Agora, Warszawa 2020.
Nieśmiertelność
Ludzie, których spotyka Magda Gacyk (i których specjalnie wyszukuje, chociaż bardzo trudno trafić na takich na ulicy), wierzą w nieśmiertelność. Są przekonani, że wystarczy zastępować kolejne zawodne organy w ludzkim ciele wynalazkami - coraz doskonalszymi robotycznymi protezami - żeby przechytrzyć śmierć. Sądzą, że w pewnym momencie nauka doprowadzi do tego, że wspomnienia i myśli będzie można nagrywać na dysk i zachowywać - a wtedy już da się żyć bez końca. Na razie wszyscy entuzjaści techniki eksperymentują na sobie i może trochę bardziej ostrożnie niż by się mogło wydawać. Zatrzymują się choćby na etapie wszczepiania sobie magnesów w palce, żeby móc przyciągać metalowe przedmioty. Takie operacje budzą nawet w nich samych sporo wątpliwości - nie mają nic wspólnego z medycyną, a śmiałkowie nieco lękają się nieprzewidzianych komplikacji. Owszem, możliwość zaimponowania znajomym to jedno - ale skoro tego typu zabiegów nie przeprowadza się na masową skalę, to może jednak wybrane rozwiązania mają jakieś wady? Niektórzy są idealistami i zamierzają poświęcić się nauce, by uzyskać upragnioną nieśmiertelność. Inni zamieniają się w cyborgi z konieczności - po utracie jakiejś części ciała w wyniku wypadku lub choroby po prostu muszą zaufać technice i zwiększyć swoje możliwości dzięki postępowi elektrotechniki. Oni również mogą zdecydować się na "zwyczajne" uzupełnienie ciała - ale postanawiają dać sobie szansę na pełniejsze życie i zwiększenie liczby doznań. Niektórym zmiany podobają się na tyle, że rozpoczynają swoją drogę do przeistoczenia w cyborga.
Faktem jest, że tendencji tej niewielkiej części społeczeństwa, która chce zmieniać swoje ciało i fascynuje się zdobyczami techniki, nie rozumieją przeważnie zwykli ludzie - i szerokie grono odbiorców może uznać książkę Magdy Gacyk za kuriozum. Autorka podąża za ludźmi, którzy modyfikują własne organizmy i wprowadzają do nich coraz więcej wynalazków, sprawdza, co można sobie ulepszyć i z jakimi konsekwencjami się to wiąże. Jednocześnie daje nadzieję ludziom po wypadkach: przypomina, że nie są skazani na kalectwo: nie trzeba wybierać ekstremalnych dróg i zachowań, żeby korzystać z możliwości, jakie zapewnia dzisiejsza technika, elektronika i nauka. "Zabawy w Boga" to książka, w której autorka poszukuje niezwykłości. Czasami dość drobnych - pokazujących raczej próbę zaimponowania znajomym i zapracowania na etykietkę szalonego - innym razem tych o wielkim zakresie, połączonych z wielką wiarą w możliwość dokonywania przemian i przechytrzenia biologii czy natury. Jest tu sporo wyzwań i trochę okołomedycznych komentarzy: bardzo szczegółowo autorka analizuje konkretne operacje. Nie tylko rozmawia z ludźmi i wypytuje ich o poglądy na temat uzupełniania ciał o coraz bardziej wymyślne wynalazki, ale sprawdza też, jak dzisiaj przebiega możliwość realizowania fantazji o przemienianiu się w cyborga. Jest to reportaż dziwny, niezwykły, daleki od codzienności. Tu każdy z bohaterów ma inne motywacje i poglądy na rzeczywistość - ale nie oznacza to, że czytelnicy przejmą poglądy postaci z reportażu - raczej będą obserwować z bezpiecznego dystansu to, na co inni się decydują. "Zabawy w Boga" to książka wypełniona ciekawym tematem - zrealizowana precyzyjnie. Funkcjonować może jako analiza niszowego zjawiska. Magda Gacyk decyduje się na zagadnienie, które kusi większość odbiorców za sprawą swojej egzotyki - oderwania od naturalności.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 6 stycznia 2021
wtorek, 5 stycznia 2021
Lizzie Shane: Na Święta przytul psa
Rebis, Poznań 2020.
Szczęście razem
Ona, on, psy, z których każdy ma ciekawą osobowość i przyzwyczajenia, czasami nietypowe, a do tego małe miasteczko i Boże Narodzenie. Przepis na sukces w ramach gatunku – Lizzie Shane wie, jak powinna wyglądać dobra komedia romantyczna. Wie – i potrafi to zrealizować, co przy zalewie świątecznych historyjek nie jest takie oczywiste. „Na Święta przytul psa” to książka, w której wiadomo, że Ben i Ally powinni zostać parą. Ale po drodze spotka ich sporo komplikacji – do tego stopnia mocnych, że odbiorcy będą się skupiać na otoczeniu, a nie na sercowych perypetiach. Dzięki temu autorka unika monotonii i jednokierunkowej fabuły.
Motyw spotkania to konieczność rozwiązania lokalnego schroniska do końca roku. Głos Bena przeważa w dyskusji nad odebraniem pieniędzy psiakom: są pilniejsze wydatki, a zwierzętom można znaleźć domy. Mężczyzna przez niektórych postrzegany przez pryzmat Scrooge’a, nie jest wcale bezduszny ani skąpy. Ma swoje racje i kiedy Ally pozna go lepiej – będzie mogła tylko przyklasnąć pomysłowi. Zresztą Ben potrafi dotrzeć do ludzi, którzy mogliby adoptować psy – i jest kreatywny w wymyślaniu rozwiązań w trudnej sytuacji. Ally przyjechała, żeby pomóc dziadkom i uporać się z własnymi życiowymi zakrętami. Szybko znajduje w Pine Hollow swoje miejsce na Ziemi i chciałaby zostać tu na dłużej, zwłaszcza że Ben nie jest jej obojętny. Tyle tylko, że Ben poświęca się swojej małej siostrzenicy. Po tragicznym wypadku, w którym zginęli siostra i mąż, małą Astrid zajął się właśnie Ben – i teraz stara się być idealny dla dziecka. Nie bierze pod uwagę, że mógłby poprosić o pomoc, usiłuje wszystkim udowadniać, że poradzi sobie w każdej sytuacji. W takim życiu nie ma miejsca na nieobliczalny związek. „Na Święta przytul psa” to zatem relacja wielopłaszczyznowa, angażująca odbiorców i krzepiąca. Shane nie stawia na tanie pocieszenia czy banały, tu na szczęście trzeba uczciwie zapracować, nic nie jest oczywiste ani dane od razu. W tle – pomysły na to, jak pomóc zwierzętom. Chociaż sporo adopcji zasadza się na znajomościach i na dopasowywaniu psa do charakteru potencjalnego właściciela, autorka wymyśla też inne sposoby na dotarcie do miłośników czworonogów. Szuka metod wyjścia z kryzysu, tak, żeby wszystkie strony mogły na tym skorzystać. Oczywiście idealizuje, chociaż mieszkanie w małej społeczności ma swoje wady – przekonują się o tym zwłaszcza bohaterowie spragnieni spokoju i chcący decydować o własnych losach – a jednak „Na Święta przytul psa” to książka niosąca pocieszenie. Jest tu i bożonarodzeniowy klimat (ale bez obsesyjnego przypominania o zbliżających się cudach), jest romans, ale też sporo humoru. Lizzie Shane wykorzystuje przepis na powieść doskonałą – fanów gatunku zachwyci, innym nie każe się przesadnie nudzić. Jest to publikacja urokliwa, wyrosła na bazie stereotypów, ale przecież udana w warstwie konstrukcji oraz narracji. Trafi do czytelników i chociaż najlepiej będzie się ją czytać w zimowe wieczory, nie przestanie kusić także w pozaświątecznym czasie.
Szczęście razem
Ona, on, psy, z których każdy ma ciekawą osobowość i przyzwyczajenia, czasami nietypowe, a do tego małe miasteczko i Boże Narodzenie. Przepis na sukces w ramach gatunku – Lizzie Shane wie, jak powinna wyglądać dobra komedia romantyczna. Wie – i potrafi to zrealizować, co przy zalewie świątecznych historyjek nie jest takie oczywiste. „Na Święta przytul psa” to książka, w której wiadomo, że Ben i Ally powinni zostać parą. Ale po drodze spotka ich sporo komplikacji – do tego stopnia mocnych, że odbiorcy będą się skupiać na otoczeniu, a nie na sercowych perypetiach. Dzięki temu autorka unika monotonii i jednokierunkowej fabuły.
Motyw spotkania to konieczność rozwiązania lokalnego schroniska do końca roku. Głos Bena przeważa w dyskusji nad odebraniem pieniędzy psiakom: są pilniejsze wydatki, a zwierzętom można znaleźć domy. Mężczyzna przez niektórych postrzegany przez pryzmat Scrooge’a, nie jest wcale bezduszny ani skąpy. Ma swoje racje i kiedy Ally pozna go lepiej – będzie mogła tylko przyklasnąć pomysłowi. Zresztą Ben potrafi dotrzeć do ludzi, którzy mogliby adoptować psy – i jest kreatywny w wymyślaniu rozwiązań w trudnej sytuacji. Ally przyjechała, żeby pomóc dziadkom i uporać się z własnymi życiowymi zakrętami. Szybko znajduje w Pine Hollow swoje miejsce na Ziemi i chciałaby zostać tu na dłużej, zwłaszcza że Ben nie jest jej obojętny. Tyle tylko, że Ben poświęca się swojej małej siostrzenicy. Po tragicznym wypadku, w którym zginęli siostra i mąż, małą Astrid zajął się właśnie Ben – i teraz stara się być idealny dla dziecka. Nie bierze pod uwagę, że mógłby poprosić o pomoc, usiłuje wszystkim udowadniać, że poradzi sobie w każdej sytuacji. W takim życiu nie ma miejsca na nieobliczalny związek. „Na Święta przytul psa” to zatem relacja wielopłaszczyznowa, angażująca odbiorców i krzepiąca. Shane nie stawia na tanie pocieszenia czy banały, tu na szczęście trzeba uczciwie zapracować, nic nie jest oczywiste ani dane od razu. W tle – pomysły na to, jak pomóc zwierzętom. Chociaż sporo adopcji zasadza się na znajomościach i na dopasowywaniu psa do charakteru potencjalnego właściciela, autorka wymyśla też inne sposoby na dotarcie do miłośników czworonogów. Szuka metod wyjścia z kryzysu, tak, żeby wszystkie strony mogły na tym skorzystać. Oczywiście idealizuje, chociaż mieszkanie w małej społeczności ma swoje wady – przekonują się o tym zwłaszcza bohaterowie spragnieni spokoju i chcący decydować o własnych losach – a jednak „Na Święta przytul psa” to książka niosąca pocieszenie. Jest tu i bożonarodzeniowy klimat (ale bez obsesyjnego przypominania o zbliżających się cudach), jest romans, ale też sporo humoru. Lizzie Shane wykorzystuje przepis na powieść doskonałą – fanów gatunku zachwyci, innym nie każe się przesadnie nudzić. Jest to publikacja urokliwa, wyrosła na bazie stereotypów, ale przecież udana w warstwie konstrukcji oraz narracji. Trafi do czytelników i chociaż najlepiej będzie się ją czytać w zimowe wieczory, nie przestanie kusić także w pozaświątecznym czasie.
poniedziałek, 4 stycznia 2021
Beata Sabała-Zielińska: Pięć Stawów. Dom bez adresu
Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.
W górze
Schronisko w Pięciu Stawach, położone wysoko w górach, ma swoją wielką i ciekawą historię. Beata Sabała-Zielińska dzięki współpracy z dwiema właścicielkami tworzy obszerną i bardzo atrakcyjną w lekturze monografię miejsca. Udaje jej się nie tylko zebrać anegdoty i materiały składające się na historię obiektu, ale też - odtworzyć ducha miejsca, uświadomić odbiorcom, że mają do czynienia z nietypowym i wyjątkowym domem dla turystów oraz wspinaczy. Przeszłość odtwarza autorka między innymi dzięki niepublikowanym zapiskom Marii Krzeptowskiej, zapiskom, co trzeba zaznaczyć, dowcipnym. Czytelnicy będą mogli zanurzyć się w świecie wspomnień i bogatych charakterów. Tu każda postać, wkraczająca do opowieści, natychmiast skupia na sobie całą uwagę: daje szansę przeżywania na nowo kolejnych wydarzeń. Sabała-Zielińska zajmuje się przeplataniem trzech tematów: jeden to bohaterowie: właściciele miejsca, ale też stali bywalcy czy co barwniejsi turyści. Drugi - samo miejsce. Organizacja przestrzeni, ściany, przez które hula wiatr, brak udogodnień, do których dzisiejsi roszczeniowi turyści są przyzwyczajeni. Trzecie zagadnienie to warunki, które na pewne rozwiązania nie pozwalają, inne - wymuszają. Kwestie aprowizacji, elektryczności, docierania na górę lub... przymusowego mieszkania tu przez czas, w którym śnieg odetnie schronisko od świata - dodaje to smaku całości.
W pierwszej kolejności autorkę interesują ludzie. Rozmawia nie tylko z obecnymi właścicielkami schroniska, ale też ze stałymi bywalcami, tymi, którzy mogą przedstawiać życie schroniska i przypominać ciekawe wydarzenia. Sięga po spisywane materiały. To wszystko łączy się w opowieść anegdotyczną i wesołą, ale też spójną i wypełnioną intrygującymi charakterystykami. Dla tych, którzy w Pięciu Stawach bywają, nie będzie tu zaskoczeń - ale odbiorcy uzyskają fascynującą opowieść z życia górskiego schroniska. Zwykłym czytelnikom oraz fanom literatury górskiej spodobać się może zwłaszcza zestaw problemów związanych z prowadzeniem takiego miejsca. Autorka sprawdza, w jaki sposób dostarcza się tutaj ciężkie zakupy, jak wywozi śmieci czy ścieki - w końcu na taką wysokość nie da się dotrzeć samochodem. Perypetie związane z pokonywaniem trasy są mocno rozbudowane i rozciągnięte w czasie, uzależnione od pomysłowości górali i od technicznych możliwości w danym momencie. Odbiorcy dowiedzą się też, czego w schronisku na pewno nie będzie. Pojawiają się w książce historie legendarnych imprez i wypadków górskich, analizy współpracy z TOPR-em, ekstrawaganckie pomysły bywalców lub... noclegi na podłodze. Beata Sabała-Zielińska opisuje między innymi sytuacje dzisiaj już ze względu na zmieniające się przepisy niedozwolone, a kiedyś zapewniające dodatkowe atrakcje. Nie zabraknie opowieści o przyrodzie: o niedźwiedziach odwiedzających schronisko i o traktowaniu Pięciu Stawów jak podwórka przez dzieci.
Jest to książka bardzo gęsta i napisana ciekawie. Dynamiczna, wciągająca i zapewniająca spokój na długi czas lektury. Autorka przygląda się miejscu niezwykłemu i mającemu własną legendę - daje szansę na zakochanie się w tym schronisku: nie tylko umożliwia uświadomienie odbiorcom, jak ciężkiej pracy wymaga zaangażowanie się w działalność w Pięciu Stawach, ale też utrwala liczne humorystyczne historyjki, dowody na pomysłowość i nietuzinkowe osobowości. Bohaterowie z tej książki szybko stają się bliscy odbiorcom - można śledzić ich dokonania i docenić rozwiązania w warunkach trudnych do wyobrażenia. Beata Sabała-Zielińska tworzy pozycję, od której trudno się oderwać. To może przekonać czytelników do literatury górskiej.
W górze
Schronisko w Pięciu Stawach, położone wysoko w górach, ma swoją wielką i ciekawą historię. Beata Sabała-Zielińska dzięki współpracy z dwiema właścicielkami tworzy obszerną i bardzo atrakcyjną w lekturze monografię miejsca. Udaje jej się nie tylko zebrać anegdoty i materiały składające się na historię obiektu, ale też - odtworzyć ducha miejsca, uświadomić odbiorcom, że mają do czynienia z nietypowym i wyjątkowym domem dla turystów oraz wspinaczy. Przeszłość odtwarza autorka między innymi dzięki niepublikowanym zapiskom Marii Krzeptowskiej, zapiskom, co trzeba zaznaczyć, dowcipnym. Czytelnicy będą mogli zanurzyć się w świecie wspomnień i bogatych charakterów. Tu każda postać, wkraczająca do opowieści, natychmiast skupia na sobie całą uwagę: daje szansę przeżywania na nowo kolejnych wydarzeń. Sabała-Zielińska zajmuje się przeplataniem trzech tematów: jeden to bohaterowie: właściciele miejsca, ale też stali bywalcy czy co barwniejsi turyści. Drugi - samo miejsce. Organizacja przestrzeni, ściany, przez które hula wiatr, brak udogodnień, do których dzisiejsi roszczeniowi turyści są przyzwyczajeni. Trzecie zagadnienie to warunki, które na pewne rozwiązania nie pozwalają, inne - wymuszają. Kwestie aprowizacji, elektryczności, docierania na górę lub... przymusowego mieszkania tu przez czas, w którym śnieg odetnie schronisko od świata - dodaje to smaku całości.
W pierwszej kolejności autorkę interesują ludzie. Rozmawia nie tylko z obecnymi właścicielkami schroniska, ale też ze stałymi bywalcami, tymi, którzy mogą przedstawiać życie schroniska i przypominać ciekawe wydarzenia. Sięga po spisywane materiały. To wszystko łączy się w opowieść anegdotyczną i wesołą, ale też spójną i wypełnioną intrygującymi charakterystykami. Dla tych, którzy w Pięciu Stawach bywają, nie będzie tu zaskoczeń - ale odbiorcy uzyskają fascynującą opowieść z życia górskiego schroniska. Zwykłym czytelnikom oraz fanom literatury górskiej spodobać się może zwłaszcza zestaw problemów związanych z prowadzeniem takiego miejsca. Autorka sprawdza, w jaki sposób dostarcza się tutaj ciężkie zakupy, jak wywozi śmieci czy ścieki - w końcu na taką wysokość nie da się dotrzeć samochodem. Perypetie związane z pokonywaniem trasy są mocno rozbudowane i rozciągnięte w czasie, uzależnione od pomysłowości górali i od technicznych możliwości w danym momencie. Odbiorcy dowiedzą się też, czego w schronisku na pewno nie będzie. Pojawiają się w książce historie legendarnych imprez i wypadków górskich, analizy współpracy z TOPR-em, ekstrawaganckie pomysły bywalców lub... noclegi na podłodze. Beata Sabała-Zielińska opisuje między innymi sytuacje dzisiaj już ze względu na zmieniające się przepisy niedozwolone, a kiedyś zapewniające dodatkowe atrakcje. Nie zabraknie opowieści o przyrodzie: o niedźwiedziach odwiedzających schronisko i o traktowaniu Pięciu Stawów jak podwórka przez dzieci.
Jest to książka bardzo gęsta i napisana ciekawie. Dynamiczna, wciągająca i zapewniająca spokój na długi czas lektury. Autorka przygląda się miejscu niezwykłemu i mającemu własną legendę - daje szansę na zakochanie się w tym schronisku: nie tylko umożliwia uświadomienie odbiorcom, jak ciężkiej pracy wymaga zaangażowanie się w działalność w Pięciu Stawach, ale też utrwala liczne humorystyczne historyjki, dowody na pomysłowość i nietuzinkowe osobowości. Bohaterowie z tej książki szybko stają się bliscy odbiorcom - można śledzić ich dokonania i docenić rozwiązania w warunkach trudnych do wyobrażenia. Beata Sabała-Zielińska tworzy pozycję, od której trudno się oderwać. To może przekonać czytelników do literatury górskiej.
niedziela, 3 stycznia 2021
Chris Niedenthal: Zawód: fotograf. Ciąg dalszy nastąpił
Marginesy, Warszawa 2020.
Inspiracja
To opowieść autobiograficzna, gęsta i pełna nie tylko ciekawostek z życia, ale i komentarzy na temat warsztatu. Powraca na rynek z bardzo ważnym uzupełnieniem. Chris Niedenthal wie doskonale, co może zainteresować czytelników sięgających po jego wspomnienia. Proponuje zatem książkę, która imponuje objętością, ale i poczuciem humoru. Autor nie tylko zaczyna powtórzeniem typowego dziecięcego zdjęcia w wieku dorosłym, ale w samym tekście niejeden raz udowodni, że potrafi opowiadać anegdoty. Wydobywa z kolejnych wydarzeń to, co najważniejsze. Najpierw prezentuje swoją drogę do fotografii (i wyjaśnia swoje pochodzenie): wkrótce jednak przejdzie do ważnych społecznych i politycznych sytuacji z Polski, które dokumentował jako fotograf "Time'a" czy "Newsweeka". Własne życie splata z wielką historią, a jednocześnie nie zapomina o technicznych aspektach swojej pracy.
Kiedy już Chris Niedenthal przedstawi siebie - przynajmniej w pozazawodowym aspekcie - może zająć się tym, co dla czytelników będzie najważniejsze: walką o dobre zdjęcia w najtrudniejszych często warunkach. Jedną z przeszkód są możliwości sprzętowe: chociaż dzisiaj zwłaszcza młodszym odbiorcom wydaje się niemożliwe, że nie ma jak przesłać materiałów do redakcji, zwłaszcza za granicę, Niedenthal przechodzi co najmniej kilka zmian - musi sporo się natrudzić, żeby rozwiązywać na bieżąco nieoczekiwane problemy, a do tego nie stracić cennych filmów. Przeżywa rozczarowania, gdy traci zdjęcia albo gdy nie udaje mu się wykonać takiego, jakie sobie zaplanował - w czasach aparatów analogowych nie miał przecież możliwości oceniania efektów na bieżąco. Walczy z absurdalnymi przepisami, uczy się, jak przechytrzyć system. To zapewnia mu sporo adrenaliny, co zresztą przekłada się jeszcze na lekturę. Autor odwołuje się do bardzo znanych obrazów, do okładek czasopism i do sytuacji, w których musiał improwizować, żeby zrobić odpowiednie zdjęcie. Opowiada o szczęściu i o podejmowaniu błyskawicznych decyzji. Robienie zdjęć w PRL-u to nie tylko szukanie ujęcia, ale też - okazji do utrwalenia wymownych scenek. Niedenthal dzieli się z czytelnikami między innymi dynamicznym dostosowywaniem się do okoliczności. Podpowiada sztuczki przydatne przy robieniu fotoreportaży: nie chodzi tylko o przybywanie na miejsce przed czasem i zostawanie, kiedy wszyscy się rozejdą, nie chodzi o noszenie ze sobą małej drabinki - a o pomysłowość i wypracowywanie sobie najlepszej perspektywy. Niedenthal uczestniczy w wydarzeniach historycznych i nie może sobie pozwolić na błędy: czasami musi powtórzyć jakąś trasę (gdy rzecz nie dotyczy konkretnej sytuacji społeczno-politycznej), ale wtedy nie ma już przyjemności z robienia zdjęcia. Daje autor szansę podglądania warsztatu: to sprawia, że publikacja będzie ciekawa dla wszystkich zajmujących się fotoreportażem. A przecież jest to również lektura znakomita do rozrywkowego czytania: Chris Niedenthal sprawnie operuje dowcipem i wie, jak przyciągnąć uwagę odbiorców. Pisze tak, by zapewnić opowieść wartką, ciekawą i niebanalną.
A uzupełnienie książki może czytelników zaskoczyć: autor bowiem odnosi się do aktualnych wydarzeń i dokumentuje wyjście młodych ludzi na ulice. Sam analizuje to, co nie podoba mu się w obecnej sytuacji w rządzie, rezygnuje z bezstronności na rzecz potężnych oskarżeń. Być może części odbiorców da w ten sposób do myślenia. A może tylko trafi do i tak przekonanych. Nie ma to znaczenia: liczy się fakt, że ta autobiografia jest wyjątkowa za sprawą podejścia Niedenthala do pisania. Właśnie tego oczekuje się od relacji fotografów.
Inspiracja
To opowieść autobiograficzna, gęsta i pełna nie tylko ciekawostek z życia, ale i komentarzy na temat warsztatu. Powraca na rynek z bardzo ważnym uzupełnieniem. Chris Niedenthal wie doskonale, co może zainteresować czytelników sięgających po jego wspomnienia. Proponuje zatem książkę, która imponuje objętością, ale i poczuciem humoru. Autor nie tylko zaczyna powtórzeniem typowego dziecięcego zdjęcia w wieku dorosłym, ale w samym tekście niejeden raz udowodni, że potrafi opowiadać anegdoty. Wydobywa z kolejnych wydarzeń to, co najważniejsze. Najpierw prezentuje swoją drogę do fotografii (i wyjaśnia swoje pochodzenie): wkrótce jednak przejdzie do ważnych społecznych i politycznych sytuacji z Polski, które dokumentował jako fotograf "Time'a" czy "Newsweeka". Własne życie splata z wielką historią, a jednocześnie nie zapomina o technicznych aspektach swojej pracy.
Kiedy już Chris Niedenthal przedstawi siebie - przynajmniej w pozazawodowym aspekcie - może zająć się tym, co dla czytelników będzie najważniejsze: walką o dobre zdjęcia w najtrudniejszych często warunkach. Jedną z przeszkód są możliwości sprzętowe: chociaż dzisiaj zwłaszcza młodszym odbiorcom wydaje się niemożliwe, że nie ma jak przesłać materiałów do redakcji, zwłaszcza za granicę, Niedenthal przechodzi co najmniej kilka zmian - musi sporo się natrudzić, żeby rozwiązywać na bieżąco nieoczekiwane problemy, a do tego nie stracić cennych filmów. Przeżywa rozczarowania, gdy traci zdjęcia albo gdy nie udaje mu się wykonać takiego, jakie sobie zaplanował - w czasach aparatów analogowych nie miał przecież możliwości oceniania efektów na bieżąco. Walczy z absurdalnymi przepisami, uczy się, jak przechytrzyć system. To zapewnia mu sporo adrenaliny, co zresztą przekłada się jeszcze na lekturę. Autor odwołuje się do bardzo znanych obrazów, do okładek czasopism i do sytuacji, w których musiał improwizować, żeby zrobić odpowiednie zdjęcie. Opowiada o szczęściu i o podejmowaniu błyskawicznych decyzji. Robienie zdjęć w PRL-u to nie tylko szukanie ujęcia, ale też - okazji do utrwalenia wymownych scenek. Niedenthal dzieli się z czytelnikami między innymi dynamicznym dostosowywaniem się do okoliczności. Podpowiada sztuczki przydatne przy robieniu fotoreportaży: nie chodzi tylko o przybywanie na miejsce przed czasem i zostawanie, kiedy wszyscy się rozejdą, nie chodzi o noszenie ze sobą małej drabinki - a o pomysłowość i wypracowywanie sobie najlepszej perspektywy. Niedenthal uczestniczy w wydarzeniach historycznych i nie może sobie pozwolić na błędy: czasami musi powtórzyć jakąś trasę (gdy rzecz nie dotyczy konkretnej sytuacji społeczno-politycznej), ale wtedy nie ma już przyjemności z robienia zdjęcia. Daje autor szansę podglądania warsztatu: to sprawia, że publikacja będzie ciekawa dla wszystkich zajmujących się fotoreportażem. A przecież jest to również lektura znakomita do rozrywkowego czytania: Chris Niedenthal sprawnie operuje dowcipem i wie, jak przyciągnąć uwagę odbiorców. Pisze tak, by zapewnić opowieść wartką, ciekawą i niebanalną.
A uzupełnienie książki może czytelników zaskoczyć: autor bowiem odnosi się do aktualnych wydarzeń i dokumentuje wyjście młodych ludzi na ulice. Sam analizuje to, co nie podoba mu się w obecnej sytuacji w rządzie, rezygnuje z bezstronności na rzecz potężnych oskarżeń. Być może części odbiorców da w ten sposób do myślenia. A może tylko trafi do i tak przekonanych. Nie ma to znaczenia: liczy się fakt, że ta autobiografia jest wyjątkowa za sprawą podejścia Niedenthala do pisania. Właśnie tego oczekuje się od relacji fotografów.
Tomas Samojlik: Czego szukasz, Pompiku?
Media Rodzina, Poznań 2020.
Zwierzęta
Jedno z ciekawych uzupełnień serii dla najmłodszych odbiorców to wyszukiwankowe wyzwanie - ale nie to związane z graficznymi popisami. Tomasz Samojlik wykorzystuje cykl kartonowych picture booków, nadając im charakter edukacyjny. "Czego szukasz, Pompiku" to połączenie zabawy z książki gadżetowej oraz wiadomości prezentowanych także w kolejnych opowieściach serii. Żubr Pompik to bohater, który razem ze swoją rodziną zwiedza różne parki narodowe i poznaje różne gatunki zwierząt, charakterystyczne dla danego obszaru. Autor rezygnuje tym razem z opowiadań, zamiast małych form proponuje jednoakapitowe scenki. Bohaterowie - Pompik i jego siostra Polinka - przekomarzają się, biegają i szukają rozmaitych stworzeń. Pompik mówi, kogo chce w danym miejscu spotkać - Polinka rzuca podpowiedź, gdzie w ogóle szukać. Niby jest to zdanie rzucone do rata, ale skorzystają na nim również odbiorcy, bo to oni - a nie Pompik jako taki - będą musieli dotrzeć do odpowiedniego bohatera.
Każda rozkładówka to jeden obrazek z wtopionym tekstem wskazówek. Pompik i Polinka obserwują zmieniające się pejzaże, charakterystyczne dla danego parku narodowego (na początku przy odsłanianiu okienek na mapie, można sobie przypomnieć, jakie krajobrazy dominują w której przestrzeni - i czego się spodziewać po odwiedzanym parku narodowym. W samych obrazkach w ramach opowieści okienka do otwierania wtopione są w pejzaż. Nie ma tu przecież naturalnych "szafek", które można by wyposażyć w drzwi - dlatego też okienka ukrywają się w krzakach, koronach drzew, a nawet w chmurach lub w wodzie. Wszystko zależy od tego, kogo akurat szuka Pompik. Można zignorować wskazówkę Polinki (chociaż wtedy da się znaleźć poszukiwane zwierzę znacznie szybciej, a przy okazji też poszerzać słownictwo) i zaglądać do wszystkich miejsc po kolei. Wszędzie bowiem kryją się jakieś stworzenia, typowe dla danego regionu albo dla wybranego środowiska. Otwarcie okienka ujawnia, kto kryje się w gąszczu - będzie zatem tak upragnioną przez dzieci niespodzianką. Do tego na odchylanej części kartki pojawi się nazwa gatunkowa - dzieci zatem nie tylko obejrzą sobie zwierzę, które znalazły, ale również poznają jego nazwę - co ułatwi zapamiętywanie i urozmaici zabawę. Tomasz Samojlik pozwala odbiorcom na naukę i oswaja je z dziką przyrodą. Przypomina, że człowiek jest gościem w tej przestrzeni - uczy szacunku do zwierząt. Tu prym wiedzie Pompik i jego rodzina.
"Czego szukasz, Pompiku" to długa zabawa dla najmłodszych. Okienka otwierają się dość łatwo, ale trzeba będzie sprytu i sprawności manualnej - dla dzieci ich otwieranie to również ćwiczenie umiejętności. Tomasz Samojlik proponuje rodzaj szybkiego przypomnienia tego, co wskazywał w kolejnych publikacjach z opowiadaniami. Pompik podpowiada dzieciom, jak rozpoznawać zwierzęta - co może urozmaicić spacery po lasach i zainteresować najmłodszych ochroną środowiska. Jest to publikacja, w której nie dzieje się zbyt dużo: kartonowa książeczka uniemożliwia rozwijanie tematu. Każda rozkładówka pełna jest otwieranych okienek, które trzeba znaleźć na ilustracjach. Otwarcie okienka wprowadza nowego bohatera i to może przypaść do gustu maluchom. Tomasz Samojlik stworzył bohatera, który podbił rynek kreskówek, książeczek, a teraz pojawia się jako przewodnik w publikacji rozrywkowej i edukacyjnej jednocześnie. Dobry pomysł związany z kształtem książeczki został tu wykorzystany także w celach mnemotechnicznych. To frajda dla dzieci.
Zwierzęta
Jedno z ciekawych uzupełnień serii dla najmłodszych odbiorców to wyszukiwankowe wyzwanie - ale nie to związane z graficznymi popisami. Tomasz Samojlik wykorzystuje cykl kartonowych picture booków, nadając im charakter edukacyjny. "Czego szukasz, Pompiku" to połączenie zabawy z książki gadżetowej oraz wiadomości prezentowanych także w kolejnych opowieściach serii. Żubr Pompik to bohater, który razem ze swoją rodziną zwiedza różne parki narodowe i poznaje różne gatunki zwierząt, charakterystyczne dla danego obszaru. Autor rezygnuje tym razem z opowiadań, zamiast małych form proponuje jednoakapitowe scenki. Bohaterowie - Pompik i jego siostra Polinka - przekomarzają się, biegają i szukają rozmaitych stworzeń. Pompik mówi, kogo chce w danym miejscu spotkać - Polinka rzuca podpowiedź, gdzie w ogóle szukać. Niby jest to zdanie rzucone do rata, ale skorzystają na nim również odbiorcy, bo to oni - a nie Pompik jako taki - będą musieli dotrzeć do odpowiedniego bohatera.
Każda rozkładówka to jeden obrazek z wtopionym tekstem wskazówek. Pompik i Polinka obserwują zmieniające się pejzaże, charakterystyczne dla danego parku narodowego (na początku przy odsłanianiu okienek na mapie, można sobie przypomnieć, jakie krajobrazy dominują w której przestrzeni - i czego się spodziewać po odwiedzanym parku narodowym. W samych obrazkach w ramach opowieści okienka do otwierania wtopione są w pejzaż. Nie ma tu przecież naturalnych "szafek", które można by wyposażyć w drzwi - dlatego też okienka ukrywają się w krzakach, koronach drzew, a nawet w chmurach lub w wodzie. Wszystko zależy od tego, kogo akurat szuka Pompik. Można zignorować wskazówkę Polinki (chociaż wtedy da się znaleźć poszukiwane zwierzę znacznie szybciej, a przy okazji też poszerzać słownictwo) i zaglądać do wszystkich miejsc po kolei. Wszędzie bowiem kryją się jakieś stworzenia, typowe dla danego regionu albo dla wybranego środowiska. Otwarcie okienka ujawnia, kto kryje się w gąszczu - będzie zatem tak upragnioną przez dzieci niespodzianką. Do tego na odchylanej części kartki pojawi się nazwa gatunkowa - dzieci zatem nie tylko obejrzą sobie zwierzę, które znalazły, ale również poznają jego nazwę - co ułatwi zapamiętywanie i urozmaici zabawę. Tomasz Samojlik pozwala odbiorcom na naukę i oswaja je z dziką przyrodą. Przypomina, że człowiek jest gościem w tej przestrzeni - uczy szacunku do zwierząt. Tu prym wiedzie Pompik i jego rodzina.
"Czego szukasz, Pompiku" to długa zabawa dla najmłodszych. Okienka otwierają się dość łatwo, ale trzeba będzie sprytu i sprawności manualnej - dla dzieci ich otwieranie to również ćwiczenie umiejętności. Tomasz Samojlik proponuje rodzaj szybkiego przypomnienia tego, co wskazywał w kolejnych publikacjach z opowiadaniami. Pompik podpowiada dzieciom, jak rozpoznawać zwierzęta - co może urozmaicić spacery po lasach i zainteresować najmłodszych ochroną środowiska. Jest to publikacja, w której nie dzieje się zbyt dużo: kartonowa książeczka uniemożliwia rozwijanie tematu. Każda rozkładówka pełna jest otwieranych okienek, które trzeba znaleźć na ilustracjach. Otwarcie okienka wprowadza nowego bohatera i to może przypaść do gustu maluchom. Tomasz Samojlik stworzył bohatera, który podbił rynek kreskówek, książeczek, a teraz pojawia się jako przewodnik w publikacji rozrywkowej i edukacyjnej jednocześnie. Dobry pomysł związany z kształtem książeczki został tu wykorzystany także w celach mnemotechnicznych. To frajda dla dzieci.
sobota, 2 stycznia 2021
Tor Åge Bringsværd: Hau. Psy, pieski i bestie w baśniach, mitach i wierzeniach
Marginesy, Warszawa 2020.
Czworonożni przyjaciele
Tor Åge Bringsværd przekona do siebie błyskawicznie dzięki tropieniu obecności psów w najstarszych historiach, mitach i baśniach. Chociaż w literaturze i kulturze popularnej psów jest mnóstwo, te autor tylko wspomina (i to w bardzo ograniczonym zakresie) tylko po to, żeby zasugerować czytelnikom, gdzie mogą szukać inspiracji. Sam sięga po mniej oczywiste relacje. Wyszukuje opowieści różnych plemion, niewielkich społeczności, ludzi, którzy nie zapominają o tradycjach i o dokonaniach przodków. Tak powstaje książka absolutnie wyjątkowa i niezbędna dla wszystkich, którzy kochają psy i potrzebują potwierdzenia ich mądrości.
"Hau. Psy, pieski i bestie w baśniach, mitach i wierzeniach" to opowieść o wspólnej drodze człowieka i psa - autor specjalnie rezygnuje z obecności w książce wilków, dingo, lisów czy szakali - świadomy, że i tak będzie miał bardzo bogatą galerię zwierzęcych bohaterów. Problem nie polega na braku wiadomości, a na nadmiarze materiałów, z których można skorzystać. Dodatkowa trudność płynie z faktu traktowania legend jako rezerwuaru fabuł: często historie inspirują się wzajemnie, trudno znaleźć źródło wpływów. a przecież chodzi o przedstawianie narracyjnych początków. "Hau" to książka uświadamiająca odbiorcom, jak wiele ludzie zawdzięczają psom. Ale nie tylko. Przecież tu najczęściej ucieka się w świat fantazji. Nie zabraknie zatem psów "magicznych", bóstw lub animalistycznych wpływów na ludzi. Wśród mitów znajdą się te określane przez autora jako nieprzyzwoite, znacznie więcej jednak pokaże próby wytłumaczenia tego, co dla społeczeństw trudne do wyobrażenia. Psy towarzyszą ludziom w najbardziej podstawowych aspektach codzienności, ale też w świętach czy poznawaniu siebie. Są niezbędne, nawet jeśli budzą przerażenie. Twórcy mitów i legend puszczają wodze fantazji, kiedy potrzebują zaakcentowania niezwykłości i kiedy zależy im na podkreśleniu nieprzystępności świata. Świat z psami, wbrew pozorom, nie jest wcale gościnnym i przyjaznym miejscem, znacznie częściej psy towarzyszą władcom i uniemożliwiają realizowanie własnych pragnień. Psy - wolne od stereotypowych skojarzeń - funkcjonują tu na różne sposoby. Najciekawsze z perspektywy czytelników będzie zestawianie niezwykłych okoliczności współdziałania. Wielką siłą tej książki jest przedstawianie tekstów z różnych kręgów kulturowych: to zapewnia także zmiany tematyki oraz samych pomysłów.
Zwykle to krótkie opowiadania (albo wręcz pojedyncze scenki), pogrupowane tematycznie. Między innymi znajdują się tu mity założycielskie, psy, które towarzyszyły bogom i bóstwom, psy w relacjach z innymi zwierzętami, wyjaśnienia charakterystycznych zachowań psów, psy w kosmosie (te, które pojawiają się na przykład w gwiazdozbiorach), psy wierne i psy groźne, psy w baśniach i psy święte. Jest to przede wszystkim lektura dla ludzi poszukujących ciekawostek oraz niebanalnych rozwiązań. Autor unika powtarzania tego, co wiedzą wszyscy: jeśli już zdarza mu się nawiązać do bardzo znanych i kojarzonych zwierząt, nie rozwija przesadnie tematu, bardziej zależy mu na przybliżaniu motywów psów spoza powszechnej świadomości. Udowadnia czytelnikom, jak wiele zwierząt znalazło się w opowieściach wyjaśniających świat; pozwala się bawić tematem. Książka jest wypełniona ciekawostkami: poza literaturą pojawiają się tu jeszcze komentarze, wstawki pokazujące obecność psów inspirowaną danym tekstem. "Hau" wykorzystuje również dawne ilustracje - dowód na to, że psy w twórczości nie są zjawiskiem rzadkim ani dziwnym. Oryginalne podejście do tematu sprawia, że czytelnicy otrzymują publikację wartościową i przynoszącą sporo wiadomości.
Czworonożni przyjaciele
Tor Åge Bringsværd przekona do siebie błyskawicznie dzięki tropieniu obecności psów w najstarszych historiach, mitach i baśniach. Chociaż w literaturze i kulturze popularnej psów jest mnóstwo, te autor tylko wspomina (i to w bardzo ograniczonym zakresie) tylko po to, żeby zasugerować czytelnikom, gdzie mogą szukać inspiracji. Sam sięga po mniej oczywiste relacje. Wyszukuje opowieści różnych plemion, niewielkich społeczności, ludzi, którzy nie zapominają o tradycjach i o dokonaniach przodków. Tak powstaje książka absolutnie wyjątkowa i niezbędna dla wszystkich, którzy kochają psy i potrzebują potwierdzenia ich mądrości.
"Hau. Psy, pieski i bestie w baśniach, mitach i wierzeniach" to opowieść o wspólnej drodze człowieka i psa - autor specjalnie rezygnuje z obecności w książce wilków, dingo, lisów czy szakali - świadomy, że i tak będzie miał bardzo bogatą galerię zwierzęcych bohaterów. Problem nie polega na braku wiadomości, a na nadmiarze materiałów, z których można skorzystać. Dodatkowa trudność płynie z faktu traktowania legend jako rezerwuaru fabuł: często historie inspirują się wzajemnie, trudno znaleźć źródło wpływów. a przecież chodzi o przedstawianie narracyjnych początków. "Hau" to książka uświadamiająca odbiorcom, jak wiele ludzie zawdzięczają psom. Ale nie tylko. Przecież tu najczęściej ucieka się w świat fantazji. Nie zabraknie zatem psów "magicznych", bóstw lub animalistycznych wpływów na ludzi. Wśród mitów znajdą się te określane przez autora jako nieprzyzwoite, znacznie więcej jednak pokaże próby wytłumaczenia tego, co dla społeczeństw trudne do wyobrażenia. Psy towarzyszą ludziom w najbardziej podstawowych aspektach codzienności, ale też w świętach czy poznawaniu siebie. Są niezbędne, nawet jeśli budzą przerażenie. Twórcy mitów i legend puszczają wodze fantazji, kiedy potrzebują zaakcentowania niezwykłości i kiedy zależy im na podkreśleniu nieprzystępności świata. Świat z psami, wbrew pozorom, nie jest wcale gościnnym i przyjaznym miejscem, znacznie częściej psy towarzyszą władcom i uniemożliwiają realizowanie własnych pragnień. Psy - wolne od stereotypowych skojarzeń - funkcjonują tu na różne sposoby. Najciekawsze z perspektywy czytelników będzie zestawianie niezwykłych okoliczności współdziałania. Wielką siłą tej książki jest przedstawianie tekstów z różnych kręgów kulturowych: to zapewnia także zmiany tematyki oraz samych pomysłów.
Zwykle to krótkie opowiadania (albo wręcz pojedyncze scenki), pogrupowane tematycznie. Między innymi znajdują się tu mity założycielskie, psy, które towarzyszyły bogom i bóstwom, psy w relacjach z innymi zwierzętami, wyjaśnienia charakterystycznych zachowań psów, psy w kosmosie (te, które pojawiają się na przykład w gwiazdozbiorach), psy wierne i psy groźne, psy w baśniach i psy święte. Jest to przede wszystkim lektura dla ludzi poszukujących ciekawostek oraz niebanalnych rozwiązań. Autor unika powtarzania tego, co wiedzą wszyscy: jeśli już zdarza mu się nawiązać do bardzo znanych i kojarzonych zwierząt, nie rozwija przesadnie tematu, bardziej zależy mu na przybliżaniu motywów psów spoza powszechnej świadomości. Udowadnia czytelnikom, jak wiele zwierząt znalazło się w opowieściach wyjaśniających świat; pozwala się bawić tematem. Książka jest wypełniona ciekawostkami: poza literaturą pojawiają się tu jeszcze komentarze, wstawki pokazujące obecność psów inspirowaną danym tekstem. "Hau" wykorzystuje również dawne ilustracje - dowód na to, że psy w twórczości nie są zjawiskiem rzadkim ani dziwnym. Oryginalne podejście do tematu sprawia, że czytelnicy otrzymują publikację wartościową i przynoszącą sporo wiadomości.
Antti Nikunen: Leon i Lena poznają samochody
Media Rodzina, Poznań 2020.
Dla najmłodszych
Bardzo ciekawą propozycję podsuwa najmłodszym Antti Nikunen, bazując na podstawowych zainteresowaniach chłopców i… na fachowej wiedzy. „Leon i Lena poznają samochody” to połączenie bardzo prostych komputerowych grafik i tematu-samograja zwłaszcza u chłopców. Nieprzypadkowo jednak do inżyniera Karola przybywają i Leon, i Lena. W zasadzie ich obecność ma znaczenie wyłącznie w samym tytule serii, bo książka została obmyślona jako spotkanie odbiorców ze specjalistą w dziedzinie samochodów. Każda rozkładówka to osobny wielki obrazek ze schematami i komentarzami. Pojawia się od czasu do czasu bohater, inżynier Karol, który zadaje dzieciom pytania i wygłasza polecenia – zestaw zadań do wykonania ma zachęcić odbiorców do zaangażowania się w lekturę i w uważne oglądanie stron. I tak dzieci poznają między innymi budowę samochodu osobowego (który zostanie przedstawiony również w przekroju i od góry), dowiedzą się, jakie rodzaje samochodów cechują się określonym kształtem tylnej części karoserii i liczbą drzwi, poznają kilka szczegółów dotyczących zawieszenia, hamulców czy silnika, zastanowią się nawet nad samochodem przyszłości (zupełnie zaskakujący jest rozdział dotyczący kolorów samochodów – to być może ukłon w stronę tych dzieci, którym tematyka motoryzacyjna wydaje się za trudna. Znajdzie się miejsce na przeanalizowanie wyglądu deski rozdzielczej, na opisanie napędu lub na przedstawienie warsztatu samochodowego. Co ważne, dzieci będą mogły przyswoić informacje na temat ruchu pieszych i dowiedzą się też, jak zachowywać się w samochodzie – kilka prostych zasad może ułatwić wycieczki, a na pewno umożliwi uniknięcie komplikacji czy kłótni. W pewnym momencie autor zaskoczy dzieci kanapkową przerwą – i dostarczy trochę nieoczekiwanych radości w związku z przygotowywaniem posiłku.
Jest to picture book prosty, chociaż na pewno wzbogaci wiedzę maluchów i urozmaici ich zabawy, wprowadzi do słowników najmłodszych kilka ważnych terminów oraz pojęć – i oswoi z ważnymi zasadami (Leon i Lena przekonają się, do czego służy pas bezpieczeństwa albo – dlaczego nie wolno przeszkadzać kierowcy). Raczej trudno będzie przypuszczać, że po upraszczanych do granic możliwości kształtach kolejnych części samochodu dzieci nauczą się rozróżniać konkretne fragmenty (raczej będą mogły poprosić rodziców o wskazanie wybranych części) – ale mogą się czegoś dowiedzieć. Antti Nikunen ma bardzo dobry pomysł na książkę i tylko nijakimi komputerowymi grafikami trochę psuje znakomity efekt. Infantylizm obrazków sprawia, że starsze maluchy być może zniechęcą się na starcie do książki – a szkoda by było, bo to publikacja wartościowa i pełna ciekawostek. Nie ma tu klasycznej narracji, pojawia się wiele zadań i łamigłówek dla dzieci – ale najważniejsza jest możliwość przedstawienia szczegółów dotyczących samochodu. Do tego dochodzi też humor i wybieranie atrakcyjnych z perspektywy najmłodszych zagadnień – po licencyjnych tomikach o samochodzie, który składa się z czterech kół i kierownicy nad takim tomikiem można zasiąść na dłużej i to z przyjemnością.
Dla najmłodszych
Bardzo ciekawą propozycję podsuwa najmłodszym Antti Nikunen, bazując na podstawowych zainteresowaniach chłopców i… na fachowej wiedzy. „Leon i Lena poznają samochody” to połączenie bardzo prostych komputerowych grafik i tematu-samograja zwłaszcza u chłopców. Nieprzypadkowo jednak do inżyniera Karola przybywają i Leon, i Lena. W zasadzie ich obecność ma znaczenie wyłącznie w samym tytule serii, bo książka została obmyślona jako spotkanie odbiorców ze specjalistą w dziedzinie samochodów. Każda rozkładówka to osobny wielki obrazek ze schematami i komentarzami. Pojawia się od czasu do czasu bohater, inżynier Karol, który zadaje dzieciom pytania i wygłasza polecenia – zestaw zadań do wykonania ma zachęcić odbiorców do zaangażowania się w lekturę i w uważne oglądanie stron. I tak dzieci poznają między innymi budowę samochodu osobowego (który zostanie przedstawiony również w przekroju i od góry), dowiedzą się, jakie rodzaje samochodów cechują się określonym kształtem tylnej części karoserii i liczbą drzwi, poznają kilka szczegółów dotyczących zawieszenia, hamulców czy silnika, zastanowią się nawet nad samochodem przyszłości (zupełnie zaskakujący jest rozdział dotyczący kolorów samochodów – to być może ukłon w stronę tych dzieci, którym tematyka motoryzacyjna wydaje się za trudna. Znajdzie się miejsce na przeanalizowanie wyglądu deski rozdzielczej, na opisanie napędu lub na przedstawienie warsztatu samochodowego. Co ważne, dzieci będą mogły przyswoić informacje na temat ruchu pieszych i dowiedzą się też, jak zachowywać się w samochodzie – kilka prostych zasad może ułatwić wycieczki, a na pewno umożliwi uniknięcie komplikacji czy kłótni. W pewnym momencie autor zaskoczy dzieci kanapkową przerwą – i dostarczy trochę nieoczekiwanych radości w związku z przygotowywaniem posiłku.
Jest to picture book prosty, chociaż na pewno wzbogaci wiedzę maluchów i urozmaici ich zabawy, wprowadzi do słowników najmłodszych kilka ważnych terminów oraz pojęć – i oswoi z ważnymi zasadami (Leon i Lena przekonają się, do czego służy pas bezpieczeństwa albo – dlaczego nie wolno przeszkadzać kierowcy). Raczej trudno będzie przypuszczać, że po upraszczanych do granic możliwości kształtach kolejnych części samochodu dzieci nauczą się rozróżniać konkretne fragmenty (raczej będą mogły poprosić rodziców o wskazanie wybranych części) – ale mogą się czegoś dowiedzieć. Antti Nikunen ma bardzo dobry pomysł na książkę i tylko nijakimi komputerowymi grafikami trochę psuje znakomity efekt. Infantylizm obrazków sprawia, że starsze maluchy być może zniechęcą się na starcie do książki – a szkoda by było, bo to publikacja wartościowa i pełna ciekawostek. Nie ma tu klasycznej narracji, pojawia się wiele zadań i łamigłówek dla dzieci – ale najważniejsza jest możliwość przedstawienia szczegółów dotyczących samochodu. Do tego dochodzi też humor i wybieranie atrakcyjnych z perspektywy najmłodszych zagadnień – po licencyjnych tomikach o samochodzie, który składa się z czterech kół i kierownicy nad takim tomikiem można zasiąść na dłużej i to z przyjemnością.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






