Wilga, Warszawa 2021.
Konflikt
Niby wydaje się, że Tom Huddleston spóźnił się z tą powieścią o jakąś dekadę. Dzisiaj już sensacyjność w fabule sama w sobie nie stanowi atrakcji, a asceza narracyjna jako metoda przedstawiania dystopii także nie kusi - nawet odbiorcy, którzy nie lubią czytać, potrzebują możliwości zaangażowania się w rozrywkową historię. To można uzyskać albo wybitnymi kreacjami bohaterów, albo biegiem wydarzeń, narracją czy zestawem emocji. Tu, w "Pustynnym świecie", nie zadziałał żaden z elementów, przynajmniej takie odnosi się wrażenie podczas czytania. Huddleston zajął się wysyłaniem bohaterów na niedookreśloną misję (niedookreśloną, bo kolejne postacie i ich motywacje wprowadza z zaskoczenia, licząc na to, że jakoś się to połączy w całość), ale unika zdefiniowania przestrzeni, w której funkcjonują. Wystarcza mu podkreślanie pustynnego charakteru okolicy. Jednak to jeden z bardziej typowych składników dystopii i raczej trudno się spodziewać, że będzie stanowić zachętę do czytania dla młodych ludzi. Bohaterowie bez przerwy ze sobą dialogują, autor ani na chwilę nie rezygnuje z przekazywania informacji w bezpośrednich wypowiedziach - i z czasem to robi się coraz mniej przekonujące. Zwłaszcza że źle się podąża za rozmowami bez przełożenia na powieściowy kontekst. Tom Huddleston nie buduje świata dla swoich postaci. Skupia się na zasadach pozwalających zaostrzać konflikt - i tyle, więcej nie zaoferuje. To pozostawia niedosyt i nie pozwala zaangażować się w akcję. Znów - struktura tomu uniemożliwia kibicowanie postaciom. Tylko autor może się dobrze poczuć w do tego stopnia nieprzyjaznym świecie. Nie szuka jednak powodu, dla którego po tę lekturę sięgnąć mogliby odbiorcy i to rodzi sporo wątpliwości. Kostyczna narracja ma się z kolei wyróżniać jednym: obecnością osoby niebinarnej, nieidentyfikującej się ani z dziewczynami, ani z chłopakami. W oryginalnej wersji może się wypowiadać bez wskazywania na płeć. W polskim przekładzie trzeba dokonywać ekwilibrystyki, żeby mogła się wypowiadać, a i tak niepotrzebnie wybija się to na pierwszy plan. Niepotrzebnie, bo w futurystycznym świecie niebinarność jest czymś naturalnym i sensacji nie wzbudzi. Problem w tym, że to kolejny element opowieści, który nie łączy się z innymi i sprawia wrażenie przypadkowego albo wymuszonego.
Jest "Pustynny świat" książką w stylu pop, upraszczaną i pozbawioną uroku literackości, autor usilnie chce przerobić tę powieść na scenariusz filmu sensacyjnego. Sięga po gatunek, w którym nie ma nic przełomowego do opowiedzenia. Unika też upiększeń. Nie wiadomo bliżej, czym chce zaimponować czytelnikom, może po prostu odcięciem się od bohaterów i ich problemów i tworzeniem tomu bezdusznego. W takim ujęciu raczej trudno o aplauz, powieść wydaje się zbyt ascetyczna i pozbawiona atrakcyjności. Nawet czytelnicy, którzy po książki sięgają okazjonalnie, nie poczują się tu docenieni. Mało tu życia - odcieni uczuć czy wrażeń. Sama przygoda nie wystarcza jako uzasadnienie opowieści.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 2 stycznia 2022
sobota, 1 stycznia 2022
Marcin Król: Pakuję walizkę
Iskry, Warszawa 2021.
Pandemiczny dziennik
Książka Marcina Króla "Pakuję walizkę" stworzona została z potrzeby chwili i chęci wyrażenia buntu - a może nawet podpowiadania odbiorcom, że bunt jest najlepszym sposobem sprzeciwiania się rządzącym. Autor decyduje się na prowadzenie regularnych zapisków (tytuł tomu pochodzi od eseju, który otwiera całość): dziennikowe uwagi zyskują w miarę stały kształt i rytm, tak, by pozwalały uporządkować doznania i przemyślenia. Autor nie przebiera w słowach, otwarcie pisze o tym, co go boli i irytuje w polityce i życiu społecznym. Wskazuje winnych takiego stanu rzeczy. Nie pozwala sobie na półtony czy przemilczenia: ostro krytykuje władzę i przypomina, jakie cechy i wartości są potrzebne, kiedy ktoś chce działać na rzecz innych. "Pakuję walizkę" to książka oparta na rozgoryczeniu. Autor zdaje sobie sprawę, że może być już za późno na wprowadzanie potrzebnych zmian: dlatego też sili się jeszcze na diagnozę, po którą będzie można sięgać, by pojąć rodzaj popełnionych błędów. Postanawia sobie Marcin Król kończyć każdy diariuszowy wpis lekturą polecaną - i tu raz sięga po teksty filozoficzne, raz po znane powszechnie lektury, czasami proponowana książka może być komentarzem rozwijającym zawartą w notatce myśl. Żeby ułatwić sobie wyszukiwanie tematów, część zapisków otwiera wyliczaniem jednej pożądanej cechy (której w życiu publicznym bardzo brakuje). Rozwija spostrzeżenie w zaledwie kilku akapitach, nie przesadza z konstruowaniem olbrzymich wywodów, woli tworzyć teksty skondensowane i czytelne dla odbiorców. Sprawnie operuje retoryką, stara się wciągnąć czytelników do rozważań na temat tego, co dzieje się z krajem - taki punkt wyjścia daje mu możliwość opowiadania bardziej uniwersalnego, dotyczącego charakterów i sytuacji. Marcin Król bardzo dba o to, żeby pokazać czytelnikom, jak dobrze orientuje się w mechanizmach funkcjonowania władzy - i w samych ocenach sfery publicznej. Przestrzega i poucza, napomina i analizuje. Ponieważ przez cały czas inspiracją staje się dla niego polska rzeczywistość z czasu pandemii, najlepiej tę książkę czytać teraz: jednak mimo dziennych dat tom nie zestarzeje się zbyt łatwo, ze względu na wysoki poziom uniwersalności spostrzeżeń.
Marcin Król pisze ostro, przynajmniej - dopóki daje się ponieść silnym emocjom. Stopniowo wygasza te reakcje, ton służy mu na początku do znalezienia wspólnego języka z odbiorcami. Kiedy zyska wiernych czytelników, nie będzie już musiał uciekać się do prostych chwytów, żeby przyciągnąć uwagę. W swoim dzienniku z czasów pandemii rezygnuje z omawiania życia prywatnego: zajmuje się wyłącznie sprawami rządzenia i nadużywania władzy. Swoje zarzuty najpierw konkretnie adresuje, później - przestaje mieć potrzebę wskazywania palcem odpowiedzialnych za niepożądany stan rzeczy, zresztą - ma pewność, że odbiorcy wiedzą, o kim myśli. Zapewnia czytelnikom lekcję z wychowania społecznego, chce przekonać do refleksji i do krytycznego osądzania tego, co się dzieje.
Pandemiczny dziennik
Książka Marcina Króla "Pakuję walizkę" stworzona została z potrzeby chwili i chęci wyrażenia buntu - a może nawet podpowiadania odbiorcom, że bunt jest najlepszym sposobem sprzeciwiania się rządzącym. Autor decyduje się na prowadzenie regularnych zapisków (tytuł tomu pochodzi od eseju, który otwiera całość): dziennikowe uwagi zyskują w miarę stały kształt i rytm, tak, by pozwalały uporządkować doznania i przemyślenia. Autor nie przebiera w słowach, otwarcie pisze o tym, co go boli i irytuje w polityce i życiu społecznym. Wskazuje winnych takiego stanu rzeczy. Nie pozwala sobie na półtony czy przemilczenia: ostro krytykuje władzę i przypomina, jakie cechy i wartości są potrzebne, kiedy ktoś chce działać na rzecz innych. "Pakuję walizkę" to książka oparta na rozgoryczeniu. Autor zdaje sobie sprawę, że może być już za późno na wprowadzanie potrzebnych zmian: dlatego też sili się jeszcze na diagnozę, po którą będzie można sięgać, by pojąć rodzaj popełnionych błędów. Postanawia sobie Marcin Król kończyć każdy diariuszowy wpis lekturą polecaną - i tu raz sięga po teksty filozoficzne, raz po znane powszechnie lektury, czasami proponowana książka może być komentarzem rozwijającym zawartą w notatce myśl. Żeby ułatwić sobie wyszukiwanie tematów, część zapisków otwiera wyliczaniem jednej pożądanej cechy (której w życiu publicznym bardzo brakuje). Rozwija spostrzeżenie w zaledwie kilku akapitach, nie przesadza z konstruowaniem olbrzymich wywodów, woli tworzyć teksty skondensowane i czytelne dla odbiorców. Sprawnie operuje retoryką, stara się wciągnąć czytelników do rozważań na temat tego, co dzieje się z krajem - taki punkt wyjścia daje mu możliwość opowiadania bardziej uniwersalnego, dotyczącego charakterów i sytuacji. Marcin Król bardzo dba o to, żeby pokazać czytelnikom, jak dobrze orientuje się w mechanizmach funkcjonowania władzy - i w samych ocenach sfery publicznej. Przestrzega i poucza, napomina i analizuje. Ponieważ przez cały czas inspiracją staje się dla niego polska rzeczywistość z czasu pandemii, najlepiej tę książkę czytać teraz: jednak mimo dziennych dat tom nie zestarzeje się zbyt łatwo, ze względu na wysoki poziom uniwersalności spostrzeżeń.
Marcin Król pisze ostro, przynajmniej - dopóki daje się ponieść silnym emocjom. Stopniowo wygasza te reakcje, ton służy mu na początku do znalezienia wspólnego języka z odbiorcami. Kiedy zyska wiernych czytelników, nie będzie już musiał uciekać się do prostych chwytów, żeby przyciągnąć uwagę. W swoim dzienniku z czasów pandemii rezygnuje z omawiania życia prywatnego: zajmuje się wyłącznie sprawami rządzenia i nadużywania władzy. Swoje zarzuty najpierw konkretnie adresuje, później - przestaje mieć potrzebę wskazywania palcem odpowiedzialnych za niepożądany stan rzeczy, zresztą - ma pewność, że odbiorcy wiedzą, o kim myśli. Zapewnia czytelnikom lekcję z wychowania społecznego, chce przekonać do refleksji i do krytycznego osądzania tego, co się dzieje.
Zofia Stanecka: Lotta, czyli jak wychować ludzkie stado
Kropka, Warszawa 2021.
Miłość do psa
Zofia Stanecka doskonale się bawi, opisując życie z psem. Wprawdzie twierdzi we wstępie do tomiku „Lotta, czyli jak wychować ludzkie stado”, że nie prezentuje swojej rodziny, a jedynie doświadczenia psa są autentyczne, ale rodzaj uczuć i reakcji jest tak przekonujący, że żaden psiarz nie będzie mieć wątpliwości: to książka, która powstała z prawdziwych doświadczeń. Znanych zresztą nie tylko autorce i jej bliskim: Lotta zachowuje się bardzo typowo, wielu czytelników znajdzie tu ślady własnych obserwacji. Codzienność z psem to gwarancja ciągłych atrakcji, zwłaszcza dla małych odbiorców, którzy marzą o własnym zwierzęciu. U Zofii Staneckiej trochę zmienia się sytuacja: to nie dzieci pragną sprowadzić do domu psa, najbardziej to mama zakochuje się w zwierzęciu i postanawia je przygarnąć. Sceptycyzm syna niewiele zmienia: mama nie da powiedzieć złego słowa na Lottę. Błyskawicznie okazuje się, kto będzie rządzić w domu: psica nie zamierza sypiać w swoim legowisku, za to oswaja domowników z wchodzeniem na kanapę. Przechytrza wszystkich i doprowadza do tego, że nikt nie zadaje pytań o pochodzenie sierści w miejscach, do których Lotta miała nie mieć wstępu. Mama zawsze staje w obronie psa, pozwala Lotcie na wszystko – tymczasem Zofia Stanecka nie pozostawia wątpliwości co do charakterku zwierzęcia.
Rozdziały w tym tomiku są krótkie i dowcipne. Autorka rejestruje kolejne wydarzenia z życia rodziny, w której główną rolę odgrywa sprytna psica. Lotta jest w centrum zainteresowania: ma sporo ciekawych pomysłów. Mama fascynuje się każdym z nich: bardziej niż dzieci uwielbia Lottę, bezkrytycznie – nie chce nawet przyjąć do wiadomości, że psu trzeba wyznaczyć granice: wychowywanie czworonoga w jej wykonaniu polega na spełnianiu wszystkich jego zachcianek. Lotta ma wielkie szczęście, że nie wpada w żadne tarapaty: chociaż przez chwilę będzie groźnie, a autorce zależy na przemyceniu pewnej informacji. Wszyscy, którzy kochają psy, bez trudu odnajdą się w tej lekturze. Jej siłą jest prawdziwość – zarówno w sferze uczuć związanych z relacją człowieka i psa, jak i w obserwacjach samych psich zachowań. Lotta przekonuje do siebie, bez względu na to, czy przedstawiane są jej psoty i pomysły, czy też – interpretacje wprowadzane przez ludzi. Przypisywanie psiej bohaterce ludzkich cech i ludzkich motywacji stanowi tu czynnik humorystyczny, będzie budzić radość najmłodszych odbiorców. Książka to lektura rozrywkowa, ale jednocześnie pokazująca, jakich niespodzianek może oczekiwać ktoś, kto zdecyduje się na opiekę nad zwierzęciem. „Lotta, czyli jak wychować ludzkie stado” to bardzo prawdziwa opowieść – w niej można znaleźć mnóstwo precyzyjnych obrazków powiązanych z ludzko-psimi perypetiami. Lotta pokazuje, co oznacza przygarnięcie psa – do historii dodane są jeszcze zabawne ilustracje z psimi komentarzami. To historia dla dzieci – a jednak wszyscy miłośnicy psów się tu odnajdą: w prostej, momentami nawet naiwnej, a często bardzo zabawnej relacji pojawia się mnóstwo tematów, które skuszą także rodziców czytających swoim dzieciom. Wszystkich połączy miłość do psa.
Miłość do psa
Zofia Stanecka doskonale się bawi, opisując życie z psem. Wprawdzie twierdzi we wstępie do tomiku „Lotta, czyli jak wychować ludzkie stado”, że nie prezentuje swojej rodziny, a jedynie doświadczenia psa są autentyczne, ale rodzaj uczuć i reakcji jest tak przekonujący, że żaden psiarz nie będzie mieć wątpliwości: to książka, która powstała z prawdziwych doświadczeń. Znanych zresztą nie tylko autorce i jej bliskim: Lotta zachowuje się bardzo typowo, wielu czytelników znajdzie tu ślady własnych obserwacji. Codzienność z psem to gwarancja ciągłych atrakcji, zwłaszcza dla małych odbiorców, którzy marzą o własnym zwierzęciu. U Zofii Staneckiej trochę zmienia się sytuacja: to nie dzieci pragną sprowadzić do domu psa, najbardziej to mama zakochuje się w zwierzęciu i postanawia je przygarnąć. Sceptycyzm syna niewiele zmienia: mama nie da powiedzieć złego słowa na Lottę. Błyskawicznie okazuje się, kto będzie rządzić w domu: psica nie zamierza sypiać w swoim legowisku, za to oswaja domowników z wchodzeniem na kanapę. Przechytrza wszystkich i doprowadza do tego, że nikt nie zadaje pytań o pochodzenie sierści w miejscach, do których Lotta miała nie mieć wstępu. Mama zawsze staje w obronie psa, pozwala Lotcie na wszystko – tymczasem Zofia Stanecka nie pozostawia wątpliwości co do charakterku zwierzęcia.
Rozdziały w tym tomiku są krótkie i dowcipne. Autorka rejestruje kolejne wydarzenia z życia rodziny, w której główną rolę odgrywa sprytna psica. Lotta jest w centrum zainteresowania: ma sporo ciekawych pomysłów. Mama fascynuje się każdym z nich: bardziej niż dzieci uwielbia Lottę, bezkrytycznie – nie chce nawet przyjąć do wiadomości, że psu trzeba wyznaczyć granice: wychowywanie czworonoga w jej wykonaniu polega na spełnianiu wszystkich jego zachcianek. Lotta ma wielkie szczęście, że nie wpada w żadne tarapaty: chociaż przez chwilę będzie groźnie, a autorce zależy na przemyceniu pewnej informacji. Wszyscy, którzy kochają psy, bez trudu odnajdą się w tej lekturze. Jej siłą jest prawdziwość – zarówno w sferze uczuć związanych z relacją człowieka i psa, jak i w obserwacjach samych psich zachowań. Lotta przekonuje do siebie, bez względu na to, czy przedstawiane są jej psoty i pomysły, czy też – interpretacje wprowadzane przez ludzi. Przypisywanie psiej bohaterce ludzkich cech i ludzkich motywacji stanowi tu czynnik humorystyczny, będzie budzić radość najmłodszych odbiorców. Książka to lektura rozrywkowa, ale jednocześnie pokazująca, jakich niespodzianek może oczekiwać ktoś, kto zdecyduje się na opiekę nad zwierzęciem. „Lotta, czyli jak wychować ludzkie stado” to bardzo prawdziwa opowieść – w niej można znaleźć mnóstwo precyzyjnych obrazków powiązanych z ludzko-psimi perypetiami. Lotta pokazuje, co oznacza przygarnięcie psa – do historii dodane są jeszcze zabawne ilustracje z psimi komentarzami. To historia dla dzieci – a jednak wszyscy miłośnicy psów się tu odnajdą: w prostej, momentami nawet naiwnej, a często bardzo zabawnej relacji pojawia się mnóstwo tematów, które skuszą także rodziców czytających swoim dzieciom. Wszystkich połączy miłość do psa.
piątek, 31 grudnia 2021
Wojciech Chmielarz: Dług honorowy
Marginesy, Warszawa 2021.
Przysługa
Bezimienny to kolejny bohater prowadzący śledztwa, który podbija zbiorową wyobraźnię i sprawdza się w kryminałach. Wojciech Chmielarz sprawia, że ten mężczyzna jest jednocześnie przenikliwym obserwatorem i dobrym psychologiem - tylko to pozwala mu zdobywać informacje tam, gdzie nie da się przekonać świadków wydarzeń do współpracy. Bezimienny nie boi się ryzyka. Ma za sobą dość barwną przeszłość i musi wiedzieć, jak zachowywać się w każdej sytuacji - nie stroni od zagrożeń, wiele razy używa pięści, bo tylko tak może wypracować sobie posłuch. Jednocześnie wydaje się bardzo wrażliwy i empatyczny. Nawet jeśli przyjmuje strategię zastraszania i gróźb, liczy się z drugim człowiekiem - zwykle szuka innej drogi, żeby go podejść. W "Długu honorowym" Bezimienny odwdzięcza się za przysługę z dawnych lat. Jego towarzysz, Rom, nie wzbudza zaufania w małych Wilkach. Co więcej: samą swoją obecnością prowokuje miejscowych, a że nie stroni od konfliktów, dość szybko zostaje wykluczony z lokalnej społeczności. Bezimienny musi zatem postawić własny warunek: zajmie się zabójstwem siedemnastoletniej Oli, jeśli tylko Czarny wyjedzie. O dziwo, wojowniczy towarzysz przystaje na ten warunek i znika z pola widzenia. Od tej pory nie będzie już rozdrażniać mieszkańców wsi - ale też nie zapewni wsparcia Bezimiennemu, a przecież w przypadku bezpośrednich starć przydałby się ktoś, kto umie używać swoich pięści.
Wydaje się, że wszystko zostało już zamknięte. Siedemnastoletnia Ola zginęła - nie wiadomo bliżej, z jakiego powodu - a morderca został już zatrzymany. Tyle tylko, że nikt nie wierzy w jego winę. Bezimienny ma odkryć, co naprawdę stało się w Wilkach i kto stoi za zbrodnią. Dociera do życzliwych i bardzo nieżyczliwych mieszkańców, poznaje przyjaciółkę Oli, która sprzeniewierzyła się rodzicom i odwiedza Holendrów mieszkających po drugiej stronie jeziora (przy okazji może Bezimienny wygłosić tyradę na temat wykorzystywania młodych naiwnych kobiet przez dojrzałych mężczyzn; świadomy, że w niczym to nie pomoże i nastolatka sama musi odrobić bolesną lekcję). Wojciech Chmielarz bardzo chce przekonać czytelników, że w rozwiązywaniu zagadek, które teoretycznie zostały już rozwiązane, najbardziej liczy się umiejętność podejścia do drugiego człowieka. Bezimienny przeprowadza mnóstwo rozmów, dopasowując się do swoich interlokutorów - im więcej metamorfoz wymaga od niego sytuacja, tym lepiej dla akcji. Gadane gromadzenie danych przetykane jest scenkami związanymi z zagrożeniem, ale też obrazkami pozwalającymi zdobyć dodatkowe informacje - autor chce nakreślić widzom pełny obraz sytuacji i odwrócić ich uwagę od monotonii detektywistycznych analiz. "Dług honorowy" to kryminał z dopracowaną starannie narracją, napisany z wyczuciem i ze świadomością wagi obeznania w ludzkich reakcjach. Wojciech Chmielarz bez trudu może zdobyć sobie fanów - zwłaszcza że nie trzeba czytać całej serii, żeby odnaleźć się w tworzonym przez niego świecie.
Przysługa
Bezimienny to kolejny bohater prowadzący śledztwa, który podbija zbiorową wyobraźnię i sprawdza się w kryminałach. Wojciech Chmielarz sprawia, że ten mężczyzna jest jednocześnie przenikliwym obserwatorem i dobrym psychologiem - tylko to pozwala mu zdobywać informacje tam, gdzie nie da się przekonać świadków wydarzeń do współpracy. Bezimienny nie boi się ryzyka. Ma za sobą dość barwną przeszłość i musi wiedzieć, jak zachowywać się w każdej sytuacji - nie stroni od zagrożeń, wiele razy używa pięści, bo tylko tak może wypracować sobie posłuch. Jednocześnie wydaje się bardzo wrażliwy i empatyczny. Nawet jeśli przyjmuje strategię zastraszania i gróźb, liczy się z drugim człowiekiem - zwykle szuka innej drogi, żeby go podejść. W "Długu honorowym" Bezimienny odwdzięcza się za przysługę z dawnych lat. Jego towarzysz, Rom, nie wzbudza zaufania w małych Wilkach. Co więcej: samą swoją obecnością prowokuje miejscowych, a że nie stroni od konfliktów, dość szybko zostaje wykluczony z lokalnej społeczności. Bezimienny musi zatem postawić własny warunek: zajmie się zabójstwem siedemnastoletniej Oli, jeśli tylko Czarny wyjedzie. O dziwo, wojowniczy towarzysz przystaje na ten warunek i znika z pola widzenia. Od tej pory nie będzie już rozdrażniać mieszkańców wsi - ale też nie zapewni wsparcia Bezimiennemu, a przecież w przypadku bezpośrednich starć przydałby się ktoś, kto umie używać swoich pięści.
Wydaje się, że wszystko zostało już zamknięte. Siedemnastoletnia Ola zginęła - nie wiadomo bliżej, z jakiego powodu - a morderca został już zatrzymany. Tyle tylko, że nikt nie wierzy w jego winę. Bezimienny ma odkryć, co naprawdę stało się w Wilkach i kto stoi za zbrodnią. Dociera do życzliwych i bardzo nieżyczliwych mieszkańców, poznaje przyjaciółkę Oli, która sprzeniewierzyła się rodzicom i odwiedza Holendrów mieszkających po drugiej stronie jeziora (przy okazji może Bezimienny wygłosić tyradę na temat wykorzystywania młodych naiwnych kobiet przez dojrzałych mężczyzn; świadomy, że w niczym to nie pomoże i nastolatka sama musi odrobić bolesną lekcję). Wojciech Chmielarz bardzo chce przekonać czytelników, że w rozwiązywaniu zagadek, które teoretycznie zostały już rozwiązane, najbardziej liczy się umiejętność podejścia do drugiego człowieka. Bezimienny przeprowadza mnóstwo rozmów, dopasowując się do swoich interlokutorów - im więcej metamorfoz wymaga od niego sytuacja, tym lepiej dla akcji. Gadane gromadzenie danych przetykane jest scenkami związanymi z zagrożeniem, ale też obrazkami pozwalającymi zdobyć dodatkowe informacje - autor chce nakreślić widzom pełny obraz sytuacji i odwrócić ich uwagę od monotonii detektywistycznych analiz. "Dług honorowy" to kryminał z dopracowaną starannie narracją, napisany z wyczuciem i ze świadomością wagi obeznania w ludzkich reakcjach. Wojciech Chmielarz bez trudu może zdobyć sobie fanów - zwłaszcza że nie trzeba czytać całej serii, żeby odnaleźć się w tworzonym przez niego świecie.
Wodne czary-mary. Cocomelon/Bing
Harperkids, Warszawa 2021.
Magia
Magiczny mazak pozwala na zabawę długą i bezpieczną dla ścian, stołów i innych miejsc, które niekoniecznie dobrze znoszą ślady artystycznych emanacji dzieciaków. Nie ma obaw, że dzieci coś zniszczą, bo przy wypełnianiu książeczek z serii Wodne czary-mary używać mają flamastra napełnianego wodą. Książeczki zostały tak przygotowane, żeby nie wchłaniały wilgoci, powlekana tektura nie pomarszczy się szybko, a po wyschnięciu wody tomik nadaje się na ponowne malowanie. To nie tylko niespodzianka dla maluchów, ale też możliwość zapewnienia im zajęcia w podróży. Liczy się pomysł na całą serię - kartonowy picture book z wycięciem na flamaster i dołączonym flamastrem wielorazowego użytku - na rozkładówkach prezentujących znanych dzieciom bohaterów ma też miejsca pozalepiane białym papierem. Żeby sprawdzić, co kryje się pod nalepionymi fragmentami obrazka, trzeba pomalować papier wodą - wtedy stanie się przezroczysty. To, co dorosłych nie zaskoczy, dla dzieci będzie odkryciem na wielką skalę - i szansą na ćwiczenie sprawności manualnej (to, że pisakiem nie da się zniszczyć książeczki, nie oznacza, że wystarczy bazgrać do woli po całych rozkładówkach - warto skupić się i zamalowywać tylko białe pola.
Tym razem do kolekcji dołączają Cocomelon i Bing, co jednoznacznie wskazuje wiek odbiorców - tomiki przeznaczone są dla najmłodszych dzieci. To dla nich zabawa, o której czytać będą rodzice. Każda strona to nowe niespodzianki, ale też wymuszanie interakcji. Nie chodzi tylko o pokolorowanie rysunków - pomalowanie ich wodą - ale też o proste zadania do wykonania przez odbiorców. U J. J. sporo jest zabawy: pojawiają się baloniki i śmieszne przebrania, śpiewanie piosenek i budowanie zamków z piasku, przedszkole z mnóstwem zabawek i inne rozrywki. Bing także testuje różne sposoby na spędzanie wolnego czasu: wybiera się na piknik z Sulą, zaprasza do domu przyjaciół, przygotowuje smaczne przekąski albo chodzi na spacery. Wszystko po to, żeby przypomnieć maluchom, że nie tylko komputery dostarczają rozrywki - znacznie przyjemniej jest spędzać czas w gronie znajomych.
Każda strona (lub, jak u Binga - rozkładówka) to zatem prezentacja jakiejś czynności znanej także odbiorcom. Twórcy tomiku zachęcają do rozruszania wyobraźni i zastanawiania się nad odpowiedziami na proste pytania (kto nie poradzi sobie z zagadką, będzie znać odpowiedź dzięki zamalowaniu białych fragmentów pisakiem wodnym). Czasami trzeba jeszcze odnieść się do ilustracji: coś policzyć, coś znaleźć i wskazać, coś nazwać lub przenieść sytuację z bajki na własne doświadczenia i podzielić się z bajkowym bohaterem swoimi przeżyciami. Takie tomiki dostarczają zatem wielopoziomowej rozrywki, są dla odbiorców szansą na wykazanie się i na pochwalenie się umiejętnościami. Pomagają też "tworzyć" tym dzieciom, które jeszcze nie opanowały zbyt dobrze sztuki rysowania - dostarczają iluzji samodzielnego ilustrowania bajek.
Magia
Magiczny mazak pozwala na zabawę długą i bezpieczną dla ścian, stołów i innych miejsc, które niekoniecznie dobrze znoszą ślady artystycznych emanacji dzieciaków. Nie ma obaw, że dzieci coś zniszczą, bo przy wypełnianiu książeczek z serii Wodne czary-mary używać mają flamastra napełnianego wodą. Książeczki zostały tak przygotowane, żeby nie wchłaniały wilgoci, powlekana tektura nie pomarszczy się szybko, a po wyschnięciu wody tomik nadaje się na ponowne malowanie. To nie tylko niespodzianka dla maluchów, ale też możliwość zapewnienia im zajęcia w podróży. Liczy się pomysł na całą serię - kartonowy picture book z wycięciem na flamaster i dołączonym flamastrem wielorazowego użytku - na rozkładówkach prezentujących znanych dzieciom bohaterów ma też miejsca pozalepiane białym papierem. Żeby sprawdzić, co kryje się pod nalepionymi fragmentami obrazka, trzeba pomalować papier wodą - wtedy stanie się przezroczysty. To, co dorosłych nie zaskoczy, dla dzieci będzie odkryciem na wielką skalę - i szansą na ćwiczenie sprawności manualnej (to, że pisakiem nie da się zniszczyć książeczki, nie oznacza, że wystarczy bazgrać do woli po całych rozkładówkach - warto skupić się i zamalowywać tylko białe pola.
Tym razem do kolekcji dołączają Cocomelon i Bing, co jednoznacznie wskazuje wiek odbiorców - tomiki przeznaczone są dla najmłodszych dzieci. To dla nich zabawa, o której czytać będą rodzice. Każda strona to nowe niespodzianki, ale też wymuszanie interakcji. Nie chodzi tylko o pokolorowanie rysunków - pomalowanie ich wodą - ale też o proste zadania do wykonania przez odbiorców. U J. J. sporo jest zabawy: pojawiają się baloniki i śmieszne przebrania, śpiewanie piosenek i budowanie zamków z piasku, przedszkole z mnóstwem zabawek i inne rozrywki. Bing także testuje różne sposoby na spędzanie wolnego czasu: wybiera się na piknik z Sulą, zaprasza do domu przyjaciół, przygotowuje smaczne przekąski albo chodzi na spacery. Wszystko po to, żeby przypomnieć maluchom, że nie tylko komputery dostarczają rozrywki - znacznie przyjemniej jest spędzać czas w gronie znajomych.
Każda strona (lub, jak u Binga - rozkładówka) to zatem prezentacja jakiejś czynności znanej także odbiorcom. Twórcy tomiku zachęcają do rozruszania wyobraźni i zastanawiania się nad odpowiedziami na proste pytania (kto nie poradzi sobie z zagadką, będzie znać odpowiedź dzięki zamalowaniu białych fragmentów pisakiem wodnym). Czasami trzeba jeszcze odnieść się do ilustracji: coś policzyć, coś znaleźć i wskazać, coś nazwać lub przenieść sytuację z bajki na własne doświadczenia i podzielić się z bajkowym bohaterem swoimi przeżyciami. Takie tomiki dostarczają zatem wielopoziomowej rozrywki, są dla odbiorców szansą na wykazanie się i na pochwalenie się umiejętnościami. Pomagają też "tworzyć" tym dzieciom, które jeszcze nie opanowały zbyt dobrze sztuki rysowania - dostarczają iluzji samodzielnego ilustrowania bajek.
czwartek, 30 grudnia 2021
Andrew Morton: Diana. Jej historia
Marginesy, Warszawa 2021.
Na szczycie
Andrew Morton tom "Diana. Jej historia" składa z trzech części, a ideę konstrukcji najnowszego wydania tłumaczy w przedmowie. Najpierw przytacza obszerne fragmenty wywiadu, jakiego księżna Diana udzieliła, żeby wyjaśnić światu własną sytuację w wyjątkowo nieudanym małżeństwie. Później - mocno na bazie tych rozmów i nagrań - tworzy Andrew Morton biografię Lady Di. Na końcu zajmuje się krótkim przedstawieniem wydarzeń po tragicznej śmierci bohaterki książki. Dzisiaj "Diana. Jej historia" to nie jest już publikacją szokującą czy wywrotową, czytelnicy doskonale orientują się w sprawach z królewskiego dworu i w życiu uczuciowym wyższych sfer. Nie zmienia to jednak faktu, że tę książkę całkiem nieźle się czyta - i nawet powtarzanie części wypowiedzi w pierwszej i drugiej partii książki nie jest aż tak bardzo męczące, jak mogłoby się wydawać. W przedmowie także Andrew Morton zajmuje się technicznymi komentarzami: opowiada, jak udawało się przechytrzyć otoczenie księżnej (by nikt przedwcześnie nie zorientował się w planach bardzo szczerego wywiadu i nie storpedował tych zamiarów), rejestruje też podejście samej Diany. Zwierza się z problemów powstających w trakcie pisania: z dylematów dotyczących wyborów autorskich i z wizji nieuchronnego skandalu. Książka, która ma powstać w następstwie zwierzeń księżnej, uświadomi odbiorcom, że byli oszukiwani - widzieli relacje, które nie istniały.
Ta historia musi się podobać, bo bazuje na baśni o Kopciuszku. Pojawia się w niej skromna dziewczyna (wprawdzie z arystokratycznej rodziny, jednak - zawsze pierwsza do usługiwania innym, pomocna i życzliwa). Diana Spencer nie należy do piękności, ma też problemy w budowaniu relacji z płcią przeciwną - a czasami uznaje, że została stworzona do wyższych celów, więc musi bardzo dbać o reputację: to prawdopodobnie już nadinterpretacja płynąca ze świadomości losów - jednak odpowiednio oprawiona robi wrażenie. Opowieść nabiera tempa, gdy Diana trafia w otoczenie księcia Karola i zostaje jego narzeczoną. Stopniowo autor wprowadza postać Camilli Parker Bowles, równolegle z rozwijaniem się bulimii u bohaterki tomu. Role Diany u boku księcia Walii portretuje dość pobieżnie, dopiero kiedy Diana znajduje sobie zadania dla siebie i zaczyna się angażować w działalność dobroczynną - pomaga chorym i cierpiącym - przerzuca uwagę na warte upamiętnienia czyny. Żeby stworzyć tę książkę Andrew Morton przeprowadzał także rozmowy z bliskimi Diany - i ich wypowiedzi również wykorzystuje w historii. W tym obrazku nie ma miejsca na miłość, przynajmniej ze strony księcia Karola: ale i sama Diana nie przekonuje przesadnie do wielkiego uczucia. Morton podkreśla za to ciągłe wybuchy płaczu księżnej - przypomina o tym, o czym zwykli odbiorcy w latach 90. wiedzieć nie mogli. Odnotowuje zachowania Diany jako matki, nieco marginalnie traktuje kwestię jej pozamałżeńskich związków. Najważniejsza jest dla niego wierność informacjom, które uzyskał od samej Diany - i taką też wersję podsuwa czytelnikom. Stawia na silne uczucia, a do tego - sensacje. Dzisiaj książka funkcjonować może nieco inaczej: a kiedy znika czynnik ciekawości i możliwości podglądania, zmieniają się też oczekiwania wobec tomu. Andrew Morton jednak do bazowej całości dodawać nic nie chce.
Na szczycie
Andrew Morton tom "Diana. Jej historia" składa z trzech części, a ideę konstrukcji najnowszego wydania tłumaczy w przedmowie. Najpierw przytacza obszerne fragmenty wywiadu, jakiego księżna Diana udzieliła, żeby wyjaśnić światu własną sytuację w wyjątkowo nieudanym małżeństwie. Później - mocno na bazie tych rozmów i nagrań - tworzy Andrew Morton biografię Lady Di. Na końcu zajmuje się krótkim przedstawieniem wydarzeń po tragicznej śmierci bohaterki książki. Dzisiaj "Diana. Jej historia" to nie jest już publikacją szokującą czy wywrotową, czytelnicy doskonale orientują się w sprawach z królewskiego dworu i w życiu uczuciowym wyższych sfer. Nie zmienia to jednak faktu, że tę książkę całkiem nieźle się czyta - i nawet powtarzanie części wypowiedzi w pierwszej i drugiej partii książki nie jest aż tak bardzo męczące, jak mogłoby się wydawać. W przedmowie także Andrew Morton zajmuje się technicznymi komentarzami: opowiada, jak udawało się przechytrzyć otoczenie księżnej (by nikt przedwcześnie nie zorientował się w planach bardzo szczerego wywiadu i nie storpedował tych zamiarów), rejestruje też podejście samej Diany. Zwierza się z problemów powstających w trakcie pisania: z dylematów dotyczących wyborów autorskich i z wizji nieuchronnego skandalu. Książka, która ma powstać w następstwie zwierzeń księżnej, uświadomi odbiorcom, że byli oszukiwani - widzieli relacje, które nie istniały.
Ta historia musi się podobać, bo bazuje na baśni o Kopciuszku. Pojawia się w niej skromna dziewczyna (wprawdzie z arystokratycznej rodziny, jednak - zawsze pierwsza do usługiwania innym, pomocna i życzliwa). Diana Spencer nie należy do piękności, ma też problemy w budowaniu relacji z płcią przeciwną - a czasami uznaje, że została stworzona do wyższych celów, więc musi bardzo dbać o reputację: to prawdopodobnie już nadinterpretacja płynąca ze świadomości losów - jednak odpowiednio oprawiona robi wrażenie. Opowieść nabiera tempa, gdy Diana trafia w otoczenie księcia Karola i zostaje jego narzeczoną. Stopniowo autor wprowadza postać Camilli Parker Bowles, równolegle z rozwijaniem się bulimii u bohaterki tomu. Role Diany u boku księcia Walii portretuje dość pobieżnie, dopiero kiedy Diana znajduje sobie zadania dla siebie i zaczyna się angażować w działalność dobroczynną - pomaga chorym i cierpiącym - przerzuca uwagę na warte upamiętnienia czyny. Żeby stworzyć tę książkę Andrew Morton przeprowadzał także rozmowy z bliskimi Diany - i ich wypowiedzi również wykorzystuje w historii. W tym obrazku nie ma miejsca na miłość, przynajmniej ze strony księcia Karola: ale i sama Diana nie przekonuje przesadnie do wielkiego uczucia. Morton podkreśla za to ciągłe wybuchy płaczu księżnej - przypomina o tym, o czym zwykli odbiorcy w latach 90. wiedzieć nie mogli. Odnotowuje zachowania Diany jako matki, nieco marginalnie traktuje kwestię jej pozamałżeńskich związków. Najważniejsza jest dla niego wierność informacjom, które uzyskał od samej Diany - i taką też wersję podsuwa czytelnikom. Stawia na silne uczucia, a do tego - sensacje. Dzisiaj książka funkcjonować może nieco inaczej: a kiedy znika czynnik ciekawości i możliwości podglądania, zmieniają się też oczekiwania wobec tomu. Andrew Morton jednak do bazowej całości dodawać nic nie chce.
Natalia Sander: Kociolandia
Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
Wsparcie
"Kociolandia" nie jest typową bajką: nie będzie tu przenoszenia się do krainy z wyobraźni, ze standardowych fabuł z literatury czwartej pozostaje tu jedynie przyjaźń ze zwierzęcą bohaterką, Kicią. Kicia jest bardzo potrzebna czteroletniej rezolutnej Natalce: objaśnia bowiem rzeczywistość i pozwala przepędzić troski. Kicia pełni rolę, jaką u każdego malucha przejmuje przeważnie ukochana przytulanka. To powiernica i źródło dobrych rad. Ułatwia oczekiwanie na wiecznie zajętą mamę i sprawia, że wszystko wydaje się prostsze. Kicia jest przedstawicielką świata, do którego odbiorcy wstępu nie dostaną. Natalia Sander nie zabiera bowiem nikogo do Kociolandii - pozostawia ją jako idyllę, miejsce niedostępne, ale możliwe do odwiedzenia za sprawą fantazji. Natalka zdaje sobie sprawę, że zabawa jest najważniejsza i że to naprawdę ciężka praca. Czasami zajmuje się prezentowaniem codzienności w Kociolandii (w tym świecie wszystko stoi na głowie - sprawdza się tu to, co niedostępne w codzienności bohaterki). Częściej jednak Natalka dzieli się swoimi zmartwieniami z Kicią i zyskuje nowe spojrzenie na swoje dylematy. Bywa, że dziewczynkę denerwują sprawy charakterystyczne dla kilkulatków - na przykład zachowanie Nowego w przedszkolu (przedszkolanka bagatelizuje sprawę, chociaż Natalka rozsądnie zwraca się do niej z poczuciem krzywdy). Zwykle jednak dziecko obserwuje mamę i przejmuje od niej nastroje: trapi się przez to albo brakiem pieniędzy na nowe mieszkanie, albo korkami na drodze. Styka się ze złem (przez wiadomości o złodziejach płynące z radia) i ze śmiercią czy chorobami (za sprawą członków rodziny). To wszystko trzeba koniecznie przegadać z Kicią - żeby dowiedzieć się, o co właściwie chodzi i czy czterolatki powinny zaprzątać sobie głowy takimi tematami. Natalia Sander wie, że nie da się uchronić najmłodszych przed konkretnymi zagadnieniami, wszechobecnymi dzisiaj. Dlatego zamiast udawać, że problemy nie istnieją, postanawia rzucić na nie nowe światło, przeanalizować je z perspektywy dziecka. Podpowiada małym odbiorcom, jak radzić sobie z wyzwaniami i daje im narzędzia do pokonywania zmartwień.
W narracji "Kociolandia" jest prosta i naiwna - bo też i inna być nie może, skoro opowieść prowadzi czterolatka. Krótkie rozdziały są tu wypełnione zdrobnieniami (pieniążki i mieszkanko powtarzają się na tyle często, że mogą zirytować najbardziej cierpliwych czytelników, ale pokazują też dorosłym, że nie warto "dziubdziać" do najmłodszych). Natalka może rozśmieszyć, kiedy używa poważnie brzmiących słów, których znaczenia nie rozumie - i wstawia je wszędzie, gdzie tylko uzna za stosowne. W "Kociolandii" nie chodzi jednak o imponowanie stylem - autorka chce trafić do najmłodszych i to jej się bez trudu uda, nawet ciężar poszczególnych tematów nie zepsuje efektu. Najważniejsze przesłanie z "Kociolandii" to pewność, że na każdy kłopot znajdzie się jakaś metoda. Autorka sprawia, że odbiorcy oswoją się z wieloma tematami - nawet jeśli rodzice nie potrafią ich rzeczowo wyjaśnić. "Kociolandia" nie jest do końca książką rozrywkową, to raczej wskazówka dotycząca rozmów o sprawach najważniejszych.
Wsparcie
"Kociolandia" nie jest typową bajką: nie będzie tu przenoszenia się do krainy z wyobraźni, ze standardowych fabuł z literatury czwartej pozostaje tu jedynie przyjaźń ze zwierzęcą bohaterką, Kicią. Kicia jest bardzo potrzebna czteroletniej rezolutnej Natalce: objaśnia bowiem rzeczywistość i pozwala przepędzić troski. Kicia pełni rolę, jaką u każdego malucha przejmuje przeważnie ukochana przytulanka. To powiernica i źródło dobrych rad. Ułatwia oczekiwanie na wiecznie zajętą mamę i sprawia, że wszystko wydaje się prostsze. Kicia jest przedstawicielką świata, do którego odbiorcy wstępu nie dostaną. Natalia Sander nie zabiera bowiem nikogo do Kociolandii - pozostawia ją jako idyllę, miejsce niedostępne, ale możliwe do odwiedzenia za sprawą fantazji. Natalka zdaje sobie sprawę, że zabawa jest najważniejsza i że to naprawdę ciężka praca. Czasami zajmuje się prezentowaniem codzienności w Kociolandii (w tym świecie wszystko stoi na głowie - sprawdza się tu to, co niedostępne w codzienności bohaterki). Częściej jednak Natalka dzieli się swoimi zmartwieniami z Kicią i zyskuje nowe spojrzenie na swoje dylematy. Bywa, że dziewczynkę denerwują sprawy charakterystyczne dla kilkulatków - na przykład zachowanie Nowego w przedszkolu (przedszkolanka bagatelizuje sprawę, chociaż Natalka rozsądnie zwraca się do niej z poczuciem krzywdy). Zwykle jednak dziecko obserwuje mamę i przejmuje od niej nastroje: trapi się przez to albo brakiem pieniędzy na nowe mieszkanie, albo korkami na drodze. Styka się ze złem (przez wiadomości o złodziejach płynące z radia) i ze śmiercią czy chorobami (za sprawą członków rodziny). To wszystko trzeba koniecznie przegadać z Kicią - żeby dowiedzieć się, o co właściwie chodzi i czy czterolatki powinny zaprzątać sobie głowy takimi tematami. Natalia Sander wie, że nie da się uchronić najmłodszych przed konkretnymi zagadnieniami, wszechobecnymi dzisiaj. Dlatego zamiast udawać, że problemy nie istnieją, postanawia rzucić na nie nowe światło, przeanalizować je z perspektywy dziecka. Podpowiada małym odbiorcom, jak radzić sobie z wyzwaniami i daje im narzędzia do pokonywania zmartwień.
W narracji "Kociolandia" jest prosta i naiwna - bo też i inna być nie może, skoro opowieść prowadzi czterolatka. Krótkie rozdziały są tu wypełnione zdrobnieniami (pieniążki i mieszkanko powtarzają się na tyle często, że mogą zirytować najbardziej cierpliwych czytelników, ale pokazują też dorosłym, że nie warto "dziubdziać" do najmłodszych). Natalka może rozśmieszyć, kiedy używa poważnie brzmiących słów, których znaczenia nie rozumie - i wstawia je wszędzie, gdzie tylko uzna za stosowne. W "Kociolandii" nie chodzi jednak o imponowanie stylem - autorka chce trafić do najmłodszych i to jej się bez trudu uda, nawet ciężar poszczególnych tematów nie zepsuje efektu. Najważniejsze przesłanie z "Kociolandii" to pewność, że na każdy kłopot znajdzie się jakaś metoda. Autorka sprawia, że odbiorcy oswoją się z wieloma tematami - nawet jeśli rodzice nie potrafią ich rzeczowo wyjaśnić. "Kociolandia" nie jest do końca książką rozrywkową, to raczej wskazówka dotycząca rozmów o sprawach najważniejszych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






