Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.
Kogo lubić?
O przyjaźni można w nieskończoność, a już w literaturze dla dzieci to temat obowiązkowy i realizowany na wiele różnych sposobów. Emilia Dziubak podejmuje jednak wyzwanie i decyduje się na pokazanie innych “przyjaźni” - relacji w przyrodzie. Wprawdzie co jakiś czas na lekcjach biologii mali odbiorcy tej książeczki dowiedzą się o nazwach i rodzajach poszczególnych “przyjaźni” i o sensie ich istnienia w przyrodzie, na razie jednak mogą zadziwić się organizacją życia. Przewodnikiem po przyjaźniach ma być kot Homer – rozczarowany chwilowym bałaganem i brakiem opiekuna w domu, wyrusza w świat, żeby znaleźć sobie lepszego przyjaciela. Za każdym razem dociera do kilku przykładów związków i zależności między roślinami, zwierzętami czy grzybami (a czasem też i ludźmi) i sprawdza, czy takie przyjaźnie by go usatysfakcjonowały. A jest tu całkiem pokaźny zbiorek istot, które do życia potrzebują pomocy innych i odwdzięczają się za tę pomoc – albo wprost przeciwnie. Kot Homer obserwuje różne pary: ryby i ukwiały, ptaki i słonie, grzyby i drzewa, bakterie w przewodzie pokarmowym żywiciela... Ma szansę się przy tym zastanowić nad własnymi oczekiwaniami wobec bratniej duszy. Emilia Dziubak znajduje nawet miejsce na przyjaźń, która przeradza się w miłość - przedstawia gatunki, które mogą łączyć się ze sobą w pary – i cechy ich potomstwa. Po bardzo bogatej w wiadomości wyprawie kot Homer wraca do domu. W końcu tutaj jest jego miejsce.
“Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt” to wielkoformatowy picture book edukacyjny. Kartonowa książka imponuje rozmachem ilustracyjnym, ale przy Emilii Dziubak to w pełni normalne. Na każdej rozkładówce pojawia się charakterystyka wybranego rodzaju “przyjaźni” między gatunkami: kot Homer może tu ustosunkować się do przyjętego sposobu nawiązywania relacji. Szereg ponumerowanych ilustracji, zgrabnie wkomponowanych w strony, pokazuje konkretne zwierzęta i ich przyjaciół - poza tym przewija się przez te zestawy i sam Homer przyglądający się uważnie obrazkom. Drobna ramka zawiera wyjaśnienia, kto się z kim przyjaźni - i jak ta przyjaźń wygląda. Krótkie komentarze są ciekawe i nie przytłaczają, do tego autorka doskonale wie, że skusi dzieci fizjologią zwierząt, więc często pokazuje, do czego jednym przydają się odchody innych. Rozszerzenia wiadomości trzeba będzie szukać już samodzielnie, ale autorka pozwala maluchom zainteresować się codziennością zwierząt i roślin.
Została ta publikacja przepięknie przygotowana. Jak to często w Naszej Księgarni, to picture book autorski, który jest jednocześnie popisem ilustratorki. Emilia Dziubak grono wiernych fanów ma od dawna, nie będzie więc wątpliwości, że i tym razem skusi odbiorców - i to w różnym wieku, mimo że kartonowe strony wskazują raczej na młodsze pokolenie. Sięgać się będzie po tę książkę nie tylko dla samych wiadomości. W pierwszej kolejności - zaintrygują ilustracje, które można potraktować również jako punkt wyjścia do samodzielnego opowiadania o tym, co widać n obrazku. W ten sposób dzieci będą szkolić się w sztuce prowadzenia narracji. Cała książka ładnie łączy humor, walory edukacyjne oraz zachwyty estetyczne, Emilia Dziubak jest autorką, która zawsze ma do zaprezentowania ciekawe pomysły. Wprowadza Nasza Księgarnia na rynek kolejny tomik, który podbije serca odbiorców i zdeklasuje konkurencję. “Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt” to spotkanie z przyrodą i grafiką na wysokim poziomie.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 10 listopada 2018
piątek, 9 listopada 2018
Joanna Kuciel-Frydryszak: Służące do wszystkiego
Marginesy, Warszawa 2018.
Praca i życie
W pewnym momencie temat służących wkroczył do literatury faktu dość odważnie. Być może stało się to echem powieści “Służące” (a jeszcze bardziej filmu na jej podstawie), mimo że tam raczej ważny był motyw poniżania na tle rasowym – nie ulega jednak wątpliwości, że zawód dawniej powszechny teraz funkcjonuje jak egzotyczna ciekawostka, przynajmniej w pewnym wymiarze. Joanna Kuciel-Frydryszak wpisuje się w ten obszar poszukiwań i proponuje odbiorcom opowieść o polskich służących. “Służące do wszystkiego” są tematycznym przeglądem powinności, zobowiązań, ale i charakteru pracy – autorka prowadzi czytelników przez kolejne doświadczenia młodych kobiet idących na służbę - uświadamiając przy okazji specyfikę obranego wówczas stylu życia.
Pierwszy podział - na dziewczęta oddawane na służbę i te, które szukają po prostu zajęcia - nie ma przeniesienia na dalsze działania. Autorka zaznacza, że służące rzadko zakładały własne rodziny (nie dało się prowadzić dwóch domów), ale też nie zawsze z pracodawcami łączyły je familiarne stosunki. Sprawdza zakres obowiązków, czas pracy oraz możliwość wypoczynku, przygląda się strojom (fartuszki nie tylko chroniły przed zabrudzeniami, stanowiły też swoistą wizytówkę domu). Pojawią się pytania o pokoje dla służby - oraz o adoratorów. Sporo miejsca Kuciel-Frydryszak poświęca na konflikty. Służba nie ma zbyt dobrej opinii: służące, mimo znakomitych referencji, często zmieniają pracę, dorabiają się małych fortun na przedmiotach wynoszonych z domu pani, bywają pyskate lub kłótliwe, niektóre wiążą się z kryminalistami i ułatwiają im dostęp do bogatego domu, inne mogą posunąć się do otrucia chlebodawczyni. Niektóre są niepiśmienne, inne źle się prowadzą - lista oskarżeń stale się wydłuża, a kolejne – prawdziwe czy nie – zarzuty rozrastają się w ciekawe rozdziały książki. Oczywiście są też służące niezastąpione, ukochane nianie, piastunki, gospodynie i przyjaciółki, “przekazywane” kolejnym pokoleniom. Te trafiają do serdecznych wspomnień, zapisują się w historii jako nieodłączny element dzieciństwa. Joanna Kuciel-Frydryszak próbuje pokazywać różne strony zagadnienia, jest też wyczulona na to, co dzisiaj wydaje się zabawne albo absurdalne. Odnotowuje sensacyjki i sprawy niemal kryminalne, le i indywidualności - służące, którym daleko było do pokornych i skromnych pracownic.
W tomie “Służące do wszystkiego” Joanna Kuciel-Frydryszak wykorzystuje również cytaty z poradników dla służących. To przerywniki, które budzą uśmiech, ale uświadamiają też czytelnikom przemiany obyczajowe. Autorka nadaje opowieści charakteru reportażu, bardzo umiejętnie wykorzystuje zachowane źródła. Sięga do wspomnień (zwłaszcza w zapiskach literatów znajduje ciekawe portrety służących) i do listów (tu najlepsze są te pisane przez gospodynie), zbiera wiele wycinków prasowych, cytuje ogłoszenia, artykuły z kronik kryminalnych istnieją tu jako ilustracje. W pewnym momencie z ogólnych charakterystyk służących przechodzi do konkretnych przykładów, opisuje postacie, które wyłamywały się ze schematów. “Służące do wszystkiego” to publikacja bardzo obszerna, wydaje się, że autorka wyczerpująco omawia temat, ale za podstawowy cel obiera sobie rozrywkę czytelników. Dostarcza zestawu wiadomości, które czasami funkcjonują na prawach anegdoty, a czasami przydadzą się na przykład do zrozumienia kontekstu powieści albo w ogóle do interpretowania dzieł literackich.
Do tej książki trafiło naprawdę wiele atrakcyjnych portretów i zjawisk. Autorka ocala część dawnych zwyczajów, pokazuje rzeczywistość, która straciła rację bytu – bo chociaż dzisiaj również spotkać się można z paniami zatrudnianymi do prowadzenia domu, inaczej wyglądają relacje z pracownicami, trudno wyobrazić sobie rezygnację z własnego życia na rzecz służenia państwu. I to wszystko otwiera się podczas lektury. “Służące do wszystkiego” to publikacja, która powinna zostać dostrzeżona na rynku.
Praca i życie
W pewnym momencie temat służących wkroczył do literatury faktu dość odważnie. Być może stało się to echem powieści “Służące” (a jeszcze bardziej filmu na jej podstawie), mimo że tam raczej ważny był motyw poniżania na tle rasowym – nie ulega jednak wątpliwości, że zawód dawniej powszechny teraz funkcjonuje jak egzotyczna ciekawostka, przynajmniej w pewnym wymiarze. Joanna Kuciel-Frydryszak wpisuje się w ten obszar poszukiwań i proponuje odbiorcom opowieść o polskich służących. “Służące do wszystkiego” są tematycznym przeglądem powinności, zobowiązań, ale i charakteru pracy – autorka prowadzi czytelników przez kolejne doświadczenia młodych kobiet idących na służbę - uświadamiając przy okazji specyfikę obranego wówczas stylu życia.
Pierwszy podział - na dziewczęta oddawane na służbę i te, które szukają po prostu zajęcia - nie ma przeniesienia na dalsze działania. Autorka zaznacza, że służące rzadko zakładały własne rodziny (nie dało się prowadzić dwóch domów), ale też nie zawsze z pracodawcami łączyły je familiarne stosunki. Sprawdza zakres obowiązków, czas pracy oraz możliwość wypoczynku, przygląda się strojom (fartuszki nie tylko chroniły przed zabrudzeniami, stanowiły też swoistą wizytówkę domu). Pojawią się pytania o pokoje dla służby - oraz o adoratorów. Sporo miejsca Kuciel-Frydryszak poświęca na konflikty. Służba nie ma zbyt dobrej opinii: służące, mimo znakomitych referencji, często zmieniają pracę, dorabiają się małych fortun na przedmiotach wynoszonych z domu pani, bywają pyskate lub kłótliwe, niektóre wiążą się z kryminalistami i ułatwiają im dostęp do bogatego domu, inne mogą posunąć się do otrucia chlebodawczyni. Niektóre są niepiśmienne, inne źle się prowadzą - lista oskarżeń stale się wydłuża, a kolejne – prawdziwe czy nie – zarzuty rozrastają się w ciekawe rozdziały książki. Oczywiście są też służące niezastąpione, ukochane nianie, piastunki, gospodynie i przyjaciółki, “przekazywane” kolejnym pokoleniom. Te trafiają do serdecznych wspomnień, zapisują się w historii jako nieodłączny element dzieciństwa. Joanna Kuciel-Frydryszak próbuje pokazywać różne strony zagadnienia, jest też wyczulona na to, co dzisiaj wydaje się zabawne albo absurdalne. Odnotowuje sensacyjki i sprawy niemal kryminalne, le i indywidualności - służące, którym daleko było do pokornych i skromnych pracownic.
W tomie “Służące do wszystkiego” Joanna Kuciel-Frydryszak wykorzystuje również cytaty z poradników dla służących. To przerywniki, które budzą uśmiech, ale uświadamiają też czytelnikom przemiany obyczajowe. Autorka nadaje opowieści charakteru reportażu, bardzo umiejętnie wykorzystuje zachowane źródła. Sięga do wspomnień (zwłaszcza w zapiskach literatów znajduje ciekawe portrety służących) i do listów (tu najlepsze są te pisane przez gospodynie), zbiera wiele wycinków prasowych, cytuje ogłoszenia, artykuły z kronik kryminalnych istnieją tu jako ilustracje. W pewnym momencie z ogólnych charakterystyk służących przechodzi do konkretnych przykładów, opisuje postacie, które wyłamywały się ze schematów. “Służące do wszystkiego” to publikacja bardzo obszerna, wydaje się, że autorka wyczerpująco omawia temat, ale za podstawowy cel obiera sobie rozrywkę czytelników. Dostarcza zestawu wiadomości, które czasami funkcjonują na prawach anegdoty, a czasami przydadzą się na przykład do zrozumienia kontekstu powieści albo w ogóle do interpretowania dzieł literackich.
Do tej książki trafiło naprawdę wiele atrakcyjnych portretów i zjawisk. Autorka ocala część dawnych zwyczajów, pokazuje rzeczywistość, która straciła rację bytu – bo chociaż dzisiaj również spotkać się można z paniami zatrudnianymi do prowadzenia domu, inaczej wyglądają relacje z pracownicami, trudno wyobrazić sobie rezygnację z własnego życia na rzecz służenia państwu. I to wszystko otwiera się podczas lektury. “Służące do wszystkiego” to publikacja, która powinna zostać dostrzeżona na rynku.
Morris: Lucky Luke. Pony Express
Egmont, Warszawa 2018.
Wyścig
Stawka tego pojedynku jest wysoka – rząd USA pragnie przeznaczyć nagrodę dla śmiałka, który będzie dostarczać pocztę i przesyłki do Kalifornii. Tak powstaje pierwsza firma kurierska, Pony Express. Mają w niej pracować poszukiwacze przygód, którzy niewiele ważą i do tego są sierotami – w związku z szeregiem niebezpieczeństw na trasie. Ale Pony Express ma poważnego konkurenta, który nie zawaha się przed niczym. Pacific Railway walczy o duże pieniądze, żeby móc rozbudować linię kolejową prowadzącą do Kalifornii. W tej grze wszystkie chwyty są dozwolone. A jednak skoro pracowników Pony Express ma szkolić Lucky Luke – nic nie zostało jeszcze przesądzone. Albo zostało, na korzyść Pony Express. Tom „Pony Express”, kolejny wznowiony zeszyt w serii o samotnym dzielnym kowboju, to połączenie śmiechu oraz historii. Morris w scenariuszu wykorzystuje klasyczne chwyty wywoływania śmiechu, buduje też akcję w taki sposób, by wciąż zaskakiwać odbiorców drobnymi przewrotkami. Lucky Luke angażuje się w pomoc słabszym, a Jolly Jumper szkoli wierzchowce pozyskane dla Pony Express. Kiedy jednak rozpocznie się wyścig, można działać na wszelkie sposoby. Ci z Pacific Railway nie zawahają się sięgnąć po najbardziej kontrowersyjne metody, żeby tylko osiągnąć swój cel. Będzie tu zatem poza pościgiem całe mnóstwo pułapek, podstępów, prób zdyskredytowania przeciwnika albo osłabienia jego morale. Jak to na Dzikim Zachodzie – zaczną w powietrzu latać kule, zaroi się od pięknych tancerek i szansonistek, a smoła i pierze staną się podstawowym narzędziem kary. Lucky Luke odnajduje się w tym znakomicie, to jego świat, jego zasady. Kto jeszcze nie nauczył się, jak powinno się postępować, teraz otrzyma lekcję, którą będzie wyjątkowo długo pamiętać.
Lucky Luke staje do wyścigu i jak zwykle musi przechytrzyć przeciwników. Nie ułatwia mu tego nawet szeryf, który znowu doprowadza do tego, że bracia Daltonowie uciekają z więzienia. Za towarzysza Lucky Luke ma Jolly Jumpera – nikt inny się tu liczyć nie może. Morris sięga w fabule czasami po rozwiązania oczywiste (motywy z bajki o żółwiu i zającu), czasami jednak bawi się w rozwijanie pojedynczych i pozornie mało znaczących wątków – tak jest z jajkami przesyłanymi dla synowej: ich stan pozwala jednoznacznie odmierzać upływ czasu i sprawdzać, czy w ramach usług transportowych konieczne są zmiany. Lucky Luke pozostaje tym superbohaterem, który nie wdaje się w potyczki, leniwie pali na uboczu papierosa – chyba że ktoś zajdzie mu za skórę. Jest w tej części mnóstwo tematów stałych i włączanie ich do „nowej” opowieści automatycznie ma budzić śmiech. Autor dba jednak i o właściwą dynamikę tekstu, i o wykorzystywanie stereotypów. Odświeża schematy, wprowadza też potężny zestaw żartów małych, jedno- lub dwukadrowych, tak, żeby urozmaicać jednokierunkową relację. W efekcie przestaje być ważne, kto wygra wyścig i zgarnie imponującą sumkę, kto ulepszy sposób rozsyłania wiadomości – a liczy się to, jak do tego celu się dojdzie.
Dzisiaj przygody Lucky Luke’a są już świadectwem pewnych literackich tradycji, klasyką i jakością samą w sobie. Dzięki wznowieniom serii kolejne pokolenia małych odbiorców mogą poznać doświadczenia odważnego kowboja – a starsi zapewne chętnie przypomną sobie dawne olśnienia. Zwłaszcza że dowcip z „prawdziwych” zeszytów z przygodami Lucky Luke’a w ogóle się nie starzeje: archaizmy widać tylko w kontekście.
Wyścig
Stawka tego pojedynku jest wysoka – rząd USA pragnie przeznaczyć nagrodę dla śmiałka, który będzie dostarczać pocztę i przesyłki do Kalifornii. Tak powstaje pierwsza firma kurierska, Pony Express. Mają w niej pracować poszukiwacze przygód, którzy niewiele ważą i do tego są sierotami – w związku z szeregiem niebezpieczeństw na trasie. Ale Pony Express ma poważnego konkurenta, który nie zawaha się przed niczym. Pacific Railway walczy o duże pieniądze, żeby móc rozbudować linię kolejową prowadzącą do Kalifornii. W tej grze wszystkie chwyty są dozwolone. A jednak skoro pracowników Pony Express ma szkolić Lucky Luke – nic nie zostało jeszcze przesądzone. Albo zostało, na korzyść Pony Express. Tom „Pony Express”, kolejny wznowiony zeszyt w serii o samotnym dzielnym kowboju, to połączenie śmiechu oraz historii. Morris w scenariuszu wykorzystuje klasyczne chwyty wywoływania śmiechu, buduje też akcję w taki sposób, by wciąż zaskakiwać odbiorców drobnymi przewrotkami. Lucky Luke angażuje się w pomoc słabszym, a Jolly Jumper szkoli wierzchowce pozyskane dla Pony Express. Kiedy jednak rozpocznie się wyścig, można działać na wszelkie sposoby. Ci z Pacific Railway nie zawahają się sięgnąć po najbardziej kontrowersyjne metody, żeby tylko osiągnąć swój cel. Będzie tu zatem poza pościgiem całe mnóstwo pułapek, podstępów, prób zdyskredytowania przeciwnika albo osłabienia jego morale. Jak to na Dzikim Zachodzie – zaczną w powietrzu latać kule, zaroi się od pięknych tancerek i szansonistek, a smoła i pierze staną się podstawowym narzędziem kary. Lucky Luke odnajduje się w tym znakomicie, to jego świat, jego zasady. Kto jeszcze nie nauczył się, jak powinno się postępować, teraz otrzyma lekcję, którą będzie wyjątkowo długo pamiętać.
Lucky Luke staje do wyścigu i jak zwykle musi przechytrzyć przeciwników. Nie ułatwia mu tego nawet szeryf, który znowu doprowadza do tego, że bracia Daltonowie uciekają z więzienia. Za towarzysza Lucky Luke ma Jolly Jumpera – nikt inny się tu liczyć nie może. Morris sięga w fabule czasami po rozwiązania oczywiste (motywy z bajki o żółwiu i zającu), czasami jednak bawi się w rozwijanie pojedynczych i pozornie mało znaczących wątków – tak jest z jajkami przesyłanymi dla synowej: ich stan pozwala jednoznacznie odmierzać upływ czasu i sprawdzać, czy w ramach usług transportowych konieczne są zmiany. Lucky Luke pozostaje tym superbohaterem, który nie wdaje się w potyczki, leniwie pali na uboczu papierosa – chyba że ktoś zajdzie mu za skórę. Jest w tej części mnóstwo tematów stałych i włączanie ich do „nowej” opowieści automatycznie ma budzić śmiech. Autor dba jednak i o właściwą dynamikę tekstu, i o wykorzystywanie stereotypów. Odświeża schematy, wprowadza też potężny zestaw żartów małych, jedno- lub dwukadrowych, tak, żeby urozmaicać jednokierunkową relację. W efekcie przestaje być ważne, kto wygra wyścig i zgarnie imponującą sumkę, kto ulepszy sposób rozsyłania wiadomości – a liczy się to, jak do tego celu się dojdzie.
Dzisiaj przygody Lucky Luke’a są już świadectwem pewnych literackich tradycji, klasyką i jakością samą w sobie. Dzięki wznowieniom serii kolejne pokolenia małych odbiorców mogą poznać doświadczenia odważnego kowboja – a starsi zapewne chętnie przypomną sobie dawne olśnienia. Zwłaszcza że dowcip z „prawdziwych” zeszytów z przygodami Lucky Luke’a w ogóle się nie starzeje: archaizmy widać tylko w kontekście.
czwartek, 8 listopada 2018
Ryszard Kapuściński: Jeszcze dzień życia
Agora, Warszawa 2018.
Wojna domowa z bliska
Każda okazja jest dobra, by przywoływać książki Ryszarda Kapuścińskiego i przekonywać do nich kolejne pokolenia czytelników. Chociaż zmieniają się możliwości przekazywania informacji, chociaż nie trzeba już polegać na depeszach i zrywanej co pewien czas łączności - “Jeszcze dzień życia” nie traci na znaczeniu, nawet więcej: utrwala specyfikę pracy korespondenta wojennego i przyczyni się do poznania przynajmniej drobnej części warsztatu Kapuścińskiego. Pretekstem do wznowienia tej publikacji jest... premiera polsko-hiszpańskiego filmu “Jeszcze dzień życia”, w którym dramatyczna opowieść została przełożona na animacje. Dla fanów dawnego wydania, ale i dla tych, którzy film animowany kojarzą przede wszystkim z bajkami dla najmłodszych - będzie to szok. Tym bardziej, że kadry z produkcji dość gęsto ozdabiają tutaj opowieść (która do ozdabiania właściwie się nie nadaje). Trzeba się przerzucić z dramatów w opisach na – mimo wszystko łagodzone za sprawą przejścia do upraszczanych rysunków - kadry z filmu animowanego.
Ryszard Kapuściński w 1975 roku trafia do Angoli. Większość korespondentów wojennych już się stąd wycofała, robi się skrajnie niebezpiecznie: krajem wstrząsa wojna domowa. Od tego, czy napotkanemu patrolowi (albo przypadkowemu żołnierzowi) poda się właściwe hasło, zależy życie. Wszyscy chodzą ubrani podobnie, nie ma żadnych sygnałów, czy wybrać “camarada” czy “irmao”. Pomyłka będzie skutkować natychmiastowym rozstrzelaniem, celne trafienie w odpowiednie słowo oznacza tylko odwlekanie wyroku do następnej konfrontacji. Z podanego hasła nie będzie można się wycofać. Kapuściński prezentuje sytuację w Angoli, przeżywając kolejne wyzwania. Poznaje ludzi, próbuje odwzorować ich losy, a przede wszystkim - zrozumieć. Nie ocenia, wie doskonale, że do tego nie ma prawa. Już i tak, żeby móc o nich pisać, powinien coś z nimi przeżyć - dlatego angażuje się w działania, nie ukrywa. Spowiada się z doświadczanych emocji, ale do tego uważnie obserwuje, szuka tego, co pomoże mu zdefiniować sytuację, przełożyć ją na tekst zrozumiały w kraju. Rezygnuje z beznamiętnego stylu – w samym sercu działań zbrojnych i u progu wielkich zmian w ogóle nie może sobie pozwolić na suche fakty. W depeszach jak najbardziej, ale nie w książce. I dlatego “Jeszcze dzień życia” wciąż będzie zdobywać nowych czytelników. To książka niełatwa, pozbawiona stereotypowego oglądu rzeczywistości. Do sytuacji w Angoli nie pasują przyjmowane przez odbiorców systemy wartości - trzeba na nowo przedefiniować to, co się dzieje, spróbować pojąć dążenia ludzi i przyjrzeć się ich celom. “Jeszcze dzień życia” będzie opowieścią o okrutnej cenie za wolność, będzie zestawem scen szokujących i po dekadach – ale Ryszard Kapuściński wpuszcza też dzięki tej książce czytelników do swojego życia, pokazuje specyfikę pracy korespondenta wojennego, ryzyko, na jakie specjalny wysłannik musi się narazić, jeśli tylko chce rzetelnie komentować to, co dzieje się w dalekim kraju. “Jeszcze dzień życia” to reportaż nastawiony również na literackość, na nadawanie niemal powieściowej formy silnym przeżyciom. Nie trzeba nikogo przekonywać co do wagi pisarstwa Kapuścińskiego - wystarczy, że trudno o obojętność przy tak nacechowanej emocjonalnie lekturze. Można ją potraktować nie tylko jako opowieść o konkretnym momencie historycznym, ale i jako wskazanie rytmu pracy reportera. Oczywiście połączenie premiery nowego wydania z filmem jest zabiegiem marketingowym powszechnie stosowanym (choć zwykle to książki są mniej ważne i wtórne), ale być może za sprawą oprawy graficznej Kapuściński zainteresuje też młodsze pokolenie.
Wojna domowa z bliska
Każda okazja jest dobra, by przywoływać książki Ryszarda Kapuścińskiego i przekonywać do nich kolejne pokolenia czytelników. Chociaż zmieniają się możliwości przekazywania informacji, chociaż nie trzeba już polegać na depeszach i zrywanej co pewien czas łączności - “Jeszcze dzień życia” nie traci na znaczeniu, nawet więcej: utrwala specyfikę pracy korespondenta wojennego i przyczyni się do poznania przynajmniej drobnej części warsztatu Kapuścińskiego. Pretekstem do wznowienia tej publikacji jest... premiera polsko-hiszpańskiego filmu “Jeszcze dzień życia”, w którym dramatyczna opowieść została przełożona na animacje. Dla fanów dawnego wydania, ale i dla tych, którzy film animowany kojarzą przede wszystkim z bajkami dla najmłodszych - będzie to szok. Tym bardziej, że kadry z produkcji dość gęsto ozdabiają tutaj opowieść (która do ozdabiania właściwie się nie nadaje). Trzeba się przerzucić z dramatów w opisach na – mimo wszystko łagodzone za sprawą przejścia do upraszczanych rysunków - kadry z filmu animowanego.
Ryszard Kapuściński w 1975 roku trafia do Angoli. Większość korespondentów wojennych już się stąd wycofała, robi się skrajnie niebezpiecznie: krajem wstrząsa wojna domowa. Od tego, czy napotkanemu patrolowi (albo przypadkowemu żołnierzowi) poda się właściwe hasło, zależy życie. Wszyscy chodzą ubrani podobnie, nie ma żadnych sygnałów, czy wybrać “camarada” czy “irmao”. Pomyłka będzie skutkować natychmiastowym rozstrzelaniem, celne trafienie w odpowiednie słowo oznacza tylko odwlekanie wyroku do następnej konfrontacji. Z podanego hasła nie będzie można się wycofać. Kapuściński prezentuje sytuację w Angoli, przeżywając kolejne wyzwania. Poznaje ludzi, próbuje odwzorować ich losy, a przede wszystkim - zrozumieć. Nie ocenia, wie doskonale, że do tego nie ma prawa. Już i tak, żeby móc o nich pisać, powinien coś z nimi przeżyć - dlatego angażuje się w działania, nie ukrywa. Spowiada się z doświadczanych emocji, ale do tego uważnie obserwuje, szuka tego, co pomoże mu zdefiniować sytuację, przełożyć ją na tekst zrozumiały w kraju. Rezygnuje z beznamiętnego stylu – w samym sercu działań zbrojnych i u progu wielkich zmian w ogóle nie może sobie pozwolić na suche fakty. W depeszach jak najbardziej, ale nie w książce. I dlatego “Jeszcze dzień życia” wciąż będzie zdobywać nowych czytelników. To książka niełatwa, pozbawiona stereotypowego oglądu rzeczywistości. Do sytuacji w Angoli nie pasują przyjmowane przez odbiorców systemy wartości - trzeba na nowo przedefiniować to, co się dzieje, spróbować pojąć dążenia ludzi i przyjrzeć się ich celom. “Jeszcze dzień życia” będzie opowieścią o okrutnej cenie za wolność, będzie zestawem scen szokujących i po dekadach – ale Ryszard Kapuściński wpuszcza też dzięki tej książce czytelników do swojego życia, pokazuje specyfikę pracy korespondenta wojennego, ryzyko, na jakie specjalny wysłannik musi się narazić, jeśli tylko chce rzetelnie komentować to, co dzieje się w dalekim kraju. “Jeszcze dzień życia” to reportaż nastawiony również na literackość, na nadawanie niemal powieściowej formy silnym przeżyciom. Nie trzeba nikogo przekonywać co do wagi pisarstwa Kapuścińskiego - wystarczy, że trudno o obojętność przy tak nacechowanej emocjonalnie lekturze. Można ją potraktować nie tylko jako opowieść o konkretnym momencie historycznym, ale i jako wskazanie rytmu pracy reportera. Oczywiście połączenie premiery nowego wydania z filmem jest zabiegiem marketingowym powszechnie stosowanym (choć zwykle to książki są mniej ważne i wtórne), ale być może za sprawą oprawy graficznej Kapuściński zainteresuje też młodsze pokolenie.
środa, 7 listopada 2018
Charles M. Schulz: Fistaszki zebrane z gazet codziennych i weekendowych 1987-1988
Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.
Po staremu
Charlie szuka życiowych porad u Lucy (jak zwykle zrzędliwej i złośliwej w stosunku do wszystkich poza Schroederem), Rerun miewa dni, że w ogóle nie dotyka ziemi. Spike, brat Snoopy’ego organizuje codzienność sobie i gromadzie pustynnych kaktusów. Linus natomiast zakochuje się w koleżance z klasy – ale dziewczynka codziennie zmienia imiona i jak tylko może, broni się przed tymi, którzy są dla niej za starzy. Ptaki chodzą na skautowskie zbiórki, a Peppermint Patty obrywa dwóje z minusami (a do tego nie umie okiełznać swoich włosów). Co to wszystko znaczy? Że mijają lata, a u Fistaszków wszystko po staremu. W tomie gromadzącym paski z lat 1987 i 1988 szkolne perypetie Sally, drużyna baseballowa, która nigdy nie wygrywa oraz as lotnictwa z czasów pierwszej wojny światowej to hasła, które przyciągną miłośników humoru, niekoniecznie tych małych: dorosłym FIstaszki sprawią najwięcej radości. Charles M. Schulz zabiera odbiorców do świata, w którym dorośli istnieją poza kadrem i w ogóle nie mają głosu - ich komentarze można poznać wyłącznie przez zapośredniczenia, kiedy odnoszą się do nich mali bohaterowie. Świat Fistaszków to enklawa, mimo że nie jest wolny od zmartwień. Autor przez pryzmat grupy dzieciaków potrafi nakreślać zjawiska i emocje, których przyczyn dorośli czasami sobie nie uświadamiają (albo o których nie chcą głośno mówić). Wyciąga na światło dzienne wszystko to, co przeczy altruizmowi i dyplomacji, pozwala postaciom na kłótnie, bójki i ogłaszanie złego humoru. Nie będzie u Fistaszków fałszywych uśmiechów lub deklaracji pomocy bez pokrycia. Dzieci są wobec siebie szczere (czasami okrutnie), ale przez to też się dogadują. Nie brakuje w ich codzienności smutku albo melancholii, nad drugim śniadaniem można się zadumać, przyznać do zniechęcenia albo bezradności (a w przypadku Spike’a i do samotności). Schulz nie przygnębia, ale też unika śmiechu ogłupiającego, stara się, żeby rozbawieniu towarzyszyła refleksja. Odwołuje się do doskonale już czytelnikom znanych motywów, żeby rozwinąć je w kolejne puenty, odkrywać nowe źródła żartów. Proponuje paski zwięzłe i bogate w humor wysokiej klasy. Sięga po absurd i niedopowiedzenia, po gry słów i wyobraźniowe skojarzenia, ucieka w świat fantazji albo w absolutny realizm. I sprawia, że za każdym razem w kontaktach między bohaterami iskrzy. Nie ma tu osłabiania wymowy, puenty to obowiązkowy element stripów. Czasami służą rozmyślaniom, innym razem wywołują śmiech - zawsze jednak przybliżają do gościnnego świata bohaterów. Fistaszki dla czytelników to azyl, zestaw przewidywalnych relacji między bohaterami – oraz kompletnie nieprzewidywalnych kierunków przemian. Nic dziwnego, że seria cieszy się ogromną popularnością: tutaj humor nie ma szans się zestarzeć. Schulz przyciąga inteligentnymi żartami, ironią, ale też samymi kreacjami postaci: tu każdy ma swój silny charakter i musi stawiać czoła wyzwaniom według własnych możliwości.
Charles M. Schulz imponuje pomysłami, ale też siłą przekonywania do prezentowanej rzeczywistości. Fistaszki wybrzmiewają bardzo prawdziwie, przekonują do siebie. Chociaż postacie często pakują się w tarapaty, przy codziennych problemach dorosłych odbiorców ich przygody są jednak przesycone beztroską. Jeśli do celnych obserwacji i śmiechu dodać genialną realizację - łatwo pojąć fenomen Fistaszków. Nasza Księgarnia sprawia, że mogą znaleźć się w każdym domu i długo rozbawiać: to rozrywka dla całych pokoleń.
Po staremu
Charlie szuka życiowych porad u Lucy (jak zwykle zrzędliwej i złośliwej w stosunku do wszystkich poza Schroederem), Rerun miewa dni, że w ogóle nie dotyka ziemi. Spike, brat Snoopy’ego organizuje codzienność sobie i gromadzie pustynnych kaktusów. Linus natomiast zakochuje się w koleżance z klasy – ale dziewczynka codziennie zmienia imiona i jak tylko może, broni się przed tymi, którzy są dla niej za starzy. Ptaki chodzą na skautowskie zbiórki, a Peppermint Patty obrywa dwóje z minusami (a do tego nie umie okiełznać swoich włosów). Co to wszystko znaczy? Że mijają lata, a u Fistaszków wszystko po staremu. W tomie gromadzącym paski z lat 1987 i 1988 szkolne perypetie Sally, drużyna baseballowa, która nigdy nie wygrywa oraz as lotnictwa z czasów pierwszej wojny światowej to hasła, które przyciągną miłośników humoru, niekoniecznie tych małych: dorosłym FIstaszki sprawią najwięcej radości. Charles M. Schulz zabiera odbiorców do świata, w którym dorośli istnieją poza kadrem i w ogóle nie mają głosu - ich komentarze można poznać wyłącznie przez zapośredniczenia, kiedy odnoszą się do nich mali bohaterowie. Świat Fistaszków to enklawa, mimo że nie jest wolny od zmartwień. Autor przez pryzmat grupy dzieciaków potrafi nakreślać zjawiska i emocje, których przyczyn dorośli czasami sobie nie uświadamiają (albo o których nie chcą głośno mówić). Wyciąga na światło dzienne wszystko to, co przeczy altruizmowi i dyplomacji, pozwala postaciom na kłótnie, bójki i ogłaszanie złego humoru. Nie będzie u Fistaszków fałszywych uśmiechów lub deklaracji pomocy bez pokrycia. Dzieci są wobec siebie szczere (czasami okrutnie), ale przez to też się dogadują. Nie brakuje w ich codzienności smutku albo melancholii, nad drugim śniadaniem można się zadumać, przyznać do zniechęcenia albo bezradności (a w przypadku Spike’a i do samotności). Schulz nie przygnębia, ale też unika śmiechu ogłupiającego, stara się, żeby rozbawieniu towarzyszyła refleksja. Odwołuje się do doskonale już czytelnikom znanych motywów, żeby rozwinąć je w kolejne puenty, odkrywać nowe źródła żartów. Proponuje paski zwięzłe i bogate w humor wysokiej klasy. Sięga po absurd i niedopowiedzenia, po gry słów i wyobraźniowe skojarzenia, ucieka w świat fantazji albo w absolutny realizm. I sprawia, że za każdym razem w kontaktach między bohaterami iskrzy. Nie ma tu osłabiania wymowy, puenty to obowiązkowy element stripów. Czasami służą rozmyślaniom, innym razem wywołują śmiech - zawsze jednak przybliżają do gościnnego świata bohaterów. Fistaszki dla czytelników to azyl, zestaw przewidywalnych relacji między bohaterami – oraz kompletnie nieprzewidywalnych kierunków przemian. Nic dziwnego, że seria cieszy się ogromną popularnością: tutaj humor nie ma szans się zestarzeć. Schulz przyciąga inteligentnymi żartami, ironią, ale też samymi kreacjami postaci: tu każdy ma swój silny charakter i musi stawiać czoła wyzwaniom według własnych możliwości.
Charles M. Schulz imponuje pomysłami, ale też siłą przekonywania do prezentowanej rzeczywistości. Fistaszki wybrzmiewają bardzo prawdziwie, przekonują do siebie. Chociaż postacie często pakują się w tarapaty, przy codziennych problemach dorosłych odbiorców ich przygody są jednak przesycone beztroską. Jeśli do celnych obserwacji i śmiechu dodać genialną realizację - łatwo pojąć fenomen Fistaszków. Nasza Księgarnia sprawia, że mogą znaleźć się w każdym domu i długo rozbawiać: to rozrywka dla całych pokoleń.
wtorek, 6 listopada 2018
Paweł Matuszewski: CyberPlemiona. Analiza zachowań użytkowników Facebooka w trakcie kampanii parlamentarnej
PWN, Warszawa 2018.
Analiza wyborcza
Szybko przestanie być ważne to, co badał Paweł Matuszewski na facebooku jako najpopularniejszym społecznościowym portalu - już jest odrobinę przebrzmiałe, chociaż komentatorom życia politycznego w Polsce może się jeszcze przydać - a i przed wyborami zyska chwilową popularność. Natomiast ma ta publikacja pewien spory atut, a jest nim metodologia i cała teoretyczna otoczka, którą autor bardzo szczegółowo omawia. Pokazuje tym samym odbiorcom, jak przymierzać się do podobnych analiz i z jakimi wyzwaniami przyjdzie się mierzyć w przypadku oceniania działalności internautów. W tej książce Matuszewski śledzi z jednej strony reakcje na posty - zarówno konkretnych polityków, jak i stron fanowskich różnych partii – lajki czy udostępnienia, z drugiej strony informacje zamieszczane w komentarzach. Świadomy jest przy tym niedoskonałości przyjętej strategii badawczej. Programy komputerowe, które tworzy do analiz (niezbędne, żeby uporać się z tysiącami stron tekstu) nie odróżnią treści poważnych od ironicznych, przewrócą się też na literówkach, od których roi się w internecie. Poza tym nie ma wiadomości na temat samych komentujących - zdaje sobie sprawę, że to niereprezentatywna próba, nie da się zatem wyciągać na jej podstawie daleko idących wniosków, raczej można jedynie przedstawić wyniki badań, a nie ich interpretacje. Z wielu pułapek się tłumaczy, ale nie zmienia to faktu, że niemożliwe jest satysfakcjonujące uogólnienie badań oraz wskazanie ich dalekosiężnego sensu. Funkcjonuje ta książka bardziej jako ciekawostka socjologiczna, a i sugestia co do sensowności powodzenia kampanii wyborczych w mediach społecznościowych niż jako przedstawienie realnej wiedzy. Te zastrzeżenia nie dotyczą bardzo rozbudowanego wstępu, który pełni rolę wprowadzenia metodologicznego. Od razu w tym punkcie widać, że “CyberPlemiona” to praca naukowa, przygotowywana pod wymogi akademickie. Autor długo zatrzymuje się tu na definicjach i na uściślaniu terminologii płynącej z tych definicji, rozkłada na czynniki pierwsze elementy procesu badawczego. Interesuje go zestaw teorii, które później w części praktycznej powracać nie będą: wskazują jednak kierunki poszukiwań i pomagają w objaśnianiu podejścia autora. Część teoretyczna, chociaż momentami zbyt szczegółowa jak na lekturę dla zwykłych odbiorców, może być ciekawa dla fanów analiz badawczych. Zresztą oprawę samych przykładów stanowi nie tylko część metodologiczna. O dziwo to, co czasami spychane do noty edytorskiej, funkcjonuje tu jako jedna z bardziej atrakcyjnych opowieści. Autor bardzo drobiazgowo omawia problemy związane z korzystaniem z narzędzi facebooka i mielizny łączące się ze sprawdzaniem komentarzy. Nie jest w stanie określić intencji użytkowników, wie, że reakcje mogą być czysto emocjonalne, ale brakuje mu systemu, żeby to zmierzyć.
W efekcie same badania okazują się dość konwencjonalne, a ich rezultaty przedstawiane w formie wykresów i tabelek oraz zestawień procentowych w samym tekście - przyciągną tylko naprawdę zainteresowanych. Niewiele tu wiadomości, które można by przenieść na sferę poza książką: ale też ich efemeryczność - odniesienie do konkretnego momentu społeczno-politycznego – wyklucza rozległe zastosowania. Część praktyczna - więc w zasadzie sedno książki - to prezentacja kolejnych wyników, nawet nie omówienie konsekwencji odkryć. Nie pójdzie za tym – bo zwyczajnie pójść nie może - wyciąganie wniosków w szerszej perspektywie. Ta publikacja pokazuje, jak można przeprowadzać internetowe analizy i jak potężnym narzędziem w kampaniach promocyjnych staje się facebook.
Analiza wyborcza
Szybko przestanie być ważne to, co badał Paweł Matuszewski na facebooku jako najpopularniejszym społecznościowym portalu - już jest odrobinę przebrzmiałe, chociaż komentatorom życia politycznego w Polsce może się jeszcze przydać - a i przed wyborami zyska chwilową popularność. Natomiast ma ta publikacja pewien spory atut, a jest nim metodologia i cała teoretyczna otoczka, którą autor bardzo szczegółowo omawia. Pokazuje tym samym odbiorcom, jak przymierzać się do podobnych analiz i z jakimi wyzwaniami przyjdzie się mierzyć w przypadku oceniania działalności internautów. W tej książce Matuszewski śledzi z jednej strony reakcje na posty - zarówno konkretnych polityków, jak i stron fanowskich różnych partii – lajki czy udostępnienia, z drugiej strony informacje zamieszczane w komentarzach. Świadomy jest przy tym niedoskonałości przyjętej strategii badawczej. Programy komputerowe, które tworzy do analiz (niezbędne, żeby uporać się z tysiącami stron tekstu) nie odróżnią treści poważnych od ironicznych, przewrócą się też na literówkach, od których roi się w internecie. Poza tym nie ma wiadomości na temat samych komentujących - zdaje sobie sprawę, że to niereprezentatywna próba, nie da się zatem wyciągać na jej podstawie daleko idących wniosków, raczej można jedynie przedstawić wyniki badań, a nie ich interpretacje. Z wielu pułapek się tłumaczy, ale nie zmienia to faktu, że niemożliwe jest satysfakcjonujące uogólnienie badań oraz wskazanie ich dalekosiężnego sensu. Funkcjonuje ta książka bardziej jako ciekawostka socjologiczna, a i sugestia co do sensowności powodzenia kampanii wyborczych w mediach społecznościowych niż jako przedstawienie realnej wiedzy. Te zastrzeżenia nie dotyczą bardzo rozbudowanego wstępu, który pełni rolę wprowadzenia metodologicznego. Od razu w tym punkcie widać, że “CyberPlemiona” to praca naukowa, przygotowywana pod wymogi akademickie. Autor długo zatrzymuje się tu na definicjach i na uściślaniu terminologii płynącej z tych definicji, rozkłada na czynniki pierwsze elementy procesu badawczego. Interesuje go zestaw teorii, które później w części praktycznej powracać nie będą: wskazują jednak kierunki poszukiwań i pomagają w objaśnianiu podejścia autora. Część teoretyczna, chociaż momentami zbyt szczegółowa jak na lekturę dla zwykłych odbiorców, może być ciekawa dla fanów analiz badawczych. Zresztą oprawę samych przykładów stanowi nie tylko część metodologiczna. O dziwo to, co czasami spychane do noty edytorskiej, funkcjonuje tu jako jedna z bardziej atrakcyjnych opowieści. Autor bardzo drobiazgowo omawia problemy związane z korzystaniem z narzędzi facebooka i mielizny łączące się ze sprawdzaniem komentarzy. Nie jest w stanie określić intencji użytkowników, wie, że reakcje mogą być czysto emocjonalne, ale brakuje mu systemu, żeby to zmierzyć.
W efekcie same badania okazują się dość konwencjonalne, a ich rezultaty przedstawiane w formie wykresów i tabelek oraz zestawień procentowych w samym tekście - przyciągną tylko naprawdę zainteresowanych. Niewiele tu wiadomości, które można by przenieść na sferę poza książką: ale też ich efemeryczność - odniesienie do konkretnego momentu społeczno-politycznego – wyklucza rozległe zastosowania. Część praktyczna - więc w zasadzie sedno książki - to prezentacja kolejnych wyników, nawet nie omówienie konsekwencji odkryć. Nie pójdzie za tym – bo zwyczajnie pójść nie może - wyciąganie wniosków w szerszej perspektywie. Ta publikacja pokazuje, jak można przeprowadzać internetowe analizy i jak potężnym narzędziem w kampaniach promocyjnych staje się facebook.
poniedziałek, 5 listopada 2018
Martyna Raduchowska: Spektrum
Foksal, Warszawa 2018.
Ludzkie myślenie
W “Spektrum” ludzie mają znaczenie już właściwie tylko jako punkt odniesienia. Martyna Raduchowska przenosi opowieść w niedaleką przyszłość - ale jest to już świt zdominowany przez wynalazki, roboty, androidy i rozmaite twory człowiekopodobne. May, bohaterka cyklu, jest androidem. W zasadzie nie do odróżnienia od prawdziwego człowieka - poza jednym drobnym wyjątkiem. Nie może odczuwać emocji. Przez to pozostaje robotem: jest przewidywalna i reaguje zgodnie z oczekiwaniami zwierzchników. Bez trudu realizuje wszystkie polecenia. Jako android może jednak tęsknić: wie, czego jej brakuje i chciałaby zmienić swój status. Zwłaszcza że istnieje taka szansa: na rynku pojawił się wielokrotnie przetestowany specyfik, reinforsyna. Lekarstwo zapewnia dostęp do ludzkich zdolności przeżywania i dostarczyłoby Mai to, czego ta potrzebuje. Tyle tylko, że naukowcy właśnie wycofują reinforsynę z obiegu: doszli do wniosku, że to zagrożenie, a nie szansa. Kalkulacja jest prosta: androidy obdarzone emocjami przestałyby reagować na polecenia, zaczęłyby zastanawiać się nad własnymi potrzebami i znalazłyby sposób, żeby postępować w zgodzie z sumieniem, którego dotąd nie miały jak dopuścić do głosu. A przecież wokół wciąż trwają walki. Androidy są szkolone, żeby zapewniać bezpieczeństwo, są świetnymi ochroniarzami. Sprawdzają się w zbrutalizowanej rzeczywistości, innej nawet mogą nie znać. Dają sobie radę w stawianiu czoła niebezpieczeństwom, nie boją się ryzyka. Odnoszą bardzo ciężkie rany, ale ich cierpienie nikogo nie interesuje: w końcu działają w słusznej sprawie. Między innymi o działaniach Mai, która próbuje wywalczyć dla siebie to, czego najbardziej pragnie, jest “Spektrum”.
Martyna Raduchowska w tej powieści stawia na technologię i stechnicyzowany język. Od początku zarzuca czytelników narracją, w której nic nie jest podobne poppowieściom. Trzeba samodzielnie odcyfrowywać zasady rządzące tą rzeczywistością (fakt, że to druga część serii sprawia, że pewne grono odbiorców zrezygnować może z lektury na starcie, bo wysiłek poznawczy trzeba podjąć dość spory), a do tego jeszcze wstrzelić się w specyfikę świata przedstawionego objawiającą się w hermetycznym języku. Tu nie tylko codzienność wydaje się nieprzystępna: odrzucanie emocji w pierwszym kontakcie z postaciami także modyfikuje sposób odbioru. “Spektrum” to zwłaszcza na początku książka bardzo zimna, na poziomie narracji beznamiętna - mimo że pełna silnych wrażeń. Bo od pierwszych stron autorka epatuje scenami zła i grozy. Każe bohaterom walczyć, przeżywać katastrofy, zmusza ich do działań wbrew woli, zalewa krwią i kaleczy. Uzbraja w świadomość, która nie pozwoli przejść nad wydarzeniami do porządku dziennego, ale od pierwszych chwil pokazuje też, że dla postaci litości nie ma. Androidy – nawet mimo aspiracji do bycia człowiekiem - są stworzone do zupełnie innych celów i jako
takie nie mają prawa głosu. To bez wątpienia literackie wyzwanie: stworzyć przestrzeń i warunki, w których nie funkcjonują znane odbiorcom mechanizmy, a jednocześnie pokazać nadzieje i plany pokrywające się z dzisiejszymi czasami i z ideą człowieczeństwa. Martyna Raduchowska dzięki temu rozwiązaniu ucieka od banału i funduje czytelnikom mocne wrażenia. Do jej książki sięgną przede wszystkim fani s-f w wersji futurystycznej, Raduchowska ich nie zawiedzie. “Spektrum” to publikacja ważna - przedstawienie możliwości, jakie zapewnia gatunek, a do tego pomysły z dala od znanych scenariuszy.
Ludzkie myślenie
W “Spektrum” ludzie mają znaczenie już właściwie tylko jako punkt odniesienia. Martyna Raduchowska przenosi opowieść w niedaleką przyszłość - ale jest to już świt zdominowany przez wynalazki, roboty, androidy i rozmaite twory człowiekopodobne. May, bohaterka cyklu, jest androidem. W zasadzie nie do odróżnienia od prawdziwego człowieka - poza jednym drobnym wyjątkiem. Nie może odczuwać emocji. Przez to pozostaje robotem: jest przewidywalna i reaguje zgodnie z oczekiwaniami zwierzchników. Bez trudu realizuje wszystkie polecenia. Jako android może jednak tęsknić: wie, czego jej brakuje i chciałaby zmienić swój status. Zwłaszcza że istnieje taka szansa: na rynku pojawił się wielokrotnie przetestowany specyfik, reinforsyna. Lekarstwo zapewnia dostęp do ludzkich zdolności przeżywania i dostarczyłoby Mai to, czego ta potrzebuje. Tyle tylko, że naukowcy właśnie wycofują reinforsynę z obiegu: doszli do wniosku, że to zagrożenie, a nie szansa. Kalkulacja jest prosta: androidy obdarzone emocjami przestałyby reagować na polecenia, zaczęłyby zastanawiać się nad własnymi potrzebami i znalazłyby sposób, żeby postępować w zgodzie z sumieniem, którego dotąd nie miały jak dopuścić do głosu. A przecież wokół wciąż trwają walki. Androidy są szkolone, żeby zapewniać bezpieczeństwo, są świetnymi ochroniarzami. Sprawdzają się w zbrutalizowanej rzeczywistości, innej nawet mogą nie znać. Dają sobie radę w stawianiu czoła niebezpieczeństwom, nie boją się ryzyka. Odnoszą bardzo ciężkie rany, ale ich cierpienie nikogo nie interesuje: w końcu działają w słusznej sprawie. Między innymi o działaniach Mai, która próbuje wywalczyć dla siebie to, czego najbardziej pragnie, jest “Spektrum”.
Martyna Raduchowska w tej powieści stawia na technologię i stechnicyzowany język. Od początku zarzuca czytelników narracją, w której nic nie jest podobne poppowieściom. Trzeba samodzielnie odcyfrowywać zasady rządzące tą rzeczywistością (fakt, że to druga część serii sprawia, że pewne grono odbiorców zrezygnować może z lektury na starcie, bo wysiłek poznawczy trzeba podjąć dość spory), a do tego jeszcze wstrzelić się w specyfikę świata przedstawionego objawiającą się w hermetycznym języku. Tu nie tylko codzienność wydaje się nieprzystępna: odrzucanie emocji w pierwszym kontakcie z postaciami także modyfikuje sposób odbioru. “Spektrum” to zwłaszcza na początku książka bardzo zimna, na poziomie narracji beznamiętna - mimo że pełna silnych wrażeń. Bo od pierwszych stron autorka epatuje scenami zła i grozy. Każe bohaterom walczyć, przeżywać katastrofy, zmusza ich do działań wbrew woli, zalewa krwią i kaleczy. Uzbraja w świadomość, która nie pozwoli przejść nad wydarzeniami do porządku dziennego, ale od pierwszych chwil pokazuje też, że dla postaci litości nie ma. Androidy – nawet mimo aspiracji do bycia człowiekiem - są stworzone do zupełnie innych celów i jako
takie nie mają prawa głosu. To bez wątpienia literackie wyzwanie: stworzyć przestrzeń i warunki, w których nie funkcjonują znane odbiorcom mechanizmy, a jednocześnie pokazać nadzieje i plany pokrywające się z dzisiejszymi czasami i z ideą człowieczeństwa. Martyna Raduchowska dzięki temu rozwiązaniu ucieka od banału i funduje czytelnikom mocne wrażenia. Do jej książki sięgną przede wszystkim fani s-f w wersji futurystycznej, Raduchowska ich nie zawiedzie. “Spektrum” to publikacja ważna - przedstawienie możliwości, jakie zapewnia gatunek, a do tego pomysły z dala od znanych scenariuszy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






