HarperYA, Warszawa 2024.
Migawki z życia
Kit Frick pisze thrillery dla młodzieży (ale spokojnie mogą one przechodzić do literatury rozrywkowej dla dorosłych, nie są ograniczone tylko do young adults) i w „I killed Zoe Spanos” pokazuje, co powstaje z fuzji gatunkowej. Sięga po motyw podkastu, żeby wprowadzić podsumowania i nowe informacje pojawiające się w śledztwie. Amatorskim i prowadzonym przez nastolatkę – ale jednak potężnym. Bo wszyscy uwierzyli, że to Anna zabiła Zoe. Zresztą Anna przyznała się do tego, powiedziała detektywom, jak wyglądały ostatnie chwile młodej kobiety. Teraz siedzi w areszcie, a Martina – nastolatka, która marzy o karierze dziennikarki – stara się poznać prawdę na temat przeszłości. W zdobywanych przez nią informacjach widnieje coraz więcej nieścisłości i pytań, które wskazują, że Anna prawdopodobnie nie miała nic wspólnego ze sprawą Zoe Spanos, co więcej – nie mogła nawet przebywać z nią w chwili śmierci zaginionej.
Kit Frick prowadzi czytelników dwoma torami: sytuacje z czasowych okolic morderstwa (lub nieszczęśliwego wypadku, na razie przecież nic nie wiadomo) relacjonuje Anna. Dziewczyna przyjeżdża do pracy jako opiekunka do dziecka do innego miasta – i wszyscy zwracają uwagę na jej podobieństwo do Zoe. Zoe zniknęła, nikt nie wie, gdzie może się podziewać – a Anna stara się za wszelką cenę uniknąć skojarzeń: zmienia uczesanie i nosi ciemne okulary. Reszta akcji pokazywana jest już przez obiektywnego narratora – Anna nie może brać w niej udziału, bo została aresztowana i zwyczajnie nie ma pojęcia o tym, co rozgrywa się w mieście. Jest jeszcze motyw podkastów prowadzonych przez Martinę: fachowych rozmów i wywiadów, w których bezpośrednio zaangażowani w sprawę dzielą się swoimi wspomnieniami i przemyśleniami. Martina wykorzystuje fragmenty nagrań z telewizyjnych programów i dąży do uzyskania od swoich rozmówców jak najpełniejszej wiedzy. Podkastowy zapis może być swoistym odświeżeniem sposobu prowadzenia narracji – urozmaica fabułę i pozwala na lepsze zrozumienie istoty sprawy.
Martina nie ma do dyspozycji zbyt wielu danych, ale umiejętnie drąży temat. Chłopak Zoe nie zamierza z nią rozmawiać, jego rodzina też jest przeciwna podkastowi – wystarczyłoby oskarżenie Anny, żeby zamknąć przeszłość. O Annę walczy jej przyjaciółka – twierdząca, że dziewczyna wymyśliła sobie bieg wydarzeń i przekonała do niego śledczych, ale w rzeczywistości znajdowała się w zupełnie innym miejscu. Z kolei sama Martina nie może liczyć na własną przyjaciółkę: siostra Zoe utrudnia pracę i zachowuje się, jakby była zazdrosna o czas poświęcany śledztwu. Młodzi ludzie sportretowani w tej powieści wchodzą ze sobą w skomplikowane czasem relacje – i nie zawsze myślą o tym, żeby poznać prawdę na temat Zoe. „I killed Zoe Spanos” to thriller w dobrym gatunku, pomysłowy i angażujący odbiorców. Liczy się tu umiejętne mylenie tropów i prowadzenie akcji tak, by w pewnym momencie odbiorcy przestali wierzyć w logiczne rozwiązanie zagadki. Kit Frick bawi się gatunkami i proponuje ciekawe odchodzenie od standardowych scenariuszy.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 3 listopada 2024
uru-chan: Unordinary
HarperYA, Warszawa 2024.
Siła
Dość zabawnie wypada cenzurowanie wulgaryzmów w mandze, w drugim tomie „Unordinary”, zwłaszcza że chlapanie farbą – jako przedstawianie krwi w obrażeniach bohaterów nie ma tu końca. Mogłoby się wydawać, że szkolne społeczności to rejony walki o władzę, ale walki psychologicznej – jednak bohaterowie przekonują się, że nic nie jest proste i czasami trzeba mierzyć się z własnymi lękami, ale dużo częściej – stawać do prawdziwych bitew z ostrą bronią. Uru-chan buduje opowieść osnutą na rozwarstwieniu klasowym, są tu przedstawiciele klasy wyższej – w szkole Wellston High jest ich mnóstwo – ale są też „zera”, ludzie, którzy starają się przemykać niepostrzeżenie i nie szukać kontaktu z innymi, a jeśli już zostaną zmuszeni do interakcji – to zwykle korzą się przed innymi uczniami. Ale niektórzy, żeby zapewnić sobie przetrwanie, udają kogoś, kim nie są.
Aktualnie Seraphina odbywa karę – nie wolno jej chodzić do szkoły. Z kolei John, który na lekcjach się pojawia, udaje, że należy do zer – tyle tylko, że ktoś domyśla się mistyfikacji i postanawia jej zapobiec. Intrygi nakładają się na siebie i prowadzą do konfrontacji, która wykracza daleko poza młodzieżowe przygody: tu rany są poważne, podobnie zresztą jak i same walki – ale też uru-chan stawia na bohaterów obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami właśnie po to, żeby w odpowiednim momencie wprowadzić na scenę uzdrowicieli lub zwyczajnie ocalać, a nie pozbawiać życia kolejnych uczniów. Wellston High nie jest tu nawet areną potyczek – żeby rozprawić się z przeciwnikiem, można go wywieźć daleko, tak, żeby miał mniejszą szansę na ratunek ze strony kogoś znajomego. Tu każdy prowadzi własną grę, każdy jest bezwzględny i pozbawiony jakichkolwiek empatycznych odruchów. Liczy się tylko stawianie na swoim i niszczenie tych, którzy mogliby zaburzyć ogólnie przyjęty ład. „Unordinary” to manga, w której dynamika momentami przesłania treść – chodzi o to, żeby działo się wszystko błyskawicznie i żeby akcja przybierała ekstremalne rozmiary, zwłaszcza kiedy dochodzi do walk. Nikomu nie można tu ufać, a najlepiej nie przyznawać się też do własnych celów – chociaż kto pojawi się na celowniku trzęsących szkołą grup, ten i tak nie będzie miał wyjścia – demaskacja oznacza tu kolejną brutalną walkę.
„Unordinary” jako komiks dla fanów mangi ucieka od przesłodzonych wizji i infantylizmu, uru-chan szuka sposobu na to, żeby nasycić komiks przemocą i strachem – i w ten sposób trafić do młodych czytelników. Dzięki retrospekcjom można się przekonać naocznie, jak zmieniają się bohaterowie skazani na odgórne porządki. Ale kształtowanie kadrów polega tu w dużej mierze na portretowaniu postaci i sygnalizowaniu ich emocji w mimice, rzadko kiedy obrazki wypełniane są elementami drugiego planu – nie ma czasu na śledzenie detali, kiedy bohaterowie muszą walczyć na śmierć i życie. Jednak wyniesienie szkolnych konfliktów na poziom serialu sensacyjnego z domieszką fantasy nie wszystkich przekona – trzeba będzie wziąć poprawkę na niewytłumaczalny czasem rozmach w budowaniu konsekwencji łamania szkolnych zasad.
Siła
Dość zabawnie wypada cenzurowanie wulgaryzmów w mandze, w drugim tomie „Unordinary”, zwłaszcza że chlapanie farbą – jako przedstawianie krwi w obrażeniach bohaterów nie ma tu końca. Mogłoby się wydawać, że szkolne społeczności to rejony walki o władzę, ale walki psychologicznej – jednak bohaterowie przekonują się, że nic nie jest proste i czasami trzeba mierzyć się z własnymi lękami, ale dużo częściej – stawać do prawdziwych bitew z ostrą bronią. Uru-chan buduje opowieść osnutą na rozwarstwieniu klasowym, są tu przedstawiciele klasy wyższej – w szkole Wellston High jest ich mnóstwo – ale są też „zera”, ludzie, którzy starają się przemykać niepostrzeżenie i nie szukać kontaktu z innymi, a jeśli już zostaną zmuszeni do interakcji – to zwykle korzą się przed innymi uczniami. Ale niektórzy, żeby zapewnić sobie przetrwanie, udają kogoś, kim nie są.
Aktualnie Seraphina odbywa karę – nie wolno jej chodzić do szkoły. Z kolei John, który na lekcjach się pojawia, udaje, że należy do zer – tyle tylko, że ktoś domyśla się mistyfikacji i postanawia jej zapobiec. Intrygi nakładają się na siebie i prowadzą do konfrontacji, która wykracza daleko poza młodzieżowe przygody: tu rany są poważne, podobnie zresztą jak i same walki – ale też uru-chan stawia na bohaterów obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami właśnie po to, żeby w odpowiednim momencie wprowadzić na scenę uzdrowicieli lub zwyczajnie ocalać, a nie pozbawiać życia kolejnych uczniów. Wellston High nie jest tu nawet areną potyczek – żeby rozprawić się z przeciwnikiem, można go wywieźć daleko, tak, żeby miał mniejszą szansę na ratunek ze strony kogoś znajomego. Tu każdy prowadzi własną grę, każdy jest bezwzględny i pozbawiony jakichkolwiek empatycznych odruchów. Liczy się tylko stawianie na swoim i niszczenie tych, którzy mogliby zaburzyć ogólnie przyjęty ład. „Unordinary” to manga, w której dynamika momentami przesłania treść – chodzi o to, żeby działo się wszystko błyskawicznie i żeby akcja przybierała ekstremalne rozmiary, zwłaszcza kiedy dochodzi do walk. Nikomu nie można tu ufać, a najlepiej nie przyznawać się też do własnych celów – chociaż kto pojawi się na celowniku trzęsących szkołą grup, ten i tak nie będzie miał wyjścia – demaskacja oznacza tu kolejną brutalną walkę.
„Unordinary” jako komiks dla fanów mangi ucieka od przesłodzonych wizji i infantylizmu, uru-chan szuka sposobu na to, żeby nasycić komiks przemocą i strachem – i w ten sposób trafić do młodych czytelników. Dzięki retrospekcjom można się przekonać naocznie, jak zmieniają się bohaterowie skazani na odgórne porządki. Ale kształtowanie kadrów polega tu w dużej mierze na portretowaniu postaci i sygnalizowaniu ich emocji w mimice, rzadko kiedy obrazki wypełniane są elementami drugiego planu – nie ma czasu na śledzenie detali, kiedy bohaterowie muszą walczyć na śmierć i życie. Jednak wyniesienie szkolnych konfliktów na poziom serialu sensacyjnego z domieszką fantasy nie wszystkich przekona – trzeba będzie wziąć poprawkę na niewytłumaczalny czasem rozmach w budowaniu konsekwencji łamania szkolnych zasad.
sobota, 2 listopada 2024
Åsa Gilland: Jak różnie mieszkamy
HarperKids, Warszawa 2024.
Wizyty
Åsa Gilland proponuje małym odbiorcom przegląd co bardziej interesujących miejsc, w jakich mogą mieszkać ludzie. Wybór oczywiście jest subiektywny i podyktowany objętością picture booka, ale wystarcza, żeby „Jak różnie mieszkamy” spotkało się z wielkim zaciekawieniem maluchów, które mogą zostać zabrane do domów przez swoich rówieśników z różnych stron świata. Chociaż niekoniecznie są to domy reprezentatywne dla danego kraju (Polska jest tu przedstawiana za sprawą falowca), to można się zorientować, jak różne są miejsca do życia – i jak bardzo zależą czasami od warunków klimatycznych czy możliwości budowania na konkretnym terenie. I tak dzieci przekonają się, czym jest chata honai a czym hanok, sprawdzą, czy można mieszkać w bloku, do którego wjeżdża pociąg, porównają dom w skale, barkę i jurtę. Pojawią się tu też tematy, które prowadzą do społecznych dyskusji i analiz – obóz dla uchodźców i slumsy. Ale oprócz tego także nowoczesne domy ekologiczne, apartamenty w wieżowcach, domy pod miastem… propozycji jest sporo (chociaż oczywiście nie wyczerpują tematu mieszkań w różnych miejscach i w różnych stronach świata).
Za każdym razem przewodnikiem po domu staje się jego mieszkaniec – dziecko. Dziecko wita się z odbiorcą i w kilku słowach przedstawia (na przykład, mówiąc, z kim mieszka – co jest również wstępem do możliwości pokazania małemu odbiorcy, jak różne są dzisiaj rodziny). W ramach tej prezentacji pojawiają się jeszcze wzmianki o odległościach (dystansach do szkoły czy pracy lub środkach transportu wykorzystywanych najczęściej). Na rozkładówce poświęconej wybranemu domowi widnieje spory obrazek – i reszta wyjaśnień to jednoakapitowe komentarze porozrzucane po stronach tak, żeby dzieci samodzielnie wybierały sobie kolejność poznawania faktów i żeby mogły przyglądać się kolejnym częściom ilustracji. Tu w komentarzach odbiorcy otrzymują między innymi ciekawostki na temat wielkości pokojów lub jakości podwórka, bliskości do innych kolegów, miejsc, w których robi się zakupy. Mali bohaterowie dzielą się z czytelnikami także prostymi marzeniami – mówią, kim chcieliby zostać w przyszłości, dlaczego pilnie się uczą, albo – czy mogą korzystać z komputera w domu, czy w tym celu muszą zostawać w szkole. Są tu dzieci pokazujące specyfikę różnych kultur, jest to więc także sposób na oswajanie odbiorców z odmiennością i na przygotowywanie ich na poznawanie różnorodności świata. Tak stworzona książka uczy otwartości na innych i rozbudza ciekawość w kwestii stylów życia. Każdy z bohaterów daje się na swój sposób polubić i przez inne zagadnienia można go poznawać – a to dla czytelników ważne. Bywa, że odbiorcy będą odwiedzać miejsca swojskie i kojarzone z własnymi domami (tu da się łatwo porównywać jakość mieszkania), ale są też i rejony egzotyczne, zaskakujące i dziwne – i to one mogą najbardziej przyciągać odbiorców, uświadamiając im, jak wiele wiadomości czeka na odkrycie. „Jak różnie mieszkamy” to publikacja, która spodoba się najmłodszym odbiorcom. Nie jest to bajka, ale jak bajka brzmi za sprawą oryginalnych prezentacji i nadawania przewodnikom urozmaiconych cech.
Wizyty
Åsa Gilland proponuje małym odbiorcom przegląd co bardziej interesujących miejsc, w jakich mogą mieszkać ludzie. Wybór oczywiście jest subiektywny i podyktowany objętością picture booka, ale wystarcza, żeby „Jak różnie mieszkamy” spotkało się z wielkim zaciekawieniem maluchów, które mogą zostać zabrane do domów przez swoich rówieśników z różnych stron świata. Chociaż niekoniecznie są to domy reprezentatywne dla danego kraju (Polska jest tu przedstawiana za sprawą falowca), to można się zorientować, jak różne są miejsca do życia – i jak bardzo zależą czasami od warunków klimatycznych czy możliwości budowania na konkretnym terenie. I tak dzieci przekonają się, czym jest chata honai a czym hanok, sprawdzą, czy można mieszkać w bloku, do którego wjeżdża pociąg, porównają dom w skale, barkę i jurtę. Pojawią się tu też tematy, które prowadzą do społecznych dyskusji i analiz – obóz dla uchodźców i slumsy. Ale oprócz tego także nowoczesne domy ekologiczne, apartamenty w wieżowcach, domy pod miastem… propozycji jest sporo (chociaż oczywiście nie wyczerpują tematu mieszkań w różnych miejscach i w różnych stronach świata).
Za każdym razem przewodnikiem po domu staje się jego mieszkaniec – dziecko. Dziecko wita się z odbiorcą i w kilku słowach przedstawia (na przykład, mówiąc, z kim mieszka – co jest również wstępem do możliwości pokazania małemu odbiorcy, jak różne są dzisiaj rodziny). W ramach tej prezentacji pojawiają się jeszcze wzmianki o odległościach (dystansach do szkoły czy pracy lub środkach transportu wykorzystywanych najczęściej). Na rozkładówce poświęconej wybranemu domowi widnieje spory obrazek – i reszta wyjaśnień to jednoakapitowe komentarze porozrzucane po stronach tak, żeby dzieci samodzielnie wybierały sobie kolejność poznawania faktów i żeby mogły przyglądać się kolejnym częściom ilustracji. Tu w komentarzach odbiorcy otrzymują między innymi ciekawostki na temat wielkości pokojów lub jakości podwórka, bliskości do innych kolegów, miejsc, w których robi się zakupy. Mali bohaterowie dzielą się z czytelnikami także prostymi marzeniami – mówią, kim chcieliby zostać w przyszłości, dlaczego pilnie się uczą, albo – czy mogą korzystać z komputera w domu, czy w tym celu muszą zostawać w szkole. Są tu dzieci pokazujące specyfikę różnych kultur, jest to więc także sposób na oswajanie odbiorców z odmiennością i na przygotowywanie ich na poznawanie różnorodności świata. Tak stworzona książka uczy otwartości na innych i rozbudza ciekawość w kwestii stylów życia. Każdy z bohaterów daje się na swój sposób polubić i przez inne zagadnienia można go poznawać – a to dla czytelników ważne. Bywa, że odbiorcy będą odwiedzać miejsca swojskie i kojarzone z własnymi domami (tu da się łatwo porównywać jakość mieszkania), ale są też i rejony egzotyczne, zaskakujące i dziwne – i to one mogą najbardziej przyciągać odbiorców, uświadamiając im, jak wiele wiadomości czeka na odkrycie. „Jak różnie mieszkamy” to publikacja, która spodoba się najmłodszym odbiorcom. Nie jest to bajka, ale jak bajka brzmi za sprawą oryginalnych prezentacji i nadawania przewodnikom urozmaiconych cech.
piątek, 1 listopada 2024
Emily Hawkins: Atlas zaświatów. Przewodnik po podziemnych, ziemskich i niebieskich królestwach zmarłych
Kropka, Warszawa 2024.
Wiara
Zamiast dyskusji na temat Halloween można przyjrzeć się pomysłom społeczeństw, kultur i religii na życie pozagrobowe. „Atlas zaświatów. Przewodnik po podziemnych, ziemskich i niebieskich królestwach zmarłych” to picture book edukacyjny dla dzieci, które chciałyby się dowiedzieć czegoś na temat owoców zbiorowej wyobraźni – i próbują odkrywać świat przez pryzmat opinii na temat życia po życiu. Nie ma tu oczywiście rozbudowanych wyjaśnień, wszystko sprowadza się do akapitowych komentarzy, które pomagają zorientować się w specyfice opowieści – i pozwolą na samodzielne poszukiwania. Atlas został podzielony na kontynenty – w ich ramach pojawiają się kolejne ciekawostki, legendy, mity, podania, wierzenia itp. – które mogą zainspirować albo rozbawić, a czasem też zafascynować. Dzieci odwiedzą tutaj i starożytną Grecję, i komnatę wikingów, rajski ogród z mitów słowiańskich, ale też prześledzą opowieści afrykańskie, podziemne królestwa z Azji, odkrycia archeologiczne, różne drogi do nieba, sposoby kontaktowania się z duchami (albo samą codzienność duchów), szereg niekojarzonych powszechnie mitologii. Za każdym razem wyznacznikiem opowieści staje się miejsce na mapie – konkretne i w miarę łatwe do określenia (czasem dość rozległe). Owo miejsce zyskuje wprowadzenie – żeby odbiorcy szybko mogli się zorientować, jaki temat w związku z nim został wybrany (nie ma w atlasie możliwości prezentowania rozbudowanych studiów nad wierzeniami, trzeba więc wybrać ciekawostki i to, co nie odstraszy dzieci, za to wpłynie na ich wyobraźnię). Krótkie akapity to przestrzeń do przedstawiania kolejnych pomysłów z danego obszaru kulturowego czy religijnego – przy czym Emily Hawkins nie próbuje w żaden sposób wartościować prezentowanych informacji, stawia na proste komunikaty i ciekawostki przekazywane dzieciom. Część wyjaśnień przenosi na grafiki i podpisy do ilustracji, część przedstawia w formie doklejanych notatek na stronach – tak, żeby nie zmęczyć dzieci dużymi blokami tekstu, a pozwolić im samodzielnie wybierać kierunek lektury. Czasem wprowadza dodatkowe wiadomości na temat różnic w wierzeniach – ale to już dla porównania zestawu odkryć. Okazuje się dzięki tej lekturze, że przekonania co do życia pozagrobowego mogą być bardzo barwne i zróżnicowane, zawsze znajdzie się coś, co uatrakcyjnia przejście na drugą stronę. Atlas staje się też pretekstem do opisywania zwyczajów związanych z pożegnaniem zmarłego – od czasu do czasu pojawiają się tu i takie informacje. Picture book dużych rozmiarów jest lekturą ciekawą i wartościową nie tylko dla najmłodszych – uświadamia odbiorcom, że każda kultura wypracowuje sobie własne sposoby na oswajanie lęku przed śmiercią. Taka książka sprawdzi się, kiedy ktoś ma zamiar zastanawiać się nad zaświatami i perspektywami człowieka – nakłania do refleksji i przypomina o kruchości życia – ale jest też zestawem bardzo barwnych i anegdotycznych komentarzy dotyczących wykreowanych przez społeczeństwa krain. Jest tu zadziwiająco dużo tekstu do czytania – i mnóstwo wiadomości upakowanych w esencjonalnych notatkach. „Atlas zaświatów” to sposób na wyrwanie się z zamkniętego kręgu dyskusji o prymacie którejkolwiek religii (lub jakiegokolwiek zwyczaju): uświadamia odbiorcom, że niezależnie od miejsca na świecie ludzie potrzebują wiary w to, że po śmierci czeka ich dalsza egzystencja.
Wiara
Zamiast dyskusji na temat Halloween można przyjrzeć się pomysłom społeczeństw, kultur i religii na życie pozagrobowe. „Atlas zaświatów. Przewodnik po podziemnych, ziemskich i niebieskich królestwach zmarłych” to picture book edukacyjny dla dzieci, które chciałyby się dowiedzieć czegoś na temat owoców zbiorowej wyobraźni – i próbują odkrywać świat przez pryzmat opinii na temat życia po życiu. Nie ma tu oczywiście rozbudowanych wyjaśnień, wszystko sprowadza się do akapitowych komentarzy, które pomagają zorientować się w specyfice opowieści – i pozwolą na samodzielne poszukiwania. Atlas został podzielony na kontynenty – w ich ramach pojawiają się kolejne ciekawostki, legendy, mity, podania, wierzenia itp. – które mogą zainspirować albo rozbawić, a czasem też zafascynować. Dzieci odwiedzą tutaj i starożytną Grecję, i komnatę wikingów, rajski ogród z mitów słowiańskich, ale też prześledzą opowieści afrykańskie, podziemne królestwa z Azji, odkrycia archeologiczne, różne drogi do nieba, sposoby kontaktowania się z duchami (albo samą codzienność duchów), szereg niekojarzonych powszechnie mitologii. Za każdym razem wyznacznikiem opowieści staje się miejsce na mapie – konkretne i w miarę łatwe do określenia (czasem dość rozległe). Owo miejsce zyskuje wprowadzenie – żeby odbiorcy szybko mogli się zorientować, jaki temat w związku z nim został wybrany (nie ma w atlasie możliwości prezentowania rozbudowanych studiów nad wierzeniami, trzeba więc wybrać ciekawostki i to, co nie odstraszy dzieci, za to wpłynie na ich wyobraźnię). Krótkie akapity to przestrzeń do przedstawiania kolejnych pomysłów z danego obszaru kulturowego czy religijnego – przy czym Emily Hawkins nie próbuje w żaden sposób wartościować prezentowanych informacji, stawia na proste komunikaty i ciekawostki przekazywane dzieciom. Część wyjaśnień przenosi na grafiki i podpisy do ilustracji, część przedstawia w formie doklejanych notatek na stronach – tak, żeby nie zmęczyć dzieci dużymi blokami tekstu, a pozwolić im samodzielnie wybierać kierunek lektury. Czasem wprowadza dodatkowe wiadomości na temat różnic w wierzeniach – ale to już dla porównania zestawu odkryć. Okazuje się dzięki tej lekturze, że przekonania co do życia pozagrobowego mogą być bardzo barwne i zróżnicowane, zawsze znajdzie się coś, co uatrakcyjnia przejście na drugą stronę. Atlas staje się też pretekstem do opisywania zwyczajów związanych z pożegnaniem zmarłego – od czasu do czasu pojawiają się tu i takie informacje. Picture book dużych rozmiarów jest lekturą ciekawą i wartościową nie tylko dla najmłodszych – uświadamia odbiorcom, że każda kultura wypracowuje sobie własne sposoby na oswajanie lęku przed śmiercią. Taka książka sprawdzi się, kiedy ktoś ma zamiar zastanawiać się nad zaświatami i perspektywami człowieka – nakłania do refleksji i przypomina o kruchości życia – ale jest też zestawem bardzo barwnych i anegdotycznych komentarzy dotyczących wykreowanych przez społeczeństwa krain. Jest tu zadziwiająco dużo tekstu do czytania – i mnóstwo wiadomości upakowanych w esencjonalnych notatkach. „Atlas zaświatów” to sposób na wyrwanie się z zamkniętego kręgu dyskusji o prymacie którejkolwiek religii (lub jakiegokolwiek zwyczaju): uświadamia odbiorcom, że niezależnie od miejsca na świecie ludzie potrzebują wiary w to, że po śmierci czeka ich dalsza egzystencja.
czwartek, 31 października 2024
Mia Cassany: Straszydła. Potwory i upiory z kultowych horrorów
Kropka, Warszawa 2024.
Ściąga
To tom przygotowany z myślą o Halloween, ale nadaje się jako kulturowa ciekawostka i to nie tylko dla dzieci, które lubią się bać. "Straszydła. Potwory i upiory z kultowych horrorów" to nic innego jak przegląd owoców ludzkiej wyobraźni. Mia Cassany koncentruje się na istotach, które już wkradły się do zbiorowej świadomości i istnieją także jako kulturowe odnośniki - więc ta lektura pomoże zrozumieć część skojarzeń i inspiracji. Wśród stworów i potworów inspirujących znalazły się między innymi wilkołaki, hrabia Drakula i wampiry, Frankenstein, mumie (jako stwory ożywające po śmierci i zaludniające horrory, nie jako efekt działań w starożytnym Egipcie), wiedźmy, upiór w operze, Kraken, Minotaur, Wendigo czy Meduza. Za każdym razem dzieci otrzymują krótki komentarz do wybranej postaci (ewentualnie bardzo prosty zarys fabuły) oraz zbiór ciekawostek związanych z wierzeniami lub legendami. Takie podsumowanie pomaga szybko zorientować się w przestrzeni istot z horrorów - ale nie budzi strachu, chociaż pojawiają się w książce co pewien czas przypomnienia, że prezentowane są tu postacie z wyobraźni, nieistniejące w zwykłym życiu.
"Straszydła"to wielkoformatowa książka, która ma wartość edukacyjną (trzeba poznawać omawiane tu tematy, żeby umieć poruszać się w przestrzeni kulturowej), ale i rozrywkową - bo przywraca dzieciom możliwość przeżywania zdrowego strachu w niewielkiej dawce. Mia Cassany oswaja z bohaterami horrorów, ale tylko z tymi, z którymi dzieci mogą się zetknąć - nie będzie tu stworzeń z popkultury, jedynie te z tradycji, oswojone i wręcz zwyczajne, przynajmniej z perspektywy dorosłych. Dla dzieci wciąż mogą być one odkrywcze. Co ważne, Mia Cassay nie proponuje pełnego omówienia każdej z istot - poprzestaje na naszkicowaniu sylwetki, wrzuceniu kilku zaledwie wyznaczników - tak, żeby dzieci wiedziały, jak poruszać się po świecie horrorów i nauczyły się odczytywać kody kulturowe. Taka publikacja pozwoli też na uruchamianie wyobraźni i na budzenie zainteresowania literackimi pomysłami. A ponieważ "Straszydła" to duży picture book - liczą się tu również ilustracje, które pomagają w nauce rozpoznawania stworów. "Straszydła" to proste podsumowanie istot charakterystycznych dla zbiorowej świadomości, przenoszących ukryte lęki i będących wentylem bezpieczeństwa dla ludzi. Mia Cassany nie zamierza dzieci straszyć ani męczyć zbyt poważnymi podsumowaniami - dba o to, żeby lektura była ciekawa i żeby odbiorcy mieli radość z odkrywania kolejnych postaci. Nie trzeba tej publikacji czytać linearnie, można wybierać sobie konkretnych bohaterów i przyglądać się im oraz ich inspiracjom - ale dzieci z ciekawości mogą prześledzić całość i sprawdzić, co inspirowało twórców lub jakie lęki przenosili na swoich bohaterów. To dobre wprowadzenie do opowieści popkulturowych i do późniejszych poszukiwań konkretnych treści. A ponieważ przeszczepionego na polski grunt Halloween nie da się usunąć z zabaw dzieciaków - można dzieciom pokazać źródła strasznych przebrań i wykorzystać zainteresowanie popularnymi rozrywkami do krzewienia wiedzy.
Ściąga
To tom przygotowany z myślą o Halloween, ale nadaje się jako kulturowa ciekawostka i to nie tylko dla dzieci, które lubią się bać. "Straszydła. Potwory i upiory z kultowych horrorów" to nic innego jak przegląd owoców ludzkiej wyobraźni. Mia Cassany koncentruje się na istotach, które już wkradły się do zbiorowej świadomości i istnieją także jako kulturowe odnośniki - więc ta lektura pomoże zrozumieć część skojarzeń i inspiracji. Wśród stworów i potworów inspirujących znalazły się między innymi wilkołaki, hrabia Drakula i wampiry, Frankenstein, mumie (jako stwory ożywające po śmierci i zaludniające horrory, nie jako efekt działań w starożytnym Egipcie), wiedźmy, upiór w operze, Kraken, Minotaur, Wendigo czy Meduza. Za każdym razem dzieci otrzymują krótki komentarz do wybranej postaci (ewentualnie bardzo prosty zarys fabuły) oraz zbiór ciekawostek związanych z wierzeniami lub legendami. Takie podsumowanie pomaga szybko zorientować się w przestrzeni istot z horrorów - ale nie budzi strachu, chociaż pojawiają się w książce co pewien czas przypomnienia, że prezentowane są tu postacie z wyobraźni, nieistniejące w zwykłym życiu.
"Straszydła"to wielkoformatowa książka, która ma wartość edukacyjną (trzeba poznawać omawiane tu tematy, żeby umieć poruszać się w przestrzeni kulturowej), ale i rozrywkową - bo przywraca dzieciom możliwość przeżywania zdrowego strachu w niewielkiej dawce. Mia Cassany oswaja z bohaterami horrorów, ale tylko z tymi, z którymi dzieci mogą się zetknąć - nie będzie tu stworzeń z popkultury, jedynie te z tradycji, oswojone i wręcz zwyczajne, przynajmniej z perspektywy dorosłych. Dla dzieci wciąż mogą być one odkrywcze. Co ważne, Mia Cassay nie proponuje pełnego omówienia każdej z istot - poprzestaje na naszkicowaniu sylwetki, wrzuceniu kilku zaledwie wyznaczników - tak, żeby dzieci wiedziały, jak poruszać się po świecie horrorów i nauczyły się odczytywać kody kulturowe. Taka publikacja pozwoli też na uruchamianie wyobraźni i na budzenie zainteresowania literackimi pomysłami. A ponieważ "Straszydła" to duży picture book - liczą się tu również ilustracje, które pomagają w nauce rozpoznawania stworów. "Straszydła" to proste podsumowanie istot charakterystycznych dla zbiorowej świadomości, przenoszących ukryte lęki i będących wentylem bezpieczeństwa dla ludzi. Mia Cassany nie zamierza dzieci straszyć ani męczyć zbyt poważnymi podsumowaniami - dba o to, żeby lektura była ciekawa i żeby odbiorcy mieli radość z odkrywania kolejnych postaci. Nie trzeba tej publikacji czytać linearnie, można wybierać sobie konkretnych bohaterów i przyglądać się im oraz ich inspiracjom - ale dzieci z ciekawości mogą prześledzić całość i sprawdzić, co inspirowało twórców lub jakie lęki przenosili na swoich bohaterów. To dobre wprowadzenie do opowieści popkulturowych i do późniejszych poszukiwań konkretnych treści. A ponieważ przeszczepionego na polski grunt Halloween nie da się usunąć z zabaw dzieciaków - można dzieciom pokazać źródła strasznych przebrań i wykorzystać zainteresowanie popularnymi rozrywkami do krzewienia wiedzy.
środa, 30 października 2024
Magdalena Kordel: Wilczy Dwór. Córka wiatrów
Znak, Kraków 2023.
Schronienie
Mit założycielski Wilczego Dworu – jako miejsca, w którym ocalenie znajdą potrzebujący – jest ładny i baśniowy, działa na wyobraźnię i pokazuje, że Magdalena Kordel nie będzie się bała mocnych rozwiązań. Zresztą w akcji, w której bliską przeszłością jest powstanie listopadowe, a na porządku dziennym strzelanie się w pojedynkach nie może być mowy o nijakości akcji. W pierwszym tomie cyklu Wilczy Dwór autorka przedstawia czytelniczkom pewien dworek i jego właścicielkę, silną, dumną i niezależną Konstancję. Konstancja wie doskonale, co robić, żeby wszyscy w jej majątku mieli się dobrze – a przynajmniej ma nadzieję, że ludzie darzą ją zaufaniem i w razie problemów wiedzą, że mogą się do niej zwrócić. Ale nawet tak mądra i dobra pani nie ma dostępu do wszystkich wiadomości – zwłaszcza kiedy za intrygi przeciwko niej bierze się nieuwzględniający praw kobiet rządca. Do Wilczego Dworu przybywają ludzie, którzy odegrali ważną rolę w przeszłości Konstancji – ale najbardziej istotna jest teraźniejszość. Trzeba być czujnym i w porę odeprzeć ewentualne ataki. Szykuje się potężne starcie – i nawet spryt niewiele pomoże, gdy w grę wchodzi pojedynek na pistolety.
Jednak ponieważ Magdalena Kordel buduje w Wilczym Dworze azyl dla wszystkich, stawia na silne rządy kobiet. Konstancja prowadzi majątek pewną ręką, a wspierana jest przez prawdziwą przyjaciółkę, ochmistrzynię Pelasię. Każda z pań ma swoje sposoby na rozwiązanie niewygodnych problemów, każda też wie, kiedy zareagować. Znajomość męskiej natury pozwala im na omijanie pułapek – i przy takim przygotowaniu mowy być nie może o klęskach. Co złe – to już zdążyło się wydarzyć, teraz pora na reperowanie świata. Przynajmniej w założeniu. Magdalena Kordel stawia na akcję mocno zakorzenioną w przeszłości – ale losy ludzi czy emocje nimi targające są uniwersalne. I to powód sukcesu, książka spodoba się fankom powieści historycznych i obyczajowych – tu nie ma zbyt wiele krwawych rozwiązań, znacznie częściej do gry wkracza humor i niespodzianki. Autorka wie, jak zaskakiwać czytelniczki i jak proponować im świat, który już nie istnieje – a jednak przyciąga i nie pozwala się odsunąć. W Wilczym Dworze rozgrywają się różne niemożliwe dzisiaj sceny – ale nie znaczy to, że czytelniczki mają do czynienia z lekturą archaiczną. „Córka wiatrów” to pierwsza część tego cyklu – i Magdalena Kordel udowadnia tu, że ma sporo do powiedzenia, jeśli chodzi o budowanie obyczajowości z dawnych czasów. Funduje czytelniczkom emocjonalną podróż w przeszłość, wypełnioną nietypowymi i bardziej dzisiaj zrozumiałymi pomysłami. Jedno jest pewne – w Wilczym Dworze schronienie mogą zyskać ci, którzy go najbardziej potrzebują i którzy nie mają dokąd uciec przed ponurą rzeczywistością. A kobiety, które rządzą, wcale nie muszą potwierdzać stereotypów o słabej płci – potrafią wykorzystywać spryt, wiedzę i umiejętności niekoniecznie dyplomatyczne – żeby zaszantażować swoich przeciwników. I ze względu na silne kobiece charaktery ta książka może się bardzo odbiorczyniom podobać.
Schronienie
Mit założycielski Wilczego Dworu – jako miejsca, w którym ocalenie znajdą potrzebujący – jest ładny i baśniowy, działa na wyobraźnię i pokazuje, że Magdalena Kordel nie będzie się bała mocnych rozwiązań. Zresztą w akcji, w której bliską przeszłością jest powstanie listopadowe, a na porządku dziennym strzelanie się w pojedynkach nie może być mowy o nijakości akcji. W pierwszym tomie cyklu Wilczy Dwór autorka przedstawia czytelniczkom pewien dworek i jego właścicielkę, silną, dumną i niezależną Konstancję. Konstancja wie doskonale, co robić, żeby wszyscy w jej majątku mieli się dobrze – a przynajmniej ma nadzieję, że ludzie darzą ją zaufaniem i w razie problemów wiedzą, że mogą się do niej zwrócić. Ale nawet tak mądra i dobra pani nie ma dostępu do wszystkich wiadomości – zwłaszcza kiedy za intrygi przeciwko niej bierze się nieuwzględniający praw kobiet rządca. Do Wilczego Dworu przybywają ludzie, którzy odegrali ważną rolę w przeszłości Konstancji – ale najbardziej istotna jest teraźniejszość. Trzeba być czujnym i w porę odeprzeć ewentualne ataki. Szykuje się potężne starcie – i nawet spryt niewiele pomoże, gdy w grę wchodzi pojedynek na pistolety.
Jednak ponieważ Magdalena Kordel buduje w Wilczym Dworze azyl dla wszystkich, stawia na silne rządy kobiet. Konstancja prowadzi majątek pewną ręką, a wspierana jest przez prawdziwą przyjaciółkę, ochmistrzynię Pelasię. Każda z pań ma swoje sposoby na rozwiązanie niewygodnych problemów, każda też wie, kiedy zareagować. Znajomość męskiej natury pozwala im na omijanie pułapek – i przy takim przygotowaniu mowy być nie może o klęskach. Co złe – to już zdążyło się wydarzyć, teraz pora na reperowanie świata. Przynajmniej w założeniu. Magdalena Kordel stawia na akcję mocno zakorzenioną w przeszłości – ale losy ludzi czy emocje nimi targające są uniwersalne. I to powód sukcesu, książka spodoba się fankom powieści historycznych i obyczajowych – tu nie ma zbyt wiele krwawych rozwiązań, znacznie częściej do gry wkracza humor i niespodzianki. Autorka wie, jak zaskakiwać czytelniczki i jak proponować im świat, który już nie istnieje – a jednak przyciąga i nie pozwala się odsunąć. W Wilczym Dworze rozgrywają się różne niemożliwe dzisiaj sceny – ale nie znaczy to, że czytelniczki mają do czynienia z lekturą archaiczną. „Córka wiatrów” to pierwsza część tego cyklu – i Magdalena Kordel udowadnia tu, że ma sporo do powiedzenia, jeśli chodzi o budowanie obyczajowości z dawnych czasów. Funduje czytelniczkom emocjonalną podróż w przeszłość, wypełnioną nietypowymi i bardziej dzisiaj zrozumiałymi pomysłami. Jedno jest pewne – w Wilczym Dworze schronienie mogą zyskać ci, którzy go najbardziej potrzebują i którzy nie mają dokąd uciec przed ponurą rzeczywistością. A kobiety, które rządzą, wcale nie muszą potwierdzać stereotypów o słabej płci – potrafią wykorzystywać spryt, wiedzę i umiejętności niekoniecznie dyplomatyczne – żeby zaszantażować swoich przeciwników. I ze względu na silne kobiece charaktery ta książka może się bardzo odbiorczyniom podobać.
wtorek, 29 października 2024
Tomasz Stawiszyński: Powrót fatum
Znak, Kraków 2024.
Zależności
Punkt wyjścia jest w tej książce taki, że przyciągnie odbiorców, bez względu na ich upodobania do gatunku. Tomasz Stawiszyński bowiem zauważa ciekawą prawidłowość: ludzie, niezależnie od tego, ku jakiej opcji się skłaniają: tłumaczeniu świata przez religię, przez naukę czy przez ezoterykę – rozmijają się ze sobą, nie mają płaszczyzny porozumienia, ale też nie szukają miejsca na dialog. W ogóle go nie podejmują. I w związku z tym, chociaż chodzi im w gruncie rzeczy o to samo – o znalezienie wytłumaczenia sensu istnienia – nie mogą się ze sobą dogadać. „Powrót fatum” to opowieść o dzisiejszym poszukiwaniu postaw i autorytetów – ale przefiltrowana przez możliwości. Upadek religii jako wzorca funkcjonowania wiąże się nie z odejściem społeczeństwa w stronę nauki, a w stronę „magii”. Niektórzy bardzo poważnie traktują wszelkiego rodzaju horoskopy, pomysły z astrologii, wróżby itp. Nie chcą jednak pogodzić się z odkryciami naukowymi – jako wyrocznię traktują wróżbitów i samozwańczych uzdrowicieli. A przecież przedstawiciele wszystkich trzech grup potrzebują najbardziej punktu oparcia, świadomości, że istnieje jakaś odgórna siła, która wszystkim kieruje i która nie pozwoli na nadejście chaosu. Im trudniej jest ludziom, tym chętniej wypatrują szansy na receptę na życie i istnienie.
Ale chociaż trójpodział książki wynika z trafnego osądu rzeczywistości, to nie jest źródłem wiedzy. W części poświęconej nauce liczy się przede wszystkim przypadek, świadomość niewiedzy, która ogólnie nie może dać pocieszenia ani spokoju, ale prowadzi do udoskonalania świata. Rozwój technologiczny wynika właśnie z pogoni za wiedzą, z uzmysłowienia sobie, że wie się wciąż za mało. W przypadku ezoteryki bardzo łatwo jest wpaść w tony krytyczne i wyśmiewać zjawisko – jednak Tomasz Stawiszyński umiejętnie operuje ironią, nie przesadza w niej, a pozwala czytelnikom samodzielnie wyciągać wnioski z lektury. Teorie okultystyczne i astrologiczne szaleństwo podważają same siebie – ale funkcjonują jako narzędzie pocieszania i tego autor nie kwestionuje. Tłumaczy dzięki odwołaniom do ezoteryki ludzką potrzebę posiadania schematu funkcjonowania – nieważne, że ów schemat nie ma racjonalnych podstaw, że się nie sprawdzi, że łatwo go podważyć albo wręcz wyśmiać – spełnia swoją rolę w pozaracjonalnej przestrzeni. Dla tych, którzy nie chcą uważać życia za przypadek (do czego przekonuje nauka) albo do działania fatum (do czego sprowadza się ezoteryka), zostaje religia. I czyta autor chrześcijaństwo jako szansę na ucieczkę od strachu. „Powrót fatum” to książka z esejami filozoficznymi, które bardzo dobrze naświetlają dzisiejszą rzeczywistość – i dzięki temu dla odbiorców będą najbardziej atrakcyjne. Można tu nie tylko sprawdzić, jakie pułapki czyhają na tych, którzy potrzebują wsparcia – ale też jak wygląda kondycja dzisiejszego społeczeństwa. Stawiszyński proponuje zestaw przemyśleń, które zachwycają trafnością i możliwością charakteryzowania współczesności. Mało tego: eseje, które Tomasz Stawiszyński proponuje, są ciekawie napisane, ta narracja ma dobry rytm – teksty funkcjonują niemal jak felietony.
Zależności
Punkt wyjścia jest w tej książce taki, że przyciągnie odbiorców, bez względu na ich upodobania do gatunku. Tomasz Stawiszyński bowiem zauważa ciekawą prawidłowość: ludzie, niezależnie od tego, ku jakiej opcji się skłaniają: tłumaczeniu świata przez religię, przez naukę czy przez ezoterykę – rozmijają się ze sobą, nie mają płaszczyzny porozumienia, ale też nie szukają miejsca na dialog. W ogóle go nie podejmują. I w związku z tym, chociaż chodzi im w gruncie rzeczy o to samo – o znalezienie wytłumaczenia sensu istnienia – nie mogą się ze sobą dogadać. „Powrót fatum” to opowieść o dzisiejszym poszukiwaniu postaw i autorytetów – ale przefiltrowana przez możliwości. Upadek religii jako wzorca funkcjonowania wiąże się nie z odejściem społeczeństwa w stronę nauki, a w stronę „magii”. Niektórzy bardzo poważnie traktują wszelkiego rodzaju horoskopy, pomysły z astrologii, wróżby itp. Nie chcą jednak pogodzić się z odkryciami naukowymi – jako wyrocznię traktują wróżbitów i samozwańczych uzdrowicieli. A przecież przedstawiciele wszystkich trzech grup potrzebują najbardziej punktu oparcia, świadomości, że istnieje jakaś odgórna siła, która wszystkim kieruje i która nie pozwoli na nadejście chaosu. Im trudniej jest ludziom, tym chętniej wypatrują szansy na receptę na życie i istnienie.
Ale chociaż trójpodział książki wynika z trafnego osądu rzeczywistości, to nie jest źródłem wiedzy. W części poświęconej nauce liczy się przede wszystkim przypadek, świadomość niewiedzy, która ogólnie nie może dać pocieszenia ani spokoju, ale prowadzi do udoskonalania świata. Rozwój technologiczny wynika właśnie z pogoni za wiedzą, z uzmysłowienia sobie, że wie się wciąż za mało. W przypadku ezoteryki bardzo łatwo jest wpaść w tony krytyczne i wyśmiewać zjawisko – jednak Tomasz Stawiszyński umiejętnie operuje ironią, nie przesadza w niej, a pozwala czytelnikom samodzielnie wyciągać wnioski z lektury. Teorie okultystyczne i astrologiczne szaleństwo podważają same siebie – ale funkcjonują jako narzędzie pocieszania i tego autor nie kwestionuje. Tłumaczy dzięki odwołaniom do ezoteryki ludzką potrzebę posiadania schematu funkcjonowania – nieważne, że ów schemat nie ma racjonalnych podstaw, że się nie sprawdzi, że łatwo go podważyć albo wręcz wyśmiać – spełnia swoją rolę w pozaracjonalnej przestrzeni. Dla tych, którzy nie chcą uważać życia za przypadek (do czego przekonuje nauka) albo do działania fatum (do czego sprowadza się ezoteryka), zostaje religia. I czyta autor chrześcijaństwo jako szansę na ucieczkę od strachu. „Powrót fatum” to książka z esejami filozoficznymi, które bardzo dobrze naświetlają dzisiejszą rzeczywistość – i dzięki temu dla odbiorców będą najbardziej atrakcyjne. Można tu nie tylko sprawdzić, jakie pułapki czyhają na tych, którzy potrzebują wsparcia – ale też jak wygląda kondycja dzisiejszego społeczeństwa. Stawiszyński proponuje zestaw przemyśleń, które zachwycają trafnością i możliwością charakteryzowania współczesności. Mało tego: eseje, które Tomasz Stawiszyński proponuje, są ciekawie napisane, ta narracja ma dobry rytm – teksty funkcjonują niemal jak felietony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






