Czerwony Konik, Kraków 2013.
Przygoda z porcelany
Czerwony Konik stawia zawsze na oryginalne publikacje dla najmłodszych – niekoniecznie edukacyjne, niekoniecznie klasycyzujące – ważne, żeby miały w sobie coś, co każe odbiorcom wracać do propozycji tego wydawnictwa. Historyjką, która rozbudza wyobraźnię dzieci, jest tym razem „Tyranozaur i traktorzystki”, bajka już samym tytułem sugerująca nieszablonowość pomysłu. Tina Oziewicz wybiera nietypową jak na dzisiejszą literaturę czwartą inspirację – sięga po motywy właściwie od dawna niemodne, więc też siłą rzeczy nieobecne w wyobraźni najmłodszych. W ten sposób może zyskać ich uznanie i uwagę.
Dwie traktorzystki to dziewczynki namalowane na talerzu – jedna jeździ po jego brzegach na motorze, druga wybiera traktor. Nie znają żadnego innego świata poza swoim, porcelanowym – więc wiodłyby całkiem nudny żywot, nawet jeśli wziąć pod uwagę tajemnice porcelanowych malunków. Ale Tina Oziewicz nie poprzestaje na prezentowaniu codzienności traktorzystek. Pewnego dnia talerz rozbija się i dziewczynki tracą swój dom. Nie mogą się odnaleźć na innych talerzach, więc wyruszają w nieznane – a to oznacza przygody. Traktorem z wmontowanym silnikiem motocykla jeżdżą po suficie i ścianach. A na ścianach są tapety z rozmaitymi motywami, które, tak samo jak traktorzystki na porcelanowym talerzu, ożywają, kiedy nikt nie patrzy. To oznacza, że przed bohaterkami otwiera się inna, nieodkryta do tej pory rzeczywistość. Traktorzystki wpadną w kłopoty zanim odnajdą swoje miejsce. Tina Oziewicz sięga tu po motywy stale obecne w wyobraźni dzieci, między innymi po dinozaury. To łącznik między niespotykanymi pomysłami, a stałą z opowieści dla maluchów. Oziewicz zapewnia jeszcze rozbudzanie ciekawości – nie wiadomo, w jakim kierunku potoczy się opowieść, skoro stworzona została z pomysłów dotąd w literaturze czwartej nieznanych. „Tyranozaur i traktorzystki” to zatem zapowiedź literackiej atrakcji. Autorka odwołuje się do fantazji najmłodszych, prezentując im świat, który mógłby istnieć tuż obok: elementy ludzkiej codzienności są w nim reinterpretowane i podlegają zupełnie innym ocenom. Wystarczy zmiana perspektywy, aby to, co zwykle niedostrzegane, uaktywniło się w nowym kontekście.
Ola Woldańska-Płocińska tworzy dla najmłodszych porcelanową rzeczywistość tak, by nie odwoływać się do przesłodzonych dziecięcych ilustracji, a zasugerować „malowane”, czyli sztuczne z punktu widzenia człowieka, przestrzenie. Stąd biorą się dość rachityczne drzewka czy traktor z kresek. Ilustratorka odrzuca kontury przedmiotów, posługuje się plamami kolorów i kiedy tylko się da- upraszcza obrazki. Rezygnuje z tradycyjnego i naiwnego stylu, lubi zmiany perspektywy i pewną oniryczność prezentowanych scenek – tutaj łatwo zagubić się w odwiedzanych przez bohaterki przestrzeniach, chociaż traktorzystki siłą rzeczy nie mogą przebywać w krainach zbyt skomplikowanych. Woldańska-Płocińska jednak unika monotonii czy powtarzalności. Potrafi zasugerować kształt talerza z namalowanymi bohaterkami po to, by za chwilę wprowadzić odbiorców w głąb krain. Lubi zmieniać nastroje przez agresywne (to znaczy widoczne) operowanie kolorystyką tła – jeśli tylko potrzebne jest wprowadzenie innej atmosfery. Wśród kolorowych kształtów z tapet i talerzy pojazd traktorzystek staje się jedynym motywem bogatym w detale – co może dzieciom uświadomić różnice między miejscami.
W malowanych krainach zdarzyć się może bardzo wiele, a ludzie, którzy tuż przed nosem mają konkretne ilustracje i dające do myślenia motywy, ani na moment nie zatrzymują się nad tym, co mogłoby się przytrafiać bohaterom z rysunków. Tina Oziewicz zachęca do uważnego przyglądania się temu, czego na co dzień już się nie dostrzega. Funduje dzieciom podróż daleką bez wychodzenia z domu – i dobrze się bawi rozwijaniem wyobraźniowych doświadczeń. Traktorzystki nie mają literackich przyjaciół ani poprzedników. Czerwony Konik po raz kolejny udowadnia swoje nietuzinkowe podejście do literatury dziecięcej – i proponuje maluchom coś odkrywczego. To docenią także dorośli.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 10 grudnia 2013
Anna Czerwińska-Rydel: Mój brat czarodziej
Akapit Press, Łódź 2013.
Życie Tuwima
Kolejne pokolenia wychowują się na książkach tłumaczonych przez Irenę Tuwim – i na wierszach-bajkach Juliana Tuwima. Rodzeństwo zaistniało w literaturze czwartej – i mimo upływu czasu nadal kieruje wyobraźnią maluchów. Kiedy starsi odbiorcy zagłębiają się we wspomnienia o Julianie Tuwimie, nie mogą pominąć opisów jego „magicznego” dzieciństwa, pełnego chemicznych eksperymentów i zachwytów nad słowami, wzbogaconego o wytwory wyobraźni i niezwykłe interpretacje codziennych wydarzeń. Dzieci jednak dużo rzadziej trafiają na zapiski Ireny Tuwim, a przez to autor bajek może funkcjonować w ich świadomości tylko za sprawą fantazyjnych światów. Anna Czerwińska-Rydel sięgnęła po fakty, anegdoty z życia młodego Juliana Tuwima i stworzyła dla najmłodszych prostą opowieść „Mój brat czarodziej”.
Narratorką w książce jest dziewczynka zafascynowana starszym o cztery lata bratem. Julek jest prawdziwym czarodziejem: w wieczornych cieniach na oknie dopatruje się dżungli, porozumiewa się z siostrą skrótowym szyfrem, wymyśla rozmaite zabawy, czasem psoci, a czasem zachwyca się brzmieniami różnych języków świata. Nic dziwnego, że dla młodszej siostry jest wzorem i prawdziwym autorytetem, nawet gdy w oczach dorosłych nie zasługuje na podziw. Przy Julku codzienność nie może być zwyczajna – mali odbiorcy mają szansę przyjrzeć się sławnemu twórcy z jego młodych lat. I zaczynają przejmować sposób patrzenia Ireny, bezkrytycznie uwielbiać chłopaka, który przeżył kilka ciekawych, niemal książkowych przygód.
Jeden temat to jeden bardzo krótki rozdział. Czerwińska-Rydel wybiera opowieści tematyzowane i poukładane chronologicznie, ale skupia się tylko na zagadnieniach, które przyciągną dzieci do tomu. Chce budzić zainteresowanie, sięga zatem po anegdotki i czasem niewiele znaczące epizody – szybko przedstawia kolejny pomysł Tuwima, by w następnym rozdziale poruszyć już inny, równie atrakcyjny temat. Dorośli z reguły wiedzą i o chemicznych eksperymentach, i o bibliofilskich zainteresowaniach Tuwima, o jego przyjaźni ze Staffem czy miłości do słów. Dla dzieci będzie to brzmiało jak odkrywanie pięknej tajemnicy. Odkrywanie dostosowane do wieku i możliwości współczesnych maluchów – bo „Mój brat czarodziej” to książka napisana wbrew tematowi językiem poppublikacji.
Przy okazji autorka pokazuje, jak życie młodego Juliana Tuwima przekładało się potem na jego twórczość. Po każdym drobnym rozdziale znajduje się malutki fragment wiersza Juliana Tuwima – czasami to wiersze dla dzieci, a czasami wyimki z dorosłych poezji, autobiograficzne wstawki. Tym sposobem najmłodsi odbiorcy przyjrzeć się mogą związkom między literaturą i rzeczywistością, sprawdzić, jak funkcjonują wspomnienia i gdzie szukać źródeł inspiracji. Fragmenty utworów są niewielkie – dla dzieci to wygodne rozwiązanie, możliwość osłuchania się z pomysłami Tuwima. Niknie za to w książce narratorka – o Irenie Tuwim dzieci dowiedzą się czegoś dopiero z notki zamieszczonej na końcu książki. Cała uwaga skierowana jest bowiem na wielkiego poetę, który jeszcze nie przeczuwa, że na długo zawładnie wyobraźnią i uczuciami czytelników.
Życie Tuwima
Kolejne pokolenia wychowują się na książkach tłumaczonych przez Irenę Tuwim – i na wierszach-bajkach Juliana Tuwima. Rodzeństwo zaistniało w literaturze czwartej – i mimo upływu czasu nadal kieruje wyobraźnią maluchów. Kiedy starsi odbiorcy zagłębiają się we wspomnienia o Julianie Tuwimie, nie mogą pominąć opisów jego „magicznego” dzieciństwa, pełnego chemicznych eksperymentów i zachwytów nad słowami, wzbogaconego o wytwory wyobraźni i niezwykłe interpretacje codziennych wydarzeń. Dzieci jednak dużo rzadziej trafiają na zapiski Ireny Tuwim, a przez to autor bajek może funkcjonować w ich świadomości tylko za sprawą fantazyjnych światów. Anna Czerwińska-Rydel sięgnęła po fakty, anegdoty z życia młodego Juliana Tuwima i stworzyła dla najmłodszych prostą opowieść „Mój brat czarodziej”.
Narratorką w książce jest dziewczynka zafascynowana starszym o cztery lata bratem. Julek jest prawdziwym czarodziejem: w wieczornych cieniach na oknie dopatruje się dżungli, porozumiewa się z siostrą skrótowym szyfrem, wymyśla rozmaite zabawy, czasem psoci, a czasem zachwyca się brzmieniami różnych języków świata. Nic dziwnego, że dla młodszej siostry jest wzorem i prawdziwym autorytetem, nawet gdy w oczach dorosłych nie zasługuje na podziw. Przy Julku codzienność nie może być zwyczajna – mali odbiorcy mają szansę przyjrzeć się sławnemu twórcy z jego młodych lat. I zaczynają przejmować sposób patrzenia Ireny, bezkrytycznie uwielbiać chłopaka, który przeżył kilka ciekawych, niemal książkowych przygód.
Jeden temat to jeden bardzo krótki rozdział. Czerwińska-Rydel wybiera opowieści tematyzowane i poukładane chronologicznie, ale skupia się tylko na zagadnieniach, które przyciągną dzieci do tomu. Chce budzić zainteresowanie, sięga zatem po anegdotki i czasem niewiele znaczące epizody – szybko przedstawia kolejny pomysł Tuwima, by w następnym rozdziale poruszyć już inny, równie atrakcyjny temat. Dorośli z reguły wiedzą i o chemicznych eksperymentach, i o bibliofilskich zainteresowaniach Tuwima, o jego przyjaźni ze Staffem czy miłości do słów. Dla dzieci będzie to brzmiało jak odkrywanie pięknej tajemnicy. Odkrywanie dostosowane do wieku i możliwości współczesnych maluchów – bo „Mój brat czarodziej” to książka napisana wbrew tematowi językiem poppublikacji.
Przy okazji autorka pokazuje, jak życie młodego Juliana Tuwima przekładało się potem na jego twórczość. Po każdym drobnym rozdziale znajduje się malutki fragment wiersza Juliana Tuwima – czasami to wiersze dla dzieci, a czasami wyimki z dorosłych poezji, autobiograficzne wstawki. Tym sposobem najmłodsi odbiorcy przyjrzeć się mogą związkom między literaturą i rzeczywistością, sprawdzić, jak funkcjonują wspomnienia i gdzie szukać źródeł inspiracji. Fragmenty utworów są niewielkie – dla dzieci to wygodne rozwiązanie, możliwość osłuchania się z pomysłami Tuwima. Niknie za to w książce narratorka – o Irenie Tuwim dzieci dowiedzą się czegoś dopiero z notki zamieszczonej na końcu książki. Cała uwaga skierowana jest bowiem na wielkiego poetę, który jeszcze nie przeczuwa, że na długo zawładnie wyobraźnią i uczuciami czytelników.
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Alberto Salazar, John Brant: 14 minut. Historia legendarnego biegacza i trenera
Galaktyka, Łódź 2013.
Przeżycia
Chociaż „14 minut” jest tomem wydanym w sportowej serii Galaktyki, samego sportu znajduje się tu niewiele. Alberto Salazar (oraz jego ghost, John Brant) nie zamierza zdradzać treningowych sztuczek, ani charakteryzować krok po kroku sportowej kariery bohatera tomu. Salazar i Brant próbują dostarczać czytelnikom zupełnie innych emocji – i nie zawsze spotkają się z uznaniem.
Salazar, jak wszyscy, przedstawia swoje dzieciństwo, w którym pojawiały się zalążki biegaczej pasji – ale bardziej obchodzi go wyjaśnianie politycznych powiązań członków rodziny, a i opisywanie temperamentów bliskich. Ten element byłby konieczny w autobiografii kogoś, kto jest znany z wybuchowego charakteru lub choćby z burzliwych kłótni w rodzinnym gronie. Tymczasem Alberto Salazar nie należy do celebrytów, nie osiągnął jako zawodnik olśniewających sukcesów, a jako trener biegaczy szerokiej publiczności niemal nie jest znany – mógł więc spokojnie ten temat pominąć. A jednak, co okaże się w dalszej części tomu, Salazar siebie postrzega zupełnie inaczej niż jest widziany z zewnątrz. Z tych rozbieżności tworzy się lepszy portret, dla samego trenera kompletnie niedostępny.
Najważniejszym zagadnieniem w książce jest motyw unikania śmierci. Bohater książki w młodości nie przejmował się zbytnio bezpieczeństwem podczas biegania i doprowadzał organizm na skraj wytrzymałości przez zaniedbania, a nie pasję czy chęć eksperymentowania. Najdziwniejszy i trudny do wyjaśnienia z medycznego punktu widzenia jest tu motyw z czternastominutowym zatrzymaniem akcji serca, po którym autor doszedł do siebie. To wydarzenie ukształtowało go i tłumaczy sens powstania książki. Jest świadectwem niemożliwego, a przy okazji sugeruje, że każdy człowiek nosi w sobie ekscytującą historię. Salazara zupełnie nie interesują teorie na temat biegania – dopóki nie zostanie trenerem, nie koncentruje się na sporcie. Teoretyczne rozważania do niczego mu się nie przydają i niczego nie uczą. To spory kontrast z dotychczasowymi publikacjami, w których kolejni sportowcy bez przerwy analizują swoje dokonania i poszukują recept na zwycięstwo. Salazar nie przejmuje się odkryciami. On po prostu wierzy.
I właśnie wiara może zdominować tę lekturę – jak u Jurka i Rolla dieta, jak u McDougalla bieganie boso. Salazar o Bogu wspomina przy każdej możliwej okazji, co staje się zabawne w chwili, gdy (pod koniec książki) wyjaśnia nowym podopiecznym, że mówi się o nim jako o osobie bardzo religijnej, ale sam nie zaczyna tego tematu, chyba że ktoś wyrazi chęć rozmowy o wierze. Przez cały tom natomiast udowadniał, że jest zupełnie inaczej. Salazar bardziej niż bieganiem przejmuje się duchowością, co może być uciążliwe dla odbiorców, którzy czekają na kolejną zanurzoną w sporcie opowieść i zdradzanie tajników pracy trenera. Pod koniec opisuje jeszcze budowanie specjalnej drużyny – to bardziej tematy marketingowe niż zawodowe.
Alberto Salazar dba o to, żeby przedstawić odbiorcom nieznane aspekty swojego życia. Sport jest tu tylko dodatkiem przy autoprezentacji – ale nie elementem ważnym czy przyciągającym uwagę. Po zapoznaniu się z opowieścią nie dziwi już okładkowe zdjęcie, bardziej przypominające wizerunki uzdrowicieli i wizjonerów niż sportowców. „14 minut” to książka, z której raczej trudno będzie wyłuskać miłość do biegania, co część czytelników może rozczarować – mimo że Salazar i Brant starają się rozbudzić zainteresowanie egzystencją trenera.
Przeżycia
Chociaż „14 minut” jest tomem wydanym w sportowej serii Galaktyki, samego sportu znajduje się tu niewiele. Alberto Salazar (oraz jego ghost, John Brant) nie zamierza zdradzać treningowych sztuczek, ani charakteryzować krok po kroku sportowej kariery bohatera tomu. Salazar i Brant próbują dostarczać czytelnikom zupełnie innych emocji – i nie zawsze spotkają się z uznaniem.
Salazar, jak wszyscy, przedstawia swoje dzieciństwo, w którym pojawiały się zalążki biegaczej pasji – ale bardziej obchodzi go wyjaśnianie politycznych powiązań członków rodziny, a i opisywanie temperamentów bliskich. Ten element byłby konieczny w autobiografii kogoś, kto jest znany z wybuchowego charakteru lub choćby z burzliwych kłótni w rodzinnym gronie. Tymczasem Alberto Salazar nie należy do celebrytów, nie osiągnął jako zawodnik olśniewających sukcesów, a jako trener biegaczy szerokiej publiczności niemal nie jest znany – mógł więc spokojnie ten temat pominąć. A jednak, co okaże się w dalszej części tomu, Salazar siebie postrzega zupełnie inaczej niż jest widziany z zewnątrz. Z tych rozbieżności tworzy się lepszy portret, dla samego trenera kompletnie niedostępny.
Najważniejszym zagadnieniem w książce jest motyw unikania śmierci. Bohater książki w młodości nie przejmował się zbytnio bezpieczeństwem podczas biegania i doprowadzał organizm na skraj wytrzymałości przez zaniedbania, a nie pasję czy chęć eksperymentowania. Najdziwniejszy i trudny do wyjaśnienia z medycznego punktu widzenia jest tu motyw z czternastominutowym zatrzymaniem akcji serca, po którym autor doszedł do siebie. To wydarzenie ukształtowało go i tłumaczy sens powstania książki. Jest świadectwem niemożliwego, a przy okazji sugeruje, że każdy człowiek nosi w sobie ekscytującą historię. Salazara zupełnie nie interesują teorie na temat biegania – dopóki nie zostanie trenerem, nie koncentruje się na sporcie. Teoretyczne rozważania do niczego mu się nie przydają i niczego nie uczą. To spory kontrast z dotychczasowymi publikacjami, w których kolejni sportowcy bez przerwy analizują swoje dokonania i poszukują recept na zwycięstwo. Salazar nie przejmuje się odkryciami. On po prostu wierzy.
I właśnie wiara może zdominować tę lekturę – jak u Jurka i Rolla dieta, jak u McDougalla bieganie boso. Salazar o Bogu wspomina przy każdej możliwej okazji, co staje się zabawne w chwili, gdy (pod koniec książki) wyjaśnia nowym podopiecznym, że mówi się o nim jako o osobie bardzo religijnej, ale sam nie zaczyna tego tematu, chyba że ktoś wyrazi chęć rozmowy o wierze. Przez cały tom natomiast udowadniał, że jest zupełnie inaczej. Salazar bardziej niż bieganiem przejmuje się duchowością, co może być uciążliwe dla odbiorców, którzy czekają na kolejną zanurzoną w sporcie opowieść i zdradzanie tajników pracy trenera. Pod koniec opisuje jeszcze budowanie specjalnej drużyny – to bardziej tematy marketingowe niż zawodowe.
Alberto Salazar dba o to, żeby przedstawić odbiorcom nieznane aspekty swojego życia. Sport jest tu tylko dodatkiem przy autoprezentacji – ale nie elementem ważnym czy przyciągającym uwagę. Po zapoznaniu się z opowieścią nie dziwi już okładkowe zdjęcie, bardziej przypominające wizerunki uzdrowicieli i wizjonerów niż sportowców. „14 minut” to książka, z której raczej trudno będzie wyłuskać miłość do biegania, co część czytelników może rozczarować – mimo że Salazar i Brant starają się rozbudzić zainteresowanie egzystencją trenera.
niedziela, 8 grudnia 2013
Leslie Daniels: W łóżku z Nabokovem
Świat Książki, Warszawa 2013.
Walka o dzieci
W książkach z serii Leniwa Niedziela na rozleniwienie bohaterów nie ma co liczyć. Jak w większości obyczajówek, zaczyna się tu od życiowego przełomu, a cała opowieść prowadzi w kierunku nowej stabilizacji. Autorki prześcigają się natomiast w wymyślaniu jak najbardziej oryginalnych rozwiązań, co sprawia, że w egzystencję postaci nie może wkraść się nuda. Barb to jedna z bohaterek wolnych od zdroworozsądkowych odruchów. Kobieta postępuje impulsywnie i nigdy nie zastanawia się nad konsekwencjami własnych działań - co sprawia, że nie może odnaleźć się w społeczeństwie. Nie myśli logicznie, ale ma sporo szczęścia, choć na szali stawia dobro dzieci, a do tego nie przynosi prawdopodobnych sposobów na pożegnanie problemów. Mimo to działa jej podskórny humor – a i odwaga autorki.
Barb rozstaje się z mężem, a ze względu na nieodpowiedzialne zachowania musi także zrezygnować z opieki nad dziećmi. Trafia do domu, w którym kiedyś mieszkał Nabokov, a tam znajduje tajemniczy rękopis z niedokończoną powieścią. Próbuje wydać dzieło, a w międzyczasie odkrywa sposób na zarobienie pieniędzy – sposób niezbyt chwalebny. Robi wszystko, by kiedyś odzyskać dzieci. Próbuje też swoich sił jako autorka tanich romansów – bez przekonania i bez wystarczających literackich umiejętności. Ale Barb nigdy się nie poddaje i nie załamuje, bez względu na rodzaj przeciwności losu. To może spodobać się czytelniczkom tomu „W łóżku z Nabokovem”.
Akcent w powieści przesuwa się z romantycznych zauroczeń na uczucia macierzyńskie. Bohaterka w każdej możliwej chwili zachwyca się swoimi (nieszczególnie zachwycającymi) dziećmi – długo rozwodzi się nad ich zapachami oraz nad rzekomymi talentami, których otoczenie nie docenia. Nie chce zauważać ani aroganckich postaw, ani krzywd wyrządzanych – świadomie lub nie – najbliższym, nie interweniuje, gdy dostrzega zalążki gniewu czy złego zachowania. To wszystko Leslie Daniels chce usprawiedliwiać ogromną tęsknotą i matczyną miłością, pozwala też dzieciom zrozumieć, że to nie z ojcem i jego nową partnerką powinny spędzać czas. To również sposób autorki na ograniczenie odbiorczyniom niepotrzebnych wzruszeń – motyw opuszczonych przez matkę maluchów nie jest w lekturze potrzebny do rozrywki.
Śmiech Daniels budzi dość kontrowersyjny, ale przez oryginalne pomysły – nietrudny do zaakceptowania. Mieści się on w stałym dyskredytowaniu talentów Barb. Kobieta bierze się za rzeczy, o których nie ma zbyt dużego pojęcia, ale niezbyt dotkliwie odbiera porażki – właściwie nie przyjmuje ich do wiadomości, dzięki czemu może utrzymać dobry humor na przekór przeciwnościom losu. Nieuzasadniony optymizm bohaterki przydaje się w budowaniu fabuły i planowaniu kolejnych działań wykraczających poza pomysły zwyczajnych ludzi.
Leslie Daniels musiałaby przekonywać czytelników do swojej wizji rzeczywistości, ale pacyfikuje ich ładną narracją. Opowiada z wyczuciem i nie poddaje się fabularnym szaleństwom. W stylu mieści się spokój, którego nie ma w akcji, zatem Barb może bez obaw przekraczać konwencje i wypadać z powszechnie akceptowalnego wizerunku dobrej matki – odbiorcy i tak dadzą się przekonać do jej wynalazków. „W łóżku z Nabokovem” to powieść, która nie musi imitować rzeczywistości, przynajmniej od strony bohaterki. Nie jest też typową literacką pocieszanką czy czytadłem zorientowanym na linearne prezentowanie kolejnych etapów oczywistego od początku romansu. Jak inne publikacje w tej serii Świata Książki, przynosi relaks i rozrywkę, a do tego nie męczy powtarzalnymi schematami. Leslie Daniels oceny swoich postaci zawsze przemyca w ich zachowaniach, pozwala bohaterom działać, nawet jeśli to działanie nie wydaje się naturalne czy logiczne. „W łóżku z Nabokovem” to dobra obyczajówka z lekko ironicznym posmakiem.
Walka o dzieci
W książkach z serii Leniwa Niedziela na rozleniwienie bohaterów nie ma co liczyć. Jak w większości obyczajówek, zaczyna się tu od życiowego przełomu, a cała opowieść prowadzi w kierunku nowej stabilizacji. Autorki prześcigają się natomiast w wymyślaniu jak najbardziej oryginalnych rozwiązań, co sprawia, że w egzystencję postaci nie może wkraść się nuda. Barb to jedna z bohaterek wolnych od zdroworozsądkowych odruchów. Kobieta postępuje impulsywnie i nigdy nie zastanawia się nad konsekwencjami własnych działań - co sprawia, że nie może odnaleźć się w społeczeństwie. Nie myśli logicznie, ale ma sporo szczęścia, choć na szali stawia dobro dzieci, a do tego nie przynosi prawdopodobnych sposobów na pożegnanie problemów. Mimo to działa jej podskórny humor – a i odwaga autorki.
Barb rozstaje się z mężem, a ze względu na nieodpowiedzialne zachowania musi także zrezygnować z opieki nad dziećmi. Trafia do domu, w którym kiedyś mieszkał Nabokov, a tam znajduje tajemniczy rękopis z niedokończoną powieścią. Próbuje wydać dzieło, a w międzyczasie odkrywa sposób na zarobienie pieniędzy – sposób niezbyt chwalebny. Robi wszystko, by kiedyś odzyskać dzieci. Próbuje też swoich sił jako autorka tanich romansów – bez przekonania i bez wystarczających literackich umiejętności. Ale Barb nigdy się nie poddaje i nie załamuje, bez względu na rodzaj przeciwności losu. To może spodobać się czytelniczkom tomu „W łóżku z Nabokovem”.
Akcent w powieści przesuwa się z romantycznych zauroczeń na uczucia macierzyńskie. Bohaterka w każdej możliwej chwili zachwyca się swoimi (nieszczególnie zachwycającymi) dziećmi – długo rozwodzi się nad ich zapachami oraz nad rzekomymi talentami, których otoczenie nie docenia. Nie chce zauważać ani aroganckich postaw, ani krzywd wyrządzanych – świadomie lub nie – najbliższym, nie interweniuje, gdy dostrzega zalążki gniewu czy złego zachowania. To wszystko Leslie Daniels chce usprawiedliwiać ogromną tęsknotą i matczyną miłością, pozwala też dzieciom zrozumieć, że to nie z ojcem i jego nową partnerką powinny spędzać czas. To również sposób autorki na ograniczenie odbiorczyniom niepotrzebnych wzruszeń – motyw opuszczonych przez matkę maluchów nie jest w lekturze potrzebny do rozrywki.
Śmiech Daniels budzi dość kontrowersyjny, ale przez oryginalne pomysły – nietrudny do zaakceptowania. Mieści się on w stałym dyskredytowaniu talentów Barb. Kobieta bierze się za rzeczy, o których nie ma zbyt dużego pojęcia, ale niezbyt dotkliwie odbiera porażki – właściwie nie przyjmuje ich do wiadomości, dzięki czemu może utrzymać dobry humor na przekór przeciwnościom losu. Nieuzasadniony optymizm bohaterki przydaje się w budowaniu fabuły i planowaniu kolejnych działań wykraczających poza pomysły zwyczajnych ludzi.
Leslie Daniels musiałaby przekonywać czytelników do swojej wizji rzeczywistości, ale pacyfikuje ich ładną narracją. Opowiada z wyczuciem i nie poddaje się fabularnym szaleństwom. W stylu mieści się spokój, którego nie ma w akcji, zatem Barb może bez obaw przekraczać konwencje i wypadać z powszechnie akceptowalnego wizerunku dobrej matki – odbiorcy i tak dadzą się przekonać do jej wynalazków. „W łóżku z Nabokovem” to powieść, która nie musi imitować rzeczywistości, przynajmniej od strony bohaterki. Nie jest też typową literacką pocieszanką czy czytadłem zorientowanym na linearne prezentowanie kolejnych etapów oczywistego od początku romansu. Jak inne publikacje w tej serii Świata Książki, przynosi relaks i rozrywkę, a do tego nie męczy powtarzalnymi schematami. Leslie Daniels oceny swoich postaci zawsze przemyca w ich zachowaniach, pozwala bohaterom działać, nawet jeśli to działanie nie wydaje się naturalne czy logiczne. „W łóżku z Nabokovem” to dobra obyczajówka z lekko ironicznym posmakiem.
sobota, 7 grudnia 2013
Neil Gaiman: Na szczęście mleko
Galeria Książki, Kraków 2013.
Niezwykłe przygody
Takie nawarstwienie przygód nie zdarza się codziennie. A jednak kiedy tata wyszedł do sklepu po mleko, został porwany przez kosmitów i wpuścił na ich statek kontinuum czasoprzestrzenne, przeżył więcej niż niejeden bohater literacki. Na szczęście nie zgubił kartonu mleka ani podczas spotkania z groźnymi piratami, ani podczas podróży w czasie, ani podczas wizyty u dzikiego plemienia szukającego ofiary, by przebłagać bogów wulkanu, ani nawet podczas dyskusji z wampirami. Lub kucykami. Wyraźnie widać, że tata miał prawo się trochę spóźnić i cud, że ze wszystkich emocjonujących wydarzeń wyszedł cało, i to razem z mlekiem, które ofiarnie chronił.
„Na szczęście mleko” to literacki triumf wyobraźni i humoru, a do tego także parodystyczny popis lekturowy. Neil Gaiman wykorzystuje motyw zmyślania historii dla rozrywki najmłodszych – wszyscy, łącznie z bohaterami, doskonale zdają sobie sprawę z umowności sytuacji oraz z faktu, że żadna z prezentowanych przez tatę sensacji w rzeczywistości nie miała miejsca. To nie przeszkadza w cudownej zabawie, która jest jednocześnie przeglądem kreatywnych i przesadzonych wariacji na temat znanych w sztuce motywów. Tata nie pomija ani podróży w czasie, ani tajemnic, ani literaturowych niebezpieczeństw, chce cały czas nawiązywać do tomów fantasy i książek przygodowych. Wybiera te wątki, które już się zużyły – i nadaje im blasku za sprawą hiperbolizacji. Gaiman w „Na szczęście mleko” pokazuje, co może się stać, gdy nie ma konieczności zachowywania realistycznego kształtu fabuły, przy pozostawieniu wewnętrznej jej logiki. Każe tacie doświadczać przygód, w które już nawet dzieci nie uwierzą i ze wspólnej niewiary czyni punkt wyjścia do wspaniałej zabawy.
Inspiracją dla taty w powieści są rysunki i wymagania dzieci (stąd na przykład absurd płynący z pojawienia się w historii kucyków) – ale w warstwie intertekstualnej to pomysły innych autorów, zwłaszcza klasyków literatury przygodowej, ożywają w wyolbrzymionej wersji. Chodzi o to, żeby przez hiperbolizacje przenieść się w świat absurdu – tam najłatwiej będzie budzić śmiech. Bo Gaiman od początku nie ukrywa, że lubi żartować, nawet normalne i codzienne sytuacje przekuwa w dowcip (co to są łyżki?), dzięki czemu nigdy się nie nudzi i może przychylnie do lektury nastawić młodszych i starszych odbiorców. Bo chociaż „Na szczęście mleko” to tom kierowany do dzieci, dorośli też bardzo się nim ubawią. Więcej: maluchy docenią zwłaszcza akcję, szybkie zmiany scenerii i kolejnych wrogów. Dorośli natomiast zwrócą uwagę przede wszystkim na dowcip: Gaiman jawi się tu jako mistrz ironii, prześmiewca i parodysta, autor bardzo świadomy warsztatu i tradycji literackiej, skłonny do wygłupów i zaskakujących puent. Umiejętnie operuje chwytami satyrycznymi, a przy tym nie zapomina o fabule tomu. „Na szczęście mleko” to jedna z tych pozycji, które chce się przedstawiać każdemu jako dowód na potencjał komiczny tkwiący w literackich stereotypach.
Chris Riddell tworzy tu rysunki przesadnie dopracowane. Dba o każdy detal, przez co łatwiej mu przenosić odbiorców do kolejnych miejsc i czasów. Do tego ilustrator proponuje zabawny kontrast między kreską naśladującą styl wiktoriański a tematyką grafik. Zdarza się też, że rysunki uzupełniają narrację i funkcjonują jak opis – bo Gaiman unika tekstowych dłużyzn, jego postacie są przez cały czas w ruchu i ani na moment nie tracą z pamięci swoich celów. „Na szczęście mleko” to lektura rozrywkowa i prześmiewcza, ponadczasowa, a poza tym również niezwykła, o czym przekona się każdy czytelnik bez względu na wiek.
Niezwykłe przygody
Takie nawarstwienie przygód nie zdarza się codziennie. A jednak kiedy tata wyszedł do sklepu po mleko, został porwany przez kosmitów i wpuścił na ich statek kontinuum czasoprzestrzenne, przeżył więcej niż niejeden bohater literacki. Na szczęście nie zgubił kartonu mleka ani podczas spotkania z groźnymi piratami, ani podczas podróży w czasie, ani podczas wizyty u dzikiego plemienia szukającego ofiary, by przebłagać bogów wulkanu, ani nawet podczas dyskusji z wampirami. Lub kucykami. Wyraźnie widać, że tata miał prawo się trochę spóźnić i cud, że ze wszystkich emocjonujących wydarzeń wyszedł cało, i to razem z mlekiem, które ofiarnie chronił.
„Na szczęście mleko” to literacki triumf wyobraźni i humoru, a do tego także parodystyczny popis lekturowy. Neil Gaiman wykorzystuje motyw zmyślania historii dla rozrywki najmłodszych – wszyscy, łącznie z bohaterami, doskonale zdają sobie sprawę z umowności sytuacji oraz z faktu, że żadna z prezentowanych przez tatę sensacji w rzeczywistości nie miała miejsca. To nie przeszkadza w cudownej zabawie, która jest jednocześnie przeglądem kreatywnych i przesadzonych wariacji na temat znanych w sztuce motywów. Tata nie pomija ani podróży w czasie, ani tajemnic, ani literaturowych niebezpieczeństw, chce cały czas nawiązywać do tomów fantasy i książek przygodowych. Wybiera te wątki, które już się zużyły – i nadaje im blasku za sprawą hiperbolizacji. Gaiman w „Na szczęście mleko” pokazuje, co może się stać, gdy nie ma konieczności zachowywania realistycznego kształtu fabuły, przy pozostawieniu wewnętrznej jej logiki. Każe tacie doświadczać przygód, w które już nawet dzieci nie uwierzą i ze wspólnej niewiary czyni punkt wyjścia do wspaniałej zabawy.
Inspiracją dla taty w powieści są rysunki i wymagania dzieci (stąd na przykład absurd płynący z pojawienia się w historii kucyków) – ale w warstwie intertekstualnej to pomysły innych autorów, zwłaszcza klasyków literatury przygodowej, ożywają w wyolbrzymionej wersji. Chodzi o to, żeby przez hiperbolizacje przenieść się w świat absurdu – tam najłatwiej będzie budzić śmiech. Bo Gaiman od początku nie ukrywa, że lubi żartować, nawet normalne i codzienne sytuacje przekuwa w dowcip (co to są łyżki?), dzięki czemu nigdy się nie nudzi i może przychylnie do lektury nastawić młodszych i starszych odbiorców. Bo chociaż „Na szczęście mleko” to tom kierowany do dzieci, dorośli też bardzo się nim ubawią. Więcej: maluchy docenią zwłaszcza akcję, szybkie zmiany scenerii i kolejnych wrogów. Dorośli natomiast zwrócą uwagę przede wszystkim na dowcip: Gaiman jawi się tu jako mistrz ironii, prześmiewca i parodysta, autor bardzo świadomy warsztatu i tradycji literackiej, skłonny do wygłupów i zaskakujących puent. Umiejętnie operuje chwytami satyrycznymi, a przy tym nie zapomina o fabule tomu. „Na szczęście mleko” to jedna z tych pozycji, które chce się przedstawiać każdemu jako dowód na potencjał komiczny tkwiący w literackich stereotypach.
Chris Riddell tworzy tu rysunki przesadnie dopracowane. Dba o każdy detal, przez co łatwiej mu przenosić odbiorców do kolejnych miejsc i czasów. Do tego ilustrator proponuje zabawny kontrast między kreską naśladującą styl wiktoriański a tematyką grafik. Zdarza się też, że rysunki uzupełniają narrację i funkcjonują jak opis – bo Gaiman unika tekstowych dłużyzn, jego postacie są przez cały czas w ruchu i ani na moment nie tracą z pamięci swoich celów. „Na szczęście mleko” to lektura rozrywkowa i prześmiewcza, ponadczasowa, a poza tym również niezwykła, o czym przekona się każdy czytelnik bez względu na wiek.
Krzysztof Materna: Przygody z życia wzięte
Znak, Kraków 2013.
Dopisek do kariery
Krzysztof Materna o swoim życiu opowiada spokojnie. Nie zamierza pisać autobiografii, sam jest zresztą niespecjalnie przekonany o sensie dzielenia się własnymi przeżyciami ze społeczeństwem. Ale po serdecznym przyjęciu tomu duetu Mann-Materna przyszła kolej na solowe wyznania. Krzysztof Materna podchodzi do tego zadania z pokorą i bez specjalnego nastawienia na rozśmieszanie. Woli raczej dzielić się z odbiorcami przeżyciami i doświadczeniami, ciekawostkami z artystycznego życia. Skupia się zatem na wycinku egzystencji, który obejmuje pierwsze doświadczenia konferansjerskie, wojsko i pracę w branży rozrywkowej. Celowo pomija wątek pracy z Wojciechem Mannem. Tu najważniejsze stają się jego przeżycia – te, których nie znają widzowie, a jedynie bliscy. Materna oczywiście przedstawia kulisy zawodu, a nie zagłębia się we własną prywatność. Zresztą artystyczna codzienność dostarcza mu i tak sporo tematów do omawiania. Tom „Przygody z życia wzięte” napisany został z poczuciem humoru, ale bez fajerwerków śmiechu, bo Materna nie chce w zwierzeniach przybierać roli błazna. Dystansuje się za to od rzeczywistości, stara się wypracować obojętny ton opowieści.
Migawki z koncertów i z telewizji, czasy studenckie, szukanie własnej życiowej drogi, epizod z Davidem Copperfieldem, piłka nożna Materna wspomina współpracę z największymi sławami i prezentuje swoje w tym wszystkim miejsce. Nie kreuje się na gwiazdę, w książce popularność interesuje go najmniej – zapewne dlatego tak chętnie przygląda się czasom, w których nikt go nie znał i nikomu nie przyszłoby do głowy zadawać mu pytania o anegdoty z biografii.
Materna w tej książce jest gawędziarzem, który chce dostarczać odbiorcom rozrywki i jednocześnie podzielić się z nimi co ciekawszymi fragmentami przeszłości. Podejmuje tematy nieznane szerokiej publiczności i postrzegane z własnej specyficznej perspektywy. Zaangażowanie nie wyklucza tu sarkazmu, ale Materna nie nadużywa tego środka w opowieści. Zupełnie jakby możliwość spisania „na poważnie” humorystycznych doświadczeń była bardziej kusząca od dodatkowych żartów. Autor nie sprzedaje anegdot jak showman, raczej po prostu nadaje kształt swoim wspomnieniom. Wprowadza w nie odbiorców z lekką niepewnością, jakby przepraszająco i bez nadziei na wzbudzenie entuzjazmu. Z drugiej strony funkcjonuje tu Materna jako postać rozpoznawalna, medialna osobowość, która w prywatnych zapiskach o drodze kariery nie musi się już silić na żarty, żeby kupić publiczność. Materna rezygnuje z komizmu i „twórczości” by nie przyćmiewać swoich nieznanych odbiorcom przeżyć i nie tłumić oryginalnej ścieżki kariery. Tym razem istotne jest zaspokajanie ciekawości fanów, czy też chęć wyjaśnienia kilku epizodów. Materna nie musi przecież chwalić się współpracą z wybitnymi artystami: przyjęta przez niego perspektywa sprawia, że może za to pokazać czytelnikom swoje przeżycia i emocje sprzed lat. W ten sposób uniknie zarozumiałości i usprawiedliwi oddalenie się od konfesyjnego tonu. Materna wybiera bowiem swoje interpretacje wydarzeń, w których brał udział, proponuje dopisek do tego, co znają (lub nie) jego fani – i to dopisek ważny, bo dotyczący pobocznych aspektów artystycznego rzemiosła.
Czytelnikom spodobać się może konkretność przeżyć i to, że Krzysztof Materna bez trudu nazywa i charakteryzuje własne stany emocjonalne z przeszłości. Dzięki temu łatwo wyobrazić sobie, jak odbierał kolejne przygody. Ciekawy jego portret uzyskuje się również niebezpośrednio, z charakterystyk kilkorga bliskich i sławnych znajomych. Nie inni opisują Maternę, a Materna opisuje innych – to zabieg dobry przy „zawodowej” autobiografii, a i rzadko spotykany.
Dopisek do kariery
Krzysztof Materna o swoim życiu opowiada spokojnie. Nie zamierza pisać autobiografii, sam jest zresztą niespecjalnie przekonany o sensie dzielenia się własnymi przeżyciami ze społeczeństwem. Ale po serdecznym przyjęciu tomu duetu Mann-Materna przyszła kolej na solowe wyznania. Krzysztof Materna podchodzi do tego zadania z pokorą i bez specjalnego nastawienia na rozśmieszanie. Woli raczej dzielić się z odbiorcami przeżyciami i doświadczeniami, ciekawostkami z artystycznego życia. Skupia się zatem na wycinku egzystencji, który obejmuje pierwsze doświadczenia konferansjerskie, wojsko i pracę w branży rozrywkowej. Celowo pomija wątek pracy z Wojciechem Mannem. Tu najważniejsze stają się jego przeżycia – te, których nie znają widzowie, a jedynie bliscy. Materna oczywiście przedstawia kulisy zawodu, a nie zagłębia się we własną prywatność. Zresztą artystyczna codzienność dostarcza mu i tak sporo tematów do omawiania. Tom „Przygody z życia wzięte” napisany został z poczuciem humoru, ale bez fajerwerków śmiechu, bo Materna nie chce w zwierzeniach przybierać roli błazna. Dystansuje się za to od rzeczywistości, stara się wypracować obojętny ton opowieści.
Migawki z koncertów i z telewizji, czasy studenckie, szukanie własnej życiowej drogi, epizod z Davidem Copperfieldem, piłka nożna Materna wspomina współpracę z największymi sławami i prezentuje swoje w tym wszystkim miejsce. Nie kreuje się na gwiazdę, w książce popularność interesuje go najmniej – zapewne dlatego tak chętnie przygląda się czasom, w których nikt go nie znał i nikomu nie przyszłoby do głowy zadawać mu pytania o anegdoty z biografii.
Materna w tej książce jest gawędziarzem, który chce dostarczać odbiorcom rozrywki i jednocześnie podzielić się z nimi co ciekawszymi fragmentami przeszłości. Podejmuje tematy nieznane szerokiej publiczności i postrzegane z własnej specyficznej perspektywy. Zaangażowanie nie wyklucza tu sarkazmu, ale Materna nie nadużywa tego środka w opowieści. Zupełnie jakby możliwość spisania „na poważnie” humorystycznych doświadczeń była bardziej kusząca od dodatkowych żartów. Autor nie sprzedaje anegdot jak showman, raczej po prostu nadaje kształt swoim wspomnieniom. Wprowadza w nie odbiorców z lekką niepewnością, jakby przepraszająco i bez nadziei na wzbudzenie entuzjazmu. Z drugiej strony funkcjonuje tu Materna jako postać rozpoznawalna, medialna osobowość, która w prywatnych zapiskach o drodze kariery nie musi się już silić na żarty, żeby kupić publiczność. Materna rezygnuje z komizmu i „twórczości” by nie przyćmiewać swoich nieznanych odbiorcom przeżyć i nie tłumić oryginalnej ścieżki kariery. Tym razem istotne jest zaspokajanie ciekawości fanów, czy też chęć wyjaśnienia kilku epizodów. Materna nie musi przecież chwalić się współpracą z wybitnymi artystami: przyjęta przez niego perspektywa sprawia, że może za to pokazać czytelnikom swoje przeżycia i emocje sprzed lat. W ten sposób uniknie zarozumiałości i usprawiedliwi oddalenie się od konfesyjnego tonu. Materna wybiera bowiem swoje interpretacje wydarzeń, w których brał udział, proponuje dopisek do tego, co znają (lub nie) jego fani – i to dopisek ważny, bo dotyczący pobocznych aspektów artystycznego rzemiosła.
Czytelnikom spodobać się może konkretność przeżyć i to, że Krzysztof Materna bez trudu nazywa i charakteryzuje własne stany emocjonalne z przeszłości. Dzięki temu łatwo wyobrazić sobie, jak odbierał kolejne przygody. Ciekawy jego portret uzyskuje się również niebezpośrednio, z charakterystyk kilkorga bliskich i sławnych znajomych. Nie inni opisują Maternę, a Materna opisuje innych – to zabieg dobry przy „zawodowej” autobiografii, a i rzadko spotykany.
piątek, 6 grudnia 2013
Marcin Wicha: Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności
Znak, Kraków 2013.
Przyjaciel
Takie publikacje jak „Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności” bardzo cieszą, pozwalają bowiem wierzyć w absurd w literaturze czwartej. Marcin Wicha daje popis dowcipu w najlepszym gatunku – w tekście i w grafice – i zachęca dzieci do śledzenia przygód niezwykłej pary przyjaciół. Dziewczynka, Strusia, to wcielenie grzeczności. Zawsze porządna, uprzejma i spokojna, budzi tylko niechęć rówieśników (i podziw dorosłych). Wie, jak się zachowywać i czego nie robić. Łysol z kolei któregoś dnia wkracza w życie Strusi i może nauczyć ją niegrzeczności – a właściwie postaw typowych dla każdego normalnego kilkulatka. Łysol jest wielkim, kudłatym i brzydko pachnącym psem, który potrafi mówić i lubi wyzwania. Dzięki niemu Strusia przeżyje kilka ciekawych przygód i przestanie być dzieckiem idealnym. Pozna za to smak radości, szczęścia czy strachu. Na zawsze za to rozstanie się z nudą. I oczywiście zyska w Łysolu prawdziwego przyjaciela, o czym też nie należy zapominać. Tyle że na początku książki Strusia otrzymuje od pani dyrektor grzecznomierz, przyrząd do mierzenia zachowania i przyznawania punktów za wzorowe postawy. Grzecznomierz odejmuje też punkty za niewłaściwe zachowanie, ale Strusia lubi towarzystwo Łysola, który ogłasza się jej trenerem niegrzeczności.
Marzenie wielu rodziców i wychowawców o dziecku, które nie sprawia żadnych problemów, to mit, z którym Wicha szybko się rozprawia. Grzeczna Strusia to bohaterka, która sama skazuje się na społeczną izolację i nie może poznać uroków dzieciństwa. Zawsze pamięta o zasadach dobrego wychowania, co bardzo ją usztywnia. Dopiero Łysol stopniowo pozwala odzyskać Strusi normalność i zadowolenie z życia. Ale niegrzeczność nie oznacza w tej książce poważnych wykroczeń przeciwko zasadom wprowadzanym przez dorosłych. Codzienność z trenerem niegrzeczności oznacza przechytrzenie złośliwej nauczycielki i kosmiczną podróż, wizytę u niezwykłego fryzjera i przygotowanie jajecznicy z dziwnych składników. To po prostu rozwijanie wyobraźni i dopuszczanie bohaterki do świata bogatego w absurdy. Tu może zdarzyć się absolutnie wszystko, a Strusia jest młodszą siostrą Ali Betki Idy Pierelotkin. Śmiech budzi towarzysz jej zabaw, który z jednej strony nie zawsze orientuje się w zasadach rządzących światem ludzi, a z drugiej należy do bardzo kreatywnych istot.
Każdy rozdział (są bardzo krótkie i tematyzowane, przez co tom może być traktowany jak zbiór chronologicznie ułożonych opowiadań) zamykany jest komiksem. Marcin Wicha wykorzystuje w stripach pomysły, które najlepiej sprawdzają się w żartach rysunkowych i nie zmieściłyby się do tekstowych historyjek. Na pospiesznych rysunkach pojawiają się przeważnie gadające głowy i pojedyncze przedmioty, akcja jest ograniczana na rzecz słownego dowcipu i pojedynczych skojarzeń. Autor stawia swoich bohaterów w trudnych sytuacjach (ile to jest 12 x 7?), lub wtrąca w nowe konteksty (radio Łysol czy restauracja U Łysola), stawia na absurd oraz na metatekst. Łysol i Strusia czasem zachowują się jak obrażone na siebie dzieci, zawsze natomiast będą bawić odbiorców. Wicha dokłada jeszcze rysunki ilustrujące wybrane sytuacje z rozdziałów, ale z racji szybkiej i zamaszystej kreski to komiksy powinny bardziej spodobać się czytelnikom.
Strusia i Łysol to para ciekawa i nakręcająca się wzajemnie do działania. Dla autora bardzo ważny jest żart – w prezentowaniu bohaterów nie ma miejsca na długie opisy (gdy są potrzebne, ujawnia się narrator), a wszystko opiera się na błyskawicznych dialogach. Nuda nie ma tu prawa wstępu, komizm przesyca narrację. Marcin Wicha to kolejny autor, który docenia potęgę absurdu w literaturze czwartej.
Przyjaciel
Takie publikacje jak „Łysol i Strusia. Lekcje niegrzeczności” bardzo cieszą, pozwalają bowiem wierzyć w absurd w literaturze czwartej. Marcin Wicha daje popis dowcipu w najlepszym gatunku – w tekście i w grafice – i zachęca dzieci do śledzenia przygód niezwykłej pary przyjaciół. Dziewczynka, Strusia, to wcielenie grzeczności. Zawsze porządna, uprzejma i spokojna, budzi tylko niechęć rówieśników (i podziw dorosłych). Wie, jak się zachowywać i czego nie robić. Łysol z kolei któregoś dnia wkracza w życie Strusi i może nauczyć ją niegrzeczności – a właściwie postaw typowych dla każdego normalnego kilkulatka. Łysol jest wielkim, kudłatym i brzydko pachnącym psem, który potrafi mówić i lubi wyzwania. Dzięki niemu Strusia przeżyje kilka ciekawych przygód i przestanie być dzieckiem idealnym. Pozna za to smak radości, szczęścia czy strachu. Na zawsze za to rozstanie się z nudą. I oczywiście zyska w Łysolu prawdziwego przyjaciela, o czym też nie należy zapominać. Tyle że na początku książki Strusia otrzymuje od pani dyrektor grzecznomierz, przyrząd do mierzenia zachowania i przyznawania punktów za wzorowe postawy. Grzecznomierz odejmuje też punkty za niewłaściwe zachowanie, ale Strusia lubi towarzystwo Łysola, który ogłasza się jej trenerem niegrzeczności.
Marzenie wielu rodziców i wychowawców o dziecku, które nie sprawia żadnych problemów, to mit, z którym Wicha szybko się rozprawia. Grzeczna Strusia to bohaterka, która sama skazuje się na społeczną izolację i nie może poznać uroków dzieciństwa. Zawsze pamięta o zasadach dobrego wychowania, co bardzo ją usztywnia. Dopiero Łysol stopniowo pozwala odzyskać Strusi normalność i zadowolenie z życia. Ale niegrzeczność nie oznacza w tej książce poważnych wykroczeń przeciwko zasadom wprowadzanym przez dorosłych. Codzienność z trenerem niegrzeczności oznacza przechytrzenie złośliwej nauczycielki i kosmiczną podróż, wizytę u niezwykłego fryzjera i przygotowanie jajecznicy z dziwnych składników. To po prostu rozwijanie wyobraźni i dopuszczanie bohaterki do świata bogatego w absurdy. Tu może zdarzyć się absolutnie wszystko, a Strusia jest młodszą siostrą Ali Betki Idy Pierelotkin. Śmiech budzi towarzysz jej zabaw, który z jednej strony nie zawsze orientuje się w zasadach rządzących światem ludzi, a z drugiej należy do bardzo kreatywnych istot.
Każdy rozdział (są bardzo krótkie i tematyzowane, przez co tom może być traktowany jak zbiór chronologicznie ułożonych opowiadań) zamykany jest komiksem. Marcin Wicha wykorzystuje w stripach pomysły, które najlepiej sprawdzają się w żartach rysunkowych i nie zmieściłyby się do tekstowych historyjek. Na pospiesznych rysunkach pojawiają się przeważnie gadające głowy i pojedyncze przedmioty, akcja jest ograniczana na rzecz słownego dowcipu i pojedynczych skojarzeń. Autor stawia swoich bohaterów w trudnych sytuacjach (ile to jest 12 x 7?), lub wtrąca w nowe konteksty (radio Łysol czy restauracja U Łysola), stawia na absurd oraz na metatekst. Łysol i Strusia czasem zachowują się jak obrażone na siebie dzieci, zawsze natomiast będą bawić odbiorców. Wicha dokłada jeszcze rysunki ilustrujące wybrane sytuacje z rozdziałów, ale z racji szybkiej i zamaszystej kreski to komiksy powinny bardziej spodobać się czytelnikom.
Strusia i Łysol to para ciekawa i nakręcająca się wzajemnie do działania. Dla autora bardzo ważny jest żart – w prezentowaniu bohaterów nie ma miejsca na długie opisy (gdy są potrzebne, ujawnia się narrator), a wszystko opiera się na błyskawicznych dialogach. Nuda nie ma tu prawa wstępu, komizm przesyca narrację. Marcin Wicha to kolejny autor, który docenia potęgę absurdu w literaturze czwartej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






