Iskry, Warszawa 2019.
Obserwacje z natury
Arkadiusz Szaraniec z troską pochyla się nad każdym zwierzęciem, jakie można spotkać w promieniu kilku kilometrów od Pałacu Kultury i Nauki. Czasami może czuć się winny, że nie jest łosiem (przynajmniej łoś mu to spojrzeniem sugeruje), innym razem zatrzyma się nad martwym wróblem, żeby utrwalić małe istnienie we wzruszającym, impresyjnym obrazku. Przeważnie interesuje go to, co dzikie – bez względu na to, czy dotyczy zwierząt, roślin, czy… Wisły. W tomie znajduje jednak miejsce również na opowieść o niedźwiedziach z warszawskiego zoo. Najczęściej komentuje spotkania podczas zwykłych spacerów, zwierzęta, które dość łatwo za obserwować, jeśli zna się ich zwyczaje. Arkadiusz Szaraniec z jednej strony staje się przewodnikiem dla odbiorców: proponuje zestaw gawęd, tekstów lekkich i pozbawionych encyklopedycznych danych. Liczy się to, co łatwo będzie czytelnikom zapamiętać. W dodatku autor stawia na faktyczne ciekawostki – nie teoretyzuje, ale odwołuje się do osobistych doświadczeń, obserwacji wzbogacanych fachowymi informacjami.
„Warszawa dzika” dla czytelników będzie lekturą wyjątkową. Przede wszystkim spodobać się może – co oczywiste – miłośnikom przyrody, ale też prawdziwym mieszczuchom, tym, którzy nie wierzyli do tej pory, że możliwa jest przygoda z obserwowaniem dzikich zwierząt w ich naturalnym środowisku. Sprowadzi do siebie Szaraniec ekoistów, sam zresztą do tego ruchu się odwołuje, ale zależy mu na przekazywaniu miłości do przyrody – temu służy książka. Zaprosi autor do prawdziwej przygody na wyciągnięcie ręki. Od czasu do czasu odwoływać się będzie do komentarzy innych znawców przyrody, jednak sam ma sporo ciekawych rzeczy do opowiedzenia. Czynnikiem przyciągającym do lektury bez wątpienia będzie humor. Autor opowiada o zwierzętach (i nie tylko) w stylu felietonowym, jednak nie narzuca sobie sztywnych reguł dotyczących choćby objętości poszczególnych tekstów. Potrafi bezbłędnie puentować poruszane tematy, oferuje odbiorcom czysty komizm zawsze wtedy, gdy interpretuje „po ludzku” zachowania zwierząt lub swoją – niekoniecznie pożądaną – obecność wśród nich. Wykazuje się zmysłem obserwacji i umiejętnością przekuwania tych obserwacji na barwne opisy (zachwyci na przykład sceną z rozbrykanymi młodymi liskami, ale i spojrzenie łosia na długo zapadnie odbiorcom w pamięć). Wykorzystuje Szaraniec swoją książkę również do budowania świadomości czytelników w ramach troski o przyrodę: będzie między innymi powtarzać, dlaczego nie wolno płoszyć i straszyć saren: konsekwencje dla tych piękności są opłakane. „Warszawa dzika” to opowieść płynąca z miłości do natury –miłości mądrej, podbudowanej wiedzą oraz doświadczeniem. Przedstawiona z pomysłem, okazuje się naprawdę dobrą i wartościową lekturą – rozrywkową i edukacyjną – dla każdego. Arkadiusz Szaraniec w tych akurat gawędach dorównuje Adamowi Wajrakowi, proponuje książkę objętościowo i tematycznie potężną, bogatą w ciekawe spostrzeżenia i w przedstawianą mimochodem wiedzę. Tom „Warszawa dzika” błyskawicznie do siebie przekonuje, nie trzeba nawet zachwycać się przyrodą, żeby czerpać przyjemność z czytania. Szaraniec potrafi przyciągnąć czytelników lekkim stylem, pomysłami na realizowanie kolejnych motywów i znajomością zwyczajów zwierząt. W jego ujęciu dzika przyroda to źródło niepowtarzalnych wrażeń i doświadczeń. To publikacja dla masowych czytelników – zaspokajająca też tych, którzy szukają ambitniejszych opowieści.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 11 czerwca 2019
poniedziałek, 10 czerwca 2019
Jonathan Eig: Narodziny pigułki
Czarne, Wołowiec 2019.
Krok do rewolucji
Jeszcze przed rewolucją seksualną temat zapobiegania niechcianym ciążom co pewien czas powracał. Nawet najlepsze żony i matki mogły zrujnować swoje zdrowie, jeśli rodziły co roku kolejne dzieci. Jedna z aktywistek, działająca na rzecz kontroli urodzeń, stwierdziła, że przyda się środek antykoncepcyjny, który pozwoli kobietom unikać niechcianych ciąż, a nie będzie wiązał się z wielkimi wyrzeczeniami albo z komplikacjami „technicznymi” przy aplikowaniu. Wyobraziła sobie możliwość unikania zapłodnienia dzięki zwykłej tabletce. Znalazła badacza, który chciał podjąć się takiego wyzwania i zaczęła finansować prace nad pigułką, w pełni przekonana o słuszności takiego kroku. W „Narodzinach pigułki Jonathan Eig relacjonuje kolejne etapy prac, ich oddźwięk społeczny i problemy. Tłumaczy, jakie wzywania czekały uczonego – wśród nich jednym z ważniejszych staje się brak grona kobiet umożliwiających przeprowadzenie testów medycznych. W ramach pomysłów pojawiają się między innymi obowiązkowe „eksperymenty” na studentkach medycyny i pielęgniarkach. Chociaż pigułka wydaje się bardzo potrzebna, nie ma na nią społecznego przyzwolenia – albo ruchu, który wywołałby ułatwianie pracy. Kolejne oburzone kobiety piszą do prasy, dzieląc się własnymi historiami i broniąc tradycji. Zwykle żadna z autorek listów nie chwali pomysłu, wszystkie wolą, żeby rewolucja obyczajowa nie nastąpiła. Udaje im się uzyskać tyle, że dyskusja nie gaśnie. A na razie jeszcze hierarchowie kościelni nie zajmują się tym tematem. W tomie „Narodziny pigułki” autor rejestruje przyczyny rewolucji seksualnej – czy też przemiany, które do modyfikowania mentalności prowadziły. Umiejętnie nakreśla kontekst dla badań i eksperymentów medycznych, odczytuje nastroje społeczne, ale i motywacje samych kobiet.
Eig utrzymuje tu formę reportażu, co pewien czas powraca do dwojga bohaterów, którzy zainicjowali przemiany. Rejestruje problemy płynące a to z braku gotówki, a to z reakcji otoczenia, a to z niepowodzeń w ramach samych badań. W pewnym momencie zaczyna też przyglądać się samym przyczynom rewolucji seksualnej. Nie ma tu mowy o pigułce jako środku umożliwiającym cieszenie się seksem bez konsekwencji, na razie kontrola urodzeń ma prowadzić do polepszenia losu kobiet, tak, by nie traciły zdrowia na kolejne zbyt liczne ciąże i nie musiały wymyślać, jak zniechęcić mężów do łóżkowych wyczynów. Na refleksję nad zmianami mentalności przyjdzie czas później. Tutaj akcentowane jest zdrowie i wygoda użycia (autor nawet w pewnym momencie opowiada, jak powstało opakowanie na pigułki).
Jest to książka, która masowej publiczności może się spodobać jako ciekawostka obyczajowa, spojrzenie wstecz na „wynalazek”, bez którego trudno sobie wyobrazić teraźniejszość. Nie zamęczy autor odbiorców przesadnie hermetycznym stylem, chociaż pozostaje naprawdę blisko postaci, więc siłą rzeczy musi też przyglądać się pracom laboratoryjnym. Opowiada żywo i z zaangażowaniem, jakby sam był zainteresowany postępami w tej kwestii. Stara się nie oceniać, zwłaszcza dawnych zatwardziałych konserwatystek – uwzględnia w tomie racje różnych stron. Wybiera temat, który może rozbudzić ciekawość – bo faktem jest, że wielu odbiorców bez takiej publikacji nie zastanowiłoby się nawet nad drogą do odkrycia powszechnie stosowanego środka antykoncepcyjnego.
Krok do rewolucji
Jeszcze przed rewolucją seksualną temat zapobiegania niechcianym ciążom co pewien czas powracał. Nawet najlepsze żony i matki mogły zrujnować swoje zdrowie, jeśli rodziły co roku kolejne dzieci. Jedna z aktywistek, działająca na rzecz kontroli urodzeń, stwierdziła, że przyda się środek antykoncepcyjny, który pozwoli kobietom unikać niechcianych ciąż, a nie będzie wiązał się z wielkimi wyrzeczeniami albo z komplikacjami „technicznymi” przy aplikowaniu. Wyobraziła sobie możliwość unikania zapłodnienia dzięki zwykłej tabletce. Znalazła badacza, który chciał podjąć się takiego wyzwania i zaczęła finansować prace nad pigułką, w pełni przekonana o słuszności takiego kroku. W „Narodzinach pigułki Jonathan Eig relacjonuje kolejne etapy prac, ich oddźwięk społeczny i problemy. Tłumaczy, jakie wzywania czekały uczonego – wśród nich jednym z ważniejszych staje się brak grona kobiet umożliwiających przeprowadzenie testów medycznych. W ramach pomysłów pojawiają się między innymi obowiązkowe „eksperymenty” na studentkach medycyny i pielęgniarkach. Chociaż pigułka wydaje się bardzo potrzebna, nie ma na nią społecznego przyzwolenia – albo ruchu, który wywołałby ułatwianie pracy. Kolejne oburzone kobiety piszą do prasy, dzieląc się własnymi historiami i broniąc tradycji. Zwykle żadna z autorek listów nie chwali pomysłu, wszystkie wolą, żeby rewolucja obyczajowa nie nastąpiła. Udaje im się uzyskać tyle, że dyskusja nie gaśnie. A na razie jeszcze hierarchowie kościelni nie zajmują się tym tematem. W tomie „Narodziny pigułki” autor rejestruje przyczyny rewolucji seksualnej – czy też przemiany, które do modyfikowania mentalności prowadziły. Umiejętnie nakreśla kontekst dla badań i eksperymentów medycznych, odczytuje nastroje społeczne, ale i motywacje samych kobiet.
Eig utrzymuje tu formę reportażu, co pewien czas powraca do dwojga bohaterów, którzy zainicjowali przemiany. Rejestruje problemy płynące a to z braku gotówki, a to z reakcji otoczenia, a to z niepowodzeń w ramach samych badań. W pewnym momencie zaczyna też przyglądać się samym przyczynom rewolucji seksualnej. Nie ma tu mowy o pigułce jako środku umożliwiającym cieszenie się seksem bez konsekwencji, na razie kontrola urodzeń ma prowadzić do polepszenia losu kobiet, tak, by nie traciły zdrowia na kolejne zbyt liczne ciąże i nie musiały wymyślać, jak zniechęcić mężów do łóżkowych wyczynów. Na refleksję nad zmianami mentalności przyjdzie czas później. Tutaj akcentowane jest zdrowie i wygoda użycia (autor nawet w pewnym momencie opowiada, jak powstało opakowanie na pigułki).
Jest to książka, która masowej publiczności może się spodobać jako ciekawostka obyczajowa, spojrzenie wstecz na „wynalazek”, bez którego trudno sobie wyobrazić teraźniejszość. Nie zamęczy autor odbiorców przesadnie hermetycznym stylem, chociaż pozostaje naprawdę blisko postaci, więc siłą rzeczy musi też przyglądać się pracom laboratoryjnym. Opowiada żywo i z zaangażowaniem, jakby sam był zainteresowany postępami w tej kwestii. Stara się nie oceniać, zwłaszcza dawnych zatwardziałych konserwatystek – uwzględnia w tomie racje różnych stron. Wybiera temat, który może rozbudzić ciekawość – bo faktem jest, że wielu odbiorców bez takiej publikacji nie zastanowiłoby się nawet nad drogą do odkrycia powszechnie stosowanego środka antykoncepcyjnego.
niedziela, 9 czerwca 2019
Joanna Jodełka: Rektorski czek. Romans kryminalny
W.A.B., Warszawa 2019.
Za indeksem
Joanna Jodełka otrzymała propozycję stworzenia kryminału okolicznościowego z okazji setnej rocznicy powstania Uniwersytetu Poznańskiego. I o ile przeważnie tego typu inicjatywy są efemerydami i na rynku funkcjonują w charakterze niszowych ciekawostek, o tyle tom z podtytułem gatunkowym „Romans kryminalny” ma szansę nie tylko utrzymać się dłużej, ale jeszcze – zaangażować czytelników. Opowieść biegnie tu dwoma torami i zdarza się, że autorka stara się ją zaplatać: jeśli jakiś rekwizyt, emocja albo refleksja pojawi się w jednym miejscu, może powrócić po upływie wieku, w zupełnie innych okolicznościach. To rozwiązanie – zalecane na kursach kreatywnego pisania – ma pewną wadę, która w „Rektorskim czeku” wychodzi na jaw: zbiegają się – niestety – punkty kulminacyjne dwóch historii i jeżeli na początku dość długo trzeba czekać na jakieś sensacyjne motywy, później ma się ich w nadmiarze – i to w różnych czasach. Jednak relacja dotyczy teraźniejszości. Karolina Rosada, która pracuje w archiwum uniwersyteckim, dowiaduje się, że jej sąsiadka jest w posiadaniu cennych dokumentów z historii uczelni. Dowiaduje się w dość dramatycznych okolicznościach: znajduje staruszkę w jej mieszkaniu, z rozbitą głową. „Babcia”, jak zacznie być nazywana pani Apolonia, trafia do szpitala i snuje rozmaite teorie spiskowe, a Karolina próbuje przekonać kobietę, że najlepiej zaopiekuje się starymi indeksami. Zadanie utrudniają jej oskarżenia to wysuwane, to odwoływane przez sąsiadkę. Za dobre intencje Karolina przeżywa cały szereg upokorzeń. Jednocześnie też Apolonia wciąga ją w grę pełną zaszyfrowanych wiadomości oraz niezwykłych nagród. To wszystko może odciągnąć uwagę bohaterki od domowych problemów: jej mąż znalazł pocieszenie w ramionach agresywnej prawniczki, właścicielki kamienicy. Powoli odsłania się prawdziwy spisek. Narrację z przeszłości zapewnia Jan Kanty Rosa, niemowa i służący, który potrafi obserwować i wyciągać wnioski. Jan Kanty jest świadkiem dramatycznych narodzin Olchy Jaworowskiej – i później towarzyszy dorastającej pannie w kolejnych burzliwych wydarzeniach. Może ją ratować z opresji, może poznawać najskrytsze lęki. Olcha Jaworowska dostarcza wielu emocji – nie tylko postronnemu obserwatorowi.
I w całej intrydze kryminalnej postacie historyczne funkcjonują bardzo dyskretnie – istnieją, mają swoje plany i działają, by – na przykład – umożliwić kobietom dostęp do nauki. Nikt z bohaterów nie ma wątpliwości, że kształcenie przedstawicielek płci pięknej jest potrzebne. A i same rezolutne panny udowadniają, że nieobce jest im logiczne myślenie i że mogą się przydać w rozwijaniu wiedzy. Uniwersyteckie dokumenty oraz opowieść założycielska to niezbędne tło. Joanna Jodełka sięga natomiast po akcję sensacyjną i dylematy obyczajowe – żeby przyciągnąć uwagę szerokiego grona odbiorców. Wybranymi wątkami zaintryguje czytelników – umożliwi im śledzenie perypetii sercowych, ale także bezwzględnej walki o „skarb”. To powieść w starym stylu – i historia, która może wciągnąć przez udane proporcje, pomysł na fabułę i odwagę w proponowaniu zachowań bohaterów. Joanna Jodełka nie daje po sobie poznać, że oto tworzy książkę okolicznościową i na zamówienie – w temacie znalazła niezłą inspirację i doprowadziła do tego, że za sprawą fabuły ta powieść zapadnie w pamięć.
Za indeksem
Joanna Jodełka otrzymała propozycję stworzenia kryminału okolicznościowego z okazji setnej rocznicy powstania Uniwersytetu Poznańskiego. I o ile przeważnie tego typu inicjatywy są efemerydami i na rynku funkcjonują w charakterze niszowych ciekawostek, o tyle tom z podtytułem gatunkowym „Romans kryminalny” ma szansę nie tylko utrzymać się dłużej, ale jeszcze – zaangażować czytelników. Opowieść biegnie tu dwoma torami i zdarza się, że autorka stara się ją zaplatać: jeśli jakiś rekwizyt, emocja albo refleksja pojawi się w jednym miejscu, może powrócić po upływie wieku, w zupełnie innych okolicznościach. To rozwiązanie – zalecane na kursach kreatywnego pisania – ma pewną wadę, która w „Rektorskim czeku” wychodzi na jaw: zbiegają się – niestety – punkty kulminacyjne dwóch historii i jeżeli na początku dość długo trzeba czekać na jakieś sensacyjne motywy, później ma się ich w nadmiarze – i to w różnych czasach. Jednak relacja dotyczy teraźniejszości. Karolina Rosada, która pracuje w archiwum uniwersyteckim, dowiaduje się, że jej sąsiadka jest w posiadaniu cennych dokumentów z historii uczelni. Dowiaduje się w dość dramatycznych okolicznościach: znajduje staruszkę w jej mieszkaniu, z rozbitą głową. „Babcia”, jak zacznie być nazywana pani Apolonia, trafia do szpitala i snuje rozmaite teorie spiskowe, a Karolina próbuje przekonać kobietę, że najlepiej zaopiekuje się starymi indeksami. Zadanie utrudniają jej oskarżenia to wysuwane, to odwoływane przez sąsiadkę. Za dobre intencje Karolina przeżywa cały szereg upokorzeń. Jednocześnie też Apolonia wciąga ją w grę pełną zaszyfrowanych wiadomości oraz niezwykłych nagród. To wszystko może odciągnąć uwagę bohaterki od domowych problemów: jej mąż znalazł pocieszenie w ramionach agresywnej prawniczki, właścicielki kamienicy. Powoli odsłania się prawdziwy spisek. Narrację z przeszłości zapewnia Jan Kanty Rosa, niemowa i służący, który potrafi obserwować i wyciągać wnioski. Jan Kanty jest świadkiem dramatycznych narodzin Olchy Jaworowskiej – i później towarzyszy dorastającej pannie w kolejnych burzliwych wydarzeniach. Może ją ratować z opresji, może poznawać najskrytsze lęki. Olcha Jaworowska dostarcza wielu emocji – nie tylko postronnemu obserwatorowi.
I w całej intrydze kryminalnej postacie historyczne funkcjonują bardzo dyskretnie – istnieją, mają swoje plany i działają, by – na przykład – umożliwić kobietom dostęp do nauki. Nikt z bohaterów nie ma wątpliwości, że kształcenie przedstawicielek płci pięknej jest potrzebne. A i same rezolutne panny udowadniają, że nieobce jest im logiczne myślenie i że mogą się przydać w rozwijaniu wiedzy. Uniwersyteckie dokumenty oraz opowieść założycielska to niezbędne tło. Joanna Jodełka sięga natomiast po akcję sensacyjną i dylematy obyczajowe – żeby przyciągnąć uwagę szerokiego grona odbiorców. Wybranymi wątkami zaintryguje czytelników – umożliwi im śledzenie perypetii sercowych, ale także bezwzględnej walki o „skarb”. To powieść w starym stylu – i historia, która może wciągnąć przez udane proporcje, pomysł na fabułę i odwagę w proponowaniu zachowań bohaterów. Joanna Jodełka nie daje po sobie poznać, że oto tworzy książkę okolicznościową i na zamówienie – w temacie znalazła niezłą inspirację i doprowadziła do tego, że za sprawą fabuły ta powieść zapadnie w pamięć.
Katarzyna Kołowska: Feluś i Gucio wiedzą, jak się zachować
Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.
Kodeks przedszkolaka
W tej kwestii Katarzyna Kozłowska podąża utartymi szlakami, nie sili się na wymyślanie nowych rozwiązań i szukanie argumentów, które trafią do przekonania kilkulatkom. Wspomaga rodziców i wychowawców w przekazywaniu ważnych treści, odrzuca jednak chwyty fabularne i wszelkie omówienia. Podsuwa małym odbiorcom zestaw prostych wskazówek i poleceń. Korzysta z motywu „magicznych słów”, żeby wzbudzić zainteresowanie zwrotami grzecznościowymi i wprowadza kodeks przedszkolaka, zbiór zasad, którymi każdy maluch powinien się kierować. W samą porę: Feluś i Gucio są już w przedszkolu i muszą pojąć reguły rządzące w każdej społeczności. Lektura tomu „Feluś i Gucio wiedzą, jak się zachować” będzie zatem polegać na utrwalaniu właściwych wzorców zachowań. Pozwoli też na uruchomienie wyobraźni, bo od czasu do czasu pada kierowane do maskotki – więc też i do każdego dziecka – pytanie, co by było, gdyby nikt nie przestrzegał przedstawionych zasad. Wystarczy się nad tym zastanowić, żeby dojść do właściwych wniosków. Problem jest tylko jeden: chociaż trudno odmówić autorce słuszności, nie wszyscy zachowują się dobrze, nawet w najbliższym otoczeniu przedszkolaka znajdą się „buntownicy”, którzy łatwo udowodnią, że ciekawiej jest broić i siać zamęt. W tej namiastce historyjki wszyscy są grzeczni, wiedzą, co należy zrobić i w jakich okolicznościach, jeszcze mają do tego pojęcie o pomaganiu innym (kiedy na przykład jakieś dziecko jest smutne). W wyidealizowanym świecie króluje uprzejmość. Wszyscy uczą się pozdrawiać na powitanie, mówić „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam” (tu dodatkowy argument: można w ten sposób uniknąć gniewu pani!), przy obiedzie nie grymasić tylko chętnie próbować nowych potraw (bohater czasami się zapomina i „kładzie na stole”, ale z kolei kiedy nauczy się zachowania przy posiłkach, to w nagrodę zostanie przez rodziców zabrany do restauracji – warto zatem się postarać). Do tego pojawiają się wskazówki, że przy zabawie trzeba czekać na swoją kolej na przykład jeśli chodzi o korzystanie ze zjeżdżalni. Kiedy ktoś jest smutny, warto go pocieszyć. Autorka podpowiada też, dlaczego nie wolno się przekrzykiwać., tylko mówić cicho. Często odwołuje się do wyobraźni dzieci i pozwala im na samodzielne dochodzenie do wniosków, dlaczego trzeba kierować się zbiorem zasad. Obserwowanie Felusia i Gucia przy codziennych czynnościach to sposób na utrwalenie wiadomości z zakresu kultury osobistej. Tomik jest kartonowy, ale całkiem spora ilość tekstu (i nakierowanie na przedszkolaki jako odbiorców) sprawi, że czytelnicy będą analizować postawy bohaterów razem z rodzicami. Katarzyna Kozłowska stawia na rzeczowe, konkretne komentarze i powagę, traktuje małych odbiorców tak, żeby chcieli sami wcielać w życie kolejne wskazówki. Ta publikacja wspomaga proces edukacji, ale też dzięki temu, że jest bogato ilustrowana, sprawia, że dzieci nie nudzą się przy śledzeniu ważnych przesłań. To kolejna propozycja znakomicie przygotowana pod kątem merytorycznym, ale i samego wykonania. Napisana z myślą o dzieciach – i w pełni realizująca założenia wychowawcze.
Kodeks przedszkolaka
W tej kwestii Katarzyna Kozłowska podąża utartymi szlakami, nie sili się na wymyślanie nowych rozwiązań i szukanie argumentów, które trafią do przekonania kilkulatkom. Wspomaga rodziców i wychowawców w przekazywaniu ważnych treści, odrzuca jednak chwyty fabularne i wszelkie omówienia. Podsuwa małym odbiorcom zestaw prostych wskazówek i poleceń. Korzysta z motywu „magicznych słów”, żeby wzbudzić zainteresowanie zwrotami grzecznościowymi i wprowadza kodeks przedszkolaka, zbiór zasad, którymi każdy maluch powinien się kierować. W samą porę: Feluś i Gucio są już w przedszkolu i muszą pojąć reguły rządzące w każdej społeczności. Lektura tomu „Feluś i Gucio wiedzą, jak się zachować” będzie zatem polegać na utrwalaniu właściwych wzorców zachowań. Pozwoli też na uruchomienie wyobraźni, bo od czasu do czasu pada kierowane do maskotki – więc też i do każdego dziecka – pytanie, co by było, gdyby nikt nie przestrzegał przedstawionych zasad. Wystarczy się nad tym zastanowić, żeby dojść do właściwych wniosków. Problem jest tylko jeden: chociaż trudno odmówić autorce słuszności, nie wszyscy zachowują się dobrze, nawet w najbliższym otoczeniu przedszkolaka znajdą się „buntownicy”, którzy łatwo udowodnią, że ciekawiej jest broić i siać zamęt. W tej namiastce historyjki wszyscy są grzeczni, wiedzą, co należy zrobić i w jakich okolicznościach, jeszcze mają do tego pojęcie o pomaganiu innym (kiedy na przykład jakieś dziecko jest smutne). W wyidealizowanym świecie króluje uprzejmość. Wszyscy uczą się pozdrawiać na powitanie, mówić „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam” (tu dodatkowy argument: można w ten sposób uniknąć gniewu pani!), przy obiedzie nie grymasić tylko chętnie próbować nowych potraw (bohater czasami się zapomina i „kładzie na stole”, ale z kolei kiedy nauczy się zachowania przy posiłkach, to w nagrodę zostanie przez rodziców zabrany do restauracji – warto zatem się postarać). Do tego pojawiają się wskazówki, że przy zabawie trzeba czekać na swoją kolej na przykład jeśli chodzi o korzystanie ze zjeżdżalni. Kiedy ktoś jest smutny, warto go pocieszyć. Autorka podpowiada też, dlaczego nie wolno się przekrzykiwać., tylko mówić cicho. Często odwołuje się do wyobraźni dzieci i pozwala im na samodzielne dochodzenie do wniosków, dlaczego trzeba kierować się zbiorem zasad. Obserwowanie Felusia i Gucia przy codziennych czynnościach to sposób na utrwalenie wiadomości z zakresu kultury osobistej. Tomik jest kartonowy, ale całkiem spora ilość tekstu (i nakierowanie na przedszkolaki jako odbiorców) sprawi, że czytelnicy będą analizować postawy bohaterów razem z rodzicami. Katarzyna Kozłowska stawia na rzeczowe, konkretne komentarze i powagę, traktuje małych odbiorców tak, żeby chcieli sami wcielać w życie kolejne wskazówki. Ta publikacja wspomaga proces edukacji, ale też dzięki temu, że jest bogato ilustrowana, sprawia, że dzieci nie nudzą się przy śledzeniu ważnych przesłań. To kolejna propozycja znakomicie przygotowana pod kątem merytorycznym, ale i samego wykonania. Napisana z myślą o dzieciach – i w pełni realizująca założenia wychowawcze.
sobota, 8 czerwca 2019
Robert H. Frank: Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy, czyli ekonomia bez tajemnic
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
Ciekawostki ekonomiczne
Trudno wzbudzić zainteresowanie ekonomią u tych odbiorców, którzy standardowo od tematu stronią – a jednak Robert H. Frank uznawany jest za znakomitego popularyzatora motywów ekonomicznych. To autor, który podczas wykładów dla studentów przekonał się, że musi sięgać po wiadomości bliskie zwykłego życia i obrazowe przykłady, żeby w ogóle móc wprowadzać podstawowe pojęcia. Tłumaczenie ekonomii przez zjawiska i sytuacje socjologiczne to rozwiązanie atrakcyjne na tyle, że można z niego stworzyć cały program zajęć, a i książkę. Tom „Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy” jest zestawem krótkich komentarzy, ale najpierw – szeregu odpowiednich pytań, z których część oparta jest na życiowych paradoksach, część zaczerpnięta z żartów, a część pochodzi z prób dziwienia się codzienności. Frank wykorzystuje tutaj przede wszystkim pomysły swoich studentów. Ich zadanie polegało na znalezieniu sobie intrygującego pytania – z dowolnego obszaru codziennego życia – a następnie na stworzeniu wyjaśnienia z kilkuset słów, zrozumiałego dla laika w dziedzinie ekonomii, bez odwoływania się do wykresów i terminów fachowych. Okazuje się z reguły, że to, co rozśmiesza już na poziomie pierwszej wątpliwości, daje się rzeczowo wytłumaczyć, scharakteryzować i sugeruje kolejne motywacje czy płaszczyzny rozwiązań, powody działania albo przyczyny zjawisk. Nawet jednak, gdyby takie sensowne oceny się nie pojawiły, sam przykład dostarczy nieco wiedzy. Oczywiście autor nie może zaproponować czytelnikom studenckich rozprawek (tylko dwie przywołuje w oryginalnym brzmieniu i mimo trafności spostrzeżeń są one dowodem na charakterystyczny styl zadań domowych – bez zacięcia literackiego czy gawędziarskiego niezbędnego po prostu w takiej książce). W efekcie Frank pisze wszystkie prace na nowo, „inspirując się” przygotowanymi przez studentów esejami, zbiera natomiast celne pytania – opracowuje je tak, jak powinny wyglądać, żeby intrygowały odbiorców. Zgromadzone zagadnienia sugerują tom w stylu zbiorów ciekawostek – chaos oczywisty w takiej sytuacji próbuje autor trochę opanować za sprawą rozdziałów powiązanych – jednak – ekonomicznymi pojęciami. Pojawia się najpierw krótkie wyjaśnienie – omówienie motywów, które są niezbędne do zrozumienia tłumaczeń, pojęć podstawowych – tych, które oddalają konieczność zawiłych i powtarzanych ustaleń. Następnie odbiorcy uzyskują zestaw pytań jak z zasobów satyryków – komizm jest jednym z podstawowych powodów lektury. Przy okazji można jednak trochę zapoznać się z rozwiązaniami ekonomistów – albo wyczulić na codzienne „dziwności”, rozglądać się uważnie, żeby wykryć kolejne, własne inspiracje do następnych pytań. Co ciekawe, nie zawsze da się uzyskać satysfakcjonujące i wyczerpujące wyjaśnienie i nie zawsze też autor jest pewny trafności przypuszczeń. Zdarza się i tak, że pewny jest – ale nie przekona do siebie odbiorców jakimś wyjaśnieniem. Jednak sam motyw zaprzęgania ekonomii do wyjaśniania zwykłych zjawisk staje się dobrym krokiem w popularyzowaniu tej dziedziny wiedzy. Trochę jest ta książka kulturowym przeglądem (niektóre pytania wiążą się ze spostrzeżeniami imigrantów lub tych, którzy lubią zwiedzać świat), a trochę – popisem naukowym. Przynosi szereg ciekawostek i zrealizowana jest w publicystyczno-satyrycznym stylu, a to przypadnie do gustu czytelnikom.
Ciekawostki ekonomiczne
Trudno wzbudzić zainteresowanie ekonomią u tych odbiorców, którzy standardowo od tematu stronią – a jednak Robert H. Frank uznawany jest za znakomitego popularyzatora motywów ekonomicznych. To autor, który podczas wykładów dla studentów przekonał się, że musi sięgać po wiadomości bliskie zwykłego życia i obrazowe przykłady, żeby w ogóle móc wprowadzać podstawowe pojęcia. Tłumaczenie ekonomii przez zjawiska i sytuacje socjologiczne to rozwiązanie atrakcyjne na tyle, że można z niego stworzyć cały program zajęć, a i książkę. Tom „Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy” jest zestawem krótkich komentarzy, ale najpierw – szeregu odpowiednich pytań, z których część oparta jest na życiowych paradoksach, część zaczerpnięta z żartów, a część pochodzi z prób dziwienia się codzienności. Frank wykorzystuje tutaj przede wszystkim pomysły swoich studentów. Ich zadanie polegało na znalezieniu sobie intrygującego pytania – z dowolnego obszaru codziennego życia – a następnie na stworzeniu wyjaśnienia z kilkuset słów, zrozumiałego dla laika w dziedzinie ekonomii, bez odwoływania się do wykresów i terminów fachowych. Okazuje się z reguły, że to, co rozśmiesza już na poziomie pierwszej wątpliwości, daje się rzeczowo wytłumaczyć, scharakteryzować i sugeruje kolejne motywacje czy płaszczyzny rozwiązań, powody działania albo przyczyny zjawisk. Nawet jednak, gdyby takie sensowne oceny się nie pojawiły, sam przykład dostarczy nieco wiedzy. Oczywiście autor nie może zaproponować czytelnikom studenckich rozprawek (tylko dwie przywołuje w oryginalnym brzmieniu i mimo trafności spostrzeżeń są one dowodem na charakterystyczny styl zadań domowych – bez zacięcia literackiego czy gawędziarskiego niezbędnego po prostu w takiej książce). W efekcie Frank pisze wszystkie prace na nowo, „inspirując się” przygotowanymi przez studentów esejami, zbiera natomiast celne pytania – opracowuje je tak, jak powinny wyglądać, żeby intrygowały odbiorców. Zgromadzone zagadnienia sugerują tom w stylu zbiorów ciekawostek – chaos oczywisty w takiej sytuacji próbuje autor trochę opanować za sprawą rozdziałów powiązanych – jednak – ekonomicznymi pojęciami. Pojawia się najpierw krótkie wyjaśnienie – omówienie motywów, które są niezbędne do zrozumienia tłumaczeń, pojęć podstawowych – tych, które oddalają konieczność zawiłych i powtarzanych ustaleń. Następnie odbiorcy uzyskują zestaw pytań jak z zasobów satyryków – komizm jest jednym z podstawowych powodów lektury. Przy okazji można jednak trochę zapoznać się z rozwiązaniami ekonomistów – albo wyczulić na codzienne „dziwności”, rozglądać się uważnie, żeby wykryć kolejne, własne inspiracje do następnych pytań. Co ciekawe, nie zawsze da się uzyskać satysfakcjonujące i wyczerpujące wyjaśnienie i nie zawsze też autor jest pewny trafności przypuszczeń. Zdarza się i tak, że pewny jest – ale nie przekona do siebie odbiorców jakimś wyjaśnieniem. Jednak sam motyw zaprzęgania ekonomii do wyjaśniania zwykłych zjawisk staje się dobrym krokiem w popularyzowaniu tej dziedziny wiedzy. Trochę jest ta książka kulturowym przeglądem (niektóre pytania wiążą się ze spostrzeżeniami imigrantów lub tych, którzy lubią zwiedzać świat), a trochę – popisem naukowym. Przynosi szereg ciekawostek i zrealizowana jest w publicystyczno-satyrycznym stylu, a to przypadnie do gustu czytelnikom.
piątek, 7 czerwca 2019
Manuela Gretkowska, Patrycja Pustkowiak: Trudno z miłości się podnieść
Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.
Kontrowersje
Jest to wywiad drapieżny, bezkompromisowy, momentami w ogóle prowokacyjny, ale gdyby było inaczej, czytelnicy Manueli Gretkowskiej poczuliby się rozczarowani. Hasło w blurbie – „raczej nie dla katolików” – też zrobi swoje, przynajmniej odrobinę może dołożyć się do medialnego szumu. Na dłuższą metę taki styl byłby trudny do wytrzymania, ale przypadkowych odbiorców można tu wykluczyć, a stali w pewnym stopniu uodpornili się na zadziorność pisarki. Patrycja Pustkowiak namawia bohaterkę tomu na zwierzenia z różnych sfer życia. Tytuł „Trudno z miłości się podnieść” sugeruje rozmowę o związkach – o damsko-męskich relacjach przecież ma autorka sporo do powiedzenia, nie tylko z perspektywy feministycznej: zahacza całkiem często i o twórczość, do której mężczyźni jej życia dostawali kartę wstępu. Rozważania na temat bycia razem wzbogaca Gretkowska o obraz samego macierzyństwa – nieplanowanego, ale również inspirującego w ramach dzieł. Samego pisania, czyli refleksji autotematycznych, trochę się tu znajdzie, co w żaden sposób zaskoczeń nie przyniesie. Jednak Patrycja Pustkowiak większą wagę przywiązuje do pisarskiej otoczki, kontekstu tworzenia, uczuć autorki, rekomendacji Miłosza – niż do motywów warsztatowych. Wie dobrze – tak samo dobrze jak Gretkowska – że smaczki z życia znacznie lepiej się sprzedają, przyciągną więcej czytelników niż refleksje nad sensem pisania. Nie może w tomie zabraknąć zagadnień choćby w założeniu kontrowersyjnych lub medialnych: to między innymi kwestia seksu i zdrady, układania sobie z kimś życia po przejściach, ale też środków stymulujących umysł jako alternatywy dla narkotyków. Gretkowska wspomina mamę pracującą na oddziale psychiatrycznym – ale też całkiem często odwołuje się do własnego „niezrównoważenia” i przedstawia siebie jako postać o rozchwianej osobowości, artystkę, która miewa huśtawki nastrojów czy przesadzone reakcje. Zdaje sobie sprawę z tego, że to może być uciążliwe dla bliskich – i o tym też pisze. Poza tym będzie tu mowa i o psychoterapii, i o tarocie, o wymarzonym domu i o wyproszonej (u Boga?) menopauzie. Manuela Gretkowska będzie szokować i wyśmiewać, będzie głośno wyrażać swoje poglądy, nie bacząc na to, że może kogoś tym zirytować (czasem chyba wręcz ma na to nadzieję), a Patrycja Pustkowiak niby próbuje tamować to, co wypada najbardziej napastliwie – ale niespecjalnie się do tego przykłada, pozwala się bohaterce wygadać (czy też wypisać, bo obecność emotek sugeruje taki rodzaj kontaktu).
Dużo miejsca Manuela Gretkowska poświęca sprawom osobistym, pozwala czytelnikom jeszcze lepiej poznać Piotra i Polę, przedstawia swoje uwagi na ich temat, umożliwia zatem poznanie siebie od strony prywatnej. Ale znajdzie miejsce i na opowieści o pomyśle na partię. Książkę „Trudno z miłości się podnieść” zamyka w ogóle cykl felietonów – mocno prowokacyjnych i zaangażowanych, do tego stopnia, że sprawy publicystyczne przeważają w nich nad rozrywką i uniwersalnością. Łatwiej jednak czytelnikom będzie śledzić poglądy autorki w kolejnych tematyzowanych rozmowach niż w tych całostkowych wypowiedziach. Manuela Gretkowska ma sporo do przekazania i niezależnie od tego, czy ktoś się z nią zgodzi, czy też nie, lektura tego wywiadu-rzeki nie będzie czasem straconym.
Kontrowersje
Jest to wywiad drapieżny, bezkompromisowy, momentami w ogóle prowokacyjny, ale gdyby było inaczej, czytelnicy Manueli Gretkowskiej poczuliby się rozczarowani. Hasło w blurbie – „raczej nie dla katolików” – też zrobi swoje, przynajmniej odrobinę może dołożyć się do medialnego szumu. Na dłuższą metę taki styl byłby trudny do wytrzymania, ale przypadkowych odbiorców można tu wykluczyć, a stali w pewnym stopniu uodpornili się na zadziorność pisarki. Patrycja Pustkowiak namawia bohaterkę tomu na zwierzenia z różnych sfer życia. Tytuł „Trudno z miłości się podnieść” sugeruje rozmowę o związkach – o damsko-męskich relacjach przecież ma autorka sporo do powiedzenia, nie tylko z perspektywy feministycznej: zahacza całkiem często i o twórczość, do której mężczyźni jej życia dostawali kartę wstępu. Rozważania na temat bycia razem wzbogaca Gretkowska o obraz samego macierzyństwa – nieplanowanego, ale również inspirującego w ramach dzieł. Samego pisania, czyli refleksji autotematycznych, trochę się tu znajdzie, co w żaden sposób zaskoczeń nie przyniesie. Jednak Patrycja Pustkowiak większą wagę przywiązuje do pisarskiej otoczki, kontekstu tworzenia, uczuć autorki, rekomendacji Miłosza – niż do motywów warsztatowych. Wie dobrze – tak samo dobrze jak Gretkowska – że smaczki z życia znacznie lepiej się sprzedają, przyciągną więcej czytelników niż refleksje nad sensem pisania. Nie może w tomie zabraknąć zagadnień choćby w założeniu kontrowersyjnych lub medialnych: to między innymi kwestia seksu i zdrady, układania sobie z kimś życia po przejściach, ale też środków stymulujących umysł jako alternatywy dla narkotyków. Gretkowska wspomina mamę pracującą na oddziale psychiatrycznym – ale też całkiem często odwołuje się do własnego „niezrównoważenia” i przedstawia siebie jako postać o rozchwianej osobowości, artystkę, która miewa huśtawki nastrojów czy przesadzone reakcje. Zdaje sobie sprawę z tego, że to może być uciążliwe dla bliskich – i o tym też pisze. Poza tym będzie tu mowa i o psychoterapii, i o tarocie, o wymarzonym domu i o wyproszonej (u Boga?) menopauzie. Manuela Gretkowska będzie szokować i wyśmiewać, będzie głośno wyrażać swoje poglądy, nie bacząc na to, że może kogoś tym zirytować (czasem chyba wręcz ma na to nadzieję), a Patrycja Pustkowiak niby próbuje tamować to, co wypada najbardziej napastliwie – ale niespecjalnie się do tego przykłada, pozwala się bohaterce wygadać (czy też wypisać, bo obecność emotek sugeruje taki rodzaj kontaktu).
Dużo miejsca Manuela Gretkowska poświęca sprawom osobistym, pozwala czytelnikom jeszcze lepiej poznać Piotra i Polę, przedstawia swoje uwagi na ich temat, umożliwia zatem poznanie siebie od strony prywatnej. Ale znajdzie miejsce i na opowieści o pomyśle na partię. Książkę „Trudno z miłości się podnieść” zamyka w ogóle cykl felietonów – mocno prowokacyjnych i zaangażowanych, do tego stopnia, że sprawy publicystyczne przeważają w nich nad rozrywką i uniwersalnością. Łatwiej jednak czytelnikom będzie śledzić poglądy autorki w kolejnych tematyzowanych rozmowach niż w tych całostkowych wypowiedziach. Manuela Gretkowska ma sporo do przekazania i niezależnie od tego, czy ktoś się z nią zgodzi, czy też nie, lektura tego wywiadu-rzeki nie będzie czasem straconym.
czwartek, 6 czerwca 2019
Marnie Fogg: Przewodnik po modzie współczesnej. Dlaczego w takim stroju można się pokazać
Arkady, Warszawa 2018.
Podpowiedzi i przeglądy
Nawet jeśli ktoś nie interesuje się modą, po tak przygotowany kieszonkowy album sięgnąć może z przyjemnością i z zaciekawieniem. Zwłaszcza że przemiany z wybiegów łączą się tutaj z przemianami obyczajowymi, a wszystko razem zamienia się z projektów ubrań w manifestacje artystyczne. Marnie Fogg układa tom z charakterystycznych lub wyrazistych motywów, przygląda się propozycjom przełomowym albo uwzględniającym charakter epoki (monokini). Jednak odbiorców kusi nie słowami, a w pierwszej kolejności – zdjęciami. „Przewodnik po modzie współczesnej” to książka do oglądania – i to do oglądania z przyjemnością. Żeby nie była zwykłym chronologicznym przeglądem, Fogg decyduje się na podział tematyczny. Wprowadza pięć wielkich części, w których motywy wiodące to fantazja, przeniesienie, prowokacja, objętość i zniekształcenie. Traktuje zatem projekty jako dzieła do zinterpretowania, układa je według zrozumiałego dla odbiorców klucza (nawigację inną niż proponowana umożliwia indeks). Opowiada o projektach, projektantach i roli samych ubrań, najpierw jednak przyciąga wzrok zdjęciem. Przeważnie to fotografie z pokazów (chociaż zdarzają się też prezentacje na marginesach, one nie robią takiego silnego wrażenia), niekiedy – unikatowe (gdy strój ulegał zniszczeniu jeszcze na wybiegu). Zdjęcie zajmuje sporą część rozkładówki i stanowi magnes dla czytelników. Do zdjęcia dodany zostaje dość duży opis. Tu jest czas i miejsce na opowiedzenie o koncepcji projektanta, o materiałach, z jakich ubranie zostało wykonanie, o ewentualnym wpływie na popularne kreacje i kolejnych projektantów, o przełomowym charakterze, o wymowie społecznej danego projektu (jeśli wiąże się on z eksponowaniem poglądów artysty albo z opowiedzeniem się za konkretną ideą). To opis przygotowany dla laików, komentarz, który pozwoli zorientować się w przemianach ze świata mody, zyskać szybki podgląd tego, co na wybiegach ciekawe. Żeby zdynamizować zestaw zdjęcie i opis dokłada się do tych rozkładówek a to ramki z wyrazistymi cytatami – wypowiedziami projektantów (niestety bez źródła), a to nawiązania do innych strojów i projektów inspirowanych omawianym dziełem (tu trzeba będzie skorzystać z internetu, potraktować wiadomość jako odnośnik i samodzielnie prowadzić dalsze poszukiwania: tom zamienia się w rzeczywisty przewodnik).
Można kartkować tę książkę w poszukiwaniu inspiracji i w chęci podziwiania wyobraźni projektantów, można też cieszyć się nieprzystawalnością propozycji z wybiegów do zwykłego życia. Moda przedstawiona w taki sposób funkcjonuje jako dzieło sztuki i element obyczajowości – to bardzo poszerza krąg odbiorców. Niewielka książka jest bardzo zgrabna, dla czytelników wartościowa i atrakcyjna urozmaicana na różne sposoby. To miła lektura, można się z niej sporo dowiedzieć. Moda spychana często na margines zainteresowań, wzgardzona lub ignorowana tutaj jawi się jako wskaźnik nastrojów społecznych, ale też jako rodzaj sztuki. Są tu nie tylko dziwne projekty nie do stosowania i noszenia na co dzień – bo i propozycje doskonale pod względem użytkowym przemyślane. Można sprawdzić, co po latach okazuje się najważniejsze. Marnie Fogg tworzy zainteresowanie tematem mody nawet wśród odbiorców, którzy trzymają się z daleka od wybiegów.
Podpowiedzi i przeglądy
Nawet jeśli ktoś nie interesuje się modą, po tak przygotowany kieszonkowy album sięgnąć może z przyjemnością i z zaciekawieniem. Zwłaszcza że przemiany z wybiegów łączą się tutaj z przemianami obyczajowymi, a wszystko razem zamienia się z projektów ubrań w manifestacje artystyczne. Marnie Fogg układa tom z charakterystycznych lub wyrazistych motywów, przygląda się propozycjom przełomowym albo uwzględniającym charakter epoki (monokini). Jednak odbiorców kusi nie słowami, a w pierwszej kolejności – zdjęciami. „Przewodnik po modzie współczesnej” to książka do oglądania – i to do oglądania z przyjemnością. Żeby nie była zwykłym chronologicznym przeglądem, Fogg decyduje się na podział tematyczny. Wprowadza pięć wielkich części, w których motywy wiodące to fantazja, przeniesienie, prowokacja, objętość i zniekształcenie. Traktuje zatem projekty jako dzieła do zinterpretowania, układa je według zrozumiałego dla odbiorców klucza (nawigację inną niż proponowana umożliwia indeks). Opowiada o projektach, projektantach i roli samych ubrań, najpierw jednak przyciąga wzrok zdjęciem. Przeważnie to fotografie z pokazów (chociaż zdarzają się też prezentacje na marginesach, one nie robią takiego silnego wrażenia), niekiedy – unikatowe (gdy strój ulegał zniszczeniu jeszcze na wybiegu). Zdjęcie zajmuje sporą część rozkładówki i stanowi magnes dla czytelników. Do zdjęcia dodany zostaje dość duży opis. Tu jest czas i miejsce na opowiedzenie o koncepcji projektanta, o materiałach, z jakich ubranie zostało wykonanie, o ewentualnym wpływie na popularne kreacje i kolejnych projektantów, o przełomowym charakterze, o wymowie społecznej danego projektu (jeśli wiąże się on z eksponowaniem poglądów artysty albo z opowiedzeniem się za konkretną ideą). To opis przygotowany dla laików, komentarz, który pozwoli zorientować się w przemianach ze świata mody, zyskać szybki podgląd tego, co na wybiegach ciekawe. Żeby zdynamizować zestaw zdjęcie i opis dokłada się do tych rozkładówek a to ramki z wyrazistymi cytatami – wypowiedziami projektantów (niestety bez źródła), a to nawiązania do innych strojów i projektów inspirowanych omawianym dziełem (tu trzeba będzie skorzystać z internetu, potraktować wiadomość jako odnośnik i samodzielnie prowadzić dalsze poszukiwania: tom zamienia się w rzeczywisty przewodnik).
Można kartkować tę książkę w poszukiwaniu inspiracji i w chęci podziwiania wyobraźni projektantów, można też cieszyć się nieprzystawalnością propozycji z wybiegów do zwykłego życia. Moda przedstawiona w taki sposób funkcjonuje jako dzieło sztuki i element obyczajowości – to bardzo poszerza krąg odbiorców. Niewielka książka jest bardzo zgrabna, dla czytelników wartościowa i atrakcyjna urozmaicana na różne sposoby. To miła lektura, można się z niej sporo dowiedzieć. Moda spychana często na margines zainteresowań, wzgardzona lub ignorowana tutaj jawi się jako wskaźnik nastrojów społecznych, ale też jako rodzaj sztuki. Są tu nie tylko dziwne projekty nie do stosowania i noszenia na co dzień – bo i propozycje doskonale pod względem użytkowym przemyślane. Można sprawdzić, co po latach okazuje się najważniejsze. Marnie Fogg tworzy zainteresowanie tematem mody nawet wśród odbiorców, którzy trzymają się z daleka od wybiegów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






