To tamto, Czarna Owca, Warszawa 2023.
Pouczenia
Trzecia książka z opowiadaniami dla dzieci - "Opowieści dla dzieci, które chcą być odważne" - to znowu zestaw historyjek nastawionych na morał i analiz, tak, żeby odbiorcy wiedzieli, jakie wnioski trzeba wyciągnąć z przedstawionych relacji. Alex Rovira i Francesc Miralles przyznają się do tego, że szukają inspiracji u różnych artystów - sięgają po narracje, które funkcjonują w dorosłej przestrzeni popfilozoficznej lub po prostu - w literaturze dla mas, nie dokonują żadnej selekcji - Antoine de Saint Exupery występuje tu obok Paula Coelho i nikomu raczej nie będzie to przeszkadzać, poeci, filozofowie, twórcy z różnych dziedzin mogą tu zaistnieć, pod warunkiem, że ich przesłania trafiają akurat w przeznaczenie tomiku. "Opowieści dla dzieci, które chcą być odważne" to zestaw prostych scenek nastawionych na pouczanie. Bohaterowie są tu prezentowani w sytuacjach, które już na pierwszy rzut oka wydają się oczywiste - nie chodzi o budowanie fabuł ani o zapoznawanie odbiorców z bohaterami - to opowiadania z tezą, wyraźną i dominującą. W narracjach nie dzieje się zatem wiele, chodzi wyłącznie o nakreślanie znaczenia konkretnych postaw. Jak wzbudzić w sobie odwagę, jak się nie poddawać, jak uruchamiać kreatywność do pokonywania problemów, jak przekuwać wady na zalety - ale też, do czego potrzebne są przeciwności losu. Każda historia to właśnie krążenie wokół ogólnego "dużego" tematu, abstrakcyjnego - ale chodzi o to, żeby dzieciom uświadamiać znaczenie kolejnych cech charakteru lub umiejętności przydatnych w budowaniu pewności siebie. Nie liczy się kształtowanie tekstów (dorośli, jeśli będą czytać swoim pociechom, w wielu opowiadaniach rozpoznają obiegowe historie), nikt nie dba tu o rozwijanie literackości i narracji - tu ważne jest wyłącznie prawienie morałów. Od czasu do czasu gdzieś przewija się forma bajki lub baśni - sceneria czy egzotyczni bohaterowie to wabik na odbiorców - ale tradycyjnych baśni tu wcale nie będzie, nikomu na tym nie zależy.
Żeby jednak nie zostawiać dzieci z puentami mówiącymi, jak żyć, autorzy decydują się na dodanie jeszcze komentarza poza opowiadaniem. Nie ufają do końca w moc przesłania (chociaż właściwie to jedyne, co definiuje historię), ale poza tym muszą przecież przyznać się do inspiracji. Naświetlają autorstwo pomysłu albo wręcz pochodzenie całej opowieści (którą na potrzeby tomiku przerobili) - żeby uniknąć oskarżeń o plagiat. Jest to wskazówka dla czytelników - jeśli akurat mieliby ochotę dowiedzieć się czegoś więcej lub sięgnąć do źródła relacji (to raczej do zainspirowanych dorosłych). Ale jest to też próba dodatkowego zaznaczenia, co w historii jest ważne - przypomnienia morału, utrwalenia go w odbiorcach. Każde opowiadanie jest o czymś innym, tytułowa odwaga jako wyznacznik tomiku jest tu celem - ale nie w poszczególnych obrazkach. Liczą się raczej sposoby na zyskanie świadomości własnych umiejętności, budowanie kreatywności i pewności siebie - które w konsekwencji zapewnią odwagę w działaniu. W związku z tym można uznać tomik za prowadzący do samorozwoju.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą To tamto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą To tamto. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 16 stycznia 2024
poniedziałek, 1 stycznia 2024
Rachel Poliquin: Muzeum dziwacznych pozostałości w ciele. Wycieczka po twoich bezużytecznych częściach, usterkach i innych dziwnych fragmentach
To tamto, Czarna Owca, Warszawa 2023.
Resztki
"Muzeum dziwacznych pozostałości w ciele. Wycieczka po twoich bezużytecznych częściach, usterkach i innych dziwnych fragmentach" to książka, która już samym tytułem może zaintrygować dzieci i przyciągnąć je do sprawdzania, jakie też fragmenty ciała są zbędne albo nadają się do określenia ich mianem usterek. Przewodnikiem po książce - i zarazem po muzeum - będzie ząb mądrości, jeden z tworów do niczego, niemieszczący się w szczęce (a dlaczego - to Rachel Poliquin wyjaśni) i przeważnie usuwany. Ząb mądrości zyskuje nietypową przyjaciółkę - znikającą nerkę. Razem przemierzają kolejne sale, żeby przedstawiać dzieciom sekrety ich ciał. I fakt, znikająca nerka będzie przyciągać do lektury cały czas - bo jej tajemnica wyjaśni się dopiero na końcu, a jej istnienie (i nieistnienie) wydaje się na tyle absurdalne, że chce się zaczekać na konkretny komentarz.
Nie ma zbyt dużo tematów, które będą tu mogły powrócić, chociaż faktycznie Rachel Poliquin gromadzi ciekawostki, jakie dzieci u siebie mogą zaobserwować. Omawia zatem i gęsią skórkę i palce, które marszczą się pod wpływem wody. Zachęca do sprawdzenia, czy ma się pewien mięsień (spotykany u jednej na dziesięć osób i w zasadzie niepotrzebny), ale wytłumaczy także, dlaczego człowiek miał ogon. Jest to zestaw ciekawostek, które zapraszają do przyglądania się własnemu ciału i poznawania go. Rozbudza w najmłodszych zainteresowanie nauką i przypomina, że nawet własne ciało skrywa wiele tajemnic.
Narracja funkcjonuje tu jak oprowadzanie po muzeum, wchodzenie do kolejnych sal z eksponatami - i te eksponaty zostają wydobyte na światło dzienne, żeby można było je dokładnie przeanalizować. Tu można zadawać najdziwniejsze pytania, nie ma mowy o nietrafionych kwestiach czy kontrowersjach. Dzieci mogą wchodzić w świat biologii i przekonywać się, że czeka je sporo odkryć. Ząb mądrości pełni funkcje komika - wprowadza sporo lekkości do popularnonaukowej opowieści. Rachel Poliquin wie, co należy zrobić, żeby dzieci zatrzymać przy lekturze. Spora w tym także rola ilustracji: Clayton Hanmer stawia na komiksowe skróty, które znakomicie pasują do humoru tekstu - to połączenie również przekona dzieci do czytania o dziwnych i niepotrzebnych fragmentach ich ciał. "Muzeum dziwacznych pozostałości w ciele" to lekturowa przygoda naukowa - i początek dążenia do zgłębiania własnych sekretów. Jest tu kolorowo, jest atrakcyjnie nie tylko dla najmłodszych - chociaż też dzieci otrzymują sporą porcję wiedzy. Książka przygotowana została tak, żeby jak największą grupę młodych odbiorców zaprosić do czytania, bazuje na naturalnej ciekawości i na tendencji rynkowej do prezentowania w literaturze czwartej publikacji o charakterze edukacyjnym. Jej siłą jest jednak dobry pomysł - zestaw rozwiązań, które zaskakują oryginalnością i wręcz odwagą twórczą.
Resztki
"Muzeum dziwacznych pozostałości w ciele. Wycieczka po twoich bezużytecznych częściach, usterkach i innych dziwnych fragmentach" to książka, która już samym tytułem może zaintrygować dzieci i przyciągnąć je do sprawdzania, jakie też fragmenty ciała są zbędne albo nadają się do określenia ich mianem usterek. Przewodnikiem po książce - i zarazem po muzeum - będzie ząb mądrości, jeden z tworów do niczego, niemieszczący się w szczęce (a dlaczego - to Rachel Poliquin wyjaśni) i przeważnie usuwany. Ząb mądrości zyskuje nietypową przyjaciółkę - znikającą nerkę. Razem przemierzają kolejne sale, żeby przedstawiać dzieciom sekrety ich ciał. I fakt, znikająca nerka będzie przyciągać do lektury cały czas - bo jej tajemnica wyjaśni się dopiero na końcu, a jej istnienie (i nieistnienie) wydaje się na tyle absurdalne, że chce się zaczekać na konkretny komentarz.
Nie ma zbyt dużo tematów, które będą tu mogły powrócić, chociaż faktycznie Rachel Poliquin gromadzi ciekawostki, jakie dzieci u siebie mogą zaobserwować. Omawia zatem i gęsią skórkę i palce, które marszczą się pod wpływem wody. Zachęca do sprawdzenia, czy ma się pewien mięsień (spotykany u jednej na dziesięć osób i w zasadzie niepotrzebny), ale wytłumaczy także, dlaczego człowiek miał ogon. Jest to zestaw ciekawostek, które zapraszają do przyglądania się własnemu ciału i poznawania go. Rozbudza w najmłodszych zainteresowanie nauką i przypomina, że nawet własne ciało skrywa wiele tajemnic.
Narracja funkcjonuje tu jak oprowadzanie po muzeum, wchodzenie do kolejnych sal z eksponatami - i te eksponaty zostają wydobyte na światło dzienne, żeby można było je dokładnie przeanalizować. Tu można zadawać najdziwniejsze pytania, nie ma mowy o nietrafionych kwestiach czy kontrowersjach. Dzieci mogą wchodzić w świat biologii i przekonywać się, że czeka je sporo odkryć. Ząb mądrości pełni funkcje komika - wprowadza sporo lekkości do popularnonaukowej opowieści. Rachel Poliquin wie, co należy zrobić, żeby dzieci zatrzymać przy lekturze. Spora w tym także rola ilustracji: Clayton Hanmer stawia na komiksowe skróty, które znakomicie pasują do humoru tekstu - to połączenie również przekona dzieci do czytania o dziwnych i niepotrzebnych fragmentach ich ciał. "Muzeum dziwacznych pozostałości w ciele" to lekturowa przygoda naukowa - i początek dążenia do zgłębiania własnych sekretów. Jest tu kolorowo, jest atrakcyjnie nie tylko dla najmłodszych - chociaż też dzieci otrzymują sporą porcję wiedzy. Książka przygotowana została tak, żeby jak największą grupę młodych odbiorców zaprosić do czytania, bazuje na naturalnej ciekawości i na tendencji rynkowej do prezentowania w literaturze czwartej publikacji o charakterze edukacyjnym. Jej siłą jest jednak dobry pomysł - zestaw rozwiązań, które zaskakują oryginalnością i wręcz odwagą twórczą.
niedziela, 29 października 2023
Gertrude Kiel: Co nam mówi niebo? Opowieść o wszechświecie i tych, którzy go badali
To tamto, Czarna Owca, Warszawa 2023.
Tajemnica ciotki
Gertrude Kiel chce przybliżyć młodym czytelnikom historię odkryć astronomicznych, ale jednocześnie myśli o tym, żeby przyciągnąć dzieci do książki i zachęcić je czymś więcej niż tylko możliwością zdobywania wiedzy. Sytuacja przedstawiona w tomie "Co nam mówi niebo. Opowieść o wszechświecie i tych, którzy go badali" wydaje się standardowa: oto William. Chłopiec, który nie może zostać sam w domu: tata aktualnie ratuje ludzi, leczy chorych w Etiopii. Mama z kolei ma szkolenie i na tydzień musi wyjechać. A to oznacza, że Williamem zaopiekuje się jedyna krewna, ciotka Gunvor. Nie należy ona do idealnych towarzyszy zabaw dla kilkulatka, William nie spodziewa się niczego dobrego. Co więcej - podejrzewa, że czeka go najgorszy tydzień w życiu. Tymczasem ciotka Gunvor, która nie ma podejścia do dzieci, nie zamierza przejmować się nowym domownikiem nad miarę. Nie interesuje się jego alergiami pokarmowymi, nie przejmuje się restrykcyjnymi porami posiłków. Mało tego, wydaje się, że pozostawi chłopca samemu sobie - wychodzi z założenia, że dziecko potrafi o siebie zadbać. William, który spodziewa się męczącego towarzystwa, może czuć się dziwnie: u ciotki na pewno jest inaczej niż w domu, ale bohater nie ma pojęcia, jak bardzo inaczej. "Co nam mówi niebo" to zestaw wykładów - opowieści, które prowadzić będzie ciotka, a które dotyczą badania kosmosu. Są tu przeskoki do zamierzchłej przeszłości, opowieści biograficzne, a także szkatułkowe relacje zamykane jako całostki w tej powieści. Chodzi o to, żeby przedstawić jak najwięcej faktów i ciekawostek. Ciotka Gunvor wie między innymi, jak doszło do mierzenia czasu w sposób znany do dzisiaj - i do czego ludziom wieki wcześniej potrzebne były gwiazdy. Nie ma tu nudy, wszystko wydaje się fascynujące - i to nie tylko dla Williama. Ten jednak zostaje wprowadzony w sprawy, nad którymi wcześniej nawet nie miał szans się zastanowić. Ciotka dzieli się swoją wiedzą i pozwala odkrywać nowe przestrzenie, a ponieważ traktuje chłopca jak dorosłego - ten czuje się doceniony i tym pilniej słucha.
Ale trzeba jakoś zachęcić do czytania dzieci, które niekoniecznie widzą w kosmosie szansę na ciekawe opowieści. Dlatego też przed pierwszym wykładem William mocno cierpi: chociaż znalazł klucz do dotarcia do nieprzystępnej ciotki i umiejętnie go wykorzystuje, bardzo chciałby skorzystać z toalety, tymczasem każde pytanie prowadzi do kolejnych rozbudowanych tłumaczeń. W efekcie wyobraźnia odbiorców kierowana jest z kosmosu na sprawy znacznie bardziej przyziemne, ale też komiczne dla czytelników. Ponadto pojawia się też powracający jak refren huk o niewiadomym dla chłopca pochodzeniu: ciotka nie chce wytłumaczyć, co tak hałasuje, więc William będzie musiał sam odkryć źródło harmidru. A to kolejna przygoda. "Co nam mówi niebo" nie jest do końca statyczną opowieścią, pojawia się tu mnóstwo ciekawostek i niespodzianek dla odbiorców - książka została przygotowana tak, żeby usatysfakcjonowani nią byli odbiorcy poszukujący literackich doświadczeń oraz ci, którzy są zainteresowani badaniem kosmosu. Gertrude Kiel wie, jak przemycać wiadomości w powieści, która głównie w tym celu powstała.
Tajemnica ciotki
Gertrude Kiel chce przybliżyć młodym czytelnikom historię odkryć astronomicznych, ale jednocześnie myśli o tym, żeby przyciągnąć dzieci do książki i zachęcić je czymś więcej niż tylko możliwością zdobywania wiedzy. Sytuacja przedstawiona w tomie "Co nam mówi niebo. Opowieść o wszechświecie i tych, którzy go badali" wydaje się standardowa: oto William. Chłopiec, który nie może zostać sam w domu: tata aktualnie ratuje ludzi, leczy chorych w Etiopii. Mama z kolei ma szkolenie i na tydzień musi wyjechać. A to oznacza, że Williamem zaopiekuje się jedyna krewna, ciotka Gunvor. Nie należy ona do idealnych towarzyszy zabaw dla kilkulatka, William nie spodziewa się niczego dobrego. Co więcej - podejrzewa, że czeka go najgorszy tydzień w życiu. Tymczasem ciotka Gunvor, która nie ma podejścia do dzieci, nie zamierza przejmować się nowym domownikiem nad miarę. Nie interesuje się jego alergiami pokarmowymi, nie przejmuje się restrykcyjnymi porami posiłków. Mało tego, wydaje się, że pozostawi chłopca samemu sobie - wychodzi z założenia, że dziecko potrafi o siebie zadbać. William, który spodziewa się męczącego towarzystwa, może czuć się dziwnie: u ciotki na pewno jest inaczej niż w domu, ale bohater nie ma pojęcia, jak bardzo inaczej. "Co nam mówi niebo" to zestaw wykładów - opowieści, które prowadzić będzie ciotka, a które dotyczą badania kosmosu. Są tu przeskoki do zamierzchłej przeszłości, opowieści biograficzne, a także szkatułkowe relacje zamykane jako całostki w tej powieści. Chodzi o to, żeby przedstawić jak najwięcej faktów i ciekawostek. Ciotka Gunvor wie między innymi, jak doszło do mierzenia czasu w sposób znany do dzisiaj - i do czego ludziom wieki wcześniej potrzebne były gwiazdy. Nie ma tu nudy, wszystko wydaje się fascynujące - i to nie tylko dla Williama. Ten jednak zostaje wprowadzony w sprawy, nad którymi wcześniej nawet nie miał szans się zastanowić. Ciotka dzieli się swoją wiedzą i pozwala odkrywać nowe przestrzenie, a ponieważ traktuje chłopca jak dorosłego - ten czuje się doceniony i tym pilniej słucha.
Ale trzeba jakoś zachęcić do czytania dzieci, które niekoniecznie widzą w kosmosie szansę na ciekawe opowieści. Dlatego też przed pierwszym wykładem William mocno cierpi: chociaż znalazł klucz do dotarcia do nieprzystępnej ciotki i umiejętnie go wykorzystuje, bardzo chciałby skorzystać z toalety, tymczasem każde pytanie prowadzi do kolejnych rozbudowanych tłumaczeń. W efekcie wyobraźnia odbiorców kierowana jest z kosmosu na sprawy znacznie bardziej przyziemne, ale też komiczne dla czytelników. Ponadto pojawia się też powracający jak refren huk o niewiadomym dla chłopca pochodzeniu: ciotka nie chce wytłumaczyć, co tak hałasuje, więc William będzie musiał sam odkryć źródło harmidru. A to kolejna przygoda. "Co nam mówi niebo" nie jest do końca statyczną opowieścią, pojawia się tu mnóstwo ciekawostek i niespodzianek dla odbiorców - książka została przygotowana tak, żeby usatysfakcjonowani nią byli odbiorcy poszukujący literackich doświadczeń oraz ci, którzy są zainteresowani badaniem kosmosu. Gertrude Kiel wie, jak przemycać wiadomości w powieści, która głównie w tym celu powstała.
wtorek, 10 października 2023
Clive Gifford: Szokujące liczby
To tamto, Czarna Owca, Warszawa 2023.
Porównywanie
"Szokujące liczby" to książka, która wpisuje się w charakterystyczny na rynku literatury czwartej nurt picture booków edukacyjnych - wprowadzających w świadomość najmłodszych zestaw dość przypadkowo zebranych faktów zapadających w pamięć dzięki absurdalnym skojarzeniom i zestawieniom. To równocześnie kolejny sposób pewnego rodzaju porządkowania świata za sprawą określonego tematu. "Szokujące liczby" to nie podróż w krainę matematyki, nie będzie tutaj ani działań, ani zadań - pojawią się za to ciekawostki bazujące na zestawieniach urozmaicanych wielkości i na odwołaniach do wyobraźni odbiorców, którzy uzyskają odniesienia dla abstrakcyjnych, jak mogłoby się wydawać, wiadomości. Clive Gifford poszukuje tutaj danych z przeróżnych dziedzin, nie ma w zasadzie żadnych wytycznych - to książka o wszystkim. Pierwsza rozkładówka przynosi przegląd historii planety przeskalowanej do jednego roku: w związku z tym czas mierzy się tu w sekundach, żeby najmłodsi mogli pojąć ogrom dziejów. Równie intrygujące dla najmłodszych może być to, o czym na co dzień słyszą, ale czego nie mają szans zobaczyć - opowieść o bakteriach w ludzkim ciele. Znajdą się tu wiadomości o uderzeniach piorunów, o plastiku (i problemach z niego płynących - w kontekście zanieczyszczenia środowiska i zdrowia zwierząt), o złocie, o komarach czy o porównaniu składu chemicznego człowieka i smartfona. Są tu ciekawostki ze świata sportu (zwłaszcza wyjątkowe rekordy) i ze świata zwierząt, ekologia powraca w wycinanych lasach deszczowych i w wymierających (lub odkrywanych) gatunkach stworzeń albo w topnieniu lodu na Antarktydzie. Najmłodsi odbiorcy dowiedzą się nawet, ile kontenerów z towarami krąży po wszystkich wodach w chwili, kiedy to czytają. Widać wyraźnie, że po pierwsze Clive Gifford nie chce się w żaden sposób ograniczać i pozostawać w jednej sferze tematycznej, chociaż to krzewienie świadomości proekologicznej powraca tu jak refren - a po drugie - odwołuje się do faktów, które być może dzieciom wcale nie są do szczęścia potrzebne, ale które mają moc i wywołają silne wrażenie. Nie chodzi tu przecież o zapamiętywanie liczb, a o efekt wow, to publikacja rozrywkowa, więc tak warto do niej podchodzić. Guilherme Karsten wprowadza tu ilustracje - wydobywa z każdego tematu motyw wiodący, coś, co ma szansę stanowić niemal marketingowy chwyt dla dzieci - i uwypukla to na rozkładówkach.
"Szokujące liczby" to bardzo krótki picture book bazujący na nietypowych skojarzeniach i porównaniach. Clive Gifford wie, że same liczby nic dzieciom nie wyjaśnią, dlatego też zestawia odległe od siebie światy, dzięki którym to zestawieniom może dzieci zaszokować, zadziwić albo przynajmniej rozśmieszyć. Tak przekona też do czytania - pokaże, że w książkach znaleźć można nietypowe wiadomości - do zaimponowania innym. "Szokujące liczby" to tomik ciekawy z punktu widzenia dzieci zadających pytania - może stać się punktem wyjścia do dalszego odkrywania świata, może też przynieść sporo niespodzianek lub nieoczekiwanych kierunków zainteresowań. Warto po niego sięgnąć - choćby dla abstrakcyjnej rozrywki. Clive Gifford przeprowadza przez zestaw ciekawostek obojętnych dla codzienności (albo zbyt odległych, albo zbyt globalnych, albo nieosiągalnych jeszcze dla zwykłego dziecka), a jednak urzeka.
Porównywanie
"Szokujące liczby" to książka, która wpisuje się w charakterystyczny na rynku literatury czwartej nurt picture booków edukacyjnych - wprowadzających w świadomość najmłodszych zestaw dość przypadkowo zebranych faktów zapadających w pamięć dzięki absurdalnym skojarzeniom i zestawieniom. To równocześnie kolejny sposób pewnego rodzaju porządkowania świata za sprawą określonego tematu. "Szokujące liczby" to nie podróż w krainę matematyki, nie będzie tutaj ani działań, ani zadań - pojawią się za to ciekawostki bazujące na zestawieniach urozmaicanych wielkości i na odwołaniach do wyobraźni odbiorców, którzy uzyskają odniesienia dla abstrakcyjnych, jak mogłoby się wydawać, wiadomości. Clive Gifford poszukuje tutaj danych z przeróżnych dziedzin, nie ma w zasadzie żadnych wytycznych - to książka o wszystkim. Pierwsza rozkładówka przynosi przegląd historii planety przeskalowanej do jednego roku: w związku z tym czas mierzy się tu w sekundach, żeby najmłodsi mogli pojąć ogrom dziejów. Równie intrygujące dla najmłodszych może być to, o czym na co dzień słyszą, ale czego nie mają szans zobaczyć - opowieść o bakteriach w ludzkim ciele. Znajdą się tu wiadomości o uderzeniach piorunów, o plastiku (i problemach z niego płynących - w kontekście zanieczyszczenia środowiska i zdrowia zwierząt), o złocie, o komarach czy o porównaniu składu chemicznego człowieka i smartfona. Są tu ciekawostki ze świata sportu (zwłaszcza wyjątkowe rekordy) i ze świata zwierząt, ekologia powraca w wycinanych lasach deszczowych i w wymierających (lub odkrywanych) gatunkach stworzeń albo w topnieniu lodu na Antarktydzie. Najmłodsi odbiorcy dowiedzą się nawet, ile kontenerów z towarami krąży po wszystkich wodach w chwili, kiedy to czytają. Widać wyraźnie, że po pierwsze Clive Gifford nie chce się w żaden sposób ograniczać i pozostawać w jednej sferze tematycznej, chociaż to krzewienie świadomości proekologicznej powraca tu jak refren - a po drugie - odwołuje się do faktów, które być może dzieciom wcale nie są do szczęścia potrzebne, ale które mają moc i wywołają silne wrażenie. Nie chodzi tu przecież o zapamiętywanie liczb, a o efekt wow, to publikacja rozrywkowa, więc tak warto do niej podchodzić. Guilherme Karsten wprowadza tu ilustracje - wydobywa z każdego tematu motyw wiodący, coś, co ma szansę stanowić niemal marketingowy chwyt dla dzieci - i uwypukla to na rozkładówkach.
"Szokujące liczby" to bardzo krótki picture book bazujący na nietypowych skojarzeniach i porównaniach. Clive Gifford wie, że same liczby nic dzieciom nie wyjaśnią, dlatego też zestawia odległe od siebie światy, dzięki którym to zestawieniom może dzieci zaszokować, zadziwić albo przynajmniej rozśmieszyć. Tak przekona też do czytania - pokaże, że w książkach znaleźć można nietypowe wiadomości - do zaimponowania innym. "Szokujące liczby" to tomik ciekawy z punktu widzenia dzieci zadających pytania - może stać się punktem wyjścia do dalszego odkrywania świata, może też przynieść sporo niespodzianek lub nieoczekiwanych kierunków zainteresowań. Warto po niego sięgnąć - choćby dla abstrakcyjnej rozrywki. Clive Gifford przeprowadza przez zestaw ciekawostek obojętnych dla codzienności (albo zbyt odległych, albo zbyt globalnych, albo nieosiągalnych jeszcze dla zwykłego dziecka), a jednak urzeka.
niedziela, 27 sierpnia 2023
Till The Cat: Marcin. Pora spać
To tamto, Czarna Owca, Warszawa 2023.
Znaczenie odpoczynku
W serii o Marcinie tomik "Pora spać" przyda się rodzicom jako wsparcie. Każdy zna przecież udrękę związaną z ciągłym tłumaczeniem dziecku, że musi się położyć. Maluchy są przekonane, że podczas ich snu dzieją się naokoło najciekawsze rzeczy - w których one same nie mogą brać udziału. W dodatku każdemu kilkulatkowi wydaje się, że ma niewyczerpane zasoby energii i że sen zwyczajnie jest mu niepotrzebny. Marcin nie stanowi tu przecież wyjątku, tak samo jak każdy z odbiorców serii i tego konkretnego tomiku. Till The Cat wykazuje się dobrym zmysłem obserwacji. Oto Marcin - dzieciak, który nie ma zamiaru tracić czasu na sen. Wie nawet, jak przechytrzyć rodziców, którzy sprawdzają, czy na pewno się położył. Jeśli tylko oszuka wszystkich (nawet dziadka Kłaczka), ma szansę sprawdzić, jak to jest - nie spać. Jednak lekcja jest dość bolesna: Marcin następnego dnia nie ma ochoty na zabawę z kolegami, nie ma cierpliwości nawet do swoich przyjaciół: odstrasza ich i sprawia im przykrość. Jest marudny i zmęczony - traci znacznie więcej niż gdyby zwyczajnie przespał całą nudną noc. Przecież i tak nic się nie dzieje: dziadek siedzi przy komputerze, a Marcin tylko bawi się zabawkami - robi coś, co mógłby robić w ciągu dnia. Noc nie zapewnia żadnych nadprogramowych atrakcji, za to zarwana noc to katastrofa i klęska następnego dnia. Teraz Marcin już wie, bo przetestował to na własnej skórze - sen jest ważny. Może o tym opowiedzieć odbiorcom. Oby jak najszybciej, żeby nikt nie tracił czasu na niepotrzebne eksperymenty.
Bohater serii Marcin sam nie wyciągnąłby wniosków co do przyczyn swojego stanu. Raczej trudno od kilkulatka wymagać, żeby powiązał fakty i dostrzegł zależność między brakiem snu w części nocy a rozdrażnieniem następnego dnia - na szczęście odpowiednimi wyjaśnieniami służą dorośli z jego otoczenia. I tak chłopiec dowiaduje się od dziadka, że sen dla człowieka jest jak ładowanie baterii w smartfonie. Kiedy już nabierze pewności co do prawdziwości tych słów, może tłumaczyć zjawisko swoim maskotkom - to tak, jakby zwracał się do odbiorców, ale bez pouczania ich. Till The Cat wybiera zatem dobry sposób na wprowadzenie puenty wychowawczej. "Marcin. Pora spać" to książka ważna dla najmłodszych, powinna znaleźć się w każdym domu - żeby mali odbiorcy nie musieli samodzielnie sprawdzać tego, co Marcin dla nich przetestował.
Oczywiście cała zgrabnie poprowadzona historia nadaje się na lekturę przed snem, rozmiar jest w sam raz, a i punkty do przemyśleń pasują do dobranockowych opowieści. Tomik jest picture bookiem - z przyjemnymi dla oka ilustracjami podbijającymi tempo fabuły. Dopracowana starannie została ta publikacja, stworzona z myślą o najmłodszych i wspierająca rodziców. Warto zwrócić uwagę na tę książkę, robi sporo dobrego dla dzieci i ich rodziców, ułatwia też rozmowy o wzajemnych oczekiwaniach. Marcin daje dobry przykład, ale nie męczy swoją doskonałością, wręcz przeciwnie - pozwala sobie na rzeczy zakazane, przez co jeszcze bardziej przypadnie do gustu czytelnikom.
Znaczenie odpoczynku
W serii o Marcinie tomik "Pora spać" przyda się rodzicom jako wsparcie. Każdy zna przecież udrękę związaną z ciągłym tłumaczeniem dziecku, że musi się położyć. Maluchy są przekonane, że podczas ich snu dzieją się naokoło najciekawsze rzeczy - w których one same nie mogą brać udziału. W dodatku każdemu kilkulatkowi wydaje się, że ma niewyczerpane zasoby energii i że sen zwyczajnie jest mu niepotrzebny. Marcin nie stanowi tu przecież wyjątku, tak samo jak każdy z odbiorców serii i tego konkretnego tomiku. Till The Cat wykazuje się dobrym zmysłem obserwacji. Oto Marcin - dzieciak, który nie ma zamiaru tracić czasu na sen. Wie nawet, jak przechytrzyć rodziców, którzy sprawdzają, czy na pewno się położył. Jeśli tylko oszuka wszystkich (nawet dziadka Kłaczka), ma szansę sprawdzić, jak to jest - nie spać. Jednak lekcja jest dość bolesna: Marcin następnego dnia nie ma ochoty na zabawę z kolegami, nie ma cierpliwości nawet do swoich przyjaciół: odstrasza ich i sprawia im przykrość. Jest marudny i zmęczony - traci znacznie więcej niż gdyby zwyczajnie przespał całą nudną noc. Przecież i tak nic się nie dzieje: dziadek siedzi przy komputerze, a Marcin tylko bawi się zabawkami - robi coś, co mógłby robić w ciągu dnia. Noc nie zapewnia żadnych nadprogramowych atrakcji, za to zarwana noc to katastrofa i klęska następnego dnia. Teraz Marcin już wie, bo przetestował to na własnej skórze - sen jest ważny. Może o tym opowiedzieć odbiorcom. Oby jak najszybciej, żeby nikt nie tracił czasu na niepotrzebne eksperymenty.
Bohater serii Marcin sam nie wyciągnąłby wniosków co do przyczyn swojego stanu. Raczej trudno od kilkulatka wymagać, żeby powiązał fakty i dostrzegł zależność między brakiem snu w części nocy a rozdrażnieniem następnego dnia - na szczęście odpowiednimi wyjaśnieniami służą dorośli z jego otoczenia. I tak chłopiec dowiaduje się od dziadka, że sen dla człowieka jest jak ładowanie baterii w smartfonie. Kiedy już nabierze pewności co do prawdziwości tych słów, może tłumaczyć zjawisko swoim maskotkom - to tak, jakby zwracał się do odbiorców, ale bez pouczania ich. Till The Cat wybiera zatem dobry sposób na wprowadzenie puenty wychowawczej. "Marcin. Pora spać" to książka ważna dla najmłodszych, powinna znaleźć się w każdym domu - żeby mali odbiorcy nie musieli samodzielnie sprawdzać tego, co Marcin dla nich przetestował.
Oczywiście cała zgrabnie poprowadzona historia nadaje się na lekturę przed snem, rozmiar jest w sam raz, a i punkty do przemyśleń pasują do dobranockowych opowieści. Tomik jest picture bookiem - z przyjemnymi dla oka ilustracjami podbijającymi tempo fabuły. Dopracowana starannie została ta publikacja, stworzona z myślą o najmłodszych i wspierająca rodziców. Warto zwrócić uwagę na tę książkę, robi sporo dobrego dla dzieci i ich rodziców, ułatwia też rozmowy o wzajemnych oczekiwaniach. Marcin daje dobry przykład, ale nie męczy swoją doskonałością, wręcz przeciwnie - pozwala sobie na rzeczy zakazane, przez co jeszcze bardziej przypadnie do gustu czytelnikom.
środa, 23 sierpnia 2023
dr Dawn Huebner: Jak dogadać się z rodzeństwem
To tamto, Czarna Owca, Warszawa 2023.
Zrozumieć
Jest to bardzo ważna i ciekawie przygotowana książka dla dzieci, które nie są jedynakami i potrzebują wiedzy na temat porozumiewania się z najbliższymi. Do tego prowadzą między innymi rozszyfrowane emocje czy "tresury": dr Dawn Huebner prowadzi tę opowieść tak, żeby rozśmieszyć małych odbiorców i przy okazji zapisać im w pamięci kilka ważnych rad. Nieprzypadkowo zmusza na początku lektury odbiorców do wyobrażenia sobie posiadania psa: wyimaginowany zwierzak będzie stanowić punkt odniesienia i przykład od kolejnych ćwiczeń. Bo tak samo jak nie można wymagać od psa, nawet najbardziej inteligentnego, żeby ścielił łóżko, tak też trudno jest przekonać rodzeństwo, żeby robiło coś wbrew naturze czy charakterowi (maluchy muszą być w ruchu i dotykiem sprawdzać różne rzeczy, nawet jeśli prosi się je, żeby czegoś nie niszczyły - nastolatki z kolei będą godzinami przesiadywać w łazience lub wyładowywać swoje złe nastroje na każdym, kto się akurat napatoczy - i tego nie da się zmienić, za to można zmienić własne nastawienie i rozwiązać problemy inaczej). Nie będzie łatwo - w końcu tomik wymaga pracy nad sobą, a nie nad innymi. Ale ponieważ autorka sięga po rozmaite sztuczki, łącznie z tresowaniem rodzeństwa - może wywołać zainteresowanie i chęć sprawdzenia w praktyce porad. Niecodziennie przecież ma się możliwość programowania reakcji brata lub siostry i to zupełnie legalnie.
Autorka wie, jak kłótnie między rodzeństwem wyglądają z perspektywy rodziców - i tych przestrzega przed wtrącaniem się w jakiekolwiek spory. W końcu walki toczą się przede wszystkim o uwagę dorosłych, nie można zatem forować jednej ze stron. Jeśli rodzice wycofają się z takich domowych konfliktów, jest znacznie większa szansa, że dzieci dogadają się między sobą. To oczywiście nie jest jedyna wskazówka. Autorka doskonale zdaje sobie sprawę, że czasami trzeba uciec się do bardziej skomplikowanych metod, proponuje zatem różne rozwiązania, od pozytywnego myślenia i rezygnowania z impulsywnych reakcji (raczej trudne do osiągnięcia od razu, ale Dawn Huebner o tym uprzedza) aż po stworzenie kontraktu, którego obie strony będą przestrzegać. Są tu próby wcielania się w drugą stronę i przypominanie o rzeczach nie do pokonania - nie da się walczyć z tym, co bierze się na przykład z problemów dojrzewania albo ze zwykłych etapów rozwoju u kilkulatków. Nie ma sensu złościć się i reagować gniewem czy żalem, jeśli można podstępem nakłonić rodzeństwo do realizowania własnych planów. W dodatku Dawn Huebner sięga również do tematu sprawiedliwości i pokazuje, że identyczność to nie to samo, co sprawiedliwość. Przekonuje dzieci do tego, do czego nie dadzą ich rady przekonać rodzice, pozwala na spokojne obmyślenie strategii i pokazuje, że są rozwiązania niesiłowe, które dobrze mogą się sprawdzić. Słowem, Dawn Huebner daje dzieciom przewagę, a rodzicom spokój - umożliwia pokojowe dogadanie się w każdych okolicznościach. Do tego proponuje, żeby książkę wykorzystywać kreatywnie: czasami trzeba będzie w niej coś dorysować albo zapisać, żeby jeszcze lepiej utrwalić sobie wiadomości.
Zrozumieć
Jest to bardzo ważna i ciekawie przygotowana książka dla dzieci, które nie są jedynakami i potrzebują wiedzy na temat porozumiewania się z najbliższymi. Do tego prowadzą między innymi rozszyfrowane emocje czy "tresury": dr Dawn Huebner prowadzi tę opowieść tak, żeby rozśmieszyć małych odbiorców i przy okazji zapisać im w pamięci kilka ważnych rad. Nieprzypadkowo zmusza na początku lektury odbiorców do wyobrażenia sobie posiadania psa: wyimaginowany zwierzak będzie stanowić punkt odniesienia i przykład od kolejnych ćwiczeń. Bo tak samo jak nie można wymagać od psa, nawet najbardziej inteligentnego, żeby ścielił łóżko, tak też trudno jest przekonać rodzeństwo, żeby robiło coś wbrew naturze czy charakterowi (maluchy muszą być w ruchu i dotykiem sprawdzać różne rzeczy, nawet jeśli prosi się je, żeby czegoś nie niszczyły - nastolatki z kolei będą godzinami przesiadywać w łazience lub wyładowywać swoje złe nastroje na każdym, kto się akurat napatoczy - i tego nie da się zmienić, za to można zmienić własne nastawienie i rozwiązać problemy inaczej). Nie będzie łatwo - w końcu tomik wymaga pracy nad sobą, a nie nad innymi. Ale ponieważ autorka sięga po rozmaite sztuczki, łącznie z tresowaniem rodzeństwa - może wywołać zainteresowanie i chęć sprawdzenia w praktyce porad. Niecodziennie przecież ma się możliwość programowania reakcji brata lub siostry i to zupełnie legalnie.
Autorka wie, jak kłótnie między rodzeństwem wyglądają z perspektywy rodziców - i tych przestrzega przed wtrącaniem się w jakiekolwiek spory. W końcu walki toczą się przede wszystkim o uwagę dorosłych, nie można zatem forować jednej ze stron. Jeśli rodzice wycofają się z takich domowych konfliktów, jest znacznie większa szansa, że dzieci dogadają się między sobą. To oczywiście nie jest jedyna wskazówka. Autorka doskonale zdaje sobie sprawę, że czasami trzeba uciec się do bardziej skomplikowanych metod, proponuje zatem różne rozwiązania, od pozytywnego myślenia i rezygnowania z impulsywnych reakcji (raczej trudne do osiągnięcia od razu, ale Dawn Huebner o tym uprzedza) aż po stworzenie kontraktu, którego obie strony będą przestrzegać. Są tu próby wcielania się w drugą stronę i przypominanie o rzeczach nie do pokonania - nie da się walczyć z tym, co bierze się na przykład z problemów dojrzewania albo ze zwykłych etapów rozwoju u kilkulatków. Nie ma sensu złościć się i reagować gniewem czy żalem, jeśli można podstępem nakłonić rodzeństwo do realizowania własnych planów. W dodatku Dawn Huebner sięga również do tematu sprawiedliwości i pokazuje, że identyczność to nie to samo, co sprawiedliwość. Przekonuje dzieci do tego, do czego nie dadzą ich rady przekonać rodzice, pozwala na spokojne obmyślenie strategii i pokazuje, że są rozwiązania niesiłowe, które dobrze mogą się sprawdzić. Słowem, Dawn Huebner daje dzieciom przewagę, a rodzicom spokój - umożliwia pokojowe dogadanie się w każdych okolicznościach. Do tego proponuje, żeby książkę wykorzystywać kreatywnie: czasami trzeba będzie w niej coś dorysować albo zapisać, żeby jeszcze lepiej utrwalić sobie wiadomości.
poniedziałek, 14 sierpnia 2023
Till The Cat: Marcin. Czas przed ekranem
To tamto, Czarna Owca, Warszawa 2023.
Odwyk
Tym razem Marcin całkiem nieźle punktuje swoich bliskich, pokolenie rodziców i dziadków. Kiedy dowiaduje się, że nie powinien spędzać tak dużo czasu przed ekranem (wszystko jedno - smartfona czy telewizora), kontrargumentuje: przecież dorośli siedzą przed ekranami bez przerwy. I trudno odmówić mu racji - w końcu dziecko obserwuje nie tylko swoją rodzinę podczas spędzania każdej wolnej chwili przed ekranami, widzi też, że mama podsuwa młodszej siostrze Marcina smartfon, żeby zapewnić sobie spokój w poczekalni u lekarza, dziadkowie drzemią przed telewizorem, a tata włącza smartfona nawet wtedy, kiedy jedzie samochodem (co prawda wykorzystuje go do pokazywania trasy, ale przecież - znów spędza czas przed ekranem). Mało tego: jeden z dziadków pracuje przy testowaniu gier, więc i on musi wykonywać zajęcie, którego zabrania się Marcinowi. Marcin nie zna innych sposobów spędzania czasu, bo też i nikt mu ich nie pokazuje - dopiero mama wykorzystuje filmiki z internetu, żeby zainspirować syna do twórczych działań.
Problem z uzależnieniem od ekranów dostrzeżony jest dopiero wtedy, gdy Marcin zaczyna spóźniać się na gorącą kolację czy na kąpiel - bo chce najpierw dokończyć to, co robił na smartfonie, tablecie albo przed telewizorem. Inaczej prawdopodobnie nie zostałby w ogóle zaznaczony - bo przecież wszyscy tak się zachowują. Na szczęście Till The Cat wysyła sygnał ostrzegawczy dla odbiorców, także dla rodziców, którzy będą swoim pociechom czytać książeczkę o Marcinie. Dzieci przekonać może fakt, że problem dotyczy całej rodziny, nie tylko Marcina - wszyscy potrzebują ograniczenia czasu spędzanego przed ekranem, a dziadek nawet podpowiada, jak to zrobić. Dzięki temu chłopiec nie ma już problemu z uzależnieniem, są dni, kiedy w ogóle nie musi zaglądać do telefonu.
"Marcin. Czas przed ekranem" to książeczka, która zwraca uwagę na zagadnienie do niedawna w ogóle nieobecne w literaturze czwartej. Wraz z nastaniem ery gadżetów elektronicznych problem zaczyna się rozrastać - i sporo w tym winy samych dorosłych, którzy często traktują tablety i smartfony jako najłatwiejszą rozrywkę dla swoich kilkulatków. Telewizor jako źródło rozrywki to już właściwie przeżytek - nic dziwnego, że tylko u dziadków gra na okrągło, dzieci wybierają bardziej interaktywne rozrywki i nowe media. Till The Cat zaznacza, że nie można rozwiązać problemu zakazami - trzeba dać dobry przykład dziecku, w przeciwnym razie uzna ono decyzję rodziców za niesprawiedliwą i nie będzie chciało przestrzegać obowiązujących w domu reguł. "Marcin. Czas przed ekranem" to zatem publikacja bardzo na czasie i przez to także ciekawa dla dzieci. Może stać się niezbędna w domach, w których nadużywa się elektronicznych rozrywek - choćby po to, żeby łatwiej było przekonać dzieci do konieczności ograniczania ich (Marcin przekonuje się, że wcale mu się nie nudzi, kiedy nie zagląda do smartfona). Warto przypominać odbiorcom, że nowe media to nie wszystko, że mogą się dobrze bawić poza komputerami i smartfonami.
Odwyk
Tym razem Marcin całkiem nieźle punktuje swoich bliskich, pokolenie rodziców i dziadków. Kiedy dowiaduje się, że nie powinien spędzać tak dużo czasu przed ekranem (wszystko jedno - smartfona czy telewizora), kontrargumentuje: przecież dorośli siedzą przed ekranami bez przerwy. I trudno odmówić mu racji - w końcu dziecko obserwuje nie tylko swoją rodzinę podczas spędzania każdej wolnej chwili przed ekranami, widzi też, że mama podsuwa młodszej siostrze Marcina smartfon, żeby zapewnić sobie spokój w poczekalni u lekarza, dziadkowie drzemią przed telewizorem, a tata włącza smartfona nawet wtedy, kiedy jedzie samochodem (co prawda wykorzystuje go do pokazywania trasy, ale przecież - znów spędza czas przed ekranem). Mało tego: jeden z dziadków pracuje przy testowaniu gier, więc i on musi wykonywać zajęcie, którego zabrania się Marcinowi. Marcin nie zna innych sposobów spędzania czasu, bo też i nikt mu ich nie pokazuje - dopiero mama wykorzystuje filmiki z internetu, żeby zainspirować syna do twórczych działań.
Problem z uzależnieniem od ekranów dostrzeżony jest dopiero wtedy, gdy Marcin zaczyna spóźniać się na gorącą kolację czy na kąpiel - bo chce najpierw dokończyć to, co robił na smartfonie, tablecie albo przed telewizorem. Inaczej prawdopodobnie nie zostałby w ogóle zaznaczony - bo przecież wszyscy tak się zachowują. Na szczęście Till The Cat wysyła sygnał ostrzegawczy dla odbiorców, także dla rodziców, którzy będą swoim pociechom czytać książeczkę o Marcinie. Dzieci przekonać może fakt, że problem dotyczy całej rodziny, nie tylko Marcina - wszyscy potrzebują ograniczenia czasu spędzanego przed ekranem, a dziadek nawet podpowiada, jak to zrobić. Dzięki temu chłopiec nie ma już problemu z uzależnieniem, są dni, kiedy w ogóle nie musi zaglądać do telefonu.
"Marcin. Czas przed ekranem" to książeczka, która zwraca uwagę na zagadnienie do niedawna w ogóle nieobecne w literaturze czwartej. Wraz z nastaniem ery gadżetów elektronicznych problem zaczyna się rozrastać - i sporo w tym winy samych dorosłych, którzy często traktują tablety i smartfony jako najłatwiejszą rozrywkę dla swoich kilkulatków. Telewizor jako źródło rozrywki to już właściwie przeżytek - nic dziwnego, że tylko u dziadków gra na okrągło, dzieci wybierają bardziej interaktywne rozrywki i nowe media. Till The Cat zaznacza, że nie można rozwiązać problemu zakazami - trzeba dać dobry przykład dziecku, w przeciwnym razie uzna ono decyzję rodziców za niesprawiedliwą i nie będzie chciało przestrzegać obowiązujących w domu reguł. "Marcin. Czas przed ekranem" to zatem publikacja bardzo na czasie i przez to także ciekawa dla dzieci. Może stać się niezbędna w domach, w których nadużywa się elektronicznych rozrywek - choćby po to, żeby łatwiej było przekonać dzieci do konieczności ograniczania ich (Marcin przekonuje się, że wcale mu się nie nudzi, kiedy nie zagląda do smartfona). Warto przypominać odbiorcom, że nowe media to nie wszystko, że mogą się dobrze bawić poza komputerami i smartfonami.
środa, 9 sierpnia 2023
Nora Dåsnes: Z ręką na sercu
To tamto, Czarna Owca, Warszawa 2023.
Wybory serca
Nora Dåsnes tworzy powieść komiksową, w której wielu odbiorców się odnajdzie i to wcale nie ze względu na fascynację homoseksualną (właściwie nawet jeszcze o seksualności nie ma tu co mówić, dzieci po prostu lubią spędzać ze sobą czas i tylko nazywają to "chodzeniem" - przeważnie rozmawiają ze sobą na czatach lub forach i na tym polega kwintesencja ich związków: dla dwunastolatek to zwyczajne i nie ma potrzeby poszerzać doświadczeń o coś więcej). Tuva trochę się martwi: nie dość, że jak na razie się w nikim nie zakochała (a jej najlepsza przyjaciółka już coś takiego przeżywa i w zasadzie jest stracona dla paczki), nie dość, że się nie maluje i nie rosną jej piersi (płaska jak deska dziewczynka przegląda się w lustrze i nie widzi żadnej szansy na to, że kiedyś będzie miała biust), to jeszcze nie może przestać myśleć o nowej koleżance. Zresztą żaden z kolegów nie nadaje się na obiekt westchnień, każdy ma jakieś wady, a wszyscy co do jednego wydają się bardzo dziecinni. Tuva tak naprawdę chciałaby dalej bawić się w budowanie bazy w lesie i skupiać na próbach orkiestry - a nie zajmować problemami dojrzewania. Dobre i to, że zawsze - nawet kiedy koleżanki się od niej odwrócą - może znaleźć wsparcie w tacie. Tata, samotny rodzic, staje na wysokości zadania w każdej sytuacji, można z nim porozmawiać o wszystkim, a w dodatku jest bardzo postępowy. Warto zresztą traktować go jako powiernika, bo czasami ma pomysły na rozwiązanie sytuacji bez wyjścia.
Na razie jednak Tuva jest trochę wystraszona. Nie dość, że odkrywa swoje zauroczenie nową znajomą (a kolejne podobieństwa tylko utwierdzają ją w tym przekonaniu), nie dość, że przeżywa każde serduszko wysłane na czacie i bez przerwy analizuje treści wiadomości, to jeszcze traci kontakt ze swoimi dotychczasowymi przyjaciółkami. Jedna właśnie zaczęła chodzić z chłopakiem i to jemu poświęca najwięcej czasu, czuje się bardziej dorosła i bardziej doświadczona. Druga kwestionuje sens zakochiwania się i odrzuca jakiekolwiek sercowe problemy. W takiej relacji bardzo łatwo o kłótnie. Tuva tak naprawdę jest w swoich dylematach naiwna (podobnie jak naiwnie zachowują się jej przyjaciółki) - ale Nora Dåsnes jest w tej historii bardzo przekonująca, wie, jak zachowują się dzieci wchodzące w wiek dojrzewania i trafnie to prezentuje. Cała powieść komiksowa utrzymana jest w formie pamiętnika Tuvy: dziewczynka chce zapisać cały zeszyt swoimi doświadczeniami: zapisać albo zarysować, bo czasami wygodniej jej przejść na narrację obrazkową, a ponieważ świetnie wychodzi jej odwzorowywanie emocji na obrazkach, przyciągnie jeszcze więcej odbiorczyń. Jest to książka wartościowa i ważna ze względu na prawdziwość emocji - autorka trafi dzięki temu do szerokiego grona czytelniczek. Tuva przeżywa różne dylematy, które z pewnością podzielą z nią odbiorczynie - warto jej zaufać i przyjrzeć się z dystansu charakterystycznym dla młodych ludzi zachowaniom, Tuva bardzo dużo wyjaśnia i pozwala zrozumieć rzeczy, o których nastolatki nie mają pojęcia - a które stają się jasne dopiero po latach. Autorka nie wyśmiewa problemów bohaterek, nie bagatelizuje ich dramatów, choćby wydawały się dorosłym bezsensowne. I na tym polega siła książki.
Wybory serca
Nora Dåsnes tworzy powieść komiksową, w której wielu odbiorców się odnajdzie i to wcale nie ze względu na fascynację homoseksualną (właściwie nawet jeszcze o seksualności nie ma tu co mówić, dzieci po prostu lubią spędzać ze sobą czas i tylko nazywają to "chodzeniem" - przeważnie rozmawiają ze sobą na czatach lub forach i na tym polega kwintesencja ich związków: dla dwunastolatek to zwyczajne i nie ma potrzeby poszerzać doświadczeń o coś więcej). Tuva trochę się martwi: nie dość, że jak na razie się w nikim nie zakochała (a jej najlepsza przyjaciółka już coś takiego przeżywa i w zasadzie jest stracona dla paczki), nie dość, że się nie maluje i nie rosną jej piersi (płaska jak deska dziewczynka przegląda się w lustrze i nie widzi żadnej szansy na to, że kiedyś będzie miała biust), to jeszcze nie może przestać myśleć o nowej koleżance. Zresztą żaden z kolegów nie nadaje się na obiekt westchnień, każdy ma jakieś wady, a wszyscy co do jednego wydają się bardzo dziecinni. Tuva tak naprawdę chciałaby dalej bawić się w budowanie bazy w lesie i skupiać na próbach orkiestry - a nie zajmować problemami dojrzewania. Dobre i to, że zawsze - nawet kiedy koleżanki się od niej odwrócą - może znaleźć wsparcie w tacie. Tata, samotny rodzic, staje na wysokości zadania w każdej sytuacji, można z nim porozmawiać o wszystkim, a w dodatku jest bardzo postępowy. Warto zresztą traktować go jako powiernika, bo czasami ma pomysły na rozwiązanie sytuacji bez wyjścia.
Na razie jednak Tuva jest trochę wystraszona. Nie dość, że odkrywa swoje zauroczenie nową znajomą (a kolejne podobieństwa tylko utwierdzają ją w tym przekonaniu), nie dość, że przeżywa każde serduszko wysłane na czacie i bez przerwy analizuje treści wiadomości, to jeszcze traci kontakt ze swoimi dotychczasowymi przyjaciółkami. Jedna właśnie zaczęła chodzić z chłopakiem i to jemu poświęca najwięcej czasu, czuje się bardziej dorosła i bardziej doświadczona. Druga kwestionuje sens zakochiwania się i odrzuca jakiekolwiek sercowe problemy. W takiej relacji bardzo łatwo o kłótnie. Tuva tak naprawdę jest w swoich dylematach naiwna (podobnie jak naiwnie zachowują się jej przyjaciółki) - ale Nora Dåsnes jest w tej historii bardzo przekonująca, wie, jak zachowują się dzieci wchodzące w wiek dojrzewania i trafnie to prezentuje. Cała powieść komiksowa utrzymana jest w formie pamiętnika Tuvy: dziewczynka chce zapisać cały zeszyt swoimi doświadczeniami: zapisać albo zarysować, bo czasami wygodniej jej przejść na narrację obrazkową, a ponieważ świetnie wychodzi jej odwzorowywanie emocji na obrazkach, przyciągnie jeszcze więcej odbiorczyń. Jest to książka wartościowa i ważna ze względu na prawdziwość emocji - autorka trafi dzięki temu do szerokiego grona czytelniczek. Tuva przeżywa różne dylematy, które z pewnością podzielą z nią odbiorczynie - warto jej zaufać i przyjrzeć się z dystansu charakterystycznym dla młodych ludzi zachowaniom, Tuva bardzo dużo wyjaśnia i pozwala zrozumieć rzeczy, o których nastolatki nie mają pojęcia - a które stają się jasne dopiero po latach. Autorka nie wyśmiewa problemów bohaterek, nie bagatelizuje ich dramatów, choćby wydawały się dorosłym bezsensowne. I na tym polega siła książki.
sobota, 5 sierpnia 2023
Till The Cat: Marcin. Nie lubię tego!
To tamto, Czarna Owca, Warszawa 2023.
Sposób na grymasy
Marcin to jeden z wielu bohaterów, którzy poznają świat po to, żeby przekazać wnioski małym odbiorcom. Chłopiec, który testuje różne rzeczy i przyznaje się do różnych uczuć staje się rodzajem autorytetu dla kilkulatków - nic więc dziwnego, że Till The Cat i Carine Hinder wykorzystują tę postać do dawania dzieciom dobrego przykładu i do rozwiewania wątpliwości. Obrazkowa krótka historyjka świetnie nadaje się na lekturę przed snem - a cała seria budzi sympatię dzieci i ich rodziców. "Marcin. Nie lubię tego!" to opowieść o eksperymentach i uprzedzeniach kulinarnych - utrapieniu każdego dorosłego, który musi przekonać pociechę do zdrowej diety i do próbowania nowych potraw.
Fabuła jest bardzo prosta: Marcin zagląda do kuchni, w której tata przyrządza właśnie warzywne danie - i z miejsca uznaje, że tego nie lubi, nie chce nawet spróbować. Tylko u dziadków testuje nowe smaki i tam raczej rzadko kaprysi - przekonuje się, że różne nowe dania mogą być ciekawe i smaczne. Problem zaczyna się wtedy, gdy babcia przyznaje, że dorośli stosują różne sztuczki, żeby przekonać dzieci do jedzenia warzyw. Teraz Marcin podejrzliwie patrzy nawet na działania własnych rodziców. Dopiero pomoc w kuchni i samodzielne wymyślanie przepisów warzywnych sprawi, że chłopiec zmienia podejście - przestaje narzekać i najpierw próbuje potrawy, zanim oceni, czy ją lubi czy też nie. Może to być rozwiązanie i podpowiedź dla czytelników - a zwłaszcza dla ich rodziców - tyle że wymaga cierpliwości i wspólnej pracy. Chyba że jakiś kilkulatek postanowi brać przykład z dzielnego Marcina i zechce go naśladować w sprawdzaniu jakości jedzenia. "Marcin. Nie lubię tego!" to zatem wykorzystanie częstego w zwykłych domach motywu - inspiracja z codzienności. Mały bohater tłumaczy swoim rówieśnikom - odbiorcom - dlaczego warto mimo uprzedzeń sprawdzać, co dorośli oferują na talerzu, bo może to przynieść kolejne nowe ulubione smaki. Jest to książeczka całkiem przyjemna i mimo oczywistego kierunku akcji także dość zaskakująca dla małych czytelników - można zatem podążać za Marcinem i inspirować się nim, albo spróbować porozmawiać z rodzicami o możliwościach, które zyskuje mały bohater. Bez prawienia morałów i bez szukania podstępów da się zatem nakłonić maluchy do szukania nowych ulubionych dań, albo przynajmniej przymierzyć się do wprowadzania takich zmian - Marcin zachęca swoim doświadczeniem do podobnych zachowań, jest też drogowskazem dla rodziców, zwłaszcza tych, którym brakuje już wyobraźni i siły do szukania argumentów dla swoich pociech. Marcin to bohater przekazujący dzieciom ważne treści za pomocą prostej obyczajowej bajki z codziennego życia, to trochę jak chłopięcy odpowiednik Basi z książeczek Zofii Staneckiej - w sam raz dla kilkulatków, które lubią wiedzieć i wzorować się na książkowych postaciach.
Sposób na grymasy
Marcin to jeden z wielu bohaterów, którzy poznają świat po to, żeby przekazać wnioski małym odbiorcom. Chłopiec, który testuje różne rzeczy i przyznaje się do różnych uczuć staje się rodzajem autorytetu dla kilkulatków - nic więc dziwnego, że Till The Cat i Carine Hinder wykorzystują tę postać do dawania dzieciom dobrego przykładu i do rozwiewania wątpliwości. Obrazkowa krótka historyjka świetnie nadaje się na lekturę przed snem - a cała seria budzi sympatię dzieci i ich rodziców. "Marcin. Nie lubię tego!" to opowieść o eksperymentach i uprzedzeniach kulinarnych - utrapieniu każdego dorosłego, który musi przekonać pociechę do zdrowej diety i do próbowania nowych potraw.
Fabuła jest bardzo prosta: Marcin zagląda do kuchni, w której tata przyrządza właśnie warzywne danie - i z miejsca uznaje, że tego nie lubi, nie chce nawet spróbować. Tylko u dziadków testuje nowe smaki i tam raczej rzadko kaprysi - przekonuje się, że różne nowe dania mogą być ciekawe i smaczne. Problem zaczyna się wtedy, gdy babcia przyznaje, że dorośli stosują różne sztuczki, żeby przekonać dzieci do jedzenia warzyw. Teraz Marcin podejrzliwie patrzy nawet na działania własnych rodziców. Dopiero pomoc w kuchni i samodzielne wymyślanie przepisów warzywnych sprawi, że chłopiec zmienia podejście - przestaje narzekać i najpierw próbuje potrawy, zanim oceni, czy ją lubi czy też nie. Może to być rozwiązanie i podpowiedź dla czytelników - a zwłaszcza dla ich rodziców - tyle że wymaga cierpliwości i wspólnej pracy. Chyba że jakiś kilkulatek postanowi brać przykład z dzielnego Marcina i zechce go naśladować w sprawdzaniu jakości jedzenia. "Marcin. Nie lubię tego!" to zatem wykorzystanie częstego w zwykłych domach motywu - inspiracja z codzienności. Mały bohater tłumaczy swoim rówieśnikom - odbiorcom - dlaczego warto mimo uprzedzeń sprawdzać, co dorośli oferują na talerzu, bo może to przynieść kolejne nowe ulubione smaki. Jest to książeczka całkiem przyjemna i mimo oczywistego kierunku akcji także dość zaskakująca dla małych czytelników - można zatem podążać za Marcinem i inspirować się nim, albo spróbować porozmawiać z rodzicami o możliwościach, które zyskuje mały bohater. Bez prawienia morałów i bez szukania podstępów da się zatem nakłonić maluchy do szukania nowych ulubionych dań, albo przynajmniej przymierzyć się do wprowadzania takich zmian - Marcin zachęca swoim doświadczeniem do podobnych zachowań, jest też drogowskazem dla rodziców, zwłaszcza tych, którym brakuje już wyobraźni i siły do szukania argumentów dla swoich pociech. Marcin to bohater przekazujący dzieciom ważne treści za pomocą prostej obyczajowej bajki z codziennego życia, to trochę jak chłopięcy odpowiednik Basi z książeczek Zofii Staneckiej - w sam raz dla kilkulatków, które lubią wiedzieć i wzorować się na książkowych postaciach.
niedziela, 28 maja 2023
Tyler Feder: Ciała są super
To tamto, Warszawa 2023.
Różnorodność
Tyler Feder tworzy przesłanie na zasadzie wyliczanki lub mantry. Książka "Ciała są super" to picture book kierowany do dzieci i przygotowany tak, by każdy wyciągnął z lektury jeden wniosek, zawarty w tytule. Odbiorcy mogą przyjrzeć się różnym kształtom ciała i różnym niedoskonałościom, żeby dowiedzieć się, że nie ma powodów do odrzucania kogoś czy komentowania jego wyglądu. Cała książka zbudowana jest w prosty sposób: oto pojawiają się w niej kolejne statyczne scenki - wyimki z różnych gęsto zaludnionych aktualnie miejsc. Ludzie w pociągu, w sali baletowej, pod malowanym murem, na pikniku albo przy ognisku, w kinie, na targu, na basenie czy na plaży, ludzie zajęci wspólnymi celami albo odpoczywający, ludzie bawiący się razem lub spożywający posiłki. Albo zbliżenia na dłonie lub nogi ludzi - bo i takie propozycje rozkładówek się tu pojawiają. Każda rozkładówka to też inny "temat" w wyliczance, kończącej się zawsze sformułowaniem "ciała są super": autorka przypomina, że ciała są super niezależnie od koloru skóry, kształtu kolan, wieku, wielkości brzucha, blizn, plam, owłosienia itp. Dba o to, żeby na każdej ilustracji był jak największy przekrój społeczny i "rasowy", wiekowy i płciowy. Bohaterowie różnią się od siebie bardzo, niektórzy mają protezy zamiast nóg, inni - włosy pod pachami, jeszcze inni są przeraźliwie chudzi, albo - wprost przeciwnie, ich ciała stają się karykaturalnie wielkie za sprawą potężnej nadwagi. Niektórzy mają tatuaże, inni nie widzą, jeszcze inni poruszają się na wózku inwalidzkim. Ktoś ma filmowy uśmiech, ktoś inny jest szczerbaty. Sylwetki są przeróżne i często nieproporcjonalne, wszystko po to, żeby uświadomić odbiorcom, że ludzie są różni i wszyscy w swoich ciałach wyjątkowi. Taka lekcja do zaakceptowania własnego ciała i oswojenia się z odmiennością (co ma prowadzić także do akceptowania innych ludzi bez względu na ich niedoskonałości) wydaje się bardzo prosta, ale być może właśnie najmłodszemu pokoleniu jest potrzebna. Mijają już czasy, kiedy noszenie okularów stawało się powodem do wykluczenia z grupy kilkulatków - teraz można znaleźć znacznie więcej motywów do oswajania - inność przejawia się na różne sposoby i nigdy nie jest czymś, co należałoby piętnować albo w ogóle wskazywać. Dlatego też autorka nie zwraca uwagi na konkretnych bohaterów, pozwala, żeby dzieci same odkrywały detale na rysunkach i przekonywały się, że każdy może robić to, o czym marzy, bez wytykania palcami (i bez bycia wytykanym przez innych). To prosta droga do lekcji szacunku i przyzwyczajania najmłodszych do tego, że ludzie różnią się od siebie i nie należy tego wskazywać. Tyler Feder nie tłumaczy, dlaczego - po prostu powtarza jak mantrę tytułowe hasło i liczy na to, że dzieci przyzwyczają się do niego. Nawet jeśli w małych odbiorcach będą budzić się wątpliwości: czy ciało przedstawione na rysunku jest wygodne dla właściciela, czy sportretowany człowiek może z czystym sumieniem powiedzieć, że jego ciało jest super - autorka przez przedstawianie pełnej akceptacji może przyzwyczaić do myśli, że należy doceniać każde ciało, bez względu na możliwości, jakie daje i ograniczenia, jakie stwarza.
Różnorodność
Tyler Feder tworzy przesłanie na zasadzie wyliczanki lub mantry. Książka "Ciała są super" to picture book kierowany do dzieci i przygotowany tak, by każdy wyciągnął z lektury jeden wniosek, zawarty w tytule. Odbiorcy mogą przyjrzeć się różnym kształtom ciała i różnym niedoskonałościom, żeby dowiedzieć się, że nie ma powodów do odrzucania kogoś czy komentowania jego wyglądu. Cała książka zbudowana jest w prosty sposób: oto pojawiają się w niej kolejne statyczne scenki - wyimki z różnych gęsto zaludnionych aktualnie miejsc. Ludzie w pociągu, w sali baletowej, pod malowanym murem, na pikniku albo przy ognisku, w kinie, na targu, na basenie czy na plaży, ludzie zajęci wspólnymi celami albo odpoczywający, ludzie bawiący się razem lub spożywający posiłki. Albo zbliżenia na dłonie lub nogi ludzi - bo i takie propozycje rozkładówek się tu pojawiają. Każda rozkładówka to też inny "temat" w wyliczance, kończącej się zawsze sformułowaniem "ciała są super": autorka przypomina, że ciała są super niezależnie od koloru skóry, kształtu kolan, wieku, wielkości brzucha, blizn, plam, owłosienia itp. Dba o to, żeby na każdej ilustracji był jak największy przekrój społeczny i "rasowy", wiekowy i płciowy. Bohaterowie różnią się od siebie bardzo, niektórzy mają protezy zamiast nóg, inni - włosy pod pachami, jeszcze inni są przeraźliwie chudzi, albo - wprost przeciwnie, ich ciała stają się karykaturalnie wielkie za sprawą potężnej nadwagi. Niektórzy mają tatuaże, inni nie widzą, jeszcze inni poruszają się na wózku inwalidzkim. Ktoś ma filmowy uśmiech, ktoś inny jest szczerbaty. Sylwetki są przeróżne i często nieproporcjonalne, wszystko po to, żeby uświadomić odbiorcom, że ludzie są różni i wszyscy w swoich ciałach wyjątkowi. Taka lekcja do zaakceptowania własnego ciała i oswojenia się z odmiennością (co ma prowadzić także do akceptowania innych ludzi bez względu na ich niedoskonałości) wydaje się bardzo prosta, ale być może właśnie najmłodszemu pokoleniu jest potrzebna. Mijają już czasy, kiedy noszenie okularów stawało się powodem do wykluczenia z grupy kilkulatków - teraz można znaleźć znacznie więcej motywów do oswajania - inność przejawia się na różne sposoby i nigdy nie jest czymś, co należałoby piętnować albo w ogóle wskazywać. Dlatego też autorka nie zwraca uwagi na konkretnych bohaterów, pozwala, żeby dzieci same odkrywały detale na rysunkach i przekonywały się, że każdy może robić to, o czym marzy, bez wytykania palcami (i bez bycia wytykanym przez innych). To prosta droga do lekcji szacunku i przyzwyczajania najmłodszych do tego, że ludzie różnią się od siebie i nie należy tego wskazywać. Tyler Feder nie tłumaczy, dlaczego - po prostu powtarza jak mantrę tytułowe hasło i liczy na to, że dzieci przyzwyczają się do niego. Nawet jeśli w małych odbiorcach będą budzić się wątpliwości: czy ciało przedstawione na rysunku jest wygodne dla właściciela, czy sportretowany człowiek może z czystym sumieniem powiedzieć, że jego ciało jest super - autorka przez przedstawianie pełnej akceptacji może przyzwyczaić do myśli, że należy doceniać każde ciało, bez względu na możliwości, jakie daje i ograniczenia, jakie stwarza.
środa, 3 maja 2023
Stacy Spensley: Pozytywne zachowanie. Ćwiczenia dla dzieci
To tamto, Czarna Owca, Warszawa 2023.
Uspokojenie
Stacy Spensley wychodzi z założenia, że nie istnieją zachowania "niegrzeczne", jednak czasami dzieci powinny robić to, czego się od nich oczekuje. Słowem - nie zostawia się najmłodszym swobody wyboru działania, jeśli mogłoby to zaburzyć plany dorosłych. W związku z tym trzeba bez pouczania nauczyć małych odbiorców, co w konkretnych okolicznościach muszą praktykować. Żeby pomóc im w ograniczaniu własnych słabości lub stresotwórczych sytuacji, Stacy Spensley sięga po prosty podstęp: proponuje rozrywki i kreatywne działania prowadzące bezpośrednio do porządkowania codziennych spraw. Na przykład przygotowanie planera ma zmniejszyć problemy z poranków: dziecko samo będzie mogło sprawdzić, co po kolei powinno zrobić - a skoro będzie też uczestniczyć w procesie przygotowywania planera, czynności w nim zapisane przestaną podlegać dyskusjom. Sporo miejsca Spensley poświęca na sposoby radzenia sobie z uczuciami i na określanie swoich stanów - tak, żeby dzieci umiały się komunikować w zakresie własnych potrzeb i żeby uniknąć nieporozumień w rozmowach z nimi. Emocjometr czy chmura zmartwień to metody na wyrażanie siebie - i na poinformowanie innych o swoim stanie, co przeniesie się na większą wyrozumiałość albo możliwość dogadania się bez sporów z innymi członkami rodziny. Zdarzają się też pomysły zapożyczone z książek o samorozwoju dla dorosłych, na przykład - mantry czy mandale. Autorka uczy odbiorców, jak się relaksować i jak się uspokajać w stresujących sytuacjach. Przekonuje, że warto wsłuchiwać się w siebie i rozpoznawać własne potrzeby.
Część książki poświęcona została relacjom z innymi. To koncentrowanie się na sprawianiu innym przyjemności: dziecko może zastanowić się nad swoimi supermocami albo nad rozpoznawaniem min. Ale Spensley nie udaje, że zawsze jest pięknie i dobrze: jeśli rodzeństwo jest wyjątkowo irytujące, to można je wysłać w kosmos. I to również metoda na relaks czy na uporanie się z trudniejszymi uczuciami. Przekona, że można nauczyć się określania poziomu złości lub zgłaszania potrzeby przytulania - to wszystko pozwoli rodzicom wyjść naprzeciw oczekiwaniom najmłodszych - i ułatwi wzajemne zrozumienie. Dzięki takim ćwiczeniom dzieci dowiedzą się również, że jeśli nie mają ochoty na jakieś zachowania, zwłaszcza związane z kontaktem fizycznym, mogą odmówić. Źródeł nieporozumień Stacy Spensley upatruje między innymi w silnych emocjach - i to im poświęca ostatni rozdział książki, tak, żeby dzieci wiedziały, co robić w chwilach wielkiego wzburzenia czy poruszenia. Pozwoli im to uchronić się przed rozmaitymi błędami i szybciej wprowadzi w świat relacji społecznych.
Jest to książka nastawiona na ćwiczenie zdobytej wiedzy, mnóstwo tu zadań wykorzystujących lubiane przez dzieci działania: trzeba będzie dużo rysować i malować, uzupełniać miny (w ten sposób też ćwicząc ich rozróżnianie), wymyślać odpowiedzi na zadawane pytania - i wprowadzać te odpowiedzi w formie obrazków. Można też wykonywać różne prace plastyczne, które mają później mieć zastosowanie w codziennym życiu - będą się przydawać do zakomunikowania potrzeb i uczuć.
Uspokojenie
Stacy Spensley wychodzi z założenia, że nie istnieją zachowania "niegrzeczne", jednak czasami dzieci powinny robić to, czego się od nich oczekuje. Słowem - nie zostawia się najmłodszym swobody wyboru działania, jeśli mogłoby to zaburzyć plany dorosłych. W związku z tym trzeba bez pouczania nauczyć małych odbiorców, co w konkretnych okolicznościach muszą praktykować. Żeby pomóc im w ograniczaniu własnych słabości lub stresotwórczych sytuacji, Stacy Spensley sięga po prosty podstęp: proponuje rozrywki i kreatywne działania prowadzące bezpośrednio do porządkowania codziennych spraw. Na przykład przygotowanie planera ma zmniejszyć problemy z poranków: dziecko samo będzie mogło sprawdzić, co po kolei powinno zrobić - a skoro będzie też uczestniczyć w procesie przygotowywania planera, czynności w nim zapisane przestaną podlegać dyskusjom. Sporo miejsca Spensley poświęca na sposoby radzenia sobie z uczuciami i na określanie swoich stanów - tak, żeby dzieci umiały się komunikować w zakresie własnych potrzeb i żeby uniknąć nieporozumień w rozmowach z nimi. Emocjometr czy chmura zmartwień to metody na wyrażanie siebie - i na poinformowanie innych o swoim stanie, co przeniesie się na większą wyrozumiałość albo możliwość dogadania się bez sporów z innymi członkami rodziny. Zdarzają się też pomysły zapożyczone z książek o samorozwoju dla dorosłych, na przykład - mantry czy mandale. Autorka uczy odbiorców, jak się relaksować i jak się uspokajać w stresujących sytuacjach. Przekonuje, że warto wsłuchiwać się w siebie i rozpoznawać własne potrzeby.
Część książki poświęcona została relacjom z innymi. To koncentrowanie się na sprawianiu innym przyjemności: dziecko może zastanowić się nad swoimi supermocami albo nad rozpoznawaniem min. Ale Spensley nie udaje, że zawsze jest pięknie i dobrze: jeśli rodzeństwo jest wyjątkowo irytujące, to można je wysłać w kosmos. I to również metoda na relaks czy na uporanie się z trudniejszymi uczuciami. Przekona, że można nauczyć się określania poziomu złości lub zgłaszania potrzeby przytulania - to wszystko pozwoli rodzicom wyjść naprzeciw oczekiwaniom najmłodszych - i ułatwi wzajemne zrozumienie. Dzięki takim ćwiczeniom dzieci dowiedzą się również, że jeśli nie mają ochoty na jakieś zachowania, zwłaszcza związane z kontaktem fizycznym, mogą odmówić. Źródeł nieporozumień Stacy Spensley upatruje między innymi w silnych emocjach - i to im poświęca ostatni rozdział książki, tak, żeby dzieci wiedziały, co robić w chwilach wielkiego wzburzenia czy poruszenia. Pozwoli im to uchronić się przed rozmaitymi błędami i szybciej wprowadzi w świat relacji społecznych.
Jest to książka nastawiona na ćwiczenie zdobytej wiedzy, mnóstwo tu zadań wykorzystujących lubiane przez dzieci działania: trzeba będzie dużo rysować i malować, uzupełniać miny (w ten sposób też ćwicząc ich rozróżnianie), wymyślać odpowiedzi na zadawane pytania - i wprowadzać te odpowiedzi w formie obrazków. Można też wykonywać różne prace plastyczne, które mają później mieć zastosowanie w codziennym życiu - będą się przydawać do zakomunikowania potrzeb i uczuć.
wtorek, 25 kwietnia 2023
Diane Domo: Uczucia. Ćwiczenia dla dzieci
To tamto, Warszawa 2023.
Ćwiczenia z czucia
To książka, która kierowana jest przede wszystkim do dzieci (w różnym wieku), ale przyda się też rodzicom, opiekunom i animatorom do wspólnych zabaw pokazujących potęgę emocji i pozwalających zrozumieć, co w danej chwili czuje dziecko. "Uczucia. Ćwiczenia dla dzieci" to tomik nastawiony na praktykę: na zabawę, która pomoże w definiowaniu i rejestrowaniu konkretnych emocji. Diane Romo sięga po drobne - maksymalnie kilkuzdaniowe - przykłady, żeby odbiorcy mogli postawić się w sytuacji bohaterów i ocenić ich stan w jasno określonych sytuacjach. Czerpać przy tym mogą z własnych doświadczeń i analizować własne reakcje. Autorka zajmuje się uczuciami jako takimi, ale analizuje też, co robi ciało w obliczu uczuć, tak, żeby nawet dzieci, które nie dadzą rady odczytywać stanów ducha, dostrzegały pewne prawidłowości w tym, co wyczyniają ich organizmy. Tomik "Uczucia" pozwala też w świadomy sposób budować relacje międzyludzkie, daje szansę na porozumienie i wspólną zabawę bez trosk. Przynajmniej w teorii - bo oczywiście sporo tu uproszczeń, które zwłaszcza dzieciom trudno będzie przełożyć na codzienność. Raczej nie można się spodziewać chłodnego podejścia do tematu i uniknięcia kłótni, gdy w grę wchodzić będzie naruszanie czyjejś przestrzeni - ale o tym Diane Romo nie pisze. Wspomina za to o spokoju w sytuacjach, w których dzieciom niespecjalnie na czymś zależy. Sporo podpowiedzi dotyczących zachowań byłoby znacznie bardziej przekonujących, gdyby stosowały się do nich obie strony - trzeba będzie jednak uczulić małego odbiorcę, że nie wszyscy kierują się w życiu podobnymi zasadami.
Z pewnością przyda się ta publikacja dzieciom choćby po to, żeby uporządkować im rodzaje emocji. Wiadomości, któe przytacza autorka, utrwalą się dzięki rozmaitym ćwiczeniom - często trzeba wpisywać swoje komentarze, uwagi albo po prostu odpowiedzi. Do tego proponuje się tutaj najmłodszym sporo rysowania - zwłaszcza uzupełnianie min bohaterów pokaże dorosłym, czy dziecko dobrze zrozumiało temat i czy potrafi już łączyć fakty - odnajdować się w gąszczu uczuć. Nie ma tu miejsca na teoretyzowanie, zwłaszcza że odbiorcami tomiku mają być najmłodsi - oni potrzebują konkretów i przekazu, który dość łatwo przenosi się na zwyczajne życie i o to Diane Romo się stara. Uzyskuje dość ciekawy efekt - chociaż samo akcentowanie uczuć nie kojarzy się z atrakcyjną lekturą, tutaj nie ma mowy o nudzie. Przede wszystkim za sprawą urozmaicania opowieści - każda strona to nowe wyzwanie związane z emocjami i nowy zestaw zadań, które umożliwią dziecku lepszą orientację wśród emocji. Po takich ćwiczeniach nawet najmłodsi zyskają pewność co do własnych reakcji. Nawet jeśli dorośli nie zawsze zgadzaliby się z autorką co do "łatwości" zastosowania konkretnych porad, warto się im przyjrzeć i choćby rozważyć, żeby wiedzieć, jaki ma się wybór w najbardziej stresujących sytuacjach. "Uczucia" to książka stworzona tak, żeby zachęcić odbiorców również do działań artystycznych - dużo tu rysowania i prób przenoszenia uczuć na wizerunki bohaterów. Dzięki temu tomik bardziej spodoba się dzieciom i pozwoli im na ćwiczenie zyskiwanych właśnie umiejętności społecznych.
Ćwiczenia z czucia
To książka, która kierowana jest przede wszystkim do dzieci (w różnym wieku), ale przyda się też rodzicom, opiekunom i animatorom do wspólnych zabaw pokazujących potęgę emocji i pozwalających zrozumieć, co w danej chwili czuje dziecko. "Uczucia. Ćwiczenia dla dzieci" to tomik nastawiony na praktykę: na zabawę, która pomoże w definiowaniu i rejestrowaniu konkretnych emocji. Diane Romo sięga po drobne - maksymalnie kilkuzdaniowe - przykłady, żeby odbiorcy mogli postawić się w sytuacji bohaterów i ocenić ich stan w jasno określonych sytuacjach. Czerpać przy tym mogą z własnych doświadczeń i analizować własne reakcje. Autorka zajmuje się uczuciami jako takimi, ale analizuje też, co robi ciało w obliczu uczuć, tak, żeby nawet dzieci, które nie dadzą rady odczytywać stanów ducha, dostrzegały pewne prawidłowości w tym, co wyczyniają ich organizmy. Tomik "Uczucia" pozwala też w świadomy sposób budować relacje międzyludzkie, daje szansę na porozumienie i wspólną zabawę bez trosk. Przynajmniej w teorii - bo oczywiście sporo tu uproszczeń, które zwłaszcza dzieciom trudno będzie przełożyć na codzienność. Raczej nie można się spodziewać chłodnego podejścia do tematu i uniknięcia kłótni, gdy w grę wchodzić będzie naruszanie czyjejś przestrzeni - ale o tym Diane Romo nie pisze. Wspomina za to o spokoju w sytuacjach, w których dzieciom niespecjalnie na czymś zależy. Sporo podpowiedzi dotyczących zachowań byłoby znacznie bardziej przekonujących, gdyby stosowały się do nich obie strony - trzeba będzie jednak uczulić małego odbiorcę, że nie wszyscy kierują się w życiu podobnymi zasadami.
Z pewnością przyda się ta publikacja dzieciom choćby po to, żeby uporządkować im rodzaje emocji. Wiadomości, któe przytacza autorka, utrwalą się dzięki rozmaitym ćwiczeniom - często trzeba wpisywać swoje komentarze, uwagi albo po prostu odpowiedzi. Do tego proponuje się tutaj najmłodszym sporo rysowania - zwłaszcza uzupełnianie min bohaterów pokaże dorosłym, czy dziecko dobrze zrozumiało temat i czy potrafi już łączyć fakty - odnajdować się w gąszczu uczuć. Nie ma tu miejsca na teoretyzowanie, zwłaszcza że odbiorcami tomiku mają być najmłodsi - oni potrzebują konkretów i przekazu, który dość łatwo przenosi się na zwyczajne życie i o to Diane Romo się stara. Uzyskuje dość ciekawy efekt - chociaż samo akcentowanie uczuć nie kojarzy się z atrakcyjną lekturą, tutaj nie ma mowy o nudzie. Przede wszystkim za sprawą urozmaicania opowieści - każda strona to nowe wyzwanie związane z emocjami i nowy zestaw zadań, które umożliwią dziecku lepszą orientację wśród emocji. Po takich ćwiczeniach nawet najmłodsi zyskają pewność co do własnych reakcji. Nawet jeśli dorośli nie zawsze zgadzaliby się z autorką co do "łatwości" zastosowania konkretnych porad, warto się im przyjrzeć i choćby rozważyć, żeby wiedzieć, jaki ma się wybór w najbardziej stresujących sytuacjach. "Uczucia" to książka stworzona tak, żeby zachęcić odbiorców również do działań artystycznych - dużo tu rysowania i prób przenoszenia uczuć na wizerunki bohaterów. Dzięki temu tomik bardziej spodoba się dzieciom i pozwoli im na ćwiczenie zyskiwanych właśnie umiejętności społecznych.
niedziela, 16 kwietnia 2023
Ewa Nowak: Jagna i biały wilk
To tamto, Warszawa 2023.
Samodzielność
Ewa Nowak potrafi prowadzić opowieści zajmujące i atrakcyjne dla młodych odbiorców i w tomie "Jagna i biały wilk" nie jest inaczej, chociaż fabuła, którą autorka przedstawia, część dorosłych przerazi. Jagna - dziewczynka, która zyskała właśnie brata Tymka, adoptowanego z domu dziecka wrażliwego i wycofanego - jedzie na wakacje do babci Basi. Babcia zajmuje się lasem i czasu na niańczenie miastowych nie ma. Jagna jest do tego przyzwyczajona, razem z kolegą, Adrianem, może sama przemierzać leśne dróżki i odkrywać kolejne niespodzianki, których tu przecież nie brakuje. Ale Tymek nie umie jeszcze rozpoznawać niebezpieczeństw i radzić sobie w trudnych sytuacjach. Trzeba się nim opiekować, jednak w grę wchodzi zazdrość o "nowego": Adrian nie może pogodzić się z myślą, że nie jest już dla Jagny najważniejszy. Na razie jednak dzieci znajdują w lesie białego wilka, a właściwie wilczaka, psa asystującego, który wymaga pomocy. Wiktor - wilczak grenlandzki - to pies bardzo inteligentny i potrafi nawet doprowadzić do sytuacji, w której tonąca w bagnie samica łosia zbierze resztki sił, by ocalić swoje młode i pomoże ludziom pragnącym ją uratować. Przygód nie zabraknie, także tych pouczających dla odbiorców: Ewa Nowak przypomina o tym, żeby nie zabierać znalezionych zwierzątek, małe sarny z reguły czekają na mamy i przeniesienie ich do domu - nawet z najlepszymi intencjami - sprawi, że zwierzęta już nigdy nie będą mogły zaznać wolności. Chyba że akurat znajdzie się sprytny sposób na oszukanie natury.
Ale Ewa Nowak szykuje swoim odbiorcom faktycznie groźną przygodę: las, zwłaszcza nieznany, kryje w sobie mnóstwo pułapek. A kiedy dojdą do tego niszczycielskie zapędy człowieka, wszystko może skończyć się bardzo źle. Dość wspomnieć, że wszyscy mieszkańcy zostaną postawieni na równe nogi, by odnaleźć jednego z bohaterów. W tomie dzieje się bardzo dużo, przeważnie - w okolicach tematów powrotu do natury i umiejętności prowadzenia "dzikiego" życia z dala od cywilizacji. Las weryfikuje umiejętności, tu nie zawsze jest zasięg i najlepszym remedium na nudę jest wyjście z domu. Ale w lesie też przez cały czas jest coś do zrobienia i do przeżycia, o czym przekonuje się zwłaszcza Tymek. To moment, w którym dzieci zostają pozostawione same sobie, bo dorośli nie mają dla nich czasu - można zatem faktycznie chłonąć otoczenie i nabywać umiejętności, które może nie przydadzą się w wyścigu cywilizacyjnym, ale pozwolą na lepsze samopoznanie.
"Jagna i biały wilk" to powieść przygodowa w starym stylu, chociaż autorka co pewien czas chce skręcać w stronę opowieści psychologicznej. Nakreśla nie tylko akcję sensacyjną, sporo miejsca przeznacza również na opisywanie tego, co rozgrywa się między bohaterami. Ta książka przynosi celne obserwacje i pozwala dzieciom zastanowić się nad swoimi relacjami z innymi. Pomaga w ocenianiu, co w życiu jest najważniejsze i uczy szacunku do przyrody. Pełna dramatyzmu narracja przypadnie do gustu młodym odbiorcom, a Ewa Nowak zawsze wie, czym przyciągać młodzież do lektury.
Samodzielność
Ewa Nowak potrafi prowadzić opowieści zajmujące i atrakcyjne dla młodych odbiorców i w tomie "Jagna i biały wilk" nie jest inaczej, chociaż fabuła, którą autorka przedstawia, część dorosłych przerazi. Jagna - dziewczynka, która zyskała właśnie brata Tymka, adoptowanego z domu dziecka wrażliwego i wycofanego - jedzie na wakacje do babci Basi. Babcia zajmuje się lasem i czasu na niańczenie miastowych nie ma. Jagna jest do tego przyzwyczajona, razem z kolegą, Adrianem, może sama przemierzać leśne dróżki i odkrywać kolejne niespodzianki, których tu przecież nie brakuje. Ale Tymek nie umie jeszcze rozpoznawać niebezpieczeństw i radzić sobie w trudnych sytuacjach. Trzeba się nim opiekować, jednak w grę wchodzi zazdrość o "nowego": Adrian nie może pogodzić się z myślą, że nie jest już dla Jagny najważniejszy. Na razie jednak dzieci znajdują w lesie białego wilka, a właściwie wilczaka, psa asystującego, który wymaga pomocy. Wiktor - wilczak grenlandzki - to pies bardzo inteligentny i potrafi nawet doprowadzić do sytuacji, w której tonąca w bagnie samica łosia zbierze resztki sił, by ocalić swoje młode i pomoże ludziom pragnącym ją uratować. Przygód nie zabraknie, także tych pouczających dla odbiorców: Ewa Nowak przypomina o tym, żeby nie zabierać znalezionych zwierzątek, małe sarny z reguły czekają na mamy i przeniesienie ich do domu - nawet z najlepszymi intencjami - sprawi, że zwierzęta już nigdy nie będą mogły zaznać wolności. Chyba że akurat znajdzie się sprytny sposób na oszukanie natury.
Ale Ewa Nowak szykuje swoim odbiorcom faktycznie groźną przygodę: las, zwłaszcza nieznany, kryje w sobie mnóstwo pułapek. A kiedy dojdą do tego niszczycielskie zapędy człowieka, wszystko może skończyć się bardzo źle. Dość wspomnieć, że wszyscy mieszkańcy zostaną postawieni na równe nogi, by odnaleźć jednego z bohaterów. W tomie dzieje się bardzo dużo, przeważnie - w okolicach tematów powrotu do natury i umiejętności prowadzenia "dzikiego" życia z dala od cywilizacji. Las weryfikuje umiejętności, tu nie zawsze jest zasięg i najlepszym remedium na nudę jest wyjście z domu. Ale w lesie też przez cały czas jest coś do zrobienia i do przeżycia, o czym przekonuje się zwłaszcza Tymek. To moment, w którym dzieci zostają pozostawione same sobie, bo dorośli nie mają dla nich czasu - można zatem faktycznie chłonąć otoczenie i nabywać umiejętności, które może nie przydadzą się w wyścigu cywilizacyjnym, ale pozwolą na lepsze samopoznanie.
"Jagna i biały wilk" to powieść przygodowa w starym stylu, chociaż autorka co pewien czas chce skręcać w stronę opowieści psychologicznej. Nakreśla nie tylko akcję sensacyjną, sporo miejsca przeznacza również na opisywanie tego, co rozgrywa się między bohaterami. Ta książka przynosi celne obserwacje i pozwala dzieciom zastanowić się nad swoimi relacjami z innymi. Pomaga w ocenianiu, co w życiu jest najważniejsze i uczy szacunku do przyrody. Pełna dramatyzmu narracja przypadnie do gustu młodym odbiorcom, a Ewa Nowak zawsze wie, czym przyciągać młodzież do lektury.
czwartek, 13 kwietnia 2023
Dr John Bradshaw: Psy. Zrozumieć najlepszego przyjaciela
To tamto, Warszawa 2023.
Merdanie
W książce o psach John Bradshaw nie stara się wyjaśnić absolutnie wszystkiego, co wiąże się z posiadaniem czworonoga. Skupia się na kilku podstawowych zagadnieniach, a część wplata jako ciekawostki dalszoplanowe, tak, żeby zasugerować odbiorcom, że w tym temacie jest jeszcze całkiem sporo do odkrycia. "Psy. Zrozumieć najlepszego przyjaciela" to książka kierowana do dzieci (ale przyda się też dorosłym, warto zatem czytać ją razem na przykład przed snem) i pokazująca najważniejsze zachowania psów. Analizy komunikatów wysyłanych przez czworonogi oraz informacje na temat psich zwyczajów to motywy, które mogą zachwycić dzieci i przekonać je do traktowania swoich pupili (lub znajomych psów) z większą uwagą. John Bradshaw zajmuje się między innymi omawianiem tematu komunikowania się psów. Dlaczego zwierzę musi obsikać niemal każdą napotkaną latarnię i dlaczego każdą wącha w olbrzymim skupieniu - to coś, co przyciągnie dzieci i pozwoli im poznać lepiej świat czworonożnych przyjaciół, w dodatku ma też dodatkowy czynnik humorystyczny. Odwołania do brzydkich zapachów jako czegoś, co psy nieodmiennie zachwyca, powinno rozśmieszyć dzieci. Autor znajduje całkiem sporo sytuacji, które warto skomentować, a które obracają się wokół tematu odbierania i poznawania świata węchem. Dzieci przekonają się, że dla psów to narzędzie zupełnie inne niż dla ludzi i nawet jeśli ktoś wykona ćwiczenie, jakie proponuje przewrotnie autor - nie zrozumie do końca zasad rządzących psim światem. Sporo miejsca poświęca John Bradshaw tematowi przyzwyczajania do nowego miejsca psów ze schroniska. Omawia charakterystyczne zachowania i tłumaczy, co robią przestraszone psy. Podsuwa pomysły, jak doprowadzić do oduczenia psiaka złych lub niepożądanych nawyków i wyjaśnia też, jakie zachowania człowieka nie doprowadzą do międzygatunkowego porozumienia: pokazuje scenki, które mogą co najwyżej zdezorientować pupila. To oczywiście wskazówki kierowane raczej do dorosłych odbiorców, dlatego dobrze, żeby towarzyszyli oni swoim pociechom podczas lektury - będą mogli też się czegoś dowiedzieć i uniknąć rozmaitych problemów. John Bradshaw odwołuje się też między innymi do motywu psów rasowych (i do kwestii ich chorób), tłumaczy, jaka postawa świadczy o tym, że pies jest wystraszony, a jaka pokazuje, że chce się bawić. Znajdzie się w książce miejsce na skrótowe zaznaczenie pochodzenia psów (od wilków) i na zasygnalizowanie, dlaczego psy nie przepadają za psimi hotelami. Przypomni autor o istnieniu schronisk dla zwierząt i o tym, jak zachowywać się podczas spacerów (nie wszyscy lubią psy, niektórzy się ich boją). Wybiera John Bradshaw tylko kilka zagadnień, ale omawia je atrakcyjnie dla odbiorców, tak, żeby łatwiej było je sobie przyswoić: to lektura, która zostaje z odbiorcami, uświadamia im, jak postępować z psami. "Psy. Zrozumieć najlepszego przyjaciela" to książka drobna, ale wypełniona ciekawymi wiadomościami i przygotowana tak, by dobrze się ją czytało nie tylko jako źródło informacji, ale również jako źródło rozrywki. To coś w sam raz dla odbiorców, którzy chcą się lepiej przygotować do posiadania psa, albo dla tych, którzy o psie marzą i chcieliby się zastanowić, czy mogą jakiegoś przygarnąć.
Merdanie
W książce o psach John Bradshaw nie stara się wyjaśnić absolutnie wszystkiego, co wiąże się z posiadaniem czworonoga. Skupia się na kilku podstawowych zagadnieniach, a część wplata jako ciekawostki dalszoplanowe, tak, żeby zasugerować odbiorcom, że w tym temacie jest jeszcze całkiem sporo do odkrycia. "Psy. Zrozumieć najlepszego przyjaciela" to książka kierowana do dzieci (ale przyda się też dorosłym, warto zatem czytać ją razem na przykład przed snem) i pokazująca najważniejsze zachowania psów. Analizy komunikatów wysyłanych przez czworonogi oraz informacje na temat psich zwyczajów to motywy, które mogą zachwycić dzieci i przekonać je do traktowania swoich pupili (lub znajomych psów) z większą uwagą. John Bradshaw zajmuje się między innymi omawianiem tematu komunikowania się psów. Dlaczego zwierzę musi obsikać niemal każdą napotkaną latarnię i dlaczego każdą wącha w olbrzymim skupieniu - to coś, co przyciągnie dzieci i pozwoli im poznać lepiej świat czworonożnych przyjaciół, w dodatku ma też dodatkowy czynnik humorystyczny. Odwołania do brzydkich zapachów jako czegoś, co psy nieodmiennie zachwyca, powinno rozśmieszyć dzieci. Autor znajduje całkiem sporo sytuacji, które warto skomentować, a które obracają się wokół tematu odbierania i poznawania świata węchem. Dzieci przekonają się, że dla psów to narzędzie zupełnie inne niż dla ludzi i nawet jeśli ktoś wykona ćwiczenie, jakie proponuje przewrotnie autor - nie zrozumie do końca zasad rządzących psim światem. Sporo miejsca poświęca John Bradshaw tematowi przyzwyczajania do nowego miejsca psów ze schroniska. Omawia charakterystyczne zachowania i tłumaczy, co robią przestraszone psy. Podsuwa pomysły, jak doprowadzić do oduczenia psiaka złych lub niepożądanych nawyków i wyjaśnia też, jakie zachowania człowieka nie doprowadzą do międzygatunkowego porozumienia: pokazuje scenki, które mogą co najwyżej zdezorientować pupila. To oczywiście wskazówki kierowane raczej do dorosłych odbiorców, dlatego dobrze, żeby towarzyszyli oni swoim pociechom podczas lektury - będą mogli też się czegoś dowiedzieć i uniknąć rozmaitych problemów. John Bradshaw odwołuje się też między innymi do motywu psów rasowych (i do kwestii ich chorób), tłumaczy, jaka postawa świadczy o tym, że pies jest wystraszony, a jaka pokazuje, że chce się bawić. Znajdzie się w książce miejsce na skrótowe zaznaczenie pochodzenia psów (od wilków) i na zasygnalizowanie, dlaczego psy nie przepadają za psimi hotelami. Przypomni autor o istnieniu schronisk dla zwierząt i o tym, jak zachowywać się podczas spacerów (nie wszyscy lubią psy, niektórzy się ich boją). Wybiera John Bradshaw tylko kilka zagadnień, ale omawia je atrakcyjnie dla odbiorców, tak, żeby łatwiej było je sobie przyswoić: to lektura, która zostaje z odbiorcami, uświadamia im, jak postępować z psami. "Psy. Zrozumieć najlepszego przyjaciela" to książka drobna, ale wypełniona ciekawymi wiadomościami i przygotowana tak, by dobrze się ją czytało nie tylko jako źródło informacji, ale również jako źródło rozrywki. To coś w sam raz dla odbiorców, którzy chcą się lepiej przygotować do posiadania psa, albo dla tych, którzy o psie marzą i chcieliby się zastanowić, czy mogą jakiegoś przygarnąć.
niedziela, 9 kwietnia 2023
Dr John Bradshaw: Koty. Zrozumieć wąsatego przyjaciela
To tamto, Warszawa 2023.
Instrukcja obsługi kota
Jest to tomik kierowany do dzieci i objaśniający charakterystyczne zachowania domowych pupili. Co ciekawe, skorzystać z niego mogą również rodzice czytający swoim pociechom - ci, którzy pod wpływem namów najmłodszych zdecydowali się na poszerzenie rodziny o czworonożnego towarzysza. "Koty. Zrozumieć wąsatego przyjaciela" to książka bardzo dobrze przemyślana i przygotowana tak, by wszyscy mieli z niej pożytek - ci, którzy potrzebują porad i wskazówek oraz ci, którzy szukają przyjemniej lektury związanej z zachowaniami kotów. Dr John Bradshaw przedstawia tutaj obserwacje związane z codziennością kotki Libby. Towarzyszy jej i omawia kolejne sytuacje, jakich jest świadkiem (albo jakie stają się udziałem Libby, niekoniecznie w towarzystwie człowieka). Pokazuje młodym czytelnikom, dlaczego koty coś robią, co to oznacza albo - w jaki sposób przekonać je, żeby zrobiły coś innego. Prezentacja Libby oraz kobiet, z którymi mieszka, to przyjemna i rozrywkowa lektura, ale nasycona ciekawymi informacjami. Dzięki tej książce rzeczywiście można zrozumieć kota. Autor zachęca do obserwowania zwierząt i do interpretowania ich zachowań w oparciu o zdobyte wiadomości. Dzieci dowiedzą się, kiedy Libby jest zadowolona, jakie rodzaje głaskania polubi, a jakich niekoniecznie, co ją relaksuje i co przeraża, jak przyzwyczaić ją do nowego miejsca albo do nowego elementu wyposażenia. Poznają zabawki, które Libby ceni, nauczą się też, co trzeba zapewnić zwierzęciu, żeby nie niszczyło mebli albo żeby nie zgubiło się po przeprowadzce. John Bradshaw przygląda się na przykład kotu, który zawiera nową znajomość - analizuje detale w jego zachowaniu i objaśnia je odbiorcom. Przekazuje wiadomości na temat zapachów pozostawianych przez koty i lekcji korzystania z kuwety, przygląda się też rodzajom porozumienia z człowiekiem: opowiada o miauczeniu i mruczeniu. Dlaczego wibrysy pomagają przy ocenianiu rozmiaru przejścia albo co z tą kocimiętką - autor wykorzystuje mnóstwo wiadomości. Odpowiada na niezadawane pytania, próbuje wypełnić książkę informacjami tak, żeby nikt nie był zaskoczony tym, co chciałby zakomunikować mu jego kot. A jednocześnie jest tom "Koty" lekturą bardzo ciekawą i atrakcyjną z uwagi na rodzaj narracji. Libby przeprowadza czytelników przez tajemnice kotów, dzieli się swoją codziennością i zapewnia rozrywkę. To atrakcyjna do zwyczajnego czytania lektura - nie trzeba zachwycać się kotami, żeby czerpać przyjemność ze śledzenia opowieści. John Bradshaw wie, jak przekuć informacje na wartką opowieść, udaje się ta sztuka, bo książka ani przez chwilę nie będzie nudzić. Fakt, że z największym zaangażowaniem będą ją czytać świeżo upieczeni właściciele kotów nie zmienia rozrywki dla szerokiego grona odbiorców. To tomik, który może również przygotowywać najmłodszych na pojawienie się zwierzęcia w domu - można wyłuskać z lektury wiele wskazówek dotyczących zachowań wobec kota. Libby nie wszystko lubi i nie na wszystko będzie reagować z cierpliwością. Trzeba pamiętać o tym, kiedy podchodzi się do zwierzęcia, zwłaszcza takiego mniej znanego. Libby jest świetnym przewodnikiem po świecie kotów - tutaj znalazło się mnóstwo podpowiedzi i wskazówek dotyczących traktowania kotów. To naprawdę dobrze przygotowana publikacja, po którą sięgnąć powinni wszyscy spędzający czas z kotami.
Instrukcja obsługi kota
Jest to tomik kierowany do dzieci i objaśniający charakterystyczne zachowania domowych pupili. Co ciekawe, skorzystać z niego mogą również rodzice czytający swoim pociechom - ci, którzy pod wpływem namów najmłodszych zdecydowali się na poszerzenie rodziny o czworonożnego towarzysza. "Koty. Zrozumieć wąsatego przyjaciela" to książka bardzo dobrze przemyślana i przygotowana tak, by wszyscy mieli z niej pożytek - ci, którzy potrzebują porad i wskazówek oraz ci, którzy szukają przyjemniej lektury związanej z zachowaniami kotów. Dr John Bradshaw przedstawia tutaj obserwacje związane z codziennością kotki Libby. Towarzyszy jej i omawia kolejne sytuacje, jakich jest świadkiem (albo jakie stają się udziałem Libby, niekoniecznie w towarzystwie człowieka). Pokazuje młodym czytelnikom, dlaczego koty coś robią, co to oznacza albo - w jaki sposób przekonać je, żeby zrobiły coś innego. Prezentacja Libby oraz kobiet, z którymi mieszka, to przyjemna i rozrywkowa lektura, ale nasycona ciekawymi informacjami. Dzięki tej książce rzeczywiście można zrozumieć kota. Autor zachęca do obserwowania zwierząt i do interpretowania ich zachowań w oparciu o zdobyte wiadomości. Dzieci dowiedzą się, kiedy Libby jest zadowolona, jakie rodzaje głaskania polubi, a jakich niekoniecznie, co ją relaksuje i co przeraża, jak przyzwyczaić ją do nowego miejsca albo do nowego elementu wyposażenia. Poznają zabawki, które Libby ceni, nauczą się też, co trzeba zapewnić zwierzęciu, żeby nie niszczyło mebli albo żeby nie zgubiło się po przeprowadzce. John Bradshaw przygląda się na przykład kotu, który zawiera nową znajomość - analizuje detale w jego zachowaniu i objaśnia je odbiorcom. Przekazuje wiadomości na temat zapachów pozostawianych przez koty i lekcji korzystania z kuwety, przygląda się też rodzajom porozumienia z człowiekiem: opowiada o miauczeniu i mruczeniu. Dlaczego wibrysy pomagają przy ocenianiu rozmiaru przejścia albo co z tą kocimiętką - autor wykorzystuje mnóstwo wiadomości. Odpowiada na niezadawane pytania, próbuje wypełnić książkę informacjami tak, żeby nikt nie był zaskoczony tym, co chciałby zakomunikować mu jego kot. A jednocześnie jest tom "Koty" lekturą bardzo ciekawą i atrakcyjną z uwagi na rodzaj narracji. Libby przeprowadza czytelników przez tajemnice kotów, dzieli się swoją codziennością i zapewnia rozrywkę. To atrakcyjna do zwyczajnego czytania lektura - nie trzeba zachwycać się kotami, żeby czerpać przyjemność ze śledzenia opowieści. John Bradshaw wie, jak przekuć informacje na wartką opowieść, udaje się ta sztuka, bo książka ani przez chwilę nie będzie nudzić. Fakt, że z największym zaangażowaniem będą ją czytać świeżo upieczeni właściciele kotów nie zmienia rozrywki dla szerokiego grona odbiorców. To tomik, który może również przygotowywać najmłodszych na pojawienie się zwierzęcia w domu - można wyłuskać z lektury wiele wskazówek dotyczących zachowań wobec kota. Libby nie wszystko lubi i nie na wszystko będzie reagować z cierpliwością. Trzeba pamiętać o tym, kiedy podchodzi się do zwierzęcia, zwłaszcza takiego mniej znanego. Libby jest świetnym przewodnikiem po świecie kotów - tutaj znalazło się mnóstwo podpowiedzi i wskazówek dotyczących traktowania kotów. To naprawdę dobrze przygotowana publikacja, po którą sięgnąć powinni wszyscy spędzający czas z kotami.
poniedziałek, 16 stycznia 2023
Gabriel Garcia de Oro: Opowieści pełne emocji
To tamto, Czarna Owca, Warszawa 2022.
Interakcje
Zwykle odbiorcy dość sceptycznie podchodzą do wszelkiego rodzaju "pedagogicznych" podpowiedzi pożenionych z literaturą piękną - czyli do bajek dla dzieci z przesłaniem i przeznaczonych do wspólnej z dorosłymi pracy nad emocjami czy zachowaniami. I nic dziwnego: przeważnie takie publikacje męczą tendencyjnością (nie tylko czytających dorosłych, ale i ich pociechy) i niespecjalnie objaśniają dzieciom świat. Przydają się do uspokojenia sumień rodziców i wydawców - jednak do klasyki literatury czwartej nie wchodzą, albo trafiają tam rzadko. I na takim tle "Opowieści pełne emocji", mimo że to utworki z tezą, wypadają całkiem przyjemnie. Gabriel Garcia de Oro uprzedza na początku czytelników, czego mogą się spodziewać. Wprowadza "kwiat emocji" - zestaw uzupełniających się i przeciwstawnych emocji, tak, żeby łatwo było domyślić się powiązań i następstw, a także żeby rodzicom łatwiej było nawigować po świecie uczuć. Jeden płatek to euforia, radość i pogoda ducha, naprzeciwko znajduje się cierpienie, smutek i zaduma, taki kwiat służy nie tylko do rozpoznawania uczuć, ale też do poszerzania słownictwa oraz do stawiania lepszych autodiagnoz. Dzieci nauczą się rozpoznawać u siebie określone reakcje. Kwiat emocji to oczywiście nie wszystko - Gabriel Garcia de Oro przedstawia emocje, którymi będzie się zajmować w danym opowiadaniu: pojawiają się one w spisie treści przy każdym tytule, żeby łatwo było odbiorcom trafić od razu do potrzebnych i pożądanych tematów. Opowiadania stworzone są tak, żeby dzieci, śledząc przygody postaci, coś odczuwały i - żeby musiały później konfrontować się ze swoimi emocjami. Nie chodzi zatem tylko o emocje postaci, bardziej nawet o te, które dotyczyć będą czytelników podczas lektury. Łatwo się zatem domyślić, że opowiadania konstruowane są tak, żeby robiły wrażenie na dzieciach. Należą do bardzo krótkich - fabuła nie zdąży się nigdy rozwinąć - ale i tak da się zaangażować w prezentowane przygody. Co ważne, to bardziej scenki niż zestawienia akcji - dzięki temu historyjek może znaleźć się w tomie mnóstwo. Nieprzesadna długość sprawia, że można dawkować sobie te bajki na przykład przed snem - i sporo czasu zostaje na przepracowanie tematów. Zwięzłość prowadzi też do licznych zaskoczeń: skróty pozwalają na uwypuklanie puent w opowieściach. Niektórzy bohaterowie powracają co pewien czas, innym razem odbiorcy mają do czynienia ze światem kreowanym na potrzeby danej historii - uciekają do postaci fantastycznych i absurdalnych, do wyrazistych bohaterów, którzy zawsze mają coś ciekawego do powiedzenia albo do przekazania. Dzięki temu dzieci będą chciały czytać i - w następstwie - pracować nad sobą i poznawać swoje emocje. Taka lektura zresztą przydałaby się także dorosłym, ale trudno się spodziewać, że będą oni z przyjemnością śledzić bajkowe fabuły. Kolorowe ilustracje to kolejny czynnik przyciągający dzieci do analizowania własnych emocji i postaw bohaterów - tu nie można się nudzić.
Interakcje
Zwykle odbiorcy dość sceptycznie podchodzą do wszelkiego rodzaju "pedagogicznych" podpowiedzi pożenionych z literaturą piękną - czyli do bajek dla dzieci z przesłaniem i przeznaczonych do wspólnej z dorosłymi pracy nad emocjami czy zachowaniami. I nic dziwnego: przeważnie takie publikacje męczą tendencyjnością (nie tylko czytających dorosłych, ale i ich pociechy) i niespecjalnie objaśniają dzieciom świat. Przydają się do uspokojenia sumień rodziców i wydawców - jednak do klasyki literatury czwartej nie wchodzą, albo trafiają tam rzadko. I na takim tle "Opowieści pełne emocji", mimo że to utworki z tezą, wypadają całkiem przyjemnie. Gabriel Garcia de Oro uprzedza na początku czytelników, czego mogą się spodziewać. Wprowadza "kwiat emocji" - zestaw uzupełniających się i przeciwstawnych emocji, tak, żeby łatwo było domyślić się powiązań i następstw, a także żeby rodzicom łatwiej było nawigować po świecie uczuć. Jeden płatek to euforia, radość i pogoda ducha, naprzeciwko znajduje się cierpienie, smutek i zaduma, taki kwiat służy nie tylko do rozpoznawania uczuć, ale też do poszerzania słownictwa oraz do stawiania lepszych autodiagnoz. Dzieci nauczą się rozpoznawać u siebie określone reakcje. Kwiat emocji to oczywiście nie wszystko - Gabriel Garcia de Oro przedstawia emocje, którymi będzie się zajmować w danym opowiadaniu: pojawiają się one w spisie treści przy każdym tytule, żeby łatwo było odbiorcom trafić od razu do potrzebnych i pożądanych tematów. Opowiadania stworzone są tak, żeby dzieci, śledząc przygody postaci, coś odczuwały i - żeby musiały później konfrontować się ze swoimi emocjami. Nie chodzi zatem tylko o emocje postaci, bardziej nawet o te, które dotyczyć będą czytelników podczas lektury. Łatwo się zatem domyślić, że opowiadania konstruowane są tak, żeby robiły wrażenie na dzieciach. Należą do bardzo krótkich - fabuła nie zdąży się nigdy rozwinąć - ale i tak da się zaangażować w prezentowane przygody. Co ważne, to bardziej scenki niż zestawienia akcji - dzięki temu historyjek może znaleźć się w tomie mnóstwo. Nieprzesadna długość sprawia, że można dawkować sobie te bajki na przykład przed snem - i sporo czasu zostaje na przepracowanie tematów. Zwięzłość prowadzi też do licznych zaskoczeń: skróty pozwalają na uwypuklanie puent w opowieściach. Niektórzy bohaterowie powracają co pewien czas, innym razem odbiorcy mają do czynienia ze światem kreowanym na potrzeby danej historii - uciekają do postaci fantastycznych i absurdalnych, do wyrazistych bohaterów, którzy zawsze mają coś ciekawego do powiedzenia albo do przekazania. Dzięki temu dzieci będą chciały czytać i - w następstwie - pracować nad sobą i poznawać swoje emocje. Taka lektura zresztą przydałaby się także dorosłym, ale trudno się spodziewać, że będą oni z przyjemnością śledzić bajkowe fabuły. Kolorowe ilustracje to kolejny czynnik przyciągający dzieci do analizowania własnych emocji i postaw bohaterów - tu nie można się nudzić.
poniedziałek, 5 grudnia 2022
Anna Knakkergaard, Julie Dam: Dżungla snów. Bajki na dobranoc oparte na technikach relaksacyjnych
To tamto, Czarna Owca, Warszawa 2022.
Przed snem
To spore wyzwanie lekturowe dla rodziców, którzy czytają swoim dzieciom przed snem - a książka jest tak przygotowana, żeby dorośli prezentowali ją swoim pociechom. "Dżungla snów" to sposób na wyciszenie najmłodszych i na ułożenie ich do snu - Anna Knakkergaard i Julie Dam skupiają się na tym, żeby zaradzić różnym problemom związanym z dziecięcymi wieczornymi aktywnościami i z przeszkodami przed dobrą nocą. Nie ma w tym tomiku klasycznych bajek, są za to techniki relaksacyjne i odrobina ćwiczeń z hipnozy, żeby wprowadzać wieczorne rytuały. Sześciu bohaterów - mieszkańców dżungli - ma problemy z zaśnięciem. Odbiorcy książeczki mają im pomóc. Oczywiście problemy zwierząt z dżungli to przeniesienie najczęstszych problemów kilkulatków: jeden bohater ciągle się martwi, inny odczuwa strach, jeszcze inny najadł się przed snem i boli go brzuch, ktoś inny za dużo myśli, kogoś rozpiera energia, a ktoś rośnie i cierpi na ból kości w związku z tym procesem. Każde zwierzę potrzebuje ratunku - i tu sprawdzają się mali odbiorcy odpowiednio poprowadzeni przez dorosłych.
Na początku pojawiają się wskazówki dla rodziców, one zresztą będą powtarzać się w każdym opowiadaniu i zapewniać monotonny rytm lekturowy. Podpowiedzi co do zachowań podczas lektury powracają też w samych opowiadaniach, zaznaczone kursywą i znaczkiem motyla na marginesie (to przypomina, by fragmentu nie czytać na głos). Dodatkowo część słów ma wydłużone samogłoski, tak, by specjalnie w głośnym czytaniu je przeciągać (i w ten sposób działać nasennie na dziecko). Mnóstwo tu też wielokropków, które służą zawieszaniu głosu. Jeśli dojdzie do tego brak fabuły oraz drobne czynności pomagające w odprężeniu się przed zaśnięciem - można zrozumieć, że nie chodzi tu w ogóle o literaturę, a o sen. Czasami autorki dołączają do opowieści zadania związane z delikatnym masażem, głaskaniem lub dotykiem, stawiają też na siłę sugestii: trzeba skupić się na doznaniach zmysłowych, pomyśleć, jak przenosi się bohatera, albo otacza go ochronną magiczną tarczą. Uruchomienie wyobraźni uspokoi i wyciszy, przyda się zatem maluchom i pozwoli na oderwanie myśli od tego, co zbędne. Mali odbiorcy zyskują tutaj zatem przyjemne skojarzenia i umiejętność zrelaksowania się przed zaśnięciem. Dzieci w dżunglowych bohaterach odkryją siebie - można wybrać odpowiednią postać, żeby przybliżyć maluchowi jego własne zachowania i rozwiązania problemów, można też zająć się przedstawianiem kolejnych historyjek.
Największy problem z lekturą będą mieli zmęczeni rodzice. Jeśli tylko spróbują się podczas lektury położyć, zasną. Jeśli tylko będą podczas lektury wyczerpani ciężkim dniem - zasną. Najzwyklejsze bajki, tworzone tak, żeby przyciągały uwagę całych pokoleń, potrafią uśpić dorosłych - jednak tutaj znacznie łatwiej o taki efekt. Nie da się ukryć, że tekstowo bajki przygotowane zostały tak, żeby nic (pod kątem akcji) się w nich nie działo. Monotonny rytm i zachęcanie do ściszania głosu sprawiają, że książka zamieni się w kołysankę dla wszystkich.
Przed snem
To spore wyzwanie lekturowe dla rodziców, którzy czytają swoim dzieciom przed snem - a książka jest tak przygotowana, żeby dorośli prezentowali ją swoim pociechom. "Dżungla snów" to sposób na wyciszenie najmłodszych i na ułożenie ich do snu - Anna Knakkergaard i Julie Dam skupiają się na tym, żeby zaradzić różnym problemom związanym z dziecięcymi wieczornymi aktywnościami i z przeszkodami przed dobrą nocą. Nie ma w tym tomiku klasycznych bajek, są za to techniki relaksacyjne i odrobina ćwiczeń z hipnozy, żeby wprowadzać wieczorne rytuały. Sześciu bohaterów - mieszkańców dżungli - ma problemy z zaśnięciem. Odbiorcy książeczki mają im pomóc. Oczywiście problemy zwierząt z dżungli to przeniesienie najczęstszych problemów kilkulatków: jeden bohater ciągle się martwi, inny odczuwa strach, jeszcze inny najadł się przed snem i boli go brzuch, ktoś inny za dużo myśli, kogoś rozpiera energia, a ktoś rośnie i cierpi na ból kości w związku z tym procesem. Każde zwierzę potrzebuje ratunku - i tu sprawdzają się mali odbiorcy odpowiednio poprowadzeni przez dorosłych.
Na początku pojawiają się wskazówki dla rodziców, one zresztą będą powtarzać się w każdym opowiadaniu i zapewniać monotonny rytm lekturowy. Podpowiedzi co do zachowań podczas lektury powracają też w samych opowiadaniach, zaznaczone kursywą i znaczkiem motyla na marginesie (to przypomina, by fragmentu nie czytać na głos). Dodatkowo część słów ma wydłużone samogłoski, tak, by specjalnie w głośnym czytaniu je przeciągać (i w ten sposób działać nasennie na dziecko). Mnóstwo tu też wielokropków, które służą zawieszaniu głosu. Jeśli dojdzie do tego brak fabuły oraz drobne czynności pomagające w odprężeniu się przed zaśnięciem - można zrozumieć, że nie chodzi tu w ogóle o literaturę, a o sen. Czasami autorki dołączają do opowieści zadania związane z delikatnym masażem, głaskaniem lub dotykiem, stawiają też na siłę sugestii: trzeba skupić się na doznaniach zmysłowych, pomyśleć, jak przenosi się bohatera, albo otacza go ochronną magiczną tarczą. Uruchomienie wyobraźni uspokoi i wyciszy, przyda się zatem maluchom i pozwoli na oderwanie myśli od tego, co zbędne. Mali odbiorcy zyskują tutaj zatem przyjemne skojarzenia i umiejętność zrelaksowania się przed zaśnięciem. Dzieci w dżunglowych bohaterach odkryją siebie - można wybrać odpowiednią postać, żeby przybliżyć maluchowi jego własne zachowania i rozwiązania problemów, można też zająć się przedstawianiem kolejnych historyjek.
Największy problem z lekturą będą mieli zmęczeni rodzice. Jeśli tylko spróbują się podczas lektury położyć, zasną. Jeśli tylko będą podczas lektury wyczerpani ciężkim dniem - zasną. Najzwyklejsze bajki, tworzone tak, żeby przyciągały uwagę całych pokoleń, potrafią uśpić dorosłych - jednak tutaj znacznie łatwiej o taki efekt. Nie da się ukryć, że tekstowo bajki przygotowane zostały tak, żeby nic (pod kątem akcji) się w nich nie działo. Monotonny rytm i zachęcanie do ściszania głosu sprawiają, że książka zamieni się w kołysankę dla wszystkich.
piątek, 21 października 2022
Jennifer Gardy: Co w brzuchu burczy, czyli o tym, jak twoje ciało zmienia jedzenie w paliwo (i kupę)
To tamto (Czarna Owca), Warszawa 2022.
Podróż
Jennifer Gardy wie, jak trafić do dzieci. Ich wyobraźnię szczególnie podsycać będzie "dziwnymi" opowieściami o naukowych eksperymentach: chwali się między innymi tym, że połknęła aparat do badania żołądka, żeby móc obejrzeć go od środka, a także - że oglądała własną kupę pod mikroskopem. Są to kwestie, które na pewno rozbudzą ciekawość (i niedowierzanie) maluchów i zachęcą je do śledzenia opowieści "Co w brzuchu burczy, czyli o tym, jak twoje ciało zmienia jedzenie w paliwo (i kupę). Edukacyjna książka przynosi sporo rozrywki, jest podzieloną na wyraziste części relacją dotyczącą kolejnych odcinków układu pokarmowego i została pozbawiona tematów tabu: jeśli jeszcze jakikolwiek dorosły bulwersowałby się na wieść o temacie kupy w literaturze - zostanie pokonany. Tu pojawia się nawet bristolska skala uformowania stolca, nie wspominając o anegdotach z kosmosu - związanych z wypróżnianiem się. Jennifer Gardy przekonuje, że ludzkie ciało jest fantastyczne i że warto poznać mechanizmy jego działania.
Śledzi autorka całą podróż, jaką odbywa jedzenie: opowiada dzieciom o ślinie i o tym, jak język pozwala rozpoznawać smaki (można nawet empirycznie sprawdzić, czy ma się zadatki na supersmakosza), opowiada o zębach i o przykrym zapachu z ust. Porównuje ruchy perystaltyczne z przemieszczaniem się przez dżdżownicę (mało kto w ogóle wpadłby na połączenie jedzenia i robali, co stanowi czynnik humorystyczny). Opowiada o zwieraczach, o żołądku i sposobach trawienia żywności. Opowiada też o kolejnych narządach, które biorą udział w procesie przerabiania jedzenia na energię. Zajmuje się - krótko - tematem alergii pokarmowych czy mikrobiotą jelitową, dzieci przyciągnie zwłaszcza tematami do niedawna tabuizowanymi: jest tu trochę o wymiotach, o czkawce, gazach, bekaniu czy o... przeszczepach kupy. Autorka bardzo dobrze wie, jak przenieść naukowe zagadnienia na historię atrakcyjną dla najmłodszych odbiorców - pisze tak, że nikt nie będzie chciał oderwać się od jej wyjaśnień. "Co w brzuchu burczy" to przystępnie opisane procesy zachodzące w organizmie - w dodatku część z ich efektów dzieci będą mogły na sobie zaobserwować. Na pewno jest to publikacja doskonała dla maluchów, które ciągle zadają pytania i chcą zrozumieć, jak to się dzieje, że ciało potrzebuje pożywienia (i co z nim robi). To również sposób na małych niejadków czy dzieci, które grymaszą przy wybieraniu potraw - Jennifer Gardy opowiada, dlaczego niektóre dania smakują bardziej niż inne i przestrzega przed ich nadużywaniem. Najbardziej zajmuje się jednak przedstawianiem procesu trawienia i wszystkich okoliczności związanych z jedzeniem - od środka. Potrafi zachęcić do czytania - wprowadza ciekawostki i dowcipne scenki, odrzuca to, co podręcznikowe i poważne - zależy jej za to na intrygowaniu dzieci i na prowadzeniu gawędziarskiej, ale zwięzłej narracji, która sprawia, że wiadomości zapadają w pamięć. Na komputerowych ilustracjach zwłaszcza to, co w środku człowieka, zyskuje ciekawe i komiksowe ujęcie. Tekst przyciąga do tego stopnia, że ilustracje stają się mniej istotne i stanowią tylko dodatek do lektury. Jennifer Gardy udało się naprawdę dobrze zaprezentować zjawiska związane z jedzeniem - to książka, którą warto podsunąć najmłodszym odbiorcom.
Podróż
Jennifer Gardy wie, jak trafić do dzieci. Ich wyobraźnię szczególnie podsycać będzie "dziwnymi" opowieściami o naukowych eksperymentach: chwali się między innymi tym, że połknęła aparat do badania żołądka, żeby móc obejrzeć go od środka, a także - że oglądała własną kupę pod mikroskopem. Są to kwestie, które na pewno rozbudzą ciekawość (i niedowierzanie) maluchów i zachęcą je do śledzenia opowieści "Co w brzuchu burczy, czyli o tym, jak twoje ciało zmienia jedzenie w paliwo (i kupę). Edukacyjna książka przynosi sporo rozrywki, jest podzieloną na wyraziste części relacją dotyczącą kolejnych odcinków układu pokarmowego i została pozbawiona tematów tabu: jeśli jeszcze jakikolwiek dorosły bulwersowałby się na wieść o temacie kupy w literaturze - zostanie pokonany. Tu pojawia się nawet bristolska skala uformowania stolca, nie wspominając o anegdotach z kosmosu - związanych z wypróżnianiem się. Jennifer Gardy przekonuje, że ludzkie ciało jest fantastyczne i że warto poznać mechanizmy jego działania.
Śledzi autorka całą podróż, jaką odbywa jedzenie: opowiada dzieciom o ślinie i o tym, jak język pozwala rozpoznawać smaki (można nawet empirycznie sprawdzić, czy ma się zadatki na supersmakosza), opowiada o zębach i o przykrym zapachu z ust. Porównuje ruchy perystaltyczne z przemieszczaniem się przez dżdżownicę (mało kto w ogóle wpadłby na połączenie jedzenia i robali, co stanowi czynnik humorystyczny). Opowiada o zwieraczach, o żołądku i sposobach trawienia żywności. Opowiada też o kolejnych narządach, które biorą udział w procesie przerabiania jedzenia na energię. Zajmuje się - krótko - tematem alergii pokarmowych czy mikrobiotą jelitową, dzieci przyciągnie zwłaszcza tematami do niedawna tabuizowanymi: jest tu trochę o wymiotach, o czkawce, gazach, bekaniu czy o... przeszczepach kupy. Autorka bardzo dobrze wie, jak przenieść naukowe zagadnienia na historię atrakcyjną dla najmłodszych odbiorców - pisze tak, że nikt nie będzie chciał oderwać się od jej wyjaśnień. "Co w brzuchu burczy" to przystępnie opisane procesy zachodzące w organizmie - w dodatku część z ich efektów dzieci będą mogły na sobie zaobserwować. Na pewno jest to publikacja doskonała dla maluchów, które ciągle zadają pytania i chcą zrozumieć, jak to się dzieje, że ciało potrzebuje pożywienia (i co z nim robi). To również sposób na małych niejadków czy dzieci, które grymaszą przy wybieraniu potraw - Jennifer Gardy opowiada, dlaczego niektóre dania smakują bardziej niż inne i przestrzega przed ich nadużywaniem. Najbardziej zajmuje się jednak przedstawianiem procesu trawienia i wszystkich okoliczności związanych z jedzeniem - od środka. Potrafi zachęcić do czytania - wprowadza ciekawostki i dowcipne scenki, odrzuca to, co podręcznikowe i poważne - zależy jej za to na intrygowaniu dzieci i na prowadzeniu gawędziarskiej, ale zwięzłej narracji, która sprawia, że wiadomości zapadają w pamięć. Na komputerowych ilustracjach zwłaszcza to, co w środku człowieka, zyskuje ciekawe i komiksowe ujęcie. Tekst przyciąga do tego stopnia, że ilustracje stają się mniej istotne i stanowią tylko dodatek do lektury. Jennifer Gardy udało się naprawdę dobrze zaprezentować zjawiska związane z jedzeniem - to książka, którą warto podsunąć najmłodszym odbiorcom.
piątek, 29 lipca 2022
Susanne Orosz: Woda. Chlupiące historie, które bawią i uczą
To tamto (Czarna Owca), Warszawa 2022.
Spod kranu
Susanne Orosz sprawdziła się jako autorka edukacyjnych historyjek dla najmłodszych: jest w stanie zbudować atrakcyjną fabułę, w którą wplata wyjaśnienia - i dzięki temu tłumaczy dzieciom, co dzieje się w ich najbliższym otoczeniu - i gdzie w nauce szukać komentarzy na temat zaobserwowanych zjawisk. Teraz proponuje ważną publikację poruszającą kwestię oszczędzania wody. "Woda. Chlupiące historie, które bawią i uczą" to zestaw opowiadań dydaktycznych dla maluchów. Autorka przedstawia tu kolejnych małych bohaterów, którzy angażują się w różne zadania i zdobywają informacje na temat wody. Jedni podlewają grządki i uczą się, dlaczego należy gromadzić deszczówkę i jak piją pomidory (skoro nie mają ust). Inni w deszczu korzystają z uroków parasoli z okienkiem i przekonują się, na czym polega obieg wody w przyrodzie. Jeszcze inni pomagają przy układaniu worków z piaskiem na wałach przeciwpowodziowych (i dowiadują się, dlaczego woda występuje z brzegów rzek. Ktoś bierze udział w biegu charytatywnym, żeby wykopać studnię w Afryce, ktoś inny zyskuje wiadomości na temat plastiku i jego szkodliwego działania dla stworzeń wodnych. Czasami woda oznacza zabawę lub wyzwania: na basenie można do niej skakać (i sprawdzać, czy uderzenie o wodę całym ciałem boli), w domu - brać niekończące się kąpiele (i przy okazji poznawać sekret działania wodociągów). Woda to także łzy lub śnieg, z którego można zbudować igloo. Ciekawe dla najmłodszych będzie istnienie "wody wirtualnej" - opowiadanie o wymiankach ubraniowych przypomina, jak dużo wody trzeba, by wyprodukować koszulkę lub sukienkę. Są tu tematy różne: woda na pustyni i ubikacja bez wody, nurkowanie, tama i... chrzest. Niespodzianek zatem nie zabraknie: "Woda" to tomik także dla ambitnych czytelników. Dzieci zyskają tu przegląd przygód rówieśników - i dostęp do wielokulturowości (co ważne, inny kolor skóry widać tylko na obrazkach, a nie w tekstach, pochodzenie dzieci można odgadywać po imionach - ale autorka dba o to, żeby nikogo nie wyróżniać i nie podkreślać odmienności, dla wszystkich znajdzie się miejsce). Zawsze konstrukcja historyjki wygląda podobnie, chociaż schematu raczej nie wychwycą najmłodsi: autorka zaczyna od wstrzelenia od razu w sedno sytuacji: pokazuje bohaterów zaangażowanych w wybraną akcję, podekscytowanych czekającymi ich działaniami i zainteresowanych najbliższym otoczeniem. Następnie wprowadza motyw wody - w wielu dostępnych postaciach - żeby dzieci przekonały się, jak dużo zagadnień wiąże się z tematem wiodącym książki. Później zapewnia element emocjonujący: nie wszystko zawsze od razu się układa, dziecko musi często modyfikować plany i dostosowywać się do sytuacji. Znajduje też w pobliżu kogoś, kto zna się na wodzie i może wprowadzić informacje rzeczowe, przystosowane do wieku dzieci, ale nie infantylizowane. Tak przygotowane opowiadania nie będą dzieci męczyć, a zachęcą je do poznawania kolejnych faktów i ciekawostek na temat wody. Oczywiście fabułki zapadną maluchom w pamięć i przyczynią się do chęci oszczędzania wody czy dbania o środowisko - dzięki temu Susanne Orosz trafi do szerokiej grupy odbiorców i zbuduje świadomość ekologiczną. Za sprawą cowieczornego czytania będzie mogła też uświadamiać rodzicom, jak ważne są odpowiednio przekazywane wiadomości - i kształtowanie odpowiedzialności już u najmłodszych. Przyjemność lekturową podbiją też dowcipne obrazki, którymi zapełniane są strony.
Spod kranu
Susanne Orosz sprawdziła się jako autorka edukacyjnych historyjek dla najmłodszych: jest w stanie zbudować atrakcyjną fabułę, w którą wplata wyjaśnienia - i dzięki temu tłumaczy dzieciom, co dzieje się w ich najbliższym otoczeniu - i gdzie w nauce szukać komentarzy na temat zaobserwowanych zjawisk. Teraz proponuje ważną publikację poruszającą kwestię oszczędzania wody. "Woda. Chlupiące historie, które bawią i uczą" to zestaw opowiadań dydaktycznych dla maluchów. Autorka przedstawia tu kolejnych małych bohaterów, którzy angażują się w różne zadania i zdobywają informacje na temat wody. Jedni podlewają grządki i uczą się, dlaczego należy gromadzić deszczówkę i jak piją pomidory (skoro nie mają ust). Inni w deszczu korzystają z uroków parasoli z okienkiem i przekonują się, na czym polega obieg wody w przyrodzie. Jeszcze inni pomagają przy układaniu worków z piaskiem na wałach przeciwpowodziowych (i dowiadują się, dlaczego woda występuje z brzegów rzek. Ktoś bierze udział w biegu charytatywnym, żeby wykopać studnię w Afryce, ktoś inny zyskuje wiadomości na temat plastiku i jego szkodliwego działania dla stworzeń wodnych. Czasami woda oznacza zabawę lub wyzwania: na basenie można do niej skakać (i sprawdzać, czy uderzenie o wodę całym ciałem boli), w domu - brać niekończące się kąpiele (i przy okazji poznawać sekret działania wodociągów). Woda to także łzy lub śnieg, z którego można zbudować igloo. Ciekawe dla najmłodszych będzie istnienie "wody wirtualnej" - opowiadanie o wymiankach ubraniowych przypomina, jak dużo wody trzeba, by wyprodukować koszulkę lub sukienkę. Są tu tematy różne: woda na pustyni i ubikacja bez wody, nurkowanie, tama i... chrzest. Niespodzianek zatem nie zabraknie: "Woda" to tomik także dla ambitnych czytelników. Dzieci zyskają tu przegląd przygód rówieśników - i dostęp do wielokulturowości (co ważne, inny kolor skóry widać tylko na obrazkach, a nie w tekstach, pochodzenie dzieci można odgadywać po imionach - ale autorka dba o to, żeby nikogo nie wyróżniać i nie podkreślać odmienności, dla wszystkich znajdzie się miejsce). Zawsze konstrukcja historyjki wygląda podobnie, chociaż schematu raczej nie wychwycą najmłodsi: autorka zaczyna od wstrzelenia od razu w sedno sytuacji: pokazuje bohaterów zaangażowanych w wybraną akcję, podekscytowanych czekającymi ich działaniami i zainteresowanych najbliższym otoczeniem. Następnie wprowadza motyw wody - w wielu dostępnych postaciach - żeby dzieci przekonały się, jak dużo zagadnień wiąże się z tematem wiodącym książki. Później zapewnia element emocjonujący: nie wszystko zawsze od razu się układa, dziecko musi często modyfikować plany i dostosowywać się do sytuacji. Znajduje też w pobliżu kogoś, kto zna się na wodzie i może wprowadzić informacje rzeczowe, przystosowane do wieku dzieci, ale nie infantylizowane. Tak przygotowane opowiadania nie będą dzieci męczyć, a zachęcą je do poznawania kolejnych faktów i ciekawostek na temat wody. Oczywiście fabułki zapadną maluchom w pamięć i przyczynią się do chęci oszczędzania wody czy dbania o środowisko - dzięki temu Susanne Orosz trafi do szerokiej grupy odbiorców i zbuduje świadomość ekologiczną. Za sprawą cowieczornego czytania będzie mogła też uświadamiać rodzicom, jak ważne są odpowiednio przekazywane wiadomości - i kształtowanie odpowiedzialności już u najmłodszych. Przyjemność lekturową podbiją też dowcipne obrazki, którymi zapełniane są strony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






