* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 17 października 2020

Irene Marienborg: Pola mówi: dzidziuś!

Media Rodzina, Poznań 2020.

Nowy członek rodziny

Ten temat jest bardzo stary i w literaturze czwartej pojawia się często – zwłaszcza w seriach, które mają przygotować najmłodszych do czegoś związanego ze zwyczajnym życiem. Pojawienie się w domu młodszego brata albo siostry to bowiem wydarzenie w codzienności każdego kilkulatka porównywalne do trzęsienia ziemi. Każde dziecko ma jakieś związane z tym obawy oraz nadzieje, każde też od rodziców słyszy pewną wersję wydarzeń. Jednak rodzice mają to do siebie, że czasami ubarwiają rzeczywistość – znacznie lepiej jest uwierzyć obcym autorom książeczek, bo ci na pewno nie okłamią. I tak tomiki dotyczące posiadania młodszego rodzeństwa oswajają z zagadnieniem na różne sposoby. U Irene Marienborg wszystko toczy się zwyczajnym trybem. Na początku autorka przedstawia małą Polę, bohaterkę całej serii tomików obrazkowych. Pola obserwuje mamę, która ma coraz większy brzuch i coraz więcej odpoczywa. Chociaż dalej spędza czas z córką, częściej jest zmęczona i potrzebuje przerwy. Rodzice tłumaczą bohaterce, że będzie miała rodzeństwo – i od tej pory Pola zastanawia się, co zmieni się w domu. Pyta, czy dziecko będzie wielkości ziarenka grochu, zastanawia się także nad tym, co zrobi jako starsza siostra. Nawet dobrze przyjmuje wiadomość – nie ma co narzekać na jej zachowanie, Irene Marienborg portretuje właściwie miłą dziewczynkę. Ale nawet Pola-wzór ma swoje obawy: największe wtedy, kiedy dowiaduje się, że będzie miała siostrę. Przecież w domu już jest jedna mała dziewczynka: Pola nie wie, z czego miałaby się cieszyć, bo konkurencja na pewno nie jest powodem do radości. Rodzice raczej nie zauważają jej zmartwień. A kiedy mama wraca ze szpitala z zawiniątkiem, Pola szybko przekonuje się, że dla znajomych dorosłych jest już niewidzialna: wszyscy zachwycają się niemowlakiem i przynoszą mu prezenty, wszyscy wpadają, żeby odwiedzić siostrę Poli, a o samej Poli nie pamiętają. To oczywiście drobny wyrzut w stronę dorosłych, jednak udaje się zaradzić sytuacji: Pola wciąż jest potrzebna, a nawet niezbędna rodzicom: gdyby nie ona, nie udałoby się uspokoić płaczącego niemowlęcia. I tak Pola przekonuje się, że bycie starszą siostrą to świetna sprawa – a odbiorcy mogą odetchnąć z ulgą.

„Pola mówi: dzidziuś” to kolejna publikacja w cyklu Irene Marienborg. Publikacja w duchu klasyczna, w realizacji – niezbyt naiwna i dobrze przygotowana, także pod kątem fabularnym. W rysunkach Pola ma wielką głowę, autorka dobrze operuje dysproporcjami między częściami ciała bohaterów, ale także między światem dorosłych i dzieci. Ilustracje budzą ciekawość – są momentami nieco naiwne, jakby dziecięce w kresce, ale bardzo precyzyjne i pokazujące to, co najważniejsze w opowieści. Pola jako bohaterka albo przyciąga na nich uwagę, albo staje się punktem wyjścia do obserwacji – wtedy widać świat z jej perspektywy. Irene Marienborg w tekście jest precyzyjna, pisze z pomysłem, a do tego – wie, co chce osiągnąć. Nie zamierza tracić czasu na jałowe przekonywanie dzieci do czegoś, co nie ma znaczenia. Pokazuje im za to, co może się zdarzyć – w wersji, która nie przeraża, a pozwala działać.

piątek, 16 października 2020

Zofia Turowska: Osiecka. Nikomu nie żal pięknych kobiet

Marginesy, Warszawa 2020.

Układanka

Zofia Turowska ma zadanie z jednej strony bardzo łatwe, z drugiej – ekstremalnie trudne. Agnieszka Osiecka należy bowiem do autorek, które obficie dzieliły się z czytelnikami swoimi przemyśleniami, a także inspirowały kolejnych badaczy. „Osiecka. Nikomu nie żal pięknych kobiet” to kolejna na rynku – i pisana z pozycji fanki – delikatna opowieść o poetce, ni to biografia, ni to przegląd ważniejszych doświadczeń. Trudność zadania, jakie postawiła przed sobą Zofia Turowska polega zatem na konieczności przebrnięcia przynajmniej przez autobiograficzne zapiski. Łatwość – bo Agnieszka o sobie pisze sama, a w opowieści o niej – wystarczy jej nie przeszkadzać, żeby zdobyć pewną historię. Autorka tomu dodaje tu czasami wyznania Agaty Passent, czasami sięga po opinie tych, którzy Osiecką znali i często z nią przebywali, ale unika tematów wielokrotnie opracowywanych i przedstawianych niemal w każdej książce. Wyraźnie nie chce pisać o alkoholizmie – napomyka o nim, ale nigdy nie czyni tematem nadrzędnym w rozdziałach, tak samo zresztą jak w przypadku relacji z mężczyznami: analizuje Turowska znaczenie Marka Hłaski w życiu Agnieszki Osieckiej, wymienia mężów – ale później już przestaje tropić kolejne miłostki, nie o to zresztą jej chodzi. Chce pokazać Agnieszkę przez jej twórczość, a i to przez twórczość wybraną, wartościową i ocaloną, a nie przez nieznane nikomu zapiski. „Osiecka. Nikomu nie żal pięknych kobiet” to zatem przypomnienie poetki, jej skomplikowanych losów, jej psychiki i jej relacji z innymi ludźmi – bo to Zofię Turowską najbardziej intryguje.

Tworzą tę publikację bardzo obszerne cytaty z dzienników Agnieszki Osieckiej, fragmenty piosenek lub powieści, ale nawet krótkie wyimki z dokumentów (podanie o przyjęcie na reżyserię). Zofia Turowska nie chce przeszkadzać czytelnikom w obcowaniu z Osiecką, pragnie, żeby wszyscy poznawali ją na jej własnych zasadach, ucieka od komentowania tego, co poetka mówi o sobie sama. Nie wtrąca się, gdy w grę wchodzą relacje intymne i poznawanie własnej psychiki, nie wtrąca się, gdy Osiecka popada w naiwności albo widzi siebie inaczej niż otoczenie. Czasami korzysta z opowieści Maryli Rodowicz, przeplata je komentarzami innych artystów, ale nie szuka wszystkich i nie próbuje dotrzeć do sedna każdego kontaktu – raczej dba o uchwycenie niezwykłości Agnieszki Osieckiej. Nie jest ten tom typową biografią ani zestawem wspomnień, raczej – przypomnieniem, ulotnym i fragmentarycznym. Osiecka jawi się tutaj jako barwny ptak, którego nikt nie potrafił zdefiniować i Zofia Turowska wcale nie zamierza niszczyć tego mitu. To książka złożona z fragmentów, w sam raz na pierwszy kontakt z biografią Osieckiej, raczej nie dla tych, którzy śledzili jej twórczość oraz perypetie życiowe – chyba że ktoś zamierza odświeżyć sobie dawne informacje i potrzebuje skryptu, tomu-pigułki z wiadomościami albo z przemyśleniami Osieckiej. Zofia Turowska pozwala Agnieszce mówić o sobie – i nie chce się wtrącać. Wie, że z takiego działania nie udałoby się jej uzyskać portretu wychwalającego Osiecką, a na takim efekcie najbardziej jej zależy. To zatem książka dla idealistek i dla tych, którzy dopiero odkrywają urok piosenkowych evergreenów.

czwartek, 15 października 2020

Megan McDonald: Hania Humorek ratuje świat!

Harperkids, Warszawa 2020.

Plasterek na świat

Hania Humorek to dziewczynka bardzo ambitna. Zwykle chce prześcigać w osiągnięciach swoich rówieśników oraz młodszego brata. Megan McDonald wykazuje się tutaj dobrym zmysłem obserwacji: bohaterka jej popularnego cyklu zachowuje się jak typowa kilkulatka – pcha się do działania, naśladując wszystkich wokół. Dzięki temu próbuje ciągle nowych rzeczy i może się przekonać, w czym jest naprawdę dobra. Tom trzeci serii, która podbiła serca maluchów (a liczy sobie już dwie dekady i sporą liczbę publikacji) wraca na rynek. To sposób na zainteresowanie dzieci tematem ochrony środowiska. Oto bowiem Hania Humorek angażuje się w akcje związane z ratowaniem planety. Nie od razu – najpierw chce wygrać konkurs na najciekawszy projekt plastra opatrunkowego dla dzieci. Rywalizuje z nią Smrodek.

Kiedy Hania Humorek zainteresuje się jakimś tematem, poświęca wszystkie siły, żeby go zrealizować. Jej postawa charakteryzuje się przesadą – bez względu na rodzaj zagadnienia. W tym wypadku Megan McDonald wykorzystuje entuzjazm małej dziewczynki, żeby wszczepić odbiorcom przekonanie, że nawet najmłodsi mogą dążyć do uratowania świata. Oczywiście Hania dość mocno ingeruje w wybory swoich kolegów – nawet chowa wszystkim ołówki, jako znak protestu przeciwko niszczeniu drzew. Na szczęście nauczyciele wiedzą, jak skanalizować pomysły dziewczynki tak, żeby wszyscy na tym skorzystali i żeby Hania Humorek nabrała przekonania, że jej działania przynoszą efekt. Od tej pory cała szkoła może realizować wytyczne związane ze zbieraniem surowców wtórnych, a Hania zapracowuje na tytuł, którego tak potrzebowała. Jak zwykle u Magan McDonald akcja jest tu dynamiczna. Autorka nie tylko wprowadza podpowiedzi i wskazówki dla pedagogów czy animatorów i rodziców – pokazuje, jak nauczyć najmłodszych ekologicznych zachowań i jak wyrobić w nich odruchy, które zaprocentują w przyszłości – naśladowanie ulubionej bohaterki to najprostsza metoda wpojenia maluchom prawidłowych reakcji. Megan McDonald pokazuje dzieciom, że dużo od nich zależy, że da się troszczyć o przyrodę i o Ziemię nawet wtedy, gdy jest się „tylko” kilkulatkiem. Hania nie kalkuluje, nie zastanawia się, jak brać sprawy w swoje ręce – po prostu rzuca się w wir wydarzeń i ma to szczęście, że dorośli wokół niej są w stanie coś podpowiedzieć. Ta bohaterka daje przykład odbiorcom – i sprawia, że dzieci nie będą miały czasu na nudę. Każdy chce być jak Hania Humorek, przynajmniej w zakresie codziennych rozrywek – a dbanie o planetę wpisuje się w ten nurt, w takim ujęciu, jakie przedstawia Megan McDonald.

Autorka nie zapomina też o poczuciu humoru swoich odbiorców. Ucieszy dzieci nie tylko akcją, ale również zabawami słownymi. Hania i jej przyjaciele przekręcają wyrazy – coś, co dorosłym nie wydałoby się zbyt atrakcyjnym zabiegiem, rozśmieszy najmłodszych i staje się wyznacznikiem serii. Hania Humorek to bohaterka, która uniemożliwia nudzenie się przy lekturze.

środa, 14 października 2020

John Carreyrou: Zła krew

Marginesy, Warszawa 2020.

Chciwość

John Carreyrou jest dziennikarzem śledczym, który zaczął się rozglądać za ciekawym problemem do opisania – i trafił na historię pewnego start-upu o bardzo dziwnej przeszłości i z wielkimi aspiracjami założycielki, a także - z bezwzględnym uciszaniem wszystkich byłych pracowników próbujących ostrzec przed produktem. „Zła krew” to reportaż, który momentami przeraża, jest bowiem pokazem ludzkiej chciwości i bezwzględności, a do tego i bezmyślności – zachwalany produkt – rzekomy wynalazek – mógł doprowadzić do wielu problemów zdrowotnych ludzi, którzy zaufaliby akcjom marketingowym. Oto Elizabeth, niechlubna bohaterka książki. Elizabeth chce być kolejnym Jobsem, rezygnuje ze studiów, żeby móc poświęcić się firmie. Pracuje nad maleńkim urządzeniem do badania krwi. Ma pomysły na kampanie reklamowe i na przeznaczenie produktu: wie, że ludzi przekona hasło „wystarczy jedna kropla”, zresztą dąży do tego, żeby z jednej małej kropli krwi dało się w warunkach domowych i na co dzień odczytać jak najwięcej informacji o stanie zdrowia człowieka. To coś w sam raz dla tych, którzy muszą regularnie kontrolować pewne wartości i poziomy różnych substancji we krwi, a nie chcą spędzać czasu na badaniach – urządzenie od Elizabeth ma być proste, skuteczne, tanie i łatwo dostępne. Idee niezłe, jednak szybko okazuje się, że firma nie ma możliwości, żeby dorównać założeniom i marzeniom. To, co powstaje, nie tylko nie spełnia pokładanych oczekiwań, ale również podaje zafałszowane wyniki, co może przyczynić się do pogorszenia zdrowia użytkowników. Wiadomo, że urządzenie nie działa tak, jak powinno. Wprowadzone na rynek zostaje zbyt szybko, reklamowane agresywnie – a ci, którzy chcą wyjawić prawdę, zderzają się z prawnikami firmy i nie mają szans na dotarcie do opinii publicznej. Elizabeth nie poczuwa się do winy, przeciwnie: prze do przodu i liczy na finansowy sukces. W dalszym ciągu zamierza produkować wadliwe urządzenie i sprzedawać je potrzebującym pomocy medycznej. Nie przejmuje się ocenami fachowców, a od swoich pracowników żąda bezwzględnego posłuszeństwa.

Jakby problemów było mało, Elizabeth nie nadaje się na wizjonerkę i szefową. Traktuje ludzi z góry, zwalnia wszystkich, których (nawet bezpodstawnie) podejrzewa o nielojalność, uprawia nepotyzm i mobbing. W tym ujęciu staje się najgorszą szefową – nie ma dla niej znaczenia, co sądzą o niej inni ludzie. Liczy na to, że uda jej się długo tuszować kłamstwa i czerpać zyski z czegoś, co nigdy nie powinno trafić na rynek. Kiedy autor tomu nie zajmuje się podawaniem technicznych danych i szukaniem wytłumaczeń, dlaczego urządzenie nie działa, jak powinno, skupia się na emocjach wyzwalanych przez Elizabeth. Cała sprawa wydaje się wyczerpująca nie tylko pod kątem intelektualnym – autor w pewnym momencie przechodzi na analizowanie procesu zbierania materiałów, wtedy bowiem przekonuje się na własnej skórze, co potrafią prawnicy firmy i jak wzbudzają strach w jego informatorach. „Zła krew” to książka, która pokazuje bezwzględność w walce o niezasłużone bogactwo.

wtorek, 13 października 2020

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, Joanna Sokolińska: Rodziny himalaistów

W.A.B., Warszawa 2020.

Ci, którzy zostają

Boom na literaturę górską sprawił, że autorzy książek szukają tematów także poza drogami na szczyty. Bo chociaż towarzyszenie wspinaczom w ekstremalnych wyprawach i rejestrowanie każdej komplikacji ma swój urok i wielu odbiorcom zwyczajnie się podoba, do szerokiego grona publiczności można dotrzeć przede wszystkim dzięki akcentowaniu normalności. Zwykłych czytelników nie interesują nazwy, trasy ani szczegóły techniczne – zwykli czytelnicy potrzebują emocji zrozumiałych dla każdego i pod każdą szerokością geograficzną. Tych emocji szukają w wyznaniach wspinaczy – i w lekturach wokół tego tematu. „Rodziny himalaistów” to książka-dopowiedzenie, informacja o tym, co w biografiach czy relacjach ze zdobywania szczytów zostaje zepchnięte na margines. O tym, co dzieje się z członkami rodziny: żonami i dziećmi, które najpierw muszą sobie radzić same, gdy mąż i ojciec wyjeżdża na dalekie i niebezpieczne wyprawy, a później… zostają same, gdy koledzy wspinacza (a dzisiaj coraz częściej media) przynoszą wiadomość o jego tragicznej śmierci. Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin i Joanna Sokolińska wybierają niełatwe zagadnienie – i pokazują, jak do tematu utraty podchodzą bliscy wspinaczy.

Dziewięć rozdziałów – śmierci więcej, bo czasami autorki odnoszą się do kilku dramatów podczas jednej wyprawy. Za każdym razem zestawiają pasję i potrzebę przygody z cierpieniem rodzin. Za każdym razem starają się wypytać członków rodziny (zwłaszcza dzieci, które czasem nawet nie pamiętają zbyt dobrze ojców) o to, czy mają żal, czy raczej rozumieją podążanie za głosem serca. Budują krótkie portrety, sprawdzają, kto miał przeczucia, kto nie zwracał uwagi na konieczność ciągłych rozstań i kto w ogóle nie nadawał się do rodzinnego życia. Rejestrują też przemiany – bo przecież ten, kto wraca z gór, zawsze wydaje się inny niż przed eskapadą. Wreszcie dochodzi do motywu upamiętniania bliskich, którzy zostali w górach na zawsze – każdy ma na to inny sposób. „Rodziny himalaistów” to migawki z życia – próby uchwycenia szczątków normalności tam, gdzie o normalności mowy być nie mogło. Zdarza się, że autorki sięgają do spraw sprzed dekad, ale też do tych najnowszych, które poruszały opinię publiczną i trochę przyczyniły się do budzenia zainteresowania literaturą górską oraz osiągnięciami himalaistów. Można się zastanawiać, czy tom jest poszukiwaniem ludzkiego cierpienia i nieszczęścia, ale można też potraktować go jako ciekawe dopowiedzenie do prawdziwej pasji. Skrzydłowska-Kalukin oraz Sokolińska skupiają się na odwrotnej stronie wielkich sukcesów i równie wielkich porażek kosztujących życie – dla nich ważni są ci, którzy nie słyszą zewu gór i nie próbują nawet podążać za bliskimi. To temat, który istotny będzie zwłaszcza dla czytelników z krytycyzmem śledzących kolejne biografie wspinaczy czy zachwyty nad sukcesami w wysokich górach – wszystko bowiem ma swoją cenę i może funkcjonować, dopóki ma się szczęście i nie przegra z warunkami w ścianie. „Rodziny himalaistów” to bolesne przypomnienie o kruchości ludzkiego życia i o potędze marzeń – których zdrowy rozsądek nie przekreśla.

poniedziałek, 12 października 2020

Jarosław Kaczmarek: Siatkówka. Mistrzowska gra

HarperCollins, Warszawa 2020.

Dla kibiców

Jarosław Kaczmarek prowadzi swoje sportowe gawędy tak, żeby zachęcić maluchy do kibicowania i żeby wytłumaczyć im, na czym polega piękno różnych dyscyplin. W tomie „Siatkówka. Mistrzowska gra” kieruje się jednak nie tylko do dzieci. Rezygnuje z narracji, w którą wplatałby naiwne pytania wyimaginowanych lub prawdziwych kilkulatków, pozwala sobie na sięganie po teksty komentatorów i jedynym śladem przystosowania tomu do lektury przez młodych czytelników jest tu nierozwijanie trudnych tematów związanych ze śmiercią znanych postaci ze świata siatkówki (czy unikanie konfliktów w PZPS; za to pokazuje konflikt z Piotrem Gabrychem). Trochę brakuje systematyczności w opowiadaniu o konkretnych pozycjach i o rolach na boisku – ale autor stawia jednak nie na kompendium wiedzy o siatkówce, a na ciekawą historię dla odbiorców. Najpierw zajmuje się prezentowaniem reguł i zmianami, jakie zachodziły w tym sporcie jeszcze niedawno (między innymi kwestią liczby punktów, które trzeba zdobyć, żeby wygrać set), niektóre nowsze tematy traktuje jednak jak oczywistości (możliwość sprawdzania spornych sytuacji). Spieszy się, żeby móc przejść do opowieści o polskich sukcesach siatkarskich – i tutaj nie zamierza prowadzić historii chronologicznie. W ogóle Jarosław Kaczmarek koncentruje się na wybieraniu ciekawostek, na szukaniu drobiazgów, które będą definiowały poszczególne postacie z siatkarskiego świata, a nie na kompletowaniu wiadomości.

Najpierw – narodowa duma. Drużyna, która zaczyna wyrastać na idoli, sięga po najwyższe trofea, aż w końcu zdobywa tytuł mistrza świata. Chwile wzruszenia, wielkie przeżycia sportowe, które kibice siatkarscy z chęcią sobie przypomną. Chwilę później Jarosław Kaczmarek opisuje zwycięstwa „Złotek”, czyli kobiecej reprezentacji pod wodzą Andrzeja Niemczyka (temat zmiany trenera i jego choroby porzuca). Dopiero po takiej prezentacji osiągnięć z ostatnich lat przeskakuje wstecz, do drużyny Wagnera. Żeby uświadomić odbiorcom, ile emocji może dostarczyć siatkarski mecz, streszcza akcję z końcówki tie-breaka w rozgrywkach grupowych Ligi Mistrzów. Wiadomo, że takie scenki można znaleźć bez trudu w rozmaitych meczach, autorowi ułatwia to wyjaśnianie, dlaczego siatkówka jest tak pięknym sportem. W opowieści o mistrzach przedstawia Kaczmarek Agatę Mróz i Arka Gołasia, próbuje też stworzyć efemeryczne siatkarskie mapy Polski – jest to tyle trudne, że sytuacja dość często się zmienia. Autor musi wybierać z olbrzymiego materiału, szkoda, że w prezentowaniu zachowań kibiców nie napisał o pierwszych moderatorach dopingu, bo przecież to w budowaniu zainteresowania tym akurat sportem odgrywało sporą rolę. Jednak nie obiecywał, że stworzy podręcznik wiedzy na temat siatkówki w Polsce w ostatnich latach – dlatego też można mu darować pewne przemilczenia. I cieszyć się powrotem do najpiękniejszych scen w historii tego sportu. „Siatkówka. Mistrzowska gra” to kolejna publikacja prezentująca ciekawostki i wybrane fakty z boisk – fani na pewno ucieszą się z takiego przypomnienia.

niedziela, 11 października 2020

Jeffrey Archer: Nic bez ryzyka

Rebis, Poznań 2020.

Klasyczne tony

„To nie jest powieść detektywistyczna, to jest opowieść o detektywie” – te słowa otwierają tom „Nic bez ryzyka” i automatycznie wyznaczają sposób lektury, nie liczy się bowiem pomysł na śledztwa, a sam bohater – William Warwick. Nie jest to nazwisko obce czytelnikom Jeffreya Archera, a teraz nadarza się okazja, żeby przedstawić losy mężczyzny – od momentu wkroczenia przez niego w dorosłość. Oto William musi stawić czoła ojcu, który pragnie uczynić z syna swojego następcę w kancelarii adwokackiej. Młody człowiek bardzo dobrze przygotowuje się do tego starcia, potyczki na argumenty. Wie, że z ojcem może sobie poradzić, gorzej będzie z matką. Rodzice jednak nie trwają ślepo przy swoich propozycjach i już wkrótce Warwick będzie mógł wstąpić na drogę realizowania marzeń. Scotland Yard to miejsce, w którym każdy chciałby zaczynać. Bohater dostaje do rozwiązania zagadkę zniknięcia cennego obrazu – ale nie jest to jedyne zadanie, z jakim będzie się mierzyć. Żeby urozmaicić jego życie osobiste, Archer proponuje jeszcze perypetie natury sercowej i wprowadza szereg emocji, które mocno komplikują sytuację. William Warwick szuka zatem sposobu na poznanie sekretu i rozwiązanie sprawy – ale też usiłuje przekonać do siebie innych i realizować własne cele. „Nic bez ryzyka” staje się zatem historią wielowymiarową.

A jednocześnie jest to historia mocno klasyczna w tonie. Wydaje się, że autor celowo ucieka od świata brudu i klimatów noir: chce, żeby jego bohater funkcjonował w przestrzeni w najgorszym razie dżentelmeńskiej, żeby nie mierzył się na co dzień z problemami ulicy. Wyższe sfery, nawet gdyby Archer chciał się od tego odżegnać, przebijają się już na poziomie języka czy narracji. Dystyngowane rozmowy, pełne uprzejmości, niedzisiejsze – to sposób na przeskoczenie praw rynku. Archer szuka uniwersalności, w klimacie książki upatruje szansy na zwrócenie uwagi czytelników. Ta powieść trafi to tych odbiorców, którzy zaczytują się w przygodach Holmesa czy retrohistoriach. Co ważne, autor nie zajmuje się precyzyjnym odtwarzaniem realiów – nie tworzy w końcu książki historycznej, zależy mu na tym, żeby rzeczywistość sama się komentowała przez obserwowanie bohaterów w akcji. Dba o szczegóły, przedstawia czytelnikom jak najwięcej danych, po to, żeby móc skonfrontować z nimi Williama. To od zachowania postaci będzie zależało, czy czytelnicy wciągną się w fabułę – i czy będą chcieli sprawdzać, jak potoczą się losy Warwicka. Przyznać trzeba, że Archer wykorzystuje dość nietypowy sposób na wzbudzenie zainteresowania nową serią: tu całość spaja nie intryga, a postać nietuzinkowa. „Nic bez ryzyka” to książka rozrywkowa, w której na pierwszy plan wybija się strona literacka, dopracowanie języka i gestów bohaterów – inaczej niż w literaturze sensacyjnej, która wyparła niemal powieść detektywistyczną z rynku. Jeffrey Archer odgrzebuje zatem reguły gatunku, który miał być już spisany na straty.