* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 2 marca 2024

dr Becky Kennedy: Wewnętrzna dobroć. Stań się rodzicem, jakim pragniesz być

Marginesy, Warszawa 2024.

Interpretacje

Kluczem do odniesienia sukcesu na rynku poradników jest wstrzelenie się w zapotrzebowanie odbiorców – zaproponowanie im dokładnie takiej oferty, jakiej poszukują. Dr Becky Kennedy wie o tym świetnie i proponuje metamorfozę w anielskich – wyrozumiałych, serdecznych i dobrych rodziców, pozbawionych wyrzutów sumienia z powodu kolejnych awantur – bo też i umiejących się od tych awantur w każdej sytuacji powstrzymać. „Wewnętrzna dobroć. Stań się rodzicem, jakim pragniesz być” to książka, która wypełniona jest wskazówkami pomagającymi odzyskać panowanie nad sobą i – poradami, które mają zmienić sposób komunikacji w rodzinie. Przede wszystkim jednak Becky Kennedy musi nauczyć odbiorców przeformułowywania własnych oczekiwań i myśli. Pokazuje, jak podchodzić do konfliktogennych zachowań dzieci i jaką postawę wtedy przyjąć – jak tłumaczyć sobie zachowania najmłodszych i w jaki sposób reagować. To chyba najtrudniejsza część lektury: założenie, że każdy jest z natury dobry i nie ma złych intencji wprawdzie ułatwia przestawienie się na cierpliwość i zrozumienie, ale trudne jest do wykorzystywania w chwilach złości. Autorka proponuje zestaw mantr i wypowiedzi, które można wygłaszać w kryzysowej sytuacji – o ile dobrze to wygląda na kartce, o tyle trudno sobie wyobrazić wprowadzenie ich do codziennej praktyki. Jednak próbować z pewnością warto.

Becky Kennedy zauważa zestaw charakterystycznych problemów pojawiających się w każdej rodzinie – kłopoty z położeniem dziecka spać czy z zostawianiem go samego w przedszkolu, z porami i rodzajami posiłków, z odwiedzinami kolegów, kłamstwami, ubieraniem się… mnóstwo drobiazgów, które mogą skutecznie popsuć humor obu stronom, tutaj zyskuje nową oprawę. Nie chodzi bowiem o walkę o dominację w domu, a o wyraźny podział ról i obowiązków. Autorka uczy asertywności i tego, jak nie robić krzywdy dziecku zbytnim upieraniem się przy swoich racjach – nakreśla obszary, w których można ustąpić i takie, które negocjacjom nie podlegają. Przypomina ciągle, że maluchy potrzebują wyraźnych granic – ale też uświadamia rodzicom, jak mogą łagodzić przedstawiane informacje. „Wewnętrzna dobroć” to poradnik dla tych wszystkich, którzy chcą upewniać się, że postępują słusznie i nie tłamszą zbytnio osobowości swoich pociech. Becky Kennedy nie poprzestaje na podaniu najprostszych rozwiązań – całą książkę buduje na serii przykładów i sytuacji, które pojawiają się w każdym domu z dziećmi – i wprowadza odpowiednie rozwiązania tak, żeby rodzice nie musieli zastanawiać się nad przesłaniem tomu i przekładać go sobie na odpowiednie postawy. To przyda się wszystkim niezdecydowanym i tym, którzy potrzebują wsparcia autorytetu w konstruowaniu rodzinnych relacji. „Wewnętrzna dobroć” ma także na celu ograniczenie wyrzutów sumienia z powodu stawiania na swoim czy wymuszania na dzieciach określonych zachowań – autorka wie, jakimi przekonaniami najczęściej katują się docelowi odbiorcy jej tomu, stara się ograniczać źródła problemów i uczy innego podejścia. Oczywiście nie każdego przekonają stałe zapewnienia o miłości i cierpliwość, kiedy sytuacja jest podbramkowa – ale można wypróbować przedstawiane metody choćby po to, żeby sprawdzić ich skuteczność we własnym domu. Książka odnosząca się do zderzenia dorosłych oczekiwań i dziecięcych potrzeb lub reakcji przyda się każdemu, kto rozmyśla nad trudami rodzicielstwa.

piątek, 1 marca 2024

Jory John: Smaczna banda i wolny wybieg

Harperkids, Warszawa 2024.

Zabawa w chowanego

Przed otwarciem sklepu jajka wychodzą z wytłoczek i zaczynają szaloną zabawę. Nie wszystkie – Skorupski woli na przykład posiedzieć w spokoju i poczytać. Jednak zasady są nie do ruszenia: jeśli któreś jajko się zawieruszy, trzeba go szukać do skutku. To owocuje znakomitymi wybrykami dla całej grupy – bo przecież jeśli któreś jajko znajdzie sobie idealną kryjówkę, reszta będzie niestrudzenie przeczesywać cały sklep. „Smaczna banda i wolny wybieg” to zabawne opowiadanie dla dzieci. Jory John i Pete Oswald stali się inspiracją do powstania tego tomiku – na bazie opowiadania powstał tekst, na bazie obrazków – Saba Joshaghant tworzy ilustracje zgodne z duchem oryginału. I tak pojawia się na rynku tomik, który przekona dzieci do tego, że czytanie jest fajne i może wiązać się z licznymi wybuchami śmiechu. Bo jajka nie pozwalają na nudę. A do tego mogą jeszcze czegoś ważnego nauczyć. Wszystkie jajka uwielbiają przebieranki (jeśli trzeba ukryć się wśród warzyw, warto wcześniej odpowiednio się pomalować albo zamaskować), wszystkie też lubią gonitwy po zamkniętym sklepie i wspólne zabawy. Prawie wszystkie – Skorupskiemu niespecjalnie to odpowiada. To jajko jest introwertykiem, woli własne towarzystwo od rozkrzyczanej hałastry, potrzebuje też spokoju i wyciszenia, żeby zanurzyć się w lekturze – to jego ulubiona rozrywka. Inna rzecz, że kiedy już nie ma wyjścia i rzeczywiście trzeba się zaangażować w działanie, żeby uratować jajka – nawet największy samotnik wyruszy z pomocą. I wtedy przekona się, że towarzystwo innych czasami – w określonych okolicznościach – może być całkiem sympatyczne. Dzieci, które czują się bardziej Skorupskim niż pozostałymi bohaterami tego opowiadania, być może same zauważą, że mają wybór i że mogą postępować jak postać z tego tomiku – nikt nie krytykuje tutaj wyizolowania się od społeczności, czasami to potrzebne każdemu. Łatwiej też będzie zrozumieć relacje w grupie i niechęć niektórych dzieci do angażowania się w zbiorowe rozrywki. Jajka przychodzą z pomocą w wyjaśnianiu rzeczywistości kilkulatków – chociaż czynią to na marginesie swojej wesołej przygody. Nadrzędny staje się humor, który nie ma granic: oparcie na absurdalnych pomysłach sprawia, że dzieci będą chciały dowiedzieć się, jak wyglądały dalsze losy bohaterów – i zagłębią się w dynamicznej historii. „Smaczna banda i wolny wybieg” to przecież popis dowcipu, pokazanie, jak rozśmieszać bezpretensjonalnie i jak ukrywać ważne przecież morały w tekście udającym czysty komizm. Trudno zachować powagę przy takiej książeczce, zwłaszcza jeśli humor z tekstu podbijany jest jeszcze ilustracjami – zabawne jajka zabierają dzieci na swoją przygodę i pozwalają im przeżywać sporo różnych emocji. O tych emocjach można potem porozmawiać z maluchem, żeby przekonać się, czy radzi sobie w grupie rówieśników i czy rozumie postawy bohaterów. Jajka nie tylko budzą śmiech – przydają się także do tłumaczenia tego, co dzieje się w świecie pozaliterackim, u odbiorców książeczki. „Smaczna banda i wolny wybieg” to bardzo ciekawa historyjka – już samym wstępem zaprasza do czytania, a później porywa maluchy, nieustannie je rozbawiając. I o to w dobrych książeczkach dla dzieci przecież chodzi.

czwartek, 29 lutego 2024

Jacek Górecki: Michaś. Wywiad rzeka z Michałem Urbaniakiem

Marginesy, Warszawa 2024.

Wyznania

Bardzo dobrze, że Jacek Górecki nie zamierza tworzyć pełnej (auto)biografii Michała Urbaniaka i nie chce konkurować z istniejącą już publikacją o życiu i twórczości muzyka, a podąża swoją drogą i stawia na luźne rozmowy o wszystkim. Dzięki temu może oszczędzić czytelnikom schematów (a sobie weryfikowania danych), ale zyskuje też wartką i pełną ciekawostek opowieść artysty – konfesyjną i wielowymiarową, z różnymi tematami, które niekoniecznie trzeba wyjaśniać od podstaw. „Michaś. Wywiad rzeka z Michałem Urbaniakiem” to książka ciekawa i cenna dla wszystkich, którzy uwielbiają jazz – i bohatera. Oczywiście jest tu spory materiał zdjęciowy, a poszczególne rozmowy oddzielane są od siebie okładkami płyt – całkiem ładnie się to komponuje i pozwala na płynne przechodzenie do kolejnych spotkań. Michał Urbaniak prezentuje tutaj nie tylko swoją drogę na scenę, ale również muzyczne przyjaźnie i inspiracje, rodzinę (w tym kolejne żony) i twórcze poszukiwania. W rozmówcy ma słuchacza, który jest w stanie – kiedy trzeba – doprecyzować przedstawiane informacje, ale znacznie częściej ukrywa się w cieniu i tylko dopytuje, żeby nie zamknąć przedwcześnie intrygującego wątku. Pozwala Jacek Górecki Michałowi Urbaniakowi na prezentowanie swoich poglądów, nawet tych kontrowersyjnych (chwila polityki – to tylko kilka akapitów, później już do przerobionego tematu powrotu nie będzie), a także na przedstawianie rozczarowań (między innymi związanych z niewyedukowanymi dziennikarzami). Są tu fascynacje nowinkami technicznymi i walka o ciekawe brzmienia – są wyjaśnienia dotyczące zbędnych nut i informacje o tym, jak wyglądały próby muzyków wokół Urbaniaka skupionych na różnych etapach kariery. Pojawiają się też płytowe perypetie, przykrości i żale związane z nieuczciwymi wydawnictwami. Ale to wszystko roztapia się pod wpływem prawdziwej pasji – zamiłowania do muzyki i zachwytu nad nieskrępowanym tworzeniem. Michał Urbaniak dzieli się z czytelnikami fascynacją, która nie słabnie – to uczucie, jakie poznało dziecko, upierające się, że chce, żeby kupić mu saksofon – po latach uzewnętrznia się w radości z muzykowania z największymi sławami. Oczywiście Michał Urbaniak o swoich mistrzach nie zapomni, ale też wyjaśnia, dlaczego niektóre pomysły musiały poczekać. Opowiada i o życiu i karierze w Ameryce, i o domowych scenkach, jednak wydaje się, że to właśnie motyw muzyki nadaje rytm całej opowieści. „Michaś” to książka cenna jako uzupełnienie wiadomości o Urbaniaku, ciekawostka i zestaw prywatnych wyznań – nie ma tutaj korygowania i dyskutowania, nie ma upierania się przy swoim: to bohater tomu ma głos i to on może dowolnie interpretować wydarzenia. Sprawia to, że czuje się swobodniej i może automatycznie więcej na parę tematów powiedzieć. Zapewnia więc czytelnikom poczucie familiarności i bliskości – a sobie możliwość podzielenia się pasją. Dziecięca radość tworzenia – to coś, co tę publikację definiuje. Nie ma sensu precyzyjne budowanie faktografii, skoro najbardziej esencjonalne są przemyślenia na temat jazzu – każdy odbiorca książki szybko się o tym przekona. Michał Urbaniak pozwala na przeżywanie razem z nim energetycznych i cieszących odkryć – przez tę książkę przewija się mnóstwo instrumentów i mnóstwo dźwięków, w zasadzie nie da się śledzić tekstu bez słuchania muzyki. I ta synestezyjność obecna już w samej strukturze wywiadu jest tu najcenniejsza.

środa, 28 lutego 2024

Smerfy. Sensacyjny temat

Harperkids, Warszawa 2024.

Atrakcje

Przy tej historii dzieci, które ćwiczą sztukę samodzielnego czytania, nudzić się na pewno nie będą. Co więcej, nawet dorośli – gdyby towarzyszyli maluchom w lekturze – mogą docenić złożoność akcji i intryg. „Smerfy. Sensacyjny temat” to książeczka niewielka rozmiarowo, za to o sporej i ciekawej fabule. Ma to spore znaczenie, jeśli bierze się pod uwagę fakt, że trzeba dzieci przyciągnąć do książek jako formy rozrywki (i treningu czytania). Świat w tej bajce jest nieco inny niż stworzony przez Peyo przed dekadami – ale wciąga i uwodzi nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Wszystko zaczyna się u Smerfa Reportera. Dziennikarz szuka tematów do artykułów – wie, że najbardziej intrygujące będą doniesienia prosto z zamku czarnoksiężnika, udaje się więc do Gargamela i przypadkowo nagrywa jego scysję z mamą. Wykrywa przy tym źródło lęków czarnoksiężnika. Eskapada przynosi wprawdzie poczytny reportaż, ale również zakaz wybierania się do zamku – Papa Smerf stoi na straży bezpieczeństwa Smerfów i nie zgadza się na to, by którykolwiek z jego podopiecznych narażał życie, a może i całą wioskę. Tylko że Reporter już nie da się zatrzymać, udaje się do zamku po raz drugi.

Jest tu sporo niespodzianek dla dzieci: dynamiczna akcja nie pozwala przewidzieć finału, nie ma nastawienia na jednoznaczny morał, do którego musiałyby prowadzić wszystkie drogi opowieści. Jedna przygoda się kończy, natychmiast zaczyna się następna, tak, żeby nie pozostawiać uczucia niedosytu – „Sensacyjny temat” rzeczywiście dostarcza sensacji, nie tylko w gazecie prowadzonej przez Smerfa Reportera. Przy okazji dorośli mogą porozmawiać po lekturze ze swoimi pociechami o tym, jakich granic nie powinno się przekraczać i jakie błędy popełniał bohater. Wydaje się, że to drobny zeszyt, może łatwo zniknąć z oczu na księgarskich półkach – a jednak zawarta tu historia jest gęsta od wydarzeń i spodoba się dzieciom z racji swojej wielowymiarowości i dawkowania napięcia. Tu rzeczywiście coś się przez cały czas dzieje, nie ma mowy o zatrzymywaniu się w ramach akcji. Opisy nie grają żadnej roli, skoro dzieci doskonale znają świat Smerfów – a pojawiają się jeszcze dodatkowe dowcipy (jak mama czy kuzyn Gargamela). „Sensacyjny temat” to książeczka, która przypomina, jak powinny być konstruowane opowiastki dla dzieci – nawet te traktowane po macoszemu z racji użytkowego charakteru, przeznaczone do ćwiczenia czytania – nie chodzi przecież o to, żeby poprawnie łączyć ze sobą wyrazy, ale o to, żeby treść zaangażowała dzieci i zapewniła im trochę dobrej zabawy. Tutaj tak jest i odbiorcy z pewnością chętnie będą po takiej lekturowej przygodzie do książek wracać. Losy Smerfów wciągną dzieci – sprawią też, że można będzie zastanowić się trochę nad ewentualnym wyborem zawodu (chociaż to już poboczny aspekt lektury). Ponieważ tomik jest picture bookiem, da się go też z przyjemnością oglądać (fakt, że pokolenie rodziców nie będzie mogło odżałować dwuwymiarowych Smerfów – ale młodsi nie znają już innych bohaterów, więc skoro to książeczka do nich kierowana, nie mogło być inaczej). Naprawdę warto pochylić się nad tym niepozornym tomikiem – bo pokazuje, dlaczego czytać książki w wolnych chwilach.

wtorek, 27 lutego 2024

Marius Marcinkevičius: Superbabcie

Kropka, Warszawa 2024.

Rybna przygoda

Dziadkowie – mężowie puchaczy – wyruszyli na wypad na ryby. Robią to często, kiedy chcą się oderwać na chwilę od codzienności. Wtedy puchacze przychodzą w odwiedziny do babci Rocha. Roch nazywa staruszki puchaczami, nie bez przyczyny, zresztą sam genezę tego określenia najlepiej wyjaśnia. Babcie dla młodego człowieka nie są zbyt atrakcyjnymi towarzyszkami: siedzą przy stole, jedzą, narzekają na zdrowie albo wspominają dawne czasy. Do tego pozbywają się sztucznych szczęk i jedzą śledzie pod pierzynką, przysmak, którego Roch zrozumieć nie potrafi. Ale przetrwa. Przetrwa, bo jest dobrze wychowany, a do tego kocha swoją babcię, chociaż nie potrafi uwierzyć, że ona kiedyś była młodą dziewczyną. Babcia to babcia. A jak babcia czegoś zabroni, to zabrania naprawdę. W związku z tym lepiej jej nie podpadać. I co może się wydarzyć, kiedy puchacze przychodzą w odwiedziny? Można siedzieć i jeść. I słuchać wspomnień, albo pójść do siebie i położyć się spać. Wydarza się jednak coś, co pozwoli Rochowi zupełnie inaczej ocenić babcie. Marius Marcinkevičius stawia na zaskoczenie: akcję zmienia diametralnie i przekuwa słabości podeszłego wieku w atuty. Nagle okazuje się, że babcie skrywają wielką tajemnicę i mogą przeżywać sensacyjne przygody. A Roch – skoro już zobaczył coś, czego nie miał być świadomy – musi dołączyć do drużyny.

Zamienia się książka „Superbabcie” ze zwykłej obyczajowej i komicznej opowieści w dynamiczną i sensacyjną historię, w której wszystko może się zdarzyć. Sceny rodem z produkcji z Bondem to nic przy technice, którą dysponują babcie. Oczywiście wszystko należy utrzymać w tajemnicy. A przecież kobiety musiały zrezygnować na długi czas ze swoich marzeń i ideałów, bo kiedy wybrały życie rodzinne, nie było już miejsca na ryzyko. Teraz nie mają nic do stracenia – wiadomo, że wszyscy kiedyś umrą. Babcie mogą zatem wrócić do ambitnych planów i pakowania się w kolejne niebezpieczeństwa. Właśnie rozpracowują szajkę złodziei (którzy to złodzieje są nie tylko znakomicie przygotowani pod względem zuchwałych kradzieży, ale też – własnego wizerunku). Roch bierze udział w czymś, czego nigdy nie zapomni.

Marius Marcinkevičius ma niebanalne pomysły i wie, czym rozśmieszyć dzieci (motyw puszczania bąków, jako przypisany do starości, zostaje tu także wykorzystany właśnie w tym celu – bez niego zresztą nie udałoby się zbudowanie barwnej akcji), stara się także dostarczać aforystycznych przemyśleń. Między innymi są tu celne spostrzeżenia na temat relacji między dziećmi i ich babciami – ale to nie wszystko. „Superbabcie” to zabawna historia, która pozwala inaczej spojrzeć na – wydawałoby się – doskonale znanych bliskich. Ale obok narracji dotyczącej babć toczy się druga, rysunkowa. Viktorija Ežiukas wprowadza tu scenki z życia śledzi. Nie wiadomo w zasadzie, dlaczego – bo toczą się one własnym torem, zupełnie bez związku z narracją. I może dzięki temu tak przyciągają uwagę. Komiksowe śledzie wykazują się sporym poczuciem humoru (zupełnie jak Roch w narracji), a na finał szykuje się dodatkowo zaskoczenie dla odbiorców. Jest tu mnóstwo ciekawych pomysłów, realizowanych tak, że trudno się będzie czytelnikom oderwać od lektury. „Superbabcie” to książka inna niż standardowe lektury dla najmłodszych – przede wszystkim odchodzi się tu od prawdopodobieństwa, a iluzja realizmu pozwala na zwrócenie uwagi na ważny społeczny motyw. Ta lektura spodoba się dzieciom, ale nie znudzi też ich babć, gdyby zamieniła się w rodzinne spotkanie przy książce.

poniedziałek, 26 lutego 2024

Hanna Cygler: Największy skarb

Luna, Warszawa 2024.

Pościg przez Afrykę

Joy Makeba urodziła się w Afryce i doskonale zna bolączki społeczeństwa: wszystkie jego słabe strony. Bardzo chciałaby zostać dziennikarką, teraz pracuje jako stażystka w jednej z lokalnych gazet. Wykonuje najtrudniejsze zadania w nadziei na to, że zostanie dostrzeżona i doceniona. Czeka ją nie lada wyzwanie: zostaje wysłana do centrum burzliwych wydarzeń. W jednej z wiosek zginęła dwójka małych dzieci. Joy wie doskonale, że kilkulatki często są w tym rejonie porywane – i niemal niemożliwe staje się ich uratowanie. Postanawia jednak – w ramach zbierania materiałów do reportażu – przeprowadzić śledztwo. Liczy na mały cud: zdaje sobie sprawę z tego, że lokalna policja nie zrobi nic, żeby ocalić dzieci – tym mocniej angażuje się w amatorskie poszukiwania. Joy w wyprawie ma towarzyszyć Natan, znajomy z Polski – sympatyczny i przystojny człowiek, którego niedawno poznała. Tyle tylko, że na umówione spotkanie Natan nie przybywa sam – towarzyszy mu kobieta, która najprawdopodobniej jest poszukiwana jako porywaczka pewnej księżniczki. Melinda jednak daje się lubić i staje się intrygującą towarzyszką podróży – nawet jeśli przekreśla nadzieje Joy na romantyczne sam na sam z Natanem.

Hanna Cygler „Największym skarbem” pokazuje, że umie odkrywać Afrykę. Nie zajmuje się przesadnie opisami otoczenia, a w mentalności ludzi wyszukuje motywy, które są uniwersalne – zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną. A jednak udaje jej się stworzyć powieść tętniącą Afryką, egzotyczną w warstwie plastycznej narracji i ciekawą w intrydze. Stawia na silne emocje i realne zagrożenia, nawet jeśli czasami strach podszeptuje scenariusze gorsze niż te zrealizowane. Przy tym pisze lekko – nie ma tu zgrzytów w przedstawianiu wydarzeń, a uwaga odbiorców koncentruje się przede wszystkim na dwóch sprawach: kwestii porwanych maluchów i tożsamości współpodróżniczki. Joy Makeba to postać, która budzi sympatię – zwłaszcza że potrafi przyznać się do najskrytszych uczuć i do pomyłek lub poszukiwań w kwestiach sercowych. Chociaż zaangażowana i pełna dobrej woli, trafia na ludzi, którzy będą wobec niej bezwzględni i którzy wykorzystają jej naiwność. Ale Hanna Cygler nie poprzestaje na tym – wplata w opowieść kolejne, dalszoplanowe a ważne społecznie motywy, między innymi zagadnienie przemocy domowej i brak wyjścia dla afrykańskich ofiar. Odnosi się do ludzkich słabości i w nieoczekiwanych momentach uruchamia je, tak, żeby ubarwić historię – i tak przecież ciekawą i wciągającą. Hanna Cygler wie, jak opisywać rzeczywistość – nie tylko potrafi budować kryminalny szkielet opowieści i realizować go w sprawnej narracji – może też zwracać uwagę odbiorców na charaktery i ludzkie dramaty w wymiarze mikro. A to oznacza, że w zalewie pisanych na kolanie historii z jednym wątkiem – i śledztwem toczącym się przez całą książkę – proponuje coś odświeżającego i dynamicznego, wypełnionego treściami i rozbudzającego ciekawość czytelników. Tu wprawdzie można próbować przewidzieć finał poszukiwań (w obu nurtach), ale autorka zapewnia czytelnikom coś więcej niż tylko rozwiązanie zagadki – podsuwa im szereg niespodzianek związanych z obyczajowością lokalsów. „Największy skarb” to powieść dobrze napisana, klimatyczna i gęsta od wydarzeń. W sam raz dla tych odbiorców, którzy szukają kryminalnej alternatywy wobec skandynawskich thrillerów. Warto po tę powieść sięgnąć.

niedziela, 25 lutego 2024

Poznajmy dinozaury. Stegozaur

Harperkids, Warszawa 2024.

Z dawnych czasów

W serii Poznajmy dinozaury maluchy, które pasjonują się prehistorycznymi gadami mogą pobawić się lekturą. Pobawić się, bo książeczki nie tylko przynoszą im garść ciekawostek, ale również ruchome elementy kolejnych rozkładówek – co zmienia wygląd obrazków, uzupełnia je lub modyfikuje, dostarczając radości kilkulatkom. „Stegozaur” to kolejna propozycja w cyklu – ciągle głodny bohater będzie mógł dzieci rozśmieszyć, raczej nie przerazi nikogo – chociaż ma rozmiary autobusu, w ilustracjach wydaje się bardzo sympatycznym stworzeniem, uśmiechniętym i bajkowym – a przez to, że ciągle zatrzymuje się na posiłki, rozbawi najmłodszych. Jest w tym tomiku zaledwie kilka kartonowych stron (większą część objętości zajmują sztuczki pozwalające na ruszanie częścią obrazków) – ale to przecież tomik przeznaczony dla najmłodszych dzieci, więc nie będzie z tym problemu. Zabawkowa książeczka dostarcza wiadomości na temat stegozaura. Co ciekawe, bohater prezentowany jest w czasie teraźniejszym, ale w przypisach (dopowiedzeniach poza narracją) pojawiają się już wiadomości w czasie przeszłym – dzieci zatem obserwują jednego, konkretnego bohatera, który przewija się przez tomik tu i teraz, ale mogą też dowiedzieć się czegoś o jego gatunku – stworzeniach, których już nie spotkają.

Wiadomości jest zaledwie kilka i dzieci albo samodzielnie je przeczytają, albo wysłuchają w wykonaniu rodziców czy starszego rodzeństwa – mogą też same poćwiczyć wymawianie nazwy stegozaur (z podziałem na sylaby, żeby łatwiej było łączyć głoski) – to jeden z aspektów edukacyjnych tomiku. Ilustracje zostały tu przygotowane tak, żeby budzić uśmiech i żeby kojarzyły się dzieciom przyjemnie i bajkowo, nie ma zatem odchodzenia od jasnych i optymistycznych kolorów, a bohaterowie mają komiksowe miny (bohaterowie, bo poza tytułowym stegozaurem znajdują się tu jeszcze inne gady, a także mnóstwo ważek). Komiksowe oczy i uśmiechy (przeważnie, bo marsowe miny, jeśli się pojawiają, to tak karykaturalne, że też wzbudzą radość) zachęcają do wertowania tomiku. Ruchome elementy z kolei usprawniają motorykę dziecka – nie zawsze przesuwają się tak samo, trzeba będzie podążać za wskazówkami (za każdym razem pojawiają się strzałki wskazujące kierunek). Ciekawość będzie tu kierować dziećmi – zechcą sprawdzić, co kryje się na obrazkach i jaka zawartość ujawni się po przesunięciu wskazanej części strony – to prosta droga do zabawy tomikiem i traktowania go jak gadżetu. Najlepszy dowcip pojawia się w przypadku machania ogonem – to nie tylko odgłosy, jakie wydaje zdenerwowany dinozaur, odstraszający przeciwników, ale i jeden z bohaterów, który nagle wygląda zza drzewa, zaniepokojony hałasem – to przekona dzieci do uważnego korzystania z książeczki i przekona je, że warto sprawdzać wszystkie pomysły autorów.

„Stegozaur” to prosta propozycja dla najmłodszych. Może posłużyć jako narzędzie do nauki liter (tekstu nie ma tu zbyt wiele), może też funkcjonować jako zabawka. To coś dla dzieci, które pasjonują się dinozaurami – uzupełnienie wiadomości, biblioteczki i kolekcji domowych gadów – przypomnienie, że książki przynoszą sporo zabawy. Bardzo udana propozycja dla maluchów i przygotowanie do czytania dla przyjemności.