* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 8 września 2020

Katarzyna Olkowicz, Piotr Baran: Serca bicie. Biografia Andrzeja Zauchy

Rebis, Poznań 2020.

Twórczość

Katarzyna Olkowicz i Piotr Baran posługują się sprawdzonym schematem, żeby zaprezentować dokonania i egzystencję Andrzeja Zauchy. Przede wszystkim – na początek przerzucają dramatyczne chwile śmierci wokalisty, tak, żeby czytelnicy mogli skupić się później na kwestiach związanych ze sztuką i sceną – a nie czekali na tragiczny finał. Poza tym posługują się w książce „Serca bicie. Biografia Andrzeja Zauchy” komentarzami innych: twórców i przyjaciół. Głos zabierają tu wiele razy Andrzej Sikorowski, Krzysztof Piasecki czy Zbigniew Wodecki – to oni należą do kręgu najbliższych Zausze. O pracy zawodowej opowiedzą trochę między innymi Włodzimierz Korcz czy Wiesław Pieregorólka. Sami autorzy tomu stwierdzają, że tworzą książkę dla tych, którzy Zauchy nie znają i dopiero chcieliby czegoś dowiedzieć się o tej postaci polskiej sceny muzycznej – rzeczywiście nie zajmują się zagłębianiem się w kolejne tematy, raczej portretują piosenkarza ogólnie, trafnie i ciekawie, ale bez angażowania się w jego sprawy prywatne i detale z życia zawodowego. Starają się pokazać, na czym polegał fenomen Zauchy, ale też przyglądają się jego muzycznym talentom. Oto człowiek, który uczy się grać na instrumentach tylko dlatego, że tego chce – ma łatwość pojmowania tajników gry, poczucie rytmu i wrodzony talent. Sprawdza się w różnych gatunkach i na różnych scenach – zresztą w samej twórczości też widać ślady bezustannych poszukiwań. Andrzej Zaucha nie daje się prosto zdefiniować, a czasami nawet irytuje znajomych swoimi wyborami. Autorzy zaznaczają, jak przy tworzeniu nowych piosenek odchodził Zaucha od wersji przygotowanych przez kompozytorów, jak szukał swojego miejsca w filmie czy w teatrze – ale najbardziej interesuje ich warsztat artysty. Zaucha to twórca świadomy – i to udało się w książce uchwycić.

Wprowadzeniami do rozdziałów są cytaty z kolejnych piosenek z Zauchą kojarzonych najbardziej, Olkowicz i Baran wprowadzają też szereg archiwalnych fotografii. Wiedzą, że zwłaszcza młodszym czytelnikom trzeba nakreślić kontekst społeczny, pokazać, jak funkcjonowało się w PRL-u i z jakimi wyzwaniami musiał się mierzyć każdy, kto chciał występować. To dobre rozwiązanie, zwłaszcza że wpasowuje się w klimat narracji i nie nuży odbiorców.

Z życia prywatnego Zauchy Katarzyna Olkowicz i Piotr Baran odsłaniają niezbyt wiele: najpierw piszą o wielkiej miłości do żony, wręcz uzależnieniu od niej. Później – rejestrują zaledwie teatralny romans, bardziej angażują się w przedstawienie charakteru późniejszego zabójcy Zauchy niż na relacji kochanków. Pod względem wiadomości prywatnych nie próbują nawet przekraczać pewnych granic, pozostają przy tym, co i tak wiadome. Pomysłu na książkę upatrują w rozmowach i wyjaśnieniach od bliskich Zauchy. Spisują komentarze i wspomnienia, czasami udaje się trafić na anegdotę, znacznie częściej – na przekonującą scenkę z życia i z koncertów. Różni ludzie dzielą się własnymi opiniami na temat piosenkarza, jednak konstrukcja tomu oddala skojarzenia z mozaiką: wszystko jest tu dokładnie wyważone. „Serca bicie” w ten sposób staje się drogą do poznania oficjalnego wizerunku Zauchy, ale też inna perspektywa nie jest wcale nowym odbiorcom potrzebna.

poniedziałek, 7 września 2020

Krzysztof i Aleksander Daukszewicz: Nareszcie w Dudapeszcie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.

Śmiech na co dzień

Krzysztof Daukszewicz przedstawia tym razem felietony i teksty satyryczne składające się częściowo na dziennik z czasów pandemii. Temat koronawirusa i związanych z lockdownem zmian w codzienności przewija się przez zwierzenia artysty, ale też – przez refleksje bohaterów kolejnych menelików. Ważne jest jedno: będzie z czego się pośmiać. „Nareszcie w Dudapeszcie” to tom, w którym na okładce pojawia się także Aleksander Daukszewicz, syn satyryka. Aleksander funkcjonuje w tomie jako autor listów do ojca – odwołuje się do spraw bieżących, komentuje je w dowcipnym stylu i dzieli się własnymi spostrzeżeniami na tematy medialne. Ojciec odpowiada, dopisując następne puenty do relacji – i tak powstaje zabawna korespondencja, w której chodzi przede wszystkim o wyśmianie tego, co najbardziej bolesne w polskiej rzeczywistości. „Nareszcie w Dudapeszcie” to zestaw obserwacji celnych i potrzebnych, a do tego – rozrywkowych, nawet jeśli nie zawsze jest do śmiechu. Krzysztof Daukszewicz bawi się w tej książce gatunkami: raz proponuje felietony, raz – opowiadania inspirowane rzeczywistością, w których jednak może pozwolić sobie na wyolbrzymianie i eksponowanie absurdów. Przechodzi czasem do ballad (znanych z programów kabaretowych lub tych nieznanych), zdarza się nawet, że pisze list do Pana Hrabiego. Nie ma tu standardowych i ujednolicanych w formie tekstów – autor nie zamierza zamykać się w jednym wzorze, wybiera to, co najbardziej pasuje do skomentowania rzeczywistości. A opowiadać dowcipy potrafi. Nie chodzi tu wyłącznie o przytaczanie żartów obiegowych – chociaż w takim wypadku wiadomo przynajmniej, że Daukszewicz przedstawi najlepszą wersję i z wyczuciem doprowadzi do puenty – ale o umiejętność opowiadania anegdot. Sytuacje z życia wzięte, najbardziej zaskakujące skojarzenia i reakcje, których nie można się spodziewać – to coś, z czego Krzysztof Daukszewicz chętnie buduje swoje opowieści. Zbiera scenki komiczne i wie, że one przyniosą wytchnienie odbiorcom. Jasne, że nie zabraknie satyry politycznej – ale „Nareszcie w Dudapeszcie” ma o wiele dłuższy termin ważności, nie zestarzeje się tak łatwo właśnie dzięki nastawieniu na komizm obyczajowy.

Krzysztofowi Daukszewiczowi można spokojnie zaufać – nie będzie korzystać z szablonów i wprowadzać przewidywalnych historyjek, stawia przez cały czas na zaskoczenie czytelników. Proponuje bardzo krótkie teksty, w których puenty działają silnie i w których humor nie zestarzeje się zbyt szybko. To zbiór błyskotliwych i bardzo krótkich opowiastek, przeniesienie do książki codzienności z rozmaitymi jej nonsensami. Dzieli się Daukszewicz z czytelnikami swoim podejściem do rzeczywistości, dystansuje się od problemów, w każdym aspekcie życia jest w stanie zauważyć coś, co można wyśmiać – lub co wywoła uśmiech. „Nareszcie w Dudapeszcie” to publikacja, która rozbawi każdego – i pokazuje, że są satyrycy, którzy z biegiem czasu nie tracą na jakości dowcipu. Obowiązkowa propozycja dla fanów Daukszewicza – ale nie tylko.

niedziela, 6 września 2020

Sylwia Chwedorczuk: Kowalska. Ta od Dąbrowskiej

Marginesy, Warszawa 2020.

Miłość

Miłości w tej książce jest dużo, chociaż po pierwszych scenkach zauroczenia egzaltowanej nastolatki nauczycielką (która nie dopuszcza do jakiegokolwiek zacieśnienia kontaktów, ale świadoma jest zamętu, jaki czyni w umyśle uczennic) nie będzie już wielkich porywów serc. Sylwia Chwedorczuk w tomie „Kowalska. Ta od Dąbrowskiej” przygląda się relacji, która jakiś czas temu mogła jeszcze funkcjonować na prawach sensacji, ale teraz stanowi już zwyczajną wiadomość. Przywraca miejsce trochę zapomnianej przez historię (i wydobytej dopiero za sprawą „skandalu” przy okazji jej dzienników) Annie Kowalskiej, przybliża ją czytelnikom i pomaga zrozumieć motywy, którymi kierowała się w życiu. Najpierw portretuje zatem młodą Annę – która nie definiuje specjalnie swoich fascynacji, za to angażuje się całą sobą w platoniczne relacje ze starszymi – dość szybko przeskakuje jednak do czasów dorosłości. Na studiach Anna związuje się ze swoim wykładowcą, wychodzi za niego za mąż i przez długie lata buduje prawdziwe szczęście oparte na przyjaźni i zrozumieniu. Sylwia Chwedorczuk pokazuje ten związek jako pozbawiony zbędnych wstrząsów czy emocjonalnych utarczek, Anna Kowalska wydaje się być w nim szczęśliwa. Sporo miejsca poświęca autorka tomu na przedstawienie małżeńskiej sielanki i perypetii związanych z budowaniem normalności. Nawet poznanie Marii Dąbrowskiej na początku niewiele zmienia.

Kolejny etap w życiu Anny Kowalskiej to już zacieśnianie znajomości ze sławną pisarką. Maria Dąbrowska wnosi w codzienność Kowalskiej ciągłe frustracje i wyrzuty, ma jednak moc przyciągania. Ani Dąbrowska nie zechce dla Kowalskiej porzucić mężczyzny, z którym spędza życie (zresztą, żonatego), ani Kowalska nie decyduje się na odejście od męża: dopóki Jerzy żyje, to jemu należy się pierwszeństwo w planach i w pomysłach. Życie w czwórkę nie może się udać, ale do tworzenia wspólnego domu Kowalskiej i Dąbrowskiej jeszcze trochę czasu. Tu Sylwia Chwedorczuk pewnej granicy intymności przekraczać nie chce. Szuka raczej tematów zmian w życiu codziennym. Wprowadza też motyw Tuli, która nie do końca odnajduje się w świecie Dąbrowskiej. Jest to obraz tworzony z wyczuciem i niechęcią do plotek czy sensacji: liczy się sposób, w jaki obie kobiety starały się wspólnie urządzić. Cała książka przygotowana została na bazie dobrej narracji – Sylwia Chwedorczuk nie ucieka przesadnie często w cytaty, potrafi za to odtwarzać wiadomości, podsuwać czytelnikom swoiste kalendarium. Towarzyszy Annie Kowalskiej i rejestruje to, co mogło wpływać na jej życiowe wybory – przekonuje w ten sposób do siebie odbiorców. „Kowalska. Ta od Dąbrowskiej” jawi się dzięki temu nie jako tom zbudowany na voyeuryzmie, a jako umiejętne przedstawienie wybranych szczegółów z biografii. Chwedorczuk nie pozwala się oderwać od rzeczywistości Anny Kowalskiej: to ona jest tu najważniejsza. Jednak książka nie jest pomnikiem stawianym pisarce, umożliwia przyjrzeniu się jej od strony prywatnej. Sylwia Chwedorczuk pisze częściową biografię, bardzo osobistą i wartościową – dobrą także jako zwyczajna lektura. Przekona nią do siebie czytelników.

Małgorzata Fabianowska, Małgorzata Nesteruk: Atrakcyjni królowie elekcyjni

Harperkids, Warszawa 2020.

Przeniesienie

Do tego po prostu musiało dojść, bo Strrraszna historia to seria, która doskonale się sprawdza i cieszy powodzeniem wśród nastolatków. Polska odnoga – realizowana przez Małgorzatę Fabianowską i Małgorzatę Nesteruk, a z ilustracjami Jędrzeja Łanieckiego – oparta jest na wzorcach, które zaproponował Terry Deary. Drobne tomiki mają szansę zaistnieć na rynku wydawniczym i w świadomości uczniów – bez względu na ich wtórność (cykl Horrrendalna historia Polski to przecież odnoga, nie tylko inspiracja). Jednak nie da się ukryć, że obie autorki nie mają takiej siły przebicia jak w oryginale: piszą słabiej, mniej też nastawione są na analizę i interpretację faktów historycznych. Jeżeli Terry Deary wygłupia się, żeby zapaść w pamięć czytelnikom i sprawić, by nauczyli się kojarzyć wydarzenia i konsekwencje poszczególnych decyzji, to Fabianowska i Nesteruk wygłupiają się, kiedy im się przypomni, że trzeba. Rzucają wtedy slangowym słówkiem, bawią się stylistyką tekstu – jednak nie idzie to w parze ze sztuczkami mnemotechnicznymi.

„Atrakcyjni królowie elekcyjni” to książka drobna, za to wypełniona wiadomościami i czasami trzeba orientować się w temacie, żeby nie pogubić się w życiorysach oraz postawach. Autorki zamiast zajmować się przeszłością kompleksowo, skupiają się na wydobywaniu z przeszłości sylwetek – nie tylko królów elekcyjnych. Zaczyna się książka dwa razy, najpierw od kalendarium – przeglądu ważniejszych wydarzeń (tego potem bardzo brakuje w samej narracji), później pocztem królów – raczej bladymi portretami niż plotkarskimi i pełnokrwistymi komentarzami. Tego trochę szkoda, tu, gdzie można było zaintrygować młodych odbiorców i skusić ich pozorną „niegrzecznością”, Małgorzata Fabianowska i Małgorzata Nesteruk pozostają na bezpiecznym poziomie szkolnych pogawędek. Nawet jeśli zdarza im się wpaść w styl mniej formalny – w treści nie chcą ryzykować. Zamiast smaczków, przytaczają blade charakterystyki, z rzadka ozdabiane anegdotami. W dalszej części tomu pojawiają się czasami scenki (częściej jednak – portrety i to wcale nie królów Polski), często przerywane. To miejsce na zabawy stylistyczne, autorki próbują wykorzystywać różne rozwiązania formalne – proponują medialne gry, współczesne gatunki prasowe czy telewizyjne, które służą wyjaśnianiu przeszłości – losy jednej z postaci zostaną przedstawione w formie krótkiego scenariusza serialu, będzie też konferencja prasowa czy reklamy. Oczywiście nie zabraknie ilustracji satyrycznych, a także komiksów – tyle tylko, że w „Atrakcyjnych królach elekcyjnych” bardzo brakuje „mięsa”, tego, co stanowi o wyjątkowości Strrrasznej historii – Horrrendalna historia Polski wypada po prostu jak kalka. Nie w każdych okolicznościach będzie to naturalnie wadą, ale jeśli odbiorcy przyzwyczaili się już do czarnego humoru, który oferuje Deary, trudno będzie im się przestawić na wygładzoną wersję rodzimych opowieści. Warto zastanowić się nad zaostrzeniem narracji, tak, by polska odnoga cyklu mogła dorównać oryginałowi – nie zawsze podporządkowywanie się wymogom poprawności politycznej wychodzi na dobre, zwłaszcza w lekturach z założenia buntowniczych i drażniących.

sobota, 5 września 2020

Jennifer Niven: Podtrzymując wszechświat

Bukowy Las, Wrocław 2020 (wznowienie).

Młodzież

Dwa wielkie problemy poważnie utrudniające funkcjonowanie w szkolnej społeczności bierze sobie Jennifer Niven, żeby zaprezentować losy bohaterów „Podtrzymując wszechświat”. Libby to „najgrubsza nastolatka w Ameryce”: i nie ma w tym ani grama przesady. Żeby dziewczyna mogła wydostać się ze swojego domu, trzeba dźwigów i rozbiórki dachu. Od tamtej pory minęło trochę czasu i Libby – już jako normalna dziewczyna, z nadwagą, ale nierzucającą się tak bardzo w oczy – zaczyna nowe życie w innym miejscu. Marzy o tańcu, uczy się cieszyć codziennością. Do stanu katastrofalnej, zagrażającej życiu nadwagi, doprowadziła się po niespodziewanej śmierci matki – od tej pory zajadała stres i nikt nie zareagował w porę. Libby jest jedną narratorką tomu „Podtrzymując wszechświat”. Drugim komentatorem wydarzeń jest Jack. O ile wiadomości o Libby łatwo znaleźć w internecie, o tyle Jack swój problem trzyma w tajemnicy nawet przed najlepszymi kumplami, sam bowiem nie wie, co o nim sądzić. Wydaje mu się nieco dziwne, że inni ludzie nie mają kłopotu z rozpoznawaniem twarzy: sam tego nie potrafi, szuka cech charakterystycznych dla każdej osoby, ale jeśli ktoś, z kim rozmawia, odwróci się na moment, przed Jackiem pojawia się zupełnie nowa postać. Trudno tak funkcjonować, jednak chłopak nie decyduje się na rozmowę o swojej przypadłości – na własną rękę szuka wyjaśnienia. Może jednak poznać Libby, na początku – po jej tuszy, ale później dziewczyna zapada mu w pamięć z zupełnie innego powodu.

Jennifer Niven postawiła na pierwsze zauroczenie nastolatków, silne z racji społecznego wykluczenia. Jednocześnie bardzo zależy jej na zaakcentowaniu wolności postaci i wewnętrznej siły, niezależnej od okoliczności. Na początku to Jack wydaje się tym silniejszym, z czasem Libby udowadnia swoją wartość i niezłomność – wśród bezlitosnych nastolatków, które nie zawahają się przed dręczeniem innych. Pokazuje, jak radzić sobie z prześladowcami (chociaż wybiera dość ekstremalny sposób), ale też – jak realizować własne marzenia. Kwestia budowania i ochrony tożsamości schodzi w oczach młodych czytelników na dalszy plan, kiedy Libby i Jack, na początku potencjalni wrogowie, zaczynają się dogadywać. Wizja niemożliwego romansu napędza lekturę – a ponieważ autorka przeplata rozdziały – opowieść Libby przerywa zwierzeniami Jacka – pozwala ocenić sytuację z dwóch perspektyw.

„Podtrzymując wszechświat” to książka, w której dzieje się wiele. Nie jest typową obyczajówką młodzieżową – za sprawą poruszanych tu zagadnień. Niby autorka wychodzi poza schematy przez wybór schorzeń i powodów odrzucenia nastolatków, ale w rzeczywistości powraca do najbardziej typowych zmartwień młodzieży za sprawą reakcji otoczenia. Nie ma znaczenia, dlaczego Libby i Jack nie mogą się dogadać z rówieśnikami – ważne jest za to, jak radzą sobie z innymi. Tu kryje się właściwa wskazówka i zasada postępowania – bardzo przy tym autorka jest kreatywna w rozwiązywaniu problemów. „Podtrzymując wszechświat” to poza tym niezłe czytadło – zasłużenie wraca na rynek.

Disney. Bambi

Harperkids, Warszawa 2020.

Książę

W cyklu Disney. Klasyka przedstawia się dzieciom historie, które na stałe weszły już do kanonu literatury czwartej, a czasem nawet bardziej znane są za sprawą adaptacji koncernu Disneya niż z oryginalnych opowieści. Teraz Harperkids przypomina odbiorcom, w czym mogli zaczytywać się ich rodzice czy dziadkowie, pokazując magię baśni. „Bambi” to opowieść niespieszna, nastawiona na kontemplację przyrody, ciekawa i atrakcyjna dla dzisiejszych maluchów, a przy okazji wpisująca się w trendy eko w literaturze czwartej. Ponieważ nie ma tu przesadnie rozbudowanej warstwy sensacyjnej, w akcji odbiorcy mogą skupiać się na podziwianiu przyrody i na kibicowaniu małemu „księciu”. Kiedy Bambi przychodzi na świat, mama opiekuje się nim bardzo czule i przyjmuje od zwierząt gratulacje dla królowej. Uczy malucha stawiania pierwszych kroków, czyści jego futerko, przedstawia różnym zwierzętom (Bambi dość szybko znajduje przyjaciół, chociaż na początku trochę się boi nieznanych istot, tak bardzo od niego różnych). Mama przekazuje też jelonkowi wiedzę na temat ludzi i zagrożeń z nimi związanych – to smutne, że musi powiedzieć Bambiemu, że łąka nie zawsze jest bezpieczna. Ludzie mają długie patyki ryczące i plujące ogniem – a to prawdziwe zagrożenie. Rzeczywiście w pewnym momencie tragedia dotyka też bohatera: Bambi dowiaduje się, że będzie musiał sobie radzić sam (bardzo starannie ukryta została wiadomość o zastrzeleniu królowej łani: nikt tu nie mówi o śmierci, nie ma żałoby ani rozpaczy, prawdopodobnie dlatego, żeby nie przerazić małych czytelników – chociaż wszyscy zdają sobie świetnie sprawę z tego, że doszło do nieszczęścia). Szybko jednak natura daje o sobie znać: jelonek, już jako niemal dorosły, spotyka towarzyszkę zabaw z dzieciństwa, musi o nią zawalczyć z potężnym rywalem – i w ten sposób przekonuje się, że jest silny i może wszystko. Tak na oczach czytelników dorasta mały sympatyczny jelonek Bambi – a cała historia, chociaż jest potężnym oskarżeniem wymierzonym w człowieka, uwodzi swoim spokojem i harmonią. „Bambi” to książka dla tych dzieci, które lubią się zatrzymać i pomyśleć nad otoczeniem, dla empatycznych i wrażliwych odbiorców. Bardzo krótka opowieść o tym, jak wygląda życie zwierzęcia – od momentu narodzin po dorosłość. Tu, w świecie zwierząt, króluje dobroć i życzliwość – Bambi może zaprzyjaźniać się z przedstawicielami różnych gatunków i czerpać od nich wiedzę, nie ma znaczenia, że jest synem królowej – to nie zapewnia mu śmiałości czy wysokiej pozycji. O wszystko bohater musi się starać: uprzejmością i uśmiechem zjednywać sobie innych, budować przyjaźnie i dbać o towarzyszy zabaw. „Bambi” to historyjka w sam raz na dzisiejsze czasy, dla dzieci, które potrzebują wyciszenia i dla tych, które lubią książki o zwierzętach. Opowieść spisana językiem nieco archaizowanym, ciekawa przez to i bardziej klimatyczna, powinna znaleźć się w każdej domowej biblioteczce. Oczywiście w wersji Disneya pojawiają się też klasyczne ilustracje, które być może przekonają dzieci do samodzielnego czytania i poznawania przygód bohatera.

Kubuś i lekcje ze Stumilowego Lasu. Opowiada Wanda Chotomska

Harperkids, Warszawa 2020.

Jeszcze raz o Kubusiu

Tamte historyjki funkcjonują w świadomości dzieci, nawet tych, które jeszcze samodzielnie nie czytają: za sprawą kreskówek i pełnometrażowych filmów animowanych o Kubusiu Puchatku. Teraz jednak (a trwa to od 2015 roku, bo wtedy na rynku ukazała się pierwotnie Disneyowska seria Kubuś i przyjaciele) cykl powraca – w omówieniu. Wanda Chotomska z książeczki licencyjnej robi własną opowieść o znanych już tematach, a do tego dokłada „lekcje” - wnioski i przemyślenia, jakie można wyciągnąć z przygód Kubusia i innych mieszkańców Stumilowego Lasu. Wykorzystuje znane wątki: między innymi tropienie strasznych stworów, które zostawiają ślady łapek na śniegu, poszukiwanie ogona Kłapouchego, podbieranie miodu pszczołom, brykanie Tygrysa, ale też śpiewanka jako sposób na dobry humor mimo wszystko, wywody Sowy, zabawy Maleństwa... Wanda Chotomska w tomiku „Kubuś i lekcje ze Stumilowego Lasu” przypomina to, co najcenniejsze w przygodach Misia o Bardzo Małym Rozumku – i próbuje podsunąć dzieciom wnioski związane z doświadczeniami postaci. Pozwala zrozumieć ich uczucia i emocje, często portretuje bohaterów w sytuacji, gdy są czymś zaskoczeni, zawiedzeni, zawstydzeni lub rozemocjonowani – po to tylko, żeby wprowadzić rymowane dwuwersowe najczęściej pouczenia pióra Sowy. Dzięki takim komentarzom dzieci mogą dokładniej przyjrzeć się uczuciom i zastanowić się nad własnymi reakcjami w podobnych sytuacjach. Dowiedzą się, kiedy Miś czuje się zagubiony czy rozczarowany – i nauczą się przez to nazywać własne stany emocjonalne. To zresztą tylko dodatek, przypis (zaznaczony gwiazdkami) do właściwych opowieści. W tych z kolei autorka zderza bohaterów z oczekiwaniami i cudzymi pomysłami. Każe im konfrontować własne postawy, szukać najlepszych rozwiązań dla skomplikowanych czasem wypadków i uczyć się czegoś stale – zdarza się, że wśród lekcji znajdują się takie o moralizatorskich kierunkach i wówczas będzie chodziło o to, żeby maluchy do czegoś przekonać, na przykład do uprzejmości (nawet jeśli tym razem tylko wobec pszczół).

Wanda Chotomska potrafi się wstrzelić stylem w opowieści kubusiowe, chociaż w tym lepsza jest w tomiku „Kubuś i jego gromadka”. Tutaj często podpiera się rymowankami, stawia na omówienia zachowań i na emocje bohaterów, co automatycznie nie pozwala na filozofowanie w narracji. Opowiadania są bardzo krótkie i nasycone przeżyciami postaci, a kiedy bohaterowie wracają do czegoś, co już dobrze znają – jak do wyprawy po miód – nie udają, że robią to pierwszy raz, tylko akcentują wtórność wobec oryginalnych historii. Wanda Chotomska umożliwia dzieciom pozostanie w kubusiowym świecie tak długo, jak to możliwe – historyjki są zabawne i wartościowe, nadają się do czytania przed snem i na pewno spodobają się dzieciom wychowywanym na kreskówkach (starsi mogą początkowo mieć opory przed przerabianiem znanych historii).