „Używaj, jak chcesz” – to dewiza. Kolejne strony przypominają o radości nieskrępowanego tworzenia. Czasami pojawiają się tutaj zatrważająco celne cytaty na temat posiadania potomstwa – zwykle wszystko: i spostrzeżenia, i zadania dla czytelników-użytkowników podporządkowane jest żartom z macierzyństwa. Ów żart to pocieszenie dla rodziców, próba znalezienia jasnych stron zmęczenia. Odbiorcy tego tomu, jeśli podejmą wyzwanie, będą czerpać radość z rozmaitych pomysłów. Kreatywność nie jest wyłącznie zarezerwowana dla użytkowników książki, wiąże się również z pracą twórczą autorki. Dzięki jej pomysłom wszyscy będą dobrze się bawić. Kreatywny dziennik dla rodziców to szansa na odreagowanie, czy zrzucenie z siebie frustracji, zmęczenia i zniechęcenia. To humor jest podstawową siłą sprawczą tego tomu i uzasadnieniem jego istnienia. Zapewni dorosłym rozrywki iście dziecięce, co w tym wypadku może mieć dodatkowy sens. Dziennik kreatywny dla rodziców to oczywiście również gadżet, idealny prezent dla młodych matek.
sobota, 9 lipca 2016
Yalda T. Uhls: Cyfrowi rodzice. Dzieci w sieci. Jak być czujnym, a nie przeczulonym
Iuvi, Kraków 2016.
E-rodzice
Yalda T. Uhls coraz śmielej porusza się na obszarze jeszcze do niedawna sprawiającym olbrzymie kłopoty rodzicom i badaczom. Tom „Cyfrowi rodzice” odnosi się do kwestii obecności nowych mediów w codzienności dzieci. Autorka dzięki licznym (swoim) badaniom, lekturom, ale i obserwacjom własnych pociech próbuje odpowiedzieć na zawarte w podtytule książki pytanie „jak być czujnym, a nie przeczulonym”. Pokazuje, jakich rozwiązań należy unikać i jak traktować obecność elektronicznych gadżetów. Dla części rodziców będzie wsparciem w mądrym wychowywaniu dziecka, innym dorosłym wskaże kierunki refleksji i tematy, którymi warto się zająć.
„Cyfrowi rodzice” to książka poszukująca złotego środka w oswajaniu dzieci (i siebie) z ekspansywną elektroniką. Autorka zatrzymuje się między innymi na kwestii mediów społecznościowych czy gier – usiłuje wypracować metody organizowania najmłodszym czasu z rozrywkami internetowymi i bez nich. Zadanie wciąż wydaje się trudne: Yalda T. Uhls jest z pokolenia, które pamięta czasy bez komputerów – teraz jednak musi się dostosować do panujących zasad i, co więcej, przedstawić rodzicom zestaw podpowiedzi i ułatwień. Dlatego też, by zyskać na wiarygodności, odwołuje się do przykładów z własnego domu. Wskazuje, jak wyznaczać granice i zasady, jak razem z dzieckiem odkrywać uroki internetu i jak nie dać się medialnej histerii. Zachowuje autorka zdrowy rozsądek – od mediów i gadżetów elektronicznych nie ma już ucieczki, a ich znajomość pozwoli lepiej odnaleźć się w dzisiejszym świecie. Uhls wie, że zakazy nie prowadzą do niczego dobrego, lepiej zdobyć zaufanie dziecka i wyznaczać granice w porozumieniu z nim.W tej publikacji uczy wyważonego podejścia, pomaga dostrzec nie tylko zagrożenia, ale i korzyści płynące z nowych technologii i sposobów komunikacji. Bo i o tym trzeba dzisiaj mówić.
Wielką siłą „Cyfrowych rodziców” jest umiejętność wyciągania różnych wniosków z doświadczeń. Uhls celowo rezygnuje z internetowych przestróg i medialnych ostrzeżeń. Nie powtarza banałów o tym, że gry destrukcyjnie wpływają na psychikę dziecka, a wirtualne kontakty upośledzają jego umiejętności społeczne. Raczej sprawdza prawdopodobne scenariusze i pokazuje, w jaki sposób ograniczać niepożądane skutki korzystania z internetu. Obserwacje zamienia na cenny poradnik, w dodatku zgrabnie napisany. Unika skrajnych opinii, ale nie rezygnuje z akcentowania dylematów właściwych dzisiejszym rodzicom. Przy okazji odnosi się do „automatycznych” zabezpieczeń i ograniczeń w sieci, przypomina, jak łatwo pominąć choćby zastrzeżenie, że konto na portalu społecznościowym może założyć użytkownik, który ma skończone trzynaście lat, pisze o wadach blokad rodzicielskich. Z drugiej strony podsuwa rodzicom opcje nie do przyjęcia wśród dorosłych, na przykład możliwość śledzenia korespondencji pociech. Nie wszystkie propozycje rodzice zapewne wezmą pod uwagę, ale część na pewno zasługuje na wcielenie w życie. „Cyfrowi rodzice” to jedna z ciekawszych także dla zwykłych czytelników publikacji popularnonaukowych o radzeniu sobie z wyzwaniami internetowego świata. Yalda T. Uhls opowiada barwnie, a zgromadzone wiadomości systematyzuje w prostych podsumowaniach pod koniec każdego rozdziału. Nie pozwala dorosłym zatrzymać się na etapie najprostszych portal społecznościowych, podaje kolejne ważne punkty budowania cyfrowych sieci kontaktów. Działa jak przewodnik po mało zbadanym terenie i odkrywa przed czytelnikami dość atrakcyjne prawdy o rzeczywistości, od której nie da się uciec. Odpowiada na pytanie, kiedy zacząć pozwalać dziecku na obecność w internecie i jak może to wpłynąć na jego zachowania. Zapewnia tom, który definiuje pewien ważny aspekt dzisiejszej codzienności oraz relacji z dziećmi. Uhls zdaje sobie sprawę, że nie można uciec od tematu nowych mediów w procesie wychowania – i stara się oswoić z tym odbiorców.
E-rodzice
Yalda T. Uhls coraz śmielej porusza się na obszarze jeszcze do niedawna sprawiającym olbrzymie kłopoty rodzicom i badaczom. Tom „Cyfrowi rodzice” odnosi się do kwestii obecności nowych mediów w codzienności dzieci. Autorka dzięki licznym (swoim) badaniom, lekturom, ale i obserwacjom własnych pociech próbuje odpowiedzieć na zawarte w podtytule książki pytanie „jak być czujnym, a nie przeczulonym”. Pokazuje, jakich rozwiązań należy unikać i jak traktować obecność elektronicznych gadżetów. Dla części rodziców będzie wsparciem w mądrym wychowywaniu dziecka, innym dorosłym wskaże kierunki refleksji i tematy, którymi warto się zająć.
„Cyfrowi rodzice” to książka poszukująca złotego środka w oswajaniu dzieci (i siebie) z ekspansywną elektroniką. Autorka zatrzymuje się między innymi na kwestii mediów społecznościowych czy gier – usiłuje wypracować metody organizowania najmłodszym czasu z rozrywkami internetowymi i bez nich. Zadanie wciąż wydaje się trudne: Yalda T. Uhls jest z pokolenia, które pamięta czasy bez komputerów – teraz jednak musi się dostosować do panujących zasad i, co więcej, przedstawić rodzicom zestaw podpowiedzi i ułatwień. Dlatego też, by zyskać na wiarygodności, odwołuje się do przykładów z własnego domu. Wskazuje, jak wyznaczać granice i zasady, jak razem z dzieckiem odkrywać uroki internetu i jak nie dać się medialnej histerii. Zachowuje autorka zdrowy rozsądek – od mediów i gadżetów elektronicznych nie ma już ucieczki, a ich znajomość pozwoli lepiej odnaleźć się w dzisiejszym świecie. Uhls wie, że zakazy nie prowadzą do niczego dobrego, lepiej zdobyć zaufanie dziecka i wyznaczać granice w porozumieniu z nim.W tej publikacji uczy wyważonego podejścia, pomaga dostrzec nie tylko zagrożenia, ale i korzyści płynące z nowych technologii i sposobów komunikacji. Bo i o tym trzeba dzisiaj mówić.
Wielką siłą „Cyfrowych rodziców” jest umiejętność wyciągania różnych wniosków z doświadczeń. Uhls celowo rezygnuje z internetowych przestróg i medialnych ostrzeżeń. Nie powtarza banałów o tym, że gry destrukcyjnie wpływają na psychikę dziecka, a wirtualne kontakty upośledzają jego umiejętności społeczne. Raczej sprawdza prawdopodobne scenariusze i pokazuje, w jaki sposób ograniczać niepożądane skutki korzystania z internetu. Obserwacje zamienia na cenny poradnik, w dodatku zgrabnie napisany. Unika skrajnych opinii, ale nie rezygnuje z akcentowania dylematów właściwych dzisiejszym rodzicom. Przy okazji odnosi się do „automatycznych” zabezpieczeń i ograniczeń w sieci, przypomina, jak łatwo pominąć choćby zastrzeżenie, że konto na portalu społecznościowym może założyć użytkownik, który ma skończone trzynaście lat, pisze o wadach blokad rodzicielskich. Z drugiej strony podsuwa rodzicom opcje nie do przyjęcia wśród dorosłych, na przykład możliwość śledzenia korespondencji pociech. Nie wszystkie propozycje rodzice zapewne wezmą pod uwagę, ale część na pewno zasługuje na wcielenie w życie. „Cyfrowi rodzice” to jedna z ciekawszych także dla zwykłych czytelników publikacji popularnonaukowych o radzeniu sobie z wyzwaniami internetowego świata. Yalda T. Uhls opowiada barwnie, a zgromadzone wiadomości systematyzuje w prostych podsumowaniach pod koniec każdego rozdziału. Nie pozwala dorosłym zatrzymać się na etapie najprostszych portal społecznościowych, podaje kolejne ważne punkty budowania cyfrowych sieci kontaktów. Działa jak przewodnik po mało zbadanym terenie i odkrywa przed czytelnikami dość atrakcyjne prawdy o rzeczywistości, od której nie da się uciec. Odpowiada na pytanie, kiedy zacząć pozwalać dziecku na obecność w internecie i jak może to wpłynąć na jego zachowania. Zapewnia tom, który definiuje pewien ważny aspekt dzisiejszej codzienności oraz relacji z dziećmi. Uhls zdaje sobie sprawę, że nie można uciec od tematu nowych mediów w procesie wychowania – i stara się oswoić z tym odbiorców.
sobota, 4 czerwca 2016
Małgorzata Cieślak: Gry i zabawy dla dzieci
Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.
Rozwój
Małgorzata Cieślak zabawy z dziećmi zebrała w jednym rzeczowym poradniku, który doczekał się właśnie wersji wznowionej i uzupełnionej, a przyda się wszystkim tym rodzicom, którzy chcą zorganizować pociechom czas bez drogich zabawek i w klasycznym stylu. Tom „Gry i zabawy dla dzieci” podzielony został na kilka części. Cieślak najpierw omawia zajęcia, które można wprowadzać… od pierwszego miesiąca życia – i stopniowo pokazuje zabawy dla coraz starszych dzieci. Raz wybiera temat organizacji czasu na przyjęciach dziecięcych (a to znakomita alternatywa dla animatorów i przyjęć w klubach). To znów podejmuje się stworzenia rozwojowych scenariuszy. Co ważne, zawsze wystarczą do zabaw przedmioty, które ma się w domu (piłki, bloki rysunkowe), artykuły recyklingowe (plastikowe butelki lub kartony) czy rzeczy zebrane na spacerze lub w ogródku (kasztany czy jarzębina).
Autorka nie zamierza nudzić długimi narracjami. Każdą zabawę przedstawia zwięźle, precyzyjnie określając jej zasady. Najpierw wymienia potrzebne przedmioty (ewentualnie, przy scenariuszach, minimalną liczbę uczestników), później – sposób przygotowania lub czynności. Nie zakłada przy tym znajomości zabaw wśród rodziców czy dziadków, pokazuje między innymi, jak grać w uproszczone „klasy” (także w wersji domowej, z liniami wyklejonymi taśmą na dywanie lub wykładzinie). Uprzedza, gdy trzeba obserwować malucha, żeby przypadkiem nie zrobił sobie krzywdy, ale zachowuje przy tym zdrowy rozsądek, nie przesadza z ostrzeżeniami w sytuacjach oczywistych. Zabawy dzieli na rozwojowe, edukacyjne czy ruchowe. Niektóre pozwalają się wyszaleć, inne budzą ciekawość małego badacza, można zatem dostosowywać je do temperamentu dziecka i do aktualnych potrzeb. Autorka gromadzi w tomie bardzo dużo różnorodnych propozycji gier – a wiele z nich można jeszcze modyfikować zgodnie z możliwościami. Liczy się to, że Małgorzata Cieślak przypomina, jak łatwo zaktywizować wyobraźnię dziecka, podsunąć mu rozrywki, o których by nie pomyślało w czasach wypełnionych grami komputerowymi i bajkami na dvd.
Co wielu rodzicom pomoże w podejmowaniu decyzji – Cieślak często odwołuje się do własnych domowych obserwacji. Owszem, bierze pod uwagę opinie uczonych (jak postrzega świat niemowlę) i dostosowuje pomysły do najnowszych odkryć – ale też podpowiada rozrywki w oparciu o własne spostrzeżenia. Mówi, że dana zabawa na długo zajmowała jej młodsze dziecko, przywołuje pomysły starszej córki, które sprawdziły się w codziennych zajęciach. Te osobiste wstawki, nawet jeśli mało pasują do wizji zwięzłego i starannie uporządkowanego poradnika, działają lepiej niż najlepsza reklama – widać bowiem, że autorka nie teoretyzuje, zna realia zabawy z dziećmi i sprawia jej to przyjemność. Z jej wskazówek można zatem spokojnie korzystać, by zapewnić maluchom szczęśliwe dzieciństwo, do którego będą chętnie wracać we wspomnieniach.
Ta książka ważna jest dla młodych rodziców i dla tych, którzy nie potrafią sami wymyślać kreatywnych rozrywek (lub boją się, że nie trafią w potrzeby najmłodszych). Łączy zabawę z rozwojem psychoruchowym – a przecież wcale nie potrzeba wielkich umiejętności, żeby zapewnić ciekawemu świata dziecku szereg niezwykłych odkryć. „Gry i zabawy dla dzieci” to publikacja, która znaleźć się powinna w każdym domu, w którym są dzieci – a także w przedszkolach czy świetlicach. Małgorzata Cieślak zamienia dzieciństwo w nieustającą zabawę.
Rozwój
Małgorzata Cieślak zabawy z dziećmi zebrała w jednym rzeczowym poradniku, który doczekał się właśnie wersji wznowionej i uzupełnionej, a przyda się wszystkim tym rodzicom, którzy chcą zorganizować pociechom czas bez drogich zabawek i w klasycznym stylu. Tom „Gry i zabawy dla dzieci” podzielony został na kilka części. Cieślak najpierw omawia zajęcia, które można wprowadzać… od pierwszego miesiąca życia – i stopniowo pokazuje zabawy dla coraz starszych dzieci. Raz wybiera temat organizacji czasu na przyjęciach dziecięcych (a to znakomita alternatywa dla animatorów i przyjęć w klubach). To znów podejmuje się stworzenia rozwojowych scenariuszy. Co ważne, zawsze wystarczą do zabaw przedmioty, które ma się w domu (piłki, bloki rysunkowe), artykuły recyklingowe (plastikowe butelki lub kartony) czy rzeczy zebrane na spacerze lub w ogródku (kasztany czy jarzębina).
Autorka nie zamierza nudzić długimi narracjami. Każdą zabawę przedstawia zwięźle, precyzyjnie określając jej zasady. Najpierw wymienia potrzebne przedmioty (ewentualnie, przy scenariuszach, minimalną liczbę uczestników), później – sposób przygotowania lub czynności. Nie zakłada przy tym znajomości zabaw wśród rodziców czy dziadków, pokazuje między innymi, jak grać w uproszczone „klasy” (także w wersji domowej, z liniami wyklejonymi taśmą na dywanie lub wykładzinie). Uprzedza, gdy trzeba obserwować malucha, żeby przypadkiem nie zrobił sobie krzywdy, ale zachowuje przy tym zdrowy rozsądek, nie przesadza z ostrzeżeniami w sytuacjach oczywistych. Zabawy dzieli na rozwojowe, edukacyjne czy ruchowe. Niektóre pozwalają się wyszaleć, inne budzą ciekawość małego badacza, można zatem dostosowywać je do temperamentu dziecka i do aktualnych potrzeb. Autorka gromadzi w tomie bardzo dużo różnorodnych propozycji gier – a wiele z nich można jeszcze modyfikować zgodnie z możliwościami. Liczy się to, że Małgorzata Cieślak przypomina, jak łatwo zaktywizować wyobraźnię dziecka, podsunąć mu rozrywki, o których by nie pomyślało w czasach wypełnionych grami komputerowymi i bajkami na dvd.
Co wielu rodzicom pomoże w podejmowaniu decyzji – Cieślak często odwołuje się do własnych domowych obserwacji. Owszem, bierze pod uwagę opinie uczonych (jak postrzega świat niemowlę) i dostosowuje pomysły do najnowszych odkryć – ale też podpowiada rozrywki w oparciu o własne spostrzeżenia. Mówi, że dana zabawa na długo zajmowała jej młodsze dziecko, przywołuje pomysły starszej córki, które sprawdziły się w codziennych zajęciach. Te osobiste wstawki, nawet jeśli mało pasują do wizji zwięzłego i starannie uporządkowanego poradnika, działają lepiej niż najlepsza reklama – widać bowiem, że autorka nie teoretyzuje, zna realia zabawy z dziećmi i sprawia jej to przyjemność. Z jej wskazówek można zatem spokojnie korzystać, by zapewnić maluchom szczęśliwe dzieciństwo, do którego będą chętnie wracać we wspomnieniach.
Ta książka ważna jest dla młodych rodziców i dla tych, którzy nie potrafią sami wymyślać kreatywnych rozrywek (lub boją się, że nie trafią w potrzeby najmłodszych). Łączy zabawę z rozwojem psychoruchowym – a przecież wcale nie potrzeba wielkich umiejętności, żeby zapewnić ciekawemu świata dziecku szereg niezwykłych odkryć. „Gry i zabawy dla dzieci” to publikacja, która znaleźć się powinna w każdym domu, w którym są dzieci – a także w przedszkolach czy świetlicach. Małgorzata Cieślak zamienia dzieciństwo w nieustającą zabawę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






