Harperkids, Warszawa 2024.
Ochrona
Bo to jest tak, że nie docenia się bliskości drzew, parków czy terenów zielonych i rekreacyjnych w centrum miasta, dopóki nie stanie się coś, co uświadomi ludziom, jak ważny jest taki azyl. „Basia i tajemnice ogrodu” to proekologiczny tomik, w którym Zofia Stanecka naprościej jak się da tłumaczy, dlaczego warto dbać o tego typu miejsca – tłumaczy niby najmłodszym, ale przez nich chce trafić też do dorosłych, którzy będą dzieciom czytać przed snem. W końcu trudno sobie wyobrazić lepsze wyjaśnienia niż te ze świata sześcioletniej Basi, nieprzypadkowo ta seria od dekad cieszy kolejne maluchy. Tym razem wszystkim doskwiera upał. Basia nie ma siły iść i bez przerwy sięga po wodę, jej kuzynka boi się czołgania po drodze (przecież jeśli wszyscy się usmażą, tak będzie wyglądał spacer). Dorośli też mają dosyć skwaru – odzyskują siły dopiero, gdy wejdą między drzewa. Cień w parku pomaga znieść najgorętsze chwile – do tego stopnia, że Basia i Janek chcą nawet walczyć o to, które z nich będzie dosiadać kamiennych lwic strzegących bramy. Bo park to mnóstwo atrakcji. Z jednej strony – lody, nieodłączny element upalnego dnia. Z drugiej strony – rozrywki znane już poprzednim pokoleniom. Ponieważ Basi towarzyszą także dziadkowie, mogą pojawić się anegdoty na temat statecznych i rozsądnych rodziców – z czasów, kiedy oni byli dziećmi. Park uruchamia wyobraźnię i pozwala odpocząć. Skrywa się w nim wiele ciekawostek – warto zatem rozglądać się wokół i zadawać pytania. W parku do odwiedzających podchodzą wiewiórki, a powietrze w magiczny sposób oczyszcza się ze spalin. I tylko trudno znieść, że niektórzy nie potrafią uszanować przyrody i wycinają w korze drzew swoje inicjały. Basia jednak dowiaduje się, jak dbać o przyrodę (i dlaczego!), przekonuje się na własnej skórze, jak ważne jest schronienie przed palącym słońcem. Odwiedziny w parku to niemal rodzinne święto – sposób na spędzenie wolnego czasu razem. Nikt się tu przecież nie znudzi, zwłaszcza że tak wiele jest do odkrycia. Zofia Stanecka wybiera idealny sposób na dotarcie do swoich docelowych odbiorców – i na przemówienie do rozsądku ich rodzicom i dziadkom – przypomina, że o zieleń w mieście należy dbać, bo kara za zaniedbania przyjdzie szybko, gdy tylko nadejdą ciepłe dni.
Jak zawsze przygody Basi ilustruje Marianna Oklejak, która wie, co zrobić, żeby przyciągnąć dzieci do książki – jest tu sporo kolorów i ciekawych wydarzeń przedstawionych na prostych ilustracjach. Roześmiana nieidealna sześciolatka to obietnica wspólnej zabawy – wszyscy odbiorcy chcą razem z nią odkrywać codzienne tajemnice. Tomik jest bardzo kolorowy, ale nie odwraca uwagi od tekstu – ilustracje stanowią idealne dopełnienie stylu Zofii Staneckiej i przenoszą w świat przez nią kreowany – kreowany, a przecież bliski zwyczajności znanej większości kilkulatków. Przygody Basi to coś więcej niż lektura i lekcja wiedzy o najbliższym otoczeniu. To przeżycie, które wprowadzi odbiorców do rzeczywistości.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 15 kwietnia 2024
niedziela, 14 kwietnia 2024
Dana Simpson: Fibi i Jednorożec. Pod gwiazdami. Tom 11
Egmont, Świat Komiksu, Harper Collins, Warszawa 2024.
Pewność siebie
Fibi to mała dziewczynka, która przyjaźni się z jednorożcem, piękną Marigold. Nie jest w tym świecie wyobraźni jedyna – jej bliska niekoleżanka bywa noszona w lektyce przez gobliny (przynajmniej kiedy nikt nie widzi, bo musi zachowywać pozory i udowadniać, że nie jest nerdem jak Fibi). Bohaterka, która najwyraźniej stworzona została jako pokłosie przygód Calvina i Hobbesa teraz może zawładnąć odbiorcami w różnym wieku – chociaż i tak ze wskazaniem na młodszą publiczność. Z pewnością jednak czytelnicy docenią ironię i sarkazm stale obecne w relacjach między kilkulatką i jej wyjątkową przyjaciółką. Marigold w tej relacji zdaje się przez cały czas poświęcać – to ona jest tą inteligentniejszą i bardziej niezwykłą postacią (a fakt, że zadziera przy tym nosa, jest jednym z czynników komicznych). Zapatrzona w siebie Marigold pozwala z humorem podejść do świata jednorożców – nie są to istoty tak idealne, za jakie się postrzegają. Dzięki temu opowieść nabiera barw.
Dana Simpson tworzy proste i wyraziste kadry, duże i kolorowe. Bez trudu daje się tu odczytywać cały wachlarz emocji z mimiki Fibi i Marigold (a przecież rysowanie jednorożców nie wydaje się proste). Koloruje swoje komiksy, a to i wielkość ramek sprawiają, że cykl wydaje się być kierowany do dzieci. Tymczasem dowcip zawarty w kolejnych obrazkach i historyjkach opiera się na żartach wysokiej próby – wiele tu niespodzianek, które z przyjemnością odkrywać będą także dorośli czytelnicy. Dana Simpson dobrze rozumie świat dzieci i ich wyobraźnię – ale od Calvina i Hobbesa odchodzi w tym, że Marigold to postać znana całej rodzinie Fibi – nie zastyga w bezruchu, gdy ktoś patrzy. Funkcjonuje wprawdzie w wyobraźni, ale zapewnia potrzebne dziecku towarzystwo – i zastępuje opiekunów. Fibi ze swoją niezwykłą przyjaciółką może się wygłupiać do woli, ale sama staje się też ofiarą jej zgryźliwych komentarzy. W końcu Marigold to jednorożec, któremu wszystko się wybacza.
Tomik – kolejny w rozbudowanej serii – składa się z krótkich obrazków rodzajowych i scenek, które są standardowo dobrze puentowane. Dana Simpson proponuje tu kolejne żarty zamknięte w relacjach z codzienności. Takie rozwiązanie dobrze się sprawdza: nie ma ograniczeń do stripu, cała historia może zmieścić się na jednej stronie albo zająć kilka – w zależności od potrzeb i chęci powiedzenia czegoś o bohaterkach. Pozwala też na zmiany tematyczne, nie znudzi czytelników jednokierunkowością wysiłków – za każdym razem mamy tu do czynienia z nową sytuacją i nowymi motywami prowadzącymi do odmiennych puent. To śmiech jest podstawowym celem lektury (chociaż dołączy tu też podziw dla precyzji rysunkowej – zwłaszcza w prezentowaniu prawdziwych uczuć postaci, sporo dopowiedziane jest bezpośrednio w obrazkach). Fibi i jednorożec to bohaterki, które łatwo polubić. Dostarczają rozrywki wysokiej klasy – i chociaż to z pozoru zwykłe komiksy, warto zwrócić na nie uwagę i wkroczyć w świat, w którym króluje wyobraźnia. Bo przecież nie jest to zabawa tylko dla najmłodszych czytelników – chociaż oczywiście łatwiej będzie takimi tomikami przekonać dzieci do czytania.
Pewność siebie
Fibi to mała dziewczynka, która przyjaźni się z jednorożcem, piękną Marigold. Nie jest w tym świecie wyobraźni jedyna – jej bliska niekoleżanka bywa noszona w lektyce przez gobliny (przynajmniej kiedy nikt nie widzi, bo musi zachowywać pozory i udowadniać, że nie jest nerdem jak Fibi). Bohaterka, która najwyraźniej stworzona została jako pokłosie przygód Calvina i Hobbesa teraz może zawładnąć odbiorcami w różnym wieku – chociaż i tak ze wskazaniem na młodszą publiczność. Z pewnością jednak czytelnicy docenią ironię i sarkazm stale obecne w relacjach między kilkulatką i jej wyjątkową przyjaciółką. Marigold w tej relacji zdaje się przez cały czas poświęcać – to ona jest tą inteligentniejszą i bardziej niezwykłą postacią (a fakt, że zadziera przy tym nosa, jest jednym z czynników komicznych). Zapatrzona w siebie Marigold pozwala z humorem podejść do świata jednorożców – nie są to istoty tak idealne, za jakie się postrzegają. Dzięki temu opowieść nabiera barw.
Dana Simpson tworzy proste i wyraziste kadry, duże i kolorowe. Bez trudu daje się tu odczytywać cały wachlarz emocji z mimiki Fibi i Marigold (a przecież rysowanie jednorożców nie wydaje się proste). Koloruje swoje komiksy, a to i wielkość ramek sprawiają, że cykl wydaje się być kierowany do dzieci. Tymczasem dowcip zawarty w kolejnych obrazkach i historyjkach opiera się na żartach wysokiej próby – wiele tu niespodzianek, które z przyjemnością odkrywać będą także dorośli czytelnicy. Dana Simpson dobrze rozumie świat dzieci i ich wyobraźnię – ale od Calvina i Hobbesa odchodzi w tym, że Marigold to postać znana całej rodzinie Fibi – nie zastyga w bezruchu, gdy ktoś patrzy. Funkcjonuje wprawdzie w wyobraźni, ale zapewnia potrzebne dziecku towarzystwo – i zastępuje opiekunów. Fibi ze swoją niezwykłą przyjaciółką może się wygłupiać do woli, ale sama staje się też ofiarą jej zgryźliwych komentarzy. W końcu Marigold to jednorożec, któremu wszystko się wybacza.
Tomik – kolejny w rozbudowanej serii – składa się z krótkich obrazków rodzajowych i scenek, które są standardowo dobrze puentowane. Dana Simpson proponuje tu kolejne żarty zamknięte w relacjach z codzienności. Takie rozwiązanie dobrze się sprawdza: nie ma ograniczeń do stripu, cała historia może zmieścić się na jednej stronie albo zająć kilka – w zależności od potrzeb i chęci powiedzenia czegoś o bohaterkach. Pozwala też na zmiany tematyczne, nie znudzi czytelników jednokierunkowością wysiłków – za każdym razem mamy tu do czynienia z nową sytuacją i nowymi motywami prowadzącymi do odmiennych puent. To śmiech jest podstawowym celem lektury (chociaż dołączy tu też podziw dla precyzji rysunkowej – zwłaszcza w prezentowaniu prawdziwych uczuć postaci, sporo dopowiedziane jest bezpośrednio w obrazkach). Fibi i jednorożec to bohaterki, które łatwo polubić. Dostarczają rozrywki wysokiej klasy – i chociaż to z pozoru zwykłe komiksy, warto zwrócić na nie uwagę i wkroczyć w świat, w którym króluje wyobraźnia. Bo przecież nie jest to zabawa tylko dla najmłodszych czytelników – chociaż oczywiście łatwiej będzie takimi tomikami przekonać dzieci do czytania.
sobota, 13 kwietnia 2024
K. N. Haner: Call girl
Ale Wydawnictwo, Warszawa 2024.
Prawda
Chociaż „Call girl” jest prostą powieścią, sytuacja bohaterki, Aurory, mocno się komplikuje za sprawą podejmowanych przez nią decyzji. Dziewczyna studiuje prawo i dorabia (także po to, żeby wspomóc rodziców) jako call girl. Doszła już do takiej wprawy, że jest w stanie wykonywać domowe czynności podczas telefonicznych dyżurów: nie angażuje się przecież w to, co mówią do niej klienci. Nie ignoruje tylko jednego, człowieka, który dzwoni do niej, żeby porozmawiać, a nie dla seksualnych podniet. Z nim nie podejmuje flirtów, zresztą mężczyzny nie interesuje sekstelefon: woli po prostu spędzić trochę czasu na linii z Candy, bo pod takim pseudonimem Aurora funkcjonuje w branży. Nieznajomy jest hojny, a do tego wyrozumiały – stanowi odskocznię od problemów, a sam nigdy nie staje się natarczywy. Dba o Candy – chociaż wie, że to tylko wirtualna znajomość, która nie ma szansy przenieść się do realnego życia. Ale znacznie ważniejsze niż praca zarobkowa Aurory staje się jej życie studenckie – bohaterka bardzo stara się dobrze przygotowywać do zajęć i walczyć o najlepszy staż. Przeszkodą w tym staje się jeden z wykładowców, Hektor Cross. Postrach całej studenckiej braci starannie zapracował na swoją opinię – jest wybuchowy i złośliwy. A ponieważ Aurora nie zwykła hamować swoich reakcji, najczęściej mu podpada – i nie pomaga tu nawet fakt, że dzięki przyjaciółce jest w stanie przenieść znajomość z Hektorem na prywatny poziom.
„Call girl” to prosta powieść erotyczna z mocno rozwiniętym wątkiem obyczajowym. K. N. Haner proponuje tu ograniczoną liczbę postaci, tak, żeby od początku było wiadomo, kto się z kim ma związać. Oprócz Aurory i Hektora pojawiają się wyłącznie drugoplanowi bohaterowie – zwłaszcza najlepsza przyjaciółka Aurory i jej narzeczony. Podwójna tożsamość pana nieznajomego dla odbiorczyń przestanie być tajemnicą niemal natychmiast: autorka wplata w dialogi sporo przesłanek pozwalających odkryć właściwe oblicze dzwoniącego do Candy człowieka. A ponieważ w fabule buzują silne uczucia – liczy się przede wszystkim możliwość błyskawicznego przechodzenia od nienawiści do namiętności. Aurora i Hektor nie mają zbyt dużo możliwości do realizowania swoich pragnień – więc każde sam na sam skwapliwie wykorzystują (ale autorka dość ascetycznie traktuje ten aspekt ich znajomości). Bardziej liczą się zewnętrzne komplikacje, które rozciągać się mają na kolejny tom. Silne emocje psują wszystko – mogą nie tylko pokrzyżować plany na przyszłość, ale także uniemożliwić potencjalny związek. Tymczasem K. N. Haner chce baśni – nie wystarczy, że bohaterowie mogą ze sobą sypiać i traktować seks jako remedium na codzienne zmartwienia, powinni jeszcze odkryć w sobie bratnie dusze, a przynajmniej możliwość bycia razem mimo wszystko. Żeby urozmaicić fabułę, autorka wplata jeszcze wątek kryminalny. Na stażu Aurora może wziąć udział w rozprawie, w której czteroletnie dziecko było świadkiem morderstwa: chłopiec jest aktualnie dobrze pilnowany, a jego stan nie pozwala na przesłuchania, jednak ponieważ tylko dziecko może wskazać mordercę matki – to Aurora wymyśla, jak do niego dotrzeć. Problem w tym, że na sali sądowej staje przeciwko swojemu kochankowi. Tak K. N. Haner szuka sposobu na przekonanie do siebie czytelniczek i na urozmaicenie opowieści o erotycznej przygodzie – i dokonuje tego za sprawą sięgania po rozwiązania z różnych gatunków literatury rozrywkowej.
Prawda
Chociaż „Call girl” jest prostą powieścią, sytuacja bohaterki, Aurory, mocno się komplikuje za sprawą podejmowanych przez nią decyzji. Dziewczyna studiuje prawo i dorabia (także po to, żeby wspomóc rodziców) jako call girl. Doszła już do takiej wprawy, że jest w stanie wykonywać domowe czynności podczas telefonicznych dyżurów: nie angażuje się przecież w to, co mówią do niej klienci. Nie ignoruje tylko jednego, człowieka, który dzwoni do niej, żeby porozmawiać, a nie dla seksualnych podniet. Z nim nie podejmuje flirtów, zresztą mężczyzny nie interesuje sekstelefon: woli po prostu spędzić trochę czasu na linii z Candy, bo pod takim pseudonimem Aurora funkcjonuje w branży. Nieznajomy jest hojny, a do tego wyrozumiały – stanowi odskocznię od problemów, a sam nigdy nie staje się natarczywy. Dba o Candy – chociaż wie, że to tylko wirtualna znajomość, która nie ma szansy przenieść się do realnego życia. Ale znacznie ważniejsze niż praca zarobkowa Aurory staje się jej życie studenckie – bohaterka bardzo stara się dobrze przygotowywać do zajęć i walczyć o najlepszy staż. Przeszkodą w tym staje się jeden z wykładowców, Hektor Cross. Postrach całej studenckiej braci starannie zapracował na swoją opinię – jest wybuchowy i złośliwy. A ponieważ Aurora nie zwykła hamować swoich reakcji, najczęściej mu podpada – i nie pomaga tu nawet fakt, że dzięki przyjaciółce jest w stanie przenieść znajomość z Hektorem na prywatny poziom.
„Call girl” to prosta powieść erotyczna z mocno rozwiniętym wątkiem obyczajowym. K. N. Haner proponuje tu ograniczoną liczbę postaci, tak, żeby od początku było wiadomo, kto się z kim ma związać. Oprócz Aurory i Hektora pojawiają się wyłącznie drugoplanowi bohaterowie – zwłaszcza najlepsza przyjaciółka Aurory i jej narzeczony. Podwójna tożsamość pana nieznajomego dla odbiorczyń przestanie być tajemnicą niemal natychmiast: autorka wplata w dialogi sporo przesłanek pozwalających odkryć właściwe oblicze dzwoniącego do Candy człowieka. A ponieważ w fabule buzują silne uczucia – liczy się przede wszystkim możliwość błyskawicznego przechodzenia od nienawiści do namiętności. Aurora i Hektor nie mają zbyt dużo możliwości do realizowania swoich pragnień – więc każde sam na sam skwapliwie wykorzystują (ale autorka dość ascetycznie traktuje ten aspekt ich znajomości). Bardziej liczą się zewnętrzne komplikacje, które rozciągać się mają na kolejny tom. Silne emocje psują wszystko – mogą nie tylko pokrzyżować plany na przyszłość, ale także uniemożliwić potencjalny związek. Tymczasem K. N. Haner chce baśni – nie wystarczy, że bohaterowie mogą ze sobą sypiać i traktować seks jako remedium na codzienne zmartwienia, powinni jeszcze odkryć w sobie bratnie dusze, a przynajmniej możliwość bycia razem mimo wszystko. Żeby urozmaicić fabułę, autorka wplata jeszcze wątek kryminalny. Na stażu Aurora może wziąć udział w rozprawie, w której czteroletnie dziecko było świadkiem morderstwa: chłopiec jest aktualnie dobrze pilnowany, a jego stan nie pozwala na przesłuchania, jednak ponieważ tylko dziecko może wskazać mordercę matki – to Aurora wymyśla, jak do niego dotrzeć. Problem w tym, że na sali sądowej staje przeciwko swojemu kochankowi. Tak K. N. Haner szuka sposobu na przekonanie do siebie czytelniczek i na urozmaicenie opowieści o erotycznej przygodzie – i dokonuje tego za sprawą sięgania po rozwiązania z różnych gatunków literatury rozrywkowej.
piątek, 12 kwietnia 2024
Zabawa w chowanego. Gdzie się schował traktor?
Harperkids, Warszawa 2024.
Kształty z filcu
Ingela P. Arrhenius tworzy tu bardzo proste ilustracje – kształty geometryczne i jednolite plamy kolorów składa w obrazki dla najmłodszych. Nie ma tu żadnego cieniowania ani szukania podobieństw, wszystko jest bajkowe, infantylne i przyjazne najmłodszym odbiorcom. Ale chociaż książeczka „Gdzie się schował traktor” jest picture bookiem dla najmniejszych odbiorców, nie ma tu podziwu dla rysunków, a dla samego pomysłu. Tomik ukazuje się w cyklu Zabawa w chowanego – i nadaje się do wspólnej zabawy z maluchem, wymaga wręcz interaktywnego odbioru, inaczej traci sens. Nie ma w nim bowiem klasycznej narracji ani żadnej fabuły – to wyliczanka złożona z pytań i odpowiedzi. Pytania dotyczą motywów charakterystycznych dla wiejskich pejzaży – traktora, kombajnu, psa pasterskiego czy rolnika. Odpowiedzi nie wymagają z kolei słownikowych umiejętności, to jeszcze nie ten poziom wiedzy i zaangażowania – tomik kierowany jest do dzieci, które dopiero uczą się mówić – a przynajmniej one mogą mieć z niego sporo radości. Jak zwykle w tomikach interaktywnych z Akademii Mądrego Dziecka chodzi tu przede wszystkim o niezwykłe rozwiązania dotyczące bodźców zmysłowych. Obok wzroku aktywuje się tutaj zmysł dotyku – bo książeczka składa się z kartonowych stron wzbogaconych o filcowe okienka. Na każdej z kilku zaledwie rozkładówek odbiorcy dostają obrazek i pytanie, gdzie się schował określony przedmiot (albo bohater). Odpowiedź jest banalna – znajduje się tuż obok, na sąsiedniej stronie – ukryty przed wzrokiem odbiorców za sprawą okienka wyciętego z filcu. Miękki kształt (dopasowany do tematu obrazka – może przypominać łan zboża, krzak albo stodołę) w wyrazistym, mocnym kolorze przysłania wyjaśnienie („tu jest” – i odpowiedni obrazek). Odkrywanie tego, co pod filcem, ma zapewnić maluchom sporo frajdy, przypomina dziecięce zabawy w chowanego z zakrywaniem i odsłanianiem oczu.
Można tutaj ćwiczyć motorykę. Filcowe kształty nie wymagają przesadnej precyzji w odchylaniu – dają się łatwo przesuwać, więc dzieci nie będą miały problemu ze sprawdzaniem, co kryje się pod nimi – są też duże, więc i wygodne w operowaniu nimi. Ponieważ książeczka kierowana jest do najmłodszych, nie ma w niej ostrych krawędzi, a filcowe dodatki sprawiają, że dzieciom będzie wygodnie korzystać z tomiku. Zabawa wiąże się nie tylko z udzielaniem odpowiedzi na powtarzane pytanie – umożliwia także ćwiczenie zmysłu dotyku. Taki bodziec wspomagający lekturę sprawia, że książeczka będzie dla najmłodszych znacznie bardziej atrakcyjna niż zwykły tomik. A ponieważ motyw wyliczanki (i powtarzania rozwiązania) mógłby nawet najmniej domyślne dzieci zmęczyć, na koniec autorka przygotowuje prawdziwą niespodziankę – szukanie samych siebie przez odbiorców. To z pewnością zaskoczy maluchy i sprawi, że będą chciały wracać do książeczki. Kolorowy picture book pokazuje, jak bardzo zmienia się postrzeganie prostej rozrywki w odpowiednim wykonaniu – ta książka jest jednocześnie zabawką dla najmłodszych dzieci, przekonuje je do lektur i zapewnia urozmaicone działania.
Kształty z filcu
Ingela P. Arrhenius tworzy tu bardzo proste ilustracje – kształty geometryczne i jednolite plamy kolorów składa w obrazki dla najmłodszych. Nie ma tu żadnego cieniowania ani szukania podobieństw, wszystko jest bajkowe, infantylne i przyjazne najmłodszym odbiorcom. Ale chociaż książeczka „Gdzie się schował traktor” jest picture bookiem dla najmniejszych odbiorców, nie ma tu podziwu dla rysunków, a dla samego pomysłu. Tomik ukazuje się w cyklu Zabawa w chowanego – i nadaje się do wspólnej zabawy z maluchem, wymaga wręcz interaktywnego odbioru, inaczej traci sens. Nie ma w nim bowiem klasycznej narracji ani żadnej fabuły – to wyliczanka złożona z pytań i odpowiedzi. Pytania dotyczą motywów charakterystycznych dla wiejskich pejzaży – traktora, kombajnu, psa pasterskiego czy rolnika. Odpowiedzi nie wymagają z kolei słownikowych umiejętności, to jeszcze nie ten poziom wiedzy i zaangażowania – tomik kierowany jest do dzieci, które dopiero uczą się mówić – a przynajmniej one mogą mieć z niego sporo radości. Jak zwykle w tomikach interaktywnych z Akademii Mądrego Dziecka chodzi tu przede wszystkim o niezwykłe rozwiązania dotyczące bodźców zmysłowych. Obok wzroku aktywuje się tutaj zmysł dotyku – bo książeczka składa się z kartonowych stron wzbogaconych o filcowe okienka. Na każdej z kilku zaledwie rozkładówek odbiorcy dostają obrazek i pytanie, gdzie się schował określony przedmiot (albo bohater). Odpowiedź jest banalna – znajduje się tuż obok, na sąsiedniej stronie – ukryty przed wzrokiem odbiorców za sprawą okienka wyciętego z filcu. Miękki kształt (dopasowany do tematu obrazka – może przypominać łan zboża, krzak albo stodołę) w wyrazistym, mocnym kolorze przysłania wyjaśnienie („tu jest” – i odpowiedni obrazek). Odkrywanie tego, co pod filcem, ma zapewnić maluchom sporo frajdy, przypomina dziecięce zabawy w chowanego z zakrywaniem i odsłanianiem oczu.
Można tutaj ćwiczyć motorykę. Filcowe kształty nie wymagają przesadnej precyzji w odchylaniu – dają się łatwo przesuwać, więc dzieci nie będą miały problemu ze sprawdzaniem, co kryje się pod nimi – są też duże, więc i wygodne w operowaniu nimi. Ponieważ książeczka kierowana jest do najmłodszych, nie ma w niej ostrych krawędzi, a filcowe dodatki sprawiają, że dzieciom będzie wygodnie korzystać z tomiku. Zabawa wiąże się nie tylko z udzielaniem odpowiedzi na powtarzane pytanie – umożliwia także ćwiczenie zmysłu dotyku. Taki bodziec wspomagający lekturę sprawia, że książeczka będzie dla najmłodszych znacznie bardziej atrakcyjna niż zwykły tomik. A ponieważ motyw wyliczanki (i powtarzania rozwiązania) mógłby nawet najmniej domyślne dzieci zmęczyć, na koniec autorka przygotowuje prawdziwą niespodziankę – szukanie samych siebie przez odbiorców. To z pewnością zaskoczy maluchy i sprawi, że będą chciały wracać do książeczki. Kolorowy picture book pokazuje, jak bardzo zmienia się postrzeganie prostej rozrywki w odpowiednim wykonaniu – ta książka jest jednocześnie zabawką dla najmłodszych dzieci, przekonuje je do lektur i zapewnia urozmaicone działania.
czwartek, 11 kwietnia 2024
Andrzej Szwan w rozmowie z Wiktorem Krajewskim: Lulla La Polaca
Znak, Kraków 2024.
Bez granic
Jest to książka, którą można czytać jako pochwałę wolności i radości życia według własnych zasad. Andrzej Szwan – szerszej publiczności znany jako drag queen Lulla La Polaca – opowiada o swoich doświadczeniach i drodze na scenę. W mainstreamowych lekturach jeszcze do niedawna próżno byłoby szukać podobnej publikacji – ale Andrzej Szwan uświadamia czytelnikom, jak bardzo tego typu rozmowy są potrzebne i ważne. Sam funkcjonuje tu nie tyle jako osoba przedstawiająca środowisko drag queens w Polsce – ale jako najstarsza drag queen. Andrzej Szwan to zwierzę sceniczne, gra w spektaklu, udziela się medialnie, bierze nawet udział w rozbieranej sesji zdjęciowej – i w tym wszystkim nigdy nie traci naturalności. Nie zastanawia się na przykład nad zaimkami – kiedy ma ochotę, albo kiedy czuje się mężczyzną, mówi o sobie w rodzaju męskim. Kiedy przeobraża się w Lullę – natychmiast przechodzi na żeńską narrację, a dzieje się to czasem nawet w obrębie jednego zdania. I nikomu to raczej przeszkadzać nie będzie, co więcej – ma swój urok i pokazuje bardziej swobodę i lekkość bohatera książki niż jakiekolwiek manifestacje. Bo ani Andrzej Szwan, ani Lulla La Polaca nie walczą o prawo do istnienia – po prostu istnieją, czy się to komuś będzie podobało, czy też nie.
Ale scena to naprawdę marginalna część wywodu. Owszem, można się dowiedzieć, jak dużo czasu zabiera charakteryzacja, czy – kto podpowiedział bohaterowi tomu sztuczki przydające się na estradzie – jednak rzecz nie dotyczy samych metamorfoz, a zwyczajności egzystencji dwoistej postaci. Szwan – umiejętnie podpytywany przez Wiktora Krajewskiego – zagłębia się we własną przeszłość. Opowiada o byciu gejem w czasach PRL-u i o pierwszych przebierankach, o kolegach, którym też podobały się damskie fatałaszki i o… lekcji chodzenia na obcasach. O tym wszystkim, co po latach zwieńczyło wyjście na scenę i przedstawienie się światu jako drag queen. Nic dziwnego, że analiza środowiska dragu w Polsce czy możliwości czekające na chętnych na publiczne metamorfozy bledną w obliczu szczerości autora w konfesyjnych wręcz wyznaniach. Będzie tu pikantnie (wiele razy Andrzej Szwan wspomina mężczyzn, z którymi, jak to eufemistycznie określa, się „kotłował”, czasem wzdycha za dawnymi miłościami, innym razem zastanawia się, dlaczego związek nie miał szans przetrwać), będzie kolorowo i ciekawie. Bez pruderii, bez udawania – nawet na mniej wygodne pytania Andrzej Szwan jest w stanie odpowiedzieć, a to coś, co bardzo przydaje się w tej akurat lekturze. W końcu książka trafić może nie tylko do zainteresowanych dragiem, ale też do przypadkowych czytelników – i nawet ci nie powinni być zawiedzeni. Otrzymują bowiem sporą dawkę wiadomości z pierwszej ręki – o obyczajowości i o życiu po swojemu. Lulla La Polaca to w końcu kwintesencja koloru, zjawisko nieskrępowane konwenansami – ba, takie, które nie pozwoli się w żaden sposób ograniczać. I na tym polega wielka siła tej publikacji. Nawet jeśli odbiorcy nie mają pojęcia o najstarszej drag queen, nawet jeśli nie interesowali się do tej pory tematem, Andrzej Szwan zaspokoi ich ciekawość co do własnego prywatnego życia. Udowodni, że można mimo zewnętrznych ograniczeń i trudności cieszyć się istnieniem i wykorzystywać każdą chwilę. Hedonizm, który płynie z tych opowieści, jest zaraźliwy – dzięki czemu łatwo będzie polubić bohatera tomu i zrozumieć jego motywacje.
Bez granic
Jest to książka, którą można czytać jako pochwałę wolności i radości życia według własnych zasad. Andrzej Szwan – szerszej publiczności znany jako drag queen Lulla La Polaca – opowiada o swoich doświadczeniach i drodze na scenę. W mainstreamowych lekturach jeszcze do niedawna próżno byłoby szukać podobnej publikacji – ale Andrzej Szwan uświadamia czytelnikom, jak bardzo tego typu rozmowy są potrzebne i ważne. Sam funkcjonuje tu nie tyle jako osoba przedstawiająca środowisko drag queens w Polsce – ale jako najstarsza drag queen. Andrzej Szwan to zwierzę sceniczne, gra w spektaklu, udziela się medialnie, bierze nawet udział w rozbieranej sesji zdjęciowej – i w tym wszystkim nigdy nie traci naturalności. Nie zastanawia się na przykład nad zaimkami – kiedy ma ochotę, albo kiedy czuje się mężczyzną, mówi o sobie w rodzaju męskim. Kiedy przeobraża się w Lullę – natychmiast przechodzi na żeńską narrację, a dzieje się to czasem nawet w obrębie jednego zdania. I nikomu to raczej przeszkadzać nie będzie, co więcej – ma swój urok i pokazuje bardziej swobodę i lekkość bohatera książki niż jakiekolwiek manifestacje. Bo ani Andrzej Szwan, ani Lulla La Polaca nie walczą o prawo do istnienia – po prostu istnieją, czy się to komuś będzie podobało, czy też nie.
Ale scena to naprawdę marginalna część wywodu. Owszem, można się dowiedzieć, jak dużo czasu zabiera charakteryzacja, czy – kto podpowiedział bohaterowi tomu sztuczki przydające się na estradzie – jednak rzecz nie dotyczy samych metamorfoz, a zwyczajności egzystencji dwoistej postaci. Szwan – umiejętnie podpytywany przez Wiktora Krajewskiego – zagłębia się we własną przeszłość. Opowiada o byciu gejem w czasach PRL-u i o pierwszych przebierankach, o kolegach, którym też podobały się damskie fatałaszki i o… lekcji chodzenia na obcasach. O tym wszystkim, co po latach zwieńczyło wyjście na scenę i przedstawienie się światu jako drag queen. Nic dziwnego, że analiza środowiska dragu w Polsce czy możliwości czekające na chętnych na publiczne metamorfozy bledną w obliczu szczerości autora w konfesyjnych wręcz wyznaniach. Będzie tu pikantnie (wiele razy Andrzej Szwan wspomina mężczyzn, z którymi, jak to eufemistycznie określa, się „kotłował”, czasem wzdycha za dawnymi miłościami, innym razem zastanawia się, dlaczego związek nie miał szans przetrwać), będzie kolorowo i ciekawie. Bez pruderii, bez udawania – nawet na mniej wygodne pytania Andrzej Szwan jest w stanie odpowiedzieć, a to coś, co bardzo przydaje się w tej akurat lekturze. W końcu książka trafić może nie tylko do zainteresowanych dragiem, ale też do przypadkowych czytelników – i nawet ci nie powinni być zawiedzeni. Otrzymują bowiem sporą dawkę wiadomości z pierwszej ręki – o obyczajowości i o życiu po swojemu. Lulla La Polaca to w końcu kwintesencja koloru, zjawisko nieskrępowane konwenansami – ba, takie, które nie pozwoli się w żaden sposób ograniczać. I na tym polega wielka siła tej publikacji. Nawet jeśli odbiorcy nie mają pojęcia o najstarszej drag queen, nawet jeśli nie interesowali się do tej pory tematem, Andrzej Szwan zaspokoi ich ciekawość co do własnego prywatnego życia. Udowodni, że można mimo zewnętrznych ograniczeń i trudności cieszyć się istnieniem i wykorzystywać każdą chwilę. Hedonizm, który płynie z tych opowieści, jest zaraźliwy – dzięki czemu łatwo będzie polubić bohatera tomu i zrozumieć jego motywacje.
środa, 10 kwietnia 2024
Encyklopedia Britannica. Infografika
Kropka, Warszawa 2024.
Wszystko
Wydawnictwo Kropka słynie już z bardzo wartościowych propozycji edukacyjnych dla dzieci – potężnym tomem „Encyklopedia Britannica. Infografika” tylko potwierdza swoją wysoką pozycję na rynku. Ponad trzysta stron wiadomości z różnych dziedzin to coś, co zachwyci nie tylko najmłodszych odbiorców – nie ma tu infantylizmu ani uproszczeń, chodzi o to, żeby porządkować wiedzę i przekonywać czytelników, że warto zgłębiać różne tematy i odkrywać to, co fascynujące: w kosmosie, na Ziemi, w życiu zwierząt, w kulturze i sztuce czy w człowieku jako takim. Cała podróż po książce przypomina trochę grę planszową – a po każdym olbrzymim rozdziale odbiorcy mogą sprawdzić stan swojej wiedzy – dzięki szybkim quizom. Mało tego: na zamknięcie każdej części tomu pojawia się jeszcze wywiad z konsultantem – to sposób na zaprezentowanie odbiorcom nietypowych zawodów i aspiracji – w końcu uczeni przeważnie nie należą do zbyt medialnych postaci – tutaj jednak przedstawiają się z najciekawszej (zwłaszcza dla dzieci) strony. Krótkie odpowiedzi mogą pozwolić na pokierowanie własną karierą inaczej i zachęcić małych czytelników do nauki.
Wielki i ciężki tom wcale nie przytłacza wiedzą. Chociaż informacji tu zawartych jest rzeczywiście mnóstwo, całość nabiera lekkości dzięki przyjętej strategii – postawieniu na grafiki. Za każdym razem zagadnienie jest przedstawiane za pomocą olbrzymiej ilustracji. Czasami dochodzi do niej legenda (żeby było wiadomo, jak właściwie odczytywać rysunek czy – porównywać skale), jest trochę opisów – ale proces zaspokajania ciekawości polega tu na samodzielnym sprawdzaniu tego, co jedynie zasygnalizowane w podpisach. Grafiki trzeba przeanalizować, żeby wydobyć z nich jak najwięcej – owszem, czasami wyjaśnienia są dostępne na pierwszy rzut oka, dzięki kolorom czy porównaniom, jednak dopiero zaangażowanie czytelników i próba wyłuskania najciekawszych z ich perspektywy informacji doprowadzi do faktycznej lektury. „Infografiki” nie będzie się oglądać – tu trzeba znacznie większego wysiłku poznawczego.
A wysiłek podjąć warto. Odczytywanie kolejnych quasi-wykresów, rysunkowych komentarzy i porównań prowadzi odbiorców przez fascynujący świat, który czeka na odkrywanie. Kolejne rozkładówki wypełnione są ciekawostkami, nie chodzi tu wyłącznie o systematyzowanie wiedzy, ale o podawanie jej w jak najbardziej efektowny sposób – dzięki temu książka się nie znudzi ani małym czytelnikom, ani ich rodzicom. Tylko niektóre wiadomości podawane są w formie sensacji i dostosowane do upodobań najmłodszych (przeliczanie „smarków”, które w ciągu życia produkuje człowiek, na wanny), większość wiąże się jednak z powagą – i z radością odszyfrowywania danych. Dzięki tej książce każde dziecko może się poczuć jak badacz – zwłaszcza że nie da się przeczytać tomu szybko. Kolejne odkrycia mogą stać się inspiracją do pogłębiania wiadomości, ale też pozwalają ukierunkować zainteresowania małych odbiorców. Ze wszech miar imponujący i satysfakcjonujący jest ten tom – i można by długo rozwodzić się nad wykorzystanymi tutaj zabiegami czy pomysłami, ale dla czytelników najważniejsze będzie to, że nawet najdłuższa lektura w tym wypadku nie skończy się znużeniem. Nie ma w nim powtarzalności i schematów, które zmęczyłyby dzieci, nie ma też wygodnego powtarzania tego, co powszechnie znane. Każdy znajdzie coś dla siebie w naprawdę szerokim wachlarzu tematów, każdy zainteresuje się innym fragmentem opowieści rozłożonej na rysunki i komentarze. Picture booki edukacyjne święcą triumfy – ale „Infografika” to tom, który ujawnia niemal pełny potencjał takich rozwiązań. Zaspokaja ciekawość i stanie się ważną dla dziecka lekturą, która będzie razem z nim dojrzewać. Najciekawsze jest to, że można wielokrotnie czytać i oglądać książkę – i za każdym razem wydobywać z niej coś innego. To propozycja dla dzieci, które chłoną wiedzę i które zdają sobie sprawę z faktu, że na wiele tajemnic jeszcze wpadną.
Wszystko
Wydawnictwo Kropka słynie już z bardzo wartościowych propozycji edukacyjnych dla dzieci – potężnym tomem „Encyklopedia Britannica. Infografika” tylko potwierdza swoją wysoką pozycję na rynku. Ponad trzysta stron wiadomości z różnych dziedzin to coś, co zachwyci nie tylko najmłodszych odbiorców – nie ma tu infantylizmu ani uproszczeń, chodzi o to, żeby porządkować wiedzę i przekonywać czytelników, że warto zgłębiać różne tematy i odkrywać to, co fascynujące: w kosmosie, na Ziemi, w życiu zwierząt, w kulturze i sztuce czy w człowieku jako takim. Cała podróż po książce przypomina trochę grę planszową – a po każdym olbrzymim rozdziale odbiorcy mogą sprawdzić stan swojej wiedzy – dzięki szybkim quizom. Mało tego: na zamknięcie każdej części tomu pojawia się jeszcze wywiad z konsultantem – to sposób na zaprezentowanie odbiorcom nietypowych zawodów i aspiracji – w końcu uczeni przeważnie nie należą do zbyt medialnych postaci – tutaj jednak przedstawiają się z najciekawszej (zwłaszcza dla dzieci) strony. Krótkie odpowiedzi mogą pozwolić na pokierowanie własną karierą inaczej i zachęcić małych czytelników do nauki.
Wielki i ciężki tom wcale nie przytłacza wiedzą. Chociaż informacji tu zawartych jest rzeczywiście mnóstwo, całość nabiera lekkości dzięki przyjętej strategii – postawieniu na grafiki. Za każdym razem zagadnienie jest przedstawiane za pomocą olbrzymiej ilustracji. Czasami dochodzi do niej legenda (żeby było wiadomo, jak właściwie odczytywać rysunek czy – porównywać skale), jest trochę opisów – ale proces zaspokajania ciekawości polega tu na samodzielnym sprawdzaniu tego, co jedynie zasygnalizowane w podpisach. Grafiki trzeba przeanalizować, żeby wydobyć z nich jak najwięcej – owszem, czasami wyjaśnienia są dostępne na pierwszy rzut oka, dzięki kolorom czy porównaniom, jednak dopiero zaangażowanie czytelników i próba wyłuskania najciekawszych z ich perspektywy informacji doprowadzi do faktycznej lektury. „Infografiki” nie będzie się oglądać – tu trzeba znacznie większego wysiłku poznawczego.
A wysiłek podjąć warto. Odczytywanie kolejnych quasi-wykresów, rysunkowych komentarzy i porównań prowadzi odbiorców przez fascynujący świat, który czeka na odkrywanie. Kolejne rozkładówki wypełnione są ciekawostkami, nie chodzi tu wyłącznie o systematyzowanie wiedzy, ale o podawanie jej w jak najbardziej efektowny sposób – dzięki temu książka się nie znudzi ani małym czytelnikom, ani ich rodzicom. Tylko niektóre wiadomości podawane są w formie sensacji i dostosowane do upodobań najmłodszych (przeliczanie „smarków”, które w ciągu życia produkuje człowiek, na wanny), większość wiąże się jednak z powagą – i z radością odszyfrowywania danych. Dzięki tej książce każde dziecko może się poczuć jak badacz – zwłaszcza że nie da się przeczytać tomu szybko. Kolejne odkrycia mogą stać się inspiracją do pogłębiania wiadomości, ale też pozwalają ukierunkować zainteresowania małych odbiorców. Ze wszech miar imponujący i satysfakcjonujący jest ten tom – i można by długo rozwodzić się nad wykorzystanymi tutaj zabiegami czy pomysłami, ale dla czytelników najważniejsze będzie to, że nawet najdłuższa lektura w tym wypadku nie skończy się znużeniem. Nie ma w nim powtarzalności i schematów, które zmęczyłyby dzieci, nie ma też wygodnego powtarzania tego, co powszechnie znane. Każdy znajdzie coś dla siebie w naprawdę szerokim wachlarzu tematów, każdy zainteresuje się innym fragmentem opowieści rozłożonej na rysunki i komentarze. Picture booki edukacyjne święcą triumfy – ale „Infografika” to tom, który ujawnia niemal pełny potencjał takich rozwiązań. Zaspokaja ciekawość i stanie się ważną dla dziecka lekturą, która będzie razem z nim dojrzewać. Najciekawsze jest to, że można wielokrotnie czytać i oglądać książkę – i za każdym razem wydobywać z niej coś innego. To propozycja dla dzieci, które chłoną wiedzę i które zdają sobie sprawę z faktu, że na wiele tajemnic jeszcze wpadną.
wtorek, 9 kwietnia 2024
Stuart Gibbs: Zguba w kosmosie
Agora, Warszawa 2024.
Poszukiwania w pyle
W Szkole Szpiegów działo się dużo, bo dynamiczną akcją Stuart Gibbs chciał przyciągać do lektury młodych czytelników. Na Księżycu jednak dzieje się jeszcze więcej - świadczy o tym choćby drugi tom serii Baza Księżycowa Alfa (jeśli ktoś przegapił pierwszy tom, nadrobi później, bo bohater dokładnie wyjaśnia cały kontekst potrzebny do zrozumienia sytuacji). Dashiell Gibson to dwunastolatek, który mieszka na Księżycu - z kilkorgiem innych dzieci, z rodzicami i naukowcami. Przydał się już w poprzednim kryminalnym śledztwie, za chwilę czeka go kolejna zagadka do rozwiązania. Na Księżycu nie ma żartów: nie wolno wychodzić poza bazę (spacery po Księżycu są obarczone ogromnym ryzykiem i wymagają starannych przygotowań), a w dodatku nie ma tu ani odrobiny prywatności - pomieszczenia są bardzo małe i z konieczności wszyscy wiedzą, co dzieje się u domowników. Pracownicy stacji badawczej zostali starannie wybrani, przeszli testy psychologiczne i zdają sobie sprawę z niebezpieczeństw i wyzwań. Jednak są tu również turyści - ludzie, którzy zapłacili ogromne pieniądze, żeby znaleźć się w bazie i oni nie przestrzegają żadnych przepisów ani zasad. Oczywiście - staną się źródłem wielu problemów. Ale najgorsze ma się dopiero wydarzyć. Szefowa bazy, Nina, kobieta, którą wielu podejrzewa o bycie robotem (ze względu na kompletną niewrażliwość i brak emocji), znika bez śladu. Nie ma jej nigdzie - i nawet przeczesywanie powierzchni Księżyca nie pomaga. Czas Niny się kończy: jeśli nie zostanie odnaleziona, umrze - co dodaje akcji dramatyzmu. W poszukiwania angażują się wszyscy, nawet przyjaciółka Dasha, przedstawicielka obcej cywilizacji. W międzyczasie trzeba jednak walczyć z wrogiem - czyli z roszczeniowymi turystami, którzy nie zamierzają dostosowywać się do społecznych reguł. "Zguba w kosmosie" to opowieść bardzo wartka, pełno tu wydarzeń dziwnych i trzymających w napięciu - nawet zwykła pomoc udzielana rodzicom wiąże się z ryzykiem, kiedy deszcz odpadków spada na powierzchnię Księżyca i nie ma się jak przed nim uchronić. Dziecięce wybryki mogą okazać się katastrofalne w skutkach - trzeba uważać absolutnie na każdy krok i myśleć o konsekwencjach działań. Dash to wie - i może przydać się dorosłym. Chociaż miewa rozmaite dziecięce pomysły, jest w stanie prowadzić proces dedukcji i przydać się w rozwiązywaniu zagadek. Dash ma do czynienia z młodocianymi przestępcami i ze złośliwościami rówieśników, musi też mierzyć się z dorosłymi, którzy nie zawsze chcą słuchać młodszego pokolenia. Poszukiwania na Księżycu trzeba przeprowadzić szybko, a do tego uporać się z licznymi przeszkodami na drodze do celu. Przy okazji Stuart Gibbs tłumaczy zasady funkcjonowania w Bazie Księżycowej Alfa - przecież tutaj dla czytelników wszystko jest nowe i ciekawe, atrakcyjne przez oderwanie od zwyczajności. Autor nie boi się prawdziwych wyzwań - proponuje odbiorcom książkę wypełnioną ogromnymi przygodami, tworzy fabułę z rozmachem i zachęca do śledzenia całego cyklu - rzeczywiście najlepszą reklamą serii będzie ta książka. Przeniesienie akcji na Księżyc to otwarcie sobie drogi do nowych niespodzianek dla czytelników. Odbiorcom spodoba się odchodzenie od konwencji - przy jednoczesnym pamiętaniu o zjawiskach ważnych dla ich pokolenia. Stuart Gibbs dobrze sobie z akcją radzi.
Poszukiwania w pyle
W Szkole Szpiegów działo się dużo, bo dynamiczną akcją Stuart Gibbs chciał przyciągać do lektury młodych czytelników. Na Księżycu jednak dzieje się jeszcze więcej - świadczy o tym choćby drugi tom serii Baza Księżycowa Alfa (jeśli ktoś przegapił pierwszy tom, nadrobi później, bo bohater dokładnie wyjaśnia cały kontekst potrzebny do zrozumienia sytuacji). Dashiell Gibson to dwunastolatek, który mieszka na Księżycu - z kilkorgiem innych dzieci, z rodzicami i naukowcami. Przydał się już w poprzednim kryminalnym śledztwie, za chwilę czeka go kolejna zagadka do rozwiązania. Na Księżycu nie ma żartów: nie wolno wychodzić poza bazę (spacery po Księżycu są obarczone ogromnym ryzykiem i wymagają starannych przygotowań), a w dodatku nie ma tu ani odrobiny prywatności - pomieszczenia są bardzo małe i z konieczności wszyscy wiedzą, co dzieje się u domowników. Pracownicy stacji badawczej zostali starannie wybrani, przeszli testy psychologiczne i zdają sobie sprawę z niebezpieczeństw i wyzwań. Jednak są tu również turyści - ludzie, którzy zapłacili ogromne pieniądze, żeby znaleźć się w bazie i oni nie przestrzegają żadnych przepisów ani zasad. Oczywiście - staną się źródłem wielu problemów. Ale najgorsze ma się dopiero wydarzyć. Szefowa bazy, Nina, kobieta, którą wielu podejrzewa o bycie robotem (ze względu na kompletną niewrażliwość i brak emocji), znika bez śladu. Nie ma jej nigdzie - i nawet przeczesywanie powierzchni Księżyca nie pomaga. Czas Niny się kończy: jeśli nie zostanie odnaleziona, umrze - co dodaje akcji dramatyzmu. W poszukiwania angażują się wszyscy, nawet przyjaciółka Dasha, przedstawicielka obcej cywilizacji. W międzyczasie trzeba jednak walczyć z wrogiem - czyli z roszczeniowymi turystami, którzy nie zamierzają dostosowywać się do społecznych reguł. "Zguba w kosmosie" to opowieść bardzo wartka, pełno tu wydarzeń dziwnych i trzymających w napięciu - nawet zwykła pomoc udzielana rodzicom wiąże się z ryzykiem, kiedy deszcz odpadków spada na powierzchnię Księżyca i nie ma się jak przed nim uchronić. Dziecięce wybryki mogą okazać się katastrofalne w skutkach - trzeba uważać absolutnie na każdy krok i myśleć o konsekwencjach działań. Dash to wie - i może przydać się dorosłym. Chociaż miewa rozmaite dziecięce pomysły, jest w stanie prowadzić proces dedukcji i przydać się w rozwiązywaniu zagadek. Dash ma do czynienia z młodocianymi przestępcami i ze złośliwościami rówieśników, musi też mierzyć się z dorosłymi, którzy nie zawsze chcą słuchać młodszego pokolenia. Poszukiwania na Księżycu trzeba przeprowadzić szybko, a do tego uporać się z licznymi przeszkodami na drodze do celu. Przy okazji Stuart Gibbs tłumaczy zasady funkcjonowania w Bazie Księżycowej Alfa - przecież tutaj dla czytelników wszystko jest nowe i ciekawe, atrakcyjne przez oderwanie od zwyczajności. Autor nie boi się prawdziwych wyzwań - proponuje odbiorcom książkę wypełnioną ogromnymi przygodami, tworzy fabułę z rozmachem i zachęca do śledzenia całego cyklu - rzeczywiście najlepszą reklamą serii będzie ta książka. Przeniesienie akcji na Księżyc to otwarcie sobie drogi do nowych niespodzianek dla czytelników. Odbiorcom spodoba się odchodzenie od konwencji - przy jednoczesnym pamiętaniu o zjawiskach ważnych dla ich pokolenia. Stuart Gibbs dobrze sobie z akcją radzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






