* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 6 października 2018

Agnieszka Łubkowska: Nauka liczenia

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Matematyka w zabawie

Ten edukacyjny cykl wprowadzony przez Naszą Księgarnię cieszy się wśród dzieci, ich rodziców i nauczycieli dużym i w pełni zasłużonym uznaniem. Autorzy pokazują tu różne sposoby wprowadzania do świadomości maluchów podstawowych wiadomości - czy to w zakresie organizacji dnia w domu i przedszkolu, prawidłowej wymowy, czy liczenia. Kiedy już najmłodsi przyswoją sobie wiadomości z zakresu języka polskiego, razem z bohaterami wykonają szereg ćwiczeń logopedycznych, mogą spróbować swoich sił w matematyce, która wcale nie jest straszna. Wystarczy odpowiednie podejście, by zaintrygować i zasugerować dobrą zabawę. Agnieszka Łubkowska znakomicie sprawdza się jako przewodniczka dla kilkulatków i ich rodziców. Prowadzi dwutorową narrację, a do tego odwołuje się do praktycznego wymiaru liczenia. Stara się objaśniać matematykę na czytelnych przykładach, sugeruje, żeby dzieci uczyły się podczas zabawy kasztanami albo fasolkami. Dowiedzą się mali odbiorcy, czym jest dodawanie, odejmowanie, mnożenie czy dzielenie, a także - jak takie działania w wyobraźni wykonywać (przydatne będą na przykład metody z uzupełnianiem rzędów do dziesięciu elementów). Mnożenie to zapełnianie określonej liczby szklanek potrzebnymi akurat przedmiotami, a dzielenie - między innymi operacje na plastelinowej pizzy. Łubkowska przygląda się zadaniom dla dorosłych oczywistym, tematom, nad którymi często rodzice nawet by się nie zastanawiali: ujmuje je z perspektywy malucha. Ogranicza myślenie abstrakcyjne, sprawiając, że stanie się jasne, po co wykonuje się kolejne działania. Automatycznie przygotowuje też do rozwiązywania prostych zadań z treścią: pokazuje “opisowość” matematyki, nie zatrzymuje się na poziomie równań.

Każda rozkładówka zawiera komentarz lub zadanie dla rodzica oraz drugie polecenie dla dziecka. Rodzic dowiaduje się, jak pracować z pociechą, dziecko – jak i co ma ćwiczyć we własnym zakresie. Nie zawsze zadania polegają na liczeniu, czasami to rozpoznawanie znaków matematycznych lub nauka pisania cyfr – wszystko przydatne w procesie edukacji. Ale autorka dba o to, żeby oddalić skojarzenia ze szkołą i tamtejszymi obowiązkami: unika podręcznikowej nudy, wybiera za to rozrywkę. Nakłania kilkulatki do twórczego podejścia do matematyki, namawia, żeby włączyć liczenie do rytmu codziennych zabaw. Dzięki temu oswaja matematykę i sugeruje zestaw przyjemności dla najmłodszych. Bardzo zależy autorce na tłumaczeniu tego, co dzieci zrozumieć muszą - w sposób, którego nie znają z lekcji. Ale na tych publikacjach skorzystają i nauczyciele, to cenna podpowiedź, jak kształcić najmłodszych.

Matematyka po takim tomie kojarzyć się będzie przyjemnie, to zestaw zadań, wśród których kryją się również metody rozpoznawania konkretnych działań albo szybkiego liczenia (przerzucanie się piłką połączone z błyskawicznym dodawaniem). Agnieszka Łubkowska mierzy się z zagadnieniami, do których przed dekadami rzadko przywiązywało się wagę: opracowuje je z dużym zaangażowaniem. Ale na nic zdałyby się wysiłki autorki, gdyby nie ilustracje Joanny Kłos. To ta artystka tworzy łącznik z innymi edukacyjnymi propozycjami Naszej Księgarni, sprawiając, że publikację przyjemnie się też przegląda. Oczywiście łatwiej będzie ćwiczyć liczenie z odpowiednimi rysunkami, to też zaproszenie do zabawy. Jest “Nauka liczenia” propozycją, która przekonuje do arytmetyki. Na końcu książki znajdują się jeszcze określenia związane z miarami – i to kolejny punkt rozrywkowy, dzieci będą przy okazji codziennych ciekawych zabaw i eksperymentów utrwalać wiadomości. “Nauka liczenia” jako tomik edukacyjny przynosi sporo praktycznych wskazówek, informacji, które warto wykorzystać w prezentowaniu najmłodszym zalet matematyki. Jest to również, już poza wartościami edukacyjnymi, po prostu bardzo ładnie wydana książka, nie kojarzy się z podręcznikiem ani szkolnymi lekturami.

piątek, 5 października 2018

Philip G. Zimbardo, Rosemary K. M. Sword: Żyj lepiej, kochaj mądrzej

PWN, Warszawa 2018.

Życiowe obserwacje

Różni się ta książka od typowych poradników pop z dziedziny psychologii, bardziej przypomina momentami podręcznik. Philip G. Zimbardo i Rosemary K. M. Sword poważnie traktują kwestię przybliżania czytelnikom życiowych wyborów i ich konsekwencji dla stanu psychiki. Chociaż nie zamierzają odbierać pracy psychologom, dążą do tego, by odbiorcy przynajmniej w części przypadków potrafili zdiagnozować swoje problemy i zaradzić innym, unikać powielania toksycznych scenariuszy oraz wypracować psychiczną równowagę. “Żyj lepiej, kochaj mądrzej” to publikacja, którą można polecić nawet bardzo wymagającym czytelnikom: gęsta od informacji, precyzyjna i przekonująca. Autorzy nie próbują tu odchodzić od standardów przyjętych w lekturach z tej dziedziny, jednak wszystko pogłębiają, unikają prostych porad bez wyjaśnień i dążą do tego, żeby czytelnicy pojęli mechanizmy działania, a nie tylko ich skutki. “Żyj lepiej, kochaj mądrzej” to publikacja, z której wiele podpowiedzi można w swoim życiu zastosować - trzeba jednak najpierw przejść przez lekturę i przemyśleć proponowane zmiany. Zimbardo i Sword odwołują się do zjawisk najczęściej spotykanych, sięgają tu do własnych praktyk i wybierają tematy, które cieszyły się największym powodzeniem wśród prasowych czytelników - wiedzą, że nikt nie szuka pomocy, kiedy jest mu dobrze i kiedy jest szczęśliwy, natomiast w sytuacjach kryzysowych przyda się pomocna dłoń. I taką dłoń do odbiorców wyciągają. Książka została podzielona na kilka tematycznych części, dominować ma teoria perspektywy czasu, ale dla odbiorców znacznie ważniejsze będą praktyczne realizacje scenariuszy. Autorzy odwołują się do relacji międzyludzkich i do charakterystycznych w określonych momentach reakcji czy relacji. Pokazują, jak zakończyć toksyczną relację, jak uwolnić się od złej przeszłości, a także - jakie negatywne skutki pociąga za sobą przyjęcie jednej z typowych postaw wobec trudności. Dalej uwagę skupiają na kilku łatwych do zaobserwowania sytuacjach: pokazują sytuację, w której ktoś jest dręczony (wszystko jedno: przez kolegów w szkole, małżonka czy przez szefa w pracy albo współpracowników), omawiają temat ostracyzmu i “niewidzialności” dla innych (to również sytuacja toksyczna, w której warto działać, by zachować zdrowie psychiczne). Tłumaczą, jak różne postawy wpływają na życie seksualne, jak podejście do rzeczywistości odwzorowuje się w procesie wychowywania dzieci (tu znowu pokazują szereg prawdopodobnych scenariuszy). Zajmują się tematem stresu - wywoływanego przez rozmaite czynniki – i jego wpływem na zdrowie człowieka.

Każdy rozdział został tu sensownie przygotowany: składa się przeważnie z obrazka rodzajowego, przykładu, który będzie zrozumiały dla wszystkich czytelników i mimo wysokiego stopnia uogólnienia - pozwoli odnaleźć w doświadczeniach bohaterów ślady własnych przeżyć, z wytłumaczenia przyczyn zachowań i wskazania drogi postępowania. Czasami dochodzą do tego jeszcze ramki z dodatkowymi wiadomościami czy kwestionariuszami w celu lepszego samopoznania. Takie podejście bardzo dobrze się sprawdza: można książkę czytać wybiórczo i szukać w niej rozwiązania własnych problemów, można też sięgać po konkretne wskazówki - albo próbować z całości wysnuć wnioski na temat typowych wyborów zwykłego człowieka. Autorzy pozostają blisko zwyczajnego życia, interesuje ich to, co codzienne i niewydumane. Z tego też względu sporą część “Żyj lepiej, kochaj mądrzej” czyta się niemal jak powieść. To publikacja w sam raz dla czytelników, którzy cenią sobie konkrety i podpowiedzi w ramach psychologii.

czwartek, 4 października 2018

David Attenborough: Przygody młodego przyrodnika

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Ze zwierzętami

David Attenborough nie zamierza iść w ślady wszystkich sław, które masowo publikują autobiografie mniej nawet z chęci podsumowania życiowych doświadczeń, bardziej – by i drogą książkową dotrzeć do jak największej liczby czytelników i nie dać się zdystansować konkurentom w walce o popularność. Jego “Przygody młodego przyrodnika” to książka w starym stylu, w dodatku – napisana z ogromną świadomością tego, co odbiorcy chcieliby poznać ze szczegółów pracy prezentera i producenta programów przyrodniczych. Autor całkowicie odrzuca swój życiorys i konieczność przedstawienia się, wie, że do swoich fanów i tak trafi, a nastawieniem na to, co na zewnątrz, zdobędzie jeszcze kolejną grupę odbiorców. Stawia na akcję, ciekawostki, anegdoty i humor – i z tego wszystkiego udaje mu się stworzyć dużą objętościowo książkę, która nie pozostanie niezauważona. “Przygody młodego przyrodnika” to przede wszystkim radość z pracy, która stała się pasją - i zestaw niespodzianek przygotowywanych przez przedstawicieli fauny podczas zbierania materiałów do kolejnych odcinków programu.

Nie ma w tym przypadku: na początku Attenborough opowiada, jak powstawał pomysł na jego produkcję - autor doskonale wiedział, czego widzowie oczekują po programach przyrodniczych i co im się oferuje, postanowił więc połączyć najlepsze elementy pojawiających się w telewizji programów, żeby dostarczyć nie tylko zestawu wiadomości na temat wybranego gatunku, ale też - pewnej dawki adrenaliny czy rozrywki. Trzeba było w tym celu zestawić możliwość kręcenia dziko żyjących zwierząt z opowieściami specjalistów, którzy potrafiliby prezentować cechy gatunku lub danego osobnika. Żeby zwiększyć dynamikę opowieści, planował “polowania” na zwierzęta: możliwość wprowadzenia widza w tajniki zawodu wydawała się bardzo kusząca, a pewna nieprzewidywalność w tym zakresie - zapewniałaby oglądalność. I “Przygody młodego przyrodnika” są właśnie opowieścią o “polowaniach” i o odkryciach towarzyszących przygotowywaniu programu.

Gatunki rzadkie, gatunki niebezpieczne i gatunki słabo zbadane – to trzy podstawowe obszary zainteresowań ze świata zwierząt przenoszone do filmów. David Attenborough dzieli swoją książkę na “wyprawy”, w których kompiluje co ciekawsze doświadczenia, przedstawiając je w reportażowy sposób. Akcentuje zwłaszcza rozmaite trudności w zdobywaniu okazów czy nieprzewidziane zachowania zwierząt, to, co zawsze jest magnesem dla publiczności i sprawdza się i tutaj. Opowiada Attenborough z bardzo dobrym wyczuciem tempa i umiejętnością puentowania historii, stawia na anegdoty albo bardzo wyraziste sytuacje. Zabiera wręcz czytelników na wyprawy, nie zamęcza ich danymi na temat zwierząt, a pozwala je poznać “w akcji”. Do opowieści dodaje też zdjęcia z niezwykłych spotkań. Wszystko, co robi, robi z myślą o jakości lektury: potrafi snuć gawędziarskie opowieści, angażować odbiorców w to, co działo się na wyprawach, ale też w same sytuacje w ekipie. Kiedy jest to możliwe, prezentuje spotykanych ludzi i nawiązujące się niezwykłe przyjaźnie, innym razem dzieli się drobnymi informacjami z przygotowań do takiej eskapady. Co ciekawe, umiejętnie dobiera tematy i proporcje: tutaj nie ma mowy o zbędnych czy nużących opisach: autor doskonale wie, co chce przekazywać i na czym się skupiać. Rezygnuje z autobiografii na rzecz spisania przygód, czym znacznie poszerza krąg czytelników. Jednocześnie osobista perspektywa zapewnia mu stałe uznanie i szacunek odbiorców. Jest to książka obszerna i odpowiadająca na potrzeby dzisiejszych czytelników. Zdradza kulisy pracy nad cenionymi programami przyrodniczymi i pokazuje fascynację światem zwierząt.

środa, 3 października 2018

Ewa Zdunek: Lekarstwo na żal

W.A.B., Warszawa 2018.

Mediacje i troski

W kontynuacji “Mediatorki” Ewa Zdunek dalej nie radzi sobie za dobrze z budowaniem fabuły i rozkładem akcentów powieściowych. Pisze nieźle, ale konstrukcyjnie opowieść się chwieje. Postacie znikają na bardzo długo, jakby autorka o nich zapominała, rozwiązania zagadek pierwotnie wprowadzanych z sugestią przełomowości okazują się banalne i spychane na margines. Wydaje się, że autorka wreszcie porzuciła relacjonowanie wszystkich szczegółów pracy swojej bohaterki, ale kiedy Marta wchodzi do biura, natychmiast giną pozostałe kwestie. Niby jest tu coś nowego – ale znowu Ewa Zdunek chce zbawiać świat i udzielać porad małżeńskich, zapominając o samej historii. “Lekarstwo na miłość” jest znacznie większe objętościowo od “Mediatorki”, ale ponownie Zdunek potrzebuje mnóstwo miejsca na reklamowanie zawodu – zamiast skupić się na akcji.

A szuka w powieści kryminału. Najpierw wysyła swoją bohaterkę na Sycylię i uniemożliwia kontakt z bliskimi. Seria zamachów - mafijnych porachunków - zapowiada, że może Ewa Zdunek zrezygnuje z uwypuklania negatywnych cech charakterów turystów i zajmie się motywami kryminalnymi – ale jednak autorkę o wiele bardziej interesuje wiwisekcja dokonywana przez Martę w ratach. Po powrocie do kraju również zarzuca tę postać szeregiem przykrych niespodzianek: ciężka choroba i śmierć ojca oraz morderstwo popełnione na byłym mężu to dramaty najbliższe. Marta musi się jednak zmierzyć i z destrukcyjnym związkiem przyjaciela (to motyw rysowany bardzo grubą kreską i w przesadzie – oraz długości trwania - aż niewiarygodny, trochę próbuje autorka wskazać motywacje mężczyzny, ale nieprzekonująco), i z bezczelnymi, narzuconymi jej statystami (w relacjach z nimi nie działa stanowczość, kobieta traci cały autorytet, co tylko pokazuje rozbieżność między jej samooceną i rzeczywistością), i z dwiema matkami (odzywa się biologiczna, a ta, która Martę wychowała kłamie, zachowuje się agresywnie albo ucieka). Jeśli do tego dołożyć zmartwienia o przyjaciółkę czy ciągłe starcia z przedszkolanką, wychodzi na jaw, że mediatorka mimo całej teoretycznej wiedzy asertywna być nie umie.

W tej codzienności bohaterki psuje Ewa Zdunek to wszystko, co nabudowywała na wakacjach. Gubi dawne wątki, a gdy sobie o nich przypomni, traktuje je zdawkowo. Nie przekonuje do charakterów (przez hiperbolizacje) ani do motywacji postaci. Skupia się znowu na rejestrowaniu problemów, z jakimi ludzie trafiają do mediatora. I tam, gdzie unika moralizowania a stawia na oryginalność - jest świetna, wystarczy wspomnieć rodzinny spór o dom matki albo o damskie fatałaszki. Jeśli jednak wchodzi w doradztwo małżeńskie na poważnie - może czasami zmęczyć. Brakuje w książce - znowu rozrywkowej, co przecież jest atutem, zdecydowania, wyzwalania akcji a nie tylko podporządkowywania się pojedynczym wątkom ustawianym po kolei. Warsztat narracyjny Ewa Zdunek ma dość dobry (warto by jeszcze zrezygnować z dodawania określeń do już powiedzianego, takie dublowanie treści zamiast pokazywać zdecydowanie, podkreśla niepewność, zupełnie niepotrzebnie). Ucieczka od fabularnych oczywistości to już walor, na którym można budować ciekawe historie – Ewa Zdunek powinna jeszcze tylko mocno popracować nad szkieletem historii, tak, żeby wiedziała, co się stanie z postaciami jeszcze zanim zasiądzie do spisywania ich losów.

wtorek, 2 października 2018

Chip Espinoza, Mick Ukleja: Zarządzanie milenialsami

PWN, Warszawa 2018.

Bez rodziców

Bardzo wychwalają milenialsów autorzy książki “Zarządzanie milenialsami”. Wygląda to trochę tak, jakby za wszelką cenę chcieli przekonać do siebie tę grupę wchodzącą obecnie na rynek pracy – i usiłowali kupić ją pochlebstwami. W dodatku pochlebstwami w ogóle nieumotywowanymi: po prostu są przekonani, że milenialsi należą do cudownego pokolenia i to przekonanie podtrzymują w narracji, ale nie podają żadnego dowodu na poparcie tej tezy. Idzie za tym w naturalny sposób nieufność części czytelników: tu huraoptymizm i sztuczny entuzjazm trochę nie pasują, nawet jeśli sprawdzają się w poradnikowej konwencji książki. Chris Espinoza i Mick Ukleja przekonują, że zarządzanie milenialsami może momentami do łatwych nie należy, ale warto podjąć wysiłek, bo... milenialsi są wspaniali. Nie jest to wymarzona argumentacja dla kogoś, kto musi radzić sobie z wyzwaniami w pracy i zarządzać grupą nastawionych roszczeniowo, pewnych siebie i niecierpliwych młodych ludzi. Bo o wadach milenialsów też jest tu mowa – wiadomo, że uogólnianie i stereotypy to nie idealny sposób na przedstawianie charakterystyki pokolenia, ale wiadomo też, że nie da się inaczej, jeśli chce się wyznaczać specyfikę grupy. W każdym razie milenialsi nie uznają autorytetów, nie mają doświadczenia, źle sobie radzą z przyjmowaniem krytyki... lista zarzutów pod ich adresem stale się wydłuża, ale przez cały czas autorzy tomu twardo pozostają na stanowisku, że mimo wszystko warto w milenialsów inwestować, a to zarządzający mają się dostosować do nowych warunków. O elastyczności menadżerów i umiejętnościach reagowania na nieoczekiwane problemy jest większa część tomu. Wskazówki bywają naprawdę banalne i niekoniecznie wiążą się z milenialsami jako takimi, raczej powinny być stosowane w szerszych relacjach z pracownikami - chociaż to obecność milenialsów i ich roszczeniowe postawy wyzwoliły potrzebę wprowadzenia owych zaleceń. Tu wychodzi na jaw przeznaczenie książki: rzeczywiście jest to podręcznik dla kadry menadżerskiej, która do problemu nie podejdzie w sposób kreatywny, a potrzebuje podstaw, udokumentowania nieszablonowych działań. Ale trzeba przyznać, że polityka ustępowania milenialsom we wszystkim nie brzmi zbyt zachęcająco, zwłaszcza jeśli w parze z nią idzie wychwalanie bez podstaw.

Trochę wygląda to tak, jakby autorzy – tak bardzo ceniący milenialsów - jednocześnie sugerowali, że mają do czynienia z dziećmi (mimo że dyskryminacja ze względu na wiek to jeden z podstawowych tematów w przestrogach). Milenialsi są kapryśni, obrażają się, kiedy zwróci im się uwagę, wszystko chcą robić po swojemu, a w skrajnych przypadkach u szefów... interweniują ich rodzice. Trzeba będzie rzeczywiście chcących pracować nad sobą przedstawicieli tej generacji, żeby lektura przyniosła korzyści: chociaż teoretycznie książka jest kierowana do ich szefów z innego pokolenia. Styl narracji jednak został dopasowany do poradników, nie ma tu ani skomplikowanych zwrotów, ani niepotrzebnych opisów, są wyliczenia, tabelki, podkreślenia co ważniejszych treści. Można by z powodzeniem zrezygnować natomiast z podawania cytatów podsumowujących problemy lub rozwiązania problemów w różnicy pokoleń. Te wypowiedzi nic nowego do treści nie wnoszą, za to męcząco powtarzają jeden i ten sam temat (zresztą zostały dobrane jako udokumentowanie konkretnego przykładu). “Zarządzanie milenialsami” to książka, w której znaleźć można całkiem sporo praktycznych uwag na temat pracy z nową na rynku generacją: przyda się jednak również nastawienie na szukanie własnych rozwiązań.

poniedziałek, 1 października 2018

Margit Kossobudzka: Człowiek na bakterie. Jak czerpać energię i zdrowie z jelit

Agora, Warszawa 2018.

Mikroświat

To, czego nie widać, zawsze wydaje się tajemnicze – i często w związku z tym obrasta w kolejne mity. Wystarczy sprawdzić, jakie fałszywe informacje krążą o... bakteriach. Jedni najchętniej pozbyliby się ich wszystkich, drudzy powątpiewają w ich istnienie w ciele człowieka. Dla części społeczeństwa bakterie to jedynie to, co trzeba wytępić antybiotykową kuracją. Inna grupa będzie do przesady ostrożna. Niezależnie od tego, jaką postawę się przyjmie, warto zasięgnąć fachowej wiedzy. Pozwala na to Margit Kossobudzka, która przeprowadza szereg rozmów ze specjalistami od mikroorganizmów w ciele człowieka. Jej książka zawiera całe mnóstwo ciekawostek dla zwykłych odbiorców, ale również potężną dawkę wiedzy. Tu bohaterem tomu są... bakterie i na początku w lekturze odrobinę przeszkadza edytorski pomysł pogrubiania ich łacińskich nazw. Większości czytelników niewyspecjalizowanych w mikrobiologii te określenia nic nie powiedzą, nie ma też większych szans na zapamiętanie skomplikowanych terminów. Z perspektywy takiej grupy odbiorców ów zabieg nie ma więc uzasadnienia. Z kolei ci, którzy wiedzą, o czym mowa, bez trudu wyłapią ważne dane. Ale to chyba jedyny mankament lektury. “Człowiek na bakterie” składa się z zestawu rozmów z lekarzami i uczonymi, fachowcami, którzy nie tylko pasjonują się tematem, ale jeszcze potrafią o nim zajmująco i przystępnie opowiadać.

Podstawową informacją do zaprezentowania masom jest ta, że człowiek ma w sobie około dwóch kilogramów bakterii – i ta mikroflora ma ogromny wpływ na zdrowie. To wiadomość, która robi wrażenie i uświadamia czytelnikom, że jednak warto bliżej przyjrzeć się organizmom zasiedlającym ludzkie ciało. Kluczową sprawą staje się przekonanie czytelników, że większość tych bakterii jest potrzebna, przydatna, a nawet niezbędna do istnienia. I tak warto zastanowić się, jak żywić swoje bakterie i jak o nie dbać. Tu nie wystarczy łykanie przypadkowych probiotyków, takie rozwiązanie może nawet zaszkodzić (podobnie jak leczenie antybiotykami przeziębień). Ta opowieść rozwija się jednak stopniowo i została podzielona na tematyczne części. W każdej autorka zadaje pytania innemu specjaliście i zgłębia wybraną kwestię. Na pierwszy ogień idzie mikroświat niemowląt. Autorka dowiaduje się między innymi, dlaczego dla rozwoju odporności malucha ważny jest poród siłami natury czy karmienie piersią. Sprawdza, jak mikroflora matki wpływa na dziecko i dlaczego warto w domu mieć psa. Kolejne zagadnienie to kształtowanie się odporności: i tutaj Kossobudzka przedstawia teorię, według której zdrowie zaczyna się w jelitach. To temat-rzeka, bo zahacza i o odpowiednie diety, i o wpływ lekarstw. Pyta, czy można zmienić mikrobiotę jelitową. Tłumaczy, że zaburzona mikrobiota ma nawet wpływ na nastrój. Osobno analizuje temat bakterii w kontekście seksu czy sportu. Odnotowuje, jak karmić dobre bakterie i skąd je w ogóle brać. Tutaj pojawiają się pomysły dla części czytelników mocno kontrowersyjne – jak “przeszczep kału” (wcześniej tylko jogurt z bakterii pochwowych dorównuje tej idei). Co ciekawe, chociaż badania jeszcze nie pozwalają na stosowanie takiej kuracji na masową skalę, już kwitnie handel podobnym procederem w internecie: lektura może zatem być i przestrogą dla ryzykantów.

Lekarze opowiadają przystępnie, a sama autorka też dba o czytelność wywodów i wciela się w głos społeczeństwa, kiedy chce zdobywać wiedzę. Jeśli jakaś kwestia wymaga bardziej skomplikowanych wyjaśnień, trafia do osobnych “ramek” (owe ramki czasami ciągną się przez kilka stron). To rodzaj uzupełnień i przypisów dla zainteresowanych tematem. Wprawdzie wygodniej byłoby umieścić je po wywiadach, ale odbiorcy poradzą sobie z wracaniem do urwanej myśli. Dawka wiedzy w tej publikacji jest rzeczywiście olbrzymia. Ale Margit Kossobudzka wcale nie zanudzi ciekawych świata. Zwłaszcza że jej rozmówcy pozwalają sobie również na żarty - zdają sobie sprawę, jak ich obiekt badań wypada z zewnątrz - i temu podporządkowują puenty opowieści. Nie da się ukryć, wiedzą, jak przykuć uwagę. Do tego są w stanie domyślić się, co budzi najwięcej wątpliwości: wprowadzają bardziej rozbudowane wyjaśnienia tam, gdzie to najbardziej potrzebne. W efekcie nawet owe transfery kału nie pozostaną zagadką. “Człowiek na bakterie” to sposób zaintrygowania odbiorców mikroflorą jelitową.

Franca Giansoldati: Demon w Watykanie. Legioniści Chrystusa i sprawa Maciela

W.A.B., Warszawa 2018.

Koszmar

Skandale w kościele katolickim dzielą społeczeństwo i w dyskusji w przestrzeni publicznej widać jedynie skrajne, radykalne głosy. Jedni nie chcą słyszeć o oskarżeniach kierowanych w stronę księży, drudzy szukają tylko argumentów przeciwko duchownym, by nawoływać do odwracania się od wiary. Na taki rynek wchodzi reportażowa książka odnosząca się do najgłośniejszego skandalu ostatnich lat, przestępstw założyciela Legionistów Chrystusa, Marciala Maciela Degollado. Autorka, Franca Giansoldati, rejestruje jego starannie skrywane występki, dociera do relacji ofiar i do dokumentów, w których zło przedstawiane było językiem dyplomacji. Podkreśla rozbieżności w ocenie duchownego, żeby przynajmniej odrobinę wytłumaczyć postawy hierarchów kościoła. W końcu Degollado stworzył silne struktury zgromadzenia, które kształciło kapłanów i katechetów, pozostawał w bliskim kręgu pracowników papież Jana Pawła II – dzięki niemu udała się pierwsza pielgrzymka do Meksyku. Trudno było podważyć zaufanie do tak znaczącej postaci, zwłaszcza że pierwsze doniesienia kryminalne brzmiały raczej jak próby oczerniania znakomitości. Tymczasem w życiorysie „ojca Maciela” pojawiało się coraz więcej wyrządzanego innym zła. Rejestr zachowań nieakceptowanych społecznie (bez względu na status duchownego) obejmował między innymi bigamię (dwie rodziny w dwóch państwach) czy molestowanie seksualne chłopców (w tym – własnych synów), pranie mózgu zgromadzonych w strukturach Legionistów Chrystusa (i przejmowanie ich majątków). Degollado potrafił oszukiwać i planować przestępstwa z zimną krwią, inaczej nie mógłby tak długo prowadzić podwójnego życia. Przy kolejnych szokujących odkryciach nie robiło już wrażenia jego umiłowanie bogactwa, spanie w hotelach czy jeżdżenie limuzynami z kierowcą. Podstawowe pytanie, jakie Giansoldati zadaje, dotyczy powodów ukrywania tych czynów przed papieżem. Jan Paweł II miał nie wiedzieć o nadużyciach kapłana. Dopiero Benedykt XVI odpowiednio zareagował na coraz bardziej dramatyczne wiadomości. Autorka próbuje wyjaśnić, dlaczego nie doszło do procesu kanonicznego i jaka w końcu kara spotkała Degollado – stąd wstępne wskazania dobrych uczynków – które jednak w żaden sposób nie równoważą ogromu zła. Giansoldati nie dąży do tego, żeby odbiorcy zrozumieli duchownego, rezygnuje też z usprawiedliwiania kościelnych hierarchów. Relacjonuje fakty oraz związki przyczynowo-skutkowe. Unika oceniania, zresztą oceny mogą tu być tylko jednoznaczne.

Ale relacjonowanie faktów to niemal wyłączny składnik książki. Autorka szczątkowo przytacza fragmenty oskarżeń ofiar – byłych Legionistów Chrystusa – oraz dyplomatyczne i przez to absurdalne momentami cytaty z oficjalnych dokumentów kościelnych. Ma materiał na literaturę faktu w stylu kryminalno-sensacyjnym, jednak nie interesuje się przesadnie tym, jak Degollado utrzymywał w tajemnicy istnienie dwóch rodzin, ani – jak całą sytuację widziały poszkodowane żony i dzieci. Nie interesuje się i kulisami bogactwa. Odnotowuje zachowania niegodne księdza i nieludzkie przy okazji, ale ich nie pogłębia w opisie, jakby nie chciała wzbudzać niezdrowej sensacji – ani zaspokajać „brukowcowej” ciekawości czytelników: nie ma zamiaru żerować na skandalu (mimo krzykliwego tytułu i przyciągającej wzrok okładki). Jeden po drugim pojawiają się tu występki – bez dalszego ciągu i szukania źródła. Autorka mówi zatem czytelnikom, na czym polegał problem z Degollado w Watykanie – lecz wiele pytań pozostawia bez odpowiedzi, odrzuca możliwość dotarcia do ofiar i przeprowadzania z nimi osobistych wywiadów. Zatrzymuje się na poziomie informacji. I dopiero końcowe wskazanie „demona” jako odpowiedzialnego za przestępstwa kłóci się z tym ascetycznym stylem.