* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 czerwca 2024

Roblox. Nieoficjalny niezbędnik gracza

Harperkids, Warszawa 2024.

Przewodnik

Niektórym może się wydawać trudne poruszanie się w świecie gier komputerowych. Inni potraktują tę publikację jako sposób na przypomnienie o tym, że w internecie istnieje Roblox i że można tu – niezależnie od wieku – znaleźć coś dla siebie. „Roblox. Nieoficjalny niezbędnik gracza” to duża i kolorowa publikacja. Co roku zresztą doczekuje się kolejnej edycji – autorzy decydują się tu na podzielenie się własnymi spostrzeżeniami i toplistami. Nie tworzą przewodników gry, nie podpowiadają, jak uzyskać najlepsze efekty, za to skupiają się na tym, żeby gry nie prowadziły do frustracji – wśród wskazówek dla odbiorców i graczy zawsze znajdują miejsce na to, żeby przypomnieć, że gry są tylko rozrywką i metodą na miłe spędzenie czasu, a nie powinny być traktowane za bardzo poważnie.

Rozrywkę można dopasowywać do własnych potrzeb i upodobań, w zależności od wieku, umiejętności albo zwyczajnie – ochoty. Do dyspozycji mają tu gracze rozmaite symulatory i zręcznościówki, wyścigi i gry, w których kreuje się własne skórki. Są gry, w których trzeba się opiekować zwierzętami (albo wręcz krzyżować je, żeby powstawały nowe gatunki). Są takie, w których najwięcej frajdy dostarczają samochody. W świecie Roblox możliwości jest niezliczenie wiele – a autorzy przypominają, że wybrali najciekawsze i z ich perspektywy najbardziej grywalne tytuły.

Z reguły każdy rozdział to top 5 – zestaw najlepszych wyborów – ale nie oznacza to, że każdy tytuł będzie przedstawiony w jednoakapitowym komentarzu, zdarza się bowiem, że podpowiedzi zajmują nieco więcej miejsca i pojawią się w podwojonej ramce. Jest też pięć podpowiedzi na podsumowanie każdego rozdziału: to bardziej ogólnikowe wskazówki, które uświadamiają odbiorcom, że nie tylko gry są na świecie. Co ważne, tylko jeden tytuł w całym tomie to gra, która wymaga opłaty, cała reszta jest dostępna dla chętnych – wystarczy zatem chęć uczestniczenia w świecie Roblox, żeby móc czerpać radość z elektronicznych rozrywek. Niezdecydowani nie muszą opierać się na opisach, mogą zostać zainspirowani przez ilustracje, screeny z gry. W opisach dotyczących poszczególnych gier wcale nie chodzi o wskazówki dotyczące zdobywania punktów – liczy się raczej satysfakcja, czynnik wyróżniający daną rozgrywkę albo upodobanie do jakiegoś typu elektronicznych zabaw. Warto jednak prześledzić komentarze – są krótkie, więc nie będzie się to wiązało z wielkimi wyzwaniami, a pozwoli czasami na odkrywanie uwag, które mogą być przydatne w spotkaniu z konkretnym tytułem. Bo zdarza się, że autorzy dzielą się jakąś podpowiedzią, komentarzem albo choćby wzmianką, która nakreśli sposób korzystania z platformy.

Na pewno jest to publikacja porządkująca najciekawsze odkrycia – najnowsze – dostępne w ramach Roblox i pomaga w podejmowaniu decyzji. Książka przenosi także grę do tradycyjnych mediów – szerzy wiedzę na temat Robloxa i może być traktowana jako publikacja marketingowa, gadżet do wykorzystania dla fanów. Nie jest to lektura w klasycznym znaczeniu, bardziej przewodnik – zestaw podpowiedzi, co wybrać w nowych mediach.

środa, 24 kwietnia 2024

Sander van der Linden: Fake news

Rebis, Poznań 2024.

Szczepionka

Sander van der Linden skupia się na temacie, który dla dzisiejszych czytelników jest (albo powinien być) ważny: „Fake news” to obszerna książka analizująca zjawisko coraz częstsze w codziennym internetowym życiu. Fake newsy jako zagrożenie trafiły do powszechnej świadomości w czasach pandemii, ale wciąż jeszcze zbyt wielu ludzi daje im wiarę i rozpowszechnia, przyczyniając się do polaryzowania społeczeństwa. Mają ogromny wpływ na egzystencję – mogą przyczyniać się do wygranej lub przegranej kandydatów w wyborach, decydować o kondycji zdrowotnej społeczeństwa lub dużych grup ludzi, ale przede wszystkim zaburzają bezpieczeństwo i prowadzą do utrwalania nieprawdziwych przekonań. Z zabobonami – i pomysłami zakorzenionymi w fake newsach – bardzo trudno walczyć, znacznie lepiej jest znaleźć sposób na zaimpregnowanie ludzkich umysłów, wytworzenie przeciwciał na fake newsy – i do tego właśnie chce w swojej pracy doprowadzić Sander van der Linden. „Fake news” to kompleksowa opowieść o nieprawdziwych wiadomościach zalewających nowe media i funkcjonujących w bańkach. Autor przygląda się technikom ich tworzenia, sprawdza, kto odnosi korzyści przez rozpowszechnianie takich quasi-informacji, pyta o rolę botów i sztucznej inteligencji w tym zjawisku – i przygotowuje odbiorców na zetknięcie z fake newsami. Uprzedza, że bardzo łatwo wpaść w pułapkę, uwierzyć w nieprawdziwe wiadomości i rozpowszechniać je dalej – sensacje zawsze roznoszą się wirusowo, a sprostowania nie mają siły przebicia – to frustrujące, zwłaszcza kiedy działa na szkodę społeczeństwa (a przecież obojętne fake newsy praktycznie dzisiaj nie istnieją: rozpowszechnianie czegoś dla żartu przegrało z chęcią uzyskania korzyści). Co ciekawe, autor unika tłumaczenia zasad wpływu czy perswazji – zdaje sobie sprawę z tego, że mnóstwo jest na rynku poradników poświęconych technikom wywierania wpływu i nie musi powtarzać ich osiągnięć, zwłaszcza że ma bardzo dużo do zaprezentowania czytelnikom. Ale, co ważne – nie tylko od strony teoretycznej. Sander van der Linden to autor, który w ramach swojej pracy zawodowej ma zapobiegać rozprzestrzenianiu się epidemii fałszywych wiadomości różnego rodzaju. Być może żeby ułatwić sobie zadania, zastanawia się nad globalnym uporaniem się z problemem. I w tym celu przystępuje do tworzenia szczepionek różnego rodzaju – jedną z nich jest książka „Fake news”. Drugą – gry komputerowe, jakie autor przygotowuje. W tych grach stosuje charakterystyczne zabiegi pozwalające na uodpornienie zbiorowości przed fałszywymi informacjami – i na utrwalenie przed powrotem do wiary w fake newsy. I kiedy autor przedstawia koncepcję gry, tłumaczy też, dlaczego poszczególne jej składniki są tak ważne. Słowem: uczy czytelników, jak działa jego „szczepionka” na fake newsy. Odwołuje się do chorób i wirusów – bo przecież to przykład, który każdy zrozumie – ale umożliwia też dostrzeżenie psychicznych i psychologicznych aspektów sięgania po fake newsy. Rozkłada temat rozpowszechniania się fake newsów na części pierwsze, a każdą z części osobno prezentuje. To nie jest tylko i wyłącznie komentowanie zjawiska – to rzetelna analiza mechanizmów z nim związanych, prowadząca do uzyskania praktycznych umiejętności. W świecie, który nie istnieje już bez internetu, trudno sobie wyobrazić łatwowierność: warto zatem sięgnąć po książkę „Fake news”, żeby uodpornić się na zjawisko, a przynajmniej pamiętać o nim podczas surfowania po sieci i uchronić się w ten sposób od popełnienia wielu błędów.

niedziela, 21 kwietnia 2024

Jakub Wątor: Influenza. Mroczny świat influencerów

Agora, Warszawa 2024.

Nowotwór internetu

Lista osób występujących w tomie Jakuba Wątora „Influenza. Mroczny świat infuencerów” ciągnie się przez trzy strony, ale warto ją prześledzić, choćby po to, żeby zorientować się, czy zna się jakikolwiek nick lub nazwisko. Kto nie dotarł do mrocznych zakątków internetu i nie kojarzy prezentowanych tu postaci, zainteresuje się sprawami opisywanymi przez Wątora tak samo jak ci czytelnicy, którzy influencerów śledzą. Po prostu „Influenza” to tom bardzo dobrze napisany i przedstawiający dość egzotyczny świat – ciemną stronę internetu. Tu na porządku dziennym są wyzwiska i oskarżenia, seks i przemoc, mocne słowa, używki, patologie i walki. A wszystko to przynosi niewyobrażalne pieniądze. Influencerzy – przynajmniej ci, o których Wątor pisze, potrzebują rozgłosu uzyskiwanego najmniejszym kosztem, przez skandale. Nie powstrzymają się przed niczym, wręcz lubują się w dramach i nakręcaniu agresywnych czy destrukcyjnych zachowań. Demoralizacja to dla nich siła napędowa, a im bardziej kontrowersyjnie – tym lepiej. Internet nie ma jeszcze na początku XXI wieku narzędzi, żeby radzić sobie z patostreamerami, a publiczność kocha wychodzenie poza ogólnie przyjęte standardy. Jakub Wątor zabiera się zatem za odsłanianie afer i mówienie głośno o tym, co do niedawna do nikogo (poza bezpośrednio zainteresowanymi) nie docierało. To woda na młyn dla wszystkich, którzy boją się złego wpływu internetu na najmłodszych – bo do odbiorców patoinfluencerów należą często najmłodsi, uczniowie podstawówek i dawnych gimnazjów, młodsze nastolatki, kompletnie nieodporne na płynące z ekranów treści. Ale nie tym zajmuje się Jakub Wątor – a naświetlaniem środowiska, w którym panuje przyzwolenie na łamanie reguł.

Epatowanie seksem, popularność zdobyta na przygodnych kontaktach seksualnych, ale też walki amatorów imitujące MMA – tak się zaczyna. Narodziny „gwiazd” sieci wiążą się z odejściem od zwyczajności i rutyny, teraz panują nowe zasady: można wszystko i bez żadnych zahamowani. To się sprzeda, to znajdzie odbiorców. Wątor doskonale wie, jak przyciągnąć czytelników: ci już do końca nie odejdą od jego książki. Bo po szokującym wprowadzeniu autor przyjrzy się między innymi zarobkom za ekstremalne zachowania – liczby, jakie podaje (a podaje je często, słusznie uznając, że to wiedza, której odbiorcy zapragną najbardziej), będą dla czytelników niezwiązanych z influencerskim światem astronomiczne. Wątor zagłębia się w relacje między niechlubnymi bohaterami swojego tomu, pokazuje zależności i wzajemne inspiracje czy reakcje na określone zachowania w sieci. Tłumaczy, jak wyglądały początki najsłynniejszych internetowych teamów. I kiedy analizuje kolejne pomysły i biznesowe decyzje, można dojść do wniosku, że influencerzy w rzeczywistości wykazują się olbrzymią kreatywnością i talentami do wykorzystywania trendów. Owszem, często działają na granicy prawa (albo je łamią, co Jakub Wątor pozostawia na finał opowieści), jednak mogą zaimponować pracowitością i zdolnością do podejmowania złotonośnych decyzji. Nie wystarczy nagrać głupiutki filmik i wrzucić go na Tik-Toka – trzeba mieć pomysł na siebie i konsekwentnie go prowadzić, a w międzyczasie jeszcze obserwować, co dzieje się w środowisku, żeby nie wypaść z nurtu. Kto da się zdystansować, straci widzów, czyli pieniądze.

Ale ten sposób zarobkowania, jaki wybierają patoinfluencerzy, wyzwala odruchowy sprzeciw. Jest tu mnóstwo szczegółów, o jakich przeciętni użytkownicy netu nie mieli pojęcia – Jakub Wątor wie, co zrobić, żeby jego książkę czytało się doskonale. „Influenza” to nie tylko pokazanie innego świata, to jego celna i cenna analiza, bogata w fakty i ciekawostki. Wątor dobrze się w tym orientuje, sam zresztą pracuje nad odkrywaniem rozmaitych afer – wie, jak nakreślać relacje. Pisze znakomicie, chociaż temat u niejednego czytelnika wywoła bunt. Jest to pierwsza tak precyzyjna analiza zjawiska groźnego dla najmłodszego pokolenia – i ciekawe, jaką burzę „Influenza” wywoła. Na pewno przyczyni się do rozpowszechnienia wiadomości o środowisku – nie da się obok tej lektury przejść obojętnie.

niedziela, 7 kwietnia 2024

Karol Jachymek: Z nosem w smartfonie. Co nasze dzieci robią w internecie i czy na pewno trzeba się tym martwić?

Agora, Warszawa 2024.

Strach przed uzależnieniem

Karol Jachymek postanawia zwrócić uwagę starszego pokolenia na to, że młodzi niekoniecznie marnują czas, wpatrując się bez przerwy w smartfony - i nie ma sensu ich od tej czynności odrywać. "Z nosem w smartfonie. Co nasze dzieci robią w internecie i czy na pewno trzeba się tym martwić" to poradnik lekko prowokacyjny i zmieniający perspektywę. Autor bierze w obronę nastolatki - zwraca za to uwagę dorosłym, że robią najczęściej to samo, przed czym próbują uchronić swoje pociechy. Z obserwacji i reakcji podczas warsztatów dowiaduje się, że uzależnienie od smartfona może dotykać przedstawicieli różnych pokoleń - ale nie jest wcale naturalną konsekwencją codziennego używania elektronicznych gadżetów. Problemem nie jest ciągłe siedzenie dzieciaków z nosami w smartfonach - problem skrywa się gdzie indziej. W tym, że dorosłym trudno jest sobie wyobrazić, że smartfon przydaje się w wielu dawniej pozainternetowych czynnościach. Dostarcza rozrywki, usprawnia komunikację, pomaga w nauce, pozwala uczestniczyć w ważnych wydarzeniach (lub przynajmniej je obserwować), buduje więzi społeczne (wbrew lękom starszych!) - a to tylko część jego zalet.

Dorośli, którzy widzą dziecko wpatrujące się w ekran smartfona, boją się, że doprowadzi to do upośledzenia relacji społecznych - zapominają, że spora część życia przeniosła się do internetu i dziecko może dzięki temu utrzymywać kontakt ze znajomymi z różnych stron świata. Boją się, że pociecha korzysta z elektroniki dla rozrywki - a przecież sami także potrzebują czasami oderwania od obowiązków i potrafią skakać po kanałach telewizora. Karol Jachymek zamierza przedstawiać czytelnikom zalety korzystania ze smartfonów - owszem, wie, że jest tu sporo pułapek i zagrożeń, ale widzi dużo więcej możliwości i to właśnie je chce podkreślać, żeby przynajmniej trochę złagodzić powody konfliktów.

Nie tylko rodzice w trosce o swoje dzieci chcą ograniczeń w korzystaniu młodych ze smartfonów - ten temat rozgrzewa także nauczycieli. Karol Jachymek podpowiada, jak włączyć korzystanie z mediów elektronicznych w proces zdobywania wiedzy, jak urozmaicić codzienne szkolne zadania na przykład tworzeniem memów albo wspólnym oglądaniem i komentowaniem dokonań vlogerów. I chociaż autor chce pokazywać różne aspekty używania smartfonów (i korzystania z internetu na urządzeniach mobilnych) - nie radzi sobie w jednym temacie. Co pewien czas przerywa wywody wyimaginowanymi dialogami międzypokoleniowymi. To najsłabszy punkt książki: nie dość, że reakcje w dyskusjach są nierealne (za to wymarzone przez autora, żeby podkreślać sensowność jego wskazówek), to jeszcze brzmią bardzo sztucznie.

Karol Jachymek nie zamierza nikogo oskarżać ani przestrzegać, smartfony stały się już nieodłączną częścią życia i nie da się ich wykluczyć (ani ograniczyć ich obecności w życiu młodego człowieka). Warto natomiast dążyć do wzajemnego zrozumienia, sprawdzać, co jest na topie i co emocjonuje młodsze pokolenie - może znajdzie się tutaj też coś dla siebie. "Z nosem w smartfonie" to zatem publikacja stworzona z innej perspektywy i dzięki temu cenna, chociaż w narracji czasem dość naiwna. Jedyne, z czego można by zrezygnować, to statystyki, które już za chwilę - jak często przestrzega autor - stracą na aktualności. Zastanawia za to wybór najbardziej popularnych youtuberów, vlogerów, influencerów itp. - tu warto by zaznaczyć, że to jednak subiektywny ogląd autora, a niekoniecznie obiekt obserwacji całego pokolenia.

sobota, 24 lutego 2024

Dariusz Puzyrkiewicz: Biblia webwritingu. Jak pisać teksty w czasach, gdy sztuczna inteligencja robi to szybciej i nikt ich nie czyta, bo wszyscy wolą wideo

Onepress, Gliwice 2024.

Sprzedaż słów

Bardzo dobre otwarcie zapewnia sobie Dariusz Puzyrkiewicz – w książce „Biblia webwritingu. Jak pisać teksty w czasach, gdy sztuczna inteligencja robi to szybciej i nikt ich nie czyta, bo wszyscy wolą wideo” – w zasadzie już samym tytułem. I nic dziwnego, w końcu kreuje się na specjalistę od copywritingu i tworzenia „klikalnych” tekstów sprzedażowych: wie, co zrobić, żeby przyciągnąć uwagę internautów i tą wiedzą chętnie się dzieli. A ChatGPT stanowi przede wszystkim bodziec do działania: w końcu żeby nie dać się zdystansować sztucznej inteligencji, warto poprawić swój warsztat. Puzyrkiewicz zaznacza, że nie jest polonistą i nie będzie uczyć poprawnego pisania (ech, te stereotypy na temat warsztatu, jaki zdobywają studenci filologii polskiej…), za to nauczy pisania skutecznego – i faktycznie swoją obietnicę realizuje. W „Biblii webwritingu” stawia na praktyczne porady i wskazówki, które dadzą się od razu przekuć na działanie. I chociaż autor kieruje się w tej publikacji do odbiorców, którzy chcą nauczyć się copywritingu z przeznaczeniem do internetu – to jednak może przyciągnąć też publiczność z przeciwnego bieguna – czyli ludzi, którzy chcieliby się znieczulić na sztuczki stosowane przez twórców reklam internetowych. Bo to, co da się wyczuć – mechanizmy, na które najczęściej nabierają się internauci – tu zyskuje całą oprawę. „Jak to jest zrobione” – to jeden z aspektów przygotowywania do webwritingu i jeśli tylko potrafi się wykorzystywać wnioski z lektury po swojemu, można znieczulić się na zabiegi marketingowe z sieci czy zagrania telemarketerów – a to niebagatelna sprawa zwłaszcza w obecnych czasach.

To tekst bardzo strukturalny, jego szkielet mieści się w podsumowaniach rozdziałów – to skrypty i ściągi, hasłowe, ograniczone do niezbędnego minimum, tak, żeby czytelnicy powtórzyli sobie i utrwalili zdobyte wiadomości. Dariusz Puzyrkiewicz rzeczywiście stawia na przejrzystość i uporządkowanie wywodu, posługując się czasem – dyskretnie – chwytami, które proponuje. Odczarowuje clickbaity – zwraca uwagę na elementy, które zwyczajnie są skuteczne w zalewie internetowych wiadomości i które warto wykorzystywać – nie będzie to oznaczało nadprodukcji kolejnych pustych artykułów, bo jednak autor przekonuje, że należy wypełniać je treścią. I cierpliwie tłumaczy różnicę między podawaniem informacji a budowaniem opowieści. Storytelling w jego wykonaniu urzeka – i jednocześnie kusi. Puzyrkiewicz wydobywa bowiem esencję z poradników kreatywnego pisania (chociaż od tego się odżegnuje, nie chce, żeby czytelnicy jego książki tworzyli powieści, a teksty użytkowe) i pokazuje, na czym polega przyciąganie uwagi odbiorców. Wskazuje różnice między udzielaniem odpowiedzi na pytania wyzwalane w potencjalnych klientach – a zaangażowaniem ich w historię, której się nie spodziewali. Odrzuca wszelkie klasyczne podziały dotyczące konstruowania małych form, interesuje go wyłącznie skuteczność – i wie, jak ten cel uzyskać. Traktuje swoich czytelników poważnie – to jest zapewnia im wartościowe porady (i tylko kilka przykładów, które utwierdzą odbiorców w przekonaniu, że dobrze zrozumieli, o co w tym wszystkim chodzi). Nie napowietrza tekstu: książka jest skondensowana i dopracowana w szczegółach, zaledwie kilka akapitów można by potraktować jako zbędne, gdyby nie pełniły akurat funkcji fatycznej. I tak Dariusz Puzyrkiewicz zyskuje dodatkowo miejsce na autoreklamę: odsyła do swoich kursów i innych publikacji na zasadzie przypisu dla chętnych – nie trzeba z tego korzystać, chyba że kogoś wyjątkowo zainteresował temat.

Mnóstwo jest na rynku kursów dotyczących warsztatu pisarskiego. Jednak jeśli chodzi o e-marketing – autorzy mniej koncentrują się na jego tekstowym wymiarze. Puzyrkiewicz wypełnia lukę, zaprasza do tworzenia tekstów użytkowych, często przewrotnie i z oryginalnym podejściem, świadomy prokrastynacyjnych wymówek i lęków. Może spokojnie dzielić się wiedzą i nie drżeć przed ChatGPT. Może dostarczać czytelnikom rozrywki w poradniku, nie psując przy tym jego przemyślanej struktury i przydatności. I chociaż kieruje się do copywriterów nastawionych na internetowe teksty sprzedażowe, przyda się naprawdę wszystkim piszącym.

środa, 1 grudnia 2021

Michał R. Wiśniewski: Zabójcze aplikacje. Jak smartfony zmieniły nasz świat

Czarne, Wołowiec 2021.

Zmiany

„Zabójcze aplikacje. Jak smartfony zmieniły nasz świat” to publikacja, która zainteresowanym rozwojem elektronicznych mediów przyniesie kilka wartościowych komentarzy, będzie też ciekawym znakiem czasów i pokaże, jak wyglądał fragment rozwoju techniki (oraz roli tego rozwoju dla społeczeństw). Autor proponuje sprawdzenie, kto korzysta ze smartfonów i do jakiej grupy odbiorców się zalicza, przypomina o początkach tego wynalazku i o rywalizacji na rynku. Opowiada odbiorcom o przejściu przez epokę smsów do emotek i emoji, charakteryzuje twittera i hashtagi. Uśmiech będą wzbudzać dzisiaj wspomnienia gadu-gadu (przynajmniej kiedy Michał R. Wiśniewski trafi do czytelników, którzy z tego komunikatora korzystali) oraz... książki dotyczące pomysłów na ciekawe blogi. Blogosfera to już przeżytek, a autor stara się podpowiedzieć odbiorcom, co zastąpiło elektroniczne dzienniki. Przygląda się korespondencji internetowej i dzisiejszym komunikatorom. Ważny rozdział do książki dodaje sytuacja pandemiczna – konieczność przejścia na pracę zdalną czy odbywania spotkań online. Jednym z większych tematów poruszanych przez Wiśniewskiego okazują się kamery i aparaty w telefonach – nadejście ery selfików, ale i awatarów, możliwości ukrycia się za komputerowym wcieleniem. Nie przeoczył autor także tematu ucieczki od rzeczywistości w świat wirtualny, rejestruje obecność twórców podcastów, analizuje też gry i apki, które zmuszają użytkowników do rozmaitych aktywności. Sprawdza, co stało się z muzyką w świecie internetu. Zaznacza możliwość wchodzenia na rynek usługodawców w rozmaitych dziedzinach: to internet pozwolił na dotarcie do odbiorców i na rozwój firm. Rozbija mity o ogłupianiu społeczeństw (zwłaszcza – ich najmłodszych przedstawicieli), interesuje się możliwością odrzucenia zdobyczy techniki i życia po wylogowaniu się z mediów społecznościowych. „Zabójcze aplikacje” to sposób na podsumowanie tego, co dzisiaj dzieje się na internetowych polach – bez strachu, z ciekawością badacza, który nie zamierza siać paniki ani bić na alarm. Takie spojrzenie pozwala docenić zdobycze elektroniki i przemiany w świecie wirtualnym. Coś, co czytelnicy znają z własnych doświadczeń, zostaje tu zatrzymane w precyzyjnych i bardzo ciekawych reportażowych rozdziałach. Pisze Michał R. Wiśniewski esencjonalnie, ma dobre pomysły na to, jak przedstawić rzeczywistość – i jak zachęcić odbiorców do przyglądania się kolejnym zjawiskom. Nie poprzestaje autor na zwyczajnych komentarzach, dodaje do nich precyzyjne analizy i bawi się aktualną wizją codzienności z elektronicznymi gadżetami. Kto potrzebuje ciekawego przewodnika po mediach elektronicznych, kto chce sprawdzić, jak wygląda podsumowanie obecnego stanu rzeczy – w krótkich, rzeczowych i bardzo interesujących opowieściach – ten powinien koniecznie sięgnąć po „Zabójcze aplikacje”.

Jest to książka wyjątkowa – chociaż dość szybko zestarzeje się jej „aktualność”, pozostanie jako zestaw ciekawostek i charakterystyk. Michał R. Wiśniewski proponuje czytelnikom przegląd zjawisk powszechnie znanych, a jednak zwykle wymykających się poznaniu – z racji użytkowości i bliskości w codziennym życiu. Wiśniewski potrafi zaangażować w lekturę – tradycyjną lekturę dotyczącą kultury smartfonów.

czwartek, 30 stycznia 2020

Anders Hansen: Wyloguj swój mózg

Znak, Kraków 2020.

Uzależnienie XXI wieku

Anders Hansen tłumaczy czytelnikom, dlaczego warto popracować nad swoimi nawykami i odrywać się przynajmniej na pewną część dnia od urządzeń elektronicznych i dostępu do nowych mediów. Jego książka „Wyloguj swój mózg” nie jest długim traktatem na temat szkodliwości zdobyczy cywilizacyjnych, jednak porządkuje już przez część społeczeństwa uświadamiane wiadomości i badania – oraz podpowiada, co robić, by uniknąć nieprzyjemnych skutków „przedawkowania”. Wprawdzie nie da się znaleźć w tej książce programu wyjścia z uzależnienia od nowych mediów, ale dobrze uzasadniona konieczność takiego zachowania to już coś – może pewne problemy naświetlić. Anders Hansen stawia przede wszystkim na opowieści o dzieciach i młodzieży: pokazuje, co tracą nastolatki przez zmiany zachowań. Wyjaśnia, że lepsze wyniki w nauce osiągają ci, którzy podczas lekcji nie mają dostępu do telefonów – i opowiada o tym, jak mózg przełącza się między czynnościami, co wpływa na jego wydajność. Rzecz nie dotyczy zresztą tylko młodych ludzi, w przypadku prowadzenia samochodu wyciszenie lub wyłączenie telefonu okazuje się równie ważne – to wykluczenie czynnika rozpraszającego. Nawet jeśli ktoś jest przekonany, że poradzi sobie z dodatkowym bodźcem na drodze, nigdy nie wie, w którym momencie przez sygnał przychodzącej wiadomości straci koncentrację na decydującą chwilę. Hansen nie bawi się w straszaki – jeśli już, to przytacza badania prowadzone przez jego uczelnię, żeby przekonać odbiorców o zasadności przestróg. Raczej zajmuje się opisywaniem tego, co ludzie tracą przez swobodny i wszechobecny dostęp do smartfonów czy internetu. Przypomina, że dorastają już pokolenia, które nie pamiętają świata bez Sieci – automatycznie wypracowują sobie nowe zwyczaje i inne systemy zachowań. Nastolatki nie chcą się już spotykać z rówieśnikami, wystarcza im ersatz wirtualnych spotkań. Tymczasem mózg przyzwyczaja się do zalewu bodźców. Każdy sygnał przychodzącej wiadomości, każdy lajk w portalach społecznościowych to rodzaj nagrody – opowiada Hansen, komentując zasady uzależnienia. Twierdzi, że cyberuzależnienie jest bliższe narkomanii niż łaknieniu słodyczy – co może części czytelników dać sporo do myślenia i wpłynąć na wyobraźnię, a także – przekonać do wprowadzania zmian. Osobną kwestią stają się zaburzenia snu czy depresje – również przez autora naświetlane jako konsekwencje wszechobecności nowych mediów.

Autor analizuje problemy płynące ze stałej obecności w internecie – i ciągłej „dostępności”, ale bez histeryzowania czy katastroficznych wizji. Przekonuje między innymi, że – przynajmniej na razie – obejdzie się bez ewolucyjnych przemian związanych ze zmianą stylu życia. Prowadzi zgrabną opowieść, bez odwoływania się do języka nauki: chce dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i to mu dobrze wychodzi. Odrzuca też formę poradnika – chociaż czasami przydałyby się wskazówki, jak wcielać w życie jego uwagi. Do tego jednak trzeba dotrzeć samodzielnie i wypracować sobie własne metody na odcinanie dostępu do Sieci. Hansen podsunie argumenty, dlaczego warto to zrobić. Jest tom „Wyloguj swój mózg” ciekawą lekturą nie tylko dla tych, którzy zachłysnęli się dostępem do internetu i do zalewu informacji.

piątek, 24 stycznia 2020

Michał R. Wiśniewski: Wszyscy jesteśmy cyborgami

Czarne, Wołowiec 2019.

Przegląd cyfrowy

Michał R. Wiśniewski prowadzi opowieść dotyczącą przemian internetowych i tego, co obserwować mogli internauci na przestrzeni ostatnich dekad. Funduje czytelnikom podróż w czasie i przegląd tego, co im znane – bo bezpośrednio doświadczane. Dlatego też trafi przede wszystkim do odbiorców, którzy dzisiaj mają ponad trzydzieści lat – młodszym z kolei pokaże, jak wyglądał internet u zarania powszechnej dostępności. Prześledzi wpływ Sieci na popkulturę i pośrednio na zwykłych użytkowników. „Wszyscy jesteśmy cyborgami” to narracyjny popis wysokiej klasy, zestaw esejów na tematy bliskie, a jednak już często egzotyczne. Pokazuje Michał R. Wiśniewski, jak przenosiła się informacja, jak kształtowały się społeczeństwa cyfrowe. Odnotowuje kolejne zjawiska – między innymi platformy blogowe – sprawdza, co dały odbiorcom i w jaki sposób wpłynęły na ich odbieranie postępu. Napomyka o pomysłach realizowanych przez kolejne pokolenia i tłumaczy, co atrakcyjnego jest w modnych aktualnie zachowaniach. Oczywiście nie analizuje wszystkich zjawisk związanych z internetem – jednak jest w stanie zaakcentować te, które kształtowały zbiorową mentalność. Rejestruje istnienie memów i portali społecznościowych, odwołuje się do konsekwencji ich powszechnego stosowania. Jest w stanie też omówić związki przyczynowo-skutkowe w przypadku mniej popularnych a jednak istotnych w rozwoju internetu motywów. Dla czytelników będzie przewodnikiem po tym, co w internecie wartościowe i ciekawe, albo przynajmniej niezwykłe z socjologicznego punktu widzenia.

Cechą charakterystyczną tej książki jest gawędziarstwo przy jednoczesnym wysokim profesjonalizmie. Wiśniewski nie jest tylko obserwatorem internetu – rozumie go w pełni i potrafi przełożyć na wiadomości cenne dla odbiorców. Uczestniczy w sieciowych przemianach, ale zachowuje do nich dystans tak, by móc poprowadzić popularnonaukową opowieść poświęconą internautom i ich potrzebom. Ciekawym aspektem tomu staje się przekładanie kodów internetowych na książki i filmy przeznaczone dla masowej publiczności – pojawi się tu i pierwsza powieść wykorzystująca obecność w Sieci, i film, w którym bohaterowie poznają się przez internet. Michał R. Wiśniewski nie sprawdza każdego tropu, skupia się jedynie na tych o przełomowym charakterze – dzięki czemu nie zanudzi czytelników, a pozostawi nawet lekki niedosyt. Pisze bardzo swobodnie i styl jego opowieści przypadnie do gustu odbiorcom bez względu na ich stosunek do prezentowanych zjawisk. Internet jako zjawisko kulturowe zyskuje tu naprawdę dobry zestaw interpretacji i odczytań. Michał R. Wiśniewski nie tylko odnotowuje konkretne wydarzenia czy zachowania internautów – wie, jak umieścić je w szerszym społecznym kontekście, radzi sobie równie dobrze z omawianiem przyczyn jak i efektów działań w Sieci. Nie traktuje internetu bałwochwalczo, w ogóle ocen unika. Na prywatność pozwala sobie tylko od czasu do czasu, gdy odwołuje się do własnych doświadczeń albo gdy wprowadza luźniejsze uwagi o podłożu autobiograficznym – tak, by jeszcze bardziej zaintrygować odbiorców. „Wszyscy jesteśmy cyborgami” to bardzo ciekawa publikacja kulturoznawcza, nie tylko świetnie napisana, ale jeszcze starannie obmyślona. Pozwala na przetrawienie internetowych zdobyczy i zachowanie tego, co ulotne.

środa, 5 lipca 2017

Karolina Korwin Piotrowska: #Sława

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Celebrytyzm

Dzisiejsze gwiazdy, choćby nie wiadomo jak narzekały na media, potrzebują dziennikarzy, nawet tych nie najlepszych. Popularność i sława to zjawiska pożądane już nie tylko przez artystów, ale i – na przykład – youtuberów lub blogerów. Wiążą się w końcu z pieniędzmi, możliwością w miarę szybkiego i dość prostego zarobku. To truizm. Ale Karolina Korwin Piotrowska przekonuje, że tak było zawsze – na długo przed erą internetu twórcy sięgali po rozmaite sztuczki, by zyskać rozgłos. Zresztą temat rozszerzał się nawet na… rodziny władców. Potężny (jak na dzisiejsze realia) tom „#Sława” jest opowieścią o najbardziej znanych skandalach czy zachowaniach ludzi, którzy potrzebowali i poszukiwali łatwejreklamy. Dzisiejsze doniesienia medialne idą w kąt, autorka o wiele bardziej zajmuje się historią sztuki czy dzienników tych, którzy nie muszą kojarzyć „skandali” sprzed rewolucji obyczajowej – chociaż obecnie gloryfikuje się gwiazdy z tych czasów, i one nie były niewinne w temacie zyskiwania popularności na skróty. Karolina Korwin Piotrowska pokazuje ciekawostki i detale spoza zwyczajowych działań, omawia marketingowe zagrania z czasów, gdy o marketingu nikomu się jeszcze nie śniło. Dopiero pod koniec książki zabiera się za to, co najbardziej aktualne i jeszcze nie obrosłe legendą, rzeczywistością współczesnych mediów. I tu przeciera szlaki jeszcze przez kulturoznawców nieodkryte albo słabo poznane. Oprócz tego w tej części uruchamia również swoje prywatne oceny. Reklamuje tych, których lubi, wyśmiewa tych nielubianych, czasem bezlitośnie. Tworzy minirankingi celebrytów i blogerów, drwi z tych, którzy zarabiają na popularności, nie dając zbyt wiele od siebie. Charakteryzuje plagi internetu, nie zawsze starając się zrozumieć jego specyfikę.

Jest to opowieść tematyczna – Korwin Piotrowska nie charakteryzuje zjawisk, raczej pojedyncze przypadki. Im dalej w historii, tym bardziej próbuje dokonywać syntezy – ale w efekcie też bardziej się rozprasza, przeskakuje od postaci do postaci, szukając im podobieństw działania. To wstępny przewodnik dla tych, którzy chcieliby się zająć tematem bardziej dogłębnie, skrót zjawisk kuriozalnych i znaków czasu. Karolina Korwin Piotrowska wprowadza do tradycyjnych lektur temat, który poza rynkiem książki rozwija się najlepiej. Ma dobre rozeznanie w światku internetowych celebrytów, chociaż nie zawsze przekonują ją idole młodszego pokolenia – ale to też znamienne i nic w tym dziwnego. Korwin Piotrowska nie boi się oceniania gwiazd szołbizu, więc jej wywód staje się w pewnym momencie mocno subiektywny. W warstwie treściowej: na płaszczyźnie narracji bowiem autorka przez cały czas trzyma się nieformalnego, anegdotycznego (plotkarskiego) stylu – pisze w sposób specyficzny, nie ukrywa kolokwialności języka. Chętnie sięga po ironię, jeszcze chętniej po złośliwości (które przecież z tej ironii się wywodzą). Wyostrza obrazy, hiperbolizuje, przesadza – a wszystko po to, by zdobyć czytelników, zmusić ich do wysiłku poznawczego i do zajęcia określonego stanowiska w sprawie celebrytów. Chociaż wykorzystuje śmiech jako metodę działania, nie zawsze będzie odbiorcom do śmiechu. Jednak lekki ton dobrze się tu sprawdzi – wzbudzi ciekawość zwłaszcza młodszych odbiorców. To do nich przede wszystkim kierowana jest publikacja – do ludzi wychowanych już na internetowych headach, do odbiorców przyzwyczajonych, że ktoś za nich myśli i ktoś im wstępnie przetrawia informacje. Widać to w najtrudniejszym do zniesienia przez czytelników-tradycjonalistów składniku książki: graficznym wyróżnianiu części informacji lub komentarzy. To zabieg zdecydowanie nadużywany w opasłym tomie. Owszem, przyciąga wzrok i sugeruje wagę wiadomości, ale też odbiera czytelnikom szansę samodzielnego decydowania o hierarchii ważności danych, więc i w konsekwencji – część przyjemności czytania. Po pewnym czasie może po prostu irytować. W ten sposób Karolina Korwin Piotrowska mocno podzieli swoją publiczność – zupełnie niepotrzebnie.

piątek, 14 października 2016

Finn Brunton, Helen Nissenbaum:

PWN, Warszawa 2016.

Udawanie

Ten temat znacznie częściej pojawia się przy motywie internetu rzeczy, czyli zjawisku jeszcze nie do końca spopularyzowanym. Zrozumiałe jest więc, że nie wyzwala żywych emocji, chociaż zagrożenie jest już bardzo realne, to kwestia niedalekiej przyszłości, a nie tylko wymysł futurologów i autorów katastroficznych scenariuszy powieściowych. Cena za stały dostęp do informacji może być ogromna – to utrata prywatności. Już teraz pojawiają się programy przygotowujące sprofilowane reklamy, już teraz obecność w internecie – nie tylko na portalach społecznościowych – wiąże się z utratą anonimowości. Większość użytkowników nie zdaje sobie z tego sprawy. Ich prywatne dane są jednak wartościowe zwłaszcza dla wielkich koncernów: można się zastanawiać, czy zwykli odbiorcy mają szansę wtopić się w tłum – i czy taka postawa w ogóle jest potrzebna.

Niewielki tom „Zmyl trop. Na barykadach prywatności w sieci” na początku brzmi trochę jak manifest i ma podburzać do działania, a przynajmniej do zainteresowania się tematyką ochrony prywatności. Autorzy – Finn Brunton i Helen Nissenbaum nie zajmują się jednak szukaniem różnych opcji na bronienie się przed zakusami „większych”, niesprecyzowanego wroga o nieznanych na razie zamiarach. Proponują jedną skuteczną technikę zwaną zaciemnianiem, a polegającą na zafałszowaniu swojego internetowego wizerunku przez wysyłanie w eter mnóstwa nieprawdziwych ale odpowiednio spreparowanych sygnałów. Zaciemnianie może przybierać różne formy – od własnych działań przez stosowanie coraz bardziej zaawansowanych programów – w jego efekcie nie uda się stworzyć spójnego profilu użytkownika, a co za tym idzie – nie da się wykorzystać gromadzonych informacji w celach marketingowych.

Autorzy w tej książce dość szczegółowo analizują korzyści płynące z zaciemniania i próbują temat przedstawiać tak, by wydał się atrakcyjny jak największej liczbie odbiorców. Mierzą się przy tym z dwoma dość poważnymi problemami. Po pierwsze – w świadomości społecznej zagrożenie związane z pozyskiwaniem danych od zwykłych użytkowników właściwie nie istnieje. Odbiorcy nie znają wroga, nie wiedzą, jakie znaczenie mogłyby mieć wiadomości o nich, za to dostrzegają niezaprzeczalne profity: możliwość korzystania z pakietów lojalnościowych czy darmowych produktów. Bez myślenia perspektywicznego plusy zdecydowanie przeważają. Po drugie – metoda zaciemniania wywołuje w niektórych dylematy etyczne – jest to przecież rodzaj internetowego kłamstwa, zaśmiecania wirtualnej przestrzeni bezwartościowymi – i nieprawdziwymi – danymi. W „Zmyl trop” również te kwestie się pojawiły, co nakazuje przesunąć książkę od manifestu w stronę wnikliwej analizy.

Sporą zaletą tej publikacji jest przejrzysty układ rozdziałów. Autorzy wskazują wygodny sposób poruszania się po książce, wprowadzają skrótowy przegląd zawartości i starają się zachować w lekturze tok dialogowego wywodu, rytm dyskusji z odbiorcami mniej zorientowanymi w temacie. „Zmyl trop” to w końcu opis motywu wciąż świeżego, niezbyt dobrze zbadanego, więc i obcego dla czytelników. Brunton i Nissenbaum nie stosują retoryki strachu, odrzucają możliwość operowania negatywną argumentacją. Podsuwają mechanizm działania jeszcze zanim odbiorcy uświadomią sobie skalę problemu czy jego istotę. „Zmyl trop” to pozycja popularnonaukowa, napisana przystępnie i bez emocjonalności, która rozbiłaby logikę tekstu. Z tego też powodu trafi do większej liczby czytelników, a za jakiś czas może stać się klasyką w dziedzinie nowych mediów oraz IOT. Ponadto jest ten tomik ciekawą analizą możliwości marketingowców czy budowania wizerunku za sprawą portali społecznościowych.