Wielka Litera, Warszawa 2014.
Felieton o życiu
Marek Niedźwiecki popularności ma dosyć i dba o to, żeby nie powiedzieć zbyt dużo o swojej prywatności – takie ma się wrażenie podczas lektury „Radioty”. Ta autobiograficzna książka składa się bardziej z przemyśleń autora na różne tematy i z bezpiecznych wspomnień zawodowych niż z ważnych punktów w egzystencji. Niedźwiecki nie lubi bawić się w interpretatora wydarzeń i kiedy już zdecyduje się na poruszenie jakiegoś tematu, znanego słuchaczom, to rozprawia się z nim w kilku akapitach. Jego „Radiota” przypomina trochę wywiady-rzeki z serii pop – to przemykanie się po powierzchni zagadnień bez specjalnego zaangażowania. „Radiota” to książka pod względem emocjonalnym bardzo chłodna. Z tego też powodu czyta się ją lekko i szybko.
Konstrukcyjnie to opowieść podporządkowana biograficznym standardom, została tu zachowana chronologia wydarzeń. Na początku pojawia się obowiązkowy zestaw migawek z dzieciństwa – i wspomnień tyle konwencjonalnych, co indywidualnych – Niedźwiecki opowiada o fascynacji muzyką i wybranymi radiowymi audycjami (co w przypadku późniejszej kariery dziennikarza radiowego naturalne), ale i na przykład o zabawach w prowadzenie audycji w lesie. Czasem autor odchodzi od tematu przyszłej pracy – między innymi w opowiadającym o korespondencyjnych znajomościach rozdziale – ale z reguły stara się trzymać motywu radia. Opowiada, jak wyglądały jego początki, przytacza kilka doskonale słuchaczom znanych anegdot, odnotowuje też wyjazdy za granicę. Zawsze stara się nawiązać do radia – pojawiają się zresztą całe rozdziały temu motywowi poświęcone, a wśród nich – obraz słuchaczy. Raz tylko Niedźwiecki próbuje wyjść ze skorupy, którą sam się otoczył – kiedy przedstawia swoją wieloletnią przyjaciółkę. W jednym krótkim fragmencie pisze o niej więcej i podaje więcej konkretów – niż o samym sobie w całej książce. W „Radiocie” Niedźwiecki usilnie stara się kreować swój wizerunek – ale sam jakby go do końca nie akceptował, co wywołuje podczas lektury pewien dysonans. Czytelnicy widzą jedno: że autor nie chce się przed nimi do końca otwierać, pisze książkę na pokaz, a sam ukrywa się za tym, czego nie powiedział. Paradoksalnie, w dobie celebryckich zwierzeń, może to być jego wielki atut – ale fanom pozostanie niedosyt. W „Radiocie” niewiele jest bowiem „prawdziwej” treści, relacji skondensowanych i odnoszących się do określonych wydarzeń, a przy tym nie sprzedanych już w innych publikacjach. Niedźwiecki wyznacza kilka elementów, które chciałby o sobie powiedzieć – i przytacza je bez rozwodzenia się nad nimi – a całą resztę przemilcza, udając, że poza treściami z „Radioty” nie istnieje. Na to trudno się będzie nabrać, więc i zgodzić z autorem niełatwo.
„Radiota” pozwala autorowi dzielić się przemyśleniami i zapamiętanymi wydarzeniami. To publikacja, która nie nasyci – ale to w końcu sam Niedźwiecki decyduje, co o sobie opowie. Felietonowy styl kojarzy się tu z małymi formami, a nie z autobiografią. Ale nie można zapominać o jednym: autor pokazuje tutaj swoją drogę do spełniania marzeń i to może być cenne dla odbiorców. Książkę oczywiście wypełniają zdjęcia z albumu Niedźwieckiego – zdarza się, że w podpisach wyjaśnia się więcej niż w samej opowieści. Ale w końcu „Radiota” nie ma być literacką spowiedzią ani zamkniętym, pełnym życiorysem. Niedźwiecki – zamknięty w sobie i ukrywający się przed zainteresowaniem ze strony fanów – z każdą stroną musi się tu przełamywać, żeby jednak zaprosić czytelników do własnego świata-azylu. Dla części słuchaczy będzie to atrakcyjne (z uwagi na lekką narrację) spotkanie, inni pożałują być może, że autor prześlizguje się po powierzchni tematów, zamiast omawiać je dokładnie. Tak czy inaczej – „Radiota” zapewnia słuchaczom prywatną historię popularnego redaktora, więc z pewnością ten tom nie zostanie przemilczany.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 3 sierpnia 2014
Marta Madera: Kroplówka z marzeniami
Nasza Księgarnia, Warszawa 2014 (wyd. II)
Dorastanie
Marta Madera zaistniała na rynku literatury rozrywkowej trzema książkami (dwie powieści dla pań i jedna młodzieżowa), po czym zniknęła – a szkoda. We wszystkich narracjach udowodniła ogromne poczucie humoru i pisarski talent, umiejętność wyłapywania subtelnych odczuć i znajomość psychologii bohaterek. W dodatku rezygnowała z utartych schematów na rzecz smaczków z życia, zagęszczała swoje historie zabawnymi anegdotami i fabularnymi komplikacjami – aż żal, że słuch o niej zaginął.
Sześć lat temu w skoroszytowej serii Naszej Księgarni ukazała się „Kroplówka z marzeniami”. Teraz ta powieść powraca w nowej szacie graficznej w serii W kratkę, i bardzo dobrze, bo historia Lilki klimatem pasuje trochę do Jeżycjady, może więc cieszyć się podobnym zainteresowaniem młodych czytelniczek, a i dorosłe sięgną po tę powieść z przyjemnością. Bo Marta Madera stawia na rodzinność, ciepło i zrozumienie wśród najbliższych. Wyrywa swoją bohaterkę z bezpiecznego domowego świata i zapewnia jej równie dobry azyl, a przy tym pozwala dojrzewać bez opiekuńczych rodziców.
Lilka ma trzynaście lat, gwarny dom (dwie młodsze siostry, dwa koty i żółwia, który robi najmniej hałasu) oraz sprawdzonych przyjaciół. Jest szczęśliwa, chociaż czasem narzeka na brak uwagi ze strony rodziców. Wypadek samochodowy podczas powrotu z wakacji zmienia wszystko. Najpierw Lilka na długo ląduje w szpitalu, a potem… musi zostać w Krakowie, zamiast wracać do rodzinnego Mielca. Tu zaopiekuje się nią ciotka Fiona, uważana za czarną owcę w rodzinie – kobieta, która nastolatkę traktuje jak dorosłą, chociaż cały czas boi się, że nie będzie dobrą opiekunką.
Lilka przeżywa więc adaptacyjne rozterki. Uczy się rozłąki z najbliższymi, ale w nowym miejscu zawiera następne przyjaźnie. Trafia do klasy z ludźmi inteligentnymi i obdarzonymi poczuciem humoru – Madera wplata tu całą serię zabawnych opowiastek, które indywidualizują historię. Przy okazji bohaterka dostaje też cenne lekcje życia – dowiaduje się, czym jest miłość i przyjaźń, ale również – dlaczego młodzi ludzie nie mogą sięgać po alkohol czy narkotyki. I chociaż dydaktyczne wstawki zwykle wywołują bunt nastoletnich czytelników, pogadanka u Marty Madery bardzo przekonuje i trafia do serc. Między innymi dlatego, że ciotka Fiona szanuje swoją podopieczną i nie boi się rozmawiać z nią na trudne tematy.
Zresztą Marta Madera w tle pokazuje swój przepis na mądre wychowanie dzieci. Kiedy mała Miśka chce dowiedzieć się czegoś o seksie, starsza siostra i mama rozmawiają z nią dosyć szczerze. Podobnie ma się rzecz z tematem uczciwości i traktowania najmłodszych: u Madery rodzice uważnie słuchają swoich pociech i biorą pod uwagę ich zdanie. Dzięki temu zawsze w domu panuje miłość i wyrozumiałość. Madera kusi swoich odbiorców niemal borejkowskim ciepłem, tym samym zresztą, które prezentuje w rodzinie Marty w dorosłych powieściach.
Narracja jest tutaj przyjemna i przepełniona humorem. Kiedy autorka wybiera tematy trudne, nie chce nimi przygnębiać na długo. W opowieści jest optymistką, zawsze znajduje drobne pocieszacze, a do tego potrafi w krótkiej chwili odwracać nastrój. Pisze tak, żeby chciało się śledzić przygody Lilki – jej codzienność zamienia w przygodę. Wyposaża bohaterkę w kilka własnych doświadczeń, przez co nastolatka okazuje się ciekawą osobą z krwi i kości. „Kroplówka z marzeniami” to opowieść bardzo krzepiąca – a i bardzo ciekawa. Nie da się tu zbyt długo martwić przeciwnościami losu, a fabuła zawiera wszystkie składniki niezbędne w dobrej lekturze. Cieszy, że ten tom wraca na rynek wydawniczy, bo odbiorczynie na pewno odnajdą w Lilce część własnych nadziei.
Dorastanie
Marta Madera zaistniała na rynku literatury rozrywkowej trzema książkami (dwie powieści dla pań i jedna młodzieżowa), po czym zniknęła – a szkoda. We wszystkich narracjach udowodniła ogromne poczucie humoru i pisarski talent, umiejętność wyłapywania subtelnych odczuć i znajomość psychologii bohaterek. W dodatku rezygnowała z utartych schematów na rzecz smaczków z życia, zagęszczała swoje historie zabawnymi anegdotami i fabularnymi komplikacjami – aż żal, że słuch o niej zaginął.
Sześć lat temu w skoroszytowej serii Naszej Księgarni ukazała się „Kroplówka z marzeniami”. Teraz ta powieść powraca w nowej szacie graficznej w serii W kratkę, i bardzo dobrze, bo historia Lilki klimatem pasuje trochę do Jeżycjady, może więc cieszyć się podobnym zainteresowaniem młodych czytelniczek, a i dorosłe sięgną po tę powieść z przyjemnością. Bo Marta Madera stawia na rodzinność, ciepło i zrozumienie wśród najbliższych. Wyrywa swoją bohaterkę z bezpiecznego domowego świata i zapewnia jej równie dobry azyl, a przy tym pozwala dojrzewać bez opiekuńczych rodziców.
Lilka ma trzynaście lat, gwarny dom (dwie młodsze siostry, dwa koty i żółwia, który robi najmniej hałasu) oraz sprawdzonych przyjaciół. Jest szczęśliwa, chociaż czasem narzeka na brak uwagi ze strony rodziców. Wypadek samochodowy podczas powrotu z wakacji zmienia wszystko. Najpierw Lilka na długo ląduje w szpitalu, a potem… musi zostać w Krakowie, zamiast wracać do rodzinnego Mielca. Tu zaopiekuje się nią ciotka Fiona, uważana za czarną owcę w rodzinie – kobieta, która nastolatkę traktuje jak dorosłą, chociaż cały czas boi się, że nie będzie dobrą opiekunką.
Lilka przeżywa więc adaptacyjne rozterki. Uczy się rozłąki z najbliższymi, ale w nowym miejscu zawiera następne przyjaźnie. Trafia do klasy z ludźmi inteligentnymi i obdarzonymi poczuciem humoru – Madera wplata tu całą serię zabawnych opowiastek, które indywidualizują historię. Przy okazji bohaterka dostaje też cenne lekcje życia – dowiaduje się, czym jest miłość i przyjaźń, ale również – dlaczego młodzi ludzie nie mogą sięgać po alkohol czy narkotyki. I chociaż dydaktyczne wstawki zwykle wywołują bunt nastoletnich czytelników, pogadanka u Marty Madery bardzo przekonuje i trafia do serc. Między innymi dlatego, że ciotka Fiona szanuje swoją podopieczną i nie boi się rozmawiać z nią na trudne tematy.
Zresztą Marta Madera w tle pokazuje swój przepis na mądre wychowanie dzieci. Kiedy mała Miśka chce dowiedzieć się czegoś o seksie, starsza siostra i mama rozmawiają z nią dosyć szczerze. Podobnie ma się rzecz z tematem uczciwości i traktowania najmłodszych: u Madery rodzice uważnie słuchają swoich pociech i biorą pod uwagę ich zdanie. Dzięki temu zawsze w domu panuje miłość i wyrozumiałość. Madera kusi swoich odbiorców niemal borejkowskim ciepłem, tym samym zresztą, które prezentuje w rodzinie Marty w dorosłych powieściach.
Narracja jest tutaj przyjemna i przepełniona humorem. Kiedy autorka wybiera tematy trudne, nie chce nimi przygnębiać na długo. W opowieści jest optymistką, zawsze znajduje drobne pocieszacze, a do tego potrafi w krótkiej chwili odwracać nastrój. Pisze tak, żeby chciało się śledzić przygody Lilki – jej codzienność zamienia w przygodę. Wyposaża bohaterkę w kilka własnych doświadczeń, przez co nastolatka okazuje się ciekawą osobą z krwi i kości. „Kroplówka z marzeniami” to opowieść bardzo krzepiąca – a i bardzo ciekawa. Nie da się tu zbyt długo martwić przeciwnościami losu, a fabuła zawiera wszystkie składniki niezbędne w dobrej lekturze. Cieszy, że ten tom wraca na rynek wydawniczy, bo odbiorczynie na pewno odnajdą w Lilce część własnych nadziei.
sobota, 2 sierpnia 2014
Nicky Pellegrino: Sycylijska opowieść
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
Sekrety kuchni
„Sycylijska opowieść” nie zawiedzie fanek Nicky Pellegrino – to kolejna romansowo-obyczajowa historia o smakach Italii, w sam raz dla wszystkich szukających wytchnienia (i zaostrzenia apetytu) odbiorczyń. Tym razem kulinaria są mocno uzasadnione w samej fabule. Luca Amore prowadzi na Sycylii szkołę kulinarną „Z miłości do jedzenia”. Sięga do dawnych przepisów swojej babci, do tradycyjnych smaków i eksperymentów, na które w zabieganym świecie nikt nie ma czasu. Swoje kursantki uczy gotowania, ale zaszczepia im też inny styl życia, pokazuje, co jest ważne.
Na kurs przybywają cztery panie (jedna aż z Australii). Różnią się wiekiem, temperamentem i poglądami – a także doświadczeniami życiowymi. Teraz mają szansę zrelaksować się na „pożytecznych” wakacjach i zestawić własne kulinarne osiągnięcia z tym, co zaproponuje Luca. Biorą udział w przygotowywaniu posiłków, dowiadując się sporo na temat własnej kuchni. A kiedy mają już dosyć zajęć… ruszają na zwiedzanie Sycylii, a wycieczki obejmują przede wszystkim miejsca rozsławione kulinarnymi osiągnięciami właścicieli. W takich miejscach degustacja jest nieunikniona – więc trzy czwarte tomu schodzi bohaterkom na rozkoszowaniu się smakami. Nicky Pellegrino dobrze wie, jak opowiadać o kuchni, by jej czytelniczki poczuły nagły apetyt. W tej narracji jedzenie jest zmysłową przyjemnością, niemal odczuwalną przez odbiorczynie. Kulinarne rozkosze są zresztą jednym z ważniejszych powodów, przez które do powieści tej autorki się sięga. Zamiast mód na odchudzanie, Pellegrino serwuje ucztę – przy czym świetnie sobie radzi z odwzorowywaniem doznań bohaterek.
Miłość wypada tu bardziej konwencjonalnie – romansu od początku można się domyślić, a jego przebieg dla czytelniczek będzie tak samo jasny jak dla autorki. Pellegrino próbuje zresztą wikłać cztery bohaterki w rozmaite relacje uczuciowe, bo tylko tak może naświetlić różnice w ich postrzeganiu świata. Dodatkowo każda z postaci ma swoje sekrety i swoje prywatne życie – od którego chwilowo uciekła. To podnosi temperaturę historii.
Pellegrino decyduje się na trzy rodzaje narracji. Jeden – obiektywny – wykorzystuje do opisywania wydarzeń, stosunkowo wiernego przedstawiania każdego dnia kulinarnego kursu. Drugi odnosi do Luki, u którego liczą się aktualne emocje i stany (stąd czas teraźniejszy). W trzecim pozwala na zwierzenia kolejnych kursantek – i to często zwierzenia wstrząsające. Autorka doprowadza do tego, że nie sama fabuła rodzi silne emocje, a przedstawianie bohaterek opowieści, często już po prezentacji ich decyzji i poczynań.
„Sycylijska opowieść” to książka o smakach i zamiłowaniu do gotowania. Pasja, z jaką Luca oddaje się tej sztuce, każdego zachęci do urozmaicenia codziennego jadłospisu, a na pewno pozwoli lepiej przyjrzeć się kulinarnym przyzwyczajeniom. Tu na jedzenie poświęca się wiele czasu, a gotowanie to wyraz miłości. Nicky Pellegrino przekonuje o tym nie pierwszy raz – i chociaż zawsze odwołuje się do tego motywu, nigdy nie powtarza się ani nie męczy przewidywalnością. „Sycylijska opowieść” może być przewodnikiem kulinarnym dla tych, którzy lubią odkrywać nowe smaki (aż żal, że tak mało przepisów pojawia się w tomie) – i wyznacza drogi autorom, którzy chcą łączyć ciepłe obyczajówki z tematem przyjemności jedzenia. W tej gałęzi literatury rozrywkowej Nicky Pellegrino nie ma sobie równych – warunek jest jeden, trzeba lubić narrację poświęconą zdobyczom kuchni.
Sekrety kuchni
„Sycylijska opowieść” nie zawiedzie fanek Nicky Pellegrino – to kolejna romansowo-obyczajowa historia o smakach Italii, w sam raz dla wszystkich szukających wytchnienia (i zaostrzenia apetytu) odbiorczyń. Tym razem kulinaria są mocno uzasadnione w samej fabule. Luca Amore prowadzi na Sycylii szkołę kulinarną „Z miłości do jedzenia”. Sięga do dawnych przepisów swojej babci, do tradycyjnych smaków i eksperymentów, na które w zabieganym świecie nikt nie ma czasu. Swoje kursantki uczy gotowania, ale zaszczepia im też inny styl życia, pokazuje, co jest ważne.
Na kurs przybywają cztery panie (jedna aż z Australii). Różnią się wiekiem, temperamentem i poglądami – a także doświadczeniami życiowymi. Teraz mają szansę zrelaksować się na „pożytecznych” wakacjach i zestawić własne kulinarne osiągnięcia z tym, co zaproponuje Luca. Biorą udział w przygotowywaniu posiłków, dowiadując się sporo na temat własnej kuchni. A kiedy mają już dosyć zajęć… ruszają na zwiedzanie Sycylii, a wycieczki obejmują przede wszystkim miejsca rozsławione kulinarnymi osiągnięciami właścicieli. W takich miejscach degustacja jest nieunikniona – więc trzy czwarte tomu schodzi bohaterkom na rozkoszowaniu się smakami. Nicky Pellegrino dobrze wie, jak opowiadać o kuchni, by jej czytelniczki poczuły nagły apetyt. W tej narracji jedzenie jest zmysłową przyjemnością, niemal odczuwalną przez odbiorczynie. Kulinarne rozkosze są zresztą jednym z ważniejszych powodów, przez które do powieści tej autorki się sięga. Zamiast mód na odchudzanie, Pellegrino serwuje ucztę – przy czym świetnie sobie radzi z odwzorowywaniem doznań bohaterek.
Miłość wypada tu bardziej konwencjonalnie – romansu od początku można się domyślić, a jego przebieg dla czytelniczek będzie tak samo jasny jak dla autorki. Pellegrino próbuje zresztą wikłać cztery bohaterki w rozmaite relacje uczuciowe, bo tylko tak może naświetlić różnice w ich postrzeganiu świata. Dodatkowo każda z postaci ma swoje sekrety i swoje prywatne życie – od którego chwilowo uciekła. To podnosi temperaturę historii.
Pellegrino decyduje się na trzy rodzaje narracji. Jeden – obiektywny – wykorzystuje do opisywania wydarzeń, stosunkowo wiernego przedstawiania każdego dnia kulinarnego kursu. Drugi odnosi do Luki, u którego liczą się aktualne emocje i stany (stąd czas teraźniejszy). W trzecim pozwala na zwierzenia kolejnych kursantek – i to często zwierzenia wstrząsające. Autorka doprowadza do tego, że nie sama fabuła rodzi silne emocje, a przedstawianie bohaterek opowieści, często już po prezentacji ich decyzji i poczynań.
„Sycylijska opowieść” to książka o smakach i zamiłowaniu do gotowania. Pasja, z jaką Luca oddaje się tej sztuce, każdego zachęci do urozmaicenia codziennego jadłospisu, a na pewno pozwoli lepiej przyjrzeć się kulinarnym przyzwyczajeniom. Tu na jedzenie poświęca się wiele czasu, a gotowanie to wyraz miłości. Nicky Pellegrino przekonuje o tym nie pierwszy raz – i chociaż zawsze odwołuje się do tego motywu, nigdy nie powtarza się ani nie męczy przewidywalnością. „Sycylijska opowieść” może być przewodnikiem kulinarnym dla tych, którzy lubią odkrywać nowe smaki (aż żal, że tak mało przepisów pojawia się w tomie) – i wyznacza drogi autorom, którzy chcą łączyć ciepłe obyczajówki z tematem przyjemności jedzenia. W tej gałęzi literatury rozrywkowej Nicky Pellegrino nie ma sobie równych – warunek jest jeden, trzeba lubić narrację poświęconą zdobyczom kuchni.
Eva Völler: Ukryta brama
Egmont, Warszawa 2014.
Reguły gry
Miłośnikom pełnych przygód podróży w czasie Sebastiana i Anny przedstawiać nie trzeba. Odważni bohaterowie, połączeni silnym uczuciem, przenoszą się w przeszłość, uczestnicząc w przedziwnej grze. Wyposażeni w specjalne translatory mowy muszą wciąż udawać kogoś innego i wypełniać swoje misje bez wzbudzania podejrzeń. W „Ukrytej bramie” ich celem staje się Londyn. Tymczasem ktoś niszczy przejścia dla podróżników w czasie. Annie i Sebastianowi zaczyna grozić największe niebezpieczeństwo.
Eva Völler stawia na opowieść klasyczną w obrębie samej serii. Podróże w czasie wiążą się zawsze z próbami zapobiegania katastrofom. Oznaczają też spore ryzyko dla samych bohaterów: Sebastiano bierze udział w pojedynku o honor kobiety, która próbowała go uwieźć, a Anna… Anna poznaje siłę zazdrości, ale sama też bierze udział w prawdziwie sensacyjnych wydarzeniach. Bo tam, gdzie w grę wchodzą podróże w czasie, nie ma miejsca na ugody. Walka jest ostra, a przeciwnicy nie zawsze ujawnieni. W „Ukrytej bramie” pewne tajemnice muszą jednak zostać rozwiązane.
Dla autorki odtwarzanie dawnych realiów nie jest tak ważne, jak budowanie relacji między bohaterami. Owszem, przywołuje na przykład nazwy pojazdów czy przedmiotów z przeszłości, stara się, żeby odbiorcy zauważyli różnice między światami, ale w samej narracji powrotu do przeszłości nikomu nie funduje. Anna opowiada o wszystkim jak najbardziej dzisiejszym językiem, a w dialogach przełożeniu na archaizmy nie ulegają całe frazy, a jedynie pojedyncze słowa. Tak autorka ułatwia lekturę czytelnikom przyzwyczajonym do rytmu powieści pop. „Ukryta brama” ma dostarczać rozrywki, a nie zastanowienia – widać to dobrze nie tylko w temacie, ale i w całej konstrukcji fabuły. Anna i Sebastiano muszą podporządkować się zasadom panującym w rzeczywistości podróżników w czasie. To oznacza, że są skazani na przykre konfrontacje (zresztą sam przeskok w przeszłość też do przyjemnych nie należy), muszą przewidywać zagrożenia i bezustannie się narażać. W dodatku nie znają całej prawdy, część sekretów będzie dla nich sporym zaskoczeniem.
W „Ukrytej bramie”, mimo nastawienia na sensacyjność oraz zestaw przygód bohaterów liczy się też humor. Autorka wprawdzie nie buduje skomplikowanych żartów ani nie okrasza nimi narracji, ale od czasu do czasu pozwala Annie na autoironiczne wstawki czy co bardziej zgryźliwe komentarze pod adresem nielubianych postaci. To nie wabik na czytelników, a próba nakreślenia charakteru dziewczyny: Sebastiano jest w tej powieści zbyt bliski ideału, Anna musi stanowić jego przeciwieństwo, żeby czytelników nie znudziła wizja cukierkowej pary. A w „Ukrytej bramie” wszystko rozgrywa się według znanego, a i łatwego do przewidzenia, schematu – tym, co stanowi odskocznię od standardowej opowieści jest sposób prowadzenia historii. Anna ma atut w postaci kąśliwego poczucia humoru – dzięki temu łatwo ją zaakceptować.
„Ukryta brama” nie zamęcza czytelników wizjami dawnego Londynu, a z obyczajowości dawnej epoki bierze tylko tyle, ile jest potrzebne do akcji. W tej powieści bowiem – trzeciej części serii – akcja staje się najważniejsza. Do tego stopnia, że nawet relacje między bohaterami muszą w pewnej chwili usunąć się na dalszy plan. Jednak autorka nie decyduje się tutaj na eksperymentowanie z gatunkiem, ani na szukanie nowych dróg fabularnych. Podąża utartymi szlakami, skupiając się na dość precyzyjnym omawianiu zasad panujących w powieściowym świecie. Nie potrzebuje testować pojemności historii ani zaskakiwać czytelników modyfikacjami literackimi. „Ukryta brama” to powieść według wzoru.
Reguły gry
Miłośnikom pełnych przygód podróży w czasie Sebastiana i Anny przedstawiać nie trzeba. Odważni bohaterowie, połączeni silnym uczuciem, przenoszą się w przeszłość, uczestnicząc w przedziwnej grze. Wyposażeni w specjalne translatory mowy muszą wciąż udawać kogoś innego i wypełniać swoje misje bez wzbudzania podejrzeń. W „Ukrytej bramie” ich celem staje się Londyn. Tymczasem ktoś niszczy przejścia dla podróżników w czasie. Annie i Sebastianowi zaczyna grozić największe niebezpieczeństwo.
Eva Völler stawia na opowieść klasyczną w obrębie samej serii. Podróże w czasie wiążą się zawsze z próbami zapobiegania katastrofom. Oznaczają też spore ryzyko dla samych bohaterów: Sebastiano bierze udział w pojedynku o honor kobiety, która próbowała go uwieźć, a Anna… Anna poznaje siłę zazdrości, ale sama też bierze udział w prawdziwie sensacyjnych wydarzeniach. Bo tam, gdzie w grę wchodzą podróże w czasie, nie ma miejsca na ugody. Walka jest ostra, a przeciwnicy nie zawsze ujawnieni. W „Ukrytej bramie” pewne tajemnice muszą jednak zostać rozwiązane.
Dla autorki odtwarzanie dawnych realiów nie jest tak ważne, jak budowanie relacji między bohaterami. Owszem, przywołuje na przykład nazwy pojazdów czy przedmiotów z przeszłości, stara się, żeby odbiorcy zauważyli różnice między światami, ale w samej narracji powrotu do przeszłości nikomu nie funduje. Anna opowiada o wszystkim jak najbardziej dzisiejszym językiem, a w dialogach przełożeniu na archaizmy nie ulegają całe frazy, a jedynie pojedyncze słowa. Tak autorka ułatwia lekturę czytelnikom przyzwyczajonym do rytmu powieści pop. „Ukryta brama” ma dostarczać rozrywki, a nie zastanowienia – widać to dobrze nie tylko w temacie, ale i w całej konstrukcji fabuły. Anna i Sebastiano muszą podporządkować się zasadom panującym w rzeczywistości podróżników w czasie. To oznacza, że są skazani na przykre konfrontacje (zresztą sam przeskok w przeszłość też do przyjemnych nie należy), muszą przewidywać zagrożenia i bezustannie się narażać. W dodatku nie znają całej prawdy, część sekretów będzie dla nich sporym zaskoczeniem.
W „Ukrytej bramie”, mimo nastawienia na sensacyjność oraz zestaw przygód bohaterów liczy się też humor. Autorka wprawdzie nie buduje skomplikowanych żartów ani nie okrasza nimi narracji, ale od czasu do czasu pozwala Annie na autoironiczne wstawki czy co bardziej zgryźliwe komentarze pod adresem nielubianych postaci. To nie wabik na czytelników, a próba nakreślenia charakteru dziewczyny: Sebastiano jest w tej powieści zbyt bliski ideału, Anna musi stanowić jego przeciwieństwo, żeby czytelników nie znudziła wizja cukierkowej pary. A w „Ukrytej bramie” wszystko rozgrywa się według znanego, a i łatwego do przewidzenia, schematu – tym, co stanowi odskocznię od standardowej opowieści jest sposób prowadzenia historii. Anna ma atut w postaci kąśliwego poczucia humoru – dzięki temu łatwo ją zaakceptować.
„Ukryta brama” nie zamęcza czytelników wizjami dawnego Londynu, a z obyczajowości dawnej epoki bierze tylko tyle, ile jest potrzebne do akcji. W tej powieści bowiem – trzeciej części serii – akcja staje się najważniejsza. Do tego stopnia, że nawet relacje między bohaterami muszą w pewnej chwili usunąć się na dalszy plan. Jednak autorka nie decyduje się tutaj na eksperymentowanie z gatunkiem, ani na szukanie nowych dróg fabularnych. Podąża utartymi szlakami, skupiając się na dość precyzyjnym omawianiu zasad panujących w powieściowym świecie. Nie potrzebuje testować pojemności historii ani zaskakiwać czytelników modyfikacjami literackimi. „Ukryta brama” to powieść według wzoru.
piątek, 1 sierpnia 2014
Linda Green: I wtedy to się stało
Świat Książki, Warszawa 2014.
Los ideału
W serię Leniwa Niedziela Linda Green wpasowuje się swoim tomem „I wtedy to się stało” trochę przez przekorę. Mówi bowiem o sprawach poważnych, na które nikt nigdy nie będzie przygotowany. Na początku buduje małżeńską idyllę, scenkę tak słodką, że aż nie do strawienia – ale to punkt wyjścia dla późniejszych wydarzeń, które umożliwią zweryfikowanie idealnych postaw i poglądów. I tak niepostrzeżenie książka zamienia się w całkiem interesującą psychologiczną obserwację, podlewaną owszem, tematami obowiązkowymi w obyczajówkach i romansach – motywem zdrad, rozstań, źle ulokowanych uczuć czy cierpień, jakie można zadać drugiej osobie, ale nie do końca przewidywalną.
Mel poznała Adama jako trzynastolatka, dziesięć lat później wzięła z nim ślub, a od tego drugiego wydarzenia mija właśnie kolejna dekada. Mel, Adam i ich córeczka Maya tworzą kochającą się niemal modelową rodzinę. Mel nawet boi się tej sielanki, nie dopuszcza do siebie pełni szczęścia, żeby nie kusić losu. I wtedy to się staje. Coś, co zweryfikuje wszelkie więzi czy sentymenty. Coś, co uświadomi bohaterom, z jakim wysiłkiem walczy się czasem o normalność. Linda Green zamierza przede wszystkim ukazać odbiorczyniom całą paletę emocji, które towarzyszą miłości. Mel w prawdziwym życiu byłaby nie do wytrzymania – każdy czułby się przy niej gorszy i mało warty. Tu jednak jej siła i wiara w sukces są bardzo potrzebne. Pozwalają rzucać wyzwanie specjalistom i dążyć do celu, nawet jeśli droga wymaga ogromnych wyrzeczeń. Wszyscy łącznie z najlepszym przyjacielem i rodzicami namawiają Mel, by zatroszczyła się o siebie zamiast czekać na cud. Sama przeciw wszystkim bohaterka tym bardziej nie może zwątpić.
„I wtedy to się stało” ukazuje wydarzenia z dwóch perspektyw, Mel oraz Adama. Linda Green przeplata opowieści obu stron, wplatając w nie drobne różnice i informacje, których małżonkowie o sobie nie znają. To podejście, nienowe przecież, pozwala często zrozumieć motywacje męża i żony lub wyznaczyć punkty istotne tylko dla jednej osoby. Narracje zróżnicowane są również tonem, rodzajem ekspresyjności, a nawet poczuciem humoru – mimo że autorka ich nie stylizuje. Co więcej – wpływ na kształt obu historii ma dodatkowy narrator-opowiadacz, który pozwala przekuć na słowa wszelkie doświadczenia i to bez względu na stan psychiczny czy intelektualny postaci. Mówiąc w skrócie – ogrom silnych przeżyć nie wpływa zupełnie na kształt wypowiedzi, tak, by narracja nie przysłoniła tego, co dla Lindy Green stało się powodem do napisania poruszającej powieści. Pisarską ingerencję w zamknięty świat małżeństwa zaznaczyć trzeba, inaczej bowiem rodzą się – niepotrzebnie dla lektury – pytania o kwestie medyczne i psychologiczne. Tymczasem autorka dość dobrze kieruje uwagę odbiorców na sferę przeżyć.
Ta obszerna powieść intryguje różnymi tematami związanymi z zaufaniem czy wartością uczuć. Na marginesie podstawowej relacji Green zatrzymuje się choćby nad kwestią ratowania małżeństw, różnic w poglądach na posiadanie dzieci, szczerością w związkach i między przyjaciółmi, wybaczaniem, poświęceniem czy dostosowywaniem się do nowych warunków egzystencji. Oczywiście nie brakuje tu też sekretów, które przez całe lata udawało się ukrywać. Trzeba przyznać, że motywy obecne w romansach Linda Green wykorzystuje tak, że wszystkie wypadają oryginalnie, zaskakują, gdy się pojawią. Dzieje się tak dzięki ich dobremu osadzeniu w psychice postaci – łatwo uwierzyć w decyzje, które pasują do całościowego obrazu bohatera, konsekwentnie prowadzonego w książce. W efekcie tom „I wtedy to się stało” przyciąga nie tylko ze względu na fabułę w formie odwróconej baśni, ale też z uwagi na szereg pobocznych pytań, istotnych dla zrozumienia siebie oraz dla zbudowania trwałych relacji.
Los ideału
W serię Leniwa Niedziela Linda Green wpasowuje się swoim tomem „I wtedy to się stało” trochę przez przekorę. Mówi bowiem o sprawach poważnych, na które nikt nigdy nie będzie przygotowany. Na początku buduje małżeńską idyllę, scenkę tak słodką, że aż nie do strawienia – ale to punkt wyjścia dla późniejszych wydarzeń, które umożliwią zweryfikowanie idealnych postaw i poglądów. I tak niepostrzeżenie książka zamienia się w całkiem interesującą psychologiczną obserwację, podlewaną owszem, tematami obowiązkowymi w obyczajówkach i romansach – motywem zdrad, rozstań, źle ulokowanych uczuć czy cierpień, jakie można zadać drugiej osobie, ale nie do końca przewidywalną.
Mel poznała Adama jako trzynastolatka, dziesięć lat później wzięła z nim ślub, a od tego drugiego wydarzenia mija właśnie kolejna dekada. Mel, Adam i ich córeczka Maya tworzą kochającą się niemal modelową rodzinę. Mel nawet boi się tej sielanki, nie dopuszcza do siebie pełni szczęścia, żeby nie kusić losu. I wtedy to się staje. Coś, co zweryfikuje wszelkie więzi czy sentymenty. Coś, co uświadomi bohaterom, z jakim wysiłkiem walczy się czasem o normalność. Linda Green zamierza przede wszystkim ukazać odbiorczyniom całą paletę emocji, które towarzyszą miłości. Mel w prawdziwym życiu byłaby nie do wytrzymania – każdy czułby się przy niej gorszy i mało warty. Tu jednak jej siła i wiara w sukces są bardzo potrzebne. Pozwalają rzucać wyzwanie specjalistom i dążyć do celu, nawet jeśli droga wymaga ogromnych wyrzeczeń. Wszyscy łącznie z najlepszym przyjacielem i rodzicami namawiają Mel, by zatroszczyła się o siebie zamiast czekać na cud. Sama przeciw wszystkim bohaterka tym bardziej nie może zwątpić.
„I wtedy to się stało” ukazuje wydarzenia z dwóch perspektyw, Mel oraz Adama. Linda Green przeplata opowieści obu stron, wplatając w nie drobne różnice i informacje, których małżonkowie o sobie nie znają. To podejście, nienowe przecież, pozwala często zrozumieć motywacje męża i żony lub wyznaczyć punkty istotne tylko dla jednej osoby. Narracje zróżnicowane są również tonem, rodzajem ekspresyjności, a nawet poczuciem humoru – mimo że autorka ich nie stylizuje. Co więcej – wpływ na kształt obu historii ma dodatkowy narrator-opowiadacz, który pozwala przekuć na słowa wszelkie doświadczenia i to bez względu na stan psychiczny czy intelektualny postaci. Mówiąc w skrócie – ogrom silnych przeżyć nie wpływa zupełnie na kształt wypowiedzi, tak, by narracja nie przysłoniła tego, co dla Lindy Green stało się powodem do napisania poruszającej powieści. Pisarską ingerencję w zamknięty świat małżeństwa zaznaczyć trzeba, inaczej bowiem rodzą się – niepotrzebnie dla lektury – pytania o kwestie medyczne i psychologiczne. Tymczasem autorka dość dobrze kieruje uwagę odbiorców na sferę przeżyć.
Ta obszerna powieść intryguje różnymi tematami związanymi z zaufaniem czy wartością uczuć. Na marginesie podstawowej relacji Green zatrzymuje się choćby nad kwestią ratowania małżeństw, różnic w poglądach na posiadanie dzieci, szczerością w związkach i między przyjaciółmi, wybaczaniem, poświęceniem czy dostosowywaniem się do nowych warunków egzystencji. Oczywiście nie brakuje tu też sekretów, które przez całe lata udawało się ukrywać. Trzeba przyznać, że motywy obecne w romansach Linda Green wykorzystuje tak, że wszystkie wypadają oryginalnie, zaskakują, gdy się pojawią. Dzieje się tak dzięki ich dobremu osadzeniu w psychice postaci – łatwo uwierzyć w decyzje, które pasują do całościowego obrazu bohatera, konsekwentnie prowadzonego w książce. W efekcie tom „I wtedy to się stało” przyciąga nie tylko ze względu na fabułę w formie odwróconej baśni, ale też z uwagi na szereg pobocznych pytań, istotnych dla zrozumienia siebie oraz dla zbudowania trwałych relacji.
Piotr Bukartyk: 12 godzin po Mannie
Baśń na miarę
Piotr Bukartyk twierdzi, że miarą sukcesu jest dla niego możliwość opłacania dzięki koncertom rachunków za gaz i światło. Ale też z pewnością reakcje publiczności: nie tylko dośpiewywanie refrenów i spontaniczne dialogi z artystą, brawa wywoływane padającymi ze sceny prawdami czy fale śmiechu. Na koncercie inaugurującym ósmy sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego tego nie zabrakło. Bo Piotr Bukartyk ma dar trafiania do słuchaczy przekuwanymi na liryczne opowieściami o ludziach, którym w życiu się nie ułożyło.
Bukartyk jest bardem nietypowym. Zwraca uwagę na pogmatwane losy najmniej dostrzeganych przedstawicieli społeczeństwa. Daje nadzieję tym, którzy przestali już wierzyć w szczęście. Miłość skleja u niego połamane życiorysy na przekór wszystkiemu, zwłaszcza opiniom nieżyczliwych. Samotna matka znajdzie jeszcze faceta, który „ją i dzieciaka pokocha tak jak swoje”, filozoficzne rozważania spod budki z piwem mogą powrócić jako prawdziwe historie o przyziemnych i nieskomplikowanych marzeniach. Bukartyk bardzo chętnie zatrzymuje się nad kontrastem między światem idealnym, bogatym i pięknym, a szarą codziennością ludzi prostych. Dostrzega dysonanse, jak we wstrząsającej Reszcie dla pana: z jednej strony strzeżone osiedla, nowoczesne apartamentowce i niemal bajkowa rzeczywistość, z drugiej stary praski cwaniaczek, który doskonale wie, że do tego otoczenia już nie pasuje. Nad jego rozczarowaniem umie się w piosenkach pochylić tylko Bukartyk. Ten autor zresztą unika wielkich słów i spostrzeżenia odziera z patosu. Nie chce idealizować teorii, woli za to zastanowić się nad trudnym do uchwycenia (ale przecież jednak obecnym!) urokiem ponurej zwyczajności. Przeciętni ludzie zyskują u niego drugą szansę na odwrócenie losu. Nie jest to nigdy szansa rodem z baśni, Piotr Bukartyk wie, że baśnie w prawdziwym życiu się nie zdarzają. Proponuje zatem baśnie na miarę możliwości swoich bohaterów. Dzięki temu uruchamia tony nostalgiczne z nutą optymizmu, daje do myślenia i wprowadza do piosenek tych, którzy nie mieli prawa się tam znaleźć, bo nie pasują do kolorowego świata ułudy.
Relacje między kobietami z przeszłością i mężczyznami po przejściach, drobne tęsknoty i niepowodzenia oraz zadziwiająco trafne uwagi przypominające ludziom o rzeczywistym kształcie szczęścia to jeden rodzaj utworów prezentowanych na koncercie w Magazynie Ciekłego Powietrza. Drugim rodzajem były piosenki satyryczne, lekkie i prześmiewcze, piosenki-dowcipy powiązane z kabaretową wręcz konferansjerką. Tu znalazły się choćby Wino proste musi być (jak skomentował autor: „połączenie francuskiej tradycji picia wina z byle powodu z polską tradycją robienia wina z byle czego”), Sznurek („gdyby pod szybem założyć taką plantację… ile to radości”), Kaszana czy Kinematograf. Piotr Bukartyk zresztą program koncertu układał na oczach publiczności, decydując się, w zależności od klimatu, na „dalsze smęcenie” lub zmianę nastroju. W zasadzie był to koncert życzeń: przy takim repertuarze nikt nie mógł wyjść z niego rozczarowany. Bukartyk proponował utwory doskonale wszystkim znane (Małgocha) i przygotowywane na nową płytę (Piasku ziarenka, Kup sobie psa), starsze (Dokąd się wybierasz) i nowsze (7 rano w sklepie). Zmiany rytmu pozwalały w pełni docenić celność spostrzeżeń, a i warsztatową zręczność, bo przecież Bukartyk jest znakomitym rzemieślnikiem słowa, urzeka nie tylko umiejętnością nazywania rzeczy zwyczajnych. Swoje piosenki przeplatał artysta barwnymi komentarzami (czasem były to całe historie o dobrze przemyślanych konstrukcjach) i żartami. Tak, że chociaż całą choreografię koncertu przedstawił w pierwszym numerze, nie mógł się widzom znudzić. Ze względu na rozkład akcentów, sposób opowiadania o ludzkich losach i energię, zamienił Bukartyk swój występ w miniaturowy muzyczny teatr. Zresztą od strony muzycznej koncert też mógł cieszyć: gitarowe brzmienia były ucztą dla uszu. Odpowiadał za to również Krzysztof Kawałko („siedząca po mojej prawej stronie moja lewa ręka” – Bukartyk), którego kunszt gry zasługiwałby na osobny tekst… gdyby Piotr Bukartyk nie zabronił go wychwalać („bo chciałbym tu pozostać szefem, żeby mu się w głowie nie przewróciło”).
Było wesoło.
tekst z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung".
Piotr Bukartyk twierdzi, że miarą sukcesu jest dla niego możliwość opłacania dzięki koncertom rachunków za gaz i światło. Ale też z pewnością reakcje publiczności: nie tylko dośpiewywanie refrenów i spontaniczne dialogi z artystą, brawa wywoływane padającymi ze sceny prawdami czy fale śmiechu. Na koncercie inaugurującym ósmy sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego tego nie zabrakło. Bo Piotr Bukartyk ma dar trafiania do słuchaczy przekuwanymi na liryczne opowieściami o ludziach, którym w życiu się nie ułożyło.
Bukartyk jest bardem nietypowym. Zwraca uwagę na pogmatwane losy najmniej dostrzeganych przedstawicieli społeczeństwa. Daje nadzieję tym, którzy przestali już wierzyć w szczęście. Miłość skleja u niego połamane życiorysy na przekór wszystkiemu, zwłaszcza opiniom nieżyczliwych. Samotna matka znajdzie jeszcze faceta, który „ją i dzieciaka pokocha tak jak swoje”, filozoficzne rozważania spod budki z piwem mogą powrócić jako prawdziwe historie o przyziemnych i nieskomplikowanych marzeniach. Bukartyk bardzo chętnie zatrzymuje się nad kontrastem między światem idealnym, bogatym i pięknym, a szarą codziennością ludzi prostych. Dostrzega dysonanse, jak we wstrząsającej Reszcie dla pana: z jednej strony strzeżone osiedla, nowoczesne apartamentowce i niemal bajkowa rzeczywistość, z drugiej stary praski cwaniaczek, który doskonale wie, że do tego otoczenia już nie pasuje. Nad jego rozczarowaniem umie się w piosenkach pochylić tylko Bukartyk. Ten autor zresztą unika wielkich słów i spostrzeżenia odziera z patosu. Nie chce idealizować teorii, woli za to zastanowić się nad trudnym do uchwycenia (ale przecież jednak obecnym!) urokiem ponurej zwyczajności. Przeciętni ludzie zyskują u niego drugą szansę na odwrócenie losu. Nie jest to nigdy szansa rodem z baśni, Piotr Bukartyk wie, że baśnie w prawdziwym życiu się nie zdarzają. Proponuje zatem baśnie na miarę możliwości swoich bohaterów. Dzięki temu uruchamia tony nostalgiczne z nutą optymizmu, daje do myślenia i wprowadza do piosenek tych, którzy nie mieli prawa się tam znaleźć, bo nie pasują do kolorowego świata ułudy.
Relacje między kobietami z przeszłością i mężczyznami po przejściach, drobne tęsknoty i niepowodzenia oraz zadziwiająco trafne uwagi przypominające ludziom o rzeczywistym kształcie szczęścia to jeden rodzaj utworów prezentowanych na koncercie w Magazynie Ciekłego Powietrza. Drugim rodzajem były piosenki satyryczne, lekkie i prześmiewcze, piosenki-dowcipy powiązane z kabaretową wręcz konferansjerką. Tu znalazły się choćby Wino proste musi być (jak skomentował autor: „połączenie francuskiej tradycji picia wina z byle powodu z polską tradycją robienia wina z byle czego”), Sznurek („gdyby pod szybem założyć taką plantację… ile to radości”), Kaszana czy Kinematograf. Piotr Bukartyk zresztą program koncertu układał na oczach publiczności, decydując się, w zależności od klimatu, na „dalsze smęcenie” lub zmianę nastroju. W zasadzie był to koncert życzeń: przy takim repertuarze nikt nie mógł wyjść z niego rozczarowany. Bukartyk proponował utwory doskonale wszystkim znane (Małgocha) i przygotowywane na nową płytę (Piasku ziarenka, Kup sobie psa), starsze (Dokąd się wybierasz) i nowsze (7 rano w sklepie). Zmiany rytmu pozwalały w pełni docenić celność spostrzeżeń, a i warsztatową zręczność, bo przecież Bukartyk jest znakomitym rzemieślnikiem słowa, urzeka nie tylko umiejętnością nazywania rzeczy zwyczajnych. Swoje piosenki przeplatał artysta barwnymi komentarzami (czasem były to całe historie o dobrze przemyślanych konstrukcjach) i żartami. Tak, że chociaż całą choreografię koncertu przedstawił w pierwszym numerze, nie mógł się widzom znudzić. Ze względu na rozkład akcentów, sposób opowiadania o ludzkich losach i energię, zamienił Bukartyk swój występ w miniaturowy muzyczny teatr. Zresztą od strony muzycznej koncert też mógł cieszyć: gitarowe brzmienia były ucztą dla uszu. Odpowiadał za to również Krzysztof Kawałko („siedząca po mojej prawej stronie moja lewa ręka” – Bukartyk), którego kunszt gry zasługiwałby na osobny tekst… gdyby Piotr Bukartyk nie zabronił go wychwalać („bo chciałbym tu pozostać szefem, żeby mu się w głowie nie przewróciło”).
Było wesoło.
tekst z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung".
Alexander Steffensmeier: Krowa Matylda na wakacjach
Media Rodzina, Poznań 2014.
Urlop
Krowa Matylda zawsze chce naśladować ludzi – i zawsze znajduje na to jakiś oryginalny sposób, tak, że całe podwórko mogłoby jej zazdrościć. To indywidualistka, której niestraszne są kolejne wyzwania. Tym razem inspirację bohaterka czerpie od dobrze znanego czytelnikom listonosza. Listonosz wyjechał na wakacje, bawi się dobrze, robi zdjęcia – i krowa Matylda nagle zaczyna czuć, że też chciałaby mieć wakacje. Przystępuje więc do działania.
Alexander Steffensmeier organizuje niemal pojedynek na wypoczynkowe atrakcje. O tym, jak przebiegają wakacje listonosza, przekonać się można dzięki jego zdjęciom na wyklejce. Matylda ma swoją wizję wakacji – i radośnie ją realizuje. Gospodyni i kury tymczasem… próbują zachęcić Matyldę do powrotu i przygotowują cały zestaw ulubionych przez krowę rozrywek. Jest do obserwować. Zwłaszcza że krowa Matylda swoimi pomysłami i ich szaloną realizacją rozbawi każdego. Tomik „Krowa Matylda na wakacjach” to typowo letnia pozycja – uświadamia maluchom, na czym polega letni wypoczynek, ale stanowi też popis humoru autora – wszystkie wydarzenia prowadzą do wyrazistej puenty, a po drodze dzieje się wiele zabawnych rzeczy. Krowa Matylda to jedna z tych bohaterek, których krótkie przygody śledzi się z przyjemnością. Autor bowiem chce swoich czytelników rozbawiać – i doskonale mu to wychodzi. Sam wydaje się zaskoczony niektórymi pomysłami Matyldy, co urzeknie odbiorców. Matylda to w końcu krowa z charakterem, nie daje się łatwo przekonać do rezygnacji z szalonych pomysłów i nudzić się przy niej nie można.
„Krowa Matylda na wakacjach” to książka obrazkowa, tekst jest tu drugorzędny i służy przede wszystkim wzmocnieniu wymowy obrazków. Steffensmeier będzie rozśmieszać dzieci nowym kontekstem, w jakim pojawia się krowia bohaterka – Matylda na przyciasnym przystanku autobusowym czy zażywająca letnich rozrywek to propozycja idealna dla każdego malucha. Ale Steffensmeier nie poprzestaje na humorze trafiającym do najmłodszych – zamienia przygody krowy Matyldy w opowiastkę satyryczną, pełną dowcipów i dla tych dowcipów zresztą tworzoną. Krowa Matylda nie przypomina zwierząt z kreskówek, bliżej jej do prawdziwej krowy – z wyglądu i możliwości – niż do bohaterów bajek. Takie ograniczenia, które Steffensmeier sobie narzuca, podsycają zabawę – dopiero „normalna” krowa zachowująca się wbrew oczekiwaniom będzie śmieszyć. Matylda znajduje sposób na to, by z wakacji przywieźć własne zdjęcia (efekty jej niekonwencjonalnych działań pojawią się na tylnej wyklejce) – a jest tym bardziej komiczna, że nie bierze po prostu aparatu w kopyta, jak zrobiłyby inne krowie bohaterki. Matylda jest wyjątkowa.
Steffensmeier popisuje się nie tylko humorem i beztroską (bo nie obciąża tomu żadnymi edukacyjnymi wstawkami), ale i stroną graficzną. Przekonująco odtwarza gesty i spojrzenia postaci (a posługuje się przy tym bardzo prostymi rysunkami), potęguje żarty przez nieopisywane w narracji zachowania kur, sprawia, że ilustracje książek z tej serii ogląda się długo i uważnie, żeby odkrywać kolejne ciekawostki. Krowa Matylda przyciąga uwagę dzieci i dorosłych – ale kury nie pozostają w tyle w pomysłach na działania. Tylko że to książki o Matyldzie, więc kury muszą zadowolić się obecnością nie do przeoczenia w grafikach. „Krowa Matylda na wakacjach” to kolejna propozycja, która dzieci bardzo ucieszy – ale nie znudzi też dorosłych. Ci, chociaż trudno powiedzieć, by byli właściwymi adresatami tomu, również z przyjemnością oglądać będą tę książkę. Bo krowa Matylda przeżywa przygody o satyrycznym zabarwieniu, a humor absurdalny nie zna granic wiekowych.
Urlop
Krowa Matylda zawsze chce naśladować ludzi – i zawsze znajduje na to jakiś oryginalny sposób, tak, że całe podwórko mogłoby jej zazdrościć. To indywidualistka, której niestraszne są kolejne wyzwania. Tym razem inspirację bohaterka czerpie od dobrze znanego czytelnikom listonosza. Listonosz wyjechał na wakacje, bawi się dobrze, robi zdjęcia – i krowa Matylda nagle zaczyna czuć, że też chciałaby mieć wakacje. Przystępuje więc do działania.
Alexander Steffensmeier organizuje niemal pojedynek na wypoczynkowe atrakcje. O tym, jak przebiegają wakacje listonosza, przekonać się można dzięki jego zdjęciom na wyklejce. Matylda ma swoją wizję wakacji – i radośnie ją realizuje. Gospodyni i kury tymczasem… próbują zachęcić Matyldę do powrotu i przygotowują cały zestaw ulubionych przez krowę rozrywek. Jest do obserwować. Zwłaszcza że krowa Matylda swoimi pomysłami i ich szaloną realizacją rozbawi każdego. Tomik „Krowa Matylda na wakacjach” to typowo letnia pozycja – uświadamia maluchom, na czym polega letni wypoczynek, ale stanowi też popis humoru autora – wszystkie wydarzenia prowadzą do wyrazistej puenty, a po drodze dzieje się wiele zabawnych rzeczy. Krowa Matylda to jedna z tych bohaterek, których krótkie przygody śledzi się z przyjemnością. Autor bowiem chce swoich czytelników rozbawiać – i doskonale mu to wychodzi. Sam wydaje się zaskoczony niektórymi pomysłami Matyldy, co urzeknie odbiorców. Matylda to w końcu krowa z charakterem, nie daje się łatwo przekonać do rezygnacji z szalonych pomysłów i nudzić się przy niej nie można.
„Krowa Matylda na wakacjach” to książka obrazkowa, tekst jest tu drugorzędny i służy przede wszystkim wzmocnieniu wymowy obrazków. Steffensmeier będzie rozśmieszać dzieci nowym kontekstem, w jakim pojawia się krowia bohaterka – Matylda na przyciasnym przystanku autobusowym czy zażywająca letnich rozrywek to propozycja idealna dla każdego malucha. Ale Steffensmeier nie poprzestaje na humorze trafiającym do najmłodszych – zamienia przygody krowy Matyldy w opowiastkę satyryczną, pełną dowcipów i dla tych dowcipów zresztą tworzoną. Krowa Matylda nie przypomina zwierząt z kreskówek, bliżej jej do prawdziwej krowy – z wyglądu i możliwości – niż do bohaterów bajek. Takie ograniczenia, które Steffensmeier sobie narzuca, podsycają zabawę – dopiero „normalna” krowa zachowująca się wbrew oczekiwaniom będzie śmieszyć. Matylda znajduje sposób na to, by z wakacji przywieźć własne zdjęcia (efekty jej niekonwencjonalnych działań pojawią się na tylnej wyklejce) – a jest tym bardziej komiczna, że nie bierze po prostu aparatu w kopyta, jak zrobiłyby inne krowie bohaterki. Matylda jest wyjątkowa.
Steffensmeier popisuje się nie tylko humorem i beztroską (bo nie obciąża tomu żadnymi edukacyjnymi wstawkami), ale i stroną graficzną. Przekonująco odtwarza gesty i spojrzenia postaci (a posługuje się przy tym bardzo prostymi rysunkami), potęguje żarty przez nieopisywane w narracji zachowania kur, sprawia, że ilustracje książek z tej serii ogląda się długo i uważnie, żeby odkrywać kolejne ciekawostki. Krowa Matylda przyciąga uwagę dzieci i dorosłych – ale kury nie pozostają w tyle w pomysłach na działania. Tylko że to książki o Matyldzie, więc kury muszą zadowolić się obecnością nie do przeoczenia w grafikach. „Krowa Matylda na wakacjach” to kolejna propozycja, która dzieci bardzo ucieszy – ale nie znudzi też dorosłych. Ci, chociaż trudno powiedzieć, by byli właściwymi adresatami tomu, również z przyjemnością oglądać będą tę książkę. Bo krowa Matylda przeżywa przygody o satyrycznym zabarwieniu, a humor absurdalny nie zna granic wiekowych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






