Helion, Gliwice 2024.
Schronienie
Coraz więcej codziennych aktywności przenosi się do sieci – warto zatem zastanowić się nad bezpieczeństwem. Seth Enoka prowadzi odbiorców przez meandry zabezpieczeń (a właściwie „wprowadzenie do podstaw” z zakresu bezpieczeństwa w małych – domowych albo firmowych systemach komputerowych. Stanowczo zabrania podejścia „przecież nie mają mi czego ukraść” – i to jedyny ukłon w stronę standardowych zachowań zwykłych użytkowników sieci. Autor nie ma czasu na rozważania na temat dzisiejszych zagrożeń, wychodzi z założenia, że czytelnicy jego tomu dorośli już do wiedzy, czym są wirusy, a czym ataki ramsomware, że przestrzegają najłatwiej dostępnych zabezpieczeń (i na przykład zakrywają kamerki w urządzeniach w nie wyposażonych). Prowadzi teraz o krok dalej: tłumaczy, jak zabezpieczyć sieć w domu (lub małej firmie) i jak nie dopuścić do wycieku danych. „Cyberbezpieczeństwo w małych sieciach. Praktyczny przewodnik dla umiarkowanych paranoików” to książka niewielka objętościowo, ale mocno skondensowana – nie ma tutaj rozbudowanych tekstowych rozważań, liczą się wyłącznie konkrety i wskazówki. Edukację przeprowadza Seth Enoka tak, by lektura kolejnych rozdziałów wiązała się z kolejnymi stopniami wtajemniczenia w ramach cyberbezpieczeństwa – do wyjątków należeć może rozdział o kopiach zapasowych. Wybiera określone środowisko, programy i narzędzia, których będzie używać, żeby móc budować zestawy porad – wszystko opisuje w pierwszych stronach i do czytelników należy wybór, czy będą podążać za nim i wykorzystywać między innymi Ubuntu jako system, który stanowi podstawę działania (tutaj), czy zdecydują się na własne ścieżki i wtedy będą jedynie posiłkować się kolejnymi uwagami. Jest to możliwe: autor zaznacza, że można spotkać się z podobnymi rozwiązaniami w przypadku korzystania z innych niż wybrane przez niego elementów. Chce jednak uniknąć wyraźnie rozwarstwiania narracji i nieprecyzyjności opisów – zależy mu na przejrzystości i komunikatywności, te cele osiąga bez przeszkód.
Każdy temat – każdy element bezpieczeństwa w lokalnej sieci – wyzwala dwa mechanizmy działania. Po pierwsze, Seth Enoka upewnia się, że każdy z odbiorców zrozumie zestaw wprowadzanych pojęć oraz to, dlaczego ważne jest, by zabezpieczyć dany element domowej sieci. Stosuje definicje, albo przynajmniej tłumaczy, co do czego służy – niby nic, a dzięki takiemu zabiegowi z książki skorzystać mogą nawet laicy, dla których do tej pory informatyczne terminy były kompletnie nieczytelne. Następnie nastawia się na działanie: w rozbitych na punkty poradach wyjaśnia krok po kroku, co należy zrobić, żeby osiągnąć zamierzony efekt. I to strzał w dziesiątkę: czytelnicy bez trudu poradzą sobie z konfigurowaniem sprzętu, instalowaniem (lub nie) oprogramowania i z zabezpieczaniem sieci przed atakami z zewnątrz – nieważna jest istota samych ataków, liczy się bezpieczeństwo użytkowników lokalnej sieci. Tu nie ma miejsca na wątpliwości, a jeśli gdzieś możliwe są inne niż zaznaczone przez autora rozwiązania, Seth Enoka z pewnością o nich wspomni. W związku z tym do poradnika można podejść z niewielką praktyką w dziedzinie IT – i dać sobie radę z realizowaniem tych podpowiedzi. Seth Enoka zwraca też uwagę na coś dzisiaj jeszcze często pomijane w dyskusjach nad bezpieczeństwem: internet rzeczy. Przypomina, że na złośliwe ataki narażone są nie tylko komputery, laptopy i smartfony, ale także inteligentne odkurzacze czy… żarówki w domu. Uczy, jak zabezpieczyć całą sieć i jak nie zgubić się w gąszczu programów. Pisze precyzyjnie, jasno i bez fajerwerków stylistycznych – więc trafi do każdego, kto potrzebuje rzeczowych uwag.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 9 marca 2024
piątek, 8 marca 2024
My Little Pony. Uroczystość. Moja czytanka
Harperkids, Warszawa 2024.
Odznaczenie
W życiu każdego kucyka jest taki wyjątkowy dzień. Najpierw to moment, w którym na boku pojawia się znamię: to symbol unikatowych umiejętności, talentów albo cech, które zamieniają się niemal w supermoc i w pewien sposób definiują bohaterkę w lokalnej społeczności. Nawet jeśli kucyki martwią się, że nie uda im się odkryć własnych atutów, znamię przyjdzie z czasem, pojawi się w odpowiedzi na jakieś ważne zadanie albo reakcję w odpowiednim momencie. Niektóre bohaterki dopiero w momencie pojawienia się znaczka przekonują się, w czym są naprawdę dobre – albo jak mogą być postrzegane. Wszystkie kucyki, które już weszły w posiadanie znamienia – bajkowy odpowiednik dojrzewania – mogą przedstawić swoje talenty na specjalnym pokazie. Wiosenne Święto Znaczka to uroczystość odbywająca się w pałacu i połączona z prezentacją umiejętności – każdy może udowodnić, że na znaczek zasłużył. To okazja do świętowania i radości, wszyscy bardzo się cieszą i kibicują sobie nawzajem, wszyscy też potrzebują rytuału przejścia, żeby podkreślić znaczenie znamienia. Wszyscy… tylko Misty ma z tym pewien problem. Zbliża się kolejne święto, wszystkie przyjaciółki Misty są podekscytowane, że oto mała klaczka dołączy do ich grona – do grona tych, które mają już na ciele znaczek – dołączy oficjalnie, bo przecież znamię już się pojawiło i nie zniknie. Potrzeba jeszcze odpowiedniej oprawy dla podkreślenia tego faktu. Podekscytowane kucyki po kolei opowiadają sobie, jak zapracowały na swoje znaczki – każda z bohaterek skrótowo opowiada o swoich doświadczeniach, co staje się dość tendencyjnym z perspektywy dorosłych przeglądem odpowiednich zachowań i oczekiwanych reakcji – każdy kucyk może udowodnić swoją przydatność czy dobre wychowanie – każdy sprawdził się w chwili próby i każdy swoim zachowaniem w zasadzie dał dobry przykład odbiorcom spoza bajkowego świata. Ten przegląd ideałów i wzorów do naśladowania zmienia się trochę za sprawą Misty. Bohaterka wie, że powinna z pozostałymi kucykami cieszyć się nadchodzącym świętem, tymczasem… paraliżuje ją strach. Okazuje się, że nie było wyjątków, żaden kucyk w historii nie wyłamał się przed prezentacją – każdy poradził sobie z wystąpieniem przed licznym gronem innych. Im bliżej wielkiego święta, tym gorzej czuje się jednak Misty, motywowana przez koleżanki. Trema wręcz paraliżuje bohaterkę – i całkowicie uniemożliwia cieszenie się z nadchodzącej uroczystości. „Uroczystość” to krótkie opowiadanie do samodzielnego czytania przez małe fanki My Little Pony – książeczka, w której nie trzeba zbytnio się wysilać, żeby nadążyć za fabułą, raczej statyczna ze względu na przyjętą formę i kompozycję szkatułkową: przygotowania do święta zdominowały tu opowieści o poprzednich sukcesach przyjaciółek Misty, to wystarcza do zbudowania klimatu. Autorom potrzebne jest tylko podkreślenie niepewności i zagubienia, tremy i strachu przed publicznymi wystąpieniami w wykonaniu głównej bohaterki. Misty ma pokazywać dzieciom, że zupełnie normalne jest odczuwanie lęku i niechęć do prezentowania się na gali – niektórzy wolą po prostu pozostać w cieniu i dla nich świętowanie oznacza coś zupełnie innego niż uroczyste odznaczenia czy prezentacje talentów. Cała opowieść przygotowana została tak, żeby mali czytelnicy zrozumieli, że nie ma nic złego w różnicach i w podejściu do określonych spraw. Najlepsze przesłanie tomiku kryje się w zachowaniu grupy przyjaciółek Misty – kiedy dowiadują się, na czym polega problem bohaterki, znajdują idealne rozwiązanie, które pozwoli zachować spokój i jednocześnie odpowiednio uczcić przejście do grona kucyków ze znaczkiem na boku.
Odznaczenie
W życiu każdego kucyka jest taki wyjątkowy dzień. Najpierw to moment, w którym na boku pojawia się znamię: to symbol unikatowych umiejętności, talentów albo cech, które zamieniają się niemal w supermoc i w pewien sposób definiują bohaterkę w lokalnej społeczności. Nawet jeśli kucyki martwią się, że nie uda im się odkryć własnych atutów, znamię przyjdzie z czasem, pojawi się w odpowiedzi na jakieś ważne zadanie albo reakcję w odpowiednim momencie. Niektóre bohaterki dopiero w momencie pojawienia się znaczka przekonują się, w czym są naprawdę dobre – albo jak mogą być postrzegane. Wszystkie kucyki, które już weszły w posiadanie znamienia – bajkowy odpowiednik dojrzewania – mogą przedstawić swoje talenty na specjalnym pokazie. Wiosenne Święto Znaczka to uroczystość odbywająca się w pałacu i połączona z prezentacją umiejętności – każdy może udowodnić, że na znaczek zasłużył. To okazja do świętowania i radości, wszyscy bardzo się cieszą i kibicują sobie nawzajem, wszyscy też potrzebują rytuału przejścia, żeby podkreślić znaczenie znamienia. Wszyscy… tylko Misty ma z tym pewien problem. Zbliża się kolejne święto, wszystkie przyjaciółki Misty są podekscytowane, że oto mała klaczka dołączy do ich grona – do grona tych, które mają już na ciele znaczek – dołączy oficjalnie, bo przecież znamię już się pojawiło i nie zniknie. Potrzeba jeszcze odpowiedniej oprawy dla podkreślenia tego faktu. Podekscytowane kucyki po kolei opowiadają sobie, jak zapracowały na swoje znaczki – każda z bohaterek skrótowo opowiada o swoich doświadczeniach, co staje się dość tendencyjnym z perspektywy dorosłych przeglądem odpowiednich zachowań i oczekiwanych reakcji – każdy kucyk może udowodnić swoją przydatność czy dobre wychowanie – każdy sprawdził się w chwili próby i każdy swoim zachowaniem w zasadzie dał dobry przykład odbiorcom spoza bajkowego świata. Ten przegląd ideałów i wzorów do naśladowania zmienia się trochę za sprawą Misty. Bohaterka wie, że powinna z pozostałymi kucykami cieszyć się nadchodzącym świętem, tymczasem… paraliżuje ją strach. Okazuje się, że nie było wyjątków, żaden kucyk w historii nie wyłamał się przed prezentacją – każdy poradził sobie z wystąpieniem przed licznym gronem innych. Im bliżej wielkiego święta, tym gorzej czuje się jednak Misty, motywowana przez koleżanki. Trema wręcz paraliżuje bohaterkę – i całkowicie uniemożliwia cieszenie się z nadchodzącej uroczystości. „Uroczystość” to krótkie opowiadanie do samodzielnego czytania przez małe fanki My Little Pony – książeczka, w której nie trzeba zbytnio się wysilać, żeby nadążyć za fabułą, raczej statyczna ze względu na przyjętą formę i kompozycję szkatułkową: przygotowania do święta zdominowały tu opowieści o poprzednich sukcesach przyjaciółek Misty, to wystarcza do zbudowania klimatu. Autorom potrzebne jest tylko podkreślenie niepewności i zagubienia, tremy i strachu przed publicznymi wystąpieniami w wykonaniu głównej bohaterki. Misty ma pokazywać dzieciom, że zupełnie normalne jest odczuwanie lęku i niechęć do prezentowania się na gali – niektórzy wolą po prostu pozostać w cieniu i dla nich świętowanie oznacza coś zupełnie innego niż uroczyste odznaczenia czy prezentacje talentów. Cała opowieść przygotowana została tak, żeby mali czytelnicy zrozumieli, że nie ma nic złego w różnicach i w podejściu do określonych spraw. Najlepsze przesłanie tomiku kryje się w zachowaniu grupy przyjaciółek Misty – kiedy dowiadują się, na czym polega problem bohaterki, znajdują idealne rozwiązanie, które pozwoli zachować spokój i jednocześnie odpowiednio uczcić przejście do grona kucyków ze znaczkiem na boku.
czwartek, 7 marca 2024
Agnieszka Wajda: Dom
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Myszkowanie
Agnieszka Wajda kontynuuje ciekawą serię picture booków Naszej Księgarni – proponuje książkę, która jest artystycznym popisem i zapowiedzią zabawy dla odbiorców. Nie trzeba tu będzie zbyt dużo czytać, co najwyżej – sprawdzać podpisy pod obrazkami, żeby dowiedzieć się, co takiego autorka przedstawia w przekrojach kolejnych pomieszczeń. W ten sposób dzieci będą poszerzać słownictwo (i ewentualnie – ćwiczyć rozpoznawanie liter), ale też… kształtować wyobraźnię. Bo zestaw przedmiotów wyliczanych bez żadnego dodatkowego komentarza zamienia się w proste ćwiczenie kreatywności – i na ten efekt lektury niewielu zwróci uwagę. Warto jednak pamiętać, że nagromadzenie haseł zamieni się tutaj w lekcję możliwości – dziecko przekona się, jak wiele tematów na opowieści ma w zasięgu wzroku i – że nie da się nudzić nawet w doskonale sobie znanym otoczeniu.
„Dom” to publikacja wielkoformatowa. Dzięki przedstawieniu bohaterów w opisie książki odbiorcy dowiedzą się, że oto trafiają do dużego domu Ani i Kazika – ale bohaterów w środku nie znajdą. Znajdą za to mnóstwo przedmiotów codziennego użytku, a nawet niepotrzebnych gratów – nie tylko ze świata dzieci (pokój dziecięcy to tylko jedno z pomieszczeń, do którego odbiorcy wkroczą; rzeczy, które Agnieszka Wajda wyrysowuje precyzyjnie w odpowiednich miejscach znane są w pierwszej kolejności dorosłym – dzieci na niektóre z nich w ogóle nie zwróciłyby uwagi lub nie znałyby przeznaczenia). Dom składa się z licznych pomieszczeń, nie tylko tych obecnych w każdym tomiku dla najmłodszych – kuchnia, łazienka, sypialnia czy przedpokój to oczywiste miejsca w każdym domu i mieszkaniu. Ale u Ani i Kazika zajrzeć można jeszcze na strych, do piwnicy, do spiżarni czy do wiatrołapu – i tu już robi się bardziej egzotycznie. Autorka przy okazji przekonuje odbiorców, jak wieloma przedmiotami otaczają się na co dzień (można się zastanowić, które są zbędne i tylko zagracają przestrzeń). Opowieść odbiorcy tworzyć sobie będą sami – otrzymują miejsce, w którym może dziać się akcja. Każda rozkładówka to przejrzenie rzeczy z konkretnego tematu (można by zatem polecać ten tomik także do ćwiczenia słówek obcokrajowcom). Obrazki są realistyczne – i piękne, trudno oderwać od nich wzrok. Dzieci będą się dobrze bawić, sprawdzając, czy Ania i Kazik mają w domu to samo, co one – porównania i śledzenie innych to zawsze atrakcja. Zaproszenie do modelowego domu nie oznacza przecież oglądania tylko pokazowych miejsc – w zakamarkach kryją się niespodzianki i będzie można o nich komuś poopowiadać, ćwicząc przy okazji sztukę prowadzenia narracji. Agnieszka Wajda rezygnuje z infantylizmu na rzecz realistycznych obrazków, więc dzieci, które nie lubią „bajkowych” obrazków, dadzą się przekonać do działania bez większego trudu. Przy okazji autorka może też zapewnić popis własnych umiejętności – te ilustracje robią wrażenie, nie tylko na najmłodszych odbiorcach.
Korzystać z „Domu” można na różne sposoby, potraktować to jako zestaw wyszukiwanek i zagadek albo przeglądu własnego stanu posiadania. Można porównywać przedmioty i wymyślać, do czego mogą służyć bohaterom (albo – w jakich okolicznościach). Taka lektura urozmaici korzystanie z książek i przyda się dzieciom jako odskocznia od klasycznych czytanek. Tu nie ma mowy o rutynie, a odwiedziny w domu Ani i Kazika to okazja do wielu przemyśleń i zabaw. Wszystko będzie zależało od kreatywności odbiorców.
Myszkowanie
Agnieszka Wajda kontynuuje ciekawą serię picture booków Naszej Księgarni – proponuje książkę, która jest artystycznym popisem i zapowiedzią zabawy dla odbiorców. Nie trzeba tu będzie zbyt dużo czytać, co najwyżej – sprawdzać podpisy pod obrazkami, żeby dowiedzieć się, co takiego autorka przedstawia w przekrojach kolejnych pomieszczeń. W ten sposób dzieci będą poszerzać słownictwo (i ewentualnie – ćwiczyć rozpoznawanie liter), ale też… kształtować wyobraźnię. Bo zestaw przedmiotów wyliczanych bez żadnego dodatkowego komentarza zamienia się w proste ćwiczenie kreatywności – i na ten efekt lektury niewielu zwróci uwagę. Warto jednak pamiętać, że nagromadzenie haseł zamieni się tutaj w lekcję możliwości – dziecko przekona się, jak wiele tematów na opowieści ma w zasięgu wzroku i – że nie da się nudzić nawet w doskonale sobie znanym otoczeniu.
„Dom” to publikacja wielkoformatowa. Dzięki przedstawieniu bohaterów w opisie książki odbiorcy dowiedzą się, że oto trafiają do dużego domu Ani i Kazika – ale bohaterów w środku nie znajdą. Znajdą za to mnóstwo przedmiotów codziennego użytku, a nawet niepotrzebnych gratów – nie tylko ze świata dzieci (pokój dziecięcy to tylko jedno z pomieszczeń, do którego odbiorcy wkroczą; rzeczy, które Agnieszka Wajda wyrysowuje precyzyjnie w odpowiednich miejscach znane są w pierwszej kolejności dorosłym – dzieci na niektóre z nich w ogóle nie zwróciłyby uwagi lub nie znałyby przeznaczenia). Dom składa się z licznych pomieszczeń, nie tylko tych obecnych w każdym tomiku dla najmłodszych – kuchnia, łazienka, sypialnia czy przedpokój to oczywiste miejsca w każdym domu i mieszkaniu. Ale u Ani i Kazika zajrzeć można jeszcze na strych, do piwnicy, do spiżarni czy do wiatrołapu – i tu już robi się bardziej egzotycznie. Autorka przy okazji przekonuje odbiorców, jak wieloma przedmiotami otaczają się na co dzień (można się zastanowić, które są zbędne i tylko zagracają przestrzeń). Opowieść odbiorcy tworzyć sobie będą sami – otrzymują miejsce, w którym może dziać się akcja. Każda rozkładówka to przejrzenie rzeczy z konkretnego tematu (można by zatem polecać ten tomik także do ćwiczenia słówek obcokrajowcom). Obrazki są realistyczne – i piękne, trudno oderwać od nich wzrok. Dzieci będą się dobrze bawić, sprawdzając, czy Ania i Kazik mają w domu to samo, co one – porównania i śledzenie innych to zawsze atrakcja. Zaproszenie do modelowego domu nie oznacza przecież oglądania tylko pokazowych miejsc – w zakamarkach kryją się niespodzianki i będzie można o nich komuś poopowiadać, ćwicząc przy okazji sztukę prowadzenia narracji. Agnieszka Wajda rezygnuje z infantylizmu na rzecz realistycznych obrazków, więc dzieci, które nie lubią „bajkowych” obrazków, dadzą się przekonać do działania bez większego trudu. Przy okazji autorka może też zapewnić popis własnych umiejętności – te ilustracje robią wrażenie, nie tylko na najmłodszych odbiorcach.
Korzystać z „Domu” można na różne sposoby, potraktować to jako zestaw wyszukiwanek i zagadek albo przeglądu własnego stanu posiadania. Można porównywać przedmioty i wymyślać, do czego mogą służyć bohaterom (albo – w jakich okolicznościach). Taka lektura urozmaici korzystanie z książek i przyda się dzieciom jako odskocznia od klasycznych czytanek. Tu nie ma mowy o rutynie, a odwiedziny w domu Ani i Kazika to okazja do wielu przemyśleń i zabaw. Wszystko będzie zależało od kreatywności odbiorców.
środa, 6 marca 2024
Układam puzzle. W lesie
Harperkids, Warszawa 2024.
Układanka
Kolejna książka-gadżet w biblioteczce Akademii Mądrego Dziecka łączy czytanie, oglądanie obrazków i zabawę – czyli (również) ćwiczenia manualne. „Układam puzzle. W lesie” to sprytny sposób na wykorzystanie kartonowego picture booka jako źródła rozrywki dla maluchów. Każda rozkładówka zawiera tu puzzle – dwu- lub trzyelementowe układanki do wpasowania w konkretne miejsce na stronie (w odpowiednio wycięty kształt). Puzzle można wyjmować z książeczki i układać wielokrotnie – także poza samą publikacją. Dzieci zyskają zatem mnóstwo zabawy i przy okazji będą trenować koordynację wzrokowo-ruchową.
„W lesie” to zachęta do odbywania spacerów i do podziwiania przyrody. Autorzy stawiają tutaj na to, co najbardziej zawsze dzieci intryguje – czyli na zwierzęta. Zapewniają najmłodszym rozrywkę i porcję wiedzy: każde zwierzę, które można ułożyć z puzzli (niedźwiedź, jeleń, lis i królik) zyskuje tutaj krótki, jednozdaniowy komentarz, który wskazuje na zwyczaje lub zachowania wybranego gatunku. Druga strona rozkładówki zawiera także drobną wiadomość na temat życia w lesie. Jakby tego było mało, na każdej rozkładówce powtarza się też pytanie o wiewiórkę, która wprawdzie jako puzzle nie występuje, ale pojawia się na ilustracjach. To oczywiste zaproszenie do uważnego śledzenia obrazków – i lekcja spostrzegawczości dla najmłodszych. Kilkulatki mogą też ucieszyć się z powtarzalności tematu – zwielokrotnienie zadania wywoła efekt komiczny.
Bardzo grube kartonowe strony (każda musi zmieścić grube tekturowe puzzle do wyciągnięcia i dodatkowo tył ilustracji) mają tu zaokrąglone rogi, żeby dziecko nie zrobiło sobie krzywdy podczas zabawy. Do tego pojawiają się osobne wgłębienia, żeby łatwiej było wyjmować elementy układanek. Same puzzle są bardzo duże, żeby zminimalizować ryzyko połknięcia przez dziecko – i żeby ułatwić manewrowanie nimi. To doskonały pomysł na pierwsze układanki dla najmłodszych – dzieci nie tylko przekonają się, ile radości może dawać zabawa tego rodzaju, przekonają się też do książek, które kryją w sobie skarby. Niewiele tu wiadomości – ale przecież nikt nie oczekiwałby od kilkulatków, żeby były w stanie zapamiętać więcej, wystarczy drobiazg, żeby zaprosić do śledzenia „akcji” i oglądania kolejnych stron. Jest to publikacja, która łączy wyzwania – nie tylko trzeba śledzić opowieść (chociaż nie ma tu ani fabuły, ani sprawdzania wiedzy dziecka, wystarczy słuchanie czytanego przez rodzica tekstu, ewentualnie wzbogacone o opowiadanie o tym, co widać na obrazkach). Kolorowe strony z komputerowymi rysunkami przykuwają wzrok dzieci – są tu proste kształty i elementy pozbawione konturów. Do tego dochodzą zagadki (wskazywanie wiewiórki) i zadanie najważniejsze – czyli układanie puzzli w zależności od tego, jaką strategię odbiorcy przyjmą: albo z wyjmowaniem i wkładaniem z powrotem do książeczki pojedynczych zwierząt, albo z wybieraniem z całego zestawu wyjętych wcześniej elementów konkretnego zwierzęcia. Chociaż zatem są tu jedynie cztery rozkładówki, zabawa szybko się nie znudzi – będzie przekonywać najmłodszych odbiorców do korzystania z tomiku.
Układanka
Kolejna książka-gadżet w biblioteczce Akademii Mądrego Dziecka łączy czytanie, oglądanie obrazków i zabawę – czyli (również) ćwiczenia manualne. „Układam puzzle. W lesie” to sprytny sposób na wykorzystanie kartonowego picture booka jako źródła rozrywki dla maluchów. Każda rozkładówka zawiera tu puzzle – dwu- lub trzyelementowe układanki do wpasowania w konkretne miejsce na stronie (w odpowiednio wycięty kształt). Puzzle można wyjmować z książeczki i układać wielokrotnie – także poza samą publikacją. Dzieci zyskają zatem mnóstwo zabawy i przy okazji będą trenować koordynację wzrokowo-ruchową.
„W lesie” to zachęta do odbywania spacerów i do podziwiania przyrody. Autorzy stawiają tutaj na to, co najbardziej zawsze dzieci intryguje – czyli na zwierzęta. Zapewniają najmłodszym rozrywkę i porcję wiedzy: każde zwierzę, które można ułożyć z puzzli (niedźwiedź, jeleń, lis i królik) zyskuje tutaj krótki, jednozdaniowy komentarz, który wskazuje na zwyczaje lub zachowania wybranego gatunku. Druga strona rozkładówki zawiera także drobną wiadomość na temat życia w lesie. Jakby tego było mało, na każdej rozkładówce powtarza się też pytanie o wiewiórkę, która wprawdzie jako puzzle nie występuje, ale pojawia się na ilustracjach. To oczywiste zaproszenie do uważnego śledzenia obrazków – i lekcja spostrzegawczości dla najmłodszych. Kilkulatki mogą też ucieszyć się z powtarzalności tematu – zwielokrotnienie zadania wywoła efekt komiczny.
Bardzo grube kartonowe strony (każda musi zmieścić grube tekturowe puzzle do wyciągnięcia i dodatkowo tył ilustracji) mają tu zaokrąglone rogi, żeby dziecko nie zrobiło sobie krzywdy podczas zabawy. Do tego pojawiają się osobne wgłębienia, żeby łatwiej było wyjmować elementy układanek. Same puzzle są bardzo duże, żeby zminimalizować ryzyko połknięcia przez dziecko – i żeby ułatwić manewrowanie nimi. To doskonały pomysł na pierwsze układanki dla najmłodszych – dzieci nie tylko przekonają się, ile radości może dawać zabawa tego rodzaju, przekonają się też do książek, które kryją w sobie skarby. Niewiele tu wiadomości – ale przecież nikt nie oczekiwałby od kilkulatków, żeby były w stanie zapamiętać więcej, wystarczy drobiazg, żeby zaprosić do śledzenia „akcji” i oglądania kolejnych stron. Jest to publikacja, która łączy wyzwania – nie tylko trzeba śledzić opowieść (chociaż nie ma tu ani fabuły, ani sprawdzania wiedzy dziecka, wystarczy słuchanie czytanego przez rodzica tekstu, ewentualnie wzbogacone o opowiadanie o tym, co widać na obrazkach). Kolorowe strony z komputerowymi rysunkami przykuwają wzrok dzieci – są tu proste kształty i elementy pozbawione konturów. Do tego dochodzą zagadki (wskazywanie wiewiórki) i zadanie najważniejsze – czyli układanie puzzli w zależności od tego, jaką strategię odbiorcy przyjmą: albo z wyjmowaniem i wkładaniem z powrotem do książeczki pojedynczych zwierząt, albo z wybieraniem z całego zestawu wyjętych wcześniej elementów konkretnego zwierzęcia. Chociaż zatem są tu jedynie cztery rozkładówki, zabawa szybko się nie znudzi – będzie przekonywać najmłodszych odbiorców do korzystania z tomiku.
wtorek, 5 marca 2024
Dr Gareth Moore: Zgadnij! Nazwij! Połącz! Gimnastyka umysłu z 20 zagadkami obrazkowymi
Kropka, Warszawa 2024.
Ambitna zabawa
To publikacja, której daleko do infantylizmu i uproszczeń – do tego stopnia, że quizy w niej zawarte rozwiązywać mogą dorośli na równych prawach ze swoimi pociechami. „Zgadnij! Nazwij! Połącz!” to książka ciekawa i odwołująca się do różnych dziedzin tematycznych: pojawią się tu zwierzęta (także – różne rasy), ale też loty w kosmos, flagi, sporty, instrumenty muzyczne, dania z różnych stron świata, kamienie szlachetne i mnóstwo innych zagadnień: motywów jest aż dwadzieścia, więc każdy znajdzie tu coś dla siebie – część z nich nawet dorosłym sprawić może sporo trudności. Ale zasada korzystania z tej książki jest prosta. Nie trzeba być omnibusem, nie trzeba będzie szukać w internecie odpowiedzi. Konstrukcja tomiku pozwoli dzieciom ćwiczyć logiczne myślenie, a przy okazji też zapamiętywanie danych z różnych dziedzin.
Temat zajmuje dwie następujące po sobie rozkładówki. Na pierwszej pojawiają się ilustracje, przedmioty, które trzeba nazwać. Zdobywanie wiedzy wiąże się tu z zabawą. Każdy quiz ma zestaw podpowiedzi i wskazówek (podawanych w przypadkowej kolejności): warto śledzić je uważnie i próbować dopasować do konkretnego obrazka. To pomoże w znalezieniu rozwiązania. Jeśli jednak zadanie okaże się zbyt trudne – wszystko wyjaśni się na kolejnych dwóch stronach. Tutaj bowiem prezentuje się kolejne rozwiązania, ale… dodając do nich osobne komentarze. Dzięki temu odbiorcy nie tylko mogą sprawdzić poprawność swoich odpowiedzi, ale też dowiedzieć się czegoś więcej w niebanalny sposób. Krótkie podpisy pod rysunkami idealnie nadają się do zaspokajania ciekawości – najmłodsi mogą zdobywać wiadomości z dziedzin, których zwykle by nie analizowali (rodzaje ciast to temat, który wydaje się bardziej naturalny dla cukiernika niż dla ucznia podstawówki – nawet dorośli niezwiązani z zawodem mogą zetknąć się tu z wielkimi wyzwaniami). Ale chociaż książka ma uczyć, dostarcza bardzo dużo zabawy. Rozrywka jest tu nierozerwalnie połączona ze zdobywaniem informacji – a dzieci docenią możliwość poznawania nowych zagadnień. Być może zresztą dzięki temu odkryją w sobie inne niż do tej pory pasje. Za sprawą ciągłego zmieniania tematów nie można się tutaj nudzić – ktoś, kto ma w małym palcu ciekawostki z jednej dziedziny, łatwo da się pokonać w innej. Te dzieci, które lubią systematyzowanie wiadomości, bardzo dobrze się tu odnajdą. A przecież książka nie przytłacza: mimo ambitnego podejścia do tematu przyswajania wiedzy wykorzystuje chwyty, które pozwolą odbiorcom na przyjemne korzystanie z lektury. Liczy się tu umiejętność wykorzystywania podawanych informacji, ale przy okazji wiąże się ona z przyswajaniem słownictwa i stałym poszerzaniem zasobu wiedzy. Dr Gareth Moore zapewnia zabawę – i rywalizację – całym rodzinom. Co ciekawe, autor nie boi się konkurencji: zachęca wręcz odbiorców do tego, żeby tworzyli dalsze własne zagadki i prezentowali je bliskim – pokazuje, jak to zrobić, podpowiada, jak krok po kroku stworzyć własny quiz. Oznacza to, że zabawa przedłuży się znacznie – i wyzwoli w dzieciach kreatywność.
Rzadko trafia się na rynku aż tak potrzebna i wartościowa publikacja dla najmłodszych. Ta książka zapisze się w historii literatury – chociaż z pozoru zawiera tylko obrazkowe zagadki, pokazuje, jak sensownie wykorzystać potencjał literatury edukacyjnej i zachęcić dzieci do pracy umysłowej. Jest to propozycja, na którą trzeba zwrócić uwagę – idealna w rozbudzaniu zainteresowań dzieci.
Ambitna zabawa
To publikacja, której daleko do infantylizmu i uproszczeń – do tego stopnia, że quizy w niej zawarte rozwiązywać mogą dorośli na równych prawach ze swoimi pociechami. „Zgadnij! Nazwij! Połącz!” to książka ciekawa i odwołująca się do różnych dziedzin tematycznych: pojawią się tu zwierzęta (także – różne rasy), ale też loty w kosmos, flagi, sporty, instrumenty muzyczne, dania z różnych stron świata, kamienie szlachetne i mnóstwo innych zagadnień: motywów jest aż dwadzieścia, więc każdy znajdzie tu coś dla siebie – część z nich nawet dorosłym sprawić może sporo trudności. Ale zasada korzystania z tej książki jest prosta. Nie trzeba być omnibusem, nie trzeba będzie szukać w internecie odpowiedzi. Konstrukcja tomiku pozwoli dzieciom ćwiczyć logiczne myślenie, a przy okazji też zapamiętywanie danych z różnych dziedzin.
Temat zajmuje dwie następujące po sobie rozkładówki. Na pierwszej pojawiają się ilustracje, przedmioty, które trzeba nazwać. Zdobywanie wiedzy wiąże się tu z zabawą. Każdy quiz ma zestaw podpowiedzi i wskazówek (podawanych w przypadkowej kolejności): warto śledzić je uważnie i próbować dopasować do konkretnego obrazka. To pomoże w znalezieniu rozwiązania. Jeśli jednak zadanie okaże się zbyt trudne – wszystko wyjaśni się na kolejnych dwóch stronach. Tutaj bowiem prezentuje się kolejne rozwiązania, ale… dodając do nich osobne komentarze. Dzięki temu odbiorcy nie tylko mogą sprawdzić poprawność swoich odpowiedzi, ale też dowiedzieć się czegoś więcej w niebanalny sposób. Krótkie podpisy pod rysunkami idealnie nadają się do zaspokajania ciekawości – najmłodsi mogą zdobywać wiadomości z dziedzin, których zwykle by nie analizowali (rodzaje ciast to temat, który wydaje się bardziej naturalny dla cukiernika niż dla ucznia podstawówki – nawet dorośli niezwiązani z zawodem mogą zetknąć się tu z wielkimi wyzwaniami). Ale chociaż książka ma uczyć, dostarcza bardzo dużo zabawy. Rozrywka jest tu nierozerwalnie połączona ze zdobywaniem informacji – a dzieci docenią możliwość poznawania nowych zagadnień. Być może zresztą dzięki temu odkryją w sobie inne niż do tej pory pasje. Za sprawą ciągłego zmieniania tematów nie można się tutaj nudzić – ktoś, kto ma w małym palcu ciekawostki z jednej dziedziny, łatwo da się pokonać w innej. Te dzieci, które lubią systematyzowanie wiadomości, bardzo dobrze się tu odnajdą. A przecież książka nie przytłacza: mimo ambitnego podejścia do tematu przyswajania wiedzy wykorzystuje chwyty, które pozwolą odbiorcom na przyjemne korzystanie z lektury. Liczy się tu umiejętność wykorzystywania podawanych informacji, ale przy okazji wiąże się ona z przyswajaniem słownictwa i stałym poszerzaniem zasobu wiedzy. Dr Gareth Moore zapewnia zabawę – i rywalizację – całym rodzinom. Co ciekawe, autor nie boi się konkurencji: zachęca wręcz odbiorców do tego, żeby tworzyli dalsze własne zagadki i prezentowali je bliskim – pokazuje, jak to zrobić, podpowiada, jak krok po kroku stworzyć własny quiz. Oznacza to, że zabawa przedłuży się znacznie – i wyzwoli w dzieciach kreatywność.
Rzadko trafia się na rynku aż tak potrzebna i wartościowa publikacja dla najmłodszych. Ta książka zapisze się w historii literatury – chociaż z pozoru zawiera tylko obrazkowe zagadki, pokazuje, jak sensownie wykorzystać potencjał literatury edukacyjnej i zachęcić dzieci do pracy umysłowej. Jest to propozycja, na którą trzeba zwrócić uwagę – idealna w rozbudzaniu zainteresowań dzieci.
poniedziałek, 4 marca 2024
Jennifer Egan: Domek z piernika
Znak, Kraków 2024.
Sterowanie
Ludzie zachłystują się nową technologią i możliwościami, jakie ona niesie, nie pamiętając, że historia wyraźnie pokazała jedno: każdy postęp i każdy wynalazek może zostać wykorzystany przeciwko ludzkości. A skoro może – to najpewniej znajdzie się ktoś, kto zechce z tego potencjału skorzystać. Nie inaczej jest z aplikacją, która pojawia się w niedalekiej przyszłości. Bix, geniusz informatyki, nie potrafi odtworzyć swoich wspomnień z pewnego momentu w życiu. Postanawia zatem zaprząc technologię do procesu odbudowywania myśli – i wypuszcza na rynek aplikację, która pozwala korzystać w nieograniczony sposób ze wspomnień całej ludzkości. Cena: bagatela, oddanie własnych wspomnień do wspólnych celów. Tak całkowicie zmienia się świat. Od tej pory będą tu ludzie koncentrujący się tylko na uczuciach, ci, którzy wszystko przeliczają i w danych matematycznych znajdują ukojenie, a także ci, którzy do swoich umysłów wpuścili ryjkowce – urządzenia do szpiegowania. Oczywiście ryjkowce można wykorzystywać także do sterowania ludźmi i uczynienia z nich bezdusznych narzędzi – ale przecież postęp kusi, a fakt, że wszyscy w aplikację Bixa wierzą i chętnie z niej korzystają, nie pozostawia miejsca na sygnały alarmowe. „Domek z piernika” to bliskofuturystyczna pseudoapokalipsa. Bo przecież życie toczy się dalej, nikt nie ginie (chyba że trafi na celownik snajpera o zaprogramowanym przez wojsko mózgu), a utrata osobistych wspomnień to coś, co nie wydaje się przesadnym poświęceniem. A jednak wraz z rozbudowywaniem się aplikacji przyszłości rozbudowują się też lęki i traumy, na jakie wcześniej nie było miejsca. Ludzie przekonują się, że huraoptymizm nie był uzasadnioną reakcją na zestaw szans.
Ale Jennifer Egan ów wynalazek spycha na margines opowieści. Przygląda się w „Domku z piernika” różnym ludziom, których losy na pierwszy rzut oka są dość luźno ze sobą powiązane (jeśli w ogóle) – a sama aplikacja tkwi w uśpieniu w tle – nikt o niej nie pamięta, bo jest to już naturalne dla bohaterów. Dopiero kiedy wydarzy się coś, co zmieni sposób myślenia – albo pozwoli postaciom uświadomić sobie ogrom komplikacji spowodowany technologiczną zmianą – z refleksją powraca motyw informatyzacji społeczeństwa. Nie będzie tu przesadnie dużo informatycznych szczegółów, za to Jennifer Egan skupi się na psychologicznych aspektach funkcjonowania w świecie po metamorfozie. I na pewno nie będzie to obrazek krzepiący. Każdy z bohaterów funkcjonuje we własnej przestrzeni i każdy potrzebuje innych rozwiązań – łączy ich jednak to, że w odpowiednim momencie mogą zostać skontrolowani lub zinwigilowani i nie mają większych możliwości sprzeciwienia się takim zachowaniom. Coś, co miało przynieść radość, wyzwolenie i pomoc, zamienia się w wielką pułapkę. Jennifer Egan poza budowaniem wyrazistych życiorysów z naturalnej (mimo że przyszłościowej) wizji bawi się też różnymi gatunkami użytkowymi, część wiadomości przerzuca do komunikatorów lub maili, sprawia, że narracja pochłania odbiorców, nigdy nie wydaje się zbyt oczywista – podobnie jak świat przedstawiony. Egan nie stawia sobie za cel pokazania rozwoju technologii – zajmuje się konsekwencjami postępu w tej dziedzinie, szuka pułapek, na które nie zwracają uwagi ludzie zafascynowani rozwojem. I te pułapki pobrzmiewają znacznie bardziej katastroficznie niż jakikolwiek film sensacyjny. Tu pomysł na powieść liczy się co najmniej tak samo jak pomysł na połączenie wspomnień wszystkich ludzi – i równie silne emocje będzie wyzwalać.
Sterowanie
Ludzie zachłystują się nową technologią i możliwościami, jakie ona niesie, nie pamiętając, że historia wyraźnie pokazała jedno: każdy postęp i każdy wynalazek może zostać wykorzystany przeciwko ludzkości. A skoro może – to najpewniej znajdzie się ktoś, kto zechce z tego potencjału skorzystać. Nie inaczej jest z aplikacją, która pojawia się w niedalekiej przyszłości. Bix, geniusz informatyki, nie potrafi odtworzyć swoich wspomnień z pewnego momentu w życiu. Postanawia zatem zaprząc technologię do procesu odbudowywania myśli – i wypuszcza na rynek aplikację, która pozwala korzystać w nieograniczony sposób ze wspomnień całej ludzkości. Cena: bagatela, oddanie własnych wspomnień do wspólnych celów. Tak całkowicie zmienia się świat. Od tej pory będą tu ludzie koncentrujący się tylko na uczuciach, ci, którzy wszystko przeliczają i w danych matematycznych znajdują ukojenie, a także ci, którzy do swoich umysłów wpuścili ryjkowce – urządzenia do szpiegowania. Oczywiście ryjkowce można wykorzystywać także do sterowania ludźmi i uczynienia z nich bezdusznych narzędzi – ale przecież postęp kusi, a fakt, że wszyscy w aplikację Bixa wierzą i chętnie z niej korzystają, nie pozostawia miejsca na sygnały alarmowe. „Domek z piernika” to bliskofuturystyczna pseudoapokalipsa. Bo przecież życie toczy się dalej, nikt nie ginie (chyba że trafi na celownik snajpera o zaprogramowanym przez wojsko mózgu), a utrata osobistych wspomnień to coś, co nie wydaje się przesadnym poświęceniem. A jednak wraz z rozbudowywaniem się aplikacji przyszłości rozbudowują się też lęki i traumy, na jakie wcześniej nie było miejsca. Ludzie przekonują się, że huraoptymizm nie był uzasadnioną reakcją na zestaw szans.
Ale Jennifer Egan ów wynalazek spycha na margines opowieści. Przygląda się w „Domku z piernika” różnym ludziom, których losy na pierwszy rzut oka są dość luźno ze sobą powiązane (jeśli w ogóle) – a sama aplikacja tkwi w uśpieniu w tle – nikt o niej nie pamięta, bo jest to już naturalne dla bohaterów. Dopiero kiedy wydarzy się coś, co zmieni sposób myślenia – albo pozwoli postaciom uświadomić sobie ogrom komplikacji spowodowany technologiczną zmianą – z refleksją powraca motyw informatyzacji społeczeństwa. Nie będzie tu przesadnie dużo informatycznych szczegółów, za to Jennifer Egan skupi się na psychologicznych aspektach funkcjonowania w świecie po metamorfozie. I na pewno nie będzie to obrazek krzepiący. Każdy z bohaterów funkcjonuje we własnej przestrzeni i każdy potrzebuje innych rozwiązań – łączy ich jednak to, że w odpowiednim momencie mogą zostać skontrolowani lub zinwigilowani i nie mają większych możliwości sprzeciwienia się takim zachowaniom. Coś, co miało przynieść radość, wyzwolenie i pomoc, zamienia się w wielką pułapkę. Jennifer Egan poza budowaniem wyrazistych życiorysów z naturalnej (mimo że przyszłościowej) wizji bawi się też różnymi gatunkami użytkowymi, część wiadomości przerzuca do komunikatorów lub maili, sprawia, że narracja pochłania odbiorców, nigdy nie wydaje się zbyt oczywista – podobnie jak świat przedstawiony. Egan nie stawia sobie za cel pokazania rozwoju technologii – zajmuje się konsekwencjami postępu w tej dziedzinie, szuka pułapek, na które nie zwracają uwagi ludzie zafascynowani rozwojem. I te pułapki pobrzmiewają znacznie bardziej katastroficznie niż jakikolwiek film sensacyjny. Tu pomysł na powieść liczy się co najmniej tak samo jak pomysł na połączenie wspomnień wszystkich ludzi – i równie silne emocje będzie wyzwalać.
niedziela, 3 marca 2024
Agnieszka Lingas-Łoniewska: Armin
Luna, Warszawa 2024.
Zapomnienie
To druga część perypetii braci bliźniaków, Milana i Armina – więc raczej przypadkowe czytelniczki po nią nie sięgną. Co Agnieszka Lingas-Łoniewska ma do powiedzenia w sferze powieści erotycznych sprawdzą natomiast te, które życzą jak najlepiej „grzecznemu” bratu. „Armin” to powieść prosta i nieodbiegająca od schematów – a autorka wyraźnie boryka się z deficytami w dziedzinie stosunków damsko-męskich – w obszarze języka polskiego. Ale omija niektóre mielizny i przynajmniej nie zamienia relacji w karykaturę. Jest tu Natalia – bystra i niedająca się poskromić pani prawnik, kobieta, która w życiu prywatnym ma sporo problemów za sprawą chorej psychicznie matki i ojczyma-oprawcy. Natalia potrzebuje ucieczki od codzienności i dlatego przydaje jej się zaproszenie do ekskluzywnego klubu, klubu, w którym nie uprawia się seksu, ale można zrealizować rozmaite fantazje. Natalia jest najlepszą przyjaciółką Wiktorii – bohaterki romansu z pierwszego tomu. Teraz Wiktoria ma stać się szczęśliwą żoną Milana (ech, to przekonanie autorek powieści romantycznych, że na końcu płomiennego romansu musi czekać ślub), a Natalia szuka zapomnienia z tajemniczym nieznajomym w klubie. Owszem, przekomarza się też z Arminem, ale przeszkadza jej spokój i opanowanie mężczyzny – nie uważa go za obiekt wart uważniejszej obserwacji. Do czasu, bo sam Armin też nie pozostaje niewrażliwy na wdzięki Natalii i coraz bardziej chce bliższego poznania.
Chociaż oczywiście w powieściowym świecie i Natalia, i Armin mają swoje zajęcia i zawody – nie będzie to przesadnie uwypuklane w książce, Agnieszka Lingas-Łoniewska o wiele chętniej odnosi się do ich zachowań po godzinach – wtedy, kiedy mogą w maskach (klub wymaga anonimowości) realizować swoje pragnienia i… łamać zasady. Od czasu do czasu autorka przypomina sobie, że trzeba jeszcze sportretować bohaterów poza sypialnią i jej zamiennikami – ale wówczas nie poświęca zbyt wiele uwagi na rejestrowanie wydarzeń, liczy się wyłącznie tęsknota i oczekiwanie na spotkanie. Jednokierunkowość wysiłków sprawia, że trudno tu będzie zaangażować się w świat powieściowy – ale też w prostym erotyku niekoniecznie o to chodzi (tu z kolei poprzeczkę wysoko ustawiły zagraniczne autorki cykli young adults, rozwijające równie dobrze wątki seksualne jak i obyczajowe). Przeprowadza zatem Agnieszka Lingas-Łoniewska czytelniczki od seksu do seksu, rezygnując z psychologicznych pogłębień czy choćby uzasadnień niektórych postanowień. Co ciekawe, decyduje się też na rozwijanie wielkiej miłości – nie zamierza skupiać się wyłącznie na erotycznym spełnieniu, dokłada do tego szereg uczuć i rezygnuje z ich uzasadniania. Czytelniczkom spragnionym opisów zbliżeń i tak to powinno wystarczyć. „Armin” to powieść o niezbyt rozbudowanej intrydze, w dodatku od początku oczywistej dla odbiorczyń – i tylko tajemniczej dla bohaterki. Niewymagający erotyk jest jednak sprawnie napisany, jako literatura dla mas wystarczy. Z pewnością te panie, które nie szukają fabuł, a wyłącznie silnych emocji, będą mogły w tej książce znaleźć coś dla siebie.
Zapomnienie
To druga część perypetii braci bliźniaków, Milana i Armina – więc raczej przypadkowe czytelniczki po nią nie sięgną. Co Agnieszka Lingas-Łoniewska ma do powiedzenia w sferze powieści erotycznych sprawdzą natomiast te, które życzą jak najlepiej „grzecznemu” bratu. „Armin” to powieść prosta i nieodbiegająca od schematów – a autorka wyraźnie boryka się z deficytami w dziedzinie stosunków damsko-męskich – w obszarze języka polskiego. Ale omija niektóre mielizny i przynajmniej nie zamienia relacji w karykaturę. Jest tu Natalia – bystra i niedająca się poskromić pani prawnik, kobieta, która w życiu prywatnym ma sporo problemów za sprawą chorej psychicznie matki i ojczyma-oprawcy. Natalia potrzebuje ucieczki od codzienności i dlatego przydaje jej się zaproszenie do ekskluzywnego klubu, klubu, w którym nie uprawia się seksu, ale można zrealizować rozmaite fantazje. Natalia jest najlepszą przyjaciółką Wiktorii – bohaterki romansu z pierwszego tomu. Teraz Wiktoria ma stać się szczęśliwą żoną Milana (ech, to przekonanie autorek powieści romantycznych, że na końcu płomiennego romansu musi czekać ślub), a Natalia szuka zapomnienia z tajemniczym nieznajomym w klubie. Owszem, przekomarza się też z Arminem, ale przeszkadza jej spokój i opanowanie mężczyzny – nie uważa go za obiekt wart uważniejszej obserwacji. Do czasu, bo sam Armin też nie pozostaje niewrażliwy na wdzięki Natalii i coraz bardziej chce bliższego poznania.
Chociaż oczywiście w powieściowym świecie i Natalia, i Armin mają swoje zajęcia i zawody – nie będzie to przesadnie uwypuklane w książce, Agnieszka Lingas-Łoniewska o wiele chętniej odnosi się do ich zachowań po godzinach – wtedy, kiedy mogą w maskach (klub wymaga anonimowości) realizować swoje pragnienia i… łamać zasady. Od czasu do czasu autorka przypomina sobie, że trzeba jeszcze sportretować bohaterów poza sypialnią i jej zamiennikami – ale wówczas nie poświęca zbyt wiele uwagi na rejestrowanie wydarzeń, liczy się wyłącznie tęsknota i oczekiwanie na spotkanie. Jednokierunkowość wysiłków sprawia, że trudno tu będzie zaangażować się w świat powieściowy – ale też w prostym erotyku niekoniecznie o to chodzi (tu z kolei poprzeczkę wysoko ustawiły zagraniczne autorki cykli young adults, rozwijające równie dobrze wątki seksualne jak i obyczajowe). Przeprowadza zatem Agnieszka Lingas-Łoniewska czytelniczki od seksu do seksu, rezygnując z psychologicznych pogłębień czy choćby uzasadnień niektórych postanowień. Co ciekawe, decyduje się też na rozwijanie wielkiej miłości – nie zamierza skupiać się wyłącznie na erotycznym spełnieniu, dokłada do tego szereg uczuć i rezygnuje z ich uzasadniania. Czytelniczkom spragnionym opisów zbliżeń i tak to powinno wystarczyć. „Armin” to powieść o niezbyt rozbudowanej intrydze, w dodatku od początku oczywistej dla odbiorczyń – i tylko tajemniczej dla bohaterki. Niewymagający erotyk jest jednak sprawnie napisany, jako literatura dla mas wystarczy. Z pewnością te panie, które nie szukają fabuł, a wyłącznie silnych emocji, będą mogły w tej książce znaleźć coś dla siebie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






