Buchmann, Warszawa 2021.
O dzieciach
Lektury parentingowe cieszą się wielkim powodzeniem, zwłaszcza kiedy tworzone są z przymrużeniem oka przez dzisiejszych blogerów czy autorów parających się satyrą. Krzysztof Wiśniewski i Błażej Staryszak postanowili pójść w ślady wszystkich tych, którzy śmiali się z własnych pociech i z nieudolności w opiece nad nimi (z Wawrzyńcem Pruskym i Leszkiem K. Talko na czele) i stworzyli książkę "Tata nie ma siły", połączenie poradnika, tomu kreatywnego, dziennika rodziców i literatury rozrywkowej w jednym. Ten tom pozwala zabić czas i uświadamia odbiorcom, że wszyscy popełniają błędy i zderzają się z faktami, na które nic by ich nie przygotowało. Najmniej w tym wszystkim chodzi o dzieci, chociaż stają się one źródłem inspiracji i często dowcipów: nie można tutaj szukać wskazówek co do opieki nad pociechami, przynajmniej - nie takich poważnych wskazówek z poradników pedagogicznych. Jeśli jednak ktoś potrzebuje przekonać się, że inni również popełniają błędy i wpadają w tarapaty, których nie przewidzieli, nie radzą sobie ze zmiennymi humorami maluchów albo z ich nieubłaganą logiką - znajdzie tutaj potrzebne wsparcie oraz zdrową dawkę śmiechu.
Chociaż ten tom jest dość spory, znajdują się w nim nie tylko felietony (a szkoda, bo teksty na wysokim satyrycznym poziomie to coś, co zawsze jest w cenie i co powinno zachęcić do czytania tej publikacji). Sporo jest tu quizów i testów lub psychotestów - a raczej ich parodii, wersji na wesoło, tak, żeby szybko wstrzelić odbiorców w odpowiedni klimat i przekonać ich, że mimo popularności kioskowych dzieł, można jeszcze pobawić się absurdem kolejnych skojarzeń. Dzięki systemom złożonych odpowiedzi odbiorcy przekonają się, że opieka nad dziećmi zawsze wiąże się z wielkim wysiłkiem intelektualnym i oznacza szereg błędnych decyzji zanim uda się osiągnąć chociaż namiastkę sukcesu. Osobny temat to miejsce na własne zapiski (związane zwykle z kolejnymi zabawami dla rodziców). Autorzy zachęcają do uzupełniania tomu i wprowadzania do niego własnych dowcipnych historyjek, utrwalania codziennych wydarzeń, które mogą w przyszłości przynieść miłe wspomnienia. Czasami zresztą owe uzupełnianki wiążą się z możliwością rozładowania stresu, zapewniają proste rozrywki, w sam raz dla udręczonych rodziców. Można tu też znaleźć całkiem sporo rysunków satyrycznych na tematy parentingowe - i to się dobrze sprawdza. Do tego wszystkiego dochodzą bardziej rozbudowane teksty pełne celnych obserwacji i puent uświadamiających czytelnikom, jak wiele porażek ponosi się na polu rodzicielstwa. Tutaj nie ma mowy o wskazówkach (chyba że tych prześmiewczych, które jednak - zadziwiająco trafnie - można wcielić w życie). Liczą się ciągłe zmagania dzieci i ich ojców, wyzwania, z którymi na początku trudno sobie poradzić. I chociaż rodzice powinni umieć rozwiązać każdy problem (a większości z nich zaradzić już na starcie), autorzy tomu przypominają, że rzeczywistość wcale nie wygląda tak pięknie. Zestaw przypadków i komplikacji, żartów i rejestrowania zwyczajnych chwil z inteligentnymi dzieciakami - to wszystko owocuje świetną lekturą, która przydaje się do zabicia czasu albo do sprawdzenia, czy inni faktycznie mają lepiej w relacjach z pociechami.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 12 lipca 2021
Moje pierwsze zadania do wyklejania/ Zabawy i zadania z naklejkami
Harperkids, Warszawa 2021.
Naklejki w roli głównej
Dzieci, które potrzebują różnych bodźców do rozpoczęcia wysiłku intelektualnego czy przystąpienia do jakichkolwiek ćwiczeń rozwojowych nie dostrzegą podstępu wykorzystywanego bardzo udanie przez wydawców. Serie zeszytów ćwiczeń z naklejkami maskują idealnie konieczność podjęcia pracy przez malucha, pokazują za to dobrą zabawę. Jeśli doda się do tego kreskówkowych bohaterów – wabiki na najmłodszych – sukces jest pewny.
„Moje pierwsze zadania do wyklejania” z przygodami Misia Paddingtona to połączenie ogólnej wyszukiwanki (w tomiku znalazły się kanapki ukryte przez małego łasucha) i poszczególnych wyzwań. Paddington zostaje tu przedstawiony jako miś z Peru, ale większość odbiorców na pewno będzie go znać i kojarzyć. Pojawiają się w tym zestawie wyszukiwanki, porównania obrazków, znajdowanie cieni czy labirynty. Za każdym razem naklejki albo są potrzebne do uzupełnienia zadania i obrazka, albo dla zaznaczenia dobrze wykonanego zadania (jako nagroda). Miś Paddington zachęca do działania: liczy się tu chęć wkroczenia w jego świat i możliwość dowiadywania się czegoś o bohaterze. Za każdym razem zadanie jest jakoś powiązane z postacią bajkową: proponuje się tu odbiorcom, żeby pomagali misiowi, albo żeby robili coś razem z nim. Dzięki temu łatwiej będzie dzieciom wczuć się w „akcję” i wypełniać zadania. Jest w tej książce dużo naklejek, które można wykorzystywać zgodnie z przeznaczeniem, ale też – których da się użyć w innych celach, do uzupełniania własnych rysunków. Tomik jest kolorowy, z rzadka pojawiają się kontury do zamalowywania przez dzieci. Prawdopodobnie ma to przedłużyć żywot książeczki (chociaż naklejki też nie są wielorazowego użytku). Dzieci będą tu ćwiczyć koordynację wzrokowo-ruchową oraz zdolności manualne, a także umiejętność logicznego myślenia – jak zawsze przy podobnych zadaniach. Będą uczyć się spostrzegawczości i wypracowywać kolejne strategie działania przy kolejnych poleceniach. Wszystko to umili im sympatyczny bohater: misia Paddingtona nie da się nie polubić – to klasyczna postać, która w dodatku zwykle przynosi ciekawe przygody.
Także kolorowy jest tomik „Bing. Zabawy i zadania z naklejkami”. Tutaj królik znany z kreskówki – oraz jego przyjaciele – także mają szereg wyzwań przed sobą. Trzeba między innymi wybrać elementy niepasujące do pozostałych, poćwiczyć szlaczki za sprawą ruchów magiczną różdżką Suli, rozpoznawać kolory i rozmiary, porównywać obrazki, dorysowywać kropki na biedronkach, dopasowywać kształty cieni do postaci. Chociaż zadania nie należą do bardzo trudnych, z tyłu znajduje się klucz odpowiedzi. W przypadku książeczki z Bingiem naklejki są również czasami częścią zadania, a czasami nagrodą, trzeba jeszcze wybrać odpowiednią, żeby zrealizować polecenie. Wszystko jest tu zachęcająco kolorowe, a proste i duże kształty sprawiają, że dzieci raczej nie będą miały trudności z wypełnianiem zadań. Tak przygotowana książeczka zapewnia sporo radości i zabawy, dostarcza też przyjemności. A przy okazji będzie wsparciem w procesie edukowania najmłodszych.
Naklejki w roli głównej
Dzieci, które potrzebują różnych bodźców do rozpoczęcia wysiłku intelektualnego czy przystąpienia do jakichkolwiek ćwiczeń rozwojowych nie dostrzegą podstępu wykorzystywanego bardzo udanie przez wydawców. Serie zeszytów ćwiczeń z naklejkami maskują idealnie konieczność podjęcia pracy przez malucha, pokazują za to dobrą zabawę. Jeśli doda się do tego kreskówkowych bohaterów – wabiki na najmłodszych – sukces jest pewny.
„Moje pierwsze zadania do wyklejania” z przygodami Misia Paddingtona to połączenie ogólnej wyszukiwanki (w tomiku znalazły się kanapki ukryte przez małego łasucha) i poszczególnych wyzwań. Paddington zostaje tu przedstawiony jako miś z Peru, ale większość odbiorców na pewno będzie go znać i kojarzyć. Pojawiają się w tym zestawie wyszukiwanki, porównania obrazków, znajdowanie cieni czy labirynty. Za każdym razem naklejki albo są potrzebne do uzupełnienia zadania i obrazka, albo dla zaznaczenia dobrze wykonanego zadania (jako nagroda). Miś Paddington zachęca do działania: liczy się tu chęć wkroczenia w jego świat i możliwość dowiadywania się czegoś o bohaterze. Za każdym razem zadanie jest jakoś powiązane z postacią bajkową: proponuje się tu odbiorcom, żeby pomagali misiowi, albo żeby robili coś razem z nim. Dzięki temu łatwiej będzie dzieciom wczuć się w „akcję” i wypełniać zadania. Jest w tej książce dużo naklejek, które można wykorzystywać zgodnie z przeznaczeniem, ale też – których da się użyć w innych celach, do uzupełniania własnych rysunków. Tomik jest kolorowy, z rzadka pojawiają się kontury do zamalowywania przez dzieci. Prawdopodobnie ma to przedłużyć żywot książeczki (chociaż naklejki też nie są wielorazowego użytku). Dzieci będą tu ćwiczyć koordynację wzrokowo-ruchową oraz zdolności manualne, a także umiejętność logicznego myślenia – jak zawsze przy podobnych zadaniach. Będą uczyć się spostrzegawczości i wypracowywać kolejne strategie działania przy kolejnych poleceniach. Wszystko to umili im sympatyczny bohater: misia Paddingtona nie da się nie polubić – to klasyczna postać, która w dodatku zwykle przynosi ciekawe przygody.
Także kolorowy jest tomik „Bing. Zabawy i zadania z naklejkami”. Tutaj królik znany z kreskówki – oraz jego przyjaciele – także mają szereg wyzwań przed sobą. Trzeba między innymi wybrać elementy niepasujące do pozostałych, poćwiczyć szlaczki za sprawą ruchów magiczną różdżką Suli, rozpoznawać kolory i rozmiary, porównywać obrazki, dorysowywać kropki na biedronkach, dopasowywać kształty cieni do postaci. Chociaż zadania nie należą do bardzo trudnych, z tyłu znajduje się klucz odpowiedzi. W przypadku książeczki z Bingiem naklejki są również czasami częścią zadania, a czasami nagrodą, trzeba jeszcze wybrać odpowiednią, żeby zrealizować polecenie. Wszystko jest tu zachęcająco kolorowe, a proste i duże kształty sprawiają, że dzieci raczej nie będą miały trudności z wypełnianiem zadań. Tak przygotowana książeczka zapewnia sporo radości i zabawy, dostarcza też przyjemności. A przy okazji będzie wsparciem w procesie edukowania najmłodszych.
niedziela, 11 lipca 2021
Adam Ondra we współpracy z Martinem Jarošem: Ciało i dusza wspinacza
Agora, Warszawa 2021.
Siła
Na fali zainteresowania literaturą górską wkraczają na rynek także publikacje dotyczące wspinaczki skałkowej. Rozwija się rynek literatury sportowej, a kolejni zwycięzcy traktują go jako sposób na autopromocję i dotarcie do szerszego grona fanów. Adam Ondra jako fenomen wspinaczkowy dzieli się teraz z odbiorcami swoimi rekordami i sukcesami. Robi to dzięki pomocy Martina Jaroša, ghosta, który za najważniejsze uznaje przedstawianie emocji związanych z treningami i zawodami sportowymi. Na życie prywatne Adam Ondra przeznacza niewiele miejsca: ostatni rozdział poświęca na przedstawienie swojej ukochanej (również uprawiającej ten sam sport), przechodzi przez obowiązkową opowieść o dzieciństwie - i wczesnym odkryciu pasji. Ondra wspinał się już jako kilkulatek, a kiedy tylko było to możliwe, pokonywał kolejne wyzwania i przekraczał granice, które wydawały się nie do przejścia dla dziecka w jego wieku. To wstęp, który trochę mitologizuje autora, ale też - jest chyba wyczekiwany przez fanów. Chodzi o to, żeby podkreślić, że wspinaczka to przeznaczenie i wielka miłość tego bohatera: tu nie ma miejsca na wahania i na poszukiwania innej życiowej drogi. Nawet studia po napisaniu pracy licencjackiej trzeba porzucić, żeby móc wprowadzać pełny plan treningowy.
Wspinaczka zajmuje tu prawie całą objętość książki. Najpierw Adam Ondra opowiada o swoich treningach i o różnicach między wchodzeniem na sztuczne ścianki a wspinaniem się w skałach. Stopniowo zaczyna przechodzić do samych zawodów i do własnych osiągnięć. Tutaj zachowuje się jak typowy sportowiec: dla niego najważniejsze są kolejne przejścia, wyczyny i drogi. Autor będzie analizować albo przebieg wyścigów, albo własne porażki i małe sukcesy, żeby dojść do sukcesów największych i szczegółowo przedstawić je czytelnikom. "Ciało i dusza wspinacza" nie pozostawia wątpliwości: ten autor kocha wspinaczkę i poświęci dla niej wszystko. Adam Ondra jednak nie tylko dzieli się własnymi emocjami. Jest tu sporo wskazówek albo podpowiedzi dla odbiorców, którzy sami chętnie się wspinają. Od czasu do czasu pojawią się nawet techniczne podpowiedzi. Stopniowo Adam Ondra zaczyna wprowadzać coraz bardziej ekwilibrystyczne sceny: opowiada między innymi o odpoczynku z kolanem zaklinowanym w skale i o przebiegu treningów. To, co dla niego naturalne, czytelników może zaskoczyć - dlatego "Ciało i dusza wspinacza" robi wrażenie. To książka pełna tajników wspinaczki: kto nie jest w tym temacie zorientowany, może sięgać do słowniczka zamieszczonego na końcu tomu (to również świetna wskazówka dla początkujących). Liczy się tylko walka ze skałami - ewentualnie występy w świetle reflektorów podczas zawodów. Adam Ondra pozwala przeżyć własne doświadczenia, zapewnia szansę na ekstremalne sceny. Oczywiście jest to tom hermetyczny, przeznaczony dla miłośników wspinaczki - jednak ci będą usatysfakcjonowani faktem, że mistrz dzieli się z nimi własnymi odkryciami.
Mnóstwo tu zdjęć z różnych zawodów oraz przejść: autor dzięki temu także może uświadamiać czytelnikom, jak trudną dyscypliną się para i - jaki wysiłek wiąże się z wspinaczką. Dodatkowo uzmysławia w ten sposób, że nie jest to sport dla wszystkich.
Siła
Na fali zainteresowania literaturą górską wkraczają na rynek także publikacje dotyczące wspinaczki skałkowej. Rozwija się rynek literatury sportowej, a kolejni zwycięzcy traktują go jako sposób na autopromocję i dotarcie do szerszego grona fanów. Adam Ondra jako fenomen wspinaczkowy dzieli się teraz z odbiorcami swoimi rekordami i sukcesami. Robi to dzięki pomocy Martina Jaroša, ghosta, który za najważniejsze uznaje przedstawianie emocji związanych z treningami i zawodami sportowymi. Na życie prywatne Adam Ondra przeznacza niewiele miejsca: ostatni rozdział poświęca na przedstawienie swojej ukochanej (również uprawiającej ten sam sport), przechodzi przez obowiązkową opowieść o dzieciństwie - i wczesnym odkryciu pasji. Ondra wspinał się już jako kilkulatek, a kiedy tylko było to możliwe, pokonywał kolejne wyzwania i przekraczał granice, które wydawały się nie do przejścia dla dziecka w jego wieku. To wstęp, który trochę mitologizuje autora, ale też - jest chyba wyczekiwany przez fanów. Chodzi o to, żeby podkreślić, że wspinaczka to przeznaczenie i wielka miłość tego bohatera: tu nie ma miejsca na wahania i na poszukiwania innej życiowej drogi. Nawet studia po napisaniu pracy licencjackiej trzeba porzucić, żeby móc wprowadzać pełny plan treningowy.
Wspinaczka zajmuje tu prawie całą objętość książki. Najpierw Adam Ondra opowiada o swoich treningach i o różnicach między wchodzeniem na sztuczne ścianki a wspinaniem się w skałach. Stopniowo zaczyna przechodzić do samych zawodów i do własnych osiągnięć. Tutaj zachowuje się jak typowy sportowiec: dla niego najważniejsze są kolejne przejścia, wyczyny i drogi. Autor będzie analizować albo przebieg wyścigów, albo własne porażki i małe sukcesy, żeby dojść do sukcesów największych i szczegółowo przedstawić je czytelnikom. "Ciało i dusza wspinacza" nie pozostawia wątpliwości: ten autor kocha wspinaczkę i poświęci dla niej wszystko. Adam Ondra jednak nie tylko dzieli się własnymi emocjami. Jest tu sporo wskazówek albo podpowiedzi dla odbiorców, którzy sami chętnie się wspinają. Od czasu do czasu pojawią się nawet techniczne podpowiedzi. Stopniowo Adam Ondra zaczyna wprowadzać coraz bardziej ekwilibrystyczne sceny: opowiada między innymi o odpoczynku z kolanem zaklinowanym w skale i o przebiegu treningów. To, co dla niego naturalne, czytelników może zaskoczyć - dlatego "Ciało i dusza wspinacza" robi wrażenie. To książka pełna tajników wspinaczki: kto nie jest w tym temacie zorientowany, może sięgać do słowniczka zamieszczonego na końcu tomu (to również świetna wskazówka dla początkujących). Liczy się tylko walka ze skałami - ewentualnie występy w świetle reflektorów podczas zawodów. Adam Ondra pozwala przeżyć własne doświadczenia, zapewnia szansę na ekstremalne sceny. Oczywiście jest to tom hermetyczny, przeznaczony dla miłośników wspinaczki - jednak ci będą usatysfakcjonowani faktem, że mistrz dzieli się z nimi własnymi odkryciami.
Mnóstwo tu zdjęć z różnych zawodów oraz przejść: autor dzięki temu także może uświadamiać czytelnikom, jak trudną dyscypliną się para i - jaki wysiłek wiąże się z wspinaczką. Dodatkowo uzmysławia w ten sposób, że nie jest to sport dla wszystkich.
Ulrich Hub: O ósmej na arce
Dwie Siostry, Warszawa 2021.
Głos Boga
Jest to rewelacyjna książka dla dzieci, która przekona również dorosłych. Ulrich Hub wykorzystał w niej motyw potopu i arki Noego, żeby stworzyć satyryczną całość, która daje do myślenia nie tylko dzieciom, a porusza kwestie wiary, miłości czy przywiązania. Oto gołąb-służbista przybywa do trzech pingwinów i tłumaczy im, że dwa z nich mają stawić się na arce o ósmej. Nie przejmuje się tematem płci, liczy się to, że ma miejsce dla dwóch przedstawicieli gatunku. Dwa dorosłe pingwiny bez trudu mogłyby przechytrzyć trzeciego, młodszego - i zostawić go na pastwę losu (a deszcz już zaczyna padać), jednak żaden z nich nie chce podjąć tragicznej w skutkach decyzji. Przemycają malucha w walizce, a to dopiero początek kłopotów.
Gołąb na arce szaleje. Musi pilnować porządku, a żadne zwierzę nie chce go słuchać. Czuje się odpowiedzialny za wszystkich, a jednak wie, że nie przekona do siebie zwłaszcza drapieżników. Arka pęka w szwach, brakuje jedzenia, a kolejne stworzenia zaczynają się buntować. Gołąb jednak zajęty jest pingwinami, które zachowują się dziwnie już od momentu wejścia na pokład. Próbuje rozwiązać zagadkę, a także przypomnieć sobie coś ważnego, co powinien był załatwić jeszcze przed potopem. Chaotyczny gołąb w zestawieniu z dwoma pingwinami-kombinatorami to nie jest coś, co kojarzyłoby się z religią, dlatego też Ulrich Hub może wprowadzić elementy satyryczne i przekonać do siebie każdego czytelnika, bez względu na wiek (równie dobrze może doczekać się zarzutów o obrazie uczuć religijnych, zwłaszcza przez tych, którzy nie zrozumieją przesłania tomu).
Jest w tej książce całe mnóstwo zabawnych scen. Autor stawia na satyrę, która pomaga mu przemycać wartościowe informacje oraz przemyślenia i przesłania. Mały pingwin ukryty w walizce może bardzo udanie naśladować Boga i brać udział w oszukiwaniu nadzorcy. Nie ma pojęcia, skąd przychodzą mu na myśl słowa, które wygłasza - być może to ingerencja właściwego Szefa. Sam pomysł, że można oszukać Boga - przez oszukiwanie Jego wysłannika, gołębia - jest bardzo infantylny i dziecięcy w duchu, ale sprawdza się jako źródło żartu. Autor stawia na wyraziste obrazki humorystyczne, które przyniosą mu wielką popularność i zachęcą do prześledzenia książki. Liczą się tu dobre pomysły i odwaga w kreowaniu fabuły. Wie Hub, jak rozśmieszać odbiorców - ale zwykle za dowcipami kryją się głębokie przemyślenia na temat duchowości i podejścia do niej. "O ósmej na arce" to nieustający popis komizmu, który w podskórnej warstwie ujawnia dodatkowe znaczenia. Jasne, że dzieci będą się znakomicie bawić, śledząc przygody pingwinów. Ale udało się tu autorowi przemycić naprawdę wiele tematów poważnych i dorosłych - które nagle okazują się dziecinnie proste i nie powinny podlegać żadnym dyskusjom.
"O ósmej na arce" to książka wyjątkowa. Jedna z tych, które warto zachować w biblioteczce nawet wtedy, kiedy wyrośnie się z grupy docelowej - nadaje się na lekturę dla dorosłych, którzy lubią zastanawiać się nad światem i nad ludzkimi postawami. A przy okazji zapewnia mnóstwo śmiechu.
Głos Boga
Jest to rewelacyjna książka dla dzieci, która przekona również dorosłych. Ulrich Hub wykorzystał w niej motyw potopu i arki Noego, żeby stworzyć satyryczną całość, która daje do myślenia nie tylko dzieciom, a porusza kwestie wiary, miłości czy przywiązania. Oto gołąb-służbista przybywa do trzech pingwinów i tłumaczy im, że dwa z nich mają stawić się na arce o ósmej. Nie przejmuje się tematem płci, liczy się to, że ma miejsce dla dwóch przedstawicieli gatunku. Dwa dorosłe pingwiny bez trudu mogłyby przechytrzyć trzeciego, młodszego - i zostawić go na pastwę losu (a deszcz już zaczyna padać), jednak żaden z nich nie chce podjąć tragicznej w skutkach decyzji. Przemycają malucha w walizce, a to dopiero początek kłopotów.
Gołąb na arce szaleje. Musi pilnować porządku, a żadne zwierzę nie chce go słuchać. Czuje się odpowiedzialny za wszystkich, a jednak wie, że nie przekona do siebie zwłaszcza drapieżników. Arka pęka w szwach, brakuje jedzenia, a kolejne stworzenia zaczynają się buntować. Gołąb jednak zajęty jest pingwinami, które zachowują się dziwnie już od momentu wejścia na pokład. Próbuje rozwiązać zagadkę, a także przypomnieć sobie coś ważnego, co powinien był załatwić jeszcze przed potopem. Chaotyczny gołąb w zestawieniu z dwoma pingwinami-kombinatorami to nie jest coś, co kojarzyłoby się z religią, dlatego też Ulrich Hub może wprowadzić elementy satyryczne i przekonać do siebie każdego czytelnika, bez względu na wiek (równie dobrze może doczekać się zarzutów o obrazie uczuć religijnych, zwłaszcza przez tych, którzy nie zrozumieją przesłania tomu).
Jest w tej książce całe mnóstwo zabawnych scen. Autor stawia na satyrę, która pomaga mu przemycać wartościowe informacje oraz przemyślenia i przesłania. Mały pingwin ukryty w walizce może bardzo udanie naśladować Boga i brać udział w oszukiwaniu nadzorcy. Nie ma pojęcia, skąd przychodzą mu na myśl słowa, które wygłasza - być może to ingerencja właściwego Szefa. Sam pomysł, że można oszukać Boga - przez oszukiwanie Jego wysłannika, gołębia - jest bardzo infantylny i dziecięcy w duchu, ale sprawdza się jako źródło żartu. Autor stawia na wyraziste obrazki humorystyczne, które przyniosą mu wielką popularność i zachęcą do prześledzenia książki. Liczą się tu dobre pomysły i odwaga w kreowaniu fabuły. Wie Hub, jak rozśmieszać odbiorców - ale zwykle za dowcipami kryją się głębokie przemyślenia na temat duchowości i podejścia do niej. "O ósmej na arce" to nieustający popis komizmu, który w podskórnej warstwie ujawnia dodatkowe znaczenia. Jasne, że dzieci będą się znakomicie bawić, śledząc przygody pingwinów. Ale udało się tu autorowi przemycić naprawdę wiele tematów poważnych i dorosłych - które nagle okazują się dziecinnie proste i nie powinny podlegać żadnym dyskusjom.
"O ósmej na arce" to książka wyjątkowa. Jedna z tych, które warto zachować w biblioteczce nawet wtedy, kiedy wyrośnie się z grupy docelowej - nadaje się na lekturę dla dorosłych, którzy lubią zastanawiać się nad światem i nad ludzkimi postawami. A przy okazji zapewnia mnóstwo śmiechu.
sobota, 10 lipca 2021
Hanna Bilińska-Stecyszyn: Wbrew pozorom
Silver, Warszawa 2021.
Pokolenia
Przez pewien czas wydaje się, że Hanna Bilińska-Stecyszyn wcale nie tworzy powieści dla seniorek, a po prostu obyczajowe czytadło dla wszystkich pań, które szukają wytchnienia od codziennych spraw. "Wbrew pozorom" dotyczy bowiem sytuacji młodego małżeństwa, Kasi i Marola. Kilka lat po ślubie wciąż są w sobie zakochani i mogą na sobie polegać - jednak idyllę mąci tu teściowa Katarzyny. Najwyraźniej nie akceptuje synowej, daje jej odczuć, że nie jest mile widziana w rodzinie. Drobne szpile wbijane niemal bez przerwy i uszczypliwości okraszane słodkimi uśmiechami dałoby się znieść. Tyle że Eleonora ma w zanadrzu znacznie więcej sztuczek. Wymusza na rodzinie syna spotkania na obiadkach, uniemożliwia spędzanie świąt w szerszym gronie (czy chociaż - wyjazdy do rodziny Kasi). Stosuje proste ale skuteczne chwyty: symuluje choroby, wykorzystuje szantaże emocjonalne i wprowadza coraz więcej jadu do relacji z młodszym pokoleniem. Kasia, która przez długi czas pokornie znosi wszystkie te zabiegi, w końcu nie wytrzymuje. Jednak jej mąż stara się dalej spełniać coraz bardziej radykalne żądania matki i przestaje walczyć o małżeństwo. Kasia ucieka - żeby dać Markowi do myślenia i żeby trochę sprawdzić, czy da się uratować ten związek.
I wygląda na to, że w powieści dla silverek Hanna Bilińska-Stecyszyn będzie się zajmowała seniorką wyłącznie jako czarnym charakterem. Jednak "Wbrew pozorom" nie jest powieścią z jedną historią. Już niedługo autorka przeskoczy do sytuacji Adama i odda mu głos w wielu rozdziałach. Adam to mężczyzna, który zakochał się w przyjaciółce, jednak nie odważył się na wyznanie swoich uczuć i w efekcie stracił pierwszą miłość (na rzecz najlepszego kumpla). Szedł przez życie, szukając śladów Maryli w innych kobietach i wmówił sobie uczucie do Lilii, przynajmniej odrobinę podobnej do idealizowanej ukochanej. Los przyniósł mu jeszcze jedno silne zakochanie - ale Adam będzie miał już swoją rodzinę. Autorka kieruje się przekonaniem, że odbiorczynie uwielbiają historie o komplikacjach miłosnych, niezależnie od wieku (własnego i bohaterek), dlatego też podsuwa czytelniczkom zestaw "przygód" do wzbudzenia refleksji nad codziennymi wyborami. Proponuje powieść, która rozwija się czasem w nieoczekiwanych kierunkach, naświetla specyfikę różnych charakterów i podejść do życia. Sama w sobie świetnie relaksuje, ale niesie też kilka ważnych przesłań. To nic, że Bilińska-Stecyszyn czasami mocno wyostrza portrety psychologiczne postaci: jest jej to potrzebne, żeby sceny stały się czytelniejsze dla odbiorczyń. "Wbrew pozorom" może wciągnąć, jeśli ktoś lubi niespieszną akcję i brak sensacyjnych wydarzeń. Tu chodzi raczej o porywy serca i o poszukiwanie drugiej połówki niż o wielkie emocje, autorka pisze poprawnie i prowadzi narrację dość pewnie - na tyle, żeby dało się jej zaufać. "Wbrew pozorom" to dwutorowa historia, w której nie można szukać typowych dla silverowej publiczności tematyki. Ale to nie znaczy, że czytelniczki książkę odrzucą, wręcz przeciwnie - polubią światy tworzone przez tych bohaterów.
Pokolenia
Przez pewien czas wydaje się, że Hanna Bilińska-Stecyszyn wcale nie tworzy powieści dla seniorek, a po prostu obyczajowe czytadło dla wszystkich pań, które szukają wytchnienia od codziennych spraw. "Wbrew pozorom" dotyczy bowiem sytuacji młodego małżeństwa, Kasi i Marola. Kilka lat po ślubie wciąż są w sobie zakochani i mogą na sobie polegać - jednak idyllę mąci tu teściowa Katarzyny. Najwyraźniej nie akceptuje synowej, daje jej odczuć, że nie jest mile widziana w rodzinie. Drobne szpile wbijane niemal bez przerwy i uszczypliwości okraszane słodkimi uśmiechami dałoby się znieść. Tyle że Eleonora ma w zanadrzu znacznie więcej sztuczek. Wymusza na rodzinie syna spotkania na obiadkach, uniemożliwia spędzanie świąt w szerszym gronie (czy chociaż - wyjazdy do rodziny Kasi). Stosuje proste ale skuteczne chwyty: symuluje choroby, wykorzystuje szantaże emocjonalne i wprowadza coraz więcej jadu do relacji z młodszym pokoleniem. Kasia, która przez długi czas pokornie znosi wszystkie te zabiegi, w końcu nie wytrzymuje. Jednak jej mąż stara się dalej spełniać coraz bardziej radykalne żądania matki i przestaje walczyć o małżeństwo. Kasia ucieka - żeby dać Markowi do myślenia i żeby trochę sprawdzić, czy da się uratować ten związek.
I wygląda na to, że w powieści dla silverek Hanna Bilińska-Stecyszyn będzie się zajmowała seniorką wyłącznie jako czarnym charakterem. Jednak "Wbrew pozorom" nie jest powieścią z jedną historią. Już niedługo autorka przeskoczy do sytuacji Adama i odda mu głos w wielu rozdziałach. Adam to mężczyzna, który zakochał się w przyjaciółce, jednak nie odważył się na wyznanie swoich uczuć i w efekcie stracił pierwszą miłość (na rzecz najlepszego kumpla). Szedł przez życie, szukając śladów Maryli w innych kobietach i wmówił sobie uczucie do Lilii, przynajmniej odrobinę podobnej do idealizowanej ukochanej. Los przyniósł mu jeszcze jedno silne zakochanie - ale Adam będzie miał już swoją rodzinę. Autorka kieruje się przekonaniem, że odbiorczynie uwielbiają historie o komplikacjach miłosnych, niezależnie od wieku (własnego i bohaterek), dlatego też podsuwa czytelniczkom zestaw "przygód" do wzbudzenia refleksji nad codziennymi wyborami. Proponuje powieść, która rozwija się czasem w nieoczekiwanych kierunkach, naświetla specyfikę różnych charakterów i podejść do życia. Sama w sobie świetnie relaksuje, ale niesie też kilka ważnych przesłań. To nic, że Bilińska-Stecyszyn czasami mocno wyostrza portrety psychologiczne postaci: jest jej to potrzebne, żeby sceny stały się czytelniejsze dla odbiorczyń. "Wbrew pozorom" może wciągnąć, jeśli ktoś lubi niespieszną akcję i brak sensacyjnych wydarzeń. Tu chodzi raczej o porywy serca i o poszukiwanie drugiej połówki niż o wielkie emocje, autorka pisze poprawnie i prowadzi narrację dość pewnie - na tyle, żeby dało się jej zaufać. "Wbrew pozorom" to dwutorowa historia, w której nie można szukać typowych dla silverowej publiczności tematyki. Ale to nie znaczy, że czytelniczki książkę odrzucą, wręcz przeciwnie - polubią światy tworzone przez tych bohaterów.
Lucy Letherland (ilustracje), Emily Hawkins (tekst): Atlas oceanicznych przygód
Nasza Księgarnia, Warszawa 2021.
Wielkie głębiny
Ta książka jest ogromna – kolejny edukacyjny picture book w tej serii imponuje rozmiarami – jest też bardzo ciężka. Wydrukowana na grubym papierze, w twardych okładkach jawi się jako jedna z ważniejszych dziecięcych encyklopedii. A przecież zachowany tu został styl picture booka i informacje rozproszone w pojedynczych zdaniach, rozrzucanych na rysunku w formie podpisów do kolejnych miniaturek lub elementów ilustracji. Dzieciom łatwo będzie dzięki temu przekonać się do lektury: zamiast nudnej książki pełnej tekstu mają tu obrazki do podziwiania – a jeśli chcą się czegoś dowiedzieć o gatunku prezentowanym na każdej rozkładówce, wystarczy, że prześledzą informacje wtopione w pejzaż.
Sprawdzony rytm funkcjonuje tu bez przeszkód. Emily Hawkins dzieli świat – a właściwie prezentuje kolejne oceany – podaje ich bardzo skrótową charakterystykę, nie zajmując się przy tym danymi technicznymi, a wiadomościami, które mogą zapaść w pamięć dzieciom i które pozwolą odróżnić jeden bezkres wód od drugiego. Jednak niezbyt długo pozostaje przy samych oceanach – prezentuje najbardziej charakterystyczne dla danego obszaru zwierzęta (nie tylko ze środowiska wodnego). Czasami zagląda w największe głębiny i sprawia, że dzieci będą się dziwić rozmaitości podwodnych stworzeń, innym razem wychodzi ponad powierzchnię i przedstawia na przykład ptaki. Wybiera to, co typowe dla regionu, co staje się jego wizytówką i co pozwala przyciągnąć do lektury, ale też – zainteresować samą przyrodą. W prezentowaniu kolejnych gatunków stawia Emily Hawkins na ciekawostki. Bardzo udanie wychodzi jej szukanie obrazowych porównań i zestawień, które podziałają dzieciom na wyobraźnię. Podaje je w małych porcjach, tak, żeby raczej rozbudzać ciekawość niż ją zaspokajać. Można próbować znaleźć wszystkie dane z rozkładówki, zanim przejdzie się do następnej, można też celować w ciekawostki i wybierać sobie do lektury pojedyncze zdania. Oczywiście poza komentarzami porozrzucanymi po stronach autorka proponuje też krótkie wprowadzenia, przydatne zwłaszcza gdy chce dokładniej określić pewne elementy wiadomości. Oceany okazują się wyjątkowe: każdy jest inny, każde miejsce czymś urzeka. Raz dzieci trafią na rafę koralową, innym razem – w największe głębiny. Nigdy nie wiadomo, jakie krajobrazy przyniesie kolejna rozkładówka.
Bo najważniejsza jest tu strona graficzna. Lucy Letherland odpowiedzialna za ilustracje bardzo się popisuje, wprowadzając zwierzęta na ilustracjach rzeczowych, konkretnych, ale trochę też bajkowych. Proponuje ilustracje pełne oceanicznych stworzeń, mnoży kolejnych przedstawicieli danego gatunku, tak, żeby można się im było dokładniej przyjrzeć (im więcej zwierząt na obrazku, tym więcej szans zaprezentowania ich niezwykłości). Nie brakuje autorce wyobraźni ani talentu, a dzięki wielkiemu formatowi może imponować rozmachem i pomysłami. „Atlas oceanicznych przygód” to książka dla dzieci, które lubią się czegoś dowiadywać – tak zaawansowanych ciekawostek raczej nie znajdują na co dzień. Ale to też tom, który może część dzieci przekonać do książek. Bardzo ważnym elementem tomu jest szerzenie świadomości ekologicznej: chodzi o to, żeby dzieci zapamiętały, dlaczego plastik szkodzi zwierzętom i dlaczego należy dbać o planetę nawet w najbliższym otoczeniu i w skali mikro.
Wielkie głębiny
Ta książka jest ogromna – kolejny edukacyjny picture book w tej serii imponuje rozmiarami – jest też bardzo ciężka. Wydrukowana na grubym papierze, w twardych okładkach jawi się jako jedna z ważniejszych dziecięcych encyklopedii. A przecież zachowany tu został styl picture booka i informacje rozproszone w pojedynczych zdaniach, rozrzucanych na rysunku w formie podpisów do kolejnych miniaturek lub elementów ilustracji. Dzieciom łatwo będzie dzięki temu przekonać się do lektury: zamiast nudnej książki pełnej tekstu mają tu obrazki do podziwiania – a jeśli chcą się czegoś dowiedzieć o gatunku prezentowanym na każdej rozkładówce, wystarczy, że prześledzą informacje wtopione w pejzaż.
Sprawdzony rytm funkcjonuje tu bez przeszkód. Emily Hawkins dzieli świat – a właściwie prezentuje kolejne oceany – podaje ich bardzo skrótową charakterystykę, nie zajmując się przy tym danymi technicznymi, a wiadomościami, które mogą zapaść w pamięć dzieciom i które pozwolą odróżnić jeden bezkres wód od drugiego. Jednak niezbyt długo pozostaje przy samych oceanach – prezentuje najbardziej charakterystyczne dla danego obszaru zwierzęta (nie tylko ze środowiska wodnego). Czasami zagląda w największe głębiny i sprawia, że dzieci będą się dziwić rozmaitości podwodnych stworzeń, innym razem wychodzi ponad powierzchnię i przedstawia na przykład ptaki. Wybiera to, co typowe dla regionu, co staje się jego wizytówką i co pozwala przyciągnąć do lektury, ale też – zainteresować samą przyrodą. W prezentowaniu kolejnych gatunków stawia Emily Hawkins na ciekawostki. Bardzo udanie wychodzi jej szukanie obrazowych porównań i zestawień, które podziałają dzieciom na wyobraźnię. Podaje je w małych porcjach, tak, żeby raczej rozbudzać ciekawość niż ją zaspokajać. Można próbować znaleźć wszystkie dane z rozkładówki, zanim przejdzie się do następnej, można też celować w ciekawostki i wybierać sobie do lektury pojedyncze zdania. Oczywiście poza komentarzami porozrzucanymi po stronach autorka proponuje też krótkie wprowadzenia, przydatne zwłaszcza gdy chce dokładniej określić pewne elementy wiadomości. Oceany okazują się wyjątkowe: każdy jest inny, każde miejsce czymś urzeka. Raz dzieci trafią na rafę koralową, innym razem – w największe głębiny. Nigdy nie wiadomo, jakie krajobrazy przyniesie kolejna rozkładówka.
Bo najważniejsza jest tu strona graficzna. Lucy Letherland odpowiedzialna za ilustracje bardzo się popisuje, wprowadzając zwierzęta na ilustracjach rzeczowych, konkretnych, ale trochę też bajkowych. Proponuje ilustracje pełne oceanicznych stworzeń, mnoży kolejnych przedstawicieli danego gatunku, tak, żeby można się im było dokładniej przyjrzeć (im więcej zwierząt na obrazku, tym więcej szans zaprezentowania ich niezwykłości). Nie brakuje autorce wyobraźni ani talentu, a dzięki wielkiemu formatowi może imponować rozmachem i pomysłami. „Atlas oceanicznych przygód” to książka dla dzieci, które lubią się czegoś dowiadywać – tak zaawansowanych ciekawostek raczej nie znajdują na co dzień. Ale to też tom, który może część dzieci przekonać do książek. Bardzo ważnym elementem tomu jest szerzenie świadomości ekologicznej: chodzi o to, żeby dzieci zapamiętały, dlaczego plastik szkodzi zwierzętom i dlaczego należy dbać o planetę nawet w najbliższym otoczeniu i w skali mikro.
piątek, 9 lipca 2021
Tomasz Samojlik: Tarmosia
Agora, Warszawa 2021.
Mieszkanie
Bardzo udanie wypada Tomasz Samojlik w większej niż komiksowe czy opowiadaniowe formie. „Tarmosia” to powieść, przy której dzieci sporo się pośmieją, ale też dowiedzą się czegoś ciekawego o zwierzętach – a to już wystarczające powody, żeby po lekturę sięgnąć bez narzekania. Tarmosia jest małym borsukiem, niesforną bohaterką, która przez swoje dobre serce wpada w większe tarapaty, ale też potrafi znaleźć sposób na wybrnięcie z kłopotów. Wszystko zaczyna się od tego, że Tarmosia dowiaduje się, że w mieszkaniu borsuków jest wiele nieużywanych nor. Nie w każdej gnieździ się jakiś członek powiększającej się rodziny (chociaż przybranego dziadka ojciec najchętniej w ogóle wyrzuciłby poza zasięg wzroku), część pomieszczeń nie przydaje się borsukom do niczego. Tymczasem kolejne zwierzęta uciekają przed wilkami. Najpierw lisica, a później pani jenotowa, obie spodziewające się potomstwa, potrzebują schronienia. Nie chcą sprawiać kłopotu, zmieszczą się w niewielkiej jamie, pod warunkiem, że będą mogły ją zająć. Tarmosia chce przyjść z pomocą i oferuje – bez porozumienia z rodzicami i dziadkiem – mieszkanie, w tajemnicy. Oczywiście nie da się ukryć, że lokatorów przybyło, zwłaszcza kiedy na świat przyjdą młode. Ale borsuki mają swoje zwyczaje i niekoniecznie podoba im się na przykład pomysł na higienę innych stworzeń. Rodzice sami domyślą się prawdy. Jakby problemów było mało, nadchodzą wilki, także potrzebujące nory dla swojego potomstwa. Tarmosia z rodziną musi uciekać z domu.
Chociaż fabuła pobrzmiewa momentami wręcz dramatycznie, Tomasz Samojlik będzie w stanie wielokrotnie rozbawiać najmłodszych czytelników. Sceny z „walk” borsuków, narzekania dziadka i utyskiwania ojca, dobroduszne drwiny zawsze w połączeniu z poczuciem bezpieczeństwa – to wszystko zapewnia nastrój zapraszający do lektury. Autor sprytnie wtapia w opowieść wiadomości o borsukach (i innych zwierzętach). Sprawia, że zapadną one odbiorcom w pamięć i będą intrygować. Do tego urozmaica czas przekomarzaniami bohaterów. Nie szuka litości ani wzruszeń, Tarmosia jest rezolutna i raczej rzadko kiedy przekonuje się, czym jest strach. Atmosfera tej historii spodoba się dzieciom. A jeśli któreś będzie słuchało książki czytanej przez rodziców, może mieć pewność, że dorosły nie zaśnie podczas śledzenia kolejnych rozdziałów. Tomasz Samojlik bowiem ze swoim humorem trafi do różnych pokoleń. „Tarmosia” to nie tylko książka dobrze przygotowana od strony fabularnej i charakterologicznej. To także publikacja pięknie wydana. Ilustracje Ani Grzyb są malarskie i realistyczne, przykuwają wzrok i zachęcają do śledzenia akcji, pozwalają też na nauczenie się różnic w wyglądzie poszczególnych gatunków zwierząt. Można, rzecz jasna, przenosić sytuację między stworzeniami z lasu na rzeczywistość kilkulatków i zastanawiać się nad głębszymi przesłaniami – ale nawet w powierzchniowej warstwie, przeniesieniu historyjki bezpośrednio na lekcję przyrody, będzie „Tarmosia” kusić. To jeden z bardziej udanych sposobów na przekonanie dzieci do tego, że warto sprawdzać informacje na temat zwierząt i zająć się poznawaniem świata przyrody. Przy okazji to po prostu bardzo udana lektura rozrywkowa, przyjemna i zabawna.
Mieszkanie
Bardzo udanie wypada Tomasz Samojlik w większej niż komiksowe czy opowiadaniowe formie. „Tarmosia” to powieść, przy której dzieci sporo się pośmieją, ale też dowiedzą się czegoś ciekawego o zwierzętach – a to już wystarczające powody, żeby po lekturę sięgnąć bez narzekania. Tarmosia jest małym borsukiem, niesforną bohaterką, która przez swoje dobre serce wpada w większe tarapaty, ale też potrafi znaleźć sposób na wybrnięcie z kłopotów. Wszystko zaczyna się od tego, że Tarmosia dowiaduje się, że w mieszkaniu borsuków jest wiele nieużywanych nor. Nie w każdej gnieździ się jakiś członek powiększającej się rodziny (chociaż przybranego dziadka ojciec najchętniej w ogóle wyrzuciłby poza zasięg wzroku), część pomieszczeń nie przydaje się borsukom do niczego. Tymczasem kolejne zwierzęta uciekają przed wilkami. Najpierw lisica, a później pani jenotowa, obie spodziewające się potomstwa, potrzebują schronienia. Nie chcą sprawiać kłopotu, zmieszczą się w niewielkiej jamie, pod warunkiem, że będą mogły ją zająć. Tarmosia chce przyjść z pomocą i oferuje – bez porozumienia z rodzicami i dziadkiem – mieszkanie, w tajemnicy. Oczywiście nie da się ukryć, że lokatorów przybyło, zwłaszcza kiedy na świat przyjdą młode. Ale borsuki mają swoje zwyczaje i niekoniecznie podoba im się na przykład pomysł na higienę innych stworzeń. Rodzice sami domyślą się prawdy. Jakby problemów było mało, nadchodzą wilki, także potrzebujące nory dla swojego potomstwa. Tarmosia z rodziną musi uciekać z domu.
Chociaż fabuła pobrzmiewa momentami wręcz dramatycznie, Tomasz Samojlik będzie w stanie wielokrotnie rozbawiać najmłodszych czytelników. Sceny z „walk” borsuków, narzekania dziadka i utyskiwania ojca, dobroduszne drwiny zawsze w połączeniu z poczuciem bezpieczeństwa – to wszystko zapewnia nastrój zapraszający do lektury. Autor sprytnie wtapia w opowieść wiadomości o borsukach (i innych zwierzętach). Sprawia, że zapadną one odbiorcom w pamięć i będą intrygować. Do tego urozmaica czas przekomarzaniami bohaterów. Nie szuka litości ani wzruszeń, Tarmosia jest rezolutna i raczej rzadko kiedy przekonuje się, czym jest strach. Atmosfera tej historii spodoba się dzieciom. A jeśli któreś będzie słuchało książki czytanej przez rodziców, może mieć pewność, że dorosły nie zaśnie podczas śledzenia kolejnych rozdziałów. Tomasz Samojlik bowiem ze swoim humorem trafi do różnych pokoleń. „Tarmosia” to nie tylko książka dobrze przygotowana od strony fabularnej i charakterologicznej. To także publikacja pięknie wydana. Ilustracje Ani Grzyb są malarskie i realistyczne, przykuwają wzrok i zachęcają do śledzenia akcji, pozwalają też na nauczenie się różnic w wyglądzie poszczególnych gatunków zwierząt. Można, rzecz jasna, przenosić sytuację między stworzeniami z lasu na rzeczywistość kilkulatków i zastanawiać się nad głębszymi przesłaniami – ale nawet w powierzchniowej warstwie, przeniesieniu historyjki bezpośrednio na lekcję przyrody, będzie „Tarmosia” kusić. To jeden z bardziej udanych sposobów na przekonanie dzieci do tego, że warto sprawdzać informacje na temat zwierząt i zająć się poznawaniem świata przyrody. Przy okazji to po prostu bardzo udana lektura rozrywkowa, przyjemna i zabawna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






