Harperkids, Warszawa 2020.
Słomiany zapał
To zjawisko u najmłodszych zna na pewno większość rodziców: dzieci bardzo chcą czegoś spróbować, sprawdzić się w dziedzinach, które lubią ich rówieśnicy. Trafiają więc na zajęcia dodatkowe, drenujące portfele rodziców. Jednak po dwóch lub trzech lekcjach maluchy przekonują się, że coś, o co tak bardzo prosiły, nie leży w sferze ich zainteresowań – za to zapalają się do nowego pomysłu. Takie zachowanie musiało też pojawić się u Lilki i Pestki, dziewczynek ze znakomitej serii Annie Barrows Nierozłączki.
Impulsem w tym wypadku stało się oglądanie księgi baletu – dziewczynki trafiły na historię o Gisele, zafascynowały się tańcem, w którym bohaterka kopie w głowę księcia, a później przebija się mieczem. To wystarczyło, żeby udać się do rodziców z prośbą o lekcje baletu. Mamy, nauczone doświadczeniem, nie próbują nawet przekonać swoich pociech w kwestii rzeczywistego kształtu takich lekcji. Wymuszają jednak na dziewczynkach obietnicę, że nie zrezygnują przez cały semestr i wezmą udział w końcowym pokazie. A Lilka i Pestka już na pierwszych zajęciach przekonują się, że nikt nie pozwoli im na kopniaki w głowę ani taniec z mieczem – mogą za to podskakiwać jak kotki, fruwać jak motylki albo… ćwiczyć stanie. Nie jest to coś, co dwóm energicznym kilkulatkom przypadłoby do gustu najbardziej. Ale nie da się już zrezygnować. Można tylko współczuć nauczycielce, która traci szanse na okiełznanie rozbrykanych dziewczynek. Do Lilki i Pestki kompletnie nie pasują motywy „dziewczęce”: nawet jeśli jedna (Lilka) potrafi bawić się cicho i nie sprawiać kłopotów, kiedy jest z nią Pestka – Lilka bez namysłu zrealizuje najbardziej szalony pomysł na zabawę. To oznacza, że jest nie do wytrzymania. Ale przecież nie odmówi przyjaciółce. Lilka jest bardziej oczytana, za to Pestce przychodzi do głowy więcej pomysłów, które na pewno zaowocują kłopotami. Przyjaciółki mają talent do wpadania w tarapaty i do irytowania dorosłych – to dlatego, że nigdy nie zastanawiają się długo nad swoimi działaniami. Wcielają w czym każdy pomysł, jaki przyjdzie im do głowy – nie zastanawiając się nad konsekwencjami.
Sam balet zostaje tu sprowadzony do absurdu – przynajmniej w wypadku żywiołowych i niegrzecznych kilkulatek nie ma mowy o możliwości podporządkowywania się nauczycielce i cierpliwym ćwiczeniu kolejnych figur. Lilka i Pestka do tego nie chcą brać udziału w przedstawieniu, w którym zagrać mają nieruchome kałamarnice – to przecież jedyna nadzieja, że nie zepsują tańca i nikogo nie narażą na kontuzje. Dla dziewczynek to jednak najgorsza kara. Spędzają więc czas na szukaniu pomysłów, jak wymigać się od występu.
Jak zawsze w Nierozłączkach będzie tu mnóstwo humoru i mnóstwo wybryków małych dziewczynek, które dysponują ogromną wyobraźnią, energią do działania oraz całkowitym brakiem instynktu samozachowawczego. Annie Barrows udało się wykreować bohaterki, które w pełni do siebie przekonują nie tylko najmłodszych – jeśli jakiś rodzic zasiądzie do czytania tomiku razem ze swoimi pociechami, ubawi się równie silnie jak one. „Skazane na balet” to powieść idealnie pokazująca założenia całego cyklu, niebanalna i nieprzewidywalna, ciekawa oraz dynamiczna. Autorka ucieka od schematów i rezygnuje z powtarzania sprawdzonych na rynku w baletowych historyjkach fabuł. Lilka i Pestka są za dobre na to, by powielać cudze rozwiązania.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 14 listopada 2020
piątek, 13 listopada 2020
Mariola Zaczyńska: Więcej niż siostry
Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.
Konflikt
Dwie silne bohaterki wychowywane – zastępczo – przez jednego mężczyznę są najlepszymi przyjaciółkami. Do czasu, aż nie wydarzy się pewna tragedia. Wtedy to drogi Benity i Romy rozchodzą się na długo. Zbyt wiele je połączyło, żeby teraz mogły pogodzić się ze stratą i wybaczyć błędy. Traf chce, że po latach spotykają się znowu. Benita trafia do Siedlec z Warszawy. Gwiazda mediów zatrudnia się w nowo powstałym portalu informacyjnym i zamierza tu robić karierę na miarę możliwości miejsca. Roma z kolei wraca właśnie z „misji” – za granicą nie tylko brała ze swoim psem, Bruderem, udział w ratowaniu ludzi spod gruzów, ale też szkoliła kolejne zastępy ratowników. Teraz może przydać się tutaj – pomóc w lokalnej straży pożarnej i robić to, co potrafi najlepiej. Na razie jednak na jaw wychodzi tajemnicze zniknięcie Oliwiera. Malutkie dziecko – ubrane nieadekwatnie do pogody – ojciec porwał z domu. Złapany, stwierdził, że oddał je matce. Młoda kobieta rozpacza, a Benita próbuje jej pomóc – uruchamiając swoje znajomości. Roma z kolei angażuje się w sprawę Rajewskiego – lokalny biznesmen wydaje się jej świetną partią, zwłaszcza że wyraźnie okazuje jej swoje zainteresowanie, a nie przekracza przy tym żadnych granic. Rajewski przecina też własną drogę z działaniami Benity: pół roku temu zaginęła jego żona. Mężczyzna twierdzi, że uwielbiała rozrywki i ruszyła w Polskę z przygodnymi kierowcami, jednak coś w jego wyjaśnieniach niepokoi bystrą dziennikarkę. Oliwy do ognia dolewa prośba Ukrainki wyrzuconej przez Rajewskiego z pracy – oraz przedziwne zachowanie syna biznesmena. Niełatwo będzie rozwikłać te zagadki.
Tymczasem dla odbiorców ważniejsza okaże się zagadka relacji między Romą i Benitą. Co pewien czas Mariola Zaczyńska wraca do przeszłości tych bohaterek i rejestruje ich codzienne problemy oraz chwile, w których mogły polegać tylko na sobie – i dobrze na tym wychodziły. Roma cierpi na psychozę maniakalno-depresyjną: może działać i dokonywać wielkich czynów, a kiedy zapał jej opadnie – pragnie samobójstwa i informuje o swoich zamiarach „więcej niż siostrę”, Benitę, która przybywa z ratunkiem. Roma też nie potrafi związywać się z mężczyznami: kocha zawsze na zabój, a gdy pierwszy etap zauroczenia mija – odstrasza od siebie partnerów przez zbyt zaborcze zachowania. To oczywiście znów doprowadza ją do rozpaczy i cierpienia. Benita jest zupełnie inna: traktuje seks jak rozrywkę i nie przywiązuje się do ludzi. Stała się celebrytką za sprawą love story: przy relacjonowaniu jednej z katastrof, została uratowana przez strażaka, Siekierę. Wyszła za niego za mąż, chociaż uczucia raczej sobie wmówiła. To również czynnik, który rzutuje na ocenę bohaterki.
Mariola Zaczyńska w tomie „Więcej niż siostry” proponuje odbiorczyniom długą i wyrazistą dwutorową historię, która coraz bardziej zagęszcza się wokół sprawy kryminalnej. Psychologiczne perypetie schodzą na dalszy plan, kiedy trzeba rozstrzygnąć, co naprawdę wydarzyło się w Siedlcach. Jest to powieść, która rozwija się w zaskakującym kierunku, ale dostarcza sporo ważnych komentarzy.
Konflikt
Dwie silne bohaterki wychowywane – zastępczo – przez jednego mężczyznę są najlepszymi przyjaciółkami. Do czasu, aż nie wydarzy się pewna tragedia. Wtedy to drogi Benity i Romy rozchodzą się na długo. Zbyt wiele je połączyło, żeby teraz mogły pogodzić się ze stratą i wybaczyć błędy. Traf chce, że po latach spotykają się znowu. Benita trafia do Siedlec z Warszawy. Gwiazda mediów zatrudnia się w nowo powstałym portalu informacyjnym i zamierza tu robić karierę na miarę możliwości miejsca. Roma z kolei wraca właśnie z „misji” – za granicą nie tylko brała ze swoim psem, Bruderem, udział w ratowaniu ludzi spod gruzów, ale też szkoliła kolejne zastępy ratowników. Teraz może przydać się tutaj – pomóc w lokalnej straży pożarnej i robić to, co potrafi najlepiej. Na razie jednak na jaw wychodzi tajemnicze zniknięcie Oliwiera. Malutkie dziecko – ubrane nieadekwatnie do pogody – ojciec porwał z domu. Złapany, stwierdził, że oddał je matce. Młoda kobieta rozpacza, a Benita próbuje jej pomóc – uruchamiając swoje znajomości. Roma z kolei angażuje się w sprawę Rajewskiego – lokalny biznesmen wydaje się jej świetną partią, zwłaszcza że wyraźnie okazuje jej swoje zainteresowanie, a nie przekracza przy tym żadnych granic. Rajewski przecina też własną drogę z działaniami Benity: pół roku temu zaginęła jego żona. Mężczyzna twierdzi, że uwielbiała rozrywki i ruszyła w Polskę z przygodnymi kierowcami, jednak coś w jego wyjaśnieniach niepokoi bystrą dziennikarkę. Oliwy do ognia dolewa prośba Ukrainki wyrzuconej przez Rajewskiego z pracy – oraz przedziwne zachowanie syna biznesmena. Niełatwo będzie rozwikłać te zagadki.
Tymczasem dla odbiorców ważniejsza okaże się zagadka relacji między Romą i Benitą. Co pewien czas Mariola Zaczyńska wraca do przeszłości tych bohaterek i rejestruje ich codzienne problemy oraz chwile, w których mogły polegać tylko na sobie – i dobrze na tym wychodziły. Roma cierpi na psychozę maniakalno-depresyjną: może działać i dokonywać wielkich czynów, a kiedy zapał jej opadnie – pragnie samobójstwa i informuje o swoich zamiarach „więcej niż siostrę”, Benitę, która przybywa z ratunkiem. Roma też nie potrafi związywać się z mężczyznami: kocha zawsze na zabój, a gdy pierwszy etap zauroczenia mija – odstrasza od siebie partnerów przez zbyt zaborcze zachowania. To oczywiście znów doprowadza ją do rozpaczy i cierpienia. Benita jest zupełnie inna: traktuje seks jak rozrywkę i nie przywiązuje się do ludzi. Stała się celebrytką za sprawą love story: przy relacjonowaniu jednej z katastrof, została uratowana przez strażaka, Siekierę. Wyszła za niego za mąż, chociaż uczucia raczej sobie wmówiła. To również czynnik, który rzutuje na ocenę bohaterki.
Mariola Zaczyńska w tomie „Więcej niż siostry” proponuje odbiorczyniom długą i wyrazistą dwutorową historię, która coraz bardziej zagęszcza się wokół sprawy kryminalnej. Psychologiczne perypetie schodzą na dalszy plan, kiedy trzeba rozstrzygnąć, co naprawdę wydarzyło się w Siedlcach. Jest to powieść, która rozwija się w zaskakującym kierunku, ale dostarcza sporo ważnych komentarzy.
czwartek, 12 listopada 2020
James Wynbrandt: Bolesna historia stomatologii
Marginesy, Warszawa 2020.
W ustach
Oto kolejny reportaż medyczny będący przeglądem historycznych ciekawostek, anegdot i scenek przerażających. James Wynbrandt wie, że z perspektywy dzisiejszych czasów, supersterylnych narzędzi i gabinetów niemal z kosmicznymi technologiami leczenie zębów nie przeraża. Dlatego może spokojnie karmić czytelników opowieściami jak z największych koszmarów. Przegląd historii medycyny w jego wykonaniu to zbieranie kuriozów z gabinetów i działań balwierzy, szarlatanów oraz tych wszystkich, którzy próbowali zająć się leczeniem czy usuwaniem zębów, żeby ulżyć znękanym pacjentom. „Bolesna historia stomatologii” to jedna z tych książek, które nie przyniosą koniecznych do zapamiętania informacji, ale dostarczą rozrywki połączonej z ulgą, że te czasy już minęły. James Wynbrandt dość szczegółowo śledzi dokonania ludzkości w zakresie działań medycznych w obrębie jamy ustnej. Sprawdza, kiedy zęby próbowano leczyć i w jaki sposób, jak wyglądało usuwanie tych bolących, jak szarlatani usiłowali powiązać stan zębów z konkretnymi organami w ludzkim ciele. Interesują go stosowane narzędzia i techniki działań, ale też – oszustwa, które napędzały klientów pseudodentystom (podstawiony aktor i odpowiednie sztuczki sprawiały, że można było szybko i łatwo zarobić na czyimś cierpieniu). Opowiada o tym, do którego momentu w przeszłości pacjenci dentystów leżeli na podłodze, kiedy wprowadzono krzesła i fotele w gabinetach, ale też – jak zmieniało się podejście do leczenia zębów. Umożliwia sprawdzenie, jak dbano o higienę jamy ustnej, czym czyściło się zęby i kiedy ludzkość zaczęła używać wykałaczek.
Osobną kwestię stanowią działania szkodliwe i niebezpieczne – gdy lekarze zachłystują się nowymi odkryciami medycyny i nie znają jeszcze długofalowych skutków stosowania wybranych kuracji. Pokazuje zatem autor, kiedy dentyści szkodzili nie tylko pacjentom, ale i sobie – i w jaki sposób. Odnotowuje substancje, które nie powinny mieć kontaktu z ludzkim ciałem, a które trafiały do plomb. Przedstawia szereg problemów, komplikacji lub zwykłych pomyłek, które zamiast zmniejszyć cierpienie, jeszcze je podsycały. W historii stomatologii nie ma miejsca na wytchnienie. James Wyndbrandt wybiera co ciekawsze pomysły i układa z nich zgrabną reporterską opowieść. Trochę bawi się tematem, trochę stara się uświadomić czytelnikom, że mogą mówić o ogromnym szczęściu. Bazuje ten autor na ciekawości czytelników, przynosi im zestaw danych, których ci samodzielnie nie mogliby odkryć. „Bolesna historia stomatologii” to książka, która zawiera mnóstwo ciekawostek, w dodatku dobranych tak, żeby budziły radość czytelników – nawet mimo współczucia dla leczonych w przeszłości. Jest to tom obszerny i szczegółowo prezentujący kolejne potknięcia w drodze do tworzenia współczesnej stomatologii – zwłaszcza dla czytelników ciekawych świata. James Wynbrandt wpisuje się tą publikacją w opowieści z historii medycyny, trafia zatem w rynkowe zapotrzebowanie i może być spokojny o zasięg książki. Nie zamierza wyłącznie rozśmieszać czytelników niebanalnymi sposobami leczenia i usuwania zębów – chce też, żeby odbiorcy zorientowali się w skomplikowanej sytuacji balwierzy czy dentystów sprzed zaistnienia tej gałęzi medycyny.
W ustach
Oto kolejny reportaż medyczny będący przeglądem historycznych ciekawostek, anegdot i scenek przerażających. James Wynbrandt wie, że z perspektywy dzisiejszych czasów, supersterylnych narzędzi i gabinetów niemal z kosmicznymi technologiami leczenie zębów nie przeraża. Dlatego może spokojnie karmić czytelników opowieściami jak z największych koszmarów. Przegląd historii medycyny w jego wykonaniu to zbieranie kuriozów z gabinetów i działań balwierzy, szarlatanów oraz tych wszystkich, którzy próbowali zająć się leczeniem czy usuwaniem zębów, żeby ulżyć znękanym pacjentom. „Bolesna historia stomatologii” to jedna z tych książek, które nie przyniosą koniecznych do zapamiętania informacji, ale dostarczą rozrywki połączonej z ulgą, że te czasy już minęły. James Wynbrandt dość szczegółowo śledzi dokonania ludzkości w zakresie działań medycznych w obrębie jamy ustnej. Sprawdza, kiedy zęby próbowano leczyć i w jaki sposób, jak wyglądało usuwanie tych bolących, jak szarlatani usiłowali powiązać stan zębów z konkretnymi organami w ludzkim ciele. Interesują go stosowane narzędzia i techniki działań, ale też – oszustwa, które napędzały klientów pseudodentystom (podstawiony aktor i odpowiednie sztuczki sprawiały, że można było szybko i łatwo zarobić na czyimś cierpieniu). Opowiada o tym, do którego momentu w przeszłości pacjenci dentystów leżeli na podłodze, kiedy wprowadzono krzesła i fotele w gabinetach, ale też – jak zmieniało się podejście do leczenia zębów. Umożliwia sprawdzenie, jak dbano o higienę jamy ustnej, czym czyściło się zęby i kiedy ludzkość zaczęła używać wykałaczek.
Osobną kwestię stanowią działania szkodliwe i niebezpieczne – gdy lekarze zachłystują się nowymi odkryciami medycyny i nie znają jeszcze długofalowych skutków stosowania wybranych kuracji. Pokazuje zatem autor, kiedy dentyści szkodzili nie tylko pacjentom, ale i sobie – i w jaki sposób. Odnotowuje substancje, które nie powinny mieć kontaktu z ludzkim ciałem, a które trafiały do plomb. Przedstawia szereg problemów, komplikacji lub zwykłych pomyłek, które zamiast zmniejszyć cierpienie, jeszcze je podsycały. W historii stomatologii nie ma miejsca na wytchnienie. James Wyndbrandt wybiera co ciekawsze pomysły i układa z nich zgrabną reporterską opowieść. Trochę bawi się tematem, trochę stara się uświadomić czytelnikom, że mogą mówić o ogromnym szczęściu. Bazuje ten autor na ciekawości czytelników, przynosi im zestaw danych, których ci samodzielnie nie mogliby odkryć. „Bolesna historia stomatologii” to książka, która zawiera mnóstwo ciekawostek, w dodatku dobranych tak, żeby budziły radość czytelników – nawet mimo współczucia dla leczonych w przeszłości. Jest to tom obszerny i szczegółowo prezentujący kolejne potknięcia w drodze do tworzenia współczesnej stomatologii – zwłaszcza dla czytelników ciekawych świata. James Wynbrandt wpisuje się tą publikacją w opowieści z historii medycyny, trafia zatem w rynkowe zapotrzebowanie i może być spokojny o zasięg książki. Nie zamierza wyłącznie rozśmieszać czytelników niebanalnymi sposobami leczenia i usuwania zębów – chce też, żeby odbiorcy zorientowali się w skomplikowanej sytuacji balwierzy czy dentystów sprzed zaistnienia tej gałęzi medycyny.
środa, 11 listopada 2020
Dariusz Korganowski w rozmowie z Zuzanną i Patrykiem Szulc: Jak zdradzają Polacy
Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.
Detektyw
To jedna z tych książek, które albo się od pierwszej strony pokocha, albo się odda komuś bardziej zainteresowanemu – nawet nie tyle metodami zdobywania wiadomości o niewiernych małżonkach, a ludzką psychiką i mentalnością, która dopuszcza zdrady i pozwala prowadzić podwójne życie całymi latami. Temat ciekawy, opowieść zrealizowana świetnie i jedno, do czego mogą się przyczepić nadwrażliwi odbiorcy to zestaw wulgaryzmów. Te nadają barwy wyznaniom detektywa – i wtrącają w rzeczywistość, która nie jest cukierkowa. Pasują tu bardzo, chociaż zapewne na Dariusza Korganowskiego posypią się za to gromy. Trudno jednak wyobrazić sobie relację o największych brudach i piekle, jakie można urządzić ukochanej niegdyś osobie, przedstawiane literackim i poetyckim językiem. Zatem przed lekturą „Jak zdradzają Polacy” trzeba się nastawić na dosadność. Ma to rozwiązanie zresztą całkiem ważną funkcję, bo sprawia, że tekst nie jest papierowy, a momentami nawet rozbawia (chociaż tematyka nie należy do szczególnie rozrywkowych, jeśli podejdzie się tu od strony logiki a nie wyłącznie szansy na podglądanie innych).
Zuzanna Szulc i Patryk Szulc przepytują zawodowego detektywa w kwestiach związanych z niewiernością. Zajmują się nie tylko technikami działania i dostępnym sprzętem (przy okazji mogą rozbijać mity wpajane społeczeństwu przez seriale paradokumentalne), ale również – samymi reakcjami zdradzających i zdradzanych. Chcą się dowiedzieć wszystkiego, o czym przeciętny czytelnik nie miałby pojęcia. Jak przyjmuje się zlecenia (i czy jakieś zlecenia się odrzuca), czy można śledzić znajomych, na co pozwala etyka zawodowa, czy detektyw może działać niezgodnie z prawem, jak gromadzi się materiały (i jakie) – aż po konfrontacje wiarołomnych małżonków. Zastanawiają się nad tym, dlaczego ludzie zdradzają, ale też – jak wyglądają ich układy. Czasami próbują wcielić się w człowieka, który próbuje przechytrzyć ukochaną niegdyś osobę i podają swoje pomysły na działania, tak, by detektyw wskazał im słabe punkty planu. Według Dariusza Korganowskiego zdrada idealna nie istnieje – może ten rozmówca dzielić się z odbiorcami zestawem przykładów i najbardziej soczystych opowieści z zamkniętych już śledztw. Czasami rozśmieszy, innym razem wyzwoli gniew. Zastanowi się nad działaniami tych, którzy podejrzewają zdradę (bywa, że pochopnymi reakcjami niszczą dowody albo niechcący ostrzegają partnera, którego chcą przyłapać na gorącym uczynku), opowie o tym, kogo stać na prywatnego detektywa i w jaki sposób detektywi dokumentują swoją pracę (a także – po co). Dostarczają autorzy sensacyjności i zaspokajają voyeurystyczne zapędy czytelników, ale tom „Jak zdradzają Polacy” został przygotowany tak, żeby uświadomić społeczeństwu, co z filmowych rozwiązań da się wprowadzić w czyn i co stanowi typowy scenariusz przy podejrzeniu zdrady. Jest to książka, która rozbudza ciekawość. Tym, którzy wolą wierzyć w romantyczne scenariusze i miłość aż po grób, część podsumowań Korganowskiego zapewne nie przypadnie do gustu – jednak nie da się ukryć, że ten tom, oparty na silnych emocjach, jest też interesującą analizą społeczną i znakiem czasów.
Detektyw
To jedna z tych książek, które albo się od pierwszej strony pokocha, albo się odda komuś bardziej zainteresowanemu – nawet nie tyle metodami zdobywania wiadomości o niewiernych małżonkach, a ludzką psychiką i mentalnością, która dopuszcza zdrady i pozwala prowadzić podwójne życie całymi latami. Temat ciekawy, opowieść zrealizowana świetnie i jedno, do czego mogą się przyczepić nadwrażliwi odbiorcy to zestaw wulgaryzmów. Te nadają barwy wyznaniom detektywa – i wtrącają w rzeczywistość, która nie jest cukierkowa. Pasują tu bardzo, chociaż zapewne na Dariusza Korganowskiego posypią się za to gromy. Trudno jednak wyobrazić sobie relację o największych brudach i piekle, jakie można urządzić ukochanej niegdyś osobie, przedstawiane literackim i poetyckim językiem. Zatem przed lekturą „Jak zdradzają Polacy” trzeba się nastawić na dosadność. Ma to rozwiązanie zresztą całkiem ważną funkcję, bo sprawia, że tekst nie jest papierowy, a momentami nawet rozbawia (chociaż tematyka nie należy do szczególnie rozrywkowych, jeśli podejdzie się tu od strony logiki a nie wyłącznie szansy na podglądanie innych).
Zuzanna Szulc i Patryk Szulc przepytują zawodowego detektywa w kwestiach związanych z niewiernością. Zajmują się nie tylko technikami działania i dostępnym sprzętem (przy okazji mogą rozbijać mity wpajane społeczeństwu przez seriale paradokumentalne), ale również – samymi reakcjami zdradzających i zdradzanych. Chcą się dowiedzieć wszystkiego, o czym przeciętny czytelnik nie miałby pojęcia. Jak przyjmuje się zlecenia (i czy jakieś zlecenia się odrzuca), czy można śledzić znajomych, na co pozwala etyka zawodowa, czy detektyw może działać niezgodnie z prawem, jak gromadzi się materiały (i jakie) – aż po konfrontacje wiarołomnych małżonków. Zastanawiają się nad tym, dlaczego ludzie zdradzają, ale też – jak wyglądają ich układy. Czasami próbują wcielić się w człowieka, który próbuje przechytrzyć ukochaną niegdyś osobę i podają swoje pomysły na działania, tak, by detektyw wskazał im słabe punkty planu. Według Dariusza Korganowskiego zdrada idealna nie istnieje – może ten rozmówca dzielić się z odbiorcami zestawem przykładów i najbardziej soczystych opowieści z zamkniętych już śledztw. Czasami rozśmieszy, innym razem wyzwoli gniew. Zastanowi się nad działaniami tych, którzy podejrzewają zdradę (bywa, że pochopnymi reakcjami niszczą dowody albo niechcący ostrzegają partnera, którego chcą przyłapać na gorącym uczynku), opowie o tym, kogo stać na prywatnego detektywa i w jaki sposób detektywi dokumentują swoją pracę (a także – po co). Dostarczają autorzy sensacyjności i zaspokajają voyeurystyczne zapędy czytelników, ale tom „Jak zdradzają Polacy” został przygotowany tak, żeby uświadomić społeczeństwu, co z filmowych rozwiązań da się wprowadzić w czyn i co stanowi typowy scenariusz przy podejrzeniu zdrady. Jest to książka, która rozbudza ciekawość. Tym, którzy wolą wierzyć w romantyczne scenariusze i miłość aż po grób, część podsumowań Korganowskiego zapewne nie przypadnie do gustu – jednak nie da się ukryć, że ten tom, oparty na silnych emocjach, jest też interesującą analizą społeczną i znakiem czasów.
wtorek, 10 listopada 2020
Wendy Mitchell: Ja, którą kiedyś znałam. Moje życie z chorobą Alzheimera
Feeria, Łódź 2020.
Znajdowanie siebie
Wendy Mitchell nie sądziła, że spotka ją coś takiego. Aktywna zawodowo i polegająca na swojej fenomenalnej pamięci mama dwóch dorosłych już córek snuła plany dotyczące ciekawych rzeczy do zrobienia na emeryturze, na razie poświęcając się całkowicie pracy. Pewnego dnia jednak zauważyła u siebie niepokojące zjawisko, które charakteryzowała przez podobieństwo do mgły opadającej na mózg. Chociaż ze swoimi obawami podzieliła się z lekarzami, nie znalazła zrozumienia, przynajmniej na początku. A przecież jako pracownica systemu opieki zdrowotnej i tak miała możliwość dotarcia do najlepszych. „Ja, którą kiedyś znałam. Moje życie z chorobą Alzheimera” to publikacja bardzo ważna na rynku – jednak nie za sprawą wpisywania się w nurt literatury chorobowej. Owszem, na początku autorka przedstawia swoje zagubienie i konieczność przeorganizowania życia. Uczy się choroby, tego, co demencja przynosi i przekonuje się, że istnieją sposoby na przechytrzenie niektórych objawów. Wendy Mitchell ma dopiero pięćdziesiąt osiem lat, kiedy zostaje zdiagnozowana: nie czuje się stara ani niedołężna, więc chce znaleźć jak najlepszą drogę działania, żeby móc cieszyć się życiem mimo chorego mózgu. I kiedy już uświadomi czytelnikom, jak to jest funkcjonować samodzielnie z chorobą Alzheimera, przenosi się w świat pomocy. Sama zauważa, że nie może liczyć na medyków: zbiera więc informacje na własną rękę, konfrontuje je ze swoimi obserwacjami, zapiski publikuje na blogu. Prowadzi – mimo utraty pracy – bardzo aktywne życie. Angażuje się w szerzenie świadomości na temat choroby i przekonuje ludzi – często tych, którzy zajmują się chorymi – do zmiany językowych przyzwyczajeń. Pokazuje, jak wielką nadzieję można zyskać dzięki zmianie frazeologii i akcentuje konieczność czucia się potrzebnym. Przygląda się parom, w których jedno z małżonków opiekuje się drugim – i wskazuje najczęstsze błędy popełniane w dobrej wierze. Sama nie zgadza się na to, by córki się nią opiekowały. Bezustannie szuka wyzwań dla swojego mózgu, a musi mierzyć się z rozmaitymi komplikacjami. Zapraszana na rozmaite odczyty i konferencje, podróżuje samodzielnie (a przygotowania do drogi wyglądają u niej trochę inaczej niż u ludzi z całkowicie sprawnym umysłem). Zdarzają się jednak momenty, w których musi zabarykadować się w kuchni, żeby zjeść śniadanie – lub te komiczne, kiedy kot córki dostaje więcej ulubionych przysmaków, niż powinien, bo autorka wciąż przypomina sobie, że miała go nakarmić. Przygód jest tu sporo, Wendy Mitchell próbuje jednak przekonać czytelników, że demencja nie musi oznaczać kresu i niesamodzielności. Póki może, szuka dobrych stron funkcjonowania, uczy się sztuczek pozwalających na pokonywanie problemów i nie traci pogody ducha. „Ja, którą kiedyś znałam” to książka inspirująca dla bliskich ludzi chorych – nadaje się jednak również na zwyczajną lekturę, po którą warto sięgnąć, żeby nabrać odpowiedniego dystansu do codziennych zmartwień. Wendy Mitchell zaraża entuzjazmem, podpowiada, co zrobić, żeby życie z chorobą Alzheimera było przynajmniej odrobinę bardziej znośne. Nie skarży się na swój los, czasami wręcz musi się tłumaczyć z pozornie dobrego stanu – nikt, kto ją poznaje, nie wierzy w okrutną chorobę odbierającą wspomnienia. Jednak autorka robi wiele, żeby odbiorcy pojęli jej świat – i żeby nauczyli się funkcjonowania obok chorych. „Ja, którą kiedyś znałam” to zwierzenie bardzo ciekawe także pod kątem literackim.
Znajdowanie siebie
Wendy Mitchell nie sądziła, że spotka ją coś takiego. Aktywna zawodowo i polegająca na swojej fenomenalnej pamięci mama dwóch dorosłych już córek snuła plany dotyczące ciekawych rzeczy do zrobienia na emeryturze, na razie poświęcając się całkowicie pracy. Pewnego dnia jednak zauważyła u siebie niepokojące zjawisko, które charakteryzowała przez podobieństwo do mgły opadającej na mózg. Chociaż ze swoimi obawami podzieliła się z lekarzami, nie znalazła zrozumienia, przynajmniej na początku. A przecież jako pracownica systemu opieki zdrowotnej i tak miała możliwość dotarcia do najlepszych. „Ja, którą kiedyś znałam. Moje życie z chorobą Alzheimera” to publikacja bardzo ważna na rynku – jednak nie za sprawą wpisywania się w nurt literatury chorobowej. Owszem, na początku autorka przedstawia swoje zagubienie i konieczność przeorganizowania życia. Uczy się choroby, tego, co demencja przynosi i przekonuje się, że istnieją sposoby na przechytrzenie niektórych objawów. Wendy Mitchell ma dopiero pięćdziesiąt osiem lat, kiedy zostaje zdiagnozowana: nie czuje się stara ani niedołężna, więc chce znaleźć jak najlepszą drogę działania, żeby móc cieszyć się życiem mimo chorego mózgu. I kiedy już uświadomi czytelnikom, jak to jest funkcjonować samodzielnie z chorobą Alzheimera, przenosi się w świat pomocy. Sama zauważa, że nie może liczyć na medyków: zbiera więc informacje na własną rękę, konfrontuje je ze swoimi obserwacjami, zapiski publikuje na blogu. Prowadzi – mimo utraty pracy – bardzo aktywne życie. Angażuje się w szerzenie świadomości na temat choroby i przekonuje ludzi – często tych, którzy zajmują się chorymi – do zmiany językowych przyzwyczajeń. Pokazuje, jak wielką nadzieję można zyskać dzięki zmianie frazeologii i akcentuje konieczność czucia się potrzebnym. Przygląda się parom, w których jedno z małżonków opiekuje się drugim – i wskazuje najczęstsze błędy popełniane w dobrej wierze. Sama nie zgadza się na to, by córki się nią opiekowały. Bezustannie szuka wyzwań dla swojego mózgu, a musi mierzyć się z rozmaitymi komplikacjami. Zapraszana na rozmaite odczyty i konferencje, podróżuje samodzielnie (a przygotowania do drogi wyglądają u niej trochę inaczej niż u ludzi z całkowicie sprawnym umysłem). Zdarzają się jednak momenty, w których musi zabarykadować się w kuchni, żeby zjeść śniadanie – lub te komiczne, kiedy kot córki dostaje więcej ulubionych przysmaków, niż powinien, bo autorka wciąż przypomina sobie, że miała go nakarmić. Przygód jest tu sporo, Wendy Mitchell próbuje jednak przekonać czytelników, że demencja nie musi oznaczać kresu i niesamodzielności. Póki może, szuka dobrych stron funkcjonowania, uczy się sztuczek pozwalających na pokonywanie problemów i nie traci pogody ducha. „Ja, którą kiedyś znałam” to książka inspirująca dla bliskich ludzi chorych – nadaje się jednak również na zwyczajną lekturę, po którą warto sięgnąć, żeby nabrać odpowiedniego dystansu do codziennych zmartwień. Wendy Mitchell zaraża entuzjazmem, podpowiada, co zrobić, żeby życie z chorobą Alzheimera było przynajmniej odrobinę bardziej znośne. Nie skarży się na swój los, czasami wręcz musi się tłumaczyć z pozornie dobrego stanu – nikt, kto ją poznaje, nie wierzy w okrutną chorobę odbierającą wspomnienia. Jednak autorka robi wiele, żeby odbiorcy pojęli jej świat – i żeby nauczyli się funkcjonowania obok chorych. „Ja, którą kiedyś znałam” to zwierzenie bardzo ciekawe także pod kątem literackim.
Sándor Márai: Dziennik 1977-1989
Czytelnik, Warszawa 2020.
Odchodzenie
Różni się ta książka od wielu dzienników literatów i to wcale nie ramami czasowymi, bo fakt publikowania zapisków diariuszowych wiele lat po śmierci ich autora nie należał do rzadkości także i u nas. Jednak Sándor Márai w swoim „Dzienniku 1977-1989” powoli żegna się z życiem. Na początku jeszcze ma ochotę działać twórczo, rejestruje publikacje i tendencje rynkowe, komentuje wybrane książki lub przeczytane słowa. Odnosi się do zjawisk z życia kulturalnego i nie tylko – funkcjonuje energicznie i z całą przenikliwością. Z czasem zapał do angażowania się w sprawy zawodowe gaśnie – a równolegle zaczynają się pojawiać pierwsze doniesienia o chorobach i zgonach bliskich. W końcu pisarz traci wszystkich, na których mu zależało – sam uznaje, że nie ma po co żyć i że pora wcielić w czyn plan, który miał przygotowany i który sygnalizował od dawna. „Dziennik” zamienia się zatem w testament i w wytłumaczenie działania, którego nie można nazwać pochopnym. Sándor Márai swoje dzieło prowadzi do końca, tak, by czytelnicy zrozumieli wybory. Widać, że codzienne zapiski nie są dla niego przykrym obowiązkiem – to świadomie tworzone komentarze, dalekie od pospiesznych notatek. Sándor Márai między innymi przypomina, jak wygląda jego twórczy dzień – ale też pozwala nakreślić obszary zainteresowań czy fakty z pozaliterackiego życia, które przemówiły do niego najsilniej. Nie reklamuje własnych dzieł, za to przygląda się dziełom innych – i często gorzko je ocenia. Ambicje zawodowe biorą górę, zawsze dzieje się coś, co warto skomentować – choćby i na kartach dziennika. Autor rezygnuje z notatek dla pamięci, nie są mu one potrzebne – znacznie lepiej czuje się w filozoficznych choć krótkich komentarzach. Pisze rzeczowo. Podobnie zachowuje się, kiedy zajmują go sprawy domowe. I tu piąty tom „Dziennika” oznaczać będzie szereg rozstań. Autor musi pogodzić się z odchodzeniem najbliższych – i tylko trochę przygotowuje go na to poważna choroba żony. Najpierw zastanawia się nad tym, ile czasu będzie musiał spędzić jako jej opiekun – bo obowiązki przy chorej pochłaniają mnóstwo czasu i energii – z czasem jednak przestaje o tym myśleć, liczy się tylko samopoczucie i możliwości coraz słabszej kobiety. To właśnie choroba żony nastraja go najbardziej pesymistycznie i pcha ku niewesołym planom. Sándor Márai nie zamierza się skarżyć i poświęcać – wie jednak, że w pewnym momencie nie będzie już mógł sobie poradzić z rzeczywistością. I na ten moment ma przygotowany plan.
Jest zatem „Dziennik 1977-1989” lekturą wstrząsającą, to tom, który prowadzi do refleksji na temat samotności i starzenia się – więc uderza w jedne z większych społecznych lęków (a przy tym wydarzeń niemal nieuchronnych w każdej rodzinie). Sándor Márai potrafi je przekuć na wielką literaturę – żegna się z czytelnikami i podsuwa im ważne informacje o schyłkowym etapie życia. Przez to też może wywoływać tak mocne wrażenia.
Odchodzenie
Różni się ta książka od wielu dzienników literatów i to wcale nie ramami czasowymi, bo fakt publikowania zapisków diariuszowych wiele lat po śmierci ich autora nie należał do rzadkości także i u nas. Jednak Sándor Márai w swoim „Dzienniku 1977-1989” powoli żegna się z życiem. Na początku jeszcze ma ochotę działać twórczo, rejestruje publikacje i tendencje rynkowe, komentuje wybrane książki lub przeczytane słowa. Odnosi się do zjawisk z życia kulturalnego i nie tylko – funkcjonuje energicznie i z całą przenikliwością. Z czasem zapał do angażowania się w sprawy zawodowe gaśnie – a równolegle zaczynają się pojawiać pierwsze doniesienia o chorobach i zgonach bliskich. W końcu pisarz traci wszystkich, na których mu zależało – sam uznaje, że nie ma po co żyć i że pora wcielić w czyn plan, który miał przygotowany i który sygnalizował od dawna. „Dziennik” zamienia się zatem w testament i w wytłumaczenie działania, którego nie można nazwać pochopnym. Sándor Márai swoje dzieło prowadzi do końca, tak, by czytelnicy zrozumieli wybory. Widać, że codzienne zapiski nie są dla niego przykrym obowiązkiem – to świadomie tworzone komentarze, dalekie od pospiesznych notatek. Sándor Márai między innymi przypomina, jak wygląda jego twórczy dzień – ale też pozwala nakreślić obszary zainteresowań czy fakty z pozaliterackiego życia, które przemówiły do niego najsilniej. Nie reklamuje własnych dzieł, za to przygląda się dziełom innych – i często gorzko je ocenia. Ambicje zawodowe biorą górę, zawsze dzieje się coś, co warto skomentować – choćby i na kartach dziennika. Autor rezygnuje z notatek dla pamięci, nie są mu one potrzebne – znacznie lepiej czuje się w filozoficznych choć krótkich komentarzach. Pisze rzeczowo. Podobnie zachowuje się, kiedy zajmują go sprawy domowe. I tu piąty tom „Dziennika” oznaczać będzie szereg rozstań. Autor musi pogodzić się z odchodzeniem najbliższych – i tylko trochę przygotowuje go na to poważna choroba żony. Najpierw zastanawia się nad tym, ile czasu będzie musiał spędzić jako jej opiekun – bo obowiązki przy chorej pochłaniają mnóstwo czasu i energii – z czasem jednak przestaje o tym myśleć, liczy się tylko samopoczucie i możliwości coraz słabszej kobiety. To właśnie choroba żony nastraja go najbardziej pesymistycznie i pcha ku niewesołym planom. Sándor Márai nie zamierza się skarżyć i poświęcać – wie jednak, że w pewnym momencie nie będzie już mógł sobie poradzić z rzeczywistością. I na ten moment ma przygotowany plan.
Jest zatem „Dziennik 1977-1989” lekturą wstrząsającą, to tom, który prowadzi do refleksji na temat samotności i starzenia się – więc uderza w jedne z większych społecznych lęków (a przy tym wydarzeń niemal nieuchronnych w każdej rodzinie). Sándor Márai potrafi je przekuć na wielką literaturę – żegna się z czytelnikami i podsuwa im ważne informacje o schyłkowym etapie życia. Przez to też może wywoływać tak mocne wrażenia.
poniedziałek, 9 listopada 2020
Adam Wajrak, Nuria Selva Fernandez: Kuna za kaloryferem
Agora, Warszawa 2020.
Przygody ze zwierzętami
Wraca „Kuna za kaloryferem” po raz kolejny na rynek, z dopowiedzeniami, z przestrogami – żeby nie „pomagać” zwierzętom, bo najczęściej w dobrej wierze robi się im krzywdę – i ku radości czytelników. To bowiem zbiór tekstów, które dotyczą menażerii, jaka przewinęła się przez dom Adama Wajraka oraz Nurii, tekstów stworzonych z humorem i ogromną wiedzą na temat zwierząt. Fantastyczne jest nie tylko to, jak autorzy opiekują się „braćmi mniejszymi”, ale i – gdzie szukają pomocy (Andrzej Kruszewicz to jeden z tych, którzy nie zawodzą, ale zdarza się, że w sprawę włączeni zostają badacze zza granicy – i same zwierzęta robią międzynarodową karierę). Zaczyna się zwykle od przypadku – do Wajraka trafia zwierzę potrzebujące pomocy, wypchnięte z gniazda pisklę, malutkie wydrzątko, które straciło matkę, stworzenie osierocone lub ciężko chore. Na początku autor nie orientuje się dokładnie, w jaki sposób uratować zwierzaka, szuka zatem podpowiedzi (a w czasach przedinternetowych – zdaje się na własną intuicję), a następnie podporządkowuje swoją i Nurii codzienność potrzebom nowego domownika. Wiele razy przebudowuje okolicę, oddaje maluchom kolejne pomieszczenia w domu, a kiedy wyprowadza na spacery – może liczyć na dodatkowe atrakcje. Czasem nie udaje mu się odratować zwierzęcia, jednak w wielu przypadkach doprowadza do momentu, w którym może przyzwyczajać podopiecznego do samodzielności i wypuszczać go na wolność. Rozstania – jedne i drugie – są bardzo wzruszające. W książce „Kuna za kaloryferem” króluje jednak humor i dowcip – i za to Wajraka oraz Nurię pokochają odbiorcy z różnych pokoleń. To dobra publikacja, jeśli chce się zainteresować młodych czytelników „dorosłymi” książkami – nawet nie zauważą wysiłku wkładanego jeszcze w czytanie.
Ten autor wie doskonale, jak rozśmieszać i jak edukować odbiorców. Oczywiście nie prawi nikomu morałów (bo komentarze o zostawianiu młodych zwierząt rodzicom są po prostu konieczne), umie za to puentować żarty, przez co lekturę ciągle przerywa się wybuchami śmiechu. Raz będzie to śmiech z zachowań ptaków i czworonogów, raz – ze sposobu opisywania kolejnych podstępów i pomysłów ludzkich opiekunów. Adam Wajrak i Nuria Selva Fernandez rejestrują ciekawostki z takiej codzienności z dzikimi zwierzakami w domu, dzielą się też niezwykłymi rozwiązaniami, kiedy trzeba improwizować. Dają świadectwo wielkiej miłości do przyrody, uczą, jak chronić środowisko. I dostarczają rozrywki. Tom składa się z wielu opowieści – dotyczących różnych gatunków. Niektóre z tych opowieści układają się w serie, inne funkcjonują samodzielnie. Każda jednak dostarczy silnych wrażeń. „Kunę za kaloryferem” czyta się z różnych powodów – to lektura łącząca pokolenia. Niezbędnik dla tych, którym na sercu leży dobro zwierząt. Od tej książki bardzo trudno się oderwać, nie tylko ze względu na żartobliwy ton – ale i z uwagi na historie zasługujące na uwagę. Adam Wajrak i Nuria Selva Fernandez dzielą się przygodami niezwykłymi. A przy okazji można się przekonać, kogo zwierzaki słuchają bardziej.
Przygody ze zwierzętami
Wraca „Kuna za kaloryferem” po raz kolejny na rynek, z dopowiedzeniami, z przestrogami – żeby nie „pomagać” zwierzętom, bo najczęściej w dobrej wierze robi się im krzywdę – i ku radości czytelników. To bowiem zbiór tekstów, które dotyczą menażerii, jaka przewinęła się przez dom Adama Wajraka oraz Nurii, tekstów stworzonych z humorem i ogromną wiedzą na temat zwierząt. Fantastyczne jest nie tylko to, jak autorzy opiekują się „braćmi mniejszymi”, ale i – gdzie szukają pomocy (Andrzej Kruszewicz to jeden z tych, którzy nie zawodzą, ale zdarza się, że w sprawę włączeni zostają badacze zza granicy – i same zwierzęta robią międzynarodową karierę). Zaczyna się zwykle od przypadku – do Wajraka trafia zwierzę potrzebujące pomocy, wypchnięte z gniazda pisklę, malutkie wydrzątko, które straciło matkę, stworzenie osierocone lub ciężko chore. Na początku autor nie orientuje się dokładnie, w jaki sposób uratować zwierzaka, szuka zatem podpowiedzi (a w czasach przedinternetowych – zdaje się na własną intuicję), a następnie podporządkowuje swoją i Nurii codzienność potrzebom nowego domownika. Wiele razy przebudowuje okolicę, oddaje maluchom kolejne pomieszczenia w domu, a kiedy wyprowadza na spacery – może liczyć na dodatkowe atrakcje. Czasem nie udaje mu się odratować zwierzęcia, jednak w wielu przypadkach doprowadza do momentu, w którym może przyzwyczajać podopiecznego do samodzielności i wypuszczać go na wolność. Rozstania – jedne i drugie – są bardzo wzruszające. W książce „Kuna za kaloryferem” króluje jednak humor i dowcip – i za to Wajraka oraz Nurię pokochają odbiorcy z różnych pokoleń. To dobra publikacja, jeśli chce się zainteresować młodych czytelników „dorosłymi” książkami – nawet nie zauważą wysiłku wkładanego jeszcze w czytanie.
Ten autor wie doskonale, jak rozśmieszać i jak edukować odbiorców. Oczywiście nie prawi nikomu morałów (bo komentarze o zostawianiu młodych zwierząt rodzicom są po prostu konieczne), umie za to puentować żarty, przez co lekturę ciągle przerywa się wybuchami śmiechu. Raz będzie to śmiech z zachowań ptaków i czworonogów, raz – ze sposobu opisywania kolejnych podstępów i pomysłów ludzkich opiekunów. Adam Wajrak i Nuria Selva Fernandez rejestrują ciekawostki z takiej codzienności z dzikimi zwierzakami w domu, dzielą się też niezwykłymi rozwiązaniami, kiedy trzeba improwizować. Dają świadectwo wielkiej miłości do przyrody, uczą, jak chronić środowisko. I dostarczają rozrywki. Tom składa się z wielu opowieści – dotyczących różnych gatunków. Niektóre z tych opowieści układają się w serie, inne funkcjonują samodzielnie. Każda jednak dostarczy silnych wrażeń. „Kunę za kaloryferem” czyta się z różnych powodów – to lektura łącząca pokolenia. Niezbędnik dla tych, którym na sercu leży dobro zwierząt. Od tej książki bardzo trudno się oderwać, nie tylko ze względu na żartobliwy ton – ale i z uwagi na historie zasługujące na uwagę. Adam Wajrak i Nuria Selva Fernandez dzielą się przygodami niezwykłymi. A przy okazji można się przekonać, kogo zwierzaki słuchają bardziej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






