* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

piątek, 4 grudnia 2020

Michelle Harrison: Odrobina czarów

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

Siostry

Te dziewczyny świetnie się sprawdzają jako bohaterki powieści przygodowej w stylu fantasy. Michelle Harrison w swoich książkach łączy nawiązania do tradycji literackich i – do aktualnych trendów na rynku wydawniczym. Trzy siostry, Fliss, Betty i Charlie poznają dawne legendy (przedstawiane w odcinkach, jak powieść w powieści), a do tego angażują się w niesienie pomocy potrzebującym. Oczywiście muszą też ratować siebie wzajemnie, bo w ferworze walk zwykle coś lub ktoś je rozdziela. Tym razem w ich domu – po perypetiach związanych ze zdejmowaniem klątwy rodowej pojawia się dziewięcioletnia Błądka, dziewczynka władająca ognikiem – i bardzo zabiedzona. To uciekinierka z wyspy skazańców, jednak sama nie popełniła żadnego przestępstwa, o czym świadczy tatuaż na jej ciele: należy tylko do rodziny kryminalisty i z tego powodu ma być napiętnowana do końca życia. Błądka musiała rozdzielić się z mamą i teraz trafia do bardzo gościnnego domu sióstr, które niekoniecznie mają szczęście w codziennych potyczkach. Jednak Charlie, która opiekuje się wszystkimi zwierzętami potrzebującymi pomocy, od razu wyczuwa w Błądce pokrewną duszę – i nie zamierza odpuścić. Chce pomóc nieznajomej, a skoro tego sobie życzy, siostry pozostaną przy niej. Do czasu, bo przecież Michelle Harrison dla zagmatwania fabuły znowu dziewczyny rozdzieli. Tym razem najmłodsza zniknie z pola widzenia, a Fliss i Betty będą musiały połączyć siły, żeby bezpiecznie doprowadzić ją do domu. Do domu, w którym czeka babka oraz ojciec – bo w „Odrobinie czarów” jest on na stałe z rodziną.

Po raz kolejny odwołuje się autorka do magicznych przedmiotów, zresztą są one związane z każdą z bohaterek – nie można przekazać nikomu daru ani umiejętności korzystania z niego, artefakty bardzo przydają się podczas pokonywania trudności, wymagają jednak wprawy. Tymczasem nawet Charlie wie już, jak uprawiać magię. Każda z dziewczyn pamięta też o przestrogach, jakimi częstowała je babcia: w świecie, w którym magia rządzi, nie można sobie pozwolić na beztroskę. W drugim tomie przygód sióstr Wspacznych autorka czerpie z klasyki – przywołuje sylwetki piratów (i piratek), sporo akcji dzieje się na wodzie, co oznacza jeszcze większy wysiłek ze strony dziewczyn. Harrison lubi częstować swoich czytelników niebezpieczeństwami, dba o to, żeby obecność sióstr na pierwszym planie nie narzucała automatycznie grona odbiorców – to nie jest książka tylko dla dziewczynek. Czyta się „Odrobinę czarów” bardzo dobrze – to narracja w starym stylu, pełna wyzwań i przygód, prawdziwych komplikacji fabularnych. Wciągająca i wymagająca jednocześnie: autorka nie boi się wysoko stawiać poprzeczkę, wie, że dzieci, wciągnięte w akcję, poradzą sobie z każdym tematem. Proponuje zatem książkę, która bardzo się wyróżnia w fantastyce – jest lekturą, po jaką maluchy chętnie sięgną. A przy okazji rozbudzi ciekawość co do dalszych losów sióstr Wspacznych.

czwartek, 3 grudnia 2020

Tomasz Rezydent: Niewidzialny front

Rebis, Poznań 2020.

Przewodnik

Dla tych, którzy mają dość medialnej papki i przepychanek z niewierzącymi w koronawirusa tworzone są reportażowe wyznania lekarzy walczących z pandemią. Zaczynają powoli wchodzić na rynek pierwsze publikacje – na razie zatrzymujące się w pierwszym lockdownie, a związane najczęściej z przygotowaniami do wielkiego wyzwania w kraju i z uczeniem się warunków pandemii. Tomasz Rezydent, lekarz rezydent drugiego roku interny, który wybiera pseudonim sobie, ale zamaskowuje też nazwy miast, których dotyczy relacja, przedstawia sytuację ze szpitala jednoimiennego w czasie, gdy jeszcze nie było tak dramatycznie jak obecnie. Jego „Niewidzialny front” to bardzo osobista, ale też pełna ciekawostek lektura dla zainteresowanych sytuacją wśród medyków.

Są w tej książce punkty standardowe: czekanie na „pacjenta zero”, strach przed pierwszym wyjściem do takiego chorego, ćwiczenia w zakładaniu skafandrów chroniących przed wirusem, trudne rozmowy z bliskimi, których najczęściej wysyła się do rodziny, żeby nie przywlec im czegoś przypadkiem, zabiegi dekontaminacyjne i próby przystosowania szpitali do pacjentów „covidowych”. Ale u Rezydenta jest też coś innego: opowieść o tych, którzy cierpią bez sensu, bo nie mogą w porę otrzymać pomocy. Autor pokazuje sytuacje, w których medyków ogarnia panika – kiedy nie chcą nawet przeprowadzić prawidłowego wywiadu przez telefon, a spychają „podejrzanego” pacjenta do szpitala jednoimiennego, chociaż mogliby na miejscu udzielić mu pomocy. Omawia też sytuacje dramatyczne i zupełnie przeciwne – kiedy to lekarze dogadują się między jednostkami, gdzie umieścić chorego. Znikają podziały na pediatrię, chirurgię czy ginekologię, wszyscy muszą pracować w nowym systemie. Rezydenta interesuje działalność zakaźników – we własnym otoczeniu ma przykłady niezbyt budujące. Tymczasem chorych nie ubywa, ubywa za to sprzętu i środków ochrony.

Tomasz Rezydent prowadzi dziennik. Dokładne notatki mają przydać się mu do planowanej pracy naukowej, rejestruje też dane na potrzeby ewentualnych statystyk. Najbardziej kusi go jednak zapisywanie tego, co się dzieje. Każdy dzienny wpis rozpoczyna od suchego komunikatu na temat ostatnio zmarłego pacjenta, później szczegółowo przedstawia wybrane przypadki – nie zawsze związane z koronawirusem (chociaż najczęściej właśnie te). Tłumaczy, dlaczego to groźna choroba, przygotowuje na wyzwania i na komplikacje. Cierpliwie wyjaśnia zagrożenia, o których wiadomo – i przyznaje, że jeszcze sporo pracy, żeby zrozumieć covid-19. Przedstawia jednak kolejne działania, zespoły, które nie ustają w wysiłkach, żeby nieść pomoc (a czasem nawet decydują się na odbycie kwarantanny w miejscu pracy). „Niewidzialny front” to książka o cichych bohaterach – ale też o reakcjach społeczeństwa na nieznane. Tomasz Rezydent pokazuje zagrożenie, pokazuje też walkę lekarzy często oskarżanych o opieszałość czy brak chęci niesienia pomocy. Przygotowuje książkę szalenie potrzebną na rynku – trudną przez ogrom rozstań i wyzwań, ale bardzo ciekawą. Nie chodzi tu o budzenie strachu, bardziej – o uświadamianie społeczeństwa. Najważniejsze jest jednak komentowanie na bieżąco pandemii – okiem medyka.

Zofia Stanecka: Basia i chorowanie

Harperkids, Warszawa 2020.

Wybrańcy i skazańcy

W zależności od tego, czy wymiotują, czy mają biegunkę – w taki sposób określają się dzieci w domu Basi, w tomiku „Basia i chorowanie”. Bardzo na czasie jest ta książka, chociaż nie dotyczy koronawirusa. Zofia Stanecka postanawia wytłumaczyć maluchom, co się dzieje, jeśli wszyscy wokół łapią wirusa i czasem w efekcie muszą trafić do szpitala. Najpierw chory jest tata – źle się czuje i nie pomaga mu nawet lekarstwo przyrządzone przez Basię (potem dziewczynka zastanawia się zresztą, czy mogło ono zaszkodzić). Choroba błyskawicznie przenosi się na mamę i braci, Basia trzyma się zdrowo najdłużej – za to kiedy i ją dopada coś, co daje efekty grypy żołądkowej, bohaterka musi trafić do szpitala, żeby uzupełnić elektrolity. Odwodniona Basia i tak jest przerażona, nie wie, co ją czeka (chociaż nikłe pocieszenie stanowi fakt, że mogłaby się przejechać karetką na sygnale). „Basia i chorowanie” przedstawia mało przyjemny – ale prawdopodobny – scenariusz. Autorka, jak zwykle, zajmuje się przekonywaniem odbiorców, że nie ma się czego bać. W szpitalu wprawdzie Basia trafia na kolejną kilkulatkę, która usiłuje okazać przewagę i zastraszyć nową pacjentkę – na szczęście jest przy niej wujek, który nie pozwoli, by wyobraźnia podyktowała maluchom przerażające wizje. Wujek opiekuje się Basią, bo rodzice są jeszcze zbyt osłabieni, żeby towarzyszyć dziewczynce – na szczęście obecność wesołego i sympatycznego krewnego ostatecznie zamienia pobyt w szpitalu w ciekawą przygodę, może trochę stresującą na początku, ale nie koszmarną.

Zofia Stanecka pokazuje tą książką, że dobrze wie, czego boją się dzieci i o czym czasem rozmyślają, zwłaszcza gdy doniesienia medialne nie pozwalają na uniknięcie tematu. „Basia i chorowanie” to książka o tym, że zarazić się paskudnym wirusem można znienacka – i nawet jeśli inni w miarę łagodnie przejdą infekcję, ktoś może potrzebować fachowej pomocy. Szpital to nie kara ani źródło lęków, można więc przestać się bać. Basia na własnej skórze przekonuje się o tym, że chociaż choroba to nic przyjemnego – nie oznacza końca świata. Zofia Stanecka bardzo mądrze prowadzi fabułę, zresztą – jak zwykle. Znajduje pomysły, które skuszą odbiorców i które nadają ton całej książce – sprawiając, że nie będzie to wyłącznie lektura edukacyjna.

Marianna Oklejak ma tu wielkie wyzwanie. Nie może – jak zazwyczaj – portretować zadowolonych, uśmiechniętych i rozbawionych osób. Nie może szukać dowcipów i wybryków. Prezentuje ludzi chorych, z powykrzywianymi bólem twarzami, zmęczonych, poszarzałych albo zzieleniałych. Ktoś gdzieś wynosi miskę (nawet dla dzieci to jednoznaczna sytuacja), w szpitalu straszą okropne jarzeniówki, a w szpitalu nawet dzieci podłączone są do różnych urządzeń (tu – kroplówki). Nie ma miejsca na szaleństwa, ani na kojące sceny. A jednak udaje się ilustratorce doprowadzić do tego, że nie przestraszy odbiorców, tylko zachęci ich do śledzenia tekstu.

środa, 2 grudnia 2020

Jessie Burton: Wyznanie

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020. Świat kobiet Wiele dzieje się w tej opasłej powieści obyczajowej z wątkami romansowymi, a Jessie Burton chętnie posługuje się narracją w stylu dziewiętnastowiecznych historii. Może bez większego wysiłku trafić do przekonania czytelniczek - zwłaszcza że doskonale panuje nad tym, co chce im opowiedzieć. Potrafi nie tylko rozsnuwać przed odbiorczyniami szereg wydarzeń, które mają dalekosiężne konsekwencje - ale też przedstawiać je w sposób, który budzi zachwyt. Zmysłowość tej prozy przenosi się na odbiór, gwarantuje lekturę wysokiej jakości i będzie wciąż przyciągać do samej powieści. "Wyznanie" to książka z gatunku tych, jakie rzadko pojawiają się na rynku - ale kiedy już zaistnieją, stają się godne miana wydarzenia literackiego. Łączy autorka talent do psychologicznych obserwacji, nasycenie fabuły emocjami oraz wyraziste charaktery z płynną, melodyjną narracją, w której znalazło się miejsce na synestezyjne doznania. Jessie Burton zabiera czytelników w świat uczuć ponad rozsądkiem - i to może przypaść do gustu nie tylko idealistkom. "Wyznanie" to książka nietypowa. Rozpoczyna się w latach 80. XX wieku, kolejnym krokiem jest przejście do roku 2017 - i ten przeskok między pokoleniami zostanie zachowany do samego końca, dla autorki liczą się bowiem dwa różne światy i dwie przestrzenie, które w pewnym momencie muszą się połączyć. Najpierw dwie bohaterki, Elise i Connie - dwudziestolatka i kobieta prawie dwa razy starsza - wymieniają spojrzenia, w których jest tyle pożądania i niewypowiedzianych uczuć, że po prostu musi to prowadzić do wyjaśnień. Elise zdobywa się na odwagę, decyduje się na tę znajomość - chociaż naprawdę udawała się właśnie na zaaranżowaną randkę (z mężczyzną, do tej pory Elise nie zdradzała biseksualnych skłonności). Connie to pisarka, wyczulona na piękno, wrażliwa, ale też pewna siebie. To relacja, która początkowo wydaje się nierówna, jednak i Elise, i Connie mogą z niej czerpać. Nagle opowieść się urywa, a w kolejnej - już po latach - odbiorcy dowiedzą się o istnieniu Rose, której matka, Elise, zostawiła ją tuż po narodzinach. Rose nie może uzyskać odpowiedzi na swoje pytania od ojca - postanawia zatem rozwiązać zagadkę. Wie, że istnieje ktoś, kto będzie mógł udzielić jej niezbędnych wyjaśnień: Constance jest przecież znaną pisarką i można nawiązać z nią kontakt. Przydałoby się jednak mieć też dobrą motywację, żeby - niezależnie od tego, co stało się w przeszłości, pisarka nie odrzuciła propozycji spotkania. I tak Rose wkracza w egzystencję kogoś, kto był dla jej matki niezwykle ważną osobą. Stopniowo będzie autorka naświetlać to, co dzieje się między Elise i Connie - a także to, co pojawia się w relacji Rose i Constance. W pierwszym wypadku chodzi o przeżycia, w drugim - o wiadomości. Za każdym razem jednak Jessie Burton jest w stanie w pełni zaangażować odbiorców w prezentowany świat. "Wyznanie" to powieść przesycona zmysłowością. Miłość homoseksualna zarysowana jest tu delikatnie, z wyczuciem i bez wkraczania w sferę intymną bohaterek - ale liczą się też inne relacje, bardzo ważne w budowaniu tożsamości. Jessie Burton potrafi opowiadać historię - udowadnia to w obszernej powieści. Przekonuje do siebie całkowicie. "Wyznanie" to książka znakomita - zarówno pod względem opracowania charakterologicznego i psychologicznego, jak i - samej narracji.

Liane Schneider: Zuzia w czasie pandemii

Media Rodzina, Poznań 2020.

Aktualności

W naturalny sposób także autorzy książek dla najmłodszych reagują na zmiany w codzienności - zwłaszcza że pandemia dotyka wszystkich i potrzebne są historyjki, które tłumaczą nowe zasady. Niezawodna w cyklu Mądra Mysz Liane Schneider bardzo uważnie przygląda się rzeczywistości. Teraz towarzyszy małej Zuzi, w której koncentrują się wszelkie wątpliwości kilkulatków i która zadaje te same pytania, jakie pojawiają się w rozmowach dzieci z rodzicami. To propozycja kojąca: każdy zobaczy, że przeżycia z pandemii należy oswoić i przyzwyczaić się do koniecznych zmian, żeby jak najszybciej pokonać wirusa. Zuzia tęskni za kolegami z przedszkola i wie, że w pewnym momencie tam wróci, będzie mogła wtedy spotkać panią i przyjaciół. Na razie jednak musi zostać w domu. Powinna przyzwyczaić się do częstszego i starannego mycia rąk, a także do tego, że... nie powinno się dłubać w nosie (ani dotykać twarzy). To dość trudne dla kilkulatki, za to raczej komiczne dla czytelników (którzy przecież przed dłubaniem w nosie też się nie wzbraniają). Skoro Zuzia tęskni za przyjaciółmi, warto jej podpowiedzieć, jak ukoić żal - to będzie również wskazówka dla odbiorców, czytelników serii, którzy liczą na dobre porady. Przyzwyczaili się, że seria Mądra Mysz umożliwia im zaakceptowanie codzienności z rozmaitymi jej mankamentami - więc i tym razem muszą otrzymać zestaw uwag łagodzących trudy pandemii. Zuzia dowiaduje się, że z członkami rodziny może się dalej przytulać - w końcu ci, którzy pozostają ze sobą w jednym domu, jeśli są zdrowi, nie muszą od siebie stronić. Za to wykluczone są na pewien czas wizyty u dziadków. I tu bohaterka dowiaduje się pierwszej ważnej rzeczy: wirus przeważnie nie jest bardzo groźny dla dzieci, za to starszym i chorym może poważnie zaszkodzić, dlatego tak istotne jest chronienie bliskich. Ale nie oznacza to, że o dziadkach trzeba zapomnieć: Zuzia rozmawia ze swoimi dzięki komputerom: może ich widzieć, pokazywać im swoje dzieła, opowiadać o dokonaniach i pomysłach - to ważne, żeby utrzymywać kontakt i zapewniać o wzajemnej miłości, jest to potrzebne zarówno starszemu pokoleniu, jak i najmłodszym. Kolejne ważne przesłanie wiąże się z kreatywnymi działaniami. Jeśli nie da się spotykać z koleżankami (i z dziadkami), można stworzyć coś, co zapewni ich o pamięci i uczuciu. Jeśli Zuzia przygotuje piękny obrazek, może go wysłać pocztą do dziadków - a narysowany prezent dla koleżanki po prostu wrzucić do jej skrzynki na listy podczas spaceru z mamą. W ten sposób maluch na pewien czas może zająć się pracą twórczą, rozwijać umiejętności manualne i trochę zmniejszyć rozmiar tęsknoty. Mała Zuzia dowiaduje się też, czym jest home office i dlaczego wtedy nie wolno przeszkadzać mamie - nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by dziecko samo bawiło się w home office i spokojnie pracowało przy swoim małym biurku. To znów pomysł na rozrywkę innego rodzaju. Dzięki temu pandemia i nowa rzeczywistość zamieniają się w wyzwanie, któremu można sprostać. Zuzia przekonuje się na własnej skórze, że nie jest tak strasznie - i taką wersję da się spokojnie przekazać małym odbiorcom. Ilustracjami - ważną częścią całej serii - zajęła się Janina Görrissen. Nie modyfikuje w żaden sposób wizerunku Zuzi, proponuje to, do czego odbiorcy są przyzwyczajeni - nie zmusza ich do zmian w ocenach. Tworzy jednak warstwę graficzną, która zajmuje istotne miejsce w publikacji zeszytowej.

wtorek, 1 grudnia 2020

Anca Sturm: Magiczny Ekspres

Media Rodzina, Poznań 2020.

Czarowanie

Po Harrym Potterze nikogo nie będzie dziwić popularność powieści fantasy wiążących się z powstawaniem coraz to nowych szkół dla młodych magów. I w „Magicznym Ekspresie” dzieje się tak samo. Oto wynalazca i magik, który stworzył szkołę marzeń, szkołę, w której można spokojnie podróżować i zwiedzać świat, a jednocześnie zdobywać wiedzę – ale zupełnie inaczej niż do tej pory. Magiczny Ekspres to bowiem pociąg z internatem. Młodzi ludzie nie znajdą się na nim, jeśli nie otrzymają specjalnego zaproszenia. Zaproszenia dotrą wyłącznie do wybranych i do tych, których umiejętności wykraczają ponad przeciętne. To oznacza, że szkoła dal małych geniuszy będzie budziła zainteresowanie i kusiła dzieci. Odbiorcy o Magicznym Ekspresie dowiedzą się dzięki Flinn, dziewczynce, która ma niedookreślone w kwestii płci imię, a ponadto – nosi męskie ubrania, przez co wszyscy zastanawiają się, czy jest dziewczyną, czy chłopcem (co dla Flinn jest raczej frustrujące). Flinn pewnego dnia trafia do magicznego pociągu, chociaż nie ma pojęcia o takiej szkole i nie zamierzała tu kontynuować nauki. Jednak jej najstarszy przyrodni brat, którego bohaterka uwielbiała, prawdopodobnie uczył się kiedyś w tej szkole w pociągu. Teraz słuch po nim zaginął, a Flinn tęskni. Ponieważ nikt inny nie spieszy się z wyjaśnieniami co do losów Jontego, Flinn postanawia rozwiązać zagadkę. Nawet jeśli oznaczałoby to mnóstwo wyrzeczeń i także niebezpieczeństw. Ale bez tego nie byłoby przecież przygody, a na tym zależy najbardziej dzieciom, które będą śledzić tę historię.

Początkowo wydaje się, że Anca Sturm zechce bardzo dokładnie wprowadzać czytelników w świat Ekspresu: jeszcze przed lekturą pojawia się dokładna rozpiska co do zawartości i przeznaczenia poszczególnych wagonów pociągu (a jest ich ponad dwadzieścia). To po to, żeby dzieci mogły wyobrażać sobie miejsce akcji. Chociaż i tak bohaterom wydaje się to miejsce komfortowe – dobrze się czują, a przynajmniej nie mają problemu z zaadaptowaniem się do panujących warunków. Zresztą miejsce nie może odgrywać większej roli przy budowaniu akcji – bardziej liczą się relacje międzyludzkie i to, jak pedagodzy traktują swoich wychowanków. Flinn od pierwszego momentu w pociągu przekonuje się, że wśród nauczycieli są ekscentrycy: między innymi kobieta, która nie potrafi zapamiętać personaliów uczniów. Stopniowo będzie też odkrywać inne tajemnice związane z Magicznym Ekspresem. Anca Sturm rezygnuje z typowego dla szkół magicznych rozwoju opowieści: nie ma tu etapu szkoleniowego, części rozbiegowej, przed właściwą narracją – Flinn, która trafia do jeżdżącej szkoły, od razu musi wstrzelić się w sytuację. Jest skazana na siebie i własne umiejętności, także jeśli chodzi o dostęp do tajnych najwyraźniej wiadomości. Historia Jontego dodaje jej sił, ale pokazuje też, że trzeba nie lada determinacji i odwagi, żeby odnaleźć się w tej społeczności. Co ciekawe, bohaterowie dzielą się na różne grupy, nie wszyscy należą do wybitnych magów, wstęp do pociągu mają też inni, niekoniecznie najlepsi. I to jedna z niespodzianek, jakie autorka będzie rozwiązywać w tym tekście.

Smerfy na letnisku

Egmont, Warszawa 2020.

Odpoczynek

Smerfy to bohaterowie uniwersalni, podobają się wszystkim, niezależnie od wieku - i przekonują maluchy z kolejnych pokoleń. Niebieskie stworki, w których kreacji ważne jest - niezależnie od autorów scenariuszy kontynuujących dzieło Peyo - poczucie humoru i łączenie zabawy oraz zagrożenia ze strony Gargamela i jego kota, Klakiera, budzą zaufanie nie tylko w kreskówkach. Fanom Smerfów przypadną do gustu także komiksy - możliwość samodzielnego śledzenia atrakcyjnych przygód, zwykle bardziej nawet skomplikowanych niż w telewizyjnych odcinkach pierwszej serii. "Smerfy na letnisku" to jedna z tych propozycji w serii, która łączy śmiech i strach w dobrych proporcjach - z naciskiem na tę pierwszą reakcję, ale też z dynamizującymi całość elementami. W końcu nie może być dobrej fabuły bez polującego na niebieskie istotki czarownika, któremu nigdy nie udaje się zamiar zjedzenia Smerfów.

Tomik "Smerfy na letnisku" charakteryzuje się przede wszystkim wyborem bohatera z drugiego planu. Tym razem historia opiera się na działaniach Pracusia, Smerfa zwykle nieciekawego z perspektywy najmłodszych, chociaż bez którego nie dałoby się w wiosce wytrzymać. Pracuś zawsze coś buduje, naprawia, wymyśla, kombinuje, jak ulepszyć codzienność i zwolnić Smerfy z wykonywania najbardziej nielubianych obowiązków. Pracuś to wynalazca, konstruktor i monter w jednym - jest w stanie zrobić coś dla każdego mieszkańca Wioski Smerfów. Jego nieograniczona wyobraźnia i równie wielkie możliwości w działaniu to gwarancja sukcesów. I rzeczywiście Pracuś cieszy się wśród Smerfów poważaniem, jest bohaterem, który nigdy nie zostaje wyśmiany (w odróżnieniu od Marudy, Ważniaka czy Zgrywusa). Jego cecha nadrzędna po prostu nie nadaje się do skarykaturalizowania - co wszyscy przyjmują z pełną naturalnością. Jednak Pracuś na początku książki "Smerfy na letnisku" przekonuje się, że nie zawsze opłaca się być jedynym fachowcem w okolicy. Na potęgę psują się sprzęty, z których Smerfy korzystają na co dzień, każdy ma uwagi do wynalazków, potrzebuje jakiejś maszyny lub udoskonaleń. Oczywiście żaden ze Smerfów nie zamierza nawet zastanowić się nad tym, czy mógłby samodzielnie coś zmienić - to domena Pracusia i nie powinno się ingerować w jego propozycje. Dlatego też Pracuś w końcu nie wytrzymuje: chce uciec jak najdalej od Smerfów i ich pretensji, ich pomysłów i komentarzy. Za zgodą Papy Smerfa wybiera się na letnisko. Zna miejsce, które idealnie nadaje się na wypoczynek - można tam urządzić biwak, a nawet spokojnie spędzić kilka dni w otoczeniu przyrody. Pracuś - jak to Pracuś - natychmiast stwarza sobie idealne warunki do mieszkania, buduje szałas i przygotowuje zestaw udogodnień. A to już pomysł, którego mogą mu pozazdrościć wszystkie Smerfy. Nagle każdy czuje wielką potrzebę odpoczynku od codziennych obowiązków i gwaru. Inni w wiosce mogą przecież na moment zająć się cudzymi obowiązkami. A na letnisku Pracuś dwoi się i troi, żeby zapewnić wszystkim możliwości wypoczynku.

Jest to komiks ładnie zbudowany na tym motywie, gęsty w treści i dowcipny. Może się spodobać najmłodszym i przekonać ich do cyklu. Smerfy dają się tu poznać przeważnie z najbardziej marudnej strony, ale to właśnie może przekonać dzieci. Komiks klasyczny, przyjemny i atrakcyjny dla maluchów - udowodni, że lektury bywają lepsze niż kreskówki.