* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dobra Literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dobra Literatura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 marca 2021

Manfred Spitzer: Epidemia smartfonów

Dobra Literatura, Słupsk/Warszawa 2021.

Niebezpieczeństwo ekranów

Opasły tom o obiecującym tytule - "Epidemia smartfonów" - wiąże się z diagnozami aktualnych problemów społeczeństw, autor odnosi się do sytuacji w niemieckich domach, jednak czasami jako punkt odniesienia wybiera choćby najbardziej zaawansowaną pod kątem wyposażenia najmłodszych w smartfony Koreę Południową. Manfred Spitzer bije na alarm: pokazuje, jaką krzywdę dzieciom robi dostęp do smartfonów, nieograniczona możliwość surfowania po sieci. Przytacza argumenty tych, którzy twierdzą, że postęp technologiczny nie da się zahamować i że odbieranie najmłodszym dostępu do elektroniki to krzywdzenie ich - jednak każdą z takich tez obala, przypominając o ograniczeniach, jakie przynoszą nowe media. Spitzer jest jednoznacznie przeciwny dostarczaniu dzieciom smartfonów: przez swoją radykalną postawę może część odbiorców odstraszyć od lektury, a część zaślepi na argumenty.

Często Manfred Spitzer posługuje się danymi z badań, dokonuje analiz procentowych obliczeń: zależy mu na tym, żeby suche liczby przekonywały czytelników. Przytacza wykresy i omówienia wniosków prac uczonych - dla zwykłych odbiorców to najsłabsze narracyjnie części tomu, jednak trzeba pamiętać o tym, że autor dość poważnie podchodzi do technik perswazji, a czysta matematyka wydaje mu się najlepszym sposobem na dotarcie do nieprzekonanych. Ma autor trudne zadanie: dzisiaj trudno sobie wyobrazić świat bez smartfonów, wkraczają one w kolejne etapy życia. Omawia Manfred Spitzer próby ograniczania dostępu do smartfonów, tłumaczy, kiedy uniemożliwiają skupienie się na zwykłych czynnościach, a także - jakie problemy będzie miał rozleniwiony mózg w dalszej przyszłości. Postrzega ten problem w kategoriach epidemii, co znowu jest uproszczeniem na potrzeby retoryki - jednak także sposobem na uruchomienie wyobraźni czytelników.

Manfred Spitzer wynotowuje zestaw chorób, jakie wiążą się z nadużywaniem smartfonów - nie chodzi tu wyłącznie o uzależnienie, a o całe spektrum poważnych schorzeń, które swoje źródło mają w telefonach; od krótkowzroczności i problemów ze snem po otyłość, cukrzycę i nadciśnienie. Przygląda się przejściowym modom związanym ze smartfonowym życiem (gra Pokemon Go) oraz procesowi budowania relacji społecznych. Bywa, że na chwilę odchodzi od tematu głównego (na przykład przy krótkowzroczności dość szczegółowo wyjaśnia odbiorcom zasady schorzenia), jednak najbardziej interesuje go wpływ smartfonów na rozwój człowieka. Nic więc dziwnego, że mnóstwo miejsca poświęca na opisywanie postaw dzieci - i sprawdzanie, co odbiera im korzystanie ze smartfonów na co dzień. Nie zajmuje się za to w ogóle korzyściami, uznaje, że komplikacje przeważają i dla odbiorców powinny być jednoznacznym powodem rezygnowania z urządzeń. Oczywiście Spitzer wie doskonale, że jego głos pozostanie zignorowany przez większość odbiorców - nawet jeśli ktoś przejmie się spostrzeżeniami zawartymi w tej książce, nie będzie w stanie zatrzymać pochodu ku nowoczesności. Nie uda się zabronić dzieciom korzystania ze smartfonów - to jeden z prostszych przejawów przepaści pokoleniowej. Długofalowe skutki uzależnienia tego typu będą znane dopiero za kilka dekad, na razie zatem książka "Epidemia smartfonów" funkcjonować będzie na prawach ciekawostki, przestrogi dla najbardziej zaangażowanych w rozwój psychiki pociech rodziców. A to może nie wystarczyć, żeby podjąć bardziej radykalne środki. Zresztą - to raczej niemożliwe.

czwartek, 11 marca 2021

Michael Schulte-Markwort: Wypalone dzieci. O presji osiągnięć i pogoni za sukcesem

Dobra Literatura, Warszawa (?) 2021 (?).

Stres nastolatków

Jest trochę przesady w przekładzie tytułu tomu, bo problem dotyczy bardziej młodzieży niż dzieci - jednak Michael Schulte-Markwort dostrzega zjawisko niepokojące, na które chce zwrócić uwagę odbiorców. Zauważa bowiem u swoich pacjentów syndrom przemęczenia - objawy depresji powiązanej z niemożliwością sprostania coraz bardziej rosnącym wymaganiom. Tom "Wypalone dzieci" może być w związku z tym apelem o opamiętanie kierowanym do dorosłych: to oni narzucają swoim pociechom zasady postępowania, nakazują zdobywać jak najlepsze stopnie czy uczestniczyć w ogromnej ilości zajęć pozalekcyjnych. W efekcie same nastolatki pod wpływem presji czują się coraz gorsze i nie są w stanie wypełniać wszystkich zadań. Chcą zadowolić rodziców (przynajmniej w tej wyidealizowanej wersji na potrzeby poradnika psychologicznego), ale nie potrafią przeskoczyć własnych ograniczeń. Boją się, że nie uda im się odnaleźć na rynku pracy, że nie poradzą sobie jako dorośli. Niewiara we własne siły to zjawisko, które dotyka coraz młodszych ludzi, jednak przeważnie wiąże się z pierwszymi poważnymi planami na przyszłość.

Niespecjalnie przekonująco otwiera Schulte-Markwort tę książkę: proponuje bowiem przegląd sytuacji z gabinetu terapeuty. Przybywają tu kolejni bohaterowie, którzy nie mogą poradzić sobie z rzeczywistością, borykają się z problemami zdrowotnymi będącymi następstwem tych psychicznych, albo z lękiem i poczuciem bezsensu. Łączy ich wszystkich diagnoza - wypalenie (do niedawna typowe jedynie dla pracoholików), a także to, że autor nadaje im imiona na kolejne litery alfabetu. Przedstawia nie tylko portrety samych dzieci, ale też sytuację rodzinną czy alarmy ze strony dorosłych, kwestie, z którymi nie potrafią sobie poradzić rodzice. Wymyśla sytuacje, w których mogą odnaleźć się czytelnicy: tak, żeby w porę dostrzegali w najbliższym otoczeniu podobne sygnały, że nastolatek nie radzi sobie z obowiązkami. Kiedy już wydaje się, że cała książka będzie wyglądała tak samo - w rytmie spotkań i diagnoz - kiedy już autor zaczyna męczyć powtarzalnością sytuacji i jednostronnymi ocenami, "Wypalone dzieci" przechodzą do strony teoretycznej. Autor analizuje zjawisko wypalenia i komentuje wiążące się z nim postawy albo wyzwania dla wszystkich członków rodziny, tłumaczy zachowania dzieci i podpowiada, jak im pomóc. Próbuje przekonać jak największą liczbę czytelników do swoich uwag, forsuje przekonanie o istnieniu zjawiska wypalenia zawodowego u coraz młodszych dzieci (więc u tych, które z zawodem ani z rutyną jeszcze nie mają do czynienia). Oczywiście to uproszczenie nazewnicze, objawy są podobne, jednak mają inne przyczyny i o tych przyczynach Schulte-Markwort opowiada odbiorcom. Cała książka jest podporządkowana tezie, że "wypalenie" u młodych ludzi to znak czasów i trzeba dzieci leczyć - także farmakologicznie. Autor wyjaśnia, dlaczego sięga po leki (i po jakie). Argumentem za ich stosowaniem ma być cały tom. Wypadający zresztą jako naturalna konsekwencja istnienia wyścigu szczurów i realizowania przez dzieci ambicji rodziców. Chociaż coraz większa jest świadomość idei slow-life, Michael Schulte-Markwort wie, że trend związany z przygotowywaniem dzieci do zawodu nie słabnie. Dlatego też postanawia reagować i uświadamiać społeczeństwa. W tym tomie robi to dość szczegółowo.

środa, 2 maja 2018

Arek Borowik: Z góry widać tylko nic. Mocna rzecz o namiętnościach

Dobra Literatura, 2017.

Wymyśleni

W świecie wykreowanym przez Arka Borowika nie ma miejsca na powielanie schematów z codzienności. To, co dostępne odbiorcom, co dla nich oczywiste – nie trafi do relacji. Autor zajęty będzie analizowaniem związków międzyludzkich oraz nietypowych możliwości. W oparciu o spektakularne wydarzenia przedstawia historie niezwykłe – bohaterów uwikłanych w skomplikowane relacje oraz reakcje wolne od banałów. Nie boi się ironii, nie ucieka od śmiechu (chociaż podbarwionego goryczą). Pozwala czytelnikom przeżywać wielkie wydarzenia inspirowane baśniami.

Ramą dla szeregu historii jest tutaj relacja pracownika, Strawińskiego i jego szefa, dyrektora z zawyżonym poczuciem własnej wartości. Strawiński jest pracownikiem specyficznym. Zamiast chociaż markować pełnienie obowiązków, zajmuje się zasypianiem pod biurkiem. A gdy przypadkiem zatnie się w windzie z narzeczoną zwierzchnika… Cóż, ten bohater będzie musiał się sporo natrudzić, żeby wykaraskać się z kłopotów. Szefa obłaskawia opowieściami, zamieniając się we współczesną Szeherezadę. Scenki tych dwóch bohaterów są krótkie i składają się niemal tylko z dialogów – oddalonych od przewidywalnego scenariusza, stanowiących wyłączne spoiwo kolejnych baśni. W zasadzie spoiwo niepotrzebne, bo tworzące dziwną hybrydę powieści i zbioru opowiadań – ale na tyle komiczne i ciekawe, że zachęcające do dalszej lektury. W tych miniaturkach Borowik pokazuje umiejętność błyskawicznego puentowania skojarzeń. Bawi się celnymi ripostami i ocenami narratora. Pozwala bohaterowi na luz, jakiego w relacjach z szefami-bufonami nie mogą mieć odbiorcy. Ta postać okazuje się więc wentylem bezpieczeństwa dla czytelników i wprowadza samą swoją obecnością urozmaicenie dla zwykłych opowieści.

Strawiński jest potrzebny tylko jako opowiadacz, w samych relacjach znika, ustępując miejsca transparentnemu narratorowi. W ten sposób Arek Borowik zaznacza fikcyjność wyostrzanych historii – co i tak nie ma znaczenia w lekturze, bo zwyczajnie fabuły wciągają odbiorców. Inspiracje autor czerpie z baśni – wskrzesza znane wszystkim opowieści, ale w przeniesieniu na świat dorosłych namiętności. Nie waha się przed pokazywaniem miłości i nienawiści, śmierci czy strachu. Potęgę uczuć zaznacza zresztą w podtytule tomu – i nie zawodzi odbiorców pod tym względem. Nie brakuje mu pomysłów na wskrzeszanie czytelnych fabuł w całkiem nowych odsłonach. Taka zabawa literacka wyzwala komizm, ale w wypadku tego autora umożliwia też wplatanie do opowieści celnych aforystycznych uwag na temat ludzkich przyzwyczajeń. Autor skupia się tu na odmalowywaniu związków i komplikacji życiowych.; Sprawdza,. kiedy kto zdecyduje się na zdradę i co z człowiekiem zrobią pieniądze (albo ich brak). Pyta o zazdrość i o siłę gniewu, testuje na postaciach strach czy nienawiść, dokłada do tego pożądanie oraz szukanie zaufania. Wie, że ludzie są silnie uzależnieni od innych, muszą stale przeglądać się w ich spojrzeniach – i dzięki temu wprowadza do tomu postacie, które mimo przerysowania pozostają w szczegółach wiarygodne.

Rozwija autor kilka różnych narracji – właściwie składa książkę z małych form, rozbudowanych opowiadań, z których każde wywodzi się z innej baśni. Bohaterowie przeżywają szereg wydarzeń dopasowanych do dzisiejszych realiów, ale kontekst owych wydarzeń jest osnuty na fabułach baśniowych i od tych scenariuszy nie ma ucieczki. Arek Borowik wykazuje się bardzo rozwiniętym zmysłem obserwacji, do tego – dowcipem i umiejętnością opowiadania (nieprzypadkowo to jest supermoc Strawińskiego). Jednak pełne zadowolenie z lektury (dobrze napisanej i pełnej ciekawostek) zaburza świadomość konstrukcyjnych zapożyczeń. Owszem, Borowik wciąga w narrację. Ale w pewnym momencie chce się przeczytać coś bez podpórki w postaci sprawdzonych schematów fabularnych. Ta książka robi duże wrażenie, nawet mimo poszukiwania motywów w klasyce literatury.