* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baśń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baśń. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 grudnia 2025

Sara B. Elfgren, Johan Egerkrans: Na ratunek Gwiazdce

Kropka, Warszawa 2025.

Ratunek

Dawno już takich klasycznych baśni na rynku wydawniczym nie było, ale Sara B. Elfgren i Johan Egerkrans postanowili przenieść odbiorców do mocno egzotycznego dla nich świata. W tej książce bieda wyziera z każdego kąta, akcja dotyczy dzieci gajowego, które mieszkają w źle ogrzewanej chacie i wiedzą, że bez ciężkiej pracy i wielkiego wysiłku mogą nie przetrwać zimy. Dzieci gajowego jest troje – ale właśnie urodził się czwarte. Do tego w chacie mieszka też babcia, Duża Marta, która nie ma siły na pomaganie w obejściu. Dla Sary B. Elfgren to sposób na odcięcie bohaterów od zdobyczy cywilizacyjnych – tak trzeba, żeby w krytycznym momencie były skazane tylko i wyłącznie na siebie i żeby nie mogły szukać pomocy u dorosłych. Bo z bożonarodzeniowymi wyzwaniami trzeba sobie poradzić samodzielnie. Wszystko zaczyna się od niezwykłego znaleziska: koło domu spada coś, co emituje dziwne światło i ewidentnie potrzebuje pomocy. Dzieci gajowego nie są lękliwe, przekonują się, że to Gwiazdka z nieba – i że ta Gwiazdka, jakkolwiek przychylnie by do nich nastawiona nie była, nie może zostać w lesie, czuje się tu samotna i nieszczęśliwa.

Tak rozpoczyna się historia, w ramach której bohaterowie trafiają między innymi do świata okrutnego czarnoksiężnika Corviusa Craxusa. Na swojej drodze stale spotykają różne magiczne istoty i wiedzą jedno: w tej krainie życzliwość jest walutą, za bezinteresowną przysługę można spodziewać się pomocy. A nigdy nie wiadomo, kiedy wsparcie będzie potrzebne: tu na pewno w walce ze złem przyda się każdy ratunek. Jednak nie można zapominać o podstawowym celu misji – o zwróceniu Gwiazdce wolności i szczęścia.

Mroczna jest ta opowieść, przynajmniej na początku, mocno surowa i wprowadzająca dzieci w niegościnny świat na wschód od słońca i na zachód od księżyca. Dzieci mierzą się nie tylko z czarnymi charakterami, ale też z własnymi słabościami, przeszkód na drodze do rozwiązania sprawy musi być dużo, a niebezpieczeństwa – ogromne, tylko tak da się zbudować opowieść konkurencyjną wobec obecnych produkcji dla najmłodszych. Tu nie będzie cukierkowości, pomocy z każdej strony i wychowawczych scenek – tu liczy się bezwzględna walka o to, co najważniejsze. Cała książka jest ładnie ilustrowana, ale nawet w twarzach bohaterów (i w wizerunku Gwiazdki jakby przeniesionej z radosnej kreskówki) widać, że odchodzi się od bezpiecznych i stonowanych narracji – dzieci mają trochę wynaturzone rysy twarzy i nie można o nich powiedzieć, że są ładne. Zatem to propozycja dla młodych zbuntowanych odbiorców, dla tych, którzy nie boją się ryzyka i potrzebują alternatywy wobec przesłodzonych narracji, jakich mnóstwo na rynku w okresie przedświątecznym. Dwadzieścia cztery rozdziały mogą pozwolić na grudniowe odkrywanie tej historii co wieczór. Nie jest to publikacja podobna do innych i właśnie dzięki temu zaangażuje młodych czytelników – zapewniając im przejście do fantastycznej krainy i mnóstwo przygód.

niedziela, 23 listopada 2025

Jonathan Freedland, Emily Sutton: Urodziny Króla Zimy

Kropka, Warszawa 2025.

Odkrycie klasyki

Ulrich Alexander Boschwitz napisał opowiadanie, które dzisiaj bardzo wpasowuje się w klasyczne baśnie, a zostało przedstawione młodym czytelnikom przez Jonathana Freedlanda i Emily Sutton. „Urodziny Króla Zimy” to krótka historia o następujących po sobie porach roku. Król Zimy, który tęskni za swoim rodzeństwem – Latem, Wiosną i Jesienią – zaprasza wszystkich na urodziny i cieszy się, że może spędzać z nimi czas. Tylko że przyroda szaleje – gorące słońce nie ogrzewa Ziemi wystarczająco, żeby stopić śniegi, liście na drzewach nie wiedziały, czy rozwijać się, czy spadać, zwierzęta szykowały się do snu zimowego i jednocześnie zastanawiały się nad wyborem towarzysza na wiosnę. W takim świecie nikt nie umiał się odnaleźć, zboże nie mogło wyrosnąć, kwiatki potrzebowały słońca, ale musiały walczyć z pokrywą śniegu. Zamieszanie, jakie powstało, pokazało Królowi Zimy, że mimo tęsknoty za rodzeństwem, nie może spędzać czasu z bliskimi. Na szczęście, ponieważ przez chwilę to się udało, Król Zimy może przywoływać piękne wspomnienia i cieszyć się, że kiedyś wszyscy przez moment bawili się razem. To wystarcza: tęsknota nie jest już tak dotkliwa.

„Urodziny Króla Zimy” to książka przypominająca baśń. Została przepięknie wydana: wielki format i piękne ilustracje przykuwają wzrok i sprawiają, że każdy chce mieć takie dzieło w swojej biblioteczce. Baśniowe przesłanie wyjaśnia dzieciom ideę następstwa pór roku w prosty sposób – zamienia w bajkę rzeczywistość. Ale niezależnie od pomysłu, jaki dzisiaj już by się na rynku wydawniczym nie pojawił, liczy się tutaj realizacja. Tekstowo jest to książka przygotowana do szybkiego przeczytania przed snem. Za to ilustracje na bardzo długo zatrzymają czytelników przy tej publikacji. Zwraca tu uwagę zwłaszcza przesycenie stron deseniami – pojawiają się poszczególne płatki śniegu, detale olśniewających strojów bohaterów, starannie wyrysowane gałęzie drzew i szczegóły kwiatków. Każda strona – niezależnie od tego, czy jest pełnowymiarowym rysunkiem, czy zawiera kilka grafik – wymaga skupienia i oglądania kolejnych elementów obrazków. Razem wszystko sprawia duże wrażenie, ale dopiero analiza ilustracji ujawnia wszystkie smakowite pomysły. To bardzo ożywia świat przedstawiony i pozwala się w nim rozgościć, jest tu naprawdę mnóstwo różnorodnych elementów, rozwiązań, które przypadną do gustu nie tylko dzieciom. Nasi odbiorcy – zwłaszcza starsi czytający swoim pociechom – mogą tu mieć skojarzenia z ilustracjami Marcina Szancera, z pewnością jednak najmłodsi, coraz częściej karmieni komputerową i bezduszną papką w grafikach będą olśnieni takimi rozwiązaniami. „Urodziny Króla Zimy” to z jednej strony zatem nawiązanie do odwiecznych baśniowych sposobów objaśniania praw natury i świata – z drugiej prawdziwy popis graficzny. Na rynku pojawia się odkrycie zapomnianego dzieła – ale realizacja sprawia, że to dzieło będzie dla dzisiejszych czytelników zachwycające.

czwartek, 2 stycznia 2025

Theresa Breslin: Sekrety starych zamczysk. Ilustrowany skarbiec szkockich legend

Kropka, Warszawa 2024.

Legendy ożywiane

Wydawnictwo Kropka przyzwyczaiło już czytelników do tego, że książki dobiera nie tylko pod kątem wartościowych treści, ale i tematów dla wielu grup odbiorców. Chociaż „Sekrety starych zamczysk. Ilustrowany skarbiec szkockich legend” to publikacja spod szyldu literatury czwartej, nada się jako prezent dla wszystkich, bez względu na wiek, fanów opowieści o smokach, rycerzach i potworach – dla wszystkich, którzy kochają baśnie w różnych ich wymiarach. Wielka księga kojarzy się raczej z pięknym albumem, a przytaczane tu legendy opracowane zostały tak, żeby przybliżać przekazy miejscowych i uświadamiać odbiorcom, jak wielki potencjał fabularny tkwi w pomysłach sprzed wieków. Istoty, które na kartach tego tomu ożywają, sprawdzą się i w dzisiejszych opowieściach bez większego trudu – to popis wyobraźniowy i jednocześnie narracyjny – dzięki czemu poszerza się krąg potencjalnych czytelników.

„Sekrety starych zamczysk” to dokładnie to, co obiecuje tytuł: są tu konkretne miejsca, w które można się wybrać – adresy stworów z fantazji i przypadków ze sfery nieprawdopodobnej. Są tu bohaterowie, którzy muszą walczyć ze złem i z własnymi słabościami, a do tego wykazywać się przenikliwością i odwagą, kreatywnością i sprytem w pokonywaniu trudności. I to jest jak w każdej baśni. Jednak zakotwiczenie tych historii, wskazanie ich miejsca, przestrzeni – ze zmieniającymi się przecież krajobrazami – to sposób na wyzwolenie ciekawości odbiorców. Liczy się tu prawdziwość opowieści, ale też charakter, koloryt lokalny bardzo tu akcentowany i wyczuwalny w każdej historii. Co ważne – rzadko są tu legendy znane powszechnie, a nawet jeśli funkcjonują w takim obiegu, to nie aż tak bardzo szczegółowo. Detale nie przytłaczają, za to budują klimat opowieści, bardzo w tym wypadku istotny: Theresa Breslin świadoma jest brzmienia swoich opowieści – relacjonuje je z wprawą. Nie bez znaczenia jest też warstwa graficzna: ilustracje podsycają wrażenie, jakie wywoła lektura, spodobają się i młodszym, i starszym czytelnikom – także tym, którzy wyrośli już z książek z obrazkami. „Sekrety starych zamczysk” przypominają odbiorcom, na czym polega radość przeżywania przygód nieprawdopodobnych, za to wypełnionych emocjami. W dodatku to książka sycąca – dzięki objętości i zawartości bardzo zróżnicowanych relacji przynosi czytelnikom mnóstwo wrażeń i zaskoczeń, ale też zaspokaja potrzebę wysłuchiwania starych opowieści. Jest przemyślana w każdym calu i nie chodzi tylko o tłumaczenie czy dobór tematów (i postaci, wśród których wyróżniany w blurbie Czerwony Kapturek rzeczywiście nikomu nie będzie znany), ale o połączenie strony treściowej z grafiką i jakością wydania. Taka publikacja jest znakomitym prezentem dla wszystkich miłośników legend i przekazów ludowych – tu nie ma znaczenia ani moda na gatunki, ani odległość geograficzna czy kulturowa – esencja baśni sprawia, że każdy znajdzie tu coś dla siebie i zanurzy się w scenerii zamczysk Szkocji. Takie wydanie powinno się doczekać kontynuacji i pozwalać odbiorcom na odkrywanie na nowo przesłań z różnych stron świata.

poniedziałek, 21 października 2024

Kai Lüftner: Zawieruszek. Baśń skandynawska

Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.

Przyjaźń

Baśnie dzisiaj cieszą się mniejszą popularnością niż jeszcze kilka dekad temu: dzisiaj dzieci wybierają częściej historie, które mają przewidywalny przebieg. I w tej konkurencji „Zawieruszek. Baśń skandynawska” wygra na pewno – nie da się bowiem wymyślić, jak rozwinie się fabuła tomiku. Pięknie ilustrowana przez Emilię Dziubak książka daje do myślenia i uwrażliwia dzieci na samotność. Bohaterowie tej historii to para staruszków. Mieszkają oni z daleka od innych ludzi, niespecjalnie też próbują się socjalizować: mają siebie i to im do szczęścia wystarczy. Jednak pewnego dnia spotykają w lesie małego chłopca. Pięciolatek trafia do ich domu i pomaga w rozmaitych zadaniach i czynnościach. Przejmuje część obowiązków staruszków i dojrzewa na ich oczach. Dostaje imię – Vilmar – i swoją obecnością umila czas bohaterom. Nie ma tu dialogów: wszystko dzieje się w narracji i w zapośredniczonej opowieści, a to, czego słowa nie dadzą rady przekazać, przenoszą obrazy. Vilmar znajduje schronienie i rodzinę – tyle tylko, że wcale tego nie potrzebuje. Jest ktoś, kto ma pojęcie o jego właściwym pochodzeniu i w odpowiednim momencie podsunie lekturę wyjaśniającą wszystko. Vilmar będzie musiał wyruszyć w swoją podróż – opuścić gościnny dom i staruszków, którzy podzielili się z nim wszystkim, co mieli. I wbrew pozorom taki kierunek akcji nie przygnębia, nie budzi też lęku. Żeby zrozumieć istnienie Vilmara, trzeba będzie przyjrzeć się mitologii i wierzeniom skandynawskim – to z kolei przyniesie w efekcie zrozumienie dla bohatera, który wcale nie musi (a może nawet nie powinien) spędzać czasu pod dachem, niezależnie od uczuć, jakie łączą go z domownikami. Vilmarowi na żadnym etapie rozwoju nie dzieje się krzywda, a jeśli zaangażował się emocjonalnie i chciałby wracać do gościnnego domu – nie ma przeszkód, może to robić. Dzięki temu też dziadkowie nie będą tak bardzo tęsknić. Kai Lüftner unika w ogóle mówienia o emocjach i uczuciach – wprawdzie wiadomo, że bohaterowie nie mogą funkcjonować jako obojętni sobie, ale dzięki akcji, która zostaje zapośredniczona w opowieści, nie ma problemu z bólem rozstania.

Jest to książka ciekawa: atrakcyjna od strony fabularnej dzięki nieczęsto spotykanym rozwiązaniom – i za sprawą strony graficznej. Emilia Dziubak stawia tu na realizm i nie boi się tego, co coraz rzadziej spotykane w literaturze czwartej – proponuje pejzaże często pozbawione ludzi. Nie ucieka w infantylizm, nawet jeśli wyposaża swoich bohaterów w sympatyczne miny. Urzeka odbiorców za sprawą wypełnionych szczegółami grafik. „Zawieruszek” to lektura dla młodszych i starszych odbiorców. Dzieci z pewnością odkryją w niej historię o dojrzewaniu i o samodzielności, dorośli z kolei docenią to, co Emilia Dziubak przygotowuje: zresztą publikacje ilustrowane przez tę autorkę zawsze cieszą się zainteresowaniem szerokiego grona odbiorców. „Zawieruszek” przedstawia niezwykłą, klimatyczną historię. Jest to propozycja, która wzruszy i zabierze dzieci do innego, nieznanego świata.

poniedziałek, 10 kwietnia 2023

Natasha Farrant: Dziewczynka, która rozmawiała z drzewami

Nasza Księgarnia, Warszawa 2023.

Ochrona przyrody

Oliwia to bohaterka, którą świetnie zrozumieją introwertycy. Oliwia boi się ludzi i unika ich, nie znosi towarzystwa rówieśników ani przedstawicieli pokolenia rodziców, nie ma o czym rozmawiać. Zupełnie inaczej jest z drzewami: drzewa nigdy nie odezwą się niespodziewanie, nie zażądają działań, które przyprawiłyby dziewczynkę o stres. Drzewa rozumieją i są, wspierają i pomagają uporać się z najtrudniejszymi myślami. Oliwia kocha zwłaszcza pewien stary dąb - olbrzymie drzewo daje jej schronienie i jest towarzyszem codziennych spotkań. Tyle że dębowi grozi ścięcie: ojciec Oliwii, sir Sydney, planuje wybudować letni dom dokładnie w miejscu, w którym rośnie przyjaciel jedenastolatki. Oliwia nie może do tego dopuścić - wie, że to ona musi ocalić drzewo i przekonać dorosłych do tego, by pozwolili mu bezpiecznie rosnąć.

"Dziewczynka, która rozmawiała z drzewami" to nietypowa baśń. Oliwia przenosi się do świata, w którym rzeczywiście jest w stanie porozumiewać się z drzewami - odwiedza kilka wyjątkowych okazów i od każdego z nich musi usłyszeć pewną historię, żeby mogła lepiej zrozumieć przyrodę. Zresztą Oliwia ma do wypełnienia pewną misje, obiecuje coś, co jest wyjątkowo trudne dla dziecka, ale co da się przy odrobinie wyobraźni uzyskać. Drzewa mają tylko ją jako łącznika między światem ludzi i roślin - mogą tylko na Oliwię liczyć. Wyobcowana dziewczynka za sprawą swoich nietypowych przyjaźni nie staje się jeszcze większym odludkiem, wręcz przeciwnie: konieczność wstawienia się za drzewami sprawia, że bohaterka nabiera odwagi i próbuje walczyć o dobro swoich przyjaciół - i o ich życie, bo przecież o to głównie chodzi, nawet jeśli dorośli nie zdają sobie z tego już sprawy. Kolejne drzewa, jakie odwiedza Oliwia, przedstawiają jej swoje historie lub przygody - każde doświadcza czegoś niezwykłego i każde używa odrobiny magii, żeby wspomóc ludzi. Drzewa ratują wtedy, kiedy sytuacja wydaje się beznadziejna - drzewa rozumieją i drzewa nie znają niegodziwości. To przekona do nich każdego odbiorcę, bo Oliwia przekonywać się nie musi -ona doskonale wie, że drzewa są najlepsze i zasługują na szacunek. Tylko od czasu do czasu pojawia się tu motyw wieku największych i najbardziej rozłożystych okazów, drzewa, które znają odległą przeszłość to przypomnienie ulotności człowieka w zestawieniu z przyrodą - wątek dalszoplanowy. Drzewa mają teraz szansę przekonać do siebie, udowodnić, że są ważne i potrzebne, a także - że trwają mimo wszelkich przeciwności losu. "Dziewczynka, która rozmawiała z drzewami" to szereg opowieści baśniowych, wzruszających i dających do myślenia - nie chodzi tu wyłącznie o zastanawianie się nad rolą natury w życiu człowieka. Natasha Farrant wie, jak zaangażować odbiorców w opowieść - podsuwa im klimaty niepowtarzalne, buduje nastrój niezwykłości po to, żeby uwrażliwiać na los roślin. Tutaj dużą rolę odgrywają również malownicze ilustracje: Lydia Corry przygotowuje obrazki, które przypominają o znaczeniu i pięknie drzew, pomagają uruchamiać wyobraźnię i czasami wręcz ją zastępują, żeby łatwiej było czytelnikom zrozumieć bohaterów. Jest to powieść dobrze przemyślana i przygotowana z wielką dbałością o detale.

wtorek, 20 września 2022

Joanna Bogudał-Borkowska: Opowieści o Czujątkach. Ćwiczenia z empatii dla dzieci i... dorosłych

Impuls, Kraków 2022.

Odczuwanie

Joanna Bogudał-Borkowska to autorka, której nie zależy specjalnie na wymyślaniu przełomowych bajek i baśni dla dzieci - zamierza wykorzystać stylizowane na klasyczne historie, żeby przedstawić dzieciom i animatorom (przede wszystkim nauczycielom oraz pedagogom, ale być może też rodzicom maluchów) scenariusze zajęć pozwalających na zrozumienie emocji i uczuć. "Opowieści o Czujątkach. Ćwiczenia z empatii dla dzieci i... dorosłych" to książka niewielka objętościowo, zawierająca zestaw opowiadań i towarzyszących im scenariuszy lekcyjnych do wykorzystania w pracy z najmłodszymi. Autorka proponuje historyjki z tezą, już po tytule w większości przypadków łatwo będzie się zorientować, czego dotyczy fabuła i jakie zagadnienie maluchy będą ćwiczyć razem z bohaterami.

A bohaterów Joanna Bogudał-Borkowska oszczędzać nie zamierza. Wprowadza sytuacje mocno stresujące, wytrąca Czujątka ze strefy komfortu i każe im odkrywać nowe dla siebie przestrzenie, odczucia i reakcje. Wybiera odważne fabuły, bo nie liczy się dla niej to, co stanie się z postaciami, a to, co z opowiadań wysnują najmłodsi odbiorcy. Oznacza to, że trochę Bogudał-Borkowska idzie pod prąd dzisiejszych mód nakazujących oszczędzanie adrenaliny dzieciom: tu można naprawdę kogoś stracić albo bardzo się przestraszyć, jeśli to podporządkowane jest określonemu celowi, samopoznaniu i analizie uczuć. Jak to z opowieściami z tezą bywa, samym biegiem wydarzeń trudno będzie przyciągnąć odbiorców, to raczej lektury, po jakie nie sięga się z własnej woli, a tylko wtedy, gdy chce je przerabiać nauczyciel - sama autorka też nie stara się budować ciepłego wizerunku postaci, woli zamieniać je w worki treningowe, tak, żeby dzieci wiedziały, co może spotkać każdego - i po co. Niewątpliwie atutem publikacji jest język, świadoma narracja: Joanna Bogudał-Borkowska nie infantylizuje stylu, pisze bardziej nawet dla dorosłych niż dla dzieci (przy czym sama to kontroluje, kiedy pojawi się postać, która nadużywa skomplikowanych określeń, doczeka się odpowiedniego komentarza). Wsłuchana w klimat dawnych baśni, próbuje narracji poważnej i melodyjnej, przesyconej przymiotnikami i działającej na zmysły odbiorców. To pasowałoby do dopracowanych fantastycznych fabuł, tutaj - ponieważ celem jest nie dostarczenie dzieciom rozrywki a nauka - wydaje się nieco zbędnym zabiegiem, który jedynie rozdmuchuje teksty, jednak nie ulega wątpliwości, że Bogudał-Borkowska pisać potrafi. Nie wstrzeli się w rynek literatury dziecięcej przede wszystkim dlatego, że nie pozwala wyobraźni na swobodne szybowanie i unika humoru, który jednak dla młodych czytelników jest ważny. Za to pozwoli nauczycielom i wychowawcom odczuć, że robią coś dobrego dla rozwoju dzieci i że przyczyniają się do lepszego komunikowania się przez najmłodszych. Każda historia rozpisana jest tak, żeby nauczyciele nie mieli problemów z przeanalizowaniem utworu i żeby wiedzieli, co autorka chciała osiągnąć. Podaje Bogudał-Borkowska cel zajęć i zestaw materiałów potrzebnych dzieciom (to przeważnie kredki i kartki, więc lekcje nie będą się wiązały z wielkimi kosztami i da się je przeprowadzić niemal w każdych warunkach). Następnie tłumaczy, jak powinien wyglądać przebieg lekcji, łącznie z przywitaniem i pytaniami kierowanymi do maluchów. Jest tu zestaw pytań, które należy po wspólnej lekturze baśni zadać dzieciom, są też kolejne zagadnienia pozwalające na szczerą rozmowę i odkrywanie siebie. Pojawia się zestaw zadań i ćwiczeń, które można wykorzystać, jeśli czas na to pozwoli - słowem - Bogudał-Borkowska oferuje zgrabne gotowce do wykorzystania w szkole.

piątek, 19 sierpnia 2022

Emilia Kiereś: Rzeka

Nasza Księgarnia, Warszawa 2022.

Siła

Emilia Kiereś zdecydowanie najlepiej czuje się w historiach stylizowanych na dawne narracje i baśnie. Swoich bohaterów przenosi w świat wyobraźni podszytej magią, nie pozwala sobie na analizowanie codzienności i na nawiązania do rzeczywistych wydarzeń czy miejsc. Tworzy własne przestrzenie, kreuje wydarzenia fantastyczne i zwraca się do młodych czytelników, aby pokazać im ponadczasowe systemy wartości. Nie dziwią zatem rozwiązania, jakie ta autorka stosuje w "Rzece". Chłopiec, Kilian, będzie tu dojrzewać na oczach odbiorców: to bohater, który musi wyruszyć w długą i pełną niebezpieczeństw podróż, żeby poznać siebie i żeby dowiedzieć się czegoś o własnej rodzinie. Czekał na ojca - który wyruszył na wojnę - jednak wojna już się skończyła, inni wojownicy wrócili do swoich domów, a Kilian nie ma pojęcia, co stało się z jego rodzicem. Matka nie wyruszy na wyprawę, może tylko tęsknić i cierpieć - i to jedna z przyczyn, dla których bohater postanawia wyjść z domu i wspiąć się na najwyższą górę. Tak zdobędzie wiadomości na temat tego, co się wydarzyło - a być może sprowadzi też ojca do domu, ma taką nadzieję. Emilia Kiereś lubuje się w takich klimatach, zwykle trzeba opuścić bezpieczne miejsce i wyruszyć w nieznane, żeby zacząć proces dojrzewania. Kilian na początku nie planuje jednak wielkich przygód: zamierza zwyczajnie wejść na szczyt góry i zaraz potem wrócić do domu - ta wycieczka powinna już przynieść pożądane informacje i przyczynić się do odkrycia prawdy o ojcu. Matka jednak zdaje sobie sprawę z tego, że eskapada nie skończy się zbyt szybko. Nie może odwodzić dziecka od podjętych zamiarów: wie doskonale, że sprzeciw na nic się nie zda, a Kilian i tak zrobi to, co sobie przygotował. Wyposaża go zatem w przepiękną i bardzo ważną dla fabuły koszulę - i wypuszcza w świat. Kilian będzie musiał przeżyć parę rozczarowań zanim nauczy się odróżniać prawdę od kłamstwa i życzliwość od podstępu - ale to element niezbędny w procesie dojrzewania. Bohater stopniowo uczy się męstwa, bierze udział w wielkich wydarzeniach i znajduje sprzymierzeńców nie zawsze tam, gdzie się ich spodziewał. Przekonuje się, że nie każdemu można wierzyć i że ludzie potrafią wykorzystywać innych do swoich własnych celów bez chęci dawania czegoś w zamian. Odkrywa to, czego nie mógł zaznać w bezpiecznym i dobrym domu. Wszystko to sprawia, że tajemnica ojca schodzi na dalszy plan, Emilia Kiereś podkreśla za to zmagania Kiliana z rzeczywistością i trudy dorastania. Zmusza chłopaka do uruchomienia kreatywności i znalezienia w sobie odwagi, wystawia go na poważne próby i za każdym razem pozwala odkrywać coś nowego. Odbiorcy będą tę drogę przeżywać razem z Kilianem - i kibicować mu w wysiłkach. Mnóstwo tu silnych emocji i wzruszeń, bo autorka przeważnie nie stroni od sentymentalnych opowieści i scen obliczonych na wstrząsanie czytelnikami. "Rzeka" to zamieniona w baśń opowieść o dojrzewaniu i odkrywaniu siebie - napisana pięknym językiem, wypełniona klasycznymi w duchu przygodami i wpisująca się w nurt powieści drogi lubianych przez młodych fanów fantastyki.

środa, 30 marca 2022

Baśnie i legendy polskie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2022. (wznowienie)

Opowieści tradycyjne

Wielka księga baśni i legend polskich to coś w sam raz na odbywanie podróży w czasie. Kolejni autorzy sięgają przede wszystkim po legendy założycielskie albo obiegowe historie związane z miejscami i tradycjami. Wykorzystują tu obecność zaczarowanych stworzeń albo magii, która służy nagradzaniu dobra i karaniu za zło - struktury tych baśni są powszechnie znane i czasami nawet powtarzają się w różnych historiach, chociaż kompozycja tomu nie pozwala na nudzenie się czy na wpadanie w rutynę. Każdy, kto chce przypomnieć sobie opowieści z dzieciństwa (jeśli chodzi o pokolenie urodzone w latach 70. i 80.), może podczas czytania tych opowiadań dzieciom przypomnieć sobie dawne narracje. Maluchom z kolei bardzo przyda się taka lekcja - pozwalająca na rozwijanie wyobraźni i na docenienie lokalnych atrakcji. Można wybrać się na wycieczkę śladami bohaterów, albo przyjrzeć się z innej perspektywy znanym sobie miejscom. Pojawia się tu Ojców, Morskie Oko, Poznań, Lublin i Podhale, pojawiają się Karpaty i Wawel. Legendy i baśnie oznaczają spotkania z charakterystycznymi postaciami: będzie tu Bazyliszek i Złota Kaczka, pojawi się mnóstwo diabłów przechytrzanych przez ludzi. Pojawi się Janosik (co do którego słowackich korzeni autorka wstępu do tomu ma wątpliwości). Znajdzie się Twardowski, Waligóra i Wyrwidąb, Zbój Madej, Szewczyk Dratewka, Zuzanka od utopców, Skarbnik, Wanda, która nie chciała Niemca, Wars i Sawa i wielu innych bohaterów. Mnóstwo tu zwierząt, a listę otwierają myszy, które zjadły Popiela obok poznańskich koziołków. W fabułach czasem liczą się wielkie uczucia mimo problemów - trzeba przezwyciężyć konwenanse, żeby zdobyć zgodę na poślubienie ukochanej. Zawsze trzeba wykazywać się pozytywnymi cechami charakteru, ci, którzy są dobrzy, mogą liczyć na wielkie szczęście i nagrodę. "Baśnie i legendy polskie" to zatem również - w pewnym stopniu - tom wychowawczy. Daje dzieciom do myślenia i poucza, ale dostarcza też mnóstwo rozrywki.

Opowieści są miejscami nieco archaiczne, jest w nich charakterystyczny ton, który pomaga w głośnym czytaniu dziecku. Część co trudniejszych dzisiaj słów została wyjaśniona w przypisach, żeby najmłodsi nie mieli wątpliwości, czego dotyczy relacja. Są te baśnie krótkie, zwięzłe, celne i śpiewne jednocześnie. Przyciągają dzieci swoją innością, niemal egzotyką - to, co dawniej nie budziło wątpliwości, dzisiaj wydaje się być czymś niezwykłym, nieprzystającym do aktualnej rzeczywistości. Chociaż dominują tu bardzo krótkie formy, łatwo będzie odbiorcom wstrzelić się w sedno zagadnienia, przeżywać razem z bohaterami ich doświadczenia i dylematy. Baśnie mają to do siebie, że są ponadczasowe, przyciągają całe pokolenia i budują tożsamość kulturową. Tom "Baśnie i legendy polskie" dodatkowo jest pięknie wydany. Nie sposób pominąć tu idealnie pasujących do całości ilustracji Mirosława Tokarczyka: to one nadają klimat opowiadaniom i przyciągają do książki nie tylko najmłodszych. Nie są przesłodzone, za to akcentują ludowość i przypominają o wyjątkowości tej publikacji.

poniedziałek, 19 lipca 2021

Luigi Dal Cin: W lesie Baby Jagi. Baśnie rosyjskie

Słowne Młode /Burda Media Polska, Warszawa 2021.

Z przeszłości

Co pewien czas na rynku pojawiają się zestawy opowieści z różnych kultur i różnych stron świata. "W lesie Baby Jagi. Baśnie rosyjskie" to tom, który przygotowuje Luigi Dal Cin. Zawiera dziewięć bajek, przede wszystkim na podstawie twórczości Afanasjewa, ale też z ludowych legend. Najbardziej znana będzie ta o złotej rybce, pozostałe odkryją przed najmłodszymi świat baśni i wyobraźni, jednak, co zastanawiające, w dość ograniczonym zakresie. Każda z tych narracji z osobna mogłaby bazować na melodyjności i na literackich popisach, tymczasem Luigi Dal Cin woli raczej przegalopować przez fabułę i streścić ją, a nie rozwodzić się nad pięknem świata przedstawionego. Nie ma tu charakterystycznych dla rosyjskich baśni klimatów: wszystko, co jest tłem, zostało właściwie usunięte, jeden z nielicznych zabiegów stylistycznych to "złota rybko, przypłyń szybko" w zawołaniu rybaka. Szkoda: można było podejść do tematu na dwa sposoby, pierwszy to skupienie się na osi fabularnej, a drugi - wzbogacenie jej całą atmosferą, dla przekonania dzieci, że warto sięgać po książki dla przyjemności.

Co zaskakujące, często nie ma także puent historii. Pojawiają się standardowe elementy baśni (między innymi - spotykanie "magicznych" elementów przyrody, magiczna trójka, przedmioty, które pozwalają uciec przed wrogami), ale gdy dochodzi do finału, autor chce jak najszybciej zakończyć opowieść i nie pozwala naprawdę jej przeżywać. Można zatem spróbować się zorientować w wyobraźni ludowej i w historiach, które mogły stać się inspiracją dla innych twórców, ale - bez prób zaangażowania się we wprowadzane tu treści. Literacko nie wypadają te baśnie olśniewająco, a powinny - tego można było oczekiwać. Nie rozbudzają apetytów, ani na dalszy ciąg, ani na serię.

Pośpiech w tekście nie przekłada się na szczęście na pośpiech w ilustracjach i tu wychodzi na jaw właściwe przeznaczenie książki. "W lesie Baby Jagi" to bowiem popis graficzny, zestawienie prac kilku wybitnych ilustratorów (wśród nich znalazł się Józef Wilkoń). Format tomiku sprawia, że każde opowiadanie to zaledwie dwie lub trzy rozkładówki, oznacza to, że znów niezbyt wiele grafik się zmieści. Tym razem chodzi jednak o specyficzną wrażliwość każdego z ilustratorów, pomysły na odzwierciedlenie historii i próby nadawania im typowego (wreszcie!) dla rosyjskich baśni klimatu. "W lesie Baby Jagi" to zatem bardziej książka do oglądania niż do cieszenia się tekstem i pomysłami twórczymi, nie skusi małych poszukiwaczy silnych wrażeń: wszystko zostało tu w obrębie treści zrównane ze sobą, a ilustracje jako takie spodobają się raczej koneserom niż najmłodszym. Może zatem funkcjonować ten tomik jako prezent dla śledzących pomysły w grafikach z literatury czwartej, bardziej dla dorosłych niż dla dzieci.

wtorek, 23 marca 2021

Maja Lunde: Strażniczka Słońca

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021.

Baśń o cieple

Jest to historia, która spodoba się dzieciom i ich rodzicom. Maja Lunde stawia tu na klasykę w formie i treści, ale jest w stanie stworzyć fabułę angażującą odbiorców. Sposób wydania tej książki - opracowanie graficzne oraz edycja - sprawiają, że staje się ona prawdziwym skarbem i ozdobą biblioteczki - oczywiście najbardziej angażujące będą treści przedstawiane przez autorkę i ilustratorkę, zadziwiająco jak na literaturę czwartą dorosłe. Nie ma tu cukierkowości, jest za to gotowy scenariusz familijnego filmu, dramatyczna akcja wiążąca się z wieloma wyrzeczeniami i odkrywaniem siebie. Mała dziewczynka, Lilia, żyje w świecie ciemności. W tym świecie nie ma słońca, trudno zdobyć coś pożywnego do jedzenia, wciąż jest zimno i pada deszcz. Przygnębiająca aura i niedożywienie to przyczyny przerażającej bladości i chudości okolicznych dzieciaków. Lilia nie jest tu wyjątkiem - wszyscy w tej krainie wyglądają źle. Dziewczynka raz na trzy dni może zjeść coś dobrego: dziadek przynosi wtedy kosz warzyw. Udaje, że wyhodował je w starej szklarni, do której Lilii nie wolno chodzić - jednak pewnego dnia bohaterka tomu "Strażniczka Słońca" nie wytrzymuje i śledzi swojego opiekuna. Tak trafia do krainy pełnej cudów i poznaje Chłopca o rumianych policzkach i błyszczących oczach. Kontrast między warunkami, w których żyje Lilia i tymi, które na co dzień ma Chłopiec, jest ogromny: ale to nie koniec niespodzianek. Okazuje się, że Słońce jest więzione - i z tego powodu nie może ogrzewać Ziemi. Lilia już wie, że będzie musiała coś z tym zrobić. Zmierzy się ze Strażniczką Słońca i pozna sekret swojej rodziny.

Maja Lunde tworzy tekst trzymający w napięciu i bardzo długo angażujący czytelników za sprawą wewnętrznych sekretów. Stopniowo odsłania kolejne warstwy historii, zależności i komplikacje, o których na początku wyprawy Lilia wiedzieć nie mogła. Daje wyjaśnienia detali, które pojawiały się w ramach prezentacji bohaterów (na przykład kwestii braku przytulania w domu dziadka). Lilia musi znaleźć w sobie siłę, żeby ocalić wszystkich - i żeby uratować Ziemię przed kolejną katastrofą, tym razem - suszą i pożarami. Niedobór słońca jest tak samo groźny dla ludzi, jak jego nadmiar. Jednak o tym trzeba się dopiero dowiedzieć. Bohaterka wyrusza na spotkanie z prawdziwą przygodą, jej misja będzie pełna prawdziwych niebezpieczeństw - jednak gdyby pozostała w domu, czekałby ją raczej przykry los. Próba zmiany to zatem konieczność, co nie oznacza, że da się to zrobić łatwo i szybko. Wielopoziomowe wyzwanie wygląda na ponad siły dla jednej dziewczynki, w dodatku osłabionej przez warunki egzystencji - ale Maja Lunde wie, co robi. Warto jej zaufać.

Ogromną rolę w tym tomie pełnią ilustracje. Byłyby realistyczne i niemal do pomylenia ze zdjęciami artystycznymi, gdyby nie fakt, że Lisa Aisato nieco modyfikuje proporcje głów. Najważniejsze jednak w tych wielkoformatowych i pięknych obrazach jest granie kolorem i światłem. Udziela się odbiorcom atmosfera - chłód i przygnębienie w przypadku stron "deszczowych", radość i ciepło w "słonecznych". Przynależność do świata mroku albo świata rozsłonecznionego widać w kolorze skóry i wyglądzie bohaterów - ale nawet tło idealnie gra tu emocjami. Dlatego też "Strażniczka Słońca" jest tomem, który przykuje uwagę wszystkich.

sobota, 5 września 2020

Disney. Bambi

Harperkids, Warszawa 2020.

Książę

W cyklu Disney. Klasyka przedstawia się dzieciom historie, które na stałe weszły już do kanonu literatury czwartej, a czasem nawet bardziej znane są za sprawą adaptacji koncernu Disneya niż z oryginalnych opowieści. Teraz Harperkids przypomina odbiorcom, w czym mogli zaczytywać się ich rodzice czy dziadkowie, pokazując magię baśni. „Bambi” to opowieść niespieszna, nastawiona na kontemplację przyrody, ciekawa i atrakcyjna dla dzisiejszych maluchów, a przy okazji wpisująca się w trendy eko w literaturze czwartej. Ponieważ nie ma tu przesadnie rozbudowanej warstwy sensacyjnej, w akcji odbiorcy mogą skupiać się na podziwianiu przyrody i na kibicowaniu małemu „księciu”. Kiedy Bambi przychodzi na świat, mama opiekuje się nim bardzo czule i przyjmuje od zwierząt gratulacje dla królowej. Uczy malucha stawiania pierwszych kroków, czyści jego futerko, przedstawia różnym zwierzętom (Bambi dość szybko znajduje przyjaciół, chociaż na początku trochę się boi nieznanych istot, tak bardzo od niego różnych). Mama przekazuje też jelonkowi wiedzę na temat ludzi i zagrożeń z nimi związanych – to smutne, że musi powiedzieć Bambiemu, że łąka nie zawsze jest bezpieczna. Ludzie mają długie patyki ryczące i plujące ogniem – a to prawdziwe zagrożenie. Rzeczywiście w pewnym momencie tragedia dotyka też bohatera: Bambi dowiaduje się, że będzie musiał sobie radzić sam (bardzo starannie ukryta została wiadomość o zastrzeleniu królowej łani: nikt tu nie mówi o śmierci, nie ma żałoby ani rozpaczy, prawdopodobnie dlatego, żeby nie przerazić małych czytelników – chociaż wszyscy zdają sobie świetnie sprawę z tego, że doszło do nieszczęścia). Szybko jednak natura daje o sobie znać: jelonek, już jako niemal dorosły, spotyka towarzyszkę zabaw z dzieciństwa, musi o nią zawalczyć z potężnym rywalem – i w ten sposób przekonuje się, że jest silny i może wszystko. Tak na oczach czytelników dorasta mały sympatyczny jelonek Bambi – a cała historia, chociaż jest potężnym oskarżeniem wymierzonym w człowieka, uwodzi swoim spokojem i harmonią. „Bambi” to książka dla tych dzieci, które lubią się zatrzymać i pomyśleć nad otoczeniem, dla empatycznych i wrażliwych odbiorców. Bardzo krótka opowieść o tym, jak wygląda życie zwierzęcia – od momentu narodzin po dorosłość. Tu, w świecie zwierząt, króluje dobroć i życzliwość – Bambi może zaprzyjaźniać się z przedstawicielami różnych gatunków i czerpać od nich wiedzę, nie ma znaczenia, że jest synem królowej – to nie zapewnia mu śmiałości czy wysokiej pozycji. O wszystko bohater musi się starać: uprzejmością i uśmiechem zjednywać sobie innych, budować przyjaźnie i dbać o towarzyszy zabaw. „Bambi” to historyjka w sam raz na dzisiejsze czasy, dla dzieci, które potrzebują wyciszenia i dla tych, które lubią książki o zwierzętach. Opowieść spisana językiem nieco archaizowanym, ciekawa przez to i bardziej klimatyczna, powinna znaleźć się w każdej domowej biblioteczce. Oczywiście w wersji Disneya pojawiają się też klasyczne ilustracje, które być może przekonają dzieci do samodzielnego czytania i poznawania przygód bohatera.

sobota, 8 sierpnia 2020

Elizabeth Lim: W świecie iluzji. Mroczna baśń

Harperkids, Warszawa 2020.

Superbohaterka

Mulan jest kolejną postacią w klasyce baśni, która pokazuje, jak wielką siłę mają kobiety zdeterminowane do działania a przez otoczenie uznawane za słabe. Z opiniami ze strony społeczeństwa Mulan musiała się uporać znacznie wcześniej: powołanie do wojska otrzymał jej stary i schorowany ojciec, dziewczyna nie rozumie, dlaczego to on ma walczyć w obronie ojczyzny, a nie osoba zdrowa i pełna sił oraz energii – tylko z powodu innej płci. Gdyby była chłopcem, mogłaby sprawdzić się na polu bitwy, nikt jednak nie chce dać jej takiej szansy. Mulan czuje się pewna, nawet jeśli przyjdzie jej zmierzyć się z największymi wyzwaniami – próbuje je podejmować. Dlatego też wykrada powołanie i postanawia stawić się w wojsku jako Ping, syn, o którym nikt w rodzinie nie lubi opowiadać. W przebraniu, z męskim imieniem, Mulan czeka prawdziwy bojowy chrzest – ale i ten element należy już do przeszłości w opowiadaniu – aktualnie dziewczyna staje przed najpoważniejszym sprawdzianem w całej swojej egzystencji – kto wie, czy nie w całym życiu. Kiedy jeszcze była słabo wyszkolonym żołnierzem – pozbawiona prawidłowych odruchów – mogła zginąć. Osłonił ją wtedy – i automatycznie uratował jej życie – teraz Shang potrzebuje znacznie więcej niż błyskawicznej reakcji dziewczyny. Uchodzi z niego krew – wydaje się, że nic mu już nie pomoże – większość towarzyszy broni powoli odwraca się od niego, przekonana, że nie można poprawić jego stanu. Jedynie Mulan jako Ping postanawia walczyć do upadłego – nawet wbrew ponurym przesłankom. Ojciec Shanga nawiedza Mulan we śnie i proponuje nietypowy układ: jest jedna możliwość ocalenia Shanga, którego dusza rano powinna już być w zaświatach. Do tego jednak trzeba wyjątkowej odwagi – należy bowiem przejść w zaświaty i tam przeprowadzić odpowiednie negocjacje. Igranie z tymi, którzy zawiadują ludzkimi duszami, nie napawa optymizmem – jednak Mulan nie zamierza się poddawać. Skoro istnieje choćby cień szansy – musi spróbować. Tak trafia w zaświaty. Tu ma odnaleźć Shanga, zawiera pakt, na mocy którego albo wyprowadzi przyjaciela z powrotem do krainy żywych, albo sama zostanie jako zakładnik – uwięziona w wieczności, bez możliwości powrotu. I to nie odstrasza dziewczyny, która – i w tym sedno działań – podkochuje się od dawna w swoim dowódcy, chociaż nie uświadamia tego sobie i niespecjalnie potrafiłaby zdefiniować. Shang to przecież ktoś wyższy rangą, do tego – traktujący Pinga jak kumpla. Lepiej nie psuć tej więzi, która istnieje i która daje sporo możliwości bycia obok. Nawet jeśli w chwilach największej gorączki – albo emocji związanych z wydarzeniami – wydaje się, że uda się ocieplić sytuację, Mulan nie chce podejmować ryzyka związanego z miłością.

„W świecie iluzji” to kolejny tom w poczytnej serii Mroczna baśń. Udany początek sprawił, że autorzy szukają kolejnych fabuł do przedstawiania młodym czytelnikom. Kuszą obecnością zła, czarnymi motywami, odejściem od banalnych opowieści – przewidywalnych i cukierkowych – w stronę tego, co wymykające się schematom. I to sprawia, że młodzi odbiorcy chętniej decydują się na lekturę.

sobota, 9 maja 2020

Emilia Kiereś: Przepowiednia

Akapit Press, Łódź 2020.

Gościna

Emilia Kiereś dobrze czuje się w opowieściach baśniowych i melodyjnych. Ucieka od realizmu w stronę fantazji, żeby pokazywać czytelnikom potęgę uniwersalnych i niekoniecznie oczywistych uczuć. Stawia raczej na atmosferę, popisuje się wrażeniami. Poza tym – oczywiście – rozwija atrakcyjne fabuły w starym stylu, może zatem zachęcić do lektury nieprzewidywalnością. „Przepowiednia” jest takim właśnie popisem literackim. Autorka zagląda do dworu na uboczu. Adam i Klara to rodzeństwo, które mieszka na odludziu, bez rodziców. On zarabia na życie garnkami, które wytwarza, a później sprzedaje w okolicznych wioskach. W tym celu musi wyjeżdżać w kilkudniowe podróże. Zawsze jednak stara się wrócić jak najszybciej – jego siostra jest niewidoma i potrzebuje stałej opieki. Radzi sobie w domu: zna układ mebli i porusza się pewnie, nie kontaktuje się natomiast z ludźmi z zewnątrz. Pewnego dnia Klara wpuszcza jednak do domu starszą kobietę. Nie zważa na ewentualne niebezpieczeństwa, zagłusza też wewnętrzny niepokój, po prostu nie umie odmówić gościny. I tak w domu zaczyna się dziać coraz gorzej. A Adam musi jeszcze raz wyjechać, żeby zarobić pieniądze na przetrwanie zimy. W ten sposób autorka wkracza w świat baśni. Klara zostaje w domu i wszyscy, którzy mają szansę ją zobaczyć, zauważają niepokojący fakt: dziewczyna ma dwa cienie, swój i brata. Adam z kolei przeżywa wypadek i trafia do cygańskiego taboru. Tam opiekuje się nim stara Cyganka, Mura – Murę zastanawia brak cienia mężczyzny – ale liczy na wyjaśnienie zagadki.

W „Przepowiedni” dzieje się więcej, niż się zapowiada na początku. Wyjazd Adama wyzwala szereg dziwnych wydarzeń. Istnieje tu tajemnica z przeszłości, którą trzeba rozwikłać. Tak bohaterowie zrozumieją słowa rzucone niby przypadkiem przez kogoś, kto wiele o nich – bohaterach – wie. Adam przekona się też, że odpowiada mu cygańskie życie i poczucie wolności – nawet jeśli jest na tyle odpowiedzialny, żeby zająć się siostrą. Emilia Kiereś wykorzystuje ładnie motywy baśniowe: odbicie w lustrze oraz dwa cienie, do tego chętnie operuje motywem „wiedźm” w znaczeniu starych kobiet, które wiedzą więcej niż bezpośrednio zainteresowani. W takim świecie nie wszystkim można zaufać, ale operowanie symbolami prowadzi do lepszego poznania psychiki bohaterów. Adam i Klara są rozdzieleni, nie mają ze sobą kontaktu, muszą więc radzić sobie sami, mimo że walczą o wspólne dobro. Poznawanie przeszłości to droga do poprawienia sytuacji – chociaż wiąże się z wielkimi rewolucjami w życiorysach postaci – dla czytelników będzie tu tyle samo wrażeń co dla bohaterów. Zwłaszcza Adam ma tutaj sporo do odkrycia.

„Przepowiednia” to powieść, w której do głosu dochodzą klasyczne tony. Emilia Kiereś najlepiej czuje się wtedy, kiedy może odejść od zwyczajności, a jednocześnie oprzeć się na tradycjach literackich i sprawdzonych motywach. Cechą charakterystyczną dla prozy Kiereś jest stawianie na melodyjność. Autorka stosuje bardzo dużo przymiotników i zwraca ogromną uwagę na znaczenie opisów. Rozwija to, co autorzy książek popkulturowych redukują, przypomina o roli literackości, o pięknie literatury jako takiej. Wie, że ma dla odbiorców coś, co ich przyciągnie – w tym wypadku sekret, który budzi ciekawość. W tej książce zwracają też uwagę klasyczne i baśniowe ilustracje Marcina Minora. Te grafiki urzekają klimatem – oddalają się od nurtu kreskówek, za to kojarzą się nieco z propozycjami baśniowymi Szancera. Sposób wydania tomiku również nawiązuje do klasyki. Emilia Kiereś w „Przepowiedni” pokazuje czytelnikom, co w literaturze czwartej najbardziej ceni. Łączy przygodę z silnymi uczuciami i sprawia, że czytelnicy przeniosą się w zamierzchłą przeszłość.

środa, 30 października 2019

Katherine Rundell: Wilczerka

Poradnia K, Warszawa 2019.

Tajemnice Rosji

Ilia ma robić karierę w carskim wojsku, pod wodzą generała Rakowa, ale pewnego dnia podczas przeczesywania lasu w poszukiwaniu tych, którzy łamią prawo, natrafia na fascynującą dziewczynkę. Fieo potrafi porozumiewać się z wilkami – odswaja je, żeby przywrócić im wolność. Przedstawiciele arystokracji w carskiej Rosji zaspokajają swoje kaprysy, kupując dzikie zwierzęta. Kiedy jednak wilki stają się zbyt dużym zagrożeniem – chcą się ich pozbyć. Półdzikie nie poradziłyby sobie w gęstych lasach Rosji, dlatego z pomocą przychodzi im wilczerka. Fieo jest małą dziewczynką, w dodatku we wczesnym dzieciństwie przez wilki poturbowaną (dzięki czemu może się z nimi dogadywać na płaszczyźnie niedostępnej zwykłym ludziom) – ale jest też wyjątkowo silna i odważna, to typowa dla dzisiejszej literatury dziewczynka-wojownik, która udowadnia, że przygody należą się każdemu, kto ich potrzebuje. W „Wilczerce” tych przygód będzie aż za dużo – bohaterka najpierw towarzyszy wilczycy przy porodzie, później opiekuje się jej szczeniakiem, musi uciekać przed gniewem cara – a generał Rakow odpowiedzialny jest za wiele nieszczęść, które ją dotykają (łącznie ze spaleniem domu). Fieo wyrusza w drogę, długą, skomplikowaną i zabarwioną potrzebą zemsty – będzie to dla odbiorców wyraźny sygnał, że w tej opowieści w starym stylu zdarzyć się może wszystko.

Katherine Rundell sięga po motyw powieści drogi, ale łączy go z dzisiejszymi narracjami survivalowymi i sensacją, która wykracza poza prawdopodobieństwo. Stawia na konwencję baśni, zresztą widać to nawet w klimacie opowieści: wpatrzeniu w rytm i brzmienia samej narracji. Chociaż Rundell nie rozbudowuje strony opisowej, stara się nawet, żeby tekstu było jak najmniej w stosunku do „akcji” - wprowadza inną niż w powieściach pop atmosferę. Oczywiście wpada tym samym w kolejny schemat co pewien czas przez autorów historii fantastycznych uruchamiany – liczy na tajemniczość i grozę nieprzebytych terenów Rosji. Tu przydaje się zimno (najtrudniejsze do pokonania, mimo zaciekłości armii), pustka, brak ludzi, którzy mogliby przyjść z pomocą, ale też ogromne połacie lasów do przemierzenia. Rosja to możliwość przeniesienia się bezpośrednio do świata z baśni, bez względu na to, jakie przesłania mają akurat największe znaczenie. Autorka cofa się w przeszłość, ucieka od cywilizacji, sprawia, że bohaterowie mogą liczyć tylko na siebie (bo Fieo w podróży towarzyszy Ilia) i stawia przed nimi wyzwania ponad siły dorosłych. Dzieci muszą same wymyślić, jak zdobywać pożywienie i jak przygotować sobie odzież, która pozwoli przetrwać mrozy, muszą do tego wciąż zachowywać ostrożność. Nie uciekną od małych prywatnych katastrof – Rundell zderza je ze śmiercią i panicznym strachem, z biedą i upokorzeniami. W tak surowym świecie nie dziwi fakt, że zemsta staje się motywacją kuszącą i porządkującą życie. Fieo poza tym, że w wilkach ma oparcie, musi też udowodnić swojemu wrogowi, że nie podda się – niezależnie od tego, co złego ją spotka. I to już nie jest postawa charakterystyczna dla małej dziewczynki, Katherine Rundell potrzebuje herosa – i to za wszelką cenę. Trafi tym zwłaszcza do czytelników, którzy cenią sobie sensację przefiltrowaną przez wrażenie klasyki w formie.

czwartek, 20 czerwca 2019

Kelly Barnhill: Syn wiedźmy

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Siła magii

Kelly Barnhill jest przekonana, że dorośli lubią baśnie tak samo jak młodzi czytelnicy – i oferuje im w związku z tym opowieść o magii, która wnika w człowieka, która nie wprowadza wyzwolenia a raczej szereg ograniczeń. O magii kapryśnej i niebezpiecznej, a do tego namacalnej. Autorka może sobie pozwolić na dziecięce motywy – bo realizuje tę historię z wielkim wyczuciem, z wyczuleniem na brzmienie słów. „Syn wiedźmy” to powieść, która urzeka nie tyle fabułą, choć ma ładne rozwiązania w tym zakresie, co pojedynczymi motywami zgrabnie wykorzystującymi konwencję. Barnhill ucieka od oczywistości w stronę oniryzmu. Opowieść zaczyna od dwóch braci, bliźniaków, synów miejscowej czarownicy. Kiedy mali chłopcy wpadają do rzeki, trudno byłoby zdecydować, który powinien przeżyć. Nie mają znaczenia ich umiejętności ani uczucia. I być może niesprawiedliwie, ale w odmętach wody ginie Tam, za to Ned wyratowany przez ojca nieomal traci życie w wyniku tego wypadku. Tutaj do akcji wkracza czarownica: nie chce tracić obu chłopców, bierze więc duszę Tama i wszywa do ciała Neda. Rozumie, że za nadużywanie magii przyjdzie jej słono zapłacić – to zresztą hasło, które istnieje w świadomości wszystkich parających się czarami. W efekcie Ned wzrasta w przekonaniu, że został ocalony jako „niewłaściwy chłopiec”, a do tego – w duchu rozmawia z nieżyjącym bratem. Ned na swojej drodze spotyka w pewnym momencie córkę Króla Zbójców, Aine, która rozumie wilki. W tym punkcie otwiera się szansa na nowy wątek – Aine i Ned mają się ku sobie, czują się w swoim towarzystwie wyjątkowo, ale nie do końca – z różnych powodów – potrafią sobie zaufać. Są sobie wzajemnie potrzebni, żeby wydobywać się z tarapatów, poza tym należą do jednego pokolenia i oboje są wyczuleni na przygody. Mają styczność z magią, tym bardziej mogą być sobie pisani, przynajmniej w oczach czytelników (a o stworzenie takiego wrażenia chodzi autorce). Ned i Aine przejdą długą drogę, a przez doświadczenia staną się silniejsi i lepiej poznają samych siebie.

Fabuła w tej powieści ma drugorzędne znaczenie. Autorka potrzebuje jej w pierwszej kolejności do tego, żeby eksponować swój literacki kunszt i pokazywać potencjał tkwiący w gatunku. Ta baśń jest wzruszająca i wpływa na emocje odbiorców. Ale zwraca też uwagę na tekst sam w sobie, na przykład na melodyjność, swoistą śpiewność czy potęgę słów. Przecież magię uprawia się przede wszystkim przez zaklęcia, siła sprawcza tkwi w języku – z czego bohaterowie dobrze zdają sobie sprawę. Barnhill eksponuje w tej powieści liryzm, stwarza świat ze słów z pełną świadomością złożoności takiego procesu. Dla odbiorców ma w zanadrzu relacje między postaciami – jeśli komuś będzie brakowało dynamiki dzisiejszych powieści sensacyjnych, będzie mógł się skupić na międzyludzkich komplikacjach. W tej lekturze narracja umożliwia przenoszenie się między światami: Barnhill nie wybiera pastiszu gatunku, chociaż wydawałoby się, że to już niemodny styl prowadzenia opowieści. Baśń w dorosłej literaturze przeżywa najwyraźniej renesans, staje się inspiracją dla autorów, ale też wabikiem na czytelników. I w powieści „Syn wiedźmy” gatunkowe wyznaczniki nadają rytm, sprawiają, że historia zaczyna się wyróżniać. Powrót do klasyki może na rynku funkcjonować zwłaszcza ze względu na udaną realizację. Autorka przekona do siebie czytelników, niezależnie od tego, czy lubią baśnie, czy też do tej pory nie szukali podobnych książkowych rozrywek.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Jessie Burton: Marzycielki

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Nauczka i nadzieja

To, co w baśniach funkcjonowało niemal zawsze, tutaj doczekuje się pewnego wynaturzenia za sprawą jednokierunkowości wysiłków Jessie Burton. Przesłania szybko stają się oczywiste, intencje autorki – zaraz na początku okazują się jasne, a to pociąga za sobą sposób realizacji historii. Burton dba o to, żeby odbiorcy (przede wszystkim jednak małe odbiorczynie) wyszukiwali ślady niewłaściwego postępowania króla w „Marzycielkach” – i wszystkich innych władców, jacy kiedykolwiek napatoczyli się w bajkach. W dawnych lekturach pewne kwestie realizowało się subtelniej, nawet jeśli same w sobie były wyostrzone. Tu jednak błędy króla eksponowane są do znudzenia i wytykane przy każdej możliwej okazji, a przy tym – nie mogą być różnie interpretowane. Oto król po śmierci ukochanej żony i matki dwunastu królewien pogrąża się w żałobie i najwyraźniej traci rozum. Najpierw odbiera córkom tom, co sprawiało im radość, zakazuje śmiechów, zabaw i tańców. Nie zgadza się na realizowanie pasji (ma to uzasadnienie, bo królowa uwielbiała wyścigi i zginęła w wypadku samochodowym). Wydaje się, że sam nie ma już w życiu żadnego celu poza tym, żeby zamknąć dziewczyny pod szklanym kloszem, strzec na każdym kroku. W końcu buduje dla nich sypialnię-więzienie. Stąd nie ma ucieczki.

„Marzycielki” to tendencyjne rozprawianie się z patriarchatem i schematami w fabułach baśniowych. Pojawi się tu kwestia oddawania córki za żonę temu, kto rozwiąże problem króla (tyle że bohaterki nie chcą się zgodzić na przedmiotowe traktowanie), banicja dla najbardziej krnąbrnych – i podstęp jako jedyny sposób na ratunek. Jessie Burton zna przystanki obowiązkowe w literaturze – ale jest zbyt jednoznaczna, za bardzo poświęca się ideologii a nie smaczkom opowieści. Zamiast skupiać się na akcji, zajmuje się przesłaniami, rozgrzebuje warstwę emocjonalną (i feministyczną). I nie przeszkadza jej, że każdy domyśli się finału – nie chce oferować czytelniczkom nic poza informacją, że powinny zawsze walczyć o swoje.

To, co w „Marzycielkach” ładne i nie poddaje się skutkom ideologizacji tekstu – to plastyczność narracji. Jessie Burton wyraźnie zafascynowana jest melodyjnością baśni, stawia na synestezyjność, zwraca uwagę na to, by odwzorowywać wrażenia zmysłowe. Razem z królewnami liczy stopnie do onirycznej krainy, przedstawia blask klejnotów, przepych królewskich (i nie tylko) zat. Operuje kolorami i akcentuje detale. Prowadzi kamerę pewnie, wie, jak podkreślać przekazywane wiadomości. Z drugiej jednak strony wierna jest zasadom konstrukcyjnym baśni – wprowadza szereg powtórzeń nie tylko słów, ale i sytuacji, czasami aż chce się, żeby zarzuciła te najbardziej monotonne rytmy. „Marzycielki”, gdyby przymknąć oko na oczywistości fabularne oraz jednokierunkowość wysiłków w przesłaniach – imponowałyby stylistycznym rozmachem, malowniczością opowieści jako takiej. DO tego – zachwycające są tu ilustracje Angeli Barrett, bardzo dopasowane do konwencji baśni, aż czasami chciałoby się je zobaczyć w większym formacie (bo pełnorozkładówkowe bywają wielkości dwóch znaczków pocztowych, niestety). O tej książce może być głośno z racji przekazu. A mogło być z powodów bardziej artystycznych…

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Susanna Tamaro: Tygrysica i Akrobata

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.

Życie po swojemu

Tygrysicy, bohaterce tomu "Tygrysica i Akrobata" odbiorcy towarzyszą od pierwszych chwil. Zwierzę przychodzi na świat w tajdze, powoli uczy się otoczenia, od matki pobiera lekcje polowania i... filozofii. Dowiaduje się, co jest ważne w życiu i co je czeka w przyszłości. Jedną z ważniejszych historii jest ta o człowieku: człowieka zawsze należy się wystrzegać, ma kije plujące ogniem i jest niebezpieczny, bo zabija dla samego zabijania. Trzeba przyznać, że w tym portrecie nie ma miejsca na jakąkolwiek wyrozumiałość wobec ludzi. Tymczasem tygrysica bawi się z bratem, poznaje swojego ojca i dokazuje – jak każdy maluch. Przychodzi jednak, i to dość szybko, czas rozstania: matka na coraz dłużej opuszcza swoje pociechy. W końcu żegna się z nimi. Brat tygrysicy wyrusza w stronę, w której znika słońce. Tygrysica wybiera przeciwny kierunek. Zmierza na wschód. Nie myśli jeszcze o tym, co ją spotka. Wie tylko jedno: zamierza pozostać wolna, nie podporządkowywać się ani naturze, ani powinnościom wobec innych. Tygrysica nie ulega instynktom, przynajmniej nie w tym stopniu, w jakim można by się spodziewać. To zwierzę dumne, władcze i silne, chociaż też przeraźliwie samotne. Tygrysica rezygnuje z szukania partnera i wydawania na świat potomstwa. Najpierw jest na to zbyt młoda - nie zastanawia się nad przedłużaniem gatunku, zresztą na swojej drodze nie spotyka odpowiednich partnerów. Później już spotyka się z ludźmi, znienawidzonymi przez matkę i niebezpiecznymi dla wszystkich żywych istot. Tygrysica nie wie jeszcze, jak bardzo ludzie zmienią jej sposób postrzegania świata. Trafia na samotników i odludków, tych, z którymi można się zaprzyjaźnić. Odkrywa, że nie wszyscy ludzie są źli i mają niedobre zamiary. Ale taka ufność też może się źle skończyć. Tygrysica między innymi zostaje schwytana i wykorzystywana do cyrkowych sztuczek. Od starszych samic dowiaduje się, jak przetrwać w warunkach niewoli. Nie chce jednak, by tak wyglądało jej życie już do końca.

"Tygrysica i Akrobata" to książka, którą odczytywać można jako prostą powieść filozoficzną. Susanna Tamaro odchodzi od sugerowania wielowątkowości czy różnych zabaw interpretacyjnych, trzyma się konkretów z egzystencji bohaterki i na tej podstawie dopiero pozwala odbiorcom wysnuwać refleksję na temat ich własnych doświadczeń. Mówi o wielkich sprawach: potrzebie bliskości i posiadania rodziny, samotności i wyobcowaniu, stratach, marzeniach i wolności, rozważa, czym jest szczęście i jak do niego doprowadzić. To historia dość krótka, a upływ czasu autorka akcentuje poetyckimi skojarzeniami. Punkt widzenia tygrysa nie pozwala na posługiwanie się typowymi dla ludzi określeniami, stąd też wrażenie liryzmu w opowieści. Tamaro odwołuje się do podstaw w życiu każdego człowieka - tyle tylko, że dla oddalenia banału posługuje się inną perspektywą. Towarzyszy bohaterce w wydarzeniach zupełnie zwyczajnych i tych ekstremalnych, pokazuje, że nigdy nie da się przygotować na to, co przynosi los. Jest "Tygrysica i Akrobata" tomem o charakterystycznej melodii narracji, tu sposób opisu przykuwa uwagę tak samo jak fabuła. Susanna Tamaro stawia na pozorną naiwność - dzięki niej może wprowadzać do historii głębokie prawdy o życiu i relacjach z innymi. Przygląda się skomplikowanemu procesowi spełniania marzeń i uwodzi czytelników samym pomysłem. Jest to historia, którą czytać mogą dorośli, ale też i młodzi ludzie - każdy wyciągnie z opowieści coś dla siebie. Takie książki, jeśli już pojawią się na rynku, szybko zaczynają być uznawane za klasykę i cenione za wejście w baśniową z pozoru rzeczywistość.

sobota, 12 maja 2018

Katherine Arden: Niedźwiedź i słowik

Muza SA, Warszawa 2018.

Siła magii

Wasia jest dzielna. Od dziecka nic nie jest w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Sama postrzegana bywa jako żywe srebro i budzi silną niechęć swojej macochy, Anny. Dziewczynki nikt nie może okiełznać, jedyną osobą, która ma na nią jako taki wpływ, jest Dunia, stara piastunka pamiętająca jeszcze matkę Wasi. Do tego bohaterka tomu "Niedźwiedź i słowik" ma niezwykły dar: widzi baśniowe stwory, które dzielą przestrzeń z ludźmi. Domowiki gnieżdżą się w kątach chat, leszy stróżuje w lesie, rusałka wabi mężczyzn do jeziora, bo potrzebuje krwi jako pokarmu. Takich istot jest mnóstwo, demony czają się w mroku i mogą w każdej chwili podejść pod dom, a nawet zagrozić jego mieszkańcom. Zwłaszcza że Anna zabrania składać im ofiary. Niewypowiedziana wojna między światami może sprowadzić na dom poważne niebezpieczeństwo. Jakby tego było mało, Wasia wpada w oko demonowi mrozu. Zjawa zostawia dla niej talizman: chce mieć pewność, że w przyszłości Wasia należeć będzie do niego.

Katherine Arden sięga tutaj po motywy bardzo odbiegające od standardowych fabuł. Ucieka w głąb Rusi, co widać i w przestrzeni powieściowej, i w delikatnej językowej stylizacji, i w samym temacie. Porusza się przez cały czas na granicy baśni i realizmu, snu i jawy, mroku i niespodzianek. Wychodzi od starych podań i legend przekazywanych ustnie z pokolenia na pokolenie: dzieci lubią się bać, słuchając opowieści o tajemniczych mieszkańcach domostw – ale nie wszystkie mogą widzieć je naprawdę. Wasia poza tym, że dostrzega demony, rozmawia z nimi i wie, czego im potrzeba, żeby chroniły jej bliskich. Czasami z istotami z baśni porozumiewa się lepiej niż z własną rodziną czy mieszkańcami wsi. Młoda i przepełniona brawurą, jest też niezwykle inteligentna – tej cechy nie widzą w niej postronni, przerażeni pomysłami dziewczyny. Tylko Wasia jest jednak w stanie przeciwstawić się duchownemu, który przybywa do wsi, żeby okiełznać siły mroku. Tylko ona rozumie, że równowaga między światami nie może zostać zachwiana. Nic więc dziwnego, że zwraca na nią uwagę nie tylko demon mrozu, ale i jego okrutny brat, niedźwiedź. Atmosfera nabrzmiewa i wszystko dąży do wielkiego konfliktu. Katherine Arden układa rzeczywistość dziewczyny w oparciu o kilka wątków ważnych dla wieku dojrzewania – i kilka uniwersalnych zagadnień, które pozwalają wzbudzić zainteresowanie historią. Urzeka czytelników klimatem, egzotyką objawiającą się mrozem, bliskością śmierci i lawirowaniem między fantazją i realiami. To, co w bajkach, nagle zaczyna rozprzestrzeniać się na życie codzienne bohaterów - i to w przekonującym stylu. Można docenić kunszt pisarstwa Arden, ale również jej pomysły, dzięki którym ta powieść żyje i bez przerwy zajmuje czytelników - za każdym razem innym zagadnieniem, stopniowo rozwijanym.

Spore wrażenie robić będzie w tym tomie sama narracja: melodyjna, płynna, idealnie dopasowywana do biegu wydarzeń. Czytelnicy mają wrażenie przejścia do świata fantazji, zanurzenia się w nim i odkrywania jego wad i zalet, uczestniczenia w perypetiach Wasi. Nie widać granicy między baśnią i rzeczywistością, mimo że w powieści ona wyraźnie funkcjonuje. Jest to zatem odskocznia od standardowych czytadeł, ponowna próba wskrzeszenia na potrzeby literatury rozrywkowej sprawdzonych już schematów i charakterów. W codzienności Wasi jest miejsce wyłącznie na silne uczucia, na ekstremalne doznania i na prawdy, które okażą się oczywiste dopiero po nazwaniu ich. Katherine Arden zapewnia czytelnikom przejście do świata fantazji, chociaż czerpie obficie z ludowych wierzeń i podań, potrafi nadać historii rys indywidualizmu, sprawia, że opowieść wypada oryginalnie i chce się do niej wracać. Jest "Niedźwiedź i słowik" publikacją mocno angażującą wyobraźnię - a to rzadkość w "dorosłych" fabułach. Arden nie bała się odejścia od poczytnych schematów i ta decyzja bardzo się jej opłaciła.

czwartek, 20 lipca 2017

Gabriela Mistral: Królewna Śnieżka u krasnoludków

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Wizyta

Do tej pory w serii klasycznych baśni opowiadanych na nowo przed stuleciem przez Gabrielę Mistral autorka raczej starała się oczyścić stare fabuły z naleciałości czy interpretacji dziecięcych opowieści. Częściej odnosiła się do wersji Charlesa Perraulta niż do braci Grimm, zwracała uwagę nawet na drobiazgi, dzisiaj pomijane z oszczędności czasu lub dla podkreślenia najbardziej kojarzonych motywów: wprowadzała je z powrotem do tekstów. Ale w przypadku „Królewny Śnieżki u krasnoludków” Gabriela Mistral decyduje się na zaakcentowanie jednego tylko wątku, a nie całej rozbudowanej baśni. Królewna Śnieżka pojawia się u siedmiu krasnoludków, a gospodarze po powrocie odkrywają ślady czyjejś – tajemniczej – obecności. To motyw przez najmłodszych najczęściej kojarzony raczej ze „Złotowłosą”.

Dom krasnoludków wzywa dziewczynkę. Śnieżka podąża do miejsca, które widzi z daleka. A w środku – przemierza kolejne pokoje, sprawdza, jak smakują przygotowane potrawy. Dzieci razem z tą bohaterką zwiedzają nowe miejsce, oglądają je oczami dziewczynki i odkrywają na nowo. Na razie jeszcze krasnoludki nie wróciły, więc poza tajemnicą pojawia się tu też lekki niepokój: co będzie, gdy nakryją Śnieżkę na chodzeniu po ich mieszkaniu. Śnieżka się nie spieszy, spokojnie ogląda każdy element wyposażenia. Bohaterka nie wie, do kogo należy tak wygodnie i przytulnie urządzony dom – może jedynie wyciągać wnioski na temat domowników. To rodzaj zagadki (chociaż wszyscy przecież wiedzą, kogo spotka Śnieżka i jak potoczą się jej losy).

U krasnoludków bohaterka znajduje swoje miejsce. Serdecznie przyjęta, może teraz poczuć się jak u siebie, już z pełnym poparciem mieszkańców. Gabriela Mistral swoją opowieść, a raczej scenkę, doprowadza do tego momentu – i pozostawia Śnieżkę szczęśliwą i bezpieczną z życzliwymi krasnoludkami. Tu urywa relację – nie zapowiada, co się jeszcze wydarzy, nawet w żaden sposób nie sugeruje, że ta fabuła ma mieć dalszy ciąg. Prezentuje tylko obrazek, pojedynczy motyw pozbawiony intryg czy dynamiki. Od początku do końca jest tu spokojnie – nawet gdy Śnieżka sama chodzi po domu krasnoludków i nie wie, jak zostanie przyjęta. Zajmuje się kontemplowaniem wystroju, poznawaniem domu różnymi zmysłami. Autorka chętnie stosuje tutaj wyliczenia, spowalnia tempo opowieści. Lubi porównania – one pomagają uświadomić dzieciom niezwykłość miejsca i jego wyposażenia. Nowością dla odbiorców będą również nazwy, jakie krasnoludki nadają nowej znajomej. Każdy z tych pozornie usypiających, stonowanych elementów podlega osobnym interpretacjom, nie ma tu fragmentów pozbawionych znaczenia, wolnych od dodatkowych treści.

Carles Ballesteros tworzy ilustracje w duchu ironicznym, nieco karykaturalne. Lubi odzwierciedlać emocje lub przesadzone reakcje postaci, dba o to, by każda całostronicowa zamieniała się w pojedynczą opowieść. W „Królewnie Śnieżce u krasnoludków” grafiki zostały dostosowane do odbioru przez dorosłych na równi z najmłodszymi. W tej książce niezwykle silna staje się estetyzacja – w planie tekstu widać to w obfitości poetyckich środków stylistycznych, we wpływaniu na wyobraźnię. Po raz kolejny wszystkim znana baśń zaczyna funkcjonować inaczej, w oderwaniu od fabuły i przesłań z literatury czwartej. To sprawia, że na tę opowieść czytelnicy spojrzą na nowo i być może odkryją w niej znaczenia dotąd pomijane. Taki sens ma przerabianie klasyki i przedstawianie jej w kolejnych odsłonach. „Królewna Śnieżka u krasnoludków” to wyimek bajki – ale z literackim przepychem.

niedziela, 9 lipca 2017

Gabriela Mistral: Kopciuszek

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Na balu

„Kopciuszka” w wersji za Perraultem, a nie za braćmi Grimm prezentuje Gabriela Mistral. Zwykli odbiorcy może by i odgadli proweniencję, ale nie muszą się wysilać i szukać odstępstw od najbardziej spopularyzowanych wersji – Manuel Pena Munoz objaśnia tego typu szczegóły w komentarzu krytycznym. Bo seria znanych baśni przypominanych, czy jeszcze raz opowiedzianych przez Gabrielę Mistral kierowana jest w tym samym stopniu do dzieci , co i do dorosłych. Szczególnie natomiast zainteresuje badaczy literatury.

W „Kopciuszku” starszej wersji bal pojawia się dwa razy – pierwszej nocy bohaterka po prostu znika bez śladu, pantofelek gubi dopiero za drugą bytnością na tańcach – kiedy już może być pewna uczucia księcia. Cała fabuła nie różni się zbytnio od tej popularyzowanej, za to w komentarzu krytycznym podkreśla się specyfikę odmalowywanej scenerii. Dobrze, że posłowie istnieje, inaczej część odbiorców w ogóle nie zwróciłaby uwagi na pewne zabiegi czy rozwiązania. Krystyna Rodowska w tłumaczeniu też stara się eksponować omawiane partie (z rzadka przyznaje się do poważniejszych modyfikacji tekstu). Bywa jednak, że intencje autorki i tłumaczki nieco się rozmijają – w posłowiu czytamy między innymi o rezygnacji z infantylizowania tekstów przez zdrobnienia, tymczasem Rodowska raz po raz przywołuje chmurki, szczurki czy stópki. Osobnym tematem są tu intertekstualia – u Gabrieli Mistral (a i w samym przekładzie) widnieją na przykład nawiązania do motywów z chrześcijaństwa, nieczytelne przy bajkowym streszczaniu fabuły i wręcz gubione przy kolejnych dziecięcych adaptacjach. Tak klasyczna baśń otwiera się na nowe interpretacje, zaczyna mienić się znaczeniami do odczytania przez dorosłych – komplikacjami nie w zakresie biegu wydarzeń, a przy tworzeniu kolorytu lokalnego.

W wypadku „Kopciuszka” Krystyna Rodowska szykuje odbiorcom zaskoczenie. Oto utrzymany zostaje w miarę stały rytm i wyraźny podział na wersy (ośmiozgłoskowe), za to bajka pozbawiona jest rymów. Czasami tylko – i raczej przypadkowo, dzięki zbieżności brzmieniowej synonimów używanych w tłumaczeniu – pojawiają się echowe podobieństwa. Nie są one konieczne i nawet lepiej byłoby w całości zrezygnować z rymów – niż zdawać się na los – ale prawdopodobnie chciała Krystyna Rodowska zachować jak najbardziej wierny oryginałowi przekład i sama nie szukała stylistycznych ozdobników.

Ze względu zatem na warstwę stylistyczną i dodatki, na które nie zwracają uwagi twórcy kioskowych adaptacji, staje się „Kopciuszek” w ujęciu Gabrieli Mistral cennym przypomnieniem literackiej tradycji. Ta autorka pisze z poszanowaniem międzytekstowych skojarzeń, ale czasami nadaje historiom rys wewnątrzkulturowy (tu nawiązania do kultury latynoamerykańskiej) – czytanie znanej przecież wszystkim historii będzie zatem polegać na wyłapywaniu detali, oryginalnych i nasyconych znaczeniami.

Bernadita Ojeda grafikami wpisuje się w założenia cyklu i w podwojone przeznaczenie tomików. Nie infantylizuje rysunków, utrzymuje je w zgaszonej i ciemnej tonacji, gra ostrą satyrą przy wizerunkach złych sióstr i macochy. Indywidualny rys nadaje bohaterkom przez włosy, za to piękno i strojność balowych kreacji sygnalizuje przez misterne desenie. Także i w warstwie ilustracji – choć nikt jej nie opowiada w posłowiu – znajdą się wiele mówiące scenki i warte interpretowania szczegóły. „Kopciuszek” opowiedziany przed wiekiem przez chilijską noblistkę to powód, dla którego trzeba się przyjrzeć serii. Gabriela Mistral ma bowiem do opowiedzenia coś więcej niż tylko fabułę.