Iskry, Warszawa 2018.
Antidotum na bylejakość
W autobiografiach ostatnimi laty pojawia się pewien sprawdzony, choć trochę już nużący schemat oparty na śledzeniu historii od rodziców (ewentualnie również dziadków) po własne, szczegółowo i po kolei prezentowane losy. To wymaga od autorów swoistej twórczej dyscypliny – umiejętności wypełniania treścią dużych form – a od czytelników stałej koncentracji. Uniemożliwia za to właściwie operowanie punktami kulminacyjnymi czy sterowanie uwagą czytelników. Edward Pałłasz wybiera zatem – na szczęście – zupełnie inny sposób opowiadania o przeszłości. W „Na własną nutę” rządzą przedmioty, drobiazgi wywołujące wspomnienia lub detale ważne z jakiegoś powodu dla autora (i tylko dla niego). Te drobiazgi rozwijają się następnie w zajmującą cały rozdział opowieść – wycinek życia twórcy tomu. Z drobnych opowieści składa się autobiografia – może nieco momentami fragmentaryczna, ale za to przez cały czas bardzo interesująca i oryginalna w samym brzmieniu. Edward Pałłasz nie musi bowiem odhaczać kolejnych elementów obowiązkowych swojego życiorysu. Przedstawia za to wspomnienia ze swadą i w pięknym stylu.
Chociaż dawniej taki sposób prowadzenia relacji, na jaki Edward Pałłasz się decyduje, nikogo nie dziwił, obecnie należy do rzadkości. To literacka polszczyzna z rozmaitymi smaczkami, noszącymi dzisiaj czasem niemal piętno anachronizmów, ale bardzo wzbogacającymi narracje. Znajdzie się tu miejsce i na erudycyjne popisy, i na poszukiwanie humoru, i na cały wachlarz emocji – doświadczeń zawodowych oraz dwóch udanych małżeństw. Pałłasz nie musi zastanawiać się nad kreowaniem swojego wizerunku, może postawić na szczerość, ujmie czytelników przede wszystkim jakością tych zapisków. Tu na dalszy ciąg czeka się nie dlatego, że przyniesie kolejny zestaw emocjonujących wydarzeń, a dlatego, że dostarczy wrażeń estetycznych, bez względu na to, jak autor ocenia z perspektywy czasu doświadczenia i fakty. Każdy rozdział jest tu przemyślaną dobrze całostką, która następnie zamienia się we fragment układanki. Odbiorco nie pozostaje nic innego, jak tylko zanurzyć się w tych refleksjach i podziwiać sposób ujęcia nawet błahych tematów. W tym kontekście schodzi na dalszy plan życiorys: można nie być zainteresowanym biografią Edwarda Pałłasza, jego dokonaniami ani autoanalizami twórczości, a i tak czerpać przyjemność z lektury tomu. A przecież na opowieściach artysty się nie kończy, bo autor dość obszernie omawia też czasy dyrektorowania w Polskim Radiu czy ZAiKS-ie, odnotowuje swoje zawody i związane z nimi wyzwania. Wzruszająco kreśli portrety żon – Małgosi i Marysi. „Na własną nutę” to opowieść osobista, ale bez sterowania uczuciami odbiorców. Edward Pałłasz oceny pozostawia czytelnikom, nie daje natomiast powodów do narzekania na sposób ujęcia jakiegokolwiek tematu.
„Na własną nutę” to kolejna autobiografia niszowa wydana przez Iskry – i jednocześnie kolejna książka, która może zostać obsypana nagrodami. Zrealizowana bez zarzutu urzeka serdecznością, zaangażowaniem autora we wszystko, czego się podejmuje. Edward Pałłasz zapewnia odbiorcom coś więcej niż osobistą perspektywę w interpretowaniu życiowych doświadczeń. Sprawdza się jako autor imitujący klasykę, imponujący warsztatem pisarskim i świadomością wagi słowa. „Na własną nutę” to jednocześnie odważne odejście od zrygoryzowanych i uśredniających wspomnienia form. Widać, że ta książka nie powstała z przypadku czy na szybko, jest w niej znacznie więcej niż przegląd wydarzeń z życia. Spotkania ze sławami (bo i tych w publikacji nie brakuje) ozdabia Edward Pałłasz anegdotycznymi historiami. A w przedstawianiu puent jest również znakomity. Ta książka to coś w sam raz dla zmęczonych literacką bylejakością.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 4 maja 2018
czwartek, 3 maja 2018
Hiro Arikawa: Kroniki kota podróżnika
Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.
Troska
Hiro Arikawa wzrusza do łez, ale wcale nie ze względu na posługiwanie się schematami obliczonymi na zrobienie wrażenia na odbiorcach. Wzrusza, bo buduje genialną historię, potrafi ją w niebanalny sposób opowiedzieć i zaprosić do świata, który zaraz się rozpadnie – przywiązać do bohaterów i zmusić do rozstania. „Kroniki kota podróżnika” to opowieść, która zachwyci czytelników, nie tylko miłośników kotów – mimo że pisanie z perspektywy czworonoga rzadko sprawdza się w dorosłej literaturze. Tu jednak z narracją Nany łączy się zestaw wydarzeń, które dadzą odbiorcom sporo do myślenia i uświadomią, jak ważni w życiu są przyjaciele i bliscy. Nana to kot, bezdomny i przyzwyczajony do życia na ulicy. To kot-spryciarz, doskonale wie, jak wykorzystywać przechodniów, żeby zdobyć jedzenie – potrafi sobie poradzić w każdych okolicznościach i nie potrzebuje niczyjej łaski. Satoru Miyawaki z kolei świetnie rozumie koty: miał kiedyś jednego i opiekował się nim, aż do dramatycznego rozstania. W Nanie odkrywa bratnią duszę i powoli przełamuje opór zwierzęcia. Staje się dla kota kimś ważnym, bo nie narusza granic, które czworonóg wyznacza. To początek pięknej przyjaźni, która potrwa pięć lat. Bo teraz Satoru jest w momencie przełomowym swojego życia. Musi znaleźć dla Nany nowy dom. Kot na razie nie rozumie, co się dzieje, postanawia więc korzystać z uroków wspólnej podróży i poznawania bliskich Satoru – więc i pośrednio jego skomplikowanej historii.
Satoru odwiedza dawno niewidzianych przyjaciół, ożywia zatem wspomnienia z dzieciństwa i prowokuje do zwierzeń, sam również nie pozostaje dłużny, przedstawiając wyjaśnienia co bardziej intrygujących kwestii. Chociaż otwarcie nie mówi o swojej sytuacji, posługuje się enigmatycznymi zwrotami, czytelnicy zrozumieją jego determinację. Nana jest na to zbyt niedoświadczony, dopiero pewien kot rozjaśni mu istotę problemu. Póki nic nie zostało głośno powiedziane, koci bohater może skupiać się na poznawaniu nowych ludzi i jednocześnie przeszłości Satoru. Ze strzępków wspomnień odtwarza sobie jego życie i powoli zaczyna pojmować życiowe drogi i postanowienia mężczyzny. W egzystencji Satoru sporo jest tematów wartościowych i dla czytelników: to analizy prawdziwej miłości oraz przyjaźni, dla której wszystko można poświęcić, sprawdzanie poziomu przywiązania – i kwestii szczerości między bliskimi. Żeby nie było zbyt pompatycznie i ckliwie, autorka dodaje sporo humoru. Kot ma swoje kaprysy i przyzwyczajenia, z których łatwo nie zrezygnuje, uważa człowieka za gorszego od siebie, ironicznie odnosi się do jego decyzji oraz do dobrych chęci. Docenia troskę i opiekę, ale wie, że wszystko można by zrobić jeszcze lepiej, tyle że ludzie są na to za mało inteligentni. To kot decyduje, komu da się pogłaskać (a że dużo wie, może manipulować ludźmi do woli), to kot reaguje idealnie, by zdobyć to, czego akurat potrzebuje. Dla jego sprytu i wdzięku zachwyt wyczuwalny jest nawet na poziomie narracji. Obecność kota przydaje się w oswajaniu tematu śmierci – z takim kompanem bać się nie można.
Hiro Arikawa trafia na rynek z historią niby baśniową, ale robiącą olbrzymie wrażenie na czytelnikach w każdym wieku. Odwołuje się do społecznych lęków i do potrzeby posiadania przyjaciół czy powierników. Sprawia, że można pokochać i dumnego kota Nanę, i wiernego, poczciwego Satoru – już za samo to, że potrzebują siebie nawzajem. Jest ta powieść dobrze napisana, uwagę od fabuły nieco odwraca w niej ekwilibrystyka narracyjna i eksperymentowanie z czasami oraz autorami wypowiedzi – ale to wszystko stanowi tylko o niezwykłości historii.
Troska
Hiro Arikawa wzrusza do łez, ale wcale nie ze względu na posługiwanie się schematami obliczonymi na zrobienie wrażenia na odbiorcach. Wzrusza, bo buduje genialną historię, potrafi ją w niebanalny sposób opowiedzieć i zaprosić do świata, który zaraz się rozpadnie – przywiązać do bohaterów i zmusić do rozstania. „Kroniki kota podróżnika” to opowieść, która zachwyci czytelników, nie tylko miłośników kotów – mimo że pisanie z perspektywy czworonoga rzadko sprawdza się w dorosłej literaturze. Tu jednak z narracją Nany łączy się zestaw wydarzeń, które dadzą odbiorcom sporo do myślenia i uświadomią, jak ważni w życiu są przyjaciele i bliscy. Nana to kot, bezdomny i przyzwyczajony do życia na ulicy. To kot-spryciarz, doskonale wie, jak wykorzystywać przechodniów, żeby zdobyć jedzenie – potrafi sobie poradzić w każdych okolicznościach i nie potrzebuje niczyjej łaski. Satoru Miyawaki z kolei świetnie rozumie koty: miał kiedyś jednego i opiekował się nim, aż do dramatycznego rozstania. W Nanie odkrywa bratnią duszę i powoli przełamuje opór zwierzęcia. Staje się dla kota kimś ważnym, bo nie narusza granic, które czworonóg wyznacza. To początek pięknej przyjaźni, która potrwa pięć lat. Bo teraz Satoru jest w momencie przełomowym swojego życia. Musi znaleźć dla Nany nowy dom. Kot na razie nie rozumie, co się dzieje, postanawia więc korzystać z uroków wspólnej podróży i poznawania bliskich Satoru – więc i pośrednio jego skomplikowanej historii.
Satoru odwiedza dawno niewidzianych przyjaciół, ożywia zatem wspomnienia z dzieciństwa i prowokuje do zwierzeń, sam również nie pozostaje dłużny, przedstawiając wyjaśnienia co bardziej intrygujących kwestii. Chociaż otwarcie nie mówi o swojej sytuacji, posługuje się enigmatycznymi zwrotami, czytelnicy zrozumieją jego determinację. Nana jest na to zbyt niedoświadczony, dopiero pewien kot rozjaśni mu istotę problemu. Póki nic nie zostało głośno powiedziane, koci bohater może skupiać się na poznawaniu nowych ludzi i jednocześnie przeszłości Satoru. Ze strzępków wspomnień odtwarza sobie jego życie i powoli zaczyna pojmować życiowe drogi i postanowienia mężczyzny. W egzystencji Satoru sporo jest tematów wartościowych i dla czytelników: to analizy prawdziwej miłości oraz przyjaźni, dla której wszystko można poświęcić, sprawdzanie poziomu przywiązania – i kwestii szczerości między bliskimi. Żeby nie było zbyt pompatycznie i ckliwie, autorka dodaje sporo humoru. Kot ma swoje kaprysy i przyzwyczajenia, z których łatwo nie zrezygnuje, uważa człowieka za gorszego od siebie, ironicznie odnosi się do jego decyzji oraz do dobrych chęci. Docenia troskę i opiekę, ale wie, że wszystko można by zrobić jeszcze lepiej, tyle że ludzie są na to za mało inteligentni. To kot decyduje, komu da się pogłaskać (a że dużo wie, może manipulować ludźmi do woli), to kot reaguje idealnie, by zdobyć to, czego akurat potrzebuje. Dla jego sprytu i wdzięku zachwyt wyczuwalny jest nawet na poziomie narracji. Obecność kota przydaje się w oswajaniu tematu śmierci – z takim kompanem bać się nie można.
Hiro Arikawa trafia na rynek z historią niby baśniową, ale robiącą olbrzymie wrażenie na czytelnikach w każdym wieku. Odwołuje się do społecznych lęków i do potrzeby posiadania przyjaciół czy powierników. Sprawia, że można pokochać i dumnego kota Nanę, i wiernego, poczciwego Satoru – już za samo to, że potrzebują siebie nawzajem. Jest ta powieść dobrze napisana, uwagę od fabuły nieco odwraca w niej ekwilibrystyka narracyjna i eksperymentowanie z czasami oraz autorami wypowiedzi – ale to wszystko stanowi tylko o niezwykłości historii.
Alice Pantermüller: Dziennik Zuzy-Łobuzy. Pełna profeska
Jaguar, Warszawa 2018.
Zuza w rodzinie
Trochę nudzi się już Alice Pantermüller codziennością i szkolnymi doświadczeniami Zuzy oraz jej najlepszej przyjaciółki, Zośki – w związku z tym próbuje zmieniać scenerię. Wysyłała już rodzinę na wakacje, teraz proponuje indywidualne święto. Zuzy to zbytnio nie cieszy, chociaż będzie mieć nawet dzień wolny od szkoły. Wolałaby jednak spędzić czas ze swoimi przyjaciółmi niż męczyć się z kuzynem, który dawniej bardzo jej dokuczał i prawdopodobnie przez lata się nie zmienił. Zuza z rodzicami i braćmi trafia na rodzinny zjazd. Okazją jest rocznica ślubu dziadków: to szansa na spotkanie się członków rodziny rozsianych po całym świecie – jedna z ciotek przylatuje aż z Australii – i to ze swoimi córkami, z których jedna jest w wieku Zuzy.
Dziewczynka, która przeważnie zajęta jest dokazywaniem i wpadaniem w tarapaty, teraz bardzo się stresuje. Nie może pozbyć się dziwnego uczucia w żołądku. Może i nie potrafi sprecyzować własnych emocji, ale umie wskazać efekty nerwów. przejmuje się nieznanym – nie tylko spotkaniami z daleką a czasem zupełnie obcą rodziną, ale też planowanym przez dorosłych występem. Wnuki mają bowiem publicznie zaśpiewać – to ich (wymuszony) prezent dla dziadków. Zuza martwi się, jak wypadną (bracia chętnie się wygłupiają, za to nie chcą ćwiczyć). Poza tym nie wierzy w rozrywki przygotowywane przez dorosłych, zwłaszcza że tata zapowiedział podchody – a to już na nikim dzisiaj nie robi wrażenia. Jednym słowem stresuje się Zuza wszystkim, chociaż na nic nie ma wpływu. Zośka jako dobra przyjaciółka próbuje wskazywać pozytywne strony sytuacji – ale Zuza musi sama się przekonać, jak wyglądają rodzinne zjazdy.
Odrywa się zatem bohaterka od swojego stałego towarzystwa (w tym Francuza, który nie przestaje jej podrywać mimo bariery językowej, ku irytacji dziewczyny) i udaje się w podróż. Święto zorganizowane w starym zamku to dodatkowa atrakcja turystyczna, ale nie z punktu widzenia najmłodszych. Ci zainteresowani są przede wszystkim sobą. Zuza dalej boi się przemądrzałego kuzyna, ale intrygują ją kuzynki z Australii. Podczas rodzinnego zjazdu można nieoczekiwanie nawiązać nowe przyjaźnie. A już podchody przypominające grę komputerową, ale pełne przygód na żywo, to niezła nagroda za wcześniejsze nerwy, nawet jeśli rodzice i tak nie potrafią przygotować atrakcyjnego skarbu dla zaangażowanych w poszukiwania.
Autorka mało zajmuje się uroczystościami, na których chcą się pokazać dorośli – interesują ją za to relacje między małymi bohaterami. Podąża za Zuzą i jej braćmi, żeby zebrać sporo atrakcyjnych wspomnień. Skupia się na rozrywkach i kontaktach interpersonalnych, po kolei obalając wyimaginowane pokłady lęków Zuzy. A że do tego zwraca uwagę na znaczenie więzi rodzinnych – wzbogaca powieść.
„Pełna profeska” ma stałe elementy serii. To historia słowno-obrazkowa, uzupełniana jeszcze emotikonami w niemal każdym akapicie. Zuza relacjonuje własne przygody bardzo ekspresyjnie, emocje zastępują jej opisy i wyjaśnienia. Poza opowiadaniem szybkiej akcji i przeżywaniem jej na nowo Zuza zajmuje się analizą własnych uczuć. Nie ma tu więc spowalniaczy historii, wszystko rozgrywa się błyskawicznie. A przecież tom „Pełna profeska” ma większą objętość niż przeciętne opowieści w serii. Nie będzie to małym odbiorcom przeszkadzać, bo pochłonie ich zestaw nietypowych doświadczeń: w tej fabułce nawet żółw Wacek, który zazwyczaj służy jako obiekt do przewracania się o niego, odegra swoją małą rólkę.
Zuza w rodzinie
Trochę nudzi się już Alice Pantermüller codziennością i szkolnymi doświadczeniami Zuzy oraz jej najlepszej przyjaciółki, Zośki – w związku z tym próbuje zmieniać scenerię. Wysyłała już rodzinę na wakacje, teraz proponuje indywidualne święto. Zuzy to zbytnio nie cieszy, chociaż będzie mieć nawet dzień wolny od szkoły. Wolałaby jednak spędzić czas ze swoimi przyjaciółmi niż męczyć się z kuzynem, który dawniej bardzo jej dokuczał i prawdopodobnie przez lata się nie zmienił. Zuza z rodzicami i braćmi trafia na rodzinny zjazd. Okazją jest rocznica ślubu dziadków: to szansa na spotkanie się członków rodziny rozsianych po całym świecie – jedna z ciotek przylatuje aż z Australii – i to ze swoimi córkami, z których jedna jest w wieku Zuzy.
Dziewczynka, która przeważnie zajęta jest dokazywaniem i wpadaniem w tarapaty, teraz bardzo się stresuje. Nie może pozbyć się dziwnego uczucia w żołądku. Może i nie potrafi sprecyzować własnych emocji, ale umie wskazać efekty nerwów. przejmuje się nieznanym – nie tylko spotkaniami z daleką a czasem zupełnie obcą rodziną, ale też planowanym przez dorosłych występem. Wnuki mają bowiem publicznie zaśpiewać – to ich (wymuszony) prezent dla dziadków. Zuza martwi się, jak wypadną (bracia chętnie się wygłupiają, za to nie chcą ćwiczyć). Poza tym nie wierzy w rozrywki przygotowywane przez dorosłych, zwłaszcza że tata zapowiedział podchody – a to już na nikim dzisiaj nie robi wrażenia. Jednym słowem stresuje się Zuza wszystkim, chociaż na nic nie ma wpływu. Zośka jako dobra przyjaciółka próbuje wskazywać pozytywne strony sytuacji – ale Zuza musi sama się przekonać, jak wyglądają rodzinne zjazdy.
Odrywa się zatem bohaterka od swojego stałego towarzystwa (w tym Francuza, który nie przestaje jej podrywać mimo bariery językowej, ku irytacji dziewczyny) i udaje się w podróż. Święto zorganizowane w starym zamku to dodatkowa atrakcja turystyczna, ale nie z punktu widzenia najmłodszych. Ci zainteresowani są przede wszystkim sobą. Zuza dalej boi się przemądrzałego kuzyna, ale intrygują ją kuzynki z Australii. Podczas rodzinnego zjazdu można nieoczekiwanie nawiązać nowe przyjaźnie. A już podchody przypominające grę komputerową, ale pełne przygód na żywo, to niezła nagroda za wcześniejsze nerwy, nawet jeśli rodzice i tak nie potrafią przygotować atrakcyjnego skarbu dla zaangażowanych w poszukiwania.
Autorka mało zajmuje się uroczystościami, na których chcą się pokazać dorośli – interesują ją za to relacje między małymi bohaterami. Podąża za Zuzą i jej braćmi, żeby zebrać sporo atrakcyjnych wspomnień. Skupia się na rozrywkach i kontaktach interpersonalnych, po kolei obalając wyimaginowane pokłady lęków Zuzy. A że do tego zwraca uwagę na znaczenie więzi rodzinnych – wzbogaca powieść.
„Pełna profeska” ma stałe elementy serii. To historia słowno-obrazkowa, uzupełniana jeszcze emotikonami w niemal każdym akapicie. Zuza relacjonuje własne przygody bardzo ekspresyjnie, emocje zastępują jej opisy i wyjaśnienia. Poza opowiadaniem szybkiej akcji i przeżywaniem jej na nowo Zuza zajmuje się analizą własnych uczuć. Nie ma tu więc spowalniaczy historii, wszystko rozgrywa się błyskawicznie. A przecież tom „Pełna profeska” ma większą objętość niż przeciętne opowieści w serii. Nie będzie to małym odbiorcom przeszkadzać, bo pochłonie ich zestaw nietypowych doświadczeń: w tej fabułce nawet żółw Wacek, który zazwyczaj służy jako obiekt do przewracania się o niego, odegra swoją małą rólkę.
środa, 2 maja 2018
Arek Borowik: Z góry widać tylko nic. Mocna rzecz o namiętnościach
Dobra Literatura, 2017.
Wymyśleni
W świecie wykreowanym przez Arka Borowika nie ma miejsca na powielanie schematów z codzienności. To, co dostępne odbiorcom, co dla nich oczywiste – nie trafi do relacji. Autor zajęty będzie analizowaniem związków międzyludzkich oraz nietypowych możliwości. W oparciu o spektakularne wydarzenia przedstawia historie niezwykłe – bohaterów uwikłanych w skomplikowane relacje oraz reakcje wolne od banałów. Nie boi się ironii, nie ucieka od śmiechu (chociaż podbarwionego goryczą). Pozwala czytelnikom przeżywać wielkie wydarzenia inspirowane baśniami.
Ramą dla szeregu historii jest tutaj relacja pracownika, Strawińskiego i jego szefa, dyrektora z zawyżonym poczuciem własnej wartości. Strawiński jest pracownikiem specyficznym. Zamiast chociaż markować pełnienie obowiązków, zajmuje się zasypianiem pod biurkiem. A gdy przypadkiem zatnie się w windzie z narzeczoną zwierzchnika… Cóż, ten bohater będzie musiał się sporo natrudzić, żeby wykaraskać się z kłopotów. Szefa obłaskawia opowieściami, zamieniając się we współczesną Szeherezadę. Scenki tych dwóch bohaterów są krótkie i składają się niemal tylko z dialogów – oddalonych od przewidywalnego scenariusza, stanowiących wyłączne spoiwo kolejnych baśni. W zasadzie spoiwo niepotrzebne, bo tworzące dziwną hybrydę powieści i zbioru opowiadań – ale na tyle komiczne i ciekawe, że zachęcające do dalszej lektury. W tych miniaturkach Borowik pokazuje umiejętność błyskawicznego puentowania skojarzeń. Bawi się celnymi ripostami i ocenami narratora. Pozwala bohaterowi na luz, jakiego w relacjach z szefami-bufonami nie mogą mieć odbiorcy. Ta postać okazuje się więc wentylem bezpieczeństwa dla czytelników i wprowadza samą swoją obecnością urozmaicenie dla zwykłych opowieści.
Strawiński jest potrzebny tylko jako opowiadacz, w samych relacjach znika, ustępując miejsca transparentnemu narratorowi. W ten sposób Arek Borowik zaznacza fikcyjność wyostrzanych historii – co i tak nie ma znaczenia w lekturze, bo zwyczajnie fabuły wciągają odbiorców. Inspiracje autor czerpie z baśni – wskrzesza znane wszystkim opowieści, ale w przeniesieniu na świat dorosłych namiętności. Nie waha się przed pokazywaniem miłości i nienawiści, śmierci czy strachu. Potęgę uczuć zaznacza zresztą w podtytule tomu – i nie zawodzi odbiorców pod tym względem. Nie brakuje mu pomysłów na wskrzeszanie czytelnych fabuł w całkiem nowych odsłonach. Taka zabawa literacka wyzwala komizm, ale w wypadku tego autora umożliwia też wplatanie do opowieści celnych aforystycznych uwag na temat ludzkich przyzwyczajeń. Autor skupia się tu na odmalowywaniu związków i komplikacji życiowych.; Sprawdza,. kiedy kto zdecyduje się na zdradę i co z człowiekiem zrobią pieniądze (albo ich brak). Pyta o zazdrość i o siłę gniewu, testuje na postaciach strach czy nienawiść, dokłada do tego pożądanie oraz szukanie zaufania. Wie, że ludzie są silnie uzależnieni od innych, muszą stale przeglądać się w ich spojrzeniach – i dzięki temu wprowadza do tomu postacie, które mimo przerysowania pozostają w szczegółach wiarygodne.
Rozwija autor kilka różnych narracji – właściwie składa książkę z małych form, rozbudowanych opowiadań, z których każde wywodzi się z innej baśni. Bohaterowie przeżywają szereg wydarzeń dopasowanych do dzisiejszych realiów, ale kontekst owych wydarzeń jest osnuty na fabułach baśniowych i od tych scenariuszy nie ma ucieczki. Arek Borowik wykazuje się bardzo rozwiniętym zmysłem obserwacji, do tego – dowcipem i umiejętnością opowiadania (nieprzypadkowo to jest supermoc Strawińskiego). Jednak pełne zadowolenie z lektury (dobrze napisanej i pełnej ciekawostek) zaburza świadomość konstrukcyjnych zapożyczeń. Owszem, Borowik wciąga w narrację. Ale w pewnym momencie chce się przeczytać coś bez podpórki w postaci sprawdzonych schematów fabularnych. Ta książka robi duże wrażenie, nawet mimo poszukiwania motywów w klasyce literatury.
Wymyśleni
W świecie wykreowanym przez Arka Borowika nie ma miejsca na powielanie schematów z codzienności. To, co dostępne odbiorcom, co dla nich oczywiste – nie trafi do relacji. Autor zajęty będzie analizowaniem związków międzyludzkich oraz nietypowych możliwości. W oparciu o spektakularne wydarzenia przedstawia historie niezwykłe – bohaterów uwikłanych w skomplikowane relacje oraz reakcje wolne od banałów. Nie boi się ironii, nie ucieka od śmiechu (chociaż podbarwionego goryczą). Pozwala czytelnikom przeżywać wielkie wydarzenia inspirowane baśniami.
Ramą dla szeregu historii jest tutaj relacja pracownika, Strawińskiego i jego szefa, dyrektora z zawyżonym poczuciem własnej wartości. Strawiński jest pracownikiem specyficznym. Zamiast chociaż markować pełnienie obowiązków, zajmuje się zasypianiem pod biurkiem. A gdy przypadkiem zatnie się w windzie z narzeczoną zwierzchnika… Cóż, ten bohater będzie musiał się sporo natrudzić, żeby wykaraskać się z kłopotów. Szefa obłaskawia opowieściami, zamieniając się we współczesną Szeherezadę. Scenki tych dwóch bohaterów są krótkie i składają się niemal tylko z dialogów – oddalonych od przewidywalnego scenariusza, stanowiących wyłączne spoiwo kolejnych baśni. W zasadzie spoiwo niepotrzebne, bo tworzące dziwną hybrydę powieści i zbioru opowiadań – ale na tyle komiczne i ciekawe, że zachęcające do dalszej lektury. W tych miniaturkach Borowik pokazuje umiejętność błyskawicznego puentowania skojarzeń. Bawi się celnymi ripostami i ocenami narratora. Pozwala bohaterowi na luz, jakiego w relacjach z szefami-bufonami nie mogą mieć odbiorcy. Ta postać okazuje się więc wentylem bezpieczeństwa dla czytelników i wprowadza samą swoją obecnością urozmaicenie dla zwykłych opowieści.
Strawiński jest potrzebny tylko jako opowiadacz, w samych relacjach znika, ustępując miejsca transparentnemu narratorowi. W ten sposób Arek Borowik zaznacza fikcyjność wyostrzanych historii – co i tak nie ma znaczenia w lekturze, bo zwyczajnie fabuły wciągają odbiorców. Inspiracje autor czerpie z baśni – wskrzesza znane wszystkim opowieści, ale w przeniesieniu na świat dorosłych namiętności. Nie waha się przed pokazywaniem miłości i nienawiści, śmierci czy strachu. Potęgę uczuć zaznacza zresztą w podtytule tomu – i nie zawodzi odbiorców pod tym względem. Nie brakuje mu pomysłów na wskrzeszanie czytelnych fabuł w całkiem nowych odsłonach. Taka zabawa literacka wyzwala komizm, ale w wypadku tego autora umożliwia też wplatanie do opowieści celnych aforystycznych uwag na temat ludzkich przyzwyczajeń. Autor skupia się tu na odmalowywaniu związków i komplikacji życiowych.; Sprawdza,. kiedy kto zdecyduje się na zdradę i co z człowiekiem zrobią pieniądze (albo ich brak). Pyta o zazdrość i o siłę gniewu, testuje na postaciach strach czy nienawiść, dokłada do tego pożądanie oraz szukanie zaufania. Wie, że ludzie są silnie uzależnieni od innych, muszą stale przeglądać się w ich spojrzeniach – i dzięki temu wprowadza do tomu postacie, które mimo przerysowania pozostają w szczegółach wiarygodne.
Rozwija autor kilka różnych narracji – właściwie składa książkę z małych form, rozbudowanych opowiadań, z których każde wywodzi się z innej baśni. Bohaterowie przeżywają szereg wydarzeń dopasowanych do dzisiejszych realiów, ale kontekst owych wydarzeń jest osnuty na fabułach baśniowych i od tych scenariuszy nie ma ucieczki. Arek Borowik wykazuje się bardzo rozwiniętym zmysłem obserwacji, do tego – dowcipem i umiejętnością opowiadania (nieprzypadkowo to jest supermoc Strawińskiego). Jednak pełne zadowolenie z lektury (dobrze napisanej i pełnej ciekawostek) zaburza świadomość konstrukcyjnych zapożyczeń. Owszem, Borowik wciąga w narrację. Ale w pewnym momencie chce się przeczytać coś bez podpórki w postaci sprawdzonych schematów fabularnych. Ta książka robi duże wrażenie, nawet mimo poszukiwania motywów w klasyce literatury.
Muminek i Pieśń Oceanu. Na podstawie opowiadań Tove Jansson
Egmont, Warszawa 2018.
Szukanie skarbów
Każde dziecko ma swoje skarby, przedmioty, które innym wydawać się mogą śmieciami, ale właścicielowi przypominają o najpiękniejszych chwilach, budzą dobre wspomnienia albo przynajmniej cieszą ze względów estetycznych. Kolekcjonować ważne znaleziska można zacząć w dowolnym momencie, dla części odbiorców impulsem do takiego działania będzie przygoda Muminka opisana w tomiku „Muminek i Pieśń Oceanu”, na podstawie opowiadań Tove Jansson (trochę szkoda, że tylko „na podstawie”, a nie przedstawia się dzieciom oryginalnych dzieł Tove Jansson, ale kultura pop nie dopuszcza do siebie tak komplikowanych utworów, zwłaszcza w ramach literatury czwartej upraszczanej do granic możliwości). Muminek jest tu chodzącą reklamą publikacji (i całego cyklu): postać znana maluchom z telewizyjnego cyklu dobranocek ma wielką siłę przekonywania. Zanim więc kilkulatki trafią na oryginalne powieści Tove Jansson i historie o trollach, mogą przekonać się do tej autorki przez szereg prostych historyjek o jednowymiarowych fabułkach.
Wszystko zaczyna się od wizyty Tatusia Muminka na strychu. Bohater podczas poszukiwania potrzebnych mu akcesoriów, trafia na Kuferek Odkrywcy – pudło ze skarbami z dawnych czasów. Nie może oprzeć się pokusie zajrzenia do środka, tam znajduje swoje cenne pamiątki, zwłaszcza pewną muszlę – muszlę, która śpiewa Pieśń Oceanu. Taki skarb wykracza daleko poza znaleziska dzieci, nic dziwnego, że Muminek czuje zazdrość i postanawia iść w ślady Tatusia Muminka: znaleźć na plaży swoją muszlę i zapoczątkować własną kolekcję (która zaimponowałaby Pannie Migotce). Wybiera się w tym celu nad morze, długo szuka wśród przedmiotów wyrzuconych na brzeg tej najcenniejszej muszli. Problem w tym, że żadna nie chce śpiewać tak pięknie, jak ta Tatusia Muminka.
Na podstawie książki „Muminek i Pieśń Oceanu” można pokazać dzieciom działanie zazdrości i bezsensowność współzawodnictwa w pewnych dziedzinach. Muminek wcale nie musi konkurować z Tatusiem Muminka i szukać podobnego skarbu do tego, jaki znalazł się w Kuferku Odkrywcy. Ważne jest to, by odkrył coś ważnego dla siebie, a nie naśladował ślepo rodzica – tylko samodzielne i oryginalne znalezisko będzie warte wspominania po latach i da bohaterowi satysfakcję. To lekcja, którą dzieci mogą sobie przyswoić: dla każdego ważne i wartościowe może być coś innego, nie ma sensu gonić za cudzymi marzeniami.
Jest „Muminek i Pieśń Oceanu” książeczką drobną, ale starannie przygotowaną. Ładne jest opracowanie graficzne (wiadomo, że znani z kreskówki bohaterowie, których wizerunki opracowała Tove Jansson, przyciągną czytelników, ale nasycone kolory też dużo zrobią w tej kwestii), duży druk sprawia, że dzieci mogą ćwiczyć samodzielne czytanie – na tomiku, który je bezpośrednio zaangażuje. Muminek prowadzi najmłodszych przez przygody emocjonujące – przeżywa nawet burzę na morzu. Wszystko dostosowane jest do percepcji maluchów i zapewni im atrakcyjną lekturę.
Szukanie skarbów
Każde dziecko ma swoje skarby, przedmioty, które innym wydawać się mogą śmieciami, ale właścicielowi przypominają o najpiękniejszych chwilach, budzą dobre wspomnienia albo przynajmniej cieszą ze względów estetycznych. Kolekcjonować ważne znaleziska można zacząć w dowolnym momencie, dla części odbiorców impulsem do takiego działania będzie przygoda Muminka opisana w tomiku „Muminek i Pieśń Oceanu”, na podstawie opowiadań Tove Jansson (trochę szkoda, że tylko „na podstawie”, a nie przedstawia się dzieciom oryginalnych dzieł Tove Jansson, ale kultura pop nie dopuszcza do siebie tak komplikowanych utworów, zwłaszcza w ramach literatury czwartej upraszczanej do granic możliwości). Muminek jest tu chodzącą reklamą publikacji (i całego cyklu): postać znana maluchom z telewizyjnego cyklu dobranocek ma wielką siłę przekonywania. Zanim więc kilkulatki trafią na oryginalne powieści Tove Jansson i historie o trollach, mogą przekonać się do tej autorki przez szereg prostych historyjek o jednowymiarowych fabułkach.
Wszystko zaczyna się od wizyty Tatusia Muminka na strychu. Bohater podczas poszukiwania potrzebnych mu akcesoriów, trafia na Kuferek Odkrywcy – pudło ze skarbami z dawnych czasów. Nie może oprzeć się pokusie zajrzenia do środka, tam znajduje swoje cenne pamiątki, zwłaszcza pewną muszlę – muszlę, która śpiewa Pieśń Oceanu. Taki skarb wykracza daleko poza znaleziska dzieci, nic dziwnego, że Muminek czuje zazdrość i postanawia iść w ślady Tatusia Muminka: znaleźć na plaży swoją muszlę i zapoczątkować własną kolekcję (która zaimponowałaby Pannie Migotce). Wybiera się w tym celu nad morze, długo szuka wśród przedmiotów wyrzuconych na brzeg tej najcenniejszej muszli. Problem w tym, że żadna nie chce śpiewać tak pięknie, jak ta Tatusia Muminka.
Na podstawie książki „Muminek i Pieśń Oceanu” można pokazać dzieciom działanie zazdrości i bezsensowność współzawodnictwa w pewnych dziedzinach. Muminek wcale nie musi konkurować z Tatusiem Muminka i szukać podobnego skarbu do tego, jaki znalazł się w Kuferku Odkrywcy. Ważne jest to, by odkrył coś ważnego dla siebie, a nie naśladował ślepo rodzica – tylko samodzielne i oryginalne znalezisko będzie warte wspominania po latach i da bohaterowi satysfakcję. To lekcja, którą dzieci mogą sobie przyswoić: dla każdego ważne i wartościowe może być coś innego, nie ma sensu gonić za cudzymi marzeniami.
Jest „Muminek i Pieśń Oceanu” książeczką drobną, ale starannie przygotowaną. Ładne jest opracowanie graficzne (wiadomo, że znani z kreskówki bohaterowie, których wizerunki opracowała Tove Jansson, przyciągną czytelników, ale nasycone kolory też dużo zrobią w tej kwestii), duży druk sprawia, że dzieci mogą ćwiczyć samodzielne czytanie – na tomiku, który je bezpośrednio zaangażuje. Muminek prowadzi najmłodszych przez przygody emocjonujące – przeżywa nawet burzę na morzu. Wszystko dostosowane jest do percepcji maluchów i zapewni im atrakcyjną lekturę.
wtorek, 1 maja 2018
A. R. Reystone: Wietrzne Katedry. Tom I
Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.
Smocze opowieści
A. R. Reystone dość długo kazała czekać odbiorcom na kolejny cykl fantasy, ale pierwszy tom „Wietrznych Katedr” trafia już na rynek i może podbić serca fanów bazyliszków, smoków i innych fantastycznych stworzeń. W samej fabule autorka nie jest tak kreatywna, jak w prezentowaniu magicznych zwierząt (lub ludzi czy elfów w ciałach zwierząt) – najbardziej cieszy ją możliwość ukazywania relacji między bohaterami i ich „pupilami”. Świat, który znają bohaterowie, nie był przyjazny dla elfów. Ten gatunek został całkowicie zgładzony, pozostaje we wspomnieniach, legendach i… przekleństwach. Odbiorcy skupiać się będą na perypetiach Richarda, człowieka, który otrzymał przedziwne zadanie. Richard ma mianowicie zdobyć dla Evan cztery klepsydry. W nich ukryta jest mapa lub wskazówka dotycząca ważnego dla Evangeline motywu – bohater właściwie nie wie, dlaczego artefakty są tak istotne, że musi się dla nich narażać. Zresztą sama droga do zdobywania ich też zostaje tu przedstawiona raczej skrótowo. Autorka chętniej zajmuje się zdrowiem Richarda.
Bo Richard, jak niemal każda postać każdej opowieści, musi mieć w swoim życiorysie jakieś utrudnienie, słaby punkt, który bez wahania wykorzystaliby wrogowie. Richard staje się niewolnikiem przez problemy zdrowotne. Uporczywe halucynacje oraz bóle głowy, przy których kac i migrena nie są warte wzmianki, uniemożliwiają normalne egzystowanie. Nic dziwnego, że szantażowany takimi dolegliwościami mężczyzna zgodzi się na wszystko, nawet gdyby misja miała kosztować go życie. Najpierw Richardowi towarzyszą dwa psy – skrajnie różne – mastif i chihuahua. Mastif to suka, która ma wszczepiony syntezator mowy – nie szczędzi bohaterowi złośliwości, co wprowadza element świeżości do narracji. Tym razem autorka nie sięga zbyt często po żarty, więc każde tego typu zabawy przydają się w sygnalizowaniu lekkości treści. Później Richard odkrywa świat vivernów: trafia w miejsce, w którym zakazane gatunki smoków wykluwają się z jaj. Chociaż takie hodowle są procederem zakazanym i niebezpiecznym, mężczyzna odkrywa uroki baśniowych stworzeń. Na relacji Richarda i vivernów upływa sporo czasu.
A. R. Reystone nie spieszy się tu z opowieścią. Pozwala spokojnie rozgrywać się kolejnym obrazom, bardzo dokładnie prezentuje kolejne gatunki współistniejących ze sobą stworzeń. Wyraźnie woli skupiać się na emocjach postaci i budować napięcie między nimi, niż kreować szereg dynamicznych wydarzeń. „Wietrzne Katedry” to ciągłe próby sił, wyzwania i starcia – ale zatrzymujące się na poziomie detali, jakby autorka nie chciała zbyt wcześnie zdradzać tego, co rządzi wymyśloną rzeczywistością. Odrzuca Reystone kanwę powieści drogi, zbyt już wyeksploatowaną w ramach gatunku, przygląda się za to perypetiom jednej postaci, stopniowo odsłaniając sekrety towarzyszących mu istot. Najbardziej czuła jest przy portretowaniu baśniowych zwierząt – i tę czułość podzielają też niektórzy bohaterowie. Zachwyt nad smokami staje się zatem uzasadnieniem dla stworzenia tej książki. A. R. Reystone chce być precyzyjna w konstruowaniu przestrzeni i charakterów, ale w kolejnym tomie cyklu będzie musiała zaproponować czytelnikom coś więcej niż tylko podążanie za człowiekiem uwikłanym w potyczki magicznych istot. Pierwszy tom „Wietrznych Katedr” jest ważny ze względu na powrót tej autorki na rynek – potem apetyt wzrośnie i już nie wystarczy pokazywanie czytelnikom kolejnych wylęgarni nietypowych stworzeń.
Smocze opowieści
A. R. Reystone dość długo kazała czekać odbiorcom na kolejny cykl fantasy, ale pierwszy tom „Wietrznych Katedr” trafia już na rynek i może podbić serca fanów bazyliszków, smoków i innych fantastycznych stworzeń. W samej fabule autorka nie jest tak kreatywna, jak w prezentowaniu magicznych zwierząt (lub ludzi czy elfów w ciałach zwierząt) – najbardziej cieszy ją możliwość ukazywania relacji między bohaterami i ich „pupilami”. Świat, który znają bohaterowie, nie był przyjazny dla elfów. Ten gatunek został całkowicie zgładzony, pozostaje we wspomnieniach, legendach i… przekleństwach. Odbiorcy skupiać się będą na perypetiach Richarda, człowieka, który otrzymał przedziwne zadanie. Richard ma mianowicie zdobyć dla Evan cztery klepsydry. W nich ukryta jest mapa lub wskazówka dotycząca ważnego dla Evangeline motywu – bohater właściwie nie wie, dlaczego artefakty są tak istotne, że musi się dla nich narażać. Zresztą sama droga do zdobywania ich też zostaje tu przedstawiona raczej skrótowo. Autorka chętniej zajmuje się zdrowiem Richarda.
Bo Richard, jak niemal każda postać każdej opowieści, musi mieć w swoim życiorysie jakieś utrudnienie, słaby punkt, który bez wahania wykorzystaliby wrogowie. Richard staje się niewolnikiem przez problemy zdrowotne. Uporczywe halucynacje oraz bóle głowy, przy których kac i migrena nie są warte wzmianki, uniemożliwiają normalne egzystowanie. Nic dziwnego, że szantażowany takimi dolegliwościami mężczyzna zgodzi się na wszystko, nawet gdyby misja miała kosztować go życie. Najpierw Richardowi towarzyszą dwa psy – skrajnie różne – mastif i chihuahua. Mastif to suka, która ma wszczepiony syntezator mowy – nie szczędzi bohaterowi złośliwości, co wprowadza element świeżości do narracji. Tym razem autorka nie sięga zbyt często po żarty, więc każde tego typu zabawy przydają się w sygnalizowaniu lekkości treści. Później Richard odkrywa świat vivernów: trafia w miejsce, w którym zakazane gatunki smoków wykluwają się z jaj. Chociaż takie hodowle są procederem zakazanym i niebezpiecznym, mężczyzna odkrywa uroki baśniowych stworzeń. Na relacji Richarda i vivernów upływa sporo czasu.
A. R. Reystone nie spieszy się tu z opowieścią. Pozwala spokojnie rozgrywać się kolejnym obrazom, bardzo dokładnie prezentuje kolejne gatunki współistniejących ze sobą stworzeń. Wyraźnie woli skupiać się na emocjach postaci i budować napięcie między nimi, niż kreować szereg dynamicznych wydarzeń. „Wietrzne Katedry” to ciągłe próby sił, wyzwania i starcia – ale zatrzymujące się na poziomie detali, jakby autorka nie chciała zbyt wcześnie zdradzać tego, co rządzi wymyśloną rzeczywistością. Odrzuca Reystone kanwę powieści drogi, zbyt już wyeksploatowaną w ramach gatunku, przygląda się za to perypetiom jednej postaci, stopniowo odsłaniając sekrety towarzyszących mu istot. Najbardziej czuła jest przy portretowaniu baśniowych zwierząt – i tę czułość podzielają też niektórzy bohaterowie. Zachwyt nad smokami staje się zatem uzasadnieniem dla stworzenia tej książki. A. R. Reystone chce być precyzyjna w konstruowaniu przestrzeni i charakterów, ale w kolejnym tomie cyklu będzie musiała zaproponować czytelnikom coś więcej niż tylko podążanie za człowiekiem uwikłanym w potyczki magicznych istot. Pierwszy tom „Wietrznych Katedr” jest ważny ze względu na powrót tej autorki na rynek – potem apetyt wzrośnie i już nie wystarczy pokazywanie czytelnikom kolejnych wylęgarni nietypowych stworzeń.
Masza i Niedźwiedź. Bajki 5 minut przed snem
Egmont, Warszawa 2018.
Na dobranoc
Masza i Niedźwiedź to ta para, której bajkowy potencjał właściwie mógł się wyczerpać na wstępnej i stereotypowej charakterystyce. Masza, mała dziewczynka, bryka i rozrabia, wszystko przypadkiem – i niechcący – niszczy, generuje same szkody, bez względu na intencje. Jest uosobieniem niesfornych kilkulatków, żywiołowych i nie do powstrzymania. Z kolei Niedźwiedź stanowi jej całkowite przeciwieństwo. Poważny i flegmatyczny, spokojny i cierpliwy, znosi figle Maszy, chociaż nie zawsze udaje mu się ukryć dla nich dezaprobatę. Tak skontrastowana para budzi radość małych odbiorców – dobry, mimo że oczywisty, wyjściowy pomysł zapewniał popularność bohaterom kreskówki. Masza i Niedźwiedź podbijają również rynek wydawniczy – stają się wyznacznikami niebanalnego humoru i dynamicznych przygód. Skłonni do błyskawicznego działania, nadają się też na postacie z „pięciominutowych” historyjek, trafiają zatem do kolejnego cyklu popularyzowanego przez Egmont, czyli do krótkich czytanek przygotowywanych do usypiania maluchów. Idea cyklu to powrót do tradycji lekturowych – przyzwyczajania dzieci od początku do lektur przed snem, do wspólnego rodzinnego czytania zamiast zabawy gadżetami elektronicznymi. Pięknie wydany tomik, bogato ilustrowany, żeby dzieci mogły śledzić akcję na obrazkach, zawiera siedem opowiastek z Maszą i Niedźwiedziem, nie zawsze na pierwszym planie. Udział biorą tu też inne zwierzęta z otoczenia postaci – często brykają one nie gorzej od Maszy. Wilki, które przymierają głodem jako kierowcy karetki, próbują zostać taksówkarzami – przerabiają swój samochód pod dyktando Maszy, ale szybko wychodzi na jaw, że powinny nauczyć się czytać, żeby zrozumieć instrukcję obsługi. Świnia uganiająca się za liśćmi do swojej kolekcji wpada w groźne tarapaty jako biegająca poduszka. Masza organizuje teatr z okolicznymi żabami. Razem z kuzynką Daszą psocą tak, że zostają wyrzucone z pociągu. Jazda na biwak dla rozwijania artystycznych talentów to okazja do kreatywności chyba wyłącznie dla Niedźwiedzia, który maluje i sam sobie pozuje z braku innych chętnych (i cierpliwych). Pojawia się w tematach i klasyka absolutna, niemal zapożyczenie z innych bajek: kot polujący na mysz (i, rzecz jasna, o wiele mniej sprytny od gryzonia), a także nowy stosunkowo straszak, czyli uzależnienie od gier komputerowych. Bohaterowie przekonują się, jak nieprzyjemnie jest przebywać z osobą, z którą nie ma kontaktu, bo zajęta jest graniem na konsoli. Przecież o wiele przyjemniej jest spędzać czas razem, bawić się i przeżywać przygody naprawdę, a nie w grze. Masza i Niedźwiedź rzadko pouczają swoim zachowaniem, ale w tym wypadku trudno nie docenić ukrytego przesłania, maluchy też bez wysiłku je zrozumieją – i może zastanowią się nad tym aspektem codzienności.
Masza i Niedźwiedź trochę ustępują tu innym postaciom, przynajmniej w części opowiadań. Ale nie znaczy to, że historie nie ucieszą maluchów. Przygotowane są tak, żeby dużo się w nich działo: są pościgi i pogonie, zagrożenia, namiastka horroru z duchami (a w rzeczywistości – świnią w poduszce). Tu liczy się spryt i zaangażowanie w akcję, tempo i zmienność wydarzeń. Nie ma czasu na przestoje i rutynę, wciąż dzieje się coś zaskakującego dla odbiorców. Nikt ich na siłę nie edukuje, raczej pozwala wyciągać wnioski z wydarzeń. Najbardziej liczy się śmiech. Historyjki są proste, ale nie infantylne, mają kilka naprawdę ładnych absurdalnych pomysłów humorystycznych, które i dorosłych przyprawią o uśmiech. Maluchy z uwagą śledzić będą ilustracje. Jest tu ich mnóstwo (strona zwykle w połowie zapełniona jest tekstem, reszta to rysunek – kadr z bajki). Trójwymiarowe zwierzęta uchwycone podczas chwil zdumienia, wpadek albo po prostu działań – na pewno przykują uwagę. Rysunki są bardzo kolorowe, a barwy nasycone. Wszystko razem składa się na przyjemną dla kilkulatków lekturę, konkurującą nawet z telewizyjnymi kreskówkami.
Na dobranoc
Masza i Niedźwiedź to ta para, której bajkowy potencjał właściwie mógł się wyczerpać na wstępnej i stereotypowej charakterystyce. Masza, mała dziewczynka, bryka i rozrabia, wszystko przypadkiem – i niechcący – niszczy, generuje same szkody, bez względu na intencje. Jest uosobieniem niesfornych kilkulatków, żywiołowych i nie do powstrzymania. Z kolei Niedźwiedź stanowi jej całkowite przeciwieństwo. Poważny i flegmatyczny, spokojny i cierpliwy, znosi figle Maszy, chociaż nie zawsze udaje mu się ukryć dla nich dezaprobatę. Tak skontrastowana para budzi radość małych odbiorców – dobry, mimo że oczywisty, wyjściowy pomysł zapewniał popularność bohaterom kreskówki. Masza i Niedźwiedź podbijają również rynek wydawniczy – stają się wyznacznikami niebanalnego humoru i dynamicznych przygód. Skłonni do błyskawicznego działania, nadają się też na postacie z „pięciominutowych” historyjek, trafiają zatem do kolejnego cyklu popularyzowanego przez Egmont, czyli do krótkich czytanek przygotowywanych do usypiania maluchów. Idea cyklu to powrót do tradycji lekturowych – przyzwyczajania dzieci od początku do lektur przed snem, do wspólnego rodzinnego czytania zamiast zabawy gadżetami elektronicznymi. Pięknie wydany tomik, bogato ilustrowany, żeby dzieci mogły śledzić akcję na obrazkach, zawiera siedem opowiastek z Maszą i Niedźwiedziem, nie zawsze na pierwszym planie. Udział biorą tu też inne zwierzęta z otoczenia postaci – często brykają one nie gorzej od Maszy. Wilki, które przymierają głodem jako kierowcy karetki, próbują zostać taksówkarzami – przerabiają swój samochód pod dyktando Maszy, ale szybko wychodzi na jaw, że powinny nauczyć się czytać, żeby zrozumieć instrukcję obsługi. Świnia uganiająca się za liśćmi do swojej kolekcji wpada w groźne tarapaty jako biegająca poduszka. Masza organizuje teatr z okolicznymi żabami. Razem z kuzynką Daszą psocą tak, że zostają wyrzucone z pociągu. Jazda na biwak dla rozwijania artystycznych talentów to okazja do kreatywności chyba wyłącznie dla Niedźwiedzia, który maluje i sam sobie pozuje z braku innych chętnych (i cierpliwych). Pojawia się w tematach i klasyka absolutna, niemal zapożyczenie z innych bajek: kot polujący na mysz (i, rzecz jasna, o wiele mniej sprytny od gryzonia), a także nowy stosunkowo straszak, czyli uzależnienie od gier komputerowych. Bohaterowie przekonują się, jak nieprzyjemnie jest przebywać z osobą, z którą nie ma kontaktu, bo zajęta jest graniem na konsoli. Przecież o wiele przyjemniej jest spędzać czas razem, bawić się i przeżywać przygody naprawdę, a nie w grze. Masza i Niedźwiedź rzadko pouczają swoim zachowaniem, ale w tym wypadku trudno nie docenić ukrytego przesłania, maluchy też bez wysiłku je zrozumieją – i może zastanowią się nad tym aspektem codzienności.
Masza i Niedźwiedź trochę ustępują tu innym postaciom, przynajmniej w części opowiadań. Ale nie znaczy to, że historie nie ucieszą maluchów. Przygotowane są tak, żeby dużo się w nich działo: są pościgi i pogonie, zagrożenia, namiastka horroru z duchami (a w rzeczywistości – świnią w poduszce). Tu liczy się spryt i zaangażowanie w akcję, tempo i zmienność wydarzeń. Nie ma czasu na przestoje i rutynę, wciąż dzieje się coś zaskakującego dla odbiorców. Nikt ich na siłę nie edukuje, raczej pozwala wyciągać wnioski z wydarzeń. Najbardziej liczy się śmiech. Historyjki są proste, ale nie infantylne, mają kilka naprawdę ładnych absurdalnych pomysłów humorystycznych, które i dorosłych przyprawią o uśmiech. Maluchy z uwagą śledzić będą ilustracje. Jest tu ich mnóstwo (strona zwykle w połowie zapełniona jest tekstem, reszta to rysunek – kadr z bajki). Trójwymiarowe zwierzęta uchwycone podczas chwil zdumienia, wpadek albo po prostu działań – na pewno przykują uwagę. Rysunki są bardzo kolorowe, a barwy nasycone. Wszystko razem składa się na przyjemną dla kilkulatków lekturę, konkurującą nawet z telewizyjnymi kreskówkami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






