Czarne, Wołowiec 2024.
Intymnie inaczej
Polaryzowanie społeczeństwa pod kątem wyborów seksualnych straciło sens: młodsze pokolenia celują w tym, by traktować orientację seksualną jako płynną, zmienną i uzależnianą od aktualnych potrzeb. Nic nie jest powiedziane ostatecznie i na zawsze, warto za to eksperymentować i poszukiwać. Ale co z ludźmi, którzy dziwią się, że świat może się kręcić wokół seksu i nie mają ochoty na kontakty seksualne? Angela Chen w książce „Asy. Czego może nas nauczyć aseksualność” zwraca uwagę na obecność w społeczeństwie tych, którzy do seksu nie dążą (chociaż mogą go uprawiać i nawet czerpać z niego przyjemność) – i wyjaśnia zjawisko, z którym sama też się utożsamia. Rozmawia z osobami aseksualnymi i pokazuje ich podejście do związków, relacji z innymi i do masturbacji, pyta o pożądanie i podniecenie, wyznacza kierunki poszukiwań i tłumaczy, że dla wszystkich znajdzie się miejsce (i szereg odpowiedzi na najważniejsze pytania). Co prawda w dużym stopniu aseksualni w tym tomie to osoby trans – ale wynika to raczej z ich otwartości w kwestii mówienia o seksie niż socjologicznych obserwacji. Aseksualność prowadzi do różnych życiowych wyborów – nie oznacza samotności, można znaleźć swoje miejsce na przykład wśród fanów… BDSM. Tego rodzaju odkrycia przesycają tom „Asy” i pozwalają nie tylko uświadamiać odbiorcom istniejące alternatywy, ale też prowadzić autoanalizy i poprawiać kontakty interpersonalne.
Angela Chen pisze o osobach aseksualnych i odwołuje się do ich wyznań, tak, żeby jak najpełniej wyjaśniać czytelnikom coś, co do niedawna wydawało się jeszcze niemożliwe. Przygląda się różnym związkom i oddaje głos tym, którzy wiedzą, co i dlaczego się w nich nie udało – zbrojni już w wiedzę o aseksualności. Przy okazji rozwiewa mity na temat aseksualności jako takiej: nie oznacza ona rezygnowania z masturbacji lub podejmowania różnych praktyk seksualnych: jest to szczególnie ważne dla osób, które do tego grona się zaliczają, bo to one narażone są na rozmaite przykre komentarze. Według autorki i danych, do których dotarła, aseksualni mogą stanowić jeden procent społeczeństwa – tym bardziej cieszy popularyzowanie wiedzy na ten temat: to próba oddania głosu tym zwykle niesłyszanym i niezauważanym.
Nie chodzi tu o kolejny modny sposób na życie i zwracanie na siebie uwagi, „Asy” to tom, który jednoznacznie naświetla zestaw rozmaitych problemów w związku (i w związku z niechęcią do seksu) – autorka próbuje zapewnić wsparcie odbiorcom, którzy identyfikują się z tą grupą i podpowiada, co robić, jeśli zaobserwowało się u siebie podobne reakcje, zachowania i kłopoty. Z jednej strony to rodzaj poradnika, z drugiej – przedstawianie tematów społecznych, z których istnienia nie wszyscy zdają sobie sprawę. Angela Chen stawia na rodzaj reportażu uczestniczącego, spotyka się z asami i przeprowadza z nimi rozmowy, porównuje doświadczenia i zestawia je z informacjami, które zdobyła ze źródeł naukowych – dzięki takiemu podejściu nie hermetyzuje języka i otwiera odbiorców na nowe dla nich treści.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 14 lutego 2024
wtorek, 13 lutego 2024
S. A. Cosby: Kolczaste łzy. Powieść
Agora, Warszawa 2024.
Zemsta
"Kolczaste łzy. Powieść" to książka, w której liczy się maksymalne zbrutalizowanie świata - po to, żeby uwypuklić ogromną przemianę, jaka dokonuje się w bohaterach. A jest ich dwóch, obaj w pewnym sensie zdegenerowani. Wprawdzie Ike od jakiegoś czasu uważa, żeby nie łamać prawa - pobyt w więzieniu i stosunek do czarnoskórych (oskarżanych z definicji o wszystko, co złe) skutecznie nauczyły go ostrożności, jednak nie da się ukryć - powrót do przeszłości i całkowita degeneracja są bardzo proste. Buddy Lee ma białą skórę, nie dotyczą go zatem uprzedzenia na tle rasowym. Mieszka w przyczepie i nie uwolni się od przestępczego świata. Ci dwaj może nigdy by się nie poznali, gdyby nie ich synowie, Isiah i Derek. W chwili, gdy rozpoczyna się ta książka, Isiah i Derek są martwi. Zaraz ma odbyć się ich pogrzeb, ich córka trafia pod opiekę babci, a ojcowie po raz pierwszy zastanawiają się nad sensownością własnych zaściankowych poglądów. Nie akceptowali homoseksualności synów, nie chcieli uznać ani ich orientacji, ani ich związku. Gdy jest już za późno na zmianę zdania, zaczynają angażować się w wielką zemstę. Bo przecież Isiah i Derek nie zginęli śmiercią naturalną - zostali brutalnie rozstrzelani, a ich ciała - zmasakrowane po śmierci. Policja niekoniecznie zajmie się tą sprawą, a jeśli się zajmie - to niezbyt gorliwie, zupełnie jakby nie trzeba było skazać winnych. I tu ojcowie muszą wkroczyć: pomścić synów, a przy okazji udowodnić im swoje przywiązanie i miłość - coś, czego skąpili im za ich życia. Zaczyna się przedziwne i dynamiczne śledztwo.
S. A. Cosby wysyła swoich bohaterów w straceńczą akcję, na misję, która wydaje się koszmarna już na początku - i taka rzeczywiście się okazuje. Ike i Buddy muszą znaleźć kogoś, kto udzieli im potrzebnych informacji na temat śmierci synów. Dowiadują się, że tylko jedna osoba jest w posiadaniu wiadomości, które są im niezbędne. Jednak kwestia rewanżowania się za przysługi to jedno - drugą rzeczą jest zadzieranie z niewłaściwymi ludźmi. Nie ma tu miejsca ani na procesy dedukcyjne, ani na spokojne negocjacje, wszystko rozgrywa się siłą. Ike i Buddy nie zamierzają nawet udawać łagodnych - błyskawicznie są w stanie przejść do czynów i wykorzystać całą frustrację przekutą w czystą agresję. Kolejne spotkania będą obfitować w krwawe porachunki - aż do końca. Ale bohaterowie muszą zrozumieć jedno: co naprawdę myśleli o swoich dzieciach. Dwa wielkie tematy S. A. Cosby wykorzystuje w tomie: jeden to kolor skóry - ale w pewnym momencie schodzi on na margines, znacznie ważniejsze okazują się motywy związane z seksualnością i odwagą w byciu sobą. "Kolczaste łzy" to powieść, w której nie uznaje się kompromisów, a o konsekwencjach spontanicznych działań nikt nie będzie myślał. Cosby stawia na brawurę i rozpędza nienawiść do granic możliwości. A jednocześnie daje swoim bohaterom uzasadnienie wykraczania poza powszechnie przyjęte standardy. Surowa miłość do dziecka to napęd w tej historii - niezwykłej i przerażającej jednocześnie.
Zemsta
"Kolczaste łzy. Powieść" to książka, w której liczy się maksymalne zbrutalizowanie świata - po to, żeby uwypuklić ogromną przemianę, jaka dokonuje się w bohaterach. A jest ich dwóch, obaj w pewnym sensie zdegenerowani. Wprawdzie Ike od jakiegoś czasu uważa, żeby nie łamać prawa - pobyt w więzieniu i stosunek do czarnoskórych (oskarżanych z definicji o wszystko, co złe) skutecznie nauczyły go ostrożności, jednak nie da się ukryć - powrót do przeszłości i całkowita degeneracja są bardzo proste. Buddy Lee ma białą skórę, nie dotyczą go zatem uprzedzenia na tle rasowym. Mieszka w przyczepie i nie uwolni się od przestępczego świata. Ci dwaj może nigdy by się nie poznali, gdyby nie ich synowie, Isiah i Derek. W chwili, gdy rozpoczyna się ta książka, Isiah i Derek są martwi. Zaraz ma odbyć się ich pogrzeb, ich córka trafia pod opiekę babci, a ojcowie po raz pierwszy zastanawiają się nad sensownością własnych zaściankowych poglądów. Nie akceptowali homoseksualności synów, nie chcieli uznać ani ich orientacji, ani ich związku. Gdy jest już za późno na zmianę zdania, zaczynają angażować się w wielką zemstę. Bo przecież Isiah i Derek nie zginęli śmiercią naturalną - zostali brutalnie rozstrzelani, a ich ciała - zmasakrowane po śmierci. Policja niekoniecznie zajmie się tą sprawą, a jeśli się zajmie - to niezbyt gorliwie, zupełnie jakby nie trzeba było skazać winnych. I tu ojcowie muszą wkroczyć: pomścić synów, a przy okazji udowodnić im swoje przywiązanie i miłość - coś, czego skąpili im za ich życia. Zaczyna się przedziwne i dynamiczne śledztwo.
S. A. Cosby wysyła swoich bohaterów w straceńczą akcję, na misję, która wydaje się koszmarna już na początku - i taka rzeczywiście się okazuje. Ike i Buddy muszą znaleźć kogoś, kto udzieli im potrzebnych informacji na temat śmierci synów. Dowiadują się, że tylko jedna osoba jest w posiadaniu wiadomości, które są im niezbędne. Jednak kwestia rewanżowania się za przysługi to jedno - drugą rzeczą jest zadzieranie z niewłaściwymi ludźmi. Nie ma tu miejsca ani na procesy dedukcyjne, ani na spokojne negocjacje, wszystko rozgrywa się siłą. Ike i Buddy nie zamierzają nawet udawać łagodnych - błyskawicznie są w stanie przejść do czynów i wykorzystać całą frustrację przekutą w czystą agresję. Kolejne spotkania będą obfitować w krwawe porachunki - aż do końca. Ale bohaterowie muszą zrozumieć jedno: co naprawdę myśleli o swoich dzieciach. Dwa wielkie tematy S. A. Cosby wykorzystuje w tomie: jeden to kolor skóry - ale w pewnym momencie schodzi on na margines, znacznie ważniejsze okazują się motywy związane z seksualnością i odwagą w byciu sobą. "Kolczaste łzy" to powieść, w której nie uznaje się kompromisów, a o konsekwencjach spontanicznych działań nikt nie będzie myślał. Cosby stawia na brawurę i rozpędza nienawiść do granic możliwości. A jednocześnie daje swoim bohaterom uzasadnienie wykraczania poza powszechnie przyjęte standardy. Surowa miłość do dziecka to napęd w tej historii - niezwykłej i przerażającej jednocześnie.
poniedziałek, 12 lutego 2024
Stuart Gibbs: Szkoła Szpiegów podbija Europę
Agora, Warszawa 2024.
Kryzys domowy
Stuart Gibbs tym razem trochę bardziej przypomina sobie o rodzinach. Najpierw na cel bierze Erikę Hale. Jej rodzice się rozstali, ale pozostają w zawodowych relacjach. Problem w tym, że Alexander czuje się coraz bardziej upokorzony i niepotrzebny - to może stać się wstępem do większych problemów psychicznych, a przecież w Szkole Szpiegów nie ma czasu na rozterki tego rodzaju - liczy się skuteczność w akcji, o innych sprawach zwyczajnie się nie mówi. Alexander też nie może przyznawać się do słabości - mimo wszystko chce zachować godność. Przecież pozostaje pod krytycznym spojrzeniem żony i córki - najlepszej w Szkole Szpiegów. Drugi motyw rodzinny pojawia się w chwili, gdy Ben Ripley uświadamia sobie, że jego bliskich może spotkać coś złego. Agenci Pająka są bezwzględni i stanowią prawdziwe zagrożenie nie tylko dla uczniów Szkoły Szpiegów. Mimo kolejnych misji nie udaje się ich pokonać - ale są w stanie nawet rozszerzyć swoje szantaże. Ben naukę w Szkole Szpiegów musi trzymać w tajemnicy - udaje, że ma stypendium w zupełnie innej placówce. Ale nie myśli o tym, że w świecie poza tajnymi misjami istnieje normalne życie - i nie byłoby dobrze, gdyby te dwie sfery się w pewnym momencie zazębiły. Rodzinność - chociaż już w innym wymiarze - wychodzi jeszcze w kwestii związków. Ben do tej pory zawsze podkochiwał się w Erice. Od czasu, gdy z Zoe ustalił, że nie przeniosą relacji na inny poziom - w zachowaniach tych dwojga nie ma już swobody. Sytuacji nie poprawia fakt, że najlepszy przyjaciel Bena i Zoe mają sporo wspólnych tematów i najwyraźniej dobrze się razem bawią. Ben nie wie, czy będzie w stanie uporządkować swoje uczucia: wprawdzie Erica nie pozostawiła mu żadnej nadziei, a Zoe wydaje się czasami zazdrosna, jednak czy to może być podstawa do zbudowania poważniejszych relacji - w warunkach ustawicznego zagrożenia... Stuart Gibbs nadzieję swoim młodym odbiorcom pozostawia, coś sugeruje, ale nie wyczerpuje tematu.
"Szkoła Szpiegów podbija Europę" to wyprawa oryginalna z perspektywy bohaterów. Siatka Pająka sięga daleko - ale najpierw trzeba wykonać detektywistyczną pracę. Oto kluczyk od skrytki, bez żadnych danych - trzeba zgadnąć, co tym kluczykiem można otworzyć. Stąd pierwszy cel: Wielka Brytania. Drugim celem jest Francja, a apogeum akcji rozgrywać się będzie na szczycie wieży Eiffela, autor przeprowadzi bohaterów przez muzealny szlak. Co ciekawe, Ben ma swoje ulubione muzea, miejsca, które chętnie by odwiedził - chociaż podczas misji nie jest to za bardzo możliwe. Brawura nie opuszcza tajnych agentów, można zatem jak zwykle liczyć na szybką akcję. "Szkoła Szpiegów podbija Europę" to kolejna powieść w stylu, który czytelnicy świetnie już poznali - nie liczą się tu żadne opisy, chodzi o humor i tempo wydarzeń, bardzo w stylu filmów sensacyjnych. To nic, że fabuła jest nieprawdopodobna - tego czytelnicy oczekują i to właśnie dostaną. Stuart Gibbs wie, jak przyciągać młodych czytelników do lektury - zapewnia im prostą rozrywkę.
Kryzys domowy
Stuart Gibbs tym razem trochę bardziej przypomina sobie o rodzinach. Najpierw na cel bierze Erikę Hale. Jej rodzice się rozstali, ale pozostają w zawodowych relacjach. Problem w tym, że Alexander czuje się coraz bardziej upokorzony i niepotrzebny - to może stać się wstępem do większych problemów psychicznych, a przecież w Szkole Szpiegów nie ma czasu na rozterki tego rodzaju - liczy się skuteczność w akcji, o innych sprawach zwyczajnie się nie mówi. Alexander też nie może przyznawać się do słabości - mimo wszystko chce zachować godność. Przecież pozostaje pod krytycznym spojrzeniem żony i córki - najlepszej w Szkole Szpiegów. Drugi motyw rodzinny pojawia się w chwili, gdy Ben Ripley uświadamia sobie, że jego bliskich może spotkać coś złego. Agenci Pająka są bezwzględni i stanowią prawdziwe zagrożenie nie tylko dla uczniów Szkoły Szpiegów. Mimo kolejnych misji nie udaje się ich pokonać - ale są w stanie nawet rozszerzyć swoje szantaże. Ben naukę w Szkole Szpiegów musi trzymać w tajemnicy - udaje, że ma stypendium w zupełnie innej placówce. Ale nie myśli o tym, że w świecie poza tajnymi misjami istnieje normalne życie - i nie byłoby dobrze, gdyby te dwie sfery się w pewnym momencie zazębiły. Rodzinność - chociaż już w innym wymiarze - wychodzi jeszcze w kwestii związków. Ben do tej pory zawsze podkochiwał się w Erice. Od czasu, gdy z Zoe ustalił, że nie przeniosą relacji na inny poziom - w zachowaniach tych dwojga nie ma już swobody. Sytuacji nie poprawia fakt, że najlepszy przyjaciel Bena i Zoe mają sporo wspólnych tematów i najwyraźniej dobrze się razem bawią. Ben nie wie, czy będzie w stanie uporządkować swoje uczucia: wprawdzie Erica nie pozostawiła mu żadnej nadziei, a Zoe wydaje się czasami zazdrosna, jednak czy to może być podstawa do zbudowania poważniejszych relacji - w warunkach ustawicznego zagrożenia... Stuart Gibbs nadzieję swoim młodym odbiorcom pozostawia, coś sugeruje, ale nie wyczerpuje tematu.
"Szkoła Szpiegów podbija Europę" to wyprawa oryginalna z perspektywy bohaterów. Siatka Pająka sięga daleko - ale najpierw trzeba wykonać detektywistyczną pracę. Oto kluczyk od skrytki, bez żadnych danych - trzeba zgadnąć, co tym kluczykiem można otworzyć. Stąd pierwszy cel: Wielka Brytania. Drugim celem jest Francja, a apogeum akcji rozgrywać się będzie na szczycie wieży Eiffela, autor przeprowadzi bohaterów przez muzealny szlak. Co ciekawe, Ben ma swoje ulubione muzea, miejsca, które chętnie by odwiedził - chociaż podczas misji nie jest to za bardzo możliwe. Brawura nie opuszcza tajnych agentów, można zatem jak zwykle liczyć na szybką akcję. "Szkoła Szpiegów podbija Europę" to kolejna powieść w stylu, który czytelnicy świetnie już poznali - nie liczą się tu żadne opisy, chodzi o humor i tempo wydarzeń, bardzo w stylu filmów sensacyjnych. To nic, że fabuła jest nieprawdopodobna - tego czytelnicy oczekują i to właśnie dostaną. Stuart Gibbs wie, jak przyciągać młodych czytelników do lektury - zapewnia im prostą rozrywkę.
niedziela, 11 lutego 2024
Layla Martinez: Kornik
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2024.
Cienie
Ten dom jest antytezą wszystkich rodzinnych i ciepłych domów. Ten dom zapewnia schronienie, ale nie spokój – przynajmniej tak mogłoby się wydawać komuś z zewnątrz, kto przekroczyłby jego próg. Domowniczki nauczyły się w nim funkcjonować i przestały zwracać uwagę na nieboszczyków wyzierających z każdego kąta. W tym domu niepodzielnie królują cienie – duchy zmarłych – i tylko one się liczą, sprawy żyjących schodzą na daleki plan. Ale taki to już świat, świat zawężony do małej wioski, tu nikogo nie dziwi obecność istot z innego wymiaru: trzeba się pogodzić z ich obecnością, a czasami w ogóle surowo wychowywać – duch, któremu zmiażdży się obcasem rękę, albo którego się odkopnie, następnym razem zastanowi się, zanim podejdzie i spróbuje zaczepić żyjącego. Babki duchy nie dziwią, wie o nich sporo. Wnuczka też zdążyła już przekonać się, jak istnieć pomiędzy zjawami – nawet jeśli marzy o wyrwaniu się w świat, zna już swój los i nie będzie nawet przesadnie się szarpać, żeby oderwać się od korzeni. I tak jej się to nie uda, równie dobrze może poświęcić całą energię na przyzwyczajanie się do swojego domu. Który przecież ostatecznie nie jest taki zły, bo lepsze są strachy oswojone niż obce. W tym gęsto zaludnionym (chociaż nie przez żywych) domu każda sytuacja zyskuje oryginalny wymiar niejako z definicji: tu nie da się wieść normalnego życia, nawet jeśli problemy są zupełnie normalne i naturalne. Śmierć niczego nie kończy, narodziny nie są powodem do świętowania (zwłaszcza jeśli to narodziny nieślubnego i w gruncie rzeczy niespecjalnie chcianego dziecka). Młodsze pokolenia muszą podporządkować się starszym, nawet jeśli mają własną wizję tego, jak być powinno. Ten, kto rozstał się ze światem, powraca już w innym wymiarze i może nawiązywać kontakt z domownikami – ale na własnych warunkach. Nic tu nie będzie krzepiące ani przyjazne, stary dom wypełniają tajemnicze odgłosy, za które trudno byłoby winić wyłącznie korniki – duchy zalegają w szafach i pod łóżkami, wystawiają swoje kończyny z różnych miejsc i czasami czepiają się ubrań przechodzących. Tak już jest, nic się na to nie poradzi.
Layla Martinez snuje opowieść niezwykłą. Z pozoru oniryczną i nieprawdopodobną – jednak kiedy zagłębić się w nią i odrzeć z sensacyjnych tonów powierzchniowej narracji, odkrywa się w niej prawdy o ludziach, ich tęsknotach i potrzebach. Ten dom wydaje się niegościnny i odpychający – w rzeczywistości jest jednak azylem, jedynym dostępnym w obliczu nieprzyjaznych sąsiadów. Schronienie dają dawne zwyczaje, wierzenia i tradycje, świadomość własnego pochodzenia i relacje z bliskimi – to wszystko powody, dla których nie można oderwać się od przeszłości, choćby i najmniej akceptowanej. Layla Martinez stawia na narrację śpiewną i niezwykłą, to niemal słowotok, w którym idealnie trafnie rysują się kolejne wydarzenia i interpersonalne kontakty. Dwugłosowa opowieść – babki i wnuczki – to tylko dwa różne ujęcia tej samej, powtarzanej zawsze, wizji. Nie ma tu miejsca na tworzenie nowych przestrzeni, na zrywanie z bagażem rodowych doświadczeń – od tego nigdy się nie ucieknie, nawet jeśli bardzo się tego potrzebuje. Zmarli czepiają się żyjących i przytrzymują ich przy sobie, pozwalając odkrywać, co w życiu liczy się najbardziej. A wszystko w poetyckiej otoczce, kompletnie pozbawionej moralizatorstwa i wątpliwości.
Cienie
Ten dom jest antytezą wszystkich rodzinnych i ciepłych domów. Ten dom zapewnia schronienie, ale nie spokój – przynajmniej tak mogłoby się wydawać komuś z zewnątrz, kto przekroczyłby jego próg. Domowniczki nauczyły się w nim funkcjonować i przestały zwracać uwagę na nieboszczyków wyzierających z każdego kąta. W tym domu niepodzielnie królują cienie – duchy zmarłych – i tylko one się liczą, sprawy żyjących schodzą na daleki plan. Ale taki to już świat, świat zawężony do małej wioski, tu nikogo nie dziwi obecność istot z innego wymiaru: trzeba się pogodzić z ich obecnością, a czasami w ogóle surowo wychowywać – duch, któremu zmiażdży się obcasem rękę, albo którego się odkopnie, następnym razem zastanowi się, zanim podejdzie i spróbuje zaczepić żyjącego. Babki duchy nie dziwią, wie o nich sporo. Wnuczka też zdążyła już przekonać się, jak istnieć pomiędzy zjawami – nawet jeśli marzy o wyrwaniu się w świat, zna już swój los i nie będzie nawet przesadnie się szarpać, żeby oderwać się od korzeni. I tak jej się to nie uda, równie dobrze może poświęcić całą energię na przyzwyczajanie się do swojego domu. Który przecież ostatecznie nie jest taki zły, bo lepsze są strachy oswojone niż obce. W tym gęsto zaludnionym (chociaż nie przez żywych) domu każda sytuacja zyskuje oryginalny wymiar niejako z definicji: tu nie da się wieść normalnego życia, nawet jeśli problemy są zupełnie normalne i naturalne. Śmierć niczego nie kończy, narodziny nie są powodem do świętowania (zwłaszcza jeśli to narodziny nieślubnego i w gruncie rzeczy niespecjalnie chcianego dziecka). Młodsze pokolenia muszą podporządkować się starszym, nawet jeśli mają własną wizję tego, jak być powinno. Ten, kto rozstał się ze światem, powraca już w innym wymiarze i może nawiązywać kontakt z domownikami – ale na własnych warunkach. Nic tu nie będzie krzepiące ani przyjazne, stary dom wypełniają tajemnicze odgłosy, za które trudno byłoby winić wyłącznie korniki – duchy zalegają w szafach i pod łóżkami, wystawiają swoje kończyny z różnych miejsc i czasami czepiają się ubrań przechodzących. Tak już jest, nic się na to nie poradzi.
Layla Martinez snuje opowieść niezwykłą. Z pozoru oniryczną i nieprawdopodobną – jednak kiedy zagłębić się w nią i odrzeć z sensacyjnych tonów powierzchniowej narracji, odkrywa się w niej prawdy o ludziach, ich tęsknotach i potrzebach. Ten dom wydaje się niegościnny i odpychający – w rzeczywistości jest jednak azylem, jedynym dostępnym w obliczu nieprzyjaznych sąsiadów. Schronienie dają dawne zwyczaje, wierzenia i tradycje, świadomość własnego pochodzenia i relacje z bliskimi – to wszystko powody, dla których nie można oderwać się od przeszłości, choćby i najmniej akceptowanej. Layla Martinez stawia na narrację śpiewną i niezwykłą, to niemal słowotok, w którym idealnie trafnie rysują się kolejne wydarzenia i interpersonalne kontakty. Dwugłosowa opowieść – babki i wnuczki – to tylko dwa różne ujęcia tej samej, powtarzanej zawsze, wizji. Nie ma tu miejsca na tworzenie nowych przestrzeni, na zrywanie z bagażem rodowych doświadczeń – od tego nigdy się nie ucieknie, nawet jeśli bardzo się tego potrzebuje. Zmarli czepiają się żyjących i przytrzymują ich przy sobie, pozwalając odkrywać, co w życiu liczy się najbardziej. A wszystko w poetyckiej otoczce, kompletnie pozbawionej moralizatorstwa i wątpliwości.
sobota, 10 lutego 2024
Michael Thompson: Każdy rok Tommy'ego Llewellyna
A, Agora, Warszawa 2024.
Obejście systemu
Tommy Llewellyn to człowiek, który nie ma łatwego życia - i chociaż o wielu bohaterach literackich można coś takiego powiedzieć, jego sytuacja faktycznie staje się bezprecedensowa. Co roku piątego stycznia - a właściwie w nocy z czwartego na piątego stycznia - wszyscy, którzy Tommy'ego znali zapominają o nim. Znikają też wszystkie ślady istnienia Tommy'ego, jego rzeczy osobiste i dokumenty. Sam Tommy nie traci pamięci. Zostaje tylko w ciuchach, w których zasnął - i na nowo musi poznawać wszystkich, których już zna. Każdego roku w swoje urodziny zaczyna od nowa życie - tyle że z czasem wpada na pomysł, jak znaleźć lukę w systemie. Musi to zrobić, jeśli chce zawalczyć o miłość z nastoletnich lat.
Michael Thompson bez problemu może przyciągnąć do lektury odbiorców - bo funduje im zagadkę, której rozwiązanie zna wyłącznie on, w dodatku życie bohatera śledzi od samego początku: od dziecka, które rzekomo ktoś podrzucił do domu rodziców. Mleczarnia, czyli dom opieki, w którym wychowuje się Tommy, później bar, w którym co roku na nowo podejmuje pracę. Co ciekawe, nie ma w tym wszystkim ani gorączki poszukiwania rozwiązania problemu (to przychodzi z czasem, kiedy już Tommy chce zapuścić gdzieś korzenie i zapewnić sobie spokojną przyszłość), ani samotności - bo przecież bohater zawsze może na kogoś liczyć. Autor nie szuka wyjaśnienia zjawiska, które nadaje ton fabule - zajmuje go wyłącznie przechytrzenie systemu, sztuczka, którą będzie mógł zastosować w swoim życiu bohater. Odpowiednia siła napędowa zapewni rytm narracji. Tommy Llewellyn stopniowo będzie mógł rozprawiać się z przeszłością i z tym, co stracił przez wszystkie Resety.
Michael Thompson stawia jednak nie tyle na fantazję w ramach nietypowego rozwoju egzystencji Tommy'ego Llewellyna, co na odczucia bohatera - a te są uniwersalne, niezależne od przemian i zachowania otoczenia. Są ludzie, w których - bez względu na stan ich pamięci - pokłada się pewne nadzieje. I chociaż każdy dzień urodzin i każdy Reset jest niespodzianką - to oczekiwania, nawet wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, dają siłę do funkcjonowania. Tommy Llewellyn poznaje przeróżne środowiska, a w każdym z nich musi stosować inne strategie przetrwania. Przy okazji dowiaduje się też czegoś ważnego o ludziach i o prawdziwej miłości. A przecież "Każdy rok Tommy'ego Llewellyna" nie jest w żaden sposób sentymentalną lekturą, wprawdzie chodzi tu o pewną relację nie do zniszczenia, ale opowieść wolna jest od romansowych tonów: a jednak ci, którzy chcą od historii właśnie damsko-męskich kontaktów, coś tutaj znajdą.
Jest to powieść rozrywkowa i trafi do szerokiego grona odbiorców dzięki odejściu od standardowych fabuł i pomysłów. Realizacja wyszła bez zarzutu, więc książka może przekonać spore grono czytelników poszukujących niebanalnych rozwiązań. Odświeżenie schematów i przy okazji eksperymentów z czasem i pamięcią tu zapewniło oryginalną opowieść.
Obejście systemu
Tommy Llewellyn to człowiek, który nie ma łatwego życia - i chociaż o wielu bohaterach literackich można coś takiego powiedzieć, jego sytuacja faktycznie staje się bezprecedensowa. Co roku piątego stycznia - a właściwie w nocy z czwartego na piątego stycznia - wszyscy, którzy Tommy'ego znali zapominają o nim. Znikają też wszystkie ślady istnienia Tommy'ego, jego rzeczy osobiste i dokumenty. Sam Tommy nie traci pamięci. Zostaje tylko w ciuchach, w których zasnął - i na nowo musi poznawać wszystkich, których już zna. Każdego roku w swoje urodziny zaczyna od nowa życie - tyle że z czasem wpada na pomysł, jak znaleźć lukę w systemie. Musi to zrobić, jeśli chce zawalczyć o miłość z nastoletnich lat.
Michael Thompson bez problemu może przyciągnąć do lektury odbiorców - bo funduje im zagadkę, której rozwiązanie zna wyłącznie on, w dodatku życie bohatera śledzi od samego początku: od dziecka, które rzekomo ktoś podrzucił do domu rodziców. Mleczarnia, czyli dom opieki, w którym wychowuje się Tommy, później bar, w którym co roku na nowo podejmuje pracę. Co ciekawe, nie ma w tym wszystkim ani gorączki poszukiwania rozwiązania problemu (to przychodzi z czasem, kiedy już Tommy chce zapuścić gdzieś korzenie i zapewnić sobie spokojną przyszłość), ani samotności - bo przecież bohater zawsze może na kogoś liczyć. Autor nie szuka wyjaśnienia zjawiska, które nadaje ton fabule - zajmuje go wyłącznie przechytrzenie systemu, sztuczka, którą będzie mógł zastosować w swoim życiu bohater. Odpowiednia siła napędowa zapewni rytm narracji. Tommy Llewellyn stopniowo będzie mógł rozprawiać się z przeszłością i z tym, co stracił przez wszystkie Resety.
Michael Thompson stawia jednak nie tyle na fantazję w ramach nietypowego rozwoju egzystencji Tommy'ego Llewellyna, co na odczucia bohatera - a te są uniwersalne, niezależne od przemian i zachowania otoczenia. Są ludzie, w których - bez względu na stan ich pamięci - pokłada się pewne nadzieje. I chociaż każdy dzień urodzin i każdy Reset jest niespodzianką - to oczekiwania, nawet wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, dają siłę do funkcjonowania. Tommy Llewellyn poznaje przeróżne środowiska, a w każdym z nich musi stosować inne strategie przetrwania. Przy okazji dowiaduje się też czegoś ważnego o ludziach i o prawdziwej miłości. A przecież "Każdy rok Tommy'ego Llewellyna" nie jest w żaden sposób sentymentalną lekturą, wprawdzie chodzi tu o pewną relację nie do zniszczenia, ale opowieść wolna jest od romansowych tonów: a jednak ci, którzy chcą od historii właśnie damsko-męskich kontaktów, coś tutaj znajdą.
Jest to powieść rozrywkowa i trafi do szerokiego grona odbiorców dzięki odejściu od standardowych fabuł i pomysłów. Realizacja wyszła bez zarzutu, więc książka może przekonać spore grono czytelników poszukujących niebanalnych rozwiązań. Odświeżenie schematów i przy okazji eksperymentów z czasem i pamięcią tu zapewniło oryginalną opowieść.
piątek, 9 lutego 2024
Olga Drenda: Słowo humoru
Karakter, Kraków 2023.
Sfera śmiechu
Olga Drenda nie zamierza ani tworzyć konkretnych teorii na temat śmiechu, ani - porządkować istniejących komentarzy badaczy komizmu, chociaż w tle może je wykorzystywać. Nie próbuje też przyglądać się tym, którzy rozśmieszają zawodowo - rezygnuje z analizowania występów kabareciarzy, stand-uperów czy aktorów grup impro - wyłamuje się jedynie w przypadku kobiet parających się satyrą, tutaj wykorzystuje klasykę (Stefania Grodzieńska i Maria Czubaszek obok Hanki Bielickiej i Ireny Kwiatkowskiej). Szuka za to humoru wszędzie tam, gdzie nie można go z automatu oczekiwać - w popkulturze. I dlatego opowiada o memach, reklamach, kampaniach prezydenckich, modach w kawałach obiegowych, trochę o polityce i trochę o papieżu, o zmianach w języku potocznym - śledzi to wszystko, co z humorem w pierwszym odruchu się nie kojarzy i pokazuje, jak śmiech towarzyszy nam na co dzień. Forma eseju umożliwia autorce dwie rzeczy: po pierwsze pozwala na swobodną opowieść, tylko trochę tematycznie porządkowaną i na pewno nie wyczerpującą zagadnienia - a po drugie, daje szansę na przeskoki czasowe. Achronologiczne wywody wykluczają nudę - nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać za kolejnym tematycznym zakrętem. Raz na tapecie znajdą się kwestie związane z humorem internetowym, żeby za chwilę wrócić do kioskowych wyborów kawałów z lat 90. - Olga Drenda nie wyklucza w opowieści o śmiechu niczego, co znajduje się w powszechnym obiegu. Nie będzie tłumaczyć, dlaczego żarty są śmieszne - za to pokaże, jakie konsekwencje miało ich istnienie w dyskursie publicznym. Nie chodzi tu o to, żeby się razem śmiać, ale żeby przypomnieć sobie motywy budzące śmiech w różnych momentach najnowszej historii. Olga Drenda sięga do zagadnień, które w roli rozśmieszaczy się nie sprawdziły, naświetla prawdopodobne cezury pozwalające na zmiany w postrzeganiu komizmu - czyli robi coś, czego badacze zwykle nie analizują. Wchodzi w przestrzeń, w której nie ma przewodników - kieruje się własnym subiektywnym odczuciem humoru. I dzięki temu ocala część wydarzeń czy zjawisk społecznych - z tego względu "Słowo humoru" będzie warte zachowania.
To publikacja, która jest rozbudowanym komentarzem, esejem sygnalizującym część ciekawostek. Autorka rezygnuje z oceniania i z precyzowania rodzajów dowcipu, pochyla się nad pomysłami marketingowców i nad klasyką. I to może najbardziej zaskakiwać - mimo popkulturowych źródeł większości przykładów pojawiają się tutaj także motywy z klasyki, zupełnie jakby odniesienia do przeszłości nierozerwalnie łączyły się z opowiadaniem o śmiechu. To wygodne punkty zaczepienia, sygnał, że autorka doskonale orientuje się w całej historii badań nad humorem - ale ma się wrażenie, że zamiast nawiązań do Siedmiu Kotów mogła jeszcze przejść do bardziej aktualnych zjawisk - rozśmieszania na miarę XXI wieku. Jest to komentarz sprawny i niewolny od osobistych wyznań - a jednocześnie spisany dość specjalistycznym językiem, Olga Drenda nie kieruje się do masowych odbiorców, chociaż to masowy humor interesuje ją najbardziej. "Słowo humoru" to znakomity prezent dla tych wszystkich, którzy cenią sobie drogowskazy związane ze śmiechem.
Sfera śmiechu
Olga Drenda nie zamierza ani tworzyć konkretnych teorii na temat śmiechu, ani - porządkować istniejących komentarzy badaczy komizmu, chociaż w tle może je wykorzystywać. Nie próbuje też przyglądać się tym, którzy rozśmieszają zawodowo - rezygnuje z analizowania występów kabareciarzy, stand-uperów czy aktorów grup impro - wyłamuje się jedynie w przypadku kobiet parających się satyrą, tutaj wykorzystuje klasykę (Stefania Grodzieńska i Maria Czubaszek obok Hanki Bielickiej i Ireny Kwiatkowskiej). Szuka za to humoru wszędzie tam, gdzie nie można go z automatu oczekiwać - w popkulturze. I dlatego opowiada o memach, reklamach, kampaniach prezydenckich, modach w kawałach obiegowych, trochę o polityce i trochę o papieżu, o zmianach w języku potocznym - śledzi to wszystko, co z humorem w pierwszym odruchu się nie kojarzy i pokazuje, jak śmiech towarzyszy nam na co dzień. Forma eseju umożliwia autorce dwie rzeczy: po pierwsze pozwala na swobodną opowieść, tylko trochę tematycznie porządkowaną i na pewno nie wyczerpującą zagadnienia - a po drugie, daje szansę na przeskoki czasowe. Achronologiczne wywody wykluczają nudę - nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać za kolejnym tematycznym zakrętem. Raz na tapecie znajdą się kwestie związane z humorem internetowym, żeby za chwilę wrócić do kioskowych wyborów kawałów z lat 90. - Olga Drenda nie wyklucza w opowieści o śmiechu niczego, co znajduje się w powszechnym obiegu. Nie będzie tłumaczyć, dlaczego żarty są śmieszne - za to pokaże, jakie konsekwencje miało ich istnienie w dyskursie publicznym. Nie chodzi tu o to, żeby się razem śmiać, ale żeby przypomnieć sobie motywy budzące śmiech w różnych momentach najnowszej historii. Olga Drenda sięga do zagadnień, które w roli rozśmieszaczy się nie sprawdziły, naświetla prawdopodobne cezury pozwalające na zmiany w postrzeganiu komizmu - czyli robi coś, czego badacze zwykle nie analizują. Wchodzi w przestrzeń, w której nie ma przewodników - kieruje się własnym subiektywnym odczuciem humoru. I dzięki temu ocala część wydarzeń czy zjawisk społecznych - z tego względu "Słowo humoru" będzie warte zachowania.
To publikacja, która jest rozbudowanym komentarzem, esejem sygnalizującym część ciekawostek. Autorka rezygnuje z oceniania i z precyzowania rodzajów dowcipu, pochyla się nad pomysłami marketingowców i nad klasyką. I to może najbardziej zaskakiwać - mimo popkulturowych źródeł większości przykładów pojawiają się tutaj także motywy z klasyki, zupełnie jakby odniesienia do przeszłości nierozerwalnie łączyły się z opowiadaniem o śmiechu. To wygodne punkty zaczepienia, sygnał, że autorka doskonale orientuje się w całej historii badań nad humorem - ale ma się wrażenie, że zamiast nawiązań do Siedmiu Kotów mogła jeszcze przejść do bardziej aktualnych zjawisk - rozśmieszania na miarę XXI wieku. Jest to komentarz sprawny i niewolny od osobistych wyznań - a jednocześnie spisany dość specjalistycznym językiem, Olga Drenda nie kieruje się do masowych odbiorców, chociaż to masowy humor interesuje ją najbardziej. "Słowo humoru" to znakomity prezent dla tych wszystkich, którzy cenią sobie drogowskazy związane ze śmiechem.
czwartek, 8 lutego 2024
Marcin Matych (Dr Nerwica): Bliskość i lęk. Jak budować lepsze relacje. Poradnik
Agora, Warszawa 2024.
Poprawa
Nie trzeba wielkich działań (na które przeważnie zwykłemu człowiekowi trudno się zdecydować, jeśli nie zostanie do tego zmuszony), żeby poprawić jakość swojego funkcjonowania w związkach, w przyjaźniach czy w rodzinie albo gronie znajomych. Marcin Matych znany jako Dr Nerwica tłumaczy, co zrobić, żeby stworzyć "trochę lepsze" relacje. "Bliskość i lęk" to książka, w której zaprzęga do pomocy Drużynę Zdrowia (czytelnicy wcześniejszej publikacji tego autora będą już wiedzieli, z kim mają do czynienia). Drużyna Zdrowia to Kapitanka, Robotnik i Mnich - trzy postacie, które zmuszą odbiorców do zastanowienia się nad sobą, a nawet do zawierania z sobą umów - żeby wyeliminować odruchowe zachowania prowadzące do wpadania wciąż w te same schematy. Wprawdzie obecność takich trzech przewodników zmusza do większego skupienia także nad lekturą - jednak jeśli ktoś jest zdeterminowany, żeby podjąć pracę nad sobą, zyska możliwość wcielenia w życie konkretnych uwag. Marcin Matych opowiada o sednie międzyludzkich relacji. Tłumaczy, jakie są pułapki w relacjach z innymi - naświetla kolejne relacje i związki, podaje też przykłady, które mają czytelnikom uświadomić, gdzie tkwi niebezpieczeństwo. Stara się autor prowadzić gawędziarską narrację, w której ciągle odnosi się do przedstawianego przez siebie systemu - Drużyna Zdrowia walczy z Lękowym Trio: wewnętrznymi głosami odpowiedzialnymi za kolejne porażki w dbaniu o siebie. Dr Nerwica odwołuje się do baśniowych bohaterów, a to pozwala mu na lekkie porady i uwagi. Łatwiej przyswoić wskazówki, które zaprezentowane są w zabawnej formie - a jeśli ktoś potrzebuje skryptu i wyliczeń zachowania - wybierze innego doradcę. Co ciekawe, Marcin Matych nie decyduje się na psychologizowanie i odwoływanie się do teorii naukowych - stawia na praktykę i na możliwość natychmiastowego poprawiania sytuacji. Mało tego: zależy mu na unikaniu radykalnych kroków, sugeruje, że wystarczy niewiele, żeby odnieść spore korzyści. "Bliskość i lęk" to książka, w której poruszana jest także kwestia bardzo aktualna (i modna przy okazji) - motyw toksycznych związków. Autor uczy, jak odróżniać relacje trudne od tych nierokujących i toksycznych - to nad tymi pierwszymi warto pracować, toksyczny partner się nie zmieni - więc nie ma co tracić energii na próby naprawienia rzeczywistości. Dzięki prostemu językowi i rezygnacji ze specjalistycznego dyskursu Marcin Matych dąży do tego, żeby trafić do jak najszerszej grupy odbiorców - żeby zapewnić czytelnikom narzędzia do naprawiania swoich relacji.
Jest to tom uniwersalny - nie chodzi tutaj wyłącznie o związki partnerskie, ale także o zachowania w kręgu bliskich. Autor sugeruje czasami nie tylko zabawy w rodzaju zaprzęgnięcia do działania wymyślonych pomocników, proponuje też między innymi rysunkowe autoanalizy: chce, żeby rozliczać się na kartce papieru z własnych kontaktów. To może uwolnić kreatywność czytelników, a także - powiedzieć im to, czego sobie nie uświadamiają. Prowadzi przede wszystkim do refleksji nad sobą i to najważniejsze - "Bliskość i lęk" to książka, w której sporo uwagi poświęca się zastanowieniu nad własnymi wyborami życiowymi. Stąd już niedaleko do poprawiania relacji.
Poprawa
Nie trzeba wielkich działań (na które przeważnie zwykłemu człowiekowi trudno się zdecydować, jeśli nie zostanie do tego zmuszony), żeby poprawić jakość swojego funkcjonowania w związkach, w przyjaźniach czy w rodzinie albo gronie znajomych. Marcin Matych znany jako Dr Nerwica tłumaczy, co zrobić, żeby stworzyć "trochę lepsze" relacje. "Bliskość i lęk" to książka, w której zaprzęga do pomocy Drużynę Zdrowia (czytelnicy wcześniejszej publikacji tego autora będą już wiedzieli, z kim mają do czynienia). Drużyna Zdrowia to Kapitanka, Robotnik i Mnich - trzy postacie, które zmuszą odbiorców do zastanowienia się nad sobą, a nawet do zawierania z sobą umów - żeby wyeliminować odruchowe zachowania prowadzące do wpadania wciąż w te same schematy. Wprawdzie obecność takich trzech przewodników zmusza do większego skupienia także nad lekturą - jednak jeśli ktoś jest zdeterminowany, żeby podjąć pracę nad sobą, zyska możliwość wcielenia w życie konkretnych uwag. Marcin Matych opowiada o sednie międzyludzkich relacji. Tłumaczy, jakie są pułapki w relacjach z innymi - naświetla kolejne relacje i związki, podaje też przykłady, które mają czytelnikom uświadomić, gdzie tkwi niebezpieczeństwo. Stara się autor prowadzić gawędziarską narrację, w której ciągle odnosi się do przedstawianego przez siebie systemu - Drużyna Zdrowia walczy z Lękowym Trio: wewnętrznymi głosami odpowiedzialnymi za kolejne porażki w dbaniu o siebie. Dr Nerwica odwołuje się do baśniowych bohaterów, a to pozwala mu na lekkie porady i uwagi. Łatwiej przyswoić wskazówki, które zaprezentowane są w zabawnej formie - a jeśli ktoś potrzebuje skryptu i wyliczeń zachowania - wybierze innego doradcę. Co ciekawe, Marcin Matych nie decyduje się na psychologizowanie i odwoływanie się do teorii naukowych - stawia na praktykę i na możliwość natychmiastowego poprawiania sytuacji. Mało tego: zależy mu na unikaniu radykalnych kroków, sugeruje, że wystarczy niewiele, żeby odnieść spore korzyści. "Bliskość i lęk" to książka, w której poruszana jest także kwestia bardzo aktualna (i modna przy okazji) - motyw toksycznych związków. Autor uczy, jak odróżniać relacje trudne od tych nierokujących i toksycznych - to nad tymi pierwszymi warto pracować, toksyczny partner się nie zmieni - więc nie ma co tracić energii na próby naprawienia rzeczywistości. Dzięki prostemu językowi i rezygnacji ze specjalistycznego dyskursu Marcin Matych dąży do tego, żeby trafić do jak najszerszej grupy odbiorców - żeby zapewnić czytelnikom narzędzia do naprawiania swoich relacji.
Jest to tom uniwersalny - nie chodzi tutaj wyłącznie o związki partnerskie, ale także o zachowania w kręgu bliskich. Autor sugeruje czasami nie tylko zabawy w rodzaju zaprzęgnięcia do działania wymyślonych pomocników, proponuje też między innymi rysunkowe autoanalizy: chce, żeby rozliczać się na kartce papieru z własnych kontaktów. To może uwolnić kreatywność czytelników, a także - powiedzieć im to, czego sobie nie uświadamiają. Prowadzi przede wszystkim do refleksji nad sobą i to najważniejsze - "Bliskość i lęk" to książka, w której sporo uwagi poświęca się zastanowieniu nad własnymi wyborami życiowymi. Stąd już niedaleko do poprawiania relacji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






