Harperkids, Warszawa 2024.
Za rogiem
Muminki to bohaterowie, którzy inspirują - małe trolle stworzone przez Tove Jansson trafiają do kolejnych kreskówek i do tomików dla dzieci, czasami w dość luźny sposób prezentujących ich przygody. Liczy się możliwość dostosowania opowiadań do percepcji nawet najmłodszych dzieci - picture booki oraz komiksy kierowane do kilkulatków mają oswoić z bohaterami i przyzwyczaić do ich świata jeszcze przed "prawdziwą" lekturą. Mają ogromną zaletę: są kolorowe i ciekawe, przyciągają wzrok i zaprzyjaźniają z postaciami. W serii picture booków Muminek tym razem pojawia się historyjka "Muminek i Włóczykij szukają przygód" i jest to ciekawa propozycja dotycząca dorastania i samodzielności. Włóczykij to najbardziej wyindywidualizowana postać ze świata Muminków - ze świata, w którym przecież każdy może robić, co zechce. Jednak to właśnie ten bohater znika z nadejściem jesieni i pojawia się na wiosnę - nikt nie wie, gdzie się podziewa i co się z nim dzieje. Chyba że Włóczykij zechce się podzielić z przyjaciółmi opowieściami. To właśnie ten samotnik potrafi najbardziej rozbudzić zew przygód w Muminku, a ten fakt wykorzystują twórcy książeczki "Muminek i Włóczykij szukają przygód". Wszystko zaczyna się od opowieści - Muminek jest zafascynowany przyjacielem i tym, co ten przeżywa. Sam chciałby również zaznać ciekawych doświadczeń i kiedy tylko ma szansę na wyprawę, w dodatku z doświadczonym w tego typu wyzwaniach Włóczykijem, nie waha się ani chwili. Pakuje się i za zgodą rodziców (a nawet z ich entuzjastyczną pomocą) wypływa z Włóczykijem wieczorem na jezioro. Trafia na miejsce, które może zachwycić - i chociaż ma wrócić przed zachodem słońca, nic nie jest w stanie popsuć jego radości. Chyba że strach przed zbyt długim powrotem do domu.
Muminek odkrywa świat za progiem swojego domu, przekonuje się, że czasami warto porzucić własną strefę komfortu i zdecydować się na nieznane. Inaczej nie da się przeżyć przygody. Zestaw nowych doświadczeń pozbawiony jest negatywnych emocji, liczą się tylko radość i zachwyt, a to sprawia, że tomik nadaje się znakomicie na lekturę przed snem. Jest to również historia o przyjaźni - Włóczykij nie przechwala się swoimi doświadczeniami i nie wywyższa się, za to umożliwia Muminkowi bezpieczne wypuszczenie się poza dom i rodzinę. Cała książeczka ma duży druk, jeśli dzieci będą chciały czytać ją samodzielnie to z pewnością takie rozwiązanie bardzo ułatwi im pracę. Ma też wyraziste i bardzo kolorowe obrazki, które będą przykuwać uwagę i wręcz zapraszać do lektury. Jest to tomik bardzo starannie przygotowany z myślą o najmłodszych odbiorcach - nie ma tu ani nudy, ani przewidywalności, za to zapowiadana przygoda nie rozczaruje. Dzieci mogą wkroczyć w świat Muminków i polubić jego bohaterów bez zastrzeżeń - taka propozycja zasługuje na uwagę.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 2 sierpnia 2024
czwartek, 1 sierpnia 2024
Sherri Duskey Rinker: To plac budowy... czy pas startowy?
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Lotnisko
Sherri Duskey Rinker trafiła na temat, który miał być pomysłem na jedną książeczkę, a rozrasta się już w całkiem spory cykl, szczególnie lubiany przez małych chłopców - ale także przez wszystkie dzieci zmęczone księżniczkowymi trendami w literaturze czwartej. Tu zmienia się perspektywa: antropomorfizowani bohaterowie wywodzą się z placu budowy (kolejni dołączają w zależności od potrzeb) i swoimi działaniami tworzą kolejne miejsca ważne dla miejskiej infrastruktury. Czasami tylko zachowują się jak ludzie (była tu na przykład kołysanka). Przede wszystkim jednak autorka i ilustrator (AG Ford) zapewniają dzieciom wgląd na teren zwykle ogrodzony i strzeżony, niezbyt bezpieczny dla maluchów, za to arcyciekawy. "To plac budowy... czy pas startowy?" to kolejny tomik rymowanego cyklu - łatwo się domyślić, że tym razem dzielne maszyny zabiorą się za rozbudowę lotniska. Dotychczasowe jest niewydajne, samoloty muszą czekać w kolejkach, a to wszystkich frustruje. Trzeba zatem zbudować nowe, wygodne pasy do startów i lądowania, a kiedy już znajdzie się miejsce na samoloty - można przedstawiać kolejne imponujące maszyny. Znów Sherri Duskey Rinker będzie zatem poszerzać słownictwo dzieci i przedstawiać im nazwy i rodzaje samolotów - ale nie zapomni o starych bohaterach, wprowadzi wszystkich, którzy mogą pomóc na lotnisku: w wykopach, wylewaniu betonu i utwardzaniu dróg, ale też w oczyszczaniu asfaltu ze śladów gumy. Naprawdę imponujący zestaw maszyn pracuje, żeby samoloty mogły bezpiecznie startować i lądować - a fakt, że powiększa się lotnisko, nadaje jeszcze większy rozmach książeczce.
Sherri Duskey Rinker nie traci czasu na nudne opisy. Tu cały czas coś się dzieje, wszyscy krzątają się i wykonują swoje prace, a czasami pomagają też innym, bo wspólne działanie jest równie ważne jak samodzielność w realizowaniu obowiązków. Na oczach dzieci wyrasta prawdziwe lotnisko - to satysfakcjonująca i angażująca maluchy lektura. Nie tylko można tu przyjrzeć się pracom maszyn budowlanych (i poszerzyć wachlarz zabaw dziecka), ale też polubić samych bajkowych (a jednak trochę realistycznych) bohaterów. Ważną rolę odgrywa w tym jakość ilustracji. AG Ford proponuje rysunki z wyraźnymi śladami kredek i cieniowania, pełne szczegółów (ale nie przeładowane nimi, tak, żeby wygodnie się tomik oglądało, ale żeby maszyny nie były infantylne i zbyt upraszczane). Tu mniejsze znaczenie ma bajkowość, a większe - praca nad kolejnymi obiektami. Maszyny w centrum zainteresowania to proste przeniesienie obserwacji kilkulatków, które przeważnie nie mogą się oderwać od widoku wielkich pojazdów. Dzięki takim książeczkom dzieci mogą rozwijać swoje pasje - przekonywać się, co dzieje się na placach budowy różnych rodzajów. "To plac budowy... czy pas startowy" jest tomikiem jak zwykle świetnie przetłumaczonym - Joanna Wajs radzi sobie i z rytmem, i z rymami bez zarzutu: warto na to zwrócić uwagę w zalewie bylejakości tekstowej. Tutaj lektura dostarczy satysfakcji i dzieciom, i ich rodzicom - wspólne śledzenie znanych już postaci w kolejnym błyskawicznym działaniu to przepis na przyjemną rozrywkę.
Lotnisko
Sherri Duskey Rinker trafiła na temat, który miał być pomysłem na jedną książeczkę, a rozrasta się już w całkiem spory cykl, szczególnie lubiany przez małych chłopców - ale także przez wszystkie dzieci zmęczone księżniczkowymi trendami w literaturze czwartej. Tu zmienia się perspektywa: antropomorfizowani bohaterowie wywodzą się z placu budowy (kolejni dołączają w zależności od potrzeb) i swoimi działaniami tworzą kolejne miejsca ważne dla miejskiej infrastruktury. Czasami tylko zachowują się jak ludzie (była tu na przykład kołysanka). Przede wszystkim jednak autorka i ilustrator (AG Ford) zapewniają dzieciom wgląd na teren zwykle ogrodzony i strzeżony, niezbyt bezpieczny dla maluchów, za to arcyciekawy. "To plac budowy... czy pas startowy?" to kolejny tomik rymowanego cyklu - łatwo się domyślić, że tym razem dzielne maszyny zabiorą się za rozbudowę lotniska. Dotychczasowe jest niewydajne, samoloty muszą czekać w kolejkach, a to wszystkich frustruje. Trzeba zatem zbudować nowe, wygodne pasy do startów i lądowania, a kiedy już znajdzie się miejsce na samoloty - można przedstawiać kolejne imponujące maszyny. Znów Sherri Duskey Rinker będzie zatem poszerzać słownictwo dzieci i przedstawiać im nazwy i rodzaje samolotów - ale nie zapomni o starych bohaterach, wprowadzi wszystkich, którzy mogą pomóc na lotnisku: w wykopach, wylewaniu betonu i utwardzaniu dróg, ale też w oczyszczaniu asfaltu ze śladów gumy. Naprawdę imponujący zestaw maszyn pracuje, żeby samoloty mogły bezpiecznie startować i lądować - a fakt, że powiększa się lotnisko, nadaje jeszcze większy rozmach książeczce.
Sherri Duskey Rinker nie traci czasu na nudne opisy. Tu cały czas coś się dzieje, wszyscy krzątają się i wykonują swoje prace, a czasami pomagają też innym, bo wspólne działanie jest równie ważne jak samodzielność w realizowaniu obowiązków. Na oczach dzieci wyrasta prawdziwe lotnisko - to satysfakcjonująca i angażująca maluchy lektura. Nie tylko można tu przyjrzeć się pracom maszyn budowlanych (i poszerzyć wachlarz zabaw dziecka), ale też polubić samych bajkowych (a jednak trochę realistycznych) bohaterów. Ważną rolę odgrywa w tym jakość ilustracji. AG Ford proponuje rysunki z wyraźnymi śladami kredek i cieniowania, pełne szczegółów (ale nie przeładowane nimi, tak, żeby wygodnie się tomik oglądało, ale żeby maszyny nie były infantylne i zbyt upraszczane). Tu mniejsze znaczenie ma bajkowość, a większe - praca nad kolejnymi obiektami. Maszyny w centrum zainteresowania to proste przeniesienie obserwacji kilkulatków, które przeważnie nie mogą się oderwać od widoku wielkich pojazdów. Dzięki takim książeczkom dzieci mogą rozwijać swoje pasje - przekonywać się, co dzieje się na placach budowy różnych rodzajów. "To plac budowy... czy pas startowy" jest tomikiem jak zwykle świetnie przetłumaczonym - Joanna Wajs radzi sobie i z rytmem, i z rymami bez zarzutu: warto na to zwrócić uwagę w zalewie bylejakości tekstowej. Tutaj lektura dostarczy satysfakcji i dzieciom, i ich rodzicom - wspólne śledzenie znanych już postaci w kolejnym błyskawicznym działaniu to przepis na przyjemną rozrywkę.
środa, 31 lipca 2024
Zofia Stanecka: Basia. Wielka księga zwierząt domowych i przydomowych
Harperkids, Warszawa 2024.
Stworzenia
"Wielka księga psów i kotów oraz innych zwierzęcych przyjaciół" spotkała się z bardzo życzliwym przyjęciem odbiorców - nie tylko fanów serii o Basi. W związku z tym Zofia Stanecka przygotowała kolejną część. "Basia. Wielka księga zwierząt domowych i przydomowych" to kontynuacja sprawdzonego pomysłu. Znów tutaj pojawiają się opowiadania poświęcone różnym stworzeniom, ale nowym rozwiązaniem (nowym w serii o Basi, a powtórzonym z tomiku o psach i kotach) jest wprowadzanie wypowiedzi kolejnych bohaterów - dorosłych członków rodziny Basi i jej kolegów, albo samych dzieci. Każdy, kto ma coś do powiedzenia na temat zwierząt, ich obecności w codziennym życiu albo w relacjach w samej lekturze może tu zyskać głos i wprowadzić krótkie wyjaśnienie - na tyle obszerne, że nie zmieściłoby się w dynamicznym opowiadaniu, ale na tyle krótkie, żeby nie zająć dzieci tak jak cały tomik z przygodą Basi. Tym razem książka ma charakter wakacyjny - dotyczy przede wszystkim zwierząt wiejskich. Stajnia, obora, chlewik czy kurnik to miejsca akcji i prezentacji kolejnych stworzeń. Odbiorcy dowiedzą się czegoś o koniach (jakby na przekór trendom w literaturze czwartej - Basia ma alergię na końską sierść i nie może przebywać przy nich, ale ponieważ, jak większość przedszkolaków, interesuje się nimi, mama znajduje rozwiązanie: można przecież o koniach czytać czy je rysować), o kozach, owcach, alpakach, kurach czy gęsiach. Niektóre zwierzęta - te trafiające do opowieści - mają swój charakter i potrafią zaskoczyć bohaterów inteligencją. Zofia Stanecka dba o to, żeby historyjki wciągały dzieci, żeby pokazywały im, że zwierzęta mają swoje uczucia i potrafią się zachowywać intrygująco. Uczy w ten sposób szacunku do zwierząt - i zachęca do obserwacji. Przemyca też kulturowe wątki - na przykład w przypadku koni jest tu też mowa o pegazie i jednorożcu.
Znalazło się w tym tomiku miejsce także na stworzenia, które nie są zbyt dobrze widziane w domach: autorka opowiada o szkodnikach (i to zarówno owadzich, bo są tu mole spożywcze czy mrówki faraona, ale też myszy czy kuny), o tych, które nie robią większych problemów, jednak sygnalizują, że warto zadbać o czystość (rybiki i pająki) czy o tych, które są niewidoczne gołym okiem (roztocza). W ten sposób może poszerzyć perspektywę maluchów, uzmysłowić im, że wokół człowieka żyje mnóstwo zwierząt, nawet kiedy ten nie zdaje sobie sprawy z ich obecności. Oczywiście pojawiają się tu bohaterowie, którzy uwielbiają wszelkie istoty i najchętniej otoczyliby opieką także karaluchy - i to wszystko Zofia Stanecka przedstawia z sympatią. Zależy jej na tym, żeby pokazać dzieciom, że wszystkie stworzenia chcą żyć, ale nie wszystkie nadają się do tego, żeby mieszkać z ludźmi. "Basia. Wielka księga zwierząt domowych i przydomowych" to opowieść, w której znajduje się wszystko to, co odbiorcy w serii cenią - motywy edukacyjne i wychowawcze, a do tego sporo rozrywki. Marianna Oklejak jak zawsze dba o to, żeby dzieci miały co oglądać i żeby towarzyszyły Basi i jej przyjaciołom oraz rodzinie w kolejnych spotkaniach z różnymi zwierzętami.
Stworzenia
"Wielka księga psów i kotów oraz innych zwierzęcych przyjaciół" spotkała się z bardzo życzliwym przyjęciem odbiorców - nie tylko fanów serii o Basi. W związku z tym Zofia Stanecka przygotowała kolejną część. "Basia. Wielka księga zwierząt domowych i przydomowych" to kontynuacja sprawdzonego pomysłu. Znów tutaj pojawiają się opowiadania poświęcone różnym stworzeniom, ale nowym rozwiązaniem (nowym w serii o Basi, a powtórzonym z tomiku o psach i kotach) jest wprowadzanie wypowiedzi kolejnych bohaterów - dorosłych członków rodziny Basi i jej kolegów, albo samych dzieci. Każdy, kto ma coś do powiedzenia na temat zwierząt, ich obecności w codziennym życiu albo w relacjach w samej lekturze może tu zyskać głos i wprowadzić krótkie wyjaśnienie - na tyle obszerne, że nie zmieściłoby się w dynamicznym opowiadaniu, ale na tyle krótkie, żeby nie zająć dzieci tak jak cały tomik z przygodą Basi. Tym razem książka ma charakter wakacyjny - dotyczy przede wszystkim zwierząt wiejskich. Stajnia, obora, chlewik czy kurnik to miejsca akcji i prezentacji kolejnych stworzeń. Odbiorcy dowiedzą się czegoś o koniach (jakby na przekór trendom w literaturze czwartej - Basia ma alergię na końską sierść i nie może przebywać przy nich, ale ponieważ, jak większość przedszkolaków, interesuje się nimi, mama znajduje rozwiązanie: można przecież o koniach czytać czy je rysować), o kozach, owcach, alpakach, kurach czy gęsiach. Niektóre zwierzęta - te trafiające do opowieści - mają swój charakter i potrafią zaskoczyć bohaterów inteligencją. Zofia Stanecka dba o to, żeby historyjki wciągały dzieci, żeby pokazywały im, że zwierzęta mają swoje uczucia i potrafią się zachowywać intrygująco. Uczy w ten sposób szacunku do zwierząt - i zachęca do obserwacji. Przemyca też kulturowe wątki - na przykład w przypadku koni jest tu też mowa o pegazie i jednorożcu.
Znalazło się w tym tomiku miejsce także na stworzenia, które nie są zbyt dobrze widziane w domach: autorka opowiada o szkodnikach (i to zarówno owadzich, bo są tu mole spożywcze czy mrówki faraona, ale też myszy czy kuny), o tych, które nie robią większych problemów, jednak sygnalizują, że warto zadbać o czystość (rybiki i pająki) czy o tych, które są niewidoczne gołym okiem (roztocza). W ten sposób może poszerzyć perspektywę maluchów, uzmysłowić im, że wokół człowieka żyje mnóstwo zwierząt, nawet kiedy ten nie zdaje sobie sprawy z ich obecności. Oczywiście pojawiają się tu bohaterowie, którzy uwielbiają wszelkie istoty i najchętniej otoczyliby opieką także karaluchy - i to wszystko Zofia Stanecka przedstawia z sympatią. Zależy jej na tym, żeby pokazać dzieciom, że wszystkie stworzenia chcą żyć, ale nie wszystkie nadają się do tego, żeby mieszkać z ludźmi. "Basia. Wielka księga zwierząt domowych i przydomowych" to opowieść, w której znajduje się wszystko to, co odbiorcy w serii cenią - motywy edukacyjne i wychowawcze, a do tego sporo rozrywki. Marianna Oklejak jak zawsze dba o to, żeby dzieci miały co oglądać i żeby towarzyszyły Basi i jej przyjaciołom oraz rodzinie w kolejnych spotkaniach z różnymi zwierzętami.
wtorek, 30 lipca 2024
Marta Sawicka-Danielak: Oko tygrysa. O bestii, którą stworzył człowiek
Marginesy, Warszawa 2024.
Groza
Tygrys to zwierzę majestatyczne. Budzi lęk, stanowi zagrożenie - przynajmniej dla tych, którzy mogą je spotkać w pobliżu swojego domu - i wyznacza szereg kulturowych zjawisk, które szerzej na świecie nie są znane. Tygrys to gatunek, który przez destrukcyjną działalność człowieka może zniknąć z powierzchni Ziemi. Tygrys to zjawisko - fascynujące i niezwykłe i nie dziwi fakt, że Marta Sawicka-Danielak daje się mu uwieść. Podróżuje i spotyka tygrysie wdowy (kobiety, które straciły mężów przez ataki tygrysa, w związku z czym zostały niemal wykluczone ze swoich społeczności) i ludzi, którzy atak tygrysa przeżyli (i nie dadzą rady psychicznie dojść do siebie). Sprawdza, jak tygrysy chronić i czym kończy się traktowanie ich jak rozrywki dla gawiedzi. Są tu tygrysy, które trzeba ratować z niewoli, są takie, które zostały wyhodowane dla radości człowieka i źle pojętej rozrywki. Są tygrysy przerażające i tygrysy bezradne. Są też zmiany w społeczeństwie: bo mieszkańcy tygrysich rewirów noszą na tyłach głowy maski, żeby oszukać zwierzę (które podobno nigdy nie atakuje od przodu). Są tygrysy hipnotyzujące samym pomrukiem i są tygrysy, które można próbować poskromić. Tygrysy potrzebują rozległych terenów - tymczasem ludzie zajmują im miejsce do życia. W tej walce nie będzie wygranych. Marta Sawicka-Danielak nakreśla różne aspekty funkcjonowania w przestrzeni z tygrysami. Nie podsuwa czytelnikom tylko reportażu - stara się zrozumieć rozmaite sprawy związane z tygrysami, stworzyć wręcz monografię tych zwierząt w dzisiejszej perspektywie. Uświadamia tym, którzy tygrysy oglądają wyłącznie w zoo, jak wygląda życie tych zwierząt, gdy nie oddzielają ich od ludzi kraty. "Oko tygrysa. O bestii, którą stworzył człowiek" to także analiza strachu przed tygrysem, rodzącego się z tego szacunku (lub gniewu) i rozwiązań, które zawsze kogoś skrzywdzą.
Nie da się łatwo opowiedzieć o zawartości tej rozległej publikacji. Autorka dba o to, żeby tematy się zmieniały i żeby angażowały odbiorców z różnych powodów. Przygląda się nawet polskim markom i produktom, które inspirują się tygrysem i wykorzystują charakterystyczne dla niego motywy choćby w reklamach. Tygrys zamienia się tu w kulturowe zjawisko, które nie daje się do końca rozszyfrować i wciąż budzi grozę. A jednocześnie nadaje się idealnie jako maskotka, pamiątka z Indii - sympatyczny pluszak dla dzieci. W tych wewnętrznych konfliktach skrywa się zaledwie część natury tygrysa i podejścia do tego zwierzęcia. Autorka stawia tu na dzikość i na niepewność, bo przecież nawet szereg przeprowadzonych rozmów nie pozwala jej stworzyć recepty na zachowania tygrysów.
Ta książka nasyca. Uświadamia czytelnikom fakty, o których ci być może nie mieli pojęcia, prezentuje tygrysa w różnych ujęciach - według ludzkich spojrzeń. Wyrasta z fascynacji i z szacunku, pokazuje inną niż wroga lub entuzjastyczna postawę - "Oko tygrysa" to publikacja pełna silnych wrażeń. Wielką pracę musiała wykonać autorka, żeby podzielić się z czytelnikami szeregiem takich odkryć. Inaczej niż w wielu dzisiejszych książkach podróżniczych czy reportażowych fotografie są tu tylko dodatkiem do tomu, nie rozdmuchują objętości, ale czasem pozwalają sobie uświadomić, o czym jest mowa. "Oko tygrysa" to lekturowa przygoda w wielkim stylu.
Groza
Tygrys to zwierzę majestatyczne. Budzi lęk, stanowi zagrożenie - przynajmniej dla tych, którzy mogą je spotkać w pobliżu swojego domu - i wyznacza szereg kulturowych zjawisk, które szerzej na świecie nie są znane. Tygrys to gatunek, który przez destrukcyjną działalność człowieka może zniknąć z powierzchni Ziemi. Tygrys to zjawisko - fascynujące i niezwykłe i nie dziwi fakt, że Marta Sawicka-Danielak daje się mu uwieść. Podróżuje i spotyka tygrysie wdowy (kobiety, które straciły mężów przez ataki tygrysa, w związku z czym zostały niemal wykluczone ze swoich społeczności) i ludzi, którzy atak tygrysa przeżyli (i nie dadzą rady psychicznie dojść do siebie). Sprawdza, jak tygrysy chronić i czym kończy się traktowanie ich jak rozrywki dla gawiedzi. Są tu tygrysy, które trzeba ratować z niewoli, są takie, które zostały wyhodowane dla radości człowieka i źle pojętej rozrywki. Są tygrysy przerażające i tygrysy bezradne. Są też zmiany w społeczeństwie: bo mieszkańcy tygrysich rewirów noszą na tyłach głowy maski, żeby oszukać zwierzę (które podobno nigdy nie atakuje od przodu). Są tygrysy hipnotyzujące samym pomrukiem i są tygrysy, które można próbować poskromić. Tygrysy potrzebują rozległych terenów - tymczasem ludzie zajmują im miejsce do życia. W tej walce nie będzie wygranych. Marta Sawicka-Danielak nakreśla różne aspekty funkcjonowania w przestrzeni z tygrysami. Nie podsuwa czytelnikom tylko reportażu - stara się zrozumieć rozmaite sprawy związane z tygrysami, stworzyć wręcz monografię tych zwierząt w dzisiejszej perspektywie. Uświadamia tym, którzy tygrysy oglądają wyłącznie w zoo, jak wygląda życie tych zwierząt, gdy nie oddzielają ich od ludzi kraty. "Oko tygrysa. O bestii, którą stworzył człowiek" to także analiza strachu przed tygrysem, rodzącego się z tego szacunku (lub gniewu) i rozwiązań, które zawsze kogoś skrzywdzą.
Nie da się łatwo opowiedzieć o zawartości tej rozległej publikacji. Autorka dba o to, żeby tematy się zmieniały i żeby angażowały odbiorców z różnych powodów. Przygląda się nawet polskim markom i produktom, które inspirują się tygrysem i wykorzystują charakterystyczne dla niego motywy choćby w reklamach. Tygrys zamienia się tu w kulturowe zjawisko, które nie daje się do końca rozszyfrować i wciąż budzi grozę. A jednocześnie nadaje się idealnie jako maskotka, pamiątka z Indii - sympatyczny pluszak dla dzieci. W tych wewnętrznych konfliktach skrywa się zaledwie część natury tygrysa i podejścia do tego zwierzęcia. Autorka stawia tu na dzikość i na niepewność, bo przecież nawet szereg przeprowadzonych rozmów nie pozwala jej stworzyć recepty na zachowania tygrysów.
Ta książka nasyca. Uświadamia czytelnikom fakty, o których ci być może nie mieli pojęcia, prezentuje tygrysa w różnych ujęciach - według ludzkich spojrzeń. Wyrasta z fascynacji i z szacunku, pokazuje inną niż wroga lub entuzjastyczna postawę - "Oko tygrysa" to publikacja pełna silnych wrażeń. Wielką pracę musiała wykonać autorka, żeby podzielić się z czytelnikami szeregiem takich odkryć. Inaczej niż w wielu dzisiejszych książkach podróżniczych czy reportażowych fotografie są tu tylko dodatkiem do tomu, nie rozdmuchują objętości, ale czasem pozwalają sobie uświadomić, o czym jest mowa. "Oko tygrysa" to lekturowa przygoda w wielkim stylu.
poniedziałek, 29 lipca 2024
Tomasz Plebański, Emilia Dziubak: Rok w lesie. Zasypianka
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Na dobranoc
Książka "Rok w lesie" Emilii Dziubak spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem - nic więc dziwnego, że zamieniła się w serię publikacji dla różnych grup młodych odbiorców. Przyjemne dla oka i wyciszające ilustracje pojawiają się w kolejnych tomikach i cieszą oko nie tylko maluchów: wiadomo, że to lektury przeznaczone do czytania przez rodziców, więc warstwa graficzna powinna usatysfakcjonować obie zainteresowane strony. Emilia Dziubak potrafi to zrobić. Teraz ilustruje mały tomik kartonowy (z zaokrąglonymi rogami, co jest już od dawna standardem) z rymowanką Tomasza Plebańskiego. "Zasypianka" to historia małej sroczki, która przemierza las - chodzi od zwierzęcia do zwierzęcia i sprawdza, czy śpią, czy już się obudziły - a właściwie próbuje nawiązać kontakt z kolejnymi mieszkańcami lasu, jednak wszyscy ją przepędzają, bo chcą odpocząć. W końcu sroczka sama dochodzi do wniosku, że niektórych nie wolno budzić. Aż sama męczy się swoimi działaniami i szykuje się do snu. Książka zbudowana na bazie wyliczanki pozwala na uśpienie dziecka - temat snu ma przygotować do tego, żeby zamknąć oczy i wyciszyć emocje. Wystarczy podążać za małą sroczką i sprawdzać, którzy bohaterowie chcą spać, żeby senność się udzieliła, przynajmniej dzieciom. Tomasz Plebański czasami w rymach stawia na gramatyczne współbrzmienia, czasami nadużywa zdrobnień, innym razem wykorzystuje onomatopeje - ale zachowuje kojący rytm i praktycznie uniemożliwia dzieciom rozbrykanie. Pozwala na wieczorny odpoczynek i ułożenie się do snu. Dzieci mają po prostu wziąć przykład ze zwierzęcych bohaterów - i wszystko jasne, bez prawienia morałów. Przy okazji odbiorcy mogą jednak poznać nazwy typowych mieszkańców polskich lasów, nauczą się szacunku do przyrody i wyzwolą zainteresowanie spacerami krajoznawczymi. Wprawdzie nawet jeśli nie chodzi tu o edukowanie najmłodszych, to jednak pod wpływem lektury rozszerzy się słownictwo odbiorców (choćby o żeremie). Ważniejsze niż narracja stają się tu oczywiście ilustracje Emilii Dziubak. Tomik jest utrzymany w dość ciemnych barwach, chociaż są wyjątki, w zależności od momentu, w którym sroczka odwiedza kolejnych bohaterów - Emilia Dziubak nieodmiennie zachwyca sposobem prezentowania zwierząt i leśnych pejzaży. Jest tu delikatność i celność w przedstawianiu sytuacji, jest delikatna bajkowość w minach postaci, ale też - możliwość rozpoznawania charakterystycznych dla wybranych gatunków cech. "Zasypianka" to popis graficzny, od którego nie można oderwać oczu. W tej książeczce widać, jak bardzo opłaca się tworzenie ślicznych ilustracji dla dzieci. Emilia Dziubak nie przesładza rysunków i nie infantylizuje ich przesadnie, dostarcza obrazków klimatycznych i uroczych, a jednocześnie traktuje dzieci poważnie i sprawia, że zechcą wracać do jej dzieł. To odejście od bylejakości licencjonowanych komputerowych grafik - i pokazanie, jak bardzo ważne są ilustracje z duszą. "Zasypianka" to prosta książeczka (niewykluczone, że stanie się ulubioną lekturą części maluchów, które potrzebują na pewnym etapie rozwoju tego typu opowiastek), ale jej egzystencję na rynku wydawniczym z pewnością przedłuży fakt, że to właśnie Emilia Dziubak dzieli się z odbiorcami swoimi wersjami leśnych stworzeń. Tę książkę chce się oglądać.
Na dobranoc
Książka "Rok w lesie" Emilii Dziubak spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem - nic więc dziwnego, że zamieniła się w serię publikacji dla różnych grup młodych odbiorców. Przyjemne dla oka i wyciszające ilustracje pojawiają się w kolejnych tomikach i cieszą oko nie tylko maluchów: wiadomo, że to lektury przeznaczone do czytania przez rodziców, więc warstwa graficzna powinna usatysfakcjonować obie zainteresowane strony. Emilia Dziubak potrafi to zrobić. Teraz ilustruje mały tomik kartonowy (z zaokrąglonymi rogami, co jest już od dawna standardem) z rymowanką Tomasza Plebańskiego. "Zasypianka" to historia małej sroczki, która przemierza las - chodzi od zwierzęcia do zwierzęcia i sprawdza, czy śpią, czy już się obudziły - a właściwie próbuje nawiązać kontakt z kolejnymi mieszkańcami lasu, jednak wszyscy ją przepędzają, bo chcą odpocząć. W końcu sroczka sama dochodzi do wniosku, że niektórych nie wolno budzić. Aż sama męczy się swoimi działaniami i szykuje się do snu. Książka zbudowana na bazie wyliczanki pozwala na uśpienie dziecka - temat snu ma przygotować do tego, żeby zamknąć oczy i wyciszyć emocje. Wystarczy podążać za małą sroczką i sprawdzać, którzy bohaterowie chcą spać, żeby senność się udzieliła, przynajmniej dzieciom. Tomasz Plebański czasami w rymach stawia na gramatyczne współbrzmienia, czasami nadużywa zdrobnień, innym razem wykorzystuje onomatopeje - ale zachowuje kojący rytm i praktycznie uniemożliwia dzieciom rozbrykanie. Pozwala na wieczorny odpoczynek i ułożenie się do snu. Dzieci mają po prostu wziąć przykład ze zwierzęcych bohaterów - i wszystko jasne, bez prawienia morałów. Przy okazji odbiorcy mogą jednak poznać nazwy typowych mieszkańców polskich lasów, nauczą się szacunku do przyrody i wyzwolą zainteresowanie spacerami krajoznawczymi. Wprawdzie nawet jeśli nie chodzi tu o edukowanie najmłodszych, to jednak pod wpływem lektury rozszerzy się słownictwo odbiorców (choćby o żeremie). Ważniejsze niż narracja stają się tu oczywiście ilustracje Emilii Dziubak. Tomik jest utrzymany w dość ciemnych barwach, chociaż są wyjątki, w zależności od momentu, w którym sroczka odwiedza kolejnych bohaterów - Emilia Dziubak nieodmiennie zachwyca sposobem prezentowania zwierząt i leśnych pejzaży. Jest tu delikatność i celność w przedstawianiu sytuacji, jest delikatna bajkowość w minach postaci, ale też - możliwość rozpoznawania charakterystycznych dla wybranych gatunków cech. "Zasypianka" to popis graficzny, od którego nie można oderwać oczu. W tej książeczce widać, jak bardzo opłaca się tworzenie ślicznych ilustracji dla dzieci. Emilia Dziubak nie przesładza rysunków i nie infantylizuje ich przesadnie, dostarcza obrazków klimatycznych i uroczych, a jednocześnie traktuje dzieci poważnie i sprawia, że zechcą wracać do jej dzieł. To odejście od bylejakości licencjonowanych komputerowych grafik - i pokazanie, jak bardzo ważne są ilustracje z duszą. "Zasypianka" to prosta książeczka (niewykluczone, że stanie się ulubioną lekturą części maluchów, które potrzebują na pewnym etapie rozwoju tego typu opowiastek), ale jej egzystencję na rynku wydawniczym z pewnością przedłuży fakt, że to właśnie Emilia Dziubak dzieli się z odbiorcami swoimi wersjami leśnych stworzeń. Tę książkę chce się oglądać.
niedziela, 28 lipca 2024
Pierdomenico Baccalario, Federico Taddia, Simona Paravani-Mellinghoff: Do czego służą pieniądze? 15 pytań. Wszystko, co warto wiedzieć o ekonomii
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Świat zakupów
Często dzieci nie zastanawiają się nad tym, do czego służą reklamy i jakie znaczenie ma to, co wybierają dla siebie - w wymiarze globalnym albo przynajmniej krajowym. Pierdomenico Baccalario, Federico Taddia i Simona Paravani-Mellinghoff biorą się zatem za przybliżanie młodym odbiorcom praw ekonomii. I robią to w dobrym stylu, tak, że warto polecić czytelnikom książkę "Do czego służą pieniądze? 15 pytań. Wszystko, co warto wiedzieć o ekonomii". Jest to publikacja, która w bardzo przyjemny sposób objaśnia, przedstawia czytelne przykłady i bawi przy okazji edukowania. Autorzy zajmują się wprowadzaniem kolejnych terminów, ale przede wszystkim przekładaniem zachowań konsumenta na codzienność odbiorców. Wybierają sobie na początek pluszowego kurczaka, żeby odnieść się do namacalnego i łatwego do zapamiętania przedmiotu - później przedmiotów pożądania znajdzie się trochę więcej. Dzieci dowiedzą się, co wpływa na cenę produktu i jak założyć swoją pierwszą firmę, jak reklamować swoje towary lub usługi i do kogo się z tymi reklamami kierować, żeby odnieść właściwe efekty. Dowiedzą się nawet, jakie znaczenie ma rozpieszczenie towarów na półkach w sklepie - mogą wyobrazić sobie trzy warzywniaki, do których mają szansę przekazać swoje wyhodowane warzywa - i zastanowić się, czy towar ma być dostępny wszędzie, jak wyeksponowany i jak dostarczany. W tym wszystkim autorzy poruszają się bardzo sprawnie, nie pozostawiają żadnych wątpliwości - pokazują dzieciom możliwości i zagrożenia płynące z handlu i wychowują je też na świadomych konsumentów. Młodzi odbiorcy poznają skrótową historię pieniędzy, rodzaje zatrudnienia czy spółki. Wszystko to stanowi świetny start - wejście w świat ekonomii jeszcze zanim będzie można zastosowane tu uwagi poznawać w praktyce. Bardzo możliwe, że dzięki tej publikacji autorzy wyczulą młodych czytelników na zabiegi marketingowe i na nieuczciwość w świecie reklam - kiedy już czytelnicy oswoją się ze sztuczkami potrzebnymi w prowadzeniu własnego biznesu, inaczej będą postrzegać otoczenie. "Do czego służą pieniądze" to zatem lekcja ekonomii w pigułce. Co ważne, autorzy decydują się tutaj na humor jako wiodący element narracji - specjalnie część danych przerysowują, specjalnie wprowadzają do opowieści rozmaite żarty. Nie traci na tym lektura: w końcu dowcip wymaga zwięzłości, a nie rozbudowanych narracyjnie komentarzy - za to przyciąga czytelników, nastraja ich pozytywnie i zachęca do śledzenia lektury. Jakby tego było mało, część wyjaśnień przenosi się jeszcze do drobnych komiksów - autorzy odrobili lekcję z dzisiejszych publikacji edukacyjnych i gatunków cieszących się na rynku największym powodzeniem i dostosowują do tego swoją propozycję. Jest to książka, po którą każde dziecko powinno sięgnąć - choćby po to, żeby wiedzieć, jak poruszać się w świecie, którym rządzi pieniądz. Z pewnością to dobry krok w kierunku kształcenia ekonomicznego, być może pod wpływem takich wyjaśnień ktoś zechce powiązać swoją zawodową egzystencję z ekonomią - ale najbardziej liczy się tutaj wychowanie świadomych konsumentów.
Świat zakupów
Często dzieci nie zastanawiają się nad tym, do czego służą reklamy i jakie znaczenie ma to, co wybierają dla siebie - w wymiarze globalnym albo przynajmniej krajowym. Pierdomenico Baccalario, Federico Taddia i Simona Paravani-Mellinghoff biorą się zatem za przybliżanie młodym odbiorcom praw ekonomii. I robią to w dobrym stylu, tak, że warto polecić czytelnikom książkę "Do czego służą pieniądze? 15 pytań. Wszystko, co warto wiedzieć o ekonomii". Jest to publikacja, która w bardzo przyjemny sposób objaśnia, przedstawia czytelne przykłady i bawi przy okazji edukowania. Autorzy zajmują się wprowadzaniem kolejnych terminów, ale przede wszystkim przekładaniem zachowań konsumenta na codzienność odbiorców. Wybierają sobie na początek pluszowego kurczaka, żeby odnieść się do namacalnego i łatwego do zapamiętania przedmiotu - później przedmiotów pożądania znajdzie się trochę więcej. Dzieci dowiedzą się, co wpływa na cenę produktu i jak założyć swoją pierwszą firmę, jak reklamować swoje towary lub usługi i do kogo się z tymi reklamami kierować, żeby odnieść właściwe efekty. Dowiedzą się nawet, jakie znaczenie ma rozpieszczenie towarów na półkach w sklepie - mogą wyobrazić sobie trzy warzywniaki, do których mają szansę przekazać swoje wyhodowane warzywa - i zastanowić się, czy towar ma być dostępny wszędzie, jak wyeksponowany i jak dostarczany. W tym wszystkim autorzy poruszają się bardzo sprawnie, nie pozostawiają żadnych wątpliwości - pokazują dzieciom możliwości i zagrożenia płynące z handlu i wychowują je też na świadomych konsumentów. Młodzi odbiorcy poznają skrótową historię pieniędzy, rodzaje zatrudnienia czy spółki. Wszystko to stanowi świetny start - wejście w świat ekonomii jeszcze zanim będzie można zastosowane tu uwagi poznawać w praktyce. Bardzo możliwe, że dzięki tej publikacji autorzy wyczulą młodych czytelników na zabiegi marketingowe i na nieuczciwość w świecie reklam - kiedy już czytelnicy oswoją się ze sztuczkami potrzebnymi w prowadzeniu własnego biznesu, inaczej będą postrzegać otoczenie. "Do czego służą pieniądze" to zatem lekcja ekonomii w pigułce. Co ważne, autorzy decydują się tutaj na humor jako wiodący element narracji - specjalnie część danych przerysowują, specjalnie wprowadzają do opowieści rozmaite żarty. Nie traci na tym lektura: w końcu dowcip wymaga zwięzłości, a nie rozbudowanych narracyjnie komentarzy - za to przyciąga czytelników, nastraja ich pozytywnie i zachęca do śledzenia lektury. Jakby tego było mało, część wyjaśnień przenosi się jeszcze do drobnych komiksów - autorzy odrobili lekcję z dzisiejszych publikacji edukacyjnych i gatunków cieszących się na rynku największym powodzeniem i dostosowują do tego swoją propozycję. Jest to książka, po którą każde dziecko powinno sięgnąć - choćby po to, żeby wiedzieć, jak poruszać się w świecie, którym rządzi pieniądz. Z pewnością to dobry krok w kierunku kształcenia ekonomicznego, być może pod wpływem takich wyjaśnień ktoś zechce powiązać swoją zawodową egzystencję z ekonomią - ale najbardziej liczy się tutaj wychowanie świadomych konsumentów.
sobota, 27 lipca 2024
Smriti Halls: Najlepszy przytulas
Kropka, Warszawa 2024.
Pieszczoty
To jest tomik zabawny i ciekawie poprowadzony. W "Najlepszym przytulasie" wiadomo, do czego dążyć będzie opowieść. Smriti Halls nie szuka wcale oryginalności czy zaskoczeń, przynajmniej w ramach fabuły. Ale siła tego picture booka dla najmłodszych mieści się w czymś innym - a mianowicie w słowotwórczych zabawach. I tutaj warto zaznaczyć, że Magdalena Jakuszew bardzo się postarała, żeby oddać ten klimat i pobawić się słowami tak, żeby odbiorców zachwycić. Faktycznie "Najlepszy przytulas" to książka, w której pomysłów jest sporo. Książka to wyliczanka - chodzi w niej o pokazanie, kto i jak przytula, do kogo warto się przytulić, a przy kim zaowocuje to kontuzją (przytulanie się do jeżozwierza nie musi być najlepszym rozwiązaniem z wiadomych względów). Niektóre stworzenia są milusie, inne rozbrykane - do każdego trzeba podchodzić indywidualnie i zastanowić się, czy aby na pewno można wejść w jego przestrzeń osobistą. Oczywiście większość stworzeń sportretowanych tutaj ma ochotę na przytulanie się - ale niekoniecznie ma do tego warunki. Smriti Halls bawi się tym motywem, dzięki czemu utrzymuje uwagę odbiorców. Maluchy mogą tu prześledzić akcję i śmiać się ze spostrzeżeń, które bywają zaskakujące albo zwyczajnie komiczne - "Najlepszy przytulas" to książka rozrywkowa i... zachęcająca do kontaktu fizycznego. Rozmaite łaskotki, głaskanie, przytulanie, obejmowanie i inne przyjemności eksponowane są w każdej zwrotce i w każdym wersie. Bo bajka jest rymowana, a to dodatkowe utrudnienie przy przekładzie bazującym na lingwistycznych wygibasach. Magdalena Jakuszew radzi sobie z rymami i z wymyślaniem słów, które obrazowo oddają sytuację i relacje między postaciami - mniej radzi sobie z rytmem, ale być może to nie miało większego znaczenia w całym procesie. Rozbujana rymowanka staje się jeszcze bardziej rozkołysana i szalona przez zarzucenie tradycyjnego rozkładu wersów na stronach. Każda rozkładówka to tekst w różnych kierunkach i na wykrzywianych liniach, zmienia się też trochę wielkość - co sprawia, że opowieść nabiera kolejnych znaczeń, tempa i dynamiki. Dobrze się ją czyta, a przy okazji można się jeszcze bawić w kolejne pieszczoty z dzieckiem, któremu czyta się tę książeczkę.
Rzecz jasna, spore znaczenie mają tu obrazki i Alison Brown stara się bardzo, żeby zachwycały dzieci. Wszyscy mają tu komiksowe miny, które przeważnie obrazują albo przyjemność, albo zadowolenie, albo radość - tak, żeby łatwo było przemycić przesłanie dla odbiorców - wszystkie zabawy tutaj wykorzystywane mają prowadzić do zadowolenia obu zaangażowanych stron. Każdy maluch, który lubi kontakt fizyczny, będzie tu usatysfakcjonowany, śledząc przygody bohaterów. Zresztą do postaci nie trzeba się w tej książeczce przywiązywać - tu każdy pojawia się na chwilę i w zasadzie tylko po to, żeby zasugerować i zasygnalizować techniczne aspekty czułości. Przyjemna opowiastka, dobrze zrealizowana i wypełniona miłymi dla dziecka zachowaniami - to lektura, która pozwala na przedłużenie przyjemności o właściwe przytulasy. Te najlepsze.
Pieszczoty
To jest tomik zabawny i ciekawie poprowadzony. W "Najlepszym przytulasie" wiadomo, do czego dążyć będzie opowieść. Smriti Halls nie szuka wcale oryginalności czy zaskoczeń, przynajmniej w ramach fabuły. Ale siła tego picture booka dla najmłodszych mieści się w czymś innym - a mianowicie w słowotwórczych zabawach. I tutaj warto zaznaczyć, że Magdalena Jakuszew bardzo się postarała, żeby oddać ten klimat i pobawić się słowami tak, żeby odbiorców zachwycić. Faktycznie "Najlepszy przytulas" to książka, w której pomysłów jest sporo. Książka to wyliczanka - chodzi w niej o pokazanie, kto i jak przytula, do kogo warto się przytulić, a przy kim zaowocuje to kontuzją (przytulanie się do jeżozwierza nie musi być najlepszym rozwiązaniem z wiadomych względów). Niektóre stworzenia są milusie, inne rozbrykane - do każdego trzeba podchodzić indywidualnie i zastanowić się, czy aby na pewno można wejść w jego przestrzeń osobistą. Oczywiście większość stworzeń sportretowanych tutaj ma ochotę na przytulanie się - ale niekoniecznie ma do tego warunki. Smriti Halls bawi się tym motywem, dzięki czemu utrzymuje uwagę odbiorców. Maluchy mogą tu prześledzić akcję i śmiać się ze spostrzeżeń, które bywają zaskakujące albo zwyczajnie komiczne - "Najlepszy przytulas" to książka rozrywkowa i... zachęcająca do kontaktu fizycznego. Rozmaite łaskotki, głaskanie, przytulanie, obejmowanie i inne przyjemności eksponowane są w każdej zwrotce i w każdym wersie. Bo bajka jest rymowana, a to dodatkowe utrudnienie przy przekładzie bazującym na lingwistycznych wygibasach. Magdalena Jakuszew radzi sobie z rymami i z wymyślaniem słów, które obrazowo oddają sytuację i relacje między postaciami - mniej radzi sobie z rytmem, ale być może to nie miało większego znaczenia w całym procesie. Rozbujana rymowanka staje się jeszcze bardziej rozkołysana i szalona przez zarzucenie tradycyjnego rozkładu wersów na stronach. Każda rozkładówka to tekst w różnych kierunkach i na wykrzywianych liniach, zmienia się też trochę wielkość - co sprawia, że opowieść nabiera kolejnych znaczeń, tempa i dynamiki. Dobrze się ją czyta, a przy okazji można się jeszcze bawić w kolejne pieszczoty z dzieckiem, któremu czyta się tę książeczkę.
Rzecz jasna, spore znaczenie mają tu obrazki i Alison Brown stara się bardzo, żeby zachwycały dzieci. Wszyscy mają tu komiksowe miny, które przeważnie obrazują albo przyjemność, albo zadowolenie, albo radość - tak, żeby łatwo było przemycić przesłanie dla odbiorców - wszystkie zabawy tutaj wykorzystywane mają prowadzić do zadowolenia obu zaangażowanych stron. Każdy maluch, który lubi kontakt fizyczny, będzie tu usatysfakcjonowany, śledząc przygody bohaterów. Zresztą do postaci nie trzeba się w tej książeczce przywiązywać - tu każdy pojawia się na chwilę i w zasadzie tylko po to, żeby zasugerować i zasygnalizować techniczne aspekty czułości. Przyjemna opowiastka, dobrze zrealizowana i wypełniona miłymi dla dziecka zachowaniami - to lektura, która pozwala na przedłużenie przyjemności o właściwe przytulasy. Te najlepsze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






