Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
Zawodowiec
Bardzo silnie autobiograficzne są felietony, jakie Szczepan Twardoch przygotowywał do miesięcznika „Pani” – nie ma tu nawet śladu zagadnień typowych dla magazynów kobiecych i nie dlatego, że autor by nie podołał, bo poradziłby sobie równie znakomicie. Decyduje się jednak na opowieści osobiste, które będą dla odbiorców atrakcyjne ze względu na treść i na formę. Zaangażuje odbiorców bez względu na płeć, tom „Jak nie zostałem poetą” bardzo przedłuża żywot felietonów – i przy okazji sprawia, że doskonałe teksty trafią do szerszej grupy czytelników. Szczepan Twardoch tematów szuka przede wszystkim w sobie, dzieli się tym, co go pasjonuje i zadziwia, tym, co odkrywa i co czuje. Kolejne felietony urozmaica anegdotami, własnymi, indywidualnymi doświadczeniami. Przyznaje się do tego, że lubi poklask, lubi być doceniany – ale nie dlatego bryluje w małych formach, albo nie tylko dlatego. Zmusza za to czytelników do refleksji, momentami nawet – z pogranicza filozofii. Znajduje miejsce na przedstawianie swoich przodków, wystarczy nawet, że rejestruje imiona i zajęcia – a to już wyzwoli ciekawość przeszłości u części odbiorców. A na tym nie poprzestaje: przedstawia między innymi wyjątkowo barwny portret dziadka, człowieka, który za nic miał odznaczenia i wyróżnienia. Gdzieś nawiązuje też do zapamiętanych z dzieciństwa potraw – to z kolei niby łącznik z tematyką pism kobiecych, a jednak opowieść głębsza, o związku z tradycją, o tożsamości człowieka. Nie tylko w to, co minione Szczepan Twardoch się wpatruje. Wyjaśnia też odbiorcom, jak kształtuje swoją postawę jako ojca, przemyca nawet drobne wskazówki dotyczące takiej życiowej roli. Twardoch nie chce definiować siebie w odniesieniu do innych. Przedstawia choćby sposoby na realizowanie swoich zainteresowań – tu opowiada o niebezpiecznych dalekich wyprawach (przydaje się to do zrozumienia natury i potrzeb mężczyzn) czy… o walce bokserskiej. Najwięcej miejsca jednak poświęca pisaniu, przeżyciom twórcy i doświadczeniom, jakich przeciętni odbiorcy się nie spodziewają. Autotematyzm jest tu ważny – i często służy uświadamianiu czytelnikom, skąd w ogóle czerpie się inspiracje do pisania. Sporo będzie w tych opowieściach osobistych wynurzeń – które w powiązaniu z zawodem pisarza zaczynają wybrzmiewać bardzo kusząco dla czytelników. To notatki na marginesie tworzenia – ale zapiski, którym nadaje autor taką samą rangę jak powieściom, przynajmniej jeśli chodzi o jakość realizacji pomysłów.
„Jak nie zostałem poetą” to zatem zbiór felietonów atrakcyjnych nie tylko dla fanów. Twardoch błyszczy, zachwyca, urzeka i uwodzi. Wie przecież, jak „zrobić” dobry tekst, wie, kiedy zastosować żart, a kiedy odwołać się do wzruszeń, do wspólnoty doświadczeń albo do bardziej uniwersalnych przemyśleń. Każdy felieton jest tu precyzyjnie skomponowany, ma wyrazistą puentę, skłania do zastanawiania się nad systemem wartości. Nie tylko dostarcza rozrywki (chociaż część publiczności masowej na tym etapie poprzestanie), ale też gwarantuje zatrzymanie się nad przesłaniami. Drobny jest to tom, a jednak jego lektura przynosi sporo korzyści. Szczepan Twardoch unika pustosłowia, zawsze ma na uwadze to, że musi zdobyć uznanie czytelników. Potem już może prezentować stylistyczne sztuczki, odbiorcy wybaczą mu absolutnie wszystko. „Jak nie zostałem poetą” to pozycja świetna.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 5 czerwca 2019
wtorek, 4 czerwca 2019
Donald Richie: Morze wewnętrzne
Czarne, Wołowiec 2019.
Inni ludzie
„Morze wewnętrzne” to podróż, ale nie tylko – podróż egzotyczna, poznawanie innej kultury i innych ludzi. Ten rozbudowany reportaż przez całe dekady pozostaje wśród chętnie czytanych relacji okołopodróżniczych – każde kolejne wydanie przysparza autorowi nowych fanów (a zmiany w odbiorze można prześledzić w publikowanych tu komentarzach do edycji z różnych lat). Donald Richie urzeka czytelników bez większego wysiłku: wystarczy, że jest szczery i otwarty na nowe znajomości. Przede wszystkim jest Richie ciekawy drugiego człowieka, wie, że każdy ma do opowiedzenia atrakcyjną historię. I z tego względu rozmawia z każdym, kogo los postawi na jego drodze – czy będzie to rybak, czy dama do towarzystwa. Każdy wniesie coś wartościowego do życia i świadomości autora, więc i do interesującej książki. „Morze wewnętrzne” nie należy do typowych publikacji podróżniczych, chociaż czytelnicy podążać będą za autorem przez Japonię. Tyle że Donald Richie w ogóle nie zwraca uwagi na otoczenie. Nie szuka ani zachwytów estetycznych, ani charakterystycznych budowli. Rezygnuje ze wskazywania atrakcji turystycznych i z przepisywania przewodników – nie sięga po nic, co stanowi dziś charakterystyczny element z relacji blogerów-obieżyświatów. Dla tego autora inni ludzie są warci uwagi i podjęcia trudów podróżowania. Zachowuje przy tym życzliwość i chce być uprzejmy w każdych warunkach, nawet jeśli spotka się z nieoczekiwaną złośliwością ze strony napotkanych ludzi (a zdarza się to na przykład wtedy, kiedy chce mówić po japońsku i zostaje za to skrytykowany – co budzi zrozumiałą niechęć). Staje się Richie tłumaczem japońskich zwyczajów, unika jednak stereotypów i tego, z czego kraj jest na świecie znany. Nie zamierza powtarzać oczywistości ani uciekać się do prostych chwytów zapewniających uznanie masowych odbiorców. Japonię poznaje stopniowo, dogłębnie i przez kontakty z ludźmi. Pozostaje przy tym wyrozumiały dla różnych słabości, a i dla odmienności – nie chce się niczemu dziwić, raczej będzie przyjmował interesujące go zjawiska z ciekawością odkrywcy.
Spotkania z ludźmi są zwykle krótkie i intensywne, autor szczegółowo prezentuje ich znaczenie we własnej wyprawie, ale do raz opisanego człowieka nie będzie w dalszej opowieści wracać. Czasami zastanawia się nad tym, jaki wpływ na niego miały określone rozmowy, innym razem próbuje zasmakować tego, co uznaje za kwintesencję relacji interpersonalnych – tak na przykład przymierza się do seksu z dopiero co poznanymi kobietami. Doświadczenia w tej sferze przedstawia raczej oszczędnie, skupiając się bardziej na samym flircie czy próbach podrywu – albo uwznioślając sam zamiar odbycia stosunku – jako elementu charakterystycznego dla ucieczki od pustki wolności cechującej podróżników. Taka argumentacja nie każdego musi przekonać, ale wprowadza nieco humoru do książki. „Morze wewnętrzne” jest tomem obszernym i obfitującym w atrakcyjne dla odbiorców spostrzeżenia. Nie ma szans się zestarzeć, skoro w ogóle nie funkcjonuje jako przegląd typowych zwyczajów czy mód – a zestaw indywidualnych spotkań. To publikacja bardzo udana i nadająca się dla czytelników, którzy lubią wnikliwe opowieści o codzienności widzianej z zewnątrz.
Inni ludzie
„Morze wewnętrzne” to podróż, ale nie tylko – podróż egzotyczna, poznawanie innej kultury i innych ludzi. Ten rozbudowany reportaż przez całe dekady pozostaje wśród chętnie czytanych relacji okołopodróżniczych – każde kolejne wydanie przysparza autorowi nowych fanów (a zmiany w odbiorze można prześledzić w publikowanych tu komentarzach do edycji z różnych lat). Donald Richie urzeka czytelników bez większego wysiłku: wystarczy, że jest szczery i otwarty na nowe znajomości. Przede wszystkim jest Richie ciekawy drugiego człowieka, wie, że każdy ma do opowiedzenia atrakcyjną historię. I z tego względu rozmawia z każdym, kogo los postawi na jego drodze – czy będzie to rybak, czy dama do towarzystwa. Każdy wniesie coś wartościowego do życia i świadomości autora, więc i do interesującej książki. „Morze wewnętrzne” nie należy do typowych publikacji podróżniczych, chociaż czytelnicy podążać będą za autorem przez Japonię. Tyle że Donald Richie w ogóle nie zwraca uwagi na otoczenie. Nie szuka ani zachwytów estetycznych, ani charakterystycznych budowli. Rezygnuje ze wskazywania atrakcji turystycznych i z przepisywania przewodników – nie sięga po nic, co stanowi dziś charakterystyczny element z relacji blogerów-obieżyświatów. Dla tego autora inni ludzie są warci uwagi i podjęcia trudów podróżowania. Zachowuje przy tym życzliwość i chce być uprzejmy w każdych warunkach, nawet jeśli spotka się z nieoczekiwaną złośliwością ze strony napotkanych ludzi (a zdarza się to na przykład wtedy, kiedy chce mówić po japońsku i zostaje za to skrytykowany – co budzi zrozumiałą niechęć). Staje się Richie tłumaczem japońskich zwyczajów, unika jednak stereotypów i tego, z czego kraj jest na świecie znany. Nie zamierza powtarzać oczywistości ani uciekać się do prostych chwytów zapewniających uznanie masowych odbiorców. Japonię poznaje stopniowo, dogłębnie i przez kontakty z ludźmi. Pozostaje przy tym wyrozumiały dla różnych słabości, a i dla odmienności – nie chce się niczemu dziwić, raczej będzie przyjmował interesujące go zjawiska z ciekawością odkrywcy.
Spotkania z ludźmi są zwykle krótkie i intensywne, autor szczegółowo prezentuje ich znaczenie we własnej wyprawie, ale do raz opisanego człowieka nie będzie w dalszej opowieści wracać. Czasami zastanawia się nad tym, jaki wpływ na niego miały określone rozmowy, innym razem próbuje zasmakować tego, co uznaje za kwintesencję relacji interpersonalnych – tak na przykład przymierza się do seksu z dopiero co poznanymi kobietami. Doświadczenia w tej sferze przedstawia raczej oszczędnie, skupiając się bardziej na samym flircie czy próbach podrywu – albo uwznioślając sam zamiar odbycia stosunku – jako elementu charakterystycznego dla ucieczki od pustki wolności cechującej podróżników. Taka argumentacja nie każdego musi przekonać, ale wprowadza nieco humoru do książki. „Morze wewnętrzne” jest tomem obszernym i obfitującym w atrakcyjne dla odbiorców spostrzeżenia. Nie ma szans się zestarzeć, skoro w ogóle nie funkcjonuje jako przegląd typowych zwyczajów czy mód – a zestaw indywidualnych spotkań. To publikacja bardzo udana i nadająca się dla czytelników, którzy lubią wnikliwe opowieści o codzienności widzianej z zewnątrz.
poniedziałek, 3 czerwca 2019
Frida Duell: Jedzenie, mity i nauka. Zalecenia lekarskie
Marginesy, Warszawa 2019.
Wątpliwości
Frida Duell przedstawia się jako dietetyczka kliniczna i motyw wykształcenia autorki jest w tej publikacji mocno eksploatowany: nie dość, że wskazany przy nazwisku, to jeszcze w podtytule książki – „Zalecenia lekarskie” głosi dumnie. Problem w tym, że zaleceń w środku jak na lekarstwo, już prędzej – odradzeń, ale też niespecjalnie rozbudowanych. Tom „Jedzenie, mity i nauka” składa się z dwóch nierównych objętościowo części. Druga nie podlega właściwie komentowaniu: to zbiór przepisów smacznych, zdrowych i pochodzących z różnych stron świata, coś w sam raz, żeby urozmaicić jadłospis (ale niekoniecznie już przejść w pełni na nową dietę: propozycji na to jest za mało i wydają się za bardzo egzotyczne, żeby odbiorcy mogli się do nich stosować regularnie). Każda rozkładówka jest w tym wypadku prezentacją artystyczną wybranego kulinarnego specjału: pojawia się kilka zdjęć, także wielkoformatowych, albo z różnych propozycji podania, albo – samych składników. To niewątpliwie ozdoba, ale i zapełniacz miejsca, zamieniają te fotografie tom po prostu w album. Autorka podaje zestaw niezbędnych składników (z wyliczeniem liczby porcji), czas przygotowania oraz sposób przyrządzenia – w skrótowych punktach. Do tego – jednoakapitowe omówienie pozostałych „danych”, przeznaczenia czy smaków w charakterze wprowadzenia do przepisu. Frida Duell odwołuje się tu przeważnie albo do swoich ulubionych dań, albo do potraw, które wypróbowała, więc można sprawdzić, co w dziedzinie kulinariów ma do zaoferowania czytelnikom.
Pierwsza część książki, obszerniejsza, dotyczy pożywienia jako źródła zdrowia. Omawia Duell zmiany w podejściu do odżywiania się, podstawowe problemy, jakie stwarza rozwój cywilizacyjny – i najczęściej spotykane choroby, które są konsekwencją niewłaściwej diety. Przypomina, że niezdrowe jedzenie jest smaczniejsze – szuka sposobu, żeby trafić do przekonania czytelnikom. Rozbija też temat żywności na poszczególne składniki, osobno zajmuje się przedstawianiem tłuszczu (i mitów z nim związanych), węglowodanów, substancji słodzących, białka itp., osobno interesują ją różne dietetyczne mody (wylicza kilka najbardziej absurdalnych, żeby je wyśmiać – ale też wybiera takie, przy których zbyt nie trzeba zbyt wiele wysiłku, żeby wydobyć potencjał komiczny). Znajdzie miejsce na wskazanie źródeł witamin i suplementację, od czasu do czasu przyjrzy się rozmaitym alergiom i nietolerancjom. Wszystko byłoby w porządku, ale autorka traktuje kolejne tematy ekstremalnie skrótowo. W ramach dużego rozdziału wyszukuje kolejne zagadnienia mikro, każdy motyw omawia na niewiele ponad stronie tekstu. Nie zdąży w ten sposób przedstawić wielu dowodów, co więcej, nie skupia się przeważnie na potwierdzaniu prawdziwych wiadomości – akcentuje tylko fałszywe tropy i wykorzystuje swój autorytet (potwierdzany przez okładkowe zapewnienia), żeby przekonać odbiorców do swoich racji. Taki styl opowiadania o zagadnieniach obrosłych już rozmaitymi mitami nie do końca przekonuje: za mało tu uzasadnień naukowych (nawet jeśli książka ma być kierowana do laików, nie wystarczy im proste „nie, bo nie”), tak samo jak nieprzekonujące wydają się stwierdzenia, że nie istnieją naukowe podstawy do określonych tez. Gdyby szło to w parze z poszukiwaniem źródła mitu żywieniowego – bardziej trafiałoby do szerokich grup czytelników. Jednak Frida Duell nie za każdym razem zamierza przedstawiać zalecenia, bardziej skupia się na odrzucaniu tego, co błędne, krzywdzące lub wymyślone nie wiadomo po co – i w efekcie szkodliwe w dietach.
Wątpliwości
Frida Duell przedstawia się jako dietetyczka kliniczna i motyw wykształcenia autorki jest w tej publikacji mocno eksploatowany: nie dość, że wskazany przy nazwisku, to jeszcze w podtytule książki – „Zalecenia lekarskie” głosi dumnie. Problem w tym, że zaleceń w środku jak na lekarstwo, już prędzej – odradzeń, ale też niespecjalnie rozbudowanych. Tom „Jedzenie, mity i nauka” składa się z dwóch nierównych objętościowo części. Druga nie podlega właściwie komentowaniu: to zbiór przepisów smacznych, zdrowych i pochodzących z różnych stron świata, coś w sam raz, żeby urozmaicić jadłospis (ale niekoniecznie już przejść w pełni na nową dietę: propozycji na to jest za mało i wydają się za bardzo egzotyczne, żeby odbiorcy mogli się do nich stosować regularnie). Każda rozkładówka jest w tym wypadku prezentacją artystyczną wybranego kulinarnego specjału: pojawia się kilka zdjęć, także wielkoformatowych, albo z różnych propozycji podania, albo – samych składników. To niewątpliwie ozdoba, ale i zapełniacz miejsca, zamieniają te fotografie tom po prostu w album. Autorka podaje zestaw niezbędnych składników (z wyliczeniem liczby porcji), czas przygotowania oraz sposób przyrządzenia – w skrótowych punktach. Do tego – jednoakapitowe omówienie pozostałych „danych”, przeznaczenia czy smaków w charakterze wprowadzenia do przepisu. Frida Duell odwołuje się tu przeważnie albo do swoich ulubionych dań, albo do potraw, które wypróbowała, więc można sprawdzić, co w dziedzinie kulinariów ma do zaoferowania czytelnikom.
Pierwsza część książki, obszerniejsza, dotyczy pożywienia jako źródła zdrowia. Omawia Duell zmiany w podejściu do odżywiania się, podstawowe problemy, jakie stwarza rozwój cywilizacyjny – i najczęściej spotykane choroby, które są konsekwencją niewłaściwej diety. Przypomina, że niezdrowe jedzenie jest smaczniejsze – szuka sposobu, żeby trafić do przekonania czytelnikom. Rozbija też temat żywności na poszczególne składniki, osobno zajmuje się przedstawianiem tłuszczu (i mitów z nim związanych), węglowodanów, substancji słodzących, białka itp., osobno interesują ją różne dietetyczne mody (wylicza kilka najbardziej absurdalnych, żeby je wyśmiać – ale też wybiera takie, przy których zbyt nie trzeba zbyt wiele wysiłku, żeby wydobyć potencjał komiczny). Znajdzie miejsce na wskazanie źródeł witamin i suplementację, od czasu do czasu przyjrzy się rozmaitym alergiom i nietolerancjom. Wszystko byłoby w porządku, ale autorka traktuje kolejne tematy ekstremalnie skrótowo. W ramach dużego rozdziału wyszukuje kolejne zagadnienia mikro, każdy motyw omawia na niewiele ponad stronie tekstu. Nie zdąży w ten sposób przedstawić wielu dowodów, co więcej, nie skupia się przeważnie na potwierdzaniu prawdziwych wiadomości – akcentuje tylko fałszywe tropy i wykorzystuje swój autorytet (potwierdzany przez okładkowe zapewnienia), żeby przekonać odbiorców do swoich racji. Taki styl opowiadania o zagadnieniach obrosłych już rozmaitymi mitami nie do końca przekonuje: za mało tu uzasadnień naukowych (nawet jeśli książka ma być kierowana do laików, nie wystarczy im proste „nie, bo nie”), tak samo jak nieprzekonujące wydają się stwierdzenia, że nie istnieją naukowe podstawy do określonych tez. Gdyby szło to w parze z poszukiwaniem źródła mitu żywieniowego – bardziej trafiałoby do szerokich grup czytelników. Jednak Frida Duell nie za każdym razem zamierza przedstawiać zalecenia, bardziej skupia się na odrzucaniu tego, co błędne, krzywdzące lub wymyślone nie wiadomo po co – i w efekcie szkodliwe w dietach.
niedziela, 2 czerwca 2019
Olivier Norek: Kod 93
Mando, Kraków 2019.
Śledztwo z klubu
Najpierw trup ucieka ze stołu do sekcji zwłok. Potem Olivier Norek z podobnych fajerwerków rezygnuje, chociaż i tak mocno urozmaica śledztwo, które prowadzi Coste razem ze swoją zgraną ekipą. Do grupy policjantów dochodzi Jo, która szybko zostaje przemianowana na Calamity (nie tylko z racji strzeleckich umiejętności). Kryminalne poszukiwania idą swoim torem, wydarzenia, które pokazują codzienność i psychikę postaci – swoim. Proponuje autor dość konwencjonalną książkę, reprezentatywną dla gatunku, trochę mroczną, trochę czerpiącą z szyfrów i tajemnic (czym jest kod 93 i co szyfruje czytelnicy dowiedzą się raczej późno). To rozrywka dla tych, którzy przede wszystkim lubią sprawdzać poprowadzenie przez autora intrygi, pomysł na opowieść spoza wydarzeń codziennych. Karmi się Norek sensacją, ale ciekawość czytelników może podsycić tym, że jest policjantem, więc zna od podszewki środowisko, które opisuje. Szkoda, że boi się odejść od rutyny w budowaniu tego typu książek – posługuje się pojedynczymi scenkami, szybko przerywanymi (kryminał akcji nie lubi przegadania, o czym autor zdaje się doskonale wiedzieć), pisze poprawnie i przestrzega wszelkich reguł w konstruowaniu charakterów. Na przykład jego Coste w przeszłości przeżył wyjątkowo trudne wydarzenie, dlatego dzisiaj nie zamierza wiązać się na dłużej z żadną kobietą, ucieka od związków i nawet gdyby chciał, nie potrafi nawiązać bliższej relacji (dowodem jest lekarka sądowa przeprowadzająca sekcje – Coste wzdycha do niej po cichu, jednak nie wychodzi poza zawodowe relacje, chociaż wszyscy odbiorcy będą mu kibicować w realizacji planów). Z kolei Calamity na początku przedstawiona jest wręcz odpychająco i wydaje się, że dla autora będzie to tylko karykatura, dopiero z czasem pozwala jej Norek zaistnieć pozytywnie w historii. Zdarzają mu się nawet partie humorystyczne – kiedy w poszukiwaniu informacji policjanci trafiają do domu dobrze poinformowanej staruszki, zderzają się z ciekawym wykorzystaniem techniki…
Z czasem odsłania się w powieści i jej mroczna strona: rzecz dotyczy półświatka i zbrodni na ekskluzywnej prostytutce z klubu nocnego dla wyjątkowo bogatych. Norek operuje tu zagęszczanym strachem, opisami ran i obrażeń, sięga po popęd seksualny jako motywację działań, ale i po uczucia braterskie, żeby wskazać potęgę reakcji. Szokuje czytelników parę razy – chociaż już w prologu będzie ich nastawiać na mocne wrażenia, tak, żeby odbiorcy mogli od razu określić, czy odpowiada im taki rodzaj literatury. Jest „Kod 93” powieścią ciężką w warstwie narracyjnej, chociaż autor stara się o transparentność tekstu – jego ciężar pojawia się za sprawą poruszanych tematów i rodzaju zbrodni. To bez wątpienia propozycja dla fanów gatunku, w dodatku realizowana w literaturze masowej, nie będzie autor próbował bawić się w pisarza pełnowymiarowego: z tworzeniem przekonujących charakterów czy rozłożystych opisów. Dla niego liczy się jak najszybciej uzyskiwany efekt.
Śledztwo z klubu
Najpierw trup ucieka ze stołu do sekcji zwłok. Potem Olivier Norek z podobnych fajerwerków rezygnuje, chociaż i tak mocno urozmaica śledztwo, które prowadzi Coste razem ze swoją zgraną ekipą. Do grupy policjantów dochodzi Jo, która szybko zostaje przemianowana na Calamity (nie tylko z racji strzeleckich umiejętności). Kryminalne poszukiwania idą swoim torem, wydarzenia, które pokazują codzienność i psychikę postaci – swoim. Proponuje autor dość konwencjonalną książkę, reprezentatywną dla gatunku, trochę mroczną, trochę czerpiącą z szyfrów i tajemnic (czym jest kod 93 i co szyfruje czytelnicy dowiedzą się raczej późno). To rozrywka dla tych, którzy przede wszystkim lubią sprawdzać poprowadzenie przez autora intrygi, pomysł na opowieść spoza wydarzeń codziennych. Karmi się Norek sensacją, ale ciekawość czytelników może podsycić tym, że jest policjantem, więc zna od podszewki środowisko, które opisuje. Szkoda, że boi się odejść od rutyny w budowaniu tego typu książek – posługuje się pojedynczymi scenkami, szybko przerywanymi (kryminał akcji nie lubi przegadania, o czym autor zdaje się doskonale wiedzieć), pisze poprawnie i przestrzega wszelkich reguł w konstruowaniu charakterów. Na przykład jego Coste w przeszłości przeżył wyjątkowo trudne wydarzenie, dlatego dzisiaj nie zamierza wiązać się na dłużej z żadną kobietą, ucieka od związków i nawet gdyby chciał, nie potrafi nawiązać bliższej relacji (dowodem jest lekarka sądowa przeprowadzająca sekcje – Coste wzdycha do niej po cichu, jednak nie wychodzi poza zawodowe relacje, chociaż wszyscy odbiorcy będą mu kibicować w realizacji planów). Z kolei Calamity na początku przedstawiona jest wręcz odpychająco i wydaje się, że dla autora będzie to tylko karykatura, dopiero z czasem pozwala jej Norek zaistnieć pozytywnie w historii. Zdarzają mu się nawet partie humorystyczne – kiedy w poszukiwaniu informacji policjanci trafiają do domu dobrze poinformowanej staruszki, zderzają się z ciekawym wykorzystaniem techniki…
Z czasem odsłania się w powieści i jej mroczna strona: rzecz dotyczy półświatka i zbrodni na ekskluzywnej prostytutce z klubu nocnego dla wyjątkowo bogatych. Norek operuje tu zagęszczanym strachem, opisami ran i obrażeń, sięga po popęd seksualny jako motywację działań, ale i po uczucia braterskie, żeby wskazać potęgę reakcji. Szokuje czytelników parę razy – chociaż już w prologu będzie ich nastawiać na mocne wrażenia, tak, żeby odbiorcy mogli od razu określić, czy odpowiada im taki rodzaj literatury. Jest „Kod 93” powieścią ciężką w warstwie narracyjnej, chociaż autor stara się o transparentność tekstu – jego ciężar pojawia się za sprawą poruszanych tematów i rodzaju zbrodni. To bez wątpienia propozycja dla fanów gatunku, w dodatku realizowana w literaturze masowej, nie będzie autor próbował bawić się w pisarza pełnowymiarowego: z tworzeniem przekonujących charakterów czy rozłożystych opisów. Dla niego liczy się jak najszybciej uzyskiwany efekt.
Brandon Mull: Smocza Straż. Gniew Króla Smoków
Wilga, Warszawa 2019.
Bez fantazji
Królestwo smoków to coś, co Brandon Mull tym razem obiera sobie za tło kontynuacji cyklu Baśniobór. Ale przy skupianiu się na cechach baśniowych istot ten autor – co kompletnie niezrozumiałe – porzuca kreowanie świata przedstawionego. Coś, co było siłą Baśnioboru, tu praktycznie nie istnieje: ograniczeniu ulega cała warstwa opisowa, wszystko to, co tworzy koloryt lokalny. Niby dzięki temu autor trafi do młodszych czytelników – niechętnie nastawionych do opisów – ale opowieść fantastyczna rządzi się przecież swoimi prawami, tu sama kreacja przestrzeni odgrywa ważną rolę, to składnik, którego pominąć po prostu nie wolno. Niby Brandon Mull odnosi się do świata już wymyślonego, a jednak w Smoczej Straży nie ma uroku w narracji, nie ma tej magii, która przyciągała całe rzesze odbiorców. Autor odpuszcza sobie warstwę opisową, zamiast rozłożystej narracji proponuje niekończące się dialogi. Bohaterowie rozmawiają tu bez przerwy, żeby wymieniać się informacjami – na tej podstawie trzeba sobie dopiero odtwarzać obraz ich rzeczywistości, czyli wykonywać pracę autora. Przez takie podejście artystyczne od razu zmienia się klimat książki – zupełnie jakby Brandon Mull zwyczajnie odcinał kupony od wypracowanej wcześniej popularności. O ile w Baśnioborze zachwycał, o tyle w kontynuacji cyklu może co najwyżej wzbudzić lekką ciekawość akcji, prowadzonej jak gra komputerowa. Bohaterowie mają do zrealizowania konkretną misję, wyruszają w podróż, zanim to jednak nastąpi – zdobędą cały zestaw magicznych przedmiotów, artefaktów, które przydadzą się w dalszych wyzwaniach. I już ekwipunek Setha oraz Kendry będzie częściowo sugerować rodzaj późniejszych perypetii. Wiadomo, że każdy rodzaj magicznej broni albo wspomagacza ma swoje ograniczenia – o nich należy pamiętać. Seth i Kendra to postacie czytelnikom doskonale znane. Tym razem Brandon Mull eksponuje lęk Setha przed smokami. Kendra nie ma takiego problemu: opanowuje strach, nawet całkiem nieźle dogaduje się ze smokami. Seth stara się pracować nad sobą, prosi przyjaciela, żeby przybrał groźną dla niego postać i próbuje nie uciec – ale bezskutecznie. Nie są to najlepsze prognozy dla kogoś, kto niedługo trafi do siedliska smoków. A przecież trafić musi, jeśli chce pomóc. Brandon Mull przy okazji zatem próbuje czytelników przekonać do tego, że z każdym problemem można walczyć.
Drugi tom cyklu Smocza Straż to także zestaw walk oraz potyczek – tu dosyć szybko pojawiają się starcia na śmierć i życie, wyzwania zdecydowanie ponad siły dzieci. Jednak sceny batalistyczne bez podbudowy narracyjnej nie mogą już robić tak dużego wrażenia jak w przypadku scen z Baśnioboru. Jest ta książka bardziej przerywnikiem w oczekiwaniu na jakąś bardziej rozbudowaną relację. Niewiele tu smaku prawdziwej fantastyki – może rozczarowanie byłoby mniejsze, gdyby nie to, że Brandon Mull wcześniejszymi swoimi powieściami zaostrzył apetyty dzieci. Teraz pisze coś, co mieści się w standardach rozrywkowej literatury pop – ale nie może wzbudzać zachwytu, raczej zniknie w zalewie podobnych, szablonowo produkowanych książek. Gdzieś zatracił tu autor radość zabawy z proponowanej nierzeczywistości.
Bez fantazji
Królestwo smoków to coś, co Brandon Mull tym razem obiera sobie za tło kontynuacji cyklu Baśniobór. Ale przy skupianiu się na cechach baśniowych istot ten autor – co kompletnie niezrozumiałe – porzuca kreowanie świata przedstawionego. Coś, co było siłą Baśnioboru, tu praktycznie nie istnieje: ograniczeniu ulega cała warstwa opisowa, wszystko to, co tworzy koloryt lokalny. Niby dzięki temu autor trafi do młodszych czytelników – niechętnie nastawionych do opisów – ale opowieść fantastyczna rządzi się przecież swoimi prawami, tu sama kreacja przestrzeni odgrywa ważną rolę, to składnik, którego pominąć po prostu nie wolno. Niby Brandon Mull odnosi się do świata już wymyślonego, a jednak w Smoczej Straży nie ma uroku w narracji, nie ma tej magii, która przyciągała całe rzesze odbiorców. Autor odpuszcza sobie warstwę opisową, zamiast rozłożystej narracji proponuje niekończące się dialogi. Bohaterowie rozmawiają tu bez przerwy, żeby wymieniać się informacjami – na tej podstawie trzeba sobie dopiero odtwarzać obraz ich rzeczywistości, czyli wykonywać pracę autora. Przez takie podejście artystyczne od razu zmienia się klimat książki – zupełnie jakby Brandon Mull zwyczajnie odcinał kupony od wypracowanej wcześniej popularności. O ile w Baśnioborze zachwycał, o tyle w kontynuacji cyklu może co najwyżej wzbudzić lekką ciekawość akcji, prowadzonej jak gra komputerowa. Bohaterowie mają do zrealizowania konkretną misję, wyruszają w podróż, zanim to jednak nastąpi – zdobędą cały zestaw magicznych przedmiotów, artefaktów, które przydadzą się w dalszych wyzwaniach. I już ekwipunek Setha oraz Kendry będzie częściowo sugerować rodzaj późniejszych perypetii. Wiadomo, że każdy rodzaj magicznej broni albo wspomagacza ma swoje ograniczenia – o nich należy pamiętać. Seth i Kendra to postacie czytelnikom doskonale znane. Tym razem Brandon Mull eksponuje lęk Setha przed smokami. Kendra nie ma takiego problemu: opanowuje strach, nawet całkiem nieźle dogaduje się ze smokami. Seth stara się pracować nad sobą, prosi przyjaciela, żeby przybrał groźną dla niego postać i próbuje nie uciec – ale bezskutecznie. Nie są to najlepsze prognozy dla kogoś, kto niedługo trafi do siedliska smoków. A przecież trafić musi, jeśli chce pomóc. Brandon Mull przy okazji zatem próbuje czytelników przekonać do tego, że z każdym problemem można walczyć.
Drugi tom cyklu Smocza Straż to także zestaw walk oraz potyczek – tu dosyć szybko pojawiają się starcia na śmierć i życie, wyzwania zdecydowanie ponad siły dzieci. Jednak sceny batalistyczne bez podbudowy narracyjnej nie mogą już robić tak dużego wrażenia jak w przypadku scen z Baśnioboru. Jest ta książka bardziej przerywnikiem w oczekiwaniu na jakąś bardziej rozbudowaną relację. Niewiele tu smaku prawdziwej fantastyki – może rozczarowanie byłoby mniejsze, gdyby nie to, że Brandon Mull wcześniejszymi swoimi powieściami zaostrzył apetyty dzieci. Teraz pisze coś, co mieści się w standardach rozrywkowej literatury pop – ale nie może wzbudzać zachwytu, raczej zniknie w zalewie podobnych, szablonowo produkowanych książek. Gdzieś zatracił tu autor radość zabawy z proponowanej nierzeczywistości.
sobota, 1 czerwca 2019
Agnieszka Szacka: Kuracja dla serca
W.A.B., Warszawa 2019.
Prawo do zabawy
Bohaterka, która ma już dorosłe dzieci, Renata, dla podreperowania zdrowia udaje się do sanatorium. W sumie nie wiadomo, gdzie się uchowała, skoro zaskakuje ją informacja o tym, że to miejsce schadzek i łóżkowych podbojów: nie jest to przecież wiedza z ostatniej dekady, ale być może autorce potrzebna była postać niewinna i nielicząca na flirt. Zwłaszcza że wszystkie pozostałe kuracjuszki, o czym szybko na miejscu Renata się przekonuje, przybyły tu przygotowane na agresywny podryw. Większość upatruje sobie na ofiarę wycofanego i ponurego przystojnego lekarza, byłego kardiochirurga, w sanatorium też w roli pacjenta. Renata na umizgi i lekcje uwodzenia jest odporna. Przynajmniej na razie. Wydaje jej się, że skoro jest po pięćdziesiątce, nie powinna już szukać miłości, a poza tym – nie chciałaby się do nikogo przywiązywać z obawy przed zranieniem. Stopniowo jednak dociera do niej to, co powiedziała jej córka: powinna zmienić przyzwyczajenia, otworzyć się na nowe znajomości i zobaczyć, co się stanie. Każdy przecież popełnia błędy (zresztą owa córka przeżywa właśnie rozstanie z ukochanym, szefem, z którym romansowała – co kosztuje ją też utratę pracy), nie warto jednak rezygnować z pięknych wspomnień.
W sanatorium Renata trafia do pokoju z przebojową Jolką i chociaż początkowo chce wypełniać zalecenia lekarzy, chodzić na zabiegi, jeść, co podadzą i realizować plan zdrowienia, w końcu wpada w wir życia towarzyskiego. Zaczyna stroić się w pożyczone sukienki i szpilki, chadzać na dyskoteki i wymykać się do restauracji na pożywne (ale pyszne, w odróżnieniu od sanatoryjnych) śniadania. Powoli też klaruje się sytuacja z Pawłem, lekarzem, który ma za nic podrywające go kuracjuszki, a na Renatę zwraca uwagę zapewne na prawach kontrastu. Zaczyna się sanatoryjny romans, jakich wiele.
Fabułą Agnieszka Szacka nie ma szansy nikogo zaskoczyć, od początku wiadomo, jak potoczy się sytuacja, co zrobi Renata i jak się to dla niej skończy – prawa gatunku są nieubłagalne i pod tym względem nie ma co liczyć na odejście od schematów. W narracji natomiast autorka wybiera prostotę i wplatane tu i ówdzie porady dla odbiorczyń. Dzisiejsza pięćdziesiątka (na karku) jest jak trzydziestka, powinny o tym czytelniczki pamiętać i nie dać sobie wmówić, że mają z czegokolwiek rezygnować. Uroki życia są dla nich, podobnie jak romanse i flirty – wszystko jedno, czy chwilowe, pod wpływem impulsu i bez możliwości kontynuacji w prawdziwym życiu, czy też trwałe, prowadzące do głębokiej relacji. Renata dopiero w sanatorium i od wyzwolonych koleżanek uczy się, jak się bawić, poznaje na nowo uroki seksu (bo autorka od mocnych scen łóżkowych nie stroni). Grunt to niczego nie żałować, nauczyć się zabawy i beztroski, która u młodych kobiet może sporo zniszczyć, za to u tych dojrzałych – nie ma już złych konsekwencji. Renata nie musi od razu zamieniać się w drapieżną harpię, która poluje na każdego pana, jaki pojawi się w sanatorium, ale przekonuje się, że trochę luzu się przyda. I po to Szacka pisze tę prostą historię. W samej opowieści często wplata cytaty z evergreenów, piosenki, w których odbiorczynie znajdą ślady własnych miłych wspomnień. Za to nie do zniesienia jest maniera powtarzania znaczeń: jeśli coś się już powie, to dodanie synonimu po przecinku tylko osłabia wypowiedź, powinna sobie autorka to mocno przemyśleć (w jej ujęciu zapewne brzmiałoby to „przemyśleć, przestudiować”). Czytelniczki nie są głupie, a jeśli coś nie dotrze do nich za pierwszym razem, to cała masa synonimów tego nie zmieni. Prosta to powieść, ale kierowana do odbiorczyń zbliżonych wiekiem do bohaterki – więc trafi w odpowiednią grupę fanek literatury kobiecej.
Prawo do zabawy
Bohaterka, która ma już dorosłe dzieci, Renata, dla podreperowania zdrowia udaje się do sanatorium. W sumie nie wiadomo, gdzie się uchowała, skoro zaskakuje ją informacja o tym, że to miejsce schadzek i łóżkowych podbojów: nie jest to przecież wiedza z ostatniej dekady, ale być może autorce potrzebna była postać niewinna i nielicząca na flirt. Zwłaszcza że wszystkie pozostałe kuracjuszki, o czym szybko na miejscu Renata się przekonuje, przybyły tu przygotowane na agresywny podryw. Większość upatruje sobie na ofiarę wycofanego i ponurego przystojnego lekarza, byłego kardiochirurga, w sanatorium też w roli pacjenta. Renata na umizgi i lekcje uwodzenia jest odporna. Przynajmniej na razie. Wydaje jej się, że skoro jest po pięćdziesiątce, nie powinna już szukać miłości, a poza tym – nie chciałaby się do nikogo przywiązywać z obawy przed zranieniem. Stopniowo jednak dociera do niej to, co powiedziała jej córka: powinna zmienić przyzwyczajenia, otworzyć się na nowe znajomości i zobaczyć, co się stanie. Każdy przecież popełnia błędy (zresztą owa córka przeżywa właśnie rozstanie z ukochanym, szefem, z którym romansowała – co kosztuje ją też utratę pracy), nie warto jednak rezygnować z pięknych wspomnień.
W sanatorium Renata trafia do pokoju z przebojową Jolką i chociaż początkowo chce wypełniać zalecenia lekarzy, chodzić na zabiegi, jeść, co podadzą i realizować plan zdrowienia, w końcu wpada w wir życia towarzyskiego. Zaczyna stroić się w pożyczone sukienki i szpilki, chadzać na dyskoteki i wymykać się do restauracji na pożywne (ale pyszne, w odróżnieniu od sanatoryjnych) śniadania. Powoli też klaruje się sytuacja z Pawłem, lekarzem, który ma za nic podrywające go kuracjuszki, a na Renatę zwraca uwagę zapewne na prawach kontrastu. Zaczyna się sanatoryjny romans, jakich wiele.
Fabułą Agnieszka Szacka nie ma szansy nikogo zaskoczyć, od początku wiadomo, jak potoczy się sytuacja, co zrobi Renata i jak się to dla niej skończy – prawa gatunku są nieubłagalne i pod tym względem nie ma co liczyć na odejście od schematów. W narracji natomiast autorka wybiera prostotę i wplatane tu i ówdzie porady dla odbiorczyń. Dzisiejsza pięćdziesiątka (na karku) jest jak trzydziestka, powinny o tym czytelniczki pamiętać i nie dać sobie wmówić, że mają z czegokolwiek rezygnować. Uroki życia są dla nich, podobnie jak romanse i flirty – wszystko jedno, czy chwilowe, pod wpływem impulsu i bez możliwości kontynuacji w prawdziwym życiu, czy też trwałe, prowadzące do głębokiej relacji. Renata dopiero w sanatorium i od wyzwolonych koleżanek uczy się, jak się bawić, poznaje na nowo uroki seksu (bo autorka od mocnych scen łóżkowych nie stroni). Grunt to niczego nie żałować, nauczyć się zabawy i beztroski, która u młodych kobiet może sporo zniszczyć, za to u tych dojrzałych – nie ma już złych konsekwencji. Renata nie musi od razu zamieniać się w drapieżną harpię, która poluje na każdego pana, jaki pojawi się w sanatorium, ale przekonuje się, że trochę luzu się przyda. I po to Szacka pisze tę prostą historię. W samej opowieści często wplata cytaty z evergreenów, piosenki, w których odbiorczynie znajdą ślady własnych miłych wspomnień. Za to nie do zniesienia jest maniera powtarzania znaczeń: jeśli coś się już powie, to dodanie synonimu po przecinku tylko osłabia wypowiedź, powinna sobie autorka to mocno przemyśleć (w jej ujęciu zapewne brzmiałoby to „przemyśleć, przestudiować”). Czytelniczki nie są głupie, a jeśli coś nie dotrze do nich za pierwszym razem, to cała masa synonimów tego nie zmieni. Prosta to powieść, ale kierowana do odbiorczyń zbliżonych wiekiem do bohaterki – więc trafi w odpowiednią grupę fanek literatury kobiecej.
Mysi Domek. Sam i Julia: Urodziny
Media Rodzina, Poznań 2019.
Świętowanie
Krótka historyjka z zagadką na końcu – to coś, co maluchy uwielbiają. A jeśli jeszcze dodatkowo owa historyjka dotyczy tematu nieobojętnego kilkulatkom – motywu urodzin jednej z bohaterek, myszki, która kończy roczek – zabawa zapowiada się niezła. Sam i Julia zostali zaproszeni na urodziny małej kuzynki, wszyscy zajmują się przygotowaniami. Myszki dekorują pokój girlandami z papieru, pieką pyszne ciasto i pakują prezenty. W dniu urodzin przybywają do Zosi w czapeczkach urodzinowych na głowach. Dla Zosi ten dzień zapowiada się wspaniale: najpierw dostaje wielkiego całusa, później bierze udział w rozpakowywaniu prezentów i jedzeniu smacznego ciasta. Trudno wyobrazić sobie lepszą historię. Po raz kolejny mali bohaterowie mogą zajrzeć do Mysiego Domku w wersji kartonowej książeczki o niewielkim formacie. „Urodziny” to tomik dla najmłodszych dzieci, z uproszczoną akcją i tematyką dostosowaną do oczekiwań maluchów – ale ma w sobie to, co starsi odbiorcy (a także dorośli, co jest rzadkością w picture bookach!) bardzo cenią w podstawowym cyklu Mysi Domek: dbałość o detale.
Akcja dzieje się w specjalnie przygotowanym kartonowym domku dla mysich – zrobionych z włóczki czy filcu bohaterów. Cały domek rozrasta się o kolejne pomieszczenia, nie jest tylko jednym mieszkaniem, ale też zestawem sklepów czy przestrzeni, w których można się bawić. Dopracowany w detalach domek urzeka wykończeniami: można tu rozpoznać pochodzenie kolejnych przedmiotów i zmiany ich przeznaczenia (klocki dla myszy to zwykłe kwadratowe koraliki, foremka na ciasto jest z kapsla. Maciupeńkie uchwyty do szafek, kubeczki w kuchni czy książki zachwycają precyzją wykonania. Mało tego: w niektórych pomieszczeniach na ścianach są nie zawsze równo położone kafelki – niewielu odbiorców miałoby cierpliwość, żeby tak przygotowywać domki dla lalek. Tymczasem odkrywanie takich drobiazgów na kolejnych stronach jest jedną z większych przyjemności oglądania książki (nie tylko „Urodzin”, ale każdej publikacji z serii Mysi Domek). W tak przygotowane tło wchodzą myszy – i skupiają na sobie uwagę dzieci, są to bowiem „prawdziwi” bohaterowie (fakt, że nie ma się tu do czynienia ze standardowymi ilustracjami, a ze zdjęciami, przekonuje najmłodszych do takiego poglądu). Myszki sfotografowane w ruchu, w akcji – są ciekawsze niż kreskówka. Dopiero kiedy dzieci usatysfakcjonuje obserwowanie ich działań, mogą przejść do tego, na czym dorośli skupiają się od początku: do kreowania ich świata. Zwłaszcza różnorodność w asortymencie sklepów wydaje się tu zachwycająca: na stoiskach z materiałami jest mnóstwo ścinków i nitek, kolorów i „towarów”, tutaj zabawa tak naprawdę się zaczyna. Twórcy Mysiego Domku dbają o to, by nigdy nie było nudno – ale też żeby wszystko wypadało przekonująco. Sam i Julia pomagają w pieczeniu szarlotki, na stoliku znajdą się zatem jabłka z wydrążonymi szypułkami, niektóre częściowo obrane, a niektóre – pokrojone. Dla odbiorców będzie to możliwość wkroczenia w świat postaci, ze wszystkimi detalami. Publikacja, którą można długo oglądać, za każdym razem odkrywając nowe szczegół i nowe powody do radości. Sam i Julia może nie doświadczają wymyślnych przygód, prowadzą zwyczajne życie – ale sposób pokazywania codzienności w ich wypadku wiąże się z zachwycającymi zdjęciami i śledzeniem obrazków niemal w nieskończoność.
Świętowanie
Krótka historyjka z zagadką na końcu – to coś, co maluchy uwielbiają. A jeśli jeszcze dodatkowo owa historyjka dotyczy tematu nieobojętnego kilkulatkom – motywu urodzin jednej z bohaterek, myszki, która kończy roczek – zabawa zapowiada się niezła. Sam i Julia zostali zaproszeni na urodziny małej kuzynki, wszyscy zajmują się przygotowaniami. Myszki dekorują pokój girlandami z papieru, pieką pyszne ciasto i pakują prezenty. W dniu urodzin przybywają do Zosi w czapeczkach urodzinowych na głowach. Dla Zosi ten dzień zapowiada się wspaniale: najpierw dostaje wielkiego całusa, później bierze udział w rozpakowywaniu prezentów i jedzeniu smacznego ciasta. Trudno wyobrazić sobie lepszą historię. Po raz kolejny mali bohaterowie mogą zajrzeć do Mysiego Domku w wersji kartonowej książeczki o niewielkim formacie. „Urodziny” to tomik dla najmłodszych dzieci, z uproszczoną akcją i tematyką dostosowaną do oczekiwań maluchów – ale ma w sobie to, co starsi odbiorcy (a także dorośli, co jest rzadkością w picture bookach!) bardzo cenią w podstawowym cyklu Mysi Domek: dbałość o detale.
Akcja dzieje się w specjalnie przygotowanym kartonowym domku dla mysich – zrobionych z włóczki czy filcu bohaterów. Cały domek rozrasta się o kolejne pomieszczenia, nie jest tylko jednym mieszkaniem, ale też zestawem sklepów czy przestrzeni, w których można się bawić. Dopracowany w detalach domek urzeka wykończeniami: można tu rozpoznać pochodzenie kolejnych przedmiotów i zmiany ich przeznaczenia (klocki dla myszy to zwykłe kwadratowe koraliki, foremka na ciasto jest z kapsla. Maciupeńkie uchwyty do szafek, kubeczki w kuchni czy książki zachwycają precyzją wykonania. Mało tego: w niektórych pomieszczeniach na ścianach są nie zawsze równo położone kafelki – niewielu odbiorców miałoby cierpliwość, żeby tak przygotowywać domki dla lalek. Tymczasem odkrywanie takich drobiazgów na kolejnych stronach jest jedną z większych przyjemności oglądania książki (nie tylko „Urodzin”, ale każdej publikacji z serii Mysi Domek). W tak przygotowane tło wchodzą myszy – i skupiają na sobie uwagę dzieci, są to bowiem „prawdziwi” bohaterowie (fakt, że nie ma się tu do czynienia ze standardowymi ilustracjami, a ze zdjęciami, przekonuje najmłodszych do takiego poglądu). Myszki sfotografowane w ruchu, w akcji – są ciekawsze niż kreskówka. Dopiero kiedy dzieci usatysfakcjonuje obserwowanie ich działań, mogą przejść do tego, na czym dorośli skupiają się od początku: do kreowania ich świata. Zwłaszcza różnorodność w asortymencie sklepów wydaje się tu zachwycająca: na stoiskach z materiałami jest mnóstwo ścinków i nitek, kolorów i „towarów”, tutaj zabawa tak naprawdę się zaczyna. Twórcy Mysiego Domku dbają o to, by nigdy nie było nudno – ale też żeby wszystko wypadało przekonująco. Sam i Julia pomagają w pieczeniu szarlotki, na stoliku znajdą się zatem jabłka z wydrążonymi szypułkami, niektóre częściowo obrane, a niektóre – pokrojone. Dla odbiorców będzie to możliwość wkroczenia w świat postaci, ze wszystkimi detalami. Publikacja, którą można długo oglądać, za każdym razem odkrywając nowe szczegół i nowe powody do radości. Sam i Julia może nie doświadczają wymyślnych przygód, prowadzą zwyczajne życie – ale sposób pokazywania codzienności w ich wypadku wiąże się z zachwycającymi zdjęciami i śledzeniem obrazków niemal w nieskończoność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






