Egmont, Warszawa 2017.
Nauka liczenia
Podczas gdy prawdziwą zmorą wielu tych, którzy chcieliby zaistnieć na rynku wydawniczym jest brak pomysłów na publikacje, Marianna Oklejak bez wahania wraca do absolutnie podstawowych motywów i zjawisk. Kartonowa publikacja „Liczby” to prezent dla tych, którzy cenią sobie design w każdej dziedzinie życia. Na dobrą sprawę niewiele nowych treści wnosi autorka do zwykłych zajęć z małym dzieckiem – mimo że tworzy publikację, która z powodzeniem funkcjonować może również poza granicami kraju. Tematem tej książeczki są liczby, a dokładniej dziewięć cyfr i liczba 10, czyli standard w podstawowych umiejętnościach maluchów. Każda rozkładówka składa się z kilku części. Najbardziej przyciąga wzrok duża cyfra lub liczba wypełniona kolorowym deseniem. Ozdobą i treścią jednocześnie są jej nazwy w czterech językach umieszczone w czterech rogach strony – po angielsku, niemiecku, francusku i hiszpańsku. Oczywiście na środku jest też polska nazwa. Drugą stronę na każdej rozkładówce zajmuje to, co również można przewidzieć: zbiór rzeczy, ludzi, motywów, które pomagają ćwiczyć liczenie (i unaoczniają, co dana liczba naprawdę oznacza). Łączy zatem ów zbiór abstrakcyjne pojęcie z konkretem, umożliwia sprawdzenie w praktyce, do czego właściwie potrzebne są liczby i kiedy się ich używa. Nie jest to zabieg odkrywczy czy nowy, to standard w procesie edukowania najmłodszych. Marianna Oklejak jednak popisuje się nie w treści, a w warstwie graficznej. Po znakomicie przyjętym tomiku „Cuda wianki” kontynuuje inspirację folklorem. Sięga w ten sposób po zagadnienie niezbyt często wykorzystywane w twórczości dla dzieci (nawet dorosłych, pomijając przelotne mody, trudno nim zainspirować). Jednak Marianna Oklejak nie zwraca uwagi na trendy w ilustrowaniu tomików dla dzieci – i całe szczęście, bo dzięki temu może zaproponować coś nowego i unikatowego.
Tomik z pozoru wygląda jak większość kartonówek – z intensywnie barwionymi stronami i wyraźnymi (chociaż pozbawionymi komiksowego podkreślenia konturów) motywami rysunkowymi. Do liczenia służą autorce tematy charakterystyczne dla twórczości ludowej i lokalnej kultury. Mogą to być dwa buty z ludowego stroju, ptaki charakterystyczne dla malowanek, wycinanek lub zabawek, mogą być kolorowe pasy, bogato haftowane ubrania, dziecięce zabawki – bardzo odmienne od tego, co znają dzisiejsze maluchy. Zatem poza standardowym przeglądaniem kartek, które z racji kolorów przykuwają wzrok i uwagę, można też zająć się odkrywaniem dodatkowych treści. Rodzice mogą podsuwać pociechom kolejne ilustracje, zaplanować wizytę w pobliskim muzeum lub wymyślać związane z folklorem zabawy. Mogą opowiadać, pokazywać i zachęcać dzieci do samodzielnego tworzenia – to publikacja, która zdecydowanie zachęca do kreatywności. Marianna Oklejak pozostaje przy tym ilustratorką, która nie idzie na kompromisy: tak dobiera desenie i motywy, żeby prezentować swoje możliwości graficzne. „Liczby” to tomik, w którym temat jest wtórny – służy do artystycznych popisów, eksponowania pomysłowości i talentu. Marianna Oklejak jest autorką, której warto zaufać – najpierw dała się poznać jako ilustratorka bestsellerowej serii o przygodach Basi, teraz już jej nazwisko jest rozpoznawalne – podobnie jak styl. Zainteresowanie folklorem i ludycznością to kolejny wyznacznik jej twórczości. „Liczby” udowadniają, że da się połączyć pozornie dorosłe graficzne tematy z edukacją najmłodszych – i z zabawą dzieci oraz dorosłych. To tomik wartościowy, bardziej nawet ze względu na artystyczne pomysły autorki niż przeznaczenie.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 5 listopada 2017
sobota, 4 listopada 2017
Alice Feeney: Czasami kłamię
W.A.B., Warszawa 2017.
Groza nieświadomości
W thrillerach to jest motyw dyżurny, a na pewno dla każdego autora bardzo wygodny. Wystarczy unieruchomić bohatera-ofiarę, zabrać mu możliwość poruszania się, ale nie odebrać świadomości. To najgorszy rodzaj więzienia, zwłaszcza gdy wokół nie brakuje katów – ludzi wcześniej skrzywdzonych lub okaleczonych psychicznie, którzy teraz czekają na okazję do okrutnej zemsty. Alice Feeney po ten wątek sięga, ale udaje jej się prowadzić dobrą narrację, więc szwy fabularne nie są aż tak uciążliwe w lekturze. „Czasami kłamię” to powieść zbierająca rozmaite czytelne chwyty i metody wzbudzania lęku w czytelnikach. Otwarte pozostaje pytanie, czy gdyby tytuł zostawić wyłącznie w puencie książki, nie nabrałby wartości.
Rzecz dotyczy Amber Reynolds, która do tego, że czasami mija się z prawdą, przyznaje się od razu. Kobieta leży w śpiączce po wypadku samochodowym. Chociaż bliscy nie mają z nią kontaktu, ona słyszy, co się dzieje, próbuje wyciągnąć wnioski z zachowań a nawet tonu głosu odwiedzających. Jednocześnie wraca myślami w przeszłość, żeby zrozumieć, co właściwie się stało. Na przeczuciach opiera przekonanie, że coś jej grozi i że nie znalazła się tu przypadkiem. Bezbronna, rejestruje coraz straszniejsze wydarzenia dziejące się w pobliżu. Odbiorcy nie mają pojęcia, komu mogą ufać – każdy wydaje się podejrzany, każdy też ma dziwne intencje, a przynajmniej dziwnie się zachowuje. Autorka kreśli kilka zaledwie sylwetek –do Amber przychodzi jej mąż, Paul, jej dawna i odrzucona miłość – Edward, rodzice czy siostra Claire. Między gośćmi wyraźnie iskrzy – hamują się z odkrywaniem prawdziwych uczuć wyłącznie ze względu na Amber, która ich teraz potrzebuje. Chociaż czasami dobrze by było, żeby przejmowali jej tok myślenia: bohaterka wpada na tropy, których jej bliscy nie odkryją, a autorka – niestety – nie rozwija obiecujących tematów tak, jakby mogła. Trochę zbyt blisko pozostawia węzeł fabularny i jego rozwiązanie – to za oczywiste, odbiera czytelnikom część satysfakcji. Ponadto lubi niedokończone sceny: dla wrażenia tajemniczości zrywa niektóre sytuacje i później do nich nie wraca, licząc na to, że odbiorcy dopowiedzą sobie resztę. Ale zagadki nie na niedookreśloności powinny polegać, parę razy zabrakło zwyczajnie precyzji i pomysłu, co chce się naprawdę powiedzieć i uzyskać. W ten sposób autorka osłabia wymowę historii.
Narrację prowadzi szczegółowo i achronologicznie, z wykorzystaniem tajemniczych dzienników małej dziewczynki – i tutaj wiadomo, że muszą one mieć związek z bohaterką, a Feeney wybiera zbyt prosty chwyt, żeby trzymać w napięciu i w końcu rozwiązać zagadkę. Osobne relacje snuje Amber – i te dzielą się nie tylko na różne czasy (teraźniejszość, moment wypadku i dalsza przeszłość), ale i na różne tematy. Tu widać, że autorka próbuje zbudować pełną biografię postaci, ale nie zawsze wątki sklejają się jej na większej powierzchni, czasem tylko ledwo się stykają. I tak jest tu motyw traum z dzieciństwa, relacji z mężem i ze wzgardzonym kochankiem, problem z chęcią posiadania dzieci, pełna wyzwań praca i konflikty z przełożoną. W takim układzie Amber wcale nie musi wypaść jako ofiara. Alice Feeney szuka zagrożeń z różnych stron, trochę miota bohaterką, a trochę sama nie może się zdecydować na kierunek fabuły. W efekcie „Czasami kłamię” wzbudza momentami skrajne reakcje. Ale warsztatowe braki w konstrukcji Feeney nadrabia narracją, bo udaje jej się poprowadzić zajmującą opowieść.
Groza nieświadomości
W thrillerach to jest motyw dyżurny, a na pewno dla każdego autora bardzo wygodny. Wystarczy unieruchomić bohatera-ofiarę, zabrać mu możliwość poruszania się, ale nie odebrać świadomości. To najgorszy rodzaj więzienia, zwłaszcza gdy wokół nie brakuje katów – ludzi wcześniej skrzywdzonych lub okaleczonych psychicznie, którzy teraz czekają na okazję do okrutnej zemsty. Alice Feeney po ten wątek sięga, ale udaje jej się prowadzić dobrą narrację, więc szwy fabularne nie są aż tak uciążliwe w lekturze. „Czasami kłamię” to powieść zbierająca rozmaite czytelne chwyty i metody wzbudzania lęku w czytelnikach. Otwarte pozostaje pytanie, czy gdyby tytuł zostawić wyłącznie w puencie książki, nie nabrałby wartości.
Rzecz dotyczy Amber Reynolds, która do tego, że czasami mija się z prawdą, przyznaje się od razu. Kobieta leży w śpiączce po wypadku samochodowym. Chociaż bliscy nie mają z nią kontaktu, ona słyszy, co się dzieje, próbuje wyciągnąć wnioski z zachowań a nawet tonu głosu odwiedzających. Jednocześnie wraca myślami w przeszłość, żeby zrozumieć, co właściwie się stało. Na przeczuciach opiera przekonanie, że coś jej grozi i że nie znalazła się tu przypadkiem. Bezbronna, rejestruje coraz straszniejsze wydarzenia dziejące się w pobliżu. Odbiorcy nie mają pojęcia, komu mogą ufać – każdy wydaje się podejrzany, każdy też ma dziwne intencje, a przynajmniej dziwnie się zachowuje. Autorka kreśli kilka zaledwie sylwetek –do Amber przychodzi jej mąż, Paul, jej dawna i odrzucona miłość – Edward, rodzice czy siostra Claire. Między gośćmi wyraźnie iskrzy – hamują się z odkrywaniem prawdziwych uczuć wyłącznie ze względu na Amber, która ich teraz potrzebuje. Chociaż czasami dobrze by było, żeby przejmowali jej tok myślenia: bohaterka wpada na tropy, których jej bliscy nie odkryją, a autorka – niestety – nie rozwija obiecujących tematów tak, jakby mogła. Trochę zbyt blisko pozostawia węzeł fabularny i jego rozwiązanie – to za oczywiste, odbiera czytelnikom część satysfakcji. Ponadto lubi niedokończone sceny: dla wrażenia tajemniczości zrywa niektóre sytuacje i później do nich nie wraca, licząc na to, że odbiorcy dopowiedzą sobie resztę. Ale zagadki nie na niedookreśloności powinny polegać, parę razy zabrakło zwyczajnie precyzji i pomysłu, co chce się naprawdę powiedzieć i uzyskać. W ten sposób autorka osłabia wymowę historii.
Narrację prowadzi szczegółowo i achronologicznie, z wykorzystaniem tajemniczych dzienników małej dziewczynki – i tutaj wiadomo, że muszą one mieć związek z bohaterką, a Feeney wybiera zbyt prosty chwyt, żeby trzymać w napięciu i w końcu rozwiązać zagadkę. Osobne relacje snuje Amber – i te dzielą się nie tylko na różne czasy (teraźniejszość, moment wypadku i dalsza przeszłość), ale i na różne tematy. Tu widać, że autorka próbuje zbudować pełną biografię postaci, ale nie zawsze wątki sklejają się jej na większej powierzchni, czasem tylko ledwo się stykają. I tak jest tu motyw traum z dzieciństwa, relacji z mężem i ze wzgardzonym kochankiem, problem z chęcią posiadania dzieci, pełna wyzwań praca i konflikty z przełożoną. W takim układzie Amber wcale nie musi wypaść jako ofiara. Alice Feeney szuka zagrożeń z różnych stron, trochę miota bohaterką, a trochę sama nie może się zdecydować na kierunek fabuły. W efekcie „Czasami kłamię” wzbudza momentami skrajne reakcje. Ale warsztatowe braki w konstrukcji Feeney nadrabia narracją, bo udaje jej się poprowadzić zajmującą opowieść.
Fanny Joly: Pralinka nie daje za wygraną
Znak, Kraków 2017.
Codzienne przygody
Fanny Joly nie tyle pisze książki, co je produkuje. Znalazła sposób na wydawnicze hity, będący wypadkową serii o Koszmarnym Karolku, Penny z Piekła Rodem oraz… Mikołajka. Powołuje do istnienia Alinkę, która nienawidzi przezwiska Pralinka (oraz innych, jakimi raczą ją pomysłowi i złośliwi bracia), podkochuje się w Krzysiu i przeżywa sporo komicznych przygód. Alinka zwykle nie jest niegrzeczna – przynajmniej nie bardziej niż inne dzieci – ale okoliczności zmuszają ją do reagowania, a to czasami oznacza kłopoty albo zestaw nowych silnych wrażeń. „Pralinka nie daje za wygraną” to kolejny zbiór drobnych historyjek o tej bohaterce i dzieciakach z jej otoczenia – początki czterech nowych tomików daje się wyznaczyć dzięki autoprezentacji postaci, poza tym seria zamienia się prawie w powieść z tematyzowanymi i zamkniętymi rozdziałami. Alinka czasami musi zabawić się w detektywa i wyjaśnić sprawę zbezczeszczenia pomnika patrona szkoły, innym razem pomaga zagubionemu maluchowi w odnalezieniu Wosiunia. Kiedy rozboli ją ząb, musi udać się do dentysty. Trafia na uroczysty obiad do burmistrza, zbiera nakrętki, prowadząc wielką rywalizację z braćmi – tu powinna wykazać się szczególnym sprytem. Czasami też z całą rodziną wyjeżdża na wakacje, a to kolejna okazja do psot i zabaw. U Alinki zawsze dużo się dzieje, a Krzyś i bracia – ci jak zwykle irytujący – to stałe motywy każdej historii. Autorka dba o tempo opowieści, wie, że musi zaintrygować czytelników i że nie zrobi tego rozbudowanymi opisami, stawia zatem na narrację w stylu pop: szybką, precyzyjną i akcentującą wybrane emocje. To Alinka prowadzi relację, jako że zawsze pozostaje w centrum wydarzeń i tak naprawdę najlepiej wie, co się dzieje – w związku z tym odbiorcy będą za tą postacią podążać krok w krok. Fanny Joly dba o to, żeby każda opowieść prowadziła do wyrazistej puenty, żeby mali odbiorcy nie domyślili się przedwcześnie rozwiązania fabułki, ale mogli cieszyć się zaskakującymi finałami. W tym celu odchodzi od schematów w najbardziej popularnych motywach z literatury czwartej.
Alinka w zasadzie jest niezależna i samowystarczalna. Kiedy wpada w tarapaty, nie biegnie po pomoc do dorosłych (starsze pokolenie jest tu zresztą dość zdystansowane i raczej surowe, nie ma mowy o bezstresowym wychowaniu, to rodzice z minionej epoki, ci, których lepiej nie włączać do akcji, bo mogą ją tylko zahamować). Działa kreatywnie i na miarę swoich możliwości. W dobie mody na opowieści o superbohaterach Alinka-Pralinka wypada na swoje szczęście naturalnie i dziecięco, odbiorcy jej zaufają. Jedyny stylistyczny zgrzyt stanowi zwracanie się do bohaterki „Alinko” – sugeruje zbyt duże czasami ocieplenie uczuć między dzieciakami i wypada niezbyt przekonująco – ale tak już jest, kiedy postać nie ma lubianego przez siebie pseudonimu. Tom „Pralinka nie daje za wygraną” ilustrowany jest przez Ronana Badela i ten autor wyraźnie wybiera „Mikołajki” jako wzór do naśladowania. Tworzy komiksowe rysunki satyryczne, czym podkreśla jeszcze humor tomiku – książki rozrywkowej i bawiącej najmłodszych. Jest to publikacja stworzona ze składników gwarantujących rynkowy sukces, a do tego, jak na zbiorówkę przystało, wydana tak, by przyciągała uwagę.
Codzienne przygody
Fanny Joly nie tyle pisze książki, co je produkuje. Znalazła sposób na wydawnicze hity, będący wypadkową serii o Koszmarnym Karolku, Penny z Piekła Rodem oraz… Mikołajka. Powołuje do istnienia Alinkę, która nienawidzi przezwiska Pralinka (oraz innych, jakimi raczą ją pomysłowi i złośliwi bracia), podkochuje się w Krzysiu i przeżywa sporo komicznych przygód. Alinka zwykle nie jest niegrzeczna – przynajmniej nie bardziej niż inne dzieci – ale okoliczności zmuszają ją do reagowania, a to czasami oznacza kłopoty albo zestaw nowych silnych wrażeń. „Pralinka nie daje za wygraną” to kolejny zbiór drobnych historyjek o tej bohaterce i dzieciakach z jej otoczenia – początki czterech nowych tomików daje się wyznaczyć dzięki autoprezentacji postaci, poza tym seria zamienia się prawie w powieść z tematyzowanymi i zamkniętymi rozdziałami. Alinka czasami musi zabawić się w detektywa i wyjaśnić sprawę zbezczeszczenia pomnika patrona szkoły, innym razem pomaga zagubionemu maluchowi w odnalezieniu Wosiunia. Kiedy rozboli ją ząb, musi udać się do dentysty. Trafia na uroczysty obiad do burmistrza, zbiera nakrętki, prowadząc wielką rywalizację z braćmi – tu powinna wykazać się szczególnym sprytem. Czasami też z całą rodziną wyjeżdża na wakacje, a to kolejna okazja do psot i zabaw. U Alinki zawsze dużo się dzieje, a Krzyś i bracia – ci jak zwykle irytujący – to stałe motywy każdej historii. Autorka dba o tempo opowieści, wie, że musi zaintrygować czytelników i że nie zrobi tego rozbudowanymi opisami, stawia zatem na narrację w stylu pop: szybką, precyzyjną i akcentującą wybrane emocje. To Alinka prowadzi relację, jako że zawsze pozostaje w centrum wydarzeń i tak naprawdę najlepiej wie, co się dzieje – w związku z tym odbiorcy będą za tą postacią podążać krok w krok. Fanny Joly dba o to, żeby każda opowieść prowadziła do wyrazistej puenty, żeby mali odbiorcy nie domyślili się przedwcześnie rozwiązania fabułki, ale mogli cieszyć się zaskakującymi finałami. W tym celu odchodzi od schematów w najbardziej popularnych motywach z literatury czwartej.
Alinka w zasadzie jest niezależna i samowystarczalna. Kiedy wpada w tarapaty, nie biegnie po pomoc do dorosłych (starsze pokolenie jest tu zresztą dość zdystansowane i raczej surowe, nie ma mowy o bezstresowym wychowaniu, to rodzice z minionej epoki, ci, których lepiej nie włączać do akcji, bo mogą ją tylko zahamować). Działa kreatywnie i na miarę swoich możliwości. W dobie mody na opowieści o superbohaterach Alinka-Pralinka wypada na swoje szczęście naturalnie i dziecięco, odbiorcy jej zaufają. Jedyny stylistyczny zgrzyt stanowi zwracanie się do bohaterki „Alinko” – sugeruje zbyt duże czasami ocieplenie uczuć między dzieciakami i wypada niezbyt przekonująco – ale tak już jest, kiedy postać nie ma lubianego przez siebie pseudonimu. Tom „Pralinka nie daje za wygraną” ilustrowany jest przez Ronana Badela i ten autor wyraźnie wybiera „Mikołajki” jako wzór do naśladowania. Tworzy komiksowe rysunki satyryczne, czym podkreśla jeszcze humor tomiku – książki rozrywkowej i bawiącej najmłodszych. Jest to publikacja stworzona ze składników gwarantujących rynkowy sukces, a do tego, jak na zbiorówkę przystało, wydana tak, by przyciągała uwagę.
piątek, 3 listopada 2017
Charles M. Schulz: Fistaszki zebrane z gazet codziennych i weekendowych 1983–1984
Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.
Czas beztroski
Dzieciakom z otoczenia Charliego Browna Charles M. Schulz towarzyszy bez przerwy przy codziennych sprawach. Kiedy Lucy podrywa Schroedera, kiedy Peppermint Patty dostaje kolejne dwóje z minusem, kiedy Linus wypatruje Wielkiej Dyni i kiedy Sally próbuje odrabiać lekcje. Kiedy bohaterowie grają w baseball i kiedy siedzą w domach przed telewizorami. Kiedy rodzeństwa się kłócą lub kiedy wszyscy próbują rozwiązywać swoje problemy lepiej niż niejeden psychoanalityk. Świat dzieciaków – czy to dom, szkoła, boisko czy podwórko – to temat stałych obserwacji autora. Charles M. Schulz zajmuje się też Snoopym i jego przyjacielem, Woodstockiem. Rozbudowuje te wątki o kolejne postacie: brat Snoopy’ego, Spike, mieszka teraz na pustyni w towarzystwie ogromnego kaktusa. Woodstock – wraz z całą drużyną ptasich skautów – zdobywa nowe harcerskie sprawności. Zresztą nawet w wolnych chwilach przylatuje do swojego przyjaciela w odwiedziny. Snoopy pisze kolejne powieści, w czym próbuje mu pomóc Lucy. Czasami zdarza się coś, co zaburza stały rytm historyjek: Patty nie zdaje do następnej klasy, a o serce Sally zaczyna walczyć… Anioł Struś. Mimo takich przewrotów miło jest wrócić do rzeczywistości stałej i rządzącej się swoimi prawami, wewnętrznie uporządkowanej. „Fistaszki zebrane” obejmujące lata 1983 i 1984 to wciąż trafne paski komiksowe, bawiące całe pokolenia, a do tego przez cały czas odkrywcze i twórcze, uniwersalne, więc – niestarzejące się. Autor wprowadza całe serie charakterystycznych motywów, nakreśla sytuacje wielokrotnie już omawiane – ale za każdym razem proponuje dla nich nowe rozwiązania i odkrywcze puenty. W „Fistaszkach zebranych” śmiech to jeden z ważniejszych motywów. Ale równie ważna okazuje się niemal filozoficzna refleksja nad rzeczywistością. Nawet jeśli jest tu bajkowo, to charaktery uwypuklane przez satyrę stanowią celny przegląd prawdziwych portretów.
W „Fistaszkach zebranych” beztroskie dzieciństwo wcale nie jest tak sielskie, jak mogłoby się wydawać z dystansu. Zamartwia się Charlie Brown, Sally i Patty miewają różne problemy z nauką, Rerun boi się kolarskich wyczynów mamy. Każdy ma swoje wady i swoje nadzieje, co przekłada się na wyjątkowo barwny zestaw wizerunków. Najlepiej ma Snoopy, dzięki wyobraźni i ironii może w każdej chwili przedzierzgnąć się w dowolną postać i przejmować jej przygody. Charles M. Schulz wie, jak rozśmieszać odbiorców, żeby pozostawić im też temat do zastanowienia się nad egzystencją. Ten autor nigdy nie nudzi. Wie doskonale, że do zapełnienia ma cztery kadry (w wersji weekendowej – stronę) i w tak ograniczonej przestrzeni musi zawrzeć całą historię. Dzięki jasno sprecyzowanym charakterom postaci czy sytuacjom może natychmiast wstrzelić odbiorców w potrzebny kontekst, a potem od razu zaskoczyć kolejnym pomysłem na rozwinięcie znanego schematu. Im więcej scenek powtarza, tym więcej będzie radości z kreatywnych puent. „Fistaszki zebrane 1983–1984” to kolejny tom wspaniałej serii – i w dalszym ciągu nie rozczarowuje. Pozwala bez reszty zatracić się w świecie oderwanym od zwykłych trosk i cieszyć się komizmem wysokiej próby. „Fistaszki” nigdy się nie nudzą, a wiele stripów pozwala czytelnikom znaleźć komentarz i do własnych doświadczeń. Komiksy cieszą dobrym tłumaczeniem – Michał Rusinek ceni sobie dowcip i potrafi go lapidarnie i trafnie przedstawić – ale też samą kreską: Charles M. Schulz rysuje tak, że widać wszystkie emocje bohaterów, rysunkami przede wszystkim pokazuje i uprawdopodobnia reakcje.
Czas beztroski
Dzieciakom z otoczenia Charliego Browna Charles M. Schulz towarzyszy bez przerwy przy codziennych sprawach. Kiedy Lucy podrywa Schroedera, kiedy Peppermint Patty dostaje kolejne dwóje z minusem, kiedy Linus wypatruje Wielkiej Dyni i kiedy Sally próbuje odrabiać lekcje. Kiedy bohaterowie grają w baseball i kiedy siedzą w domach przed telewizorami. Kiedy rodzeństwa się kłócą lub kiedy wszyscy próbują rozwiązywać swoje problemy lepiej niż niejeden psychoanalityk. Świat dzieciaków – czy to dom, szkoła, boisko czy podwórko – to temat stałych obserwacji autora. Charles M. Schulz zajmuje się też Snoopym i jego przyjacielem, Woodstockiem. Rozbudowuje te wątki o kolejne postacie: brat Snoopy’ego, Spike, mieszka teraz na pustyni w towarzystwie ogromnego kaktusa. Woodstock – wraz z całą drużyną ptasich skautów – zdobywa nowe harcerskie sprawności. Zresztą nawet w wolnych chwilach przylatuje do swojego przyjaciela w odwiedziny. Snoopy pisze kolejne powieści, w czym próbuje mu pomóc Lucy. Czasami zdarza się coś, co zaburza stały rytm historyjek: Patty nie zdaje do następnej klasy, a o serce Sally zaczyna walczyć… Anioł Struś. Mimo takich przewrotów miło jest wrócić do rzeczywistości stałej i rządzącej się swoimi prawami, wewnętrznie uporządkowanej. „Fistaszki zebrane” obejmujące lata 1983 i 1984 to wciąż trafne paski komiksowe, bawiące całe pokolenia, a do tego przez cały czas odkrywcze i twórcze, uniwersalne, więc – niestarzejące się. Autor wprowadza całe serie charakterystycznych motywów, nakreśla sytuacje wielokrotnie już omawiane – ale za każdym razem proponuje dla nich nowe rozwiązania i odkrywcze puenty. W „Fistaszkach zebranych” śmiech to jeden z ważniejszych motywów. Ale równie ważna okazuje się niemal filozoficzna refleksja nad rzeczywistością. Nawet jeśli jest tu bajkowo, to charaktery uwypuklane przez satyrę stanowią celny przegląd prawdziwych portretów.
W „Fistaszkach zebranych” beztroskie dzieciństwo wcale nie jest tak sielskie, jak mogłoby się wydawać z dystansu. Zamartwia się Charlie Brown, Sally i Patty miewają różne problemy z nauką, Rerun boi się kolarskich wyczynów mamy. Każdy ma swoje wady i swoje nadzieje, co przekłada się na wyjątkowo barwny zestaw wizerunków. Najlepiej ma Snoopy, dzięki wyobraźni i ironii może w każdej chwili przedzierzgnąć się w dowolną postać i przejmować jej przygody. Charles M. Schulz wie, jak rozśmieszać odbiorców, żeby pozostawić im też temat do zastanowienia się nad egzystencją. Ten autor nigdy nie nudzi. Wie doskonale, że do zapełnienia ma cztery kadry (w wersji weekendowej – stronę) i w tak ograniczonej przestrzeni musi zawrzeć całą historię. Dzięki jasno sprecyzowanym charakterom postaci czy sytuacjom może natychmiast wstrzelić odbiorców w potrzebny kontekst, a potem od razu zaskoczyć kolejnym pomysłem na rozwinięcie znanego schematu. Im więcej scenek powtarza, tym więcej będzie radości z kreatywnych puent. „Fistaszki zebrane 1983–1984” to kolejny tom wspaniałej serii – i w dalszym ciągu nie rozczarowuje. Pozwala bez reszty zatracić się w świecie oderwanym od zwykłych trosk i cieszyć się komizmem wysokiej próby. „Fistaszki” nigdy się nie nudzą, a wiele stripów pozwala czytelnikom znaleźć komentarz i do własnych doświadczeń. Komiksy cieszą dobrym tłumaczeniem – Michał Rusinek ceni sobie dowcip i potrafi go lapidarnie i trafnie przedstawić – ale też samą kreską: Charles M. Schulz rysuje tak, że widać wszystkie emocje bohaterów, rysunkami przede wszystkim pokazuje i uprawdopodobnia reakcje.
czwartek, 2 listopada 2017
Agata Steczkowska, Beata Nowicka: Steczkowscy. Miłość wbrew regule. Osobista biografia rodziny
W.A.B., Warszawa 2017.
Rodzice
Dzieci w rodzinie jest dziewięcioro, a wszystkie utalentowane, także muzycznie. Najbardziej znana jest Justyna Steczkowska, ale to nie o niej będzie ta opowieść, spisana przez najstarszą siostrę, Agatę. Również nie o tym pokoleniu, bo mimo że każdy nosiłby w sobie materiał na książkę i zasługiwał na dokładniejsze omówienie, to „Steczkowscy” mają znacznie ciekawszy kontekst. Autorka – z pomocą Beaty Nowickiej – przygląda się relacji swoich rodziców. To o tyle niezwykłe, że jako jedyna jest córką księdza (mimo że matka woli powtarzać, że – dzieckiem miłości – taką znalazła odpowiedź na złośliwe komentarze innych i taką usatysfakcjonowała nastoletnią Agatę). „Steczkowscy” to opowieść o wielkiej miłości, która może pokonać wszelkie przeszkody.
Stanisław, poważany przez miejscowych, uczy się na księdza. Znany jest też z zaangażowania w działalność chórów, potrafi nimi kierować i przygotowywać do odnoszenia sukcesów. To człowiek, który nie może pozostać anonimowy. Zyskuje autorytet w lokalnej społeczności – nie bez powodu. Wieś jest z niego dumna. Z kolei Danusia wie, że nie powinna pielęgnować w sobie uczucia do Stanisława. On, poślubiony Bogu, nie może już skłaniać się ku ziemskim sprawom. Mimo to niełatwo zwalczyć miłość. Tym bardziej, że to miłość z wzajemnością. Chociaż oboje bronią się przed związkiem, w końcu miłość zwycięża. Danusia zachodzi w ciążę, a Stanisław chce zachować się przyzwoicie i nie zawieść pokładanych w nim przez dziewczynę nadziei. Szuka sposobu na rezygnację z kapłańskiego stanu, chociaż władze kościelne utrudniają mu jak mogą zrealizowanie już podjętej decyzji. Liczne problemy a nawet szykany nie wytrącają młodych z powziętych postanowień. Kiedy już Stanisław przestaje być księdzem i zakłada rodzinę, na świat przychodzą kolejne dzieci. Po latach szczególnie romantyczny wydaje się początek zakazanego związku. To materiał na powieść, ale Agata Steczkowska i Beata Nowicka powieści tworzyć nie chcą, wybierają relację, w której mogą się przyglądać przeszłości.
Od czasu do czasu głos zyskują tu rodzice, którzy skrótowo przedstawiają kolejne pociechy lub odnoszą się do wybranych motywów ze swojej relacji. Częściej jednak autorki korzystają z wypowiedzi anonimowych przyjaciół rodziny, którzy z zewnątrz prezentują sytuację i dodają do niej własne komentarze. Nie jest to do końca dobre rozwiązanie (zarówno anonimowość jak i ton wypowiedzi budzą zastrzeżenia), ale założenie tomu „Steczkowscy” to relacja prywatna, poprowadzona z potrzeby serca, a nie w zgodności z dyskursami historyków. Nie jest to też reportaż, mimo że miejscami go przypomina. Z tego tomu odbiorcy nie dowiedzą się wiele o Justynie Steczkowskiej ani o jej rodzeństwie, tu znaczenie mają wyłącznie rodzice. To publikacja specyficzna i przede wszystkim dla zainteresowanych motywami obyczajowymi, napisana jak dla bliskich i dopiero upubliczniona. Nieczęsto się zdarza takie podejście. Autorki odrzuciły i możliwość stworzenia biografii, i – sagi, zdecydowały się na relację intymną, wejście w prywatny świat dwojga ludzi, stanowczo zbyt rzadko dopuszczanych tu do głosu. Agata Steczkowska próbuje swoich sił jako badacz dziejów w wąskim zakresie, daje upust swojej pasji – i pokazuje też czytelnikom, że czasami warto przyjrzeć się bliżej losom własnej rodziny, bo można dokonywać wielu intrygujących odkryć. „Steczkowscy. Miłość wbrew regule. Osobista biografia rodziny” to książka, która nie przyniesie zbyt wielu informacji, ale pobudzi wyobraźnię spragnionych historii spod znaku love story.
Rodzice
Dzieci w rodzinie jest dziewięcioro, a wszystkie utalentowane, także muzycznie. Najbardziej znana jest Justyna Steczkowska, ale to nie o niej będzie ta opowieść, spisana przez najstarszą siostrę, Agatę. Również nie o tym pokoleniu, bo mimo że każdy nosiłby w sobie materiał na książkę i zasługiwał na dokładniejsze omówienie, to „Steczkowscy” mają znacznie ciekawszy kontekst. Autorka – z pomocą Beaty Nowickiej – przygląda się relacji swoich rodziców. To o tyle niezwykłe, że jako jedyna jest córką księdza (mimo że matka woli powtarzać, że – dzieckiem miłości – taką znalazła odpowiedź na złośliwe komentarze innych i taką usatysfakcjonowała nastoletnią Agatę). „Steczkowscy” to opowieść o wielkiej miłości, która może pokonać wszelkie przeszkody.
Stanisław, poważany przez miejscowych, uczy się na księdza. Znany jest też z zaangażowania w działalność chórów, potrafi nimi kierować i przygotowywać do odnoszenia sukcesów. To człowiek, który nie może pozostać anonimowy. Zyskuje autorytet w lokalnej społeczności – nie bez powodu. Wieś jest z niego dumna. Z kolei Danusia wie, że nie powinna pielęgnować w sobie uczucia do Stanisława. On, poślubiony Bogu, nie może już skłaniać się ku ziemskim sprawom. Mimo to niełatwo zwalczyć miłość. Tym bardziej, że to miłość z wzajemnością. Chociaż oboje bronią się przed związkiem, w końcu miłość zwycięża. Danusia zachodzi w ciążę, a Stanisław chce zachować się przyzwoicie i nie zawieść pokładanych w nim przez dziewczynę nadziei. Szuka sposobu na rezygnację z kapłańskiego stanu, chociaż władze kościelne utrudniają mu jak mogą zrealizowanie już podjętej decyzji. Liczne problemy a nawet szykany nie wytrącają młodych z powziętych postanowień. Kiedy już Stanisław przestaje być księdzem i zakłada rodzinę, na świat przychodzą kolejne dzieci. Po latach szczególnie romantyczny wydaje się początek zakazanego związku. To materiał na powieść, ale Agata Steczkowska i Beata Nowicka powieści tworzyć nie chcą, wybierają relację, w której mogą się przyglądać przeszłości.
Od czasu do czasu głos zyskują tu rodzice, którzy skrótowo przedstawiają kolejne pociechy lub odnoszą się do wybranych motywów ze swojej relacji. Częściej jednak autorki korzystają z wypowiedzi anonimowych przyjaciół rodziny, którzy z zewnątrz prezentują sytuację i dodają do niej własne komentarze. Nie jest to do końca dobre rozwiązanie (zarówno anonimowość jak i ton wypowiedzi budzą zastrzeżenia), ale założenie tomu „Steczkowscy” to relacja prywatna, poprowadzona z potrzeby serca, a nie w zgodności z dyskursami historyków. Nie jest to też reportaż, mimo że miejscami go przypomina. Z tego tomu odbiorcy nie dowiedzą się wiele o Justynie Steczkowskiej ani o jej rodzeństwie, tu znaczenie mają wyłącznie rodzice. To publikacja specyficzna i przede wszystkim dla zainteresowanych motywami obyczajowymi, napisana jak dla bliskich i dopiero upubliczniona. Nieczęsto się zdarza takie podejście. Autorki odrzuciły i możliwość stworzenia biografii, i – sagi, zdecydowały się na relację intymną, wejście w prywatny świat dwojga ludzi, stanowczo zbyt rzadko dopuszczanych tu do głosu. Agata Steczkowska próbuje swoich sił jako badacz dziejów w wąskim zakresie, daje upust swojej pasji – i pokazuje też czytelnikom, że czasami warto przyjrzeć się bliżej losom własnej rodziny, bo można dokonywać wielu intrygujących odkryć. „Steczkowscy. Miłość wbrew regule. Osobista biografia rodziny” to książka, która nie przyniesie zbyt wielu informacji, ale pobudzi wyobraźnię spragnionych historii spod znaku love story.
środa, 1 listopada 2017
Martyna Bunda: Nieczułość
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.
Świat kobiet
Rozela, Gerta, Truda i Ilda mogłyby istnieć naprawdę i faktycznie tworzyć domy na przekór trudnej (bo zawsze jest trudna!) rzeczywistości wojennej oraz powojennej. To kobiety, które nigdy się nie poddają, chociaż nieustannie przegrywają, a to z polityką, a to z konwenansami. Nie mogą się jednak poddać – to one stabilizują rodzinną sytuację, a kiedy trzeba – staną do walki o najbliższych. Martyna Bunda w powieści „Nieczułość” towarzyszy Rozeli przy rodzeniu, a potem wychowywaniu córek. Kibicuje w wyborach i w codziennych zmaganiach, ale nigdy nie upraszcza spraw tak, by bohaterki odczuły czyjąś opiekę. Ingerować w ich świat nie wolno – to zniszczyłoby kruchą, z mozołem wypracowywaną równowagę. Zewnętrzne nieszczęścia rzadko wstrząsają mikroświatami bohaterek, ale kiedy już – wydaje się, że istnieją tylko po to, żeby udowodnić postępy, jakie kobiety robią.
Życie każdej z pań w tym tomie to szereg uciążliwości i wyzwań różnego rodzaju – raz to kłopoty z mężczyznami, raz – świniobicie (czyli konieczność pożegnania się z ukochanym zwierzakiem). Sytuacje pozornie bez wyjścia dzięki wsparciu najbliższych nie niosą pozorów ostateczności – mimo że autorka rezygnuje z przedstawiania sielanki. Odrzuca wszelkie sentymenty, nawet w samych postawach bohaterek książki: tu nie ma miejsca na słabości, nikt nie może też kierować się własnymi marzeniami. Jedyne rozwiązanie akceptowane przez społeczeństwo to pokorne tworzenie swojego losu. Dobrze chociaż, że ten los daje się odrobinę kształtować za sprawą silnych charakterów…
Tematyka nieobca literaturze środka. Ale w „Nieczułości” bardziej niż bieg wydarzeń liczy się sposób ich prezentowania. Martyna Bunda posługuje się niebywale plastycznym językiem, stylem, który odzwierciedla pewną liryczność powieści, na przekór samej akcji. Jeśli ktokolwiek miałby zastanawiać się nad powodem sięgania po ten tom – to argumentem za byłaby bezsprzecznie strona stylistyczna: jakość tej prozy jest naprawdę wysoka. Bunda uzyskuje swoistą melodię tekstu, uruchamia czułość już na poziomie formy, żywo reaguje w planie opisu na każdą, najmniejszą nawet zmianę w życiorysach postaci.
„Nieczułość” to powieść wyrazista. Martyna Bunda ma na nią pomysł i potrafi stworzyć cztery zupełnie różne bohaterki, nie zmieniając w ich prezentacjach poetyki. Przekonuje do siebie i dostarcza esencjonalnej powieści z licznymi i dobrze rozmieszczanymi punktami kulminacyjnymi. W zwyczajności znajduje autorka ucieczkę od schematów i pułapek scenariuszowych, rozwija akcję po swojemu (i w zgodzie z wyobrażeniami na temat egzystencji w dawnych czasach i realiach), ale nie traci na wiarygodności. Postacie wciąż wypadają szczerze – dlatego też tak chętnie czytelnicy będą śledzić ich losy i sprawdzać, do czego są zdolne. Tu nie ma wielkich czynów, przynajmniej nie w rozległej i historycznej perspektywie, ale kobiety robią, co mogą, żeby zapewnić sobie i bliskim normalność na przekór zawierusze – a to czasami ogromny wysiłek. „Nieczułość” to powieść napisana pięknym językiem, trochę archaizująco, ale niezwykle malowniczo. Autorka trafi do miłośników dawnej obyczajowości, dostarczy zestawu mocnych charakterologicznych portretów i scenek.
Świat kobiet
Rozela, Gerta, Truda i Ilda mogłyby istnieć naprawdę i faktycznie tworzyć domy na przekór trudnej (bo zawsze jest trudna!) rzeczywistości wojennej oraz powojennej. To kobiety, które nigdy się nie poddają, chociaż nieustannie przegrywają, a to z polityką, a to z konwenansami. Nie mogą się jednak poddać – to one stabilizują rodzinną sytuację, a kiedy trzeba – staną do walki o najbliższych. Martyna Bunda w powieści „Nieczułość” towarzyszy Rozeli przy rodzeniu, a potem wychowywaniu córek. Kibicuje w wyborach i w codziennych zmaganiach, ale nigdy nie upraszcza spraw tak, by bohaterki odczuły czyjąś opiekę. Ingerować w ich świat nie wolno – to zniszczyłoby kruchą, z mozołem wypracowywaną równowagę. Zewnętrzne nieszczęścia rzadko wstrząsają mikroświatami bohaterek, ale kiedy już – wydaje się, że istnieją tylko po to, żeby udowodnić postępy, jakie kobiety robią.
Życie każdej z pań w tym tomie to szereg uciążliwości i wyzwań różnego rodzaju – raz to kłopoty z mężczyznami, raz – świniobicie (czyli konieczność pożegnania się z ukochanym zwierzakiem). Sytuacje pozornie bez wyjścia dzięki wsparciu najbliższych nie niosą pozorów ostateczności – mimo że autorka rezygnuje z przedstawiania sielanki. Odrzuca wszelkie sentymenty, nawet w samych postawach bohaterek książki: tu nie ma miejsca na słabości, nikt nie może też kierować się własnymi marzeniami. Jedyne rozwiązanie akceptowane przez społeczeństwo to pokorne tworzenie swojego losu. Dobrze chociaż, że ten los daje się odrobinę kształtować za sprawą silnych charakterów…
Tematyka nieobca literaturze środka. Ale w „Nieczułości” bardziej niż bieg wydarzeń liczy się sposób ich prezentowania. Martyna Bunda posługuje się niebywale plastycznym językiem, stylem, który odzwierciedla pewną liryczność powieści, na przekór samej akcji. Jeśli ktokolwiek miałby zastanawiać się nad powodem sięgania po ten tom – to argumentem za byłaby bezsprzecznie strona stylistyczna: jakość tej prozy jest naprawdę wysoka. Bunda uzyskuje swoistą melodię tekstu, uruchamia czułość już na poziomie formy, żywo reaguje w planie opisu na każdą, najmniejszą nawet zmianę w życiorysach postaci.
„Nieczułość” to powieść wyrazista. Martyna Bunda ma na nią pomysł i potrafi stworzyć cztery zupełnie różne bohaterki, nie zmieniając w ich prezentacjach poetyki. Przekonuje do siebie i dostarcza esencjonalnej powieści z licznymi i dobrze rozmieszczanymi punktami kulminacyjnymi. W zwyczajności znajduje autorka ucieczkę od schematów i pułapek scenariuszowych, rozwija akcję po swojemu (i w zgodzie z wyobrażeniami na temat egzystencji w dawnych czasach i realiach), ale nie traci na wiarygodności. Postacie wciąż wypadają szczerze – dlatego też tak chętnie czytelnicy będą śledzić ich losy i sprawdzać, do czego są zdolne. Tu nie ma wielkich czynów, przynajmniej nie w rozległej i historycznej perspektywie, ale kobiety robią, co mogą, żeby zapewnić sobie i bliskim normalność na przekór zawierusze – a to czasami ogromny wysiłek. „Nieczułość” to powieść napisana pięknym językiem, trochę archaizująco, ale niezwykle malowniczo. Autorka trafi do miłośników dawnej obyczajowości, dostarczy zestawu mocnych charakterologicznych portretów i scenek.
wtorek, 31 października 2017
Ken Mogi: Ikigai. Japońska sztuka szczęścia
Wielka Litera, Warszawa 2017.
Filary szczęścia
Ponieważ na rynku publikacji lifestyle’owych popularnością zaczęły się cieszyć poradniki dotyczące określonej filozofii życia, autorzy prześcigają się w wynajdowaniu coraz bardziej egzotycznych a przy tym „uporządkowanych” (to jest dających się ująć w zgrabne ramy i formułki) sposobów na szczęście. W odpowiedzi na hygge pojawia się ikigai – jak głosi podtytuł tomu, „japońska sztuka szczęścia” – kolejny przepis na radość, samozadowolenie, albo, jak kto woli, redukcję stresu, co w dzisiejszym świecie ma niebagatelne znaczenie. Ken Mogi odwołuje się do kultury Japonii i tradycji tego kraju, żeby wywieść z nich „powody do życia” – zabiegi, które uprzyjemniają codzienność. „Ikigai. Japońska sztuka szczęścia” to książka z jednej strony nawiązująca do typowych, często tworzonych po prostu przez lifestyle’owych blogerów, publikacji poradnikowych lecz niepogłębiających tematu. Z drugiej strony autora interesuje dużo bardziej przedstawianie typowych dla Japończyków zjawisk zapoczątkowujących filozofię ikigai niż same wskazówki dla odbiorców. Do ikigai dojrzeć może każdy i we własnym zakresie, nie ma z tym żadnego problemu (ani pośpiechu!), ale Mogi oferuje odbiorcom podstawy do zrozumienia tych rozwiązań. Gdyby zresztą tego nie zrobił, cała publikacja zamknęłaby się na pierwszej stronie – na wyliczeniu pięciu cech zapewniających szczęście według Japończyków. Autor, wzorem poradników do samorozwoju, przedstawia je przejrzyście – w dalszej części tomu rozwija, ale nie dosłownie. Nie tłumaczy, jak w praktyce wcielać w życie te porady, nie zamienia tomu w podręcznik coucha, za to próbuje dotrzeć do źródła, przedstawić czytelnikom historię powstawania kolejnych porad, lub też pokazać, jak odzwierciedlają się one w lokalnych zwyczajach. „Ikigai” nie mówi zatem wprost, jak osiągnąć szczęście. Tłumaczy za to, dlaczego Japończycy są szczęśliwi (i długo żyją). Kto zechce, skorzystać może, ale będzie to wymagać od niego sporo wysiłku i pomysłowości. Trzeba by bowiem w niektórych wypadkach zmiany sposobu myślenia całego społeczeństwa.
Ken Mogi dzięki opowiadaniu o ikigai nawiązuje do przeróżnych dziedzin życia. Czasami ikigai przejawia się w sposobie przygotowania posiłków, w ogólnym nastawieniu do świata i obowiązków, czasami – w przedziwnych dla reszty świata detalach (uwielbienie dla pewnego typu miseczek). Są tu ceremonie, są świątynie, ale też… zawody sumo. Autor próbuje zasady ikigai pokazywać przez pryzmat najważniejszych dziedzin życia, żeby zyskać jak najbardziej uniwersalny zestaw podpowiedzi. Jego czytelnicy nie tylko mają uwierzyć, że ikigai da się zastosować w każdych warunkach – mogą to też zaobserwować na przedstawianych przykładach. Stąd wyciągną wnioski dla siebie, ale poza tym również dowiedzą się czegoś na temat Japonii – czegoś więcej niż ze zwykłych przewodników, bo Ken Mogi stara się akcentować tematy reportażowo, nie powierzchownie. Ikigai ma sporo zastosowań i sprawdza się nawet w zabieganym świecie. „Pięć filarów ikigai” brzmi już dość poważnie, jak starannie przygotowany program, któremu warto się podporządkować. Jednocześnie tom „Ikigai.”, ponieważ wpisuje się w modę na tematyzowane „krajoznawcze” (czy raczej kulturoznawcze) poradniki, trafi i do tych czytelników, którzy nastawieni są tylko na serię sprawdzonych i skutecznych podpowiedzi. Ken Mogi dość dużo energii poświęca na koloryzowanie przykładów, które traktuje jak rozwinięcie standardowych punktów – ale nie szuka porad w ramach pojedynczych „filarów”, jedno wyliczenie na cały tom zdecydowanie mu wystarcza. „Ikigai” to okazja do poznania japońskiej – optymistycznej – filozofii życiowej. Niektórym może wskazać oryginalne rozwiązania codziennych problemów.
Filary szczęścia
Ponieważ na rynku publikacji lifestyle’owych popularnością zaczęły się cieszyć poradniki dotyczące określonej filozofii życia, autorzy prześcigają się w wynajdowaniu coraz bardziej egzotycznych a przy tym „uporządkowanych” (to jest dających się ująć w zgrabne ramy i formułki) sposobów na szczęście. W odpowiedzi na hygge pojawia się ikigai – jak głosi podtytuł tomu, „japońska sztuka szczęścia” – kolejny przepis na radość, samozadowolenie, albo, jak kto woli, redukcję stresu, co w dzisiejszym świecie ma niebagatelne znaczenie. Ken Mogi odwołuje się do kultury Japonii i tradycji tego kraju, żeby wywieść z nich „powody do życia” – zabiegi, które uprzyjemniają codzienność. „Ikigai. Japońska sztuka szczęścia” to książka z jednej strony nawiązująca do typowych, często tworzonych po prostu przez lifestyle’owych blogerów, publikacji poradnikowych lecz niepogłębiających tematu. Z drugiej strony autora interesuje dużo bardziej przedstawianie typowych dla Japończyków zjawisk zapoczątkowujących filozofię ikigai niż same wskazówki dla odbiorców. Do ikigai dojrzeć może każdy i we własnym zakresie, nie ma z tym żadnego problemu (ani pośpiechu!), ale Mogi oferuje odbiorcom podstawy do zrozumienia tych rozwiązań. Gdyby zresztą tego nie zrobił, cała publikacja zamknęłaby się na pierwszej stronie – na wyliczeniu pięciu cech zapewniających szczęście według Japończyków. Autor, wzorem poradników do samorozwoju, przedstawia je przejrzyście – w dalszej części tomu rozwija, ale nie dosłownie. Nie tłumaczy, jak w praktyce wcielać w życie te porady, nie zamienia tomu w podręcznik coucha, za to próbuje dotrzeć do źródła, przedstawić czytelnikom historię powstawania kolejnych porad, lub też pokazać, jak odzwierciedlają się one w lokalnych zwyczajach. „Ikigai” nie mówi zatem wprost, jak osiągnąć szczęście. Tłumaczy za to, dlaczego Japończycy są szczęśliwi (i długo żyją). Kto zechce, skorzystać może, ale będzie to wymagać od niego sporo wysiłku i pomysłowości. Trzeba by bowiem w niektórych wypadkach zmiany sposobu myślenia całego społeczeństwa.
Ken Mogi dzięki opowiadaniu o ikigai nawiązuje do przeróżnych dziedzin życia. Czasami ikigai przejawia się w sposobie przygotowania posiłków, w ogólnym nastawieniu do świata i obowiązków, czasami – w przedziwnych dla reszty świata detalach (uwielbienie dla pewnego typu miseczek). Są tu ceremonie, są świątynie, ale też… zawody sumo. Autor próbuje zasady ikigai pokazywać przez pryzmat najważniejszych dziedzin życia, żeby zyskać jak najbardziej uniwersalny zestaw podpowiedzi. Jego czytelnicy nie tylko mają uwierzyć, że ikigai da się zastosować w każdych warunkach – mogą to też zaobserwować na przedstawianych przykładach. Stąd wyciągną wnioski dla siebie, ale poza tym również dowiedzą się czegoś na temat Japonii – czegoś więcej niż ze zwykłych przewodników, bo Ken Mogi stara się akcentować tematy reportażowo, nie powierzchownie. Ikigai ma sporo zastosowań i sprawdza się nawet w zabieganym świecie. „Pięć filarów ikigai” brzmi już dość poważnie, jak starannie przygotowany program, któremu warto się podporządkować. Jednocześnie tom „Ikigai.”, ponieważ wpisuje się w modę na tematyzowane „krajoznawcze” (czy raczej kulturoznawcze) poradniki, trafi i do tych czytelników, którzy nastawieni są tylko na serię sprawdzonych i skutecznych podpowiedzi. Ken Mogi dość dużo energii poświęca na koloryzowanie przykładów, które traktuje jak rozwinięcie standardowych punktów – ale nie szuka porad w ramach pojedynczych „filarów”, jedno wyliczenie na cały tom zdecydowanie mu wystarcza. „Ikigai” to okazja do poznania japońskiej – optymistycznej – filozofii życiowej. Niektórym może wskazać oryginalne rozwiązania codziennych problemów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






