* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 4 listopada 2019

Stuhrmówka. A imię jego czterdzieści i cztery. Maciej Stuhr w rozmowie z Beatą Nowicką

Rebis, Poznań 2019.

Wszechstronność

Rzadko się zdarza, żeby wywiad rzeka powracał na rynek w uzupełnionym wydaniu: spora część tego typu publikacji to jedynie gadżety, sposób na przypomnienie o sobie również w księgarniach – funkcjonują przez krótką chwilę i giną w zalewie podobnych książek. „Stuhrmówka” jednak należy do wyjątków. W wersji „A imię jego czterdzieści i cztery” pojawia się ponownie – i będzie uświadamiać czytelnikom, że można ambitniej, ciekawiej i lepiej, bez pośpiechu, za to z dużą elegancją i wyczuciem opowiadać o doświadczeniach aktorskich. Maciej Stuhr w rozmowie z Beatą Nowicką zwierza się z najróżniejszych przygód i życiowych wyborów, przedstawia swoją drogę sceniczną – kabaret, film, teatr, dubbing, konferansjerkę, seriale, produkcje ambitne i masowe. Odnosi się do szeregu nieprzyjemnych wydarzeń, ale nie zamierza z niczego się tłumaczyć czy usprawiedliwiać, przedstawia swój punkt widzenia. Opowiada o szkole aktorskiej i o kolegach ze scen, o reżyserach i o rodzinie. Na każdy temat ma mnóstwo anegdot – potrafi je przedstawiać z wyczuciem puenty, idealnie podbija komiczne sytuacje, ma się wręcz wrażenie, że celowo zbiera dowcipne scenki, żeby móc ubarwiać opowieści. Przy takim podejściu przecież znacznie lepiej śledzić się będzie tekst. Owszem, są zagadnienia, przy których miejsca na śmiech nie ma, wtedy aktor stawia na oryginalne doświadczenia. Lekkość i finezyjny dowcip w całości sprawiają, że „Stuhrmówka” bez trudu podbije rynek po raz kolejny. Beata Nowicka pilnuje kierunku rozmowy i prowadzi ją w te rejony, które interesują czytelników nieszukających sensacji; zdarza się, że w imieniu czytelników zadaje pytania najbardziej naiwne (jak to jest z zapamiętywaniem tekstu) – ale odpowiedzi Macieja Stuhra nudzić na pewno nie będą.

Jest to opowieść o scenicznych przyjaźniach i inspiracjach, o wykorzystywaniu szans i kierowaniu własną karierą. Maciej Stuhr wybrał teatr, w którym może unikać porównań z ojcem, zresztą o tej „rywalizacji” też jest w książce mowa. Ma do zaprezentowania mnóstwo ciekawostek, uzupełnia więc wiedzę przeciętnego odbiorcy i uświadamia mu, jak nie dać się zaszufladkować. To rzeczywiście rodzaj artystycznej wizytówki, sposób na zwrócenie uwagi czytelników na pewne – istotne dla autora – kwestie, ale i źródło rozrywki – bo doświadczenie kabaretowe procentuje przy anegdotach. W efekcie Maciej Stuhr skupia na sobie całą uwagę, komentarze z zewnątrz na jego temat mogłyby w zasadzie nie istnieć. Istnieją, bo przyjęło się w tego typu książkach zamieszczanie laurek na temat artysty. Wprawdzie niektórzy twórcy próbują być oryginalni lub zabawni, niektórzy odwołują się do wydarzeń, których byli świadkami albo uczestnikami – ale i tak nie dorównują bohaterowi tej książki w umiejętności prowadzenia zajmującej narracji. Teksty z zewnątrz pełnią rolę ozdobników, podobnie jak liczne fotografie – można by się bez nich spokojnie obyć. „Stuhrmówka” to książka, po którą sięgnąć warto, żeby przekonać się, że wywiad rzekę powinno się przygotowywać bez pośpiechu, starannie i kiedy ma się do powiedzenia coś więcej niż wyliczenie ról. To pozycja nie tylko dla fanów Macieja Stuhra.

niedziela, 3 listopada 2019

Rasa Jančiauskaitė: Powiedz to w mig

Dwie Siostry, Warszawa 2019.

Świat bez słów

Wiele się dzisiaj mówi o różnych rodzajach niepełnosprawności i o odmienności, na rozmaite sposoby oswaja dzieci z takim tematem. Rasa Jančiauskaitė proponuje bardzo ważną – i ciekawie przygotowaną – publikację, która porusza temat ludzi głuchych oraz ich języka. „Powiedz to w mig” to picture book ze sporą dawką informacji – tak, by dzieci mogły oswoić się z tematem, a nawet zainteresować nim na szerszą skalę (i poćwiczyć kilka słów w języku migowym dzięki prostemu słowniczkowi!). W tomiku pojawia się kilka postaci, które wypowiadają się na temat życia wśród niesłyszących i nie odnoszą się do ograniczeń, a do możliwości, jakie otwiera przed nimi język. Wszyscy rozmówcy autorki będący jednocześnie inspiracjami są członkami Litewskiego Stowarzyszenia Głuchych. Bardzo krótko opowiadają o swoim stosunku do słyszących, a i o rzeczach, o których słyszący nie mają pojęcia (dowcip o krowie wzbudzi sporą ciekawość). O takich zaletach języka migowego, o jakich mówią członkowie Litewskiego Stowarzyszenia Głuchych, odbiorcy tej publikacji nigdy nie słyszeli (nomen omen), a to może sprawić, że otworzą się na innych i spróbują dowiedzieć czegoś więcej.

Rasa Jančiauskaitė między wypowiedziami wprowadza dodatkowe informacje – już bardziej rzeczowe niż anegdotyczne – dotyczące języka migowego. Kieruje się do czytelników, którzy nie mieli jeszcze okazji zetknąć się z tym językiem, tłumaczy zatem absolutne podstawy: że to jak język obcy, że w różnych krajach miga się inaczej (pokazuje to obrazkowe porównanie słowa „noc” w migowych językach litewskim, amerykańskim i polskim), że słyszący mogą nauczyć się migać, a głusi – mówić (choć to drugie wymaga wielu lat żmudnej pracy), że głuchota nie jest dziedziczna, a także – jakie szanse na edukację mają głuche dzieci. Autorka pisze tak, by rozwiać wątpliwości małych odbiorców i odpowiedzieć na najbardziej narzucające się pytania kilkulatków, uniknąć nieporozumień, ale też zaintrygować. Przełamuje bariery, opowiada o niepełnosprawności, która w takim ujęciu wcale nie wypada jak ograniczenie. Projekt tej książki zresztą całkiem słusznie zdobył główną nagrodę jury Wydawnictwa Dwie Siostry oraz wyróżnienie jury międzynarodowego w konkursie Jasnowidze (edycja 2016/2017): na docenienie w pełni zasługuje, prawdopodobnie to nie koniec nagród.

Chociaż „Powiedz to w mig” to książka obrazkowa, ilustracje są raczej popisem graficznym autorki niż próbą przyciągnięcia dzieci do książki. Jak to często bywa w podobnych przypadkach – gdy przesłanie i treść są ważniejsze niż ilustracje – stawia Rasa Jančiauskaitė na charakterystyczność. Proponuje bohaterów o ptasich dziobach albo upraszczane ludzkie sylwetki z powiększonymi do granic możliwości dłońmi. Stosuje ruch i symbole, ogranicza liczbę używanych kolorów, a w teksturze rysunków ważne są ślady kredek – tak, by obrazki imitowały dziecięce gryzmoły. Ilustracje są tu bardzo znaczące, kiedy przegląda się tomik – rzuca się w oczy ich ekspresja. Autorka pokazuje świat pozbawiony dźwięków, ale niepozbawiony życia i kontaktów ze słyszącymi, ta lektura będzie więc dla dzieci cennym doświadczeniem i okazją do poznawania otoczenia.

Rachel E. Carter: Czarny mag. Kandydatka

Foksal, Warszawa 2019.

U kresu

Ryiah dotarła do punktu przełomowego w swoim życiu, chociaż jeszcze nie wie, jak bardzo trudny on będzie. Udało się jej pokonać przeciwności losu i zdobyć serce księcia Darrena, w którym od pierwszego roku akademii się podkochiwała. Teraz jest narzeczoną Darrena i wkrótce wyjdzie za niego za mąż. Brat księcia zasiądzie na tronie, a jeden z braci Ryiah – który już ożenił się z jej najlepszą przyjaciółką – zostanie ważnym uzdrowicielem. Na razie jednak przed bohaterką kolejne wyzwania, potyczki i pojedynki, które mają wyłonić spośród grona magów tego najlepszego, który przywdzieje szaty Czarnego Maga. Ryiah bardzo chciałaby dostąpić tego zaszczytu, a ponieważ zależy jej na tym okrutnie – będzie walczyć ze swoim ukochanym, również pretendującym do tego miana. I tu pojawia się pewna słabość cyklu: Rachel E. Carter kieruje się przede wszystkim do czytelniczek – nastolatki zmusza jednak do ciągłego czytania o walkach (dość krwawych zresztą, bo rany, jakie odnoszą na polu bitwy bohaterowie, są poważne). Nie jest to pierwszy tom, w którym walka ma coś udowodnić – ale jeśli miało to sens na początku i przy testowaniu bohaterki (czy w ogóle nadaje się do szkoły magów), później staje się nużące. Nawet jeśli Ryiah chce trafić do frakcji bojowej i to będzie dla niej codzienność. Analizowanie kolejnych ruchów i strategii podczas walki przynosi przesyt tematem. Drugim problemem „męskiej” narracji przy bohaterce-kobiecie jest nastawienie na politykę kraju. To, co udało się Kierze Cass w pierwszej części cyklu Rywalki, tutaj zostaje wyostrzone do granic możliwości. Ryiah obserwuje rozkład sił w państwie, przygląda się sojuszom i zagrożeniom, rozpatruje temat zdrady i ceny wolności. Sprawdza, jakie konsekwencje przyniosą określone zachowania i wybory, żyje tym, co dzieje się wokół króla – zamiast zająć się sobą, do czego przecież byłaby przekonana każda z czytelniczek. W efekcie życie kraju dominuje nad życiem prywatnym, a Ryiah ma dylematy niezrozumiałe dla dzisiejszych odbiorczyń – interesuje się i irytuje sprawami, na które ma znikomy wpływ. Ocenia i zastanawia się nad decyzjami innych. Autorka szykuje dla niej spore wyzwania, przynajmniej w sferze życia politycznego – ale nie jest to zagadnienie, które przyciągnie masową publiczność, nawet jeśli owa publiczność zmęczyła się już disneyowskimi księżniczkami i łaknie krwi.

Jest w „Kandydatce” sporo dylematów rodem z lektur antyku, nie ma za to – niestety – prawdziwości uczuć. To, co Ryiah przeżywa, nie trafi do czytelniczek, nie przekona ich – ze względu na ogrom poświęceń i powinności. Ryiah wie, jak należy się zachowywać i chce zawsze być lojalna wobec rodziny, wobec kraju i wobec narzeczonego – a utrzymanie takiego stanu podczas gdy wokół toczą się walki i roi się od konfidentów nie jest zbyt realne. Na tej książce autorka mogłaby spokojnie zakończyć cykl – nawet jeśli zadaje bohaterce pytania, które domagają się odpowiedzi. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że nastąpi przesyt tematami batalistycznymi i seria się w końcu rozsypie.

sobota, 2 listopada 2019

Marta Obuch: Mąż przez zasiedzenie

Filia, Poznań 2019.

Szachy

Jakoś ta powieść wypada słabiej niż poprzednie książki Marty Obuch, widocznie potrzebny jest autorce taki kawałek prozy, która w pamięć specjalnie nie zapadnie – i która uniemożliwia tkanie intryg zarówno na płaszczyźnie kryminalnej, jak i damsko-męskiej. Od początku wiadomo, kto z kim, samo śledztwo w sprawie śmierci nie obejdzie się bez wyjaśnień ze strony niedoszłej ofiary, a dopóki owa niedoszła ofiara chce milczeć, nie stanie się zbyt dużo. Później wprawdzie akcja na moment nabiera tempa, a autorka popisuje się wyobraźnią bez ograniczeń – ale zanim do tego dojdzie, jest słabiej. Może przez ambicje bohaterów, które zepsuły brzmienie całości, może przez uciekanie się do schematu. Faktem jest, że „Mąż przez zasiedzenie” momentami przystaje, okazuje się zasiedziały i nijaki. To powieść dobra na jeden raz, dla sprawdzenia – i poczekania do kolejnej, lepszej książki.

Bohaterką jest Patrycja, pani doktor językoznawstwa – tyle że jej językoznawcze zapędy ograniczają się do wyszukiwania banalnych gier słownych (zakodowanie w imionach skojarzeń z grą w szachy czy rozbijanie struktur wyrazowych, żeby wskazać w nich złowieszczą obecność śmierci). Patrycja nie zarabia zbyt dużo, a żeby móc związać koniec z końcem i utrzymać siebie oraz niepełnosprawną ciotkę, decyduje się na bycie gospodynią domową (chociaż nazywa się to „dama do towarzystwa”, dla lepszego efektu) u pewnego profesora. Syn profesora, Mateusz, niemal od razu wpada jej w oko, a ponieważ ze względów logistycznych dobrze by było, gdyby Patrycja razem z ciotką wprowadziła się do mieszkania chlebodawcy, romans będzie mógł rozkwitnąć szybko i bez problemów. Zwłaszcza że podlewany jest obficie kryminałem. Oto profesor przekonany jest, że dotychczasowa pomoc domowa podtruwa go – udowodnić może jedynie fakt, że kupuje najtańsze (więc i najgorszej jakości) jedzenie. Nikt nie wziąłby na poważnie słów starszego pana, gdyby nie spora przykrość: oto pewien menel częstuje się wyrzuconymi przez Patrycję lekami i jedzeniem – i pada martwy na progu domu profesora. Tak rozpoczyna się śledztwo, w którym Patrycja i Mateusz muszą wspólnie sprawdzić, co grozi starszemu panu – i co przed nimi ukrywa. Przez opowieść przewija się też komisarz Marchewka. W ogóle Marcie Obuch tym razem wyszły najlepiej postacie z drugiego, a nawet trzeciego planu – to, co dzieje się w tle, jest mniej przewidywalne i automatycznie ciekawsze: zarówno zażywna ciocia, jaki majordomus profesora to bohaterowie oryginalni i wprowadzający spore ożywienie do historii.

Mniej liczy się tu zresztą sensacja (wyłączając jedną scenę), bardziej sercowe przygody – autorka towarzyszy swoim bohaterom podczas kolejnych spacerów wypełnionych mało subtelnymi aluzjami, niespiesznie rozwija sytuację, bo i tak wiadomo, że Patrycja i Mateusz mają się ku sobie, a z braku ciekawszych możliwości wykorzystają narzucającą się okazję. „Mąż przez zasiedzenie” to tom napisany poprawnie – ale przy poprzednich powieściach Marty Obuch wydaje się zwykłą przeczekajką.

Sam Copeland: Charlie zmienia się w kurczaka

Media Rodzina, Poznań 2019.

Metamorfozy

Ta powieść jest szalona i z definicji niegrzeczna, autor będzie bezlitośnie nabijać się z łatwowiernych małych czytelników i przyciągać tych, którzy uwielbiają łamać schematy (za to niekoniecznie kochają czytać). Pokazuje im bowiem, że w literaturze można robić wszystko, nawet jeśli wydaje się to absurdalne czy nie ma pokrycia w rzeczywistości. Przygody Charliego, który zmienia się w różne zwierzęta (w kurczaka akurat niekoniecznie, na przekór tytułowi, co znowu jest grą z maluchami), to eksperyment w ramach powieści pop – książka, która nie musi dostarczać ważnych przesłań ani piękna. Ma za to przynosić rozrywkę. Jeden tylko motyw pokazuje, że śmiech przydaje się przy opanowywaniu trudniejszych spraw – ale o tym za chwilę.

Bohaterem książki jest Charlie, mały chłopiec, którego rysopisu autor celowo nie podaje (ignorując fakt, że ilustracje będą go w jakiś sposób przedstawiać): dzieci mają samodzielnie wyobrazić sobie, jak wygląda ta postać. Charlie odkrywa w swojej codzienności pewien problem: nie wiadomo dlaczego nagle może zmienić się w jakieś zwierzę. Bywa między innymi pchłą i ogromnym wężem. Ze swojej przypadłości zwierza się przyjaciołom – i kumple nie mogą wiele poradzić (chociaż zapewniają wsparcie), jednak najmądrzejsza w tym gronie dziewczynka postanawia podejść do sprawy naukowo i sprawdzić, kiedy następują niechciane metamorfozy. Dochodzi do wniosku, że Charlie musi być pod wpływem silnego stresu – i prowokuje kolejne sytuacje, które mają potwierdzić obserwacje. W efekcie chłopiec wpada w przeróżne tarapaty, podpada nauczycielom i nielubianym kolegom, daje się zamknąć w pokoju nauczycielskim albo w kanale wentylacyjnym, przechodzi metamorfozę podczas szkolnego występu i cały czas rozśmiesza odbiorców. Charlie stworzony został do tego, żeby bawić, z kolei jego najzagorzalszy wróg realizuje schemat powieściowy czarnego charakteru – a do tego posługuje się cytatami z filmów akcji (co wytyka mu bohater, bo przecież nie wszyscy mali odbiorcy wpadną na trop zabaw intertekstualnych). Szkolne perypetie są śmieszne, bo też są nieprawdziwe i wszyscy o tym wiedzą (gdyby ktoś zamierzał uwierzyć autorowi, ten wprowadza ironiczne komentarze i burzy przekonanie, że ma rację). Pojawia się jednak w tomie pewien dalszoplanowy i ważny motyw: Charlie ma starszego brata, Piąchę (Piącha zasłużył na swój pseudonim, bo każde spotkanie z nim grozi oberwaniem piąchą, to wyjątkowo drażliwy dzieciak). Aktualnie jednak Piącha przebywa w szpitalu i będzie miał robioną tomografię, nie mówi się o tym głośno, ale to dziecko chore na raka, rodzice martwią się jego stanem, a Piącha nadrabia miną – zwłaszcza kiedy jest przy nim brat, który nie powinien za bardzo się rozczulać. Tu śmiech pasuje jako sposób na poradzenie sobie z rzeczywistością.

Akcja w tej książce toczy się bardzo szybko i nieprzewidywalnie, bo też i autor nie przejmuje się prawdopodobieństwem. Może zrobić wszystko, a ponieważ już i tak łamie schematy fabularne, pozwala sobie również na naruszanie „tabu” (które jakiś czas temu tabu być przestało): wie doskonale, że dzieci rozśmieszy przez niski i rubaszny humor, wprowadza zatem tego typu żarty (Charlie jako wąż trafia głową w tyłek nieprzyjaciela, z kolei stojący na warcie kumpel nie przejmuje się ostrzegawczymi sygnałami, bo jest akurat zajęty dłubaniem w nosie). To sposoby na przyciągnięcie dzieci. Chociaż zatem Sam Copeland nie proponuje literatury ambitnej, zapewnia śmiech i sprawia, że maluchy będą chciały czytać.

piątek, 1 listopada 2019

Katarzyna Miller, Andrzej Gryżewski: Jak być parą i nie zwariować

Rebis, Poznań 2019.

Druga szansa

Rozmowy Katarzyny Miller na pierwszy rzut oka wydają się proste, banalne i do błyskawicznego przeczytania. Sposób łamania w tomie „Być parą i nie zwariować” też przywodzi na myśl tekst rozdmuchany. A jednak w dyskusji, którą prowadzą Katarzyna Miller i Andrzej Gryżewski nie ma pustosłowia ani teoretyzowania, nie ma oderwanych od życia uwag na temat bycia z drugim człowiekiem. Autorzy analizują kolejne przypadki, które najczęściej spotykają odbiorców, wymieniają się doświadczeniami z pracy i komentują je, dzielą się poradami dla potrzebujących psychoterapii – wprowadzają zestaw bardzo przydatnych ocen, pozwalając spojrzeć z zewnątrz na najbardziej charakterystyczne czynniki rujnujące szczęście. Przede wszystkim odrzucają jeden schemat działania, który uszczęśliwi wszystkich: nie znaczy, że trzeba koniecznie brać ślub, nie znaczy, że należy uczepić się jednej osoby i z nią spędzać cały czas. Można otaczać się ludźmi i z jednymi chodzić na zakupy, z innymi na przyjęcia, a jeszcze z innymi – do łóżka, takie rozdzielanie ról wcale nie wyklucza udanego związku. To prawdy, które do konserwatywnej części społeczeństwa raczej nie dotrą, ale młodym czytelnikom otworzą oczy na wiele spraw. Miller i Gryżewski odnoszą się między innymi do tematu zdrady, do posiadania dzieci, do zmian w charakterze i prób wpływania na drugą stronę. Poruszą temat uzależnienia i osób współuzależnionych, przytoczą sytuacje kryzysowe i sposoby radzenia sobie z nimi. Podpowiedzą, kiedy zerwać znajomość i uciekać, a kiedy walczyć – a nawet, kiedy walka będzie wyjątkowo ciężka. Uświadamiają odbiorcom, czego oczekuje druga strona, jakie postawy biorą się bezpośrednio z płci i nad czym warto popracować. Są przekonani, że można żyć bez partnera i być szczęśliwym – i nie nastawiają na wizję związku na całe życie. A jednak robią dużo, by można było uzdrowić sytuację i wyjść z nieoczekiwanych problemów. Z perspektywy odbiorców to rozmowy bardzo ważne i bardzo treściwe – każdy znajdzie tu ślady własnych obserwacji lub scen, które były jego udziałem – może skonfrontować odczucia z precyzyjnymi komentarzami autorów i poznać ich punkt widzenia, zobaczyć, jak z zewnątrz rysuje się przyszłość w konkretnym związku i co zrobić, żeby kogoś bliskiego nie stracić. Miller i Gryżewski przypominają, żeby słuchać się nawzajem i żeby mieć na uwadze również własne potrzeby. Tłumaczą, dlaczego ludzie, którzy kiedyś nie widzieli poza sobą świata, teraz nie chcą się znać. Odnoszą się w rozmowach do rzekomych wyznań klientów, porównują zasłyszane historie, ale też osobiste przeżycia i doświadczenia. Komentują własne błędy, oceniają siebie z perspektywy czasu – a wszystko po to, żeby dać odbiorcom narzędzia do skutecznego działania. „Być parą i nie zwariować” to również publikacja, którą można czytać dla samej przyjemności wymiany myśli i ocen. Katarzyna Miller i Andrzej Gryżewski mają już swoją „publiczność”, wiedzą, jak mówić o skomplikowanych sprawach. Może ta książka nie jest szczytem literackiego popisu – ale też nie o to w niej chodzi, rozmowy mają wypadać naturalnie i szczerze, bo przekaz jest bardziej istotny niż forma. Pewnie okaże się, że ktoś dzięki tej lekturze uniknął poważnych problemów w związku – to bardzo praktyczna publikacja.

Tomasz Samojlik: Żubr Pompik. Wyprawy. Jaskinia nietoperza

Media Rodzina, Poznań 2019.

Robale na nosie

Jeśli ktoś nie przepada za obecnością ciem, komarów i pająków, a ma wrażenie, że je przyciąga samą swoją obecnością, na pewno zrozumie Polinkę, małą żuberkę z opowiadania Tomasza Samojlika. Ta postać – bardzo sympatyczna zresztą – z całą rodziną żubrów wybiera się na wycieczkę do Ojcowskiego Parku Narodowego i tu pada ofiarą kolejnych „robali”: wszystkie z okolicy próbują siadać jej na nosie. Polinka ma tego dość, bo to zjawisko niezbyt przyjemne, a do tego jeszcze – wzbudza śmiech brata (którego nic nie straszy). Dziwna przypadłość Polinki – czyli przyciąganie niechcianych gości prosto na nosek – znajdzie sens w finale bajki, bo autor jak zwykle poza częścią edukacyjną chce też odbiorców trochę rozbawić. W serii Żubr Pompik. Wyprawy przenosi dzieci do kolejnych wielkich lasów, parków narodowych czy puszczy – żubry wędrują po całym kraju i poznają specyfikę różnych miejsc. Za każdym razem dowiadują się czegoś nowego, trafiają na przedstawicieli miejscowej fauny albo wysłuchują ciekawostek o zjawiskach przyrodniczych możliwych do zaobserwowania w regionie. To wyprawy bardzo pouczające, także dla małych odbiorców, którzy mogą dzięki temu poszerzać słownictwo, ale też dowiadywać się czegoś o przyrodzie Polski.

W Ojcowskim Parku Narodowym żubry oglądają zwłaszcza skały o nietypowych kształtach (chociaż nie ma mowy o ich właściwych nazwach ani legendach z nimi związanych): ważniejsze niż uformowanie terenu okazują się bowiem nietoperze i to one będą bohaterami historii. Pompik i Polinka jak zwykle nie zastanawiają się nad konsekwencjami swoich działań. Idą przed siebie, wchodzą do jaskini, spotykają tam mnóstwo nietoperzy... właściwie na szczęście, bo bez pomocy tych przedziwnych stworzeń nie umieliby znaleźć drogi do wyjścia. Zanim zdążą na dobre się przestraszyć (a maluchy – nauczyć się lęku przed jaskiniami) – nietoperze przyjdą z pomocą. Oczywiście wszystko ma swoją cenę, ale akurat łapanie owadów żubrom zaczęło wychodzić tuż przed przygodą.

Tomasz Samojlik jak zawsze pisze wesoło i prosto. Doświadczenia Pompika i Polinki spodobają się dzieciom – bo to pewna egzotyka dla dzieci, które mieszkają daleko od konkretnych punktów na mapie Polski i nie wszędzie mogły być, sama przygoda jest pełna humoru i dynamiczna, szybko się pojawia i równie szybko rozwiązuje, tak, by nie zatrzymywać na konkretnej emocji. Żubry zawsze dobrotliwie sobie dokuczają (mama ojcu, gdy ten nie chce przyznawać się do lęku, Pompik Polince – ale nigdy tak, by zrobić jej przykrość), poza tym się kochają i zawsze trzymają ze sobą. Dzieci mogą na moment wymknąć się rodzicom, żeby coś ciekawego przeżyć. Wszystko ozdobione jest kolorowymi i bajkowymi ilustracjami. Przygody żubra Pompika i jego bliskich to doskonała okazja, żeby poznawać przyrodę i dowiadywać się czegoś o krajobrazach, zwierzętach (nie tylko tych z bajek, ale też o gatunkach, które w bajkach zwykle nie występują), klimacie czy... o psychologii, bo niektóre reakcje w rodzinie żubrów tłumaczą znakomicie zwykłe życie odbiorców.