Harperkids, Warszawa 2023.
Poznawanie
W cyklu tomików z dziurą pojawia się w Akademii Mądrego Dziecka książeczka "Czy to jest moje", która świetnie nada się do czytania dzieciom przed snem i do wspólnej interaktywnej zabawy. Jedyny mankament i najsłabsza strona to tekst. Zbigniew Dmitroca napisał tu "wiersze", rymowanki, które w ogóle nie powinny trafić na rynek, bo swoją jakością przerażają. Konwencja bajek to analiza zachowań dziecka - każdego, bez względu na wiek. Są tu rymowanki dotyczące spożywania posiłków, kolorowania książeczek, zabaw, korzystania z nocnika, mycia zębów, ubierania się, wstawania rano i chodzenia spać. Codzienność malucha została tu jednak przedstawiona bardzo niestarannie - pod względem rymów i doboru słownictwa. Przede wszystkim Zbigniew Dmitroca bez przerwy infantylizuje, traktuje dzieci jak odbiorców drugiej kategorii, przekonując, że nie są w stanie bez zdrobnień funkcjonować. Jest tu buteleczka (do rymu z mleczka), jest czapeczka i łóżeczko. W obrębie innych rymów Dmitroca nie zaskakuje (wiadomo, że kupę trzeba zrymować z pupę, jak słońcu to w końcu, a dokładnie zrymuje się z ładnie...). W pewnym momencie, gdy już autorowi zaczyna brakować zestawów rymowych do wykorzystania na już, tworzy słowne potworki (rękawice doskonałe na zimnicę). O nieudolnie tworzonych współbrzmieniach można tu długo pisać, faktem jest, że nie zachwycają - są niestaranne i niedopracowane, w dużej części też mało przemyślane. Ot, po prostu autor skojarzył kilka charakterystycznych rymowanek. Tam, gdzie próbuje dodać coś od siebie, nie wychodzi mu w ogóle precyzyjne współbrzmienie.
Można jednak ten tomik wykorzystywać bardziej jako pokazywanie dzieciom rytmu codzienności. W każdej rozkładówce maluchy mogą znaleźć coś, co już znają - coś charakterystycznego i powtarzalnego, coś, co mogą skonfrontować z własnymi doświadczeniami i co mogą zaobserwować poza książeczką. "Czy to jest moje" to próba zwrócenia uwagi na proste czynności i zjawiska, które koją - dlatego też ten tomik nadawać się będzie na lekturę przed snem. Dzieci docenią tutaj między innymi brak udziwnień (chociaż nie w warstwie słownej) - nie ma wymyślnych wyobraźniowych fabuł, liczy się normalność.
Książeczka na kolejnych parzystych stronach ma wycięty otwór o coraz mniejszej średnicy - tak, żeby całość po zamknięciu sprawiała wrażenie głębi. Charakterystyczne to miejsce, które pozwala na zabawę tomikiem i traktowanie go bardziej jako zabawki. Takie wycięcie na stronach kusi i pozwala odbierać tomik również przez zmysł dotyku. Oczywiście książeczka ma też kolorowe ilustracje, komputerowe grafiki, które mają zapewnić dzieciom kolejne bodźce - "Czy to jest moje" to tomik przygotowany z myślą o najmłodszych - o tych dzieciach, które nie potrafią samodzielnie czytać.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew Dmitroca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew Dmitroca. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 14 marca 2023
niedziela, 8 stycznia 2023
Pudełko pełne zabawy. Księżniczki
Harperkids, Warszawa 2022.
Księżniczki
Kolejne pudełko pełne zabawy przynosi dzieciom trzydzieści dwa tekturowe elementy w kształcie dużych patyczków do lodów i jedno tło ułatwiające układanie puzzli. Same puzzle to ośmioelementowe obrazki (ponieważ klocki są zadrukowane dwustronnie, nie da się jednocześnie ułożyć wszystkich rysunków). Dzieci mogą dobierać odpowiednie puzzle pod względem kolorów albo podpowiedzi w rodzaju deseni, mogą też posiłkować się dodanym do pudełka zeszytem z rymowankami Zbigniewa Dmitrocy, bo tam pojawiają się konkretne podpowiedzi.
Zabawa polegać będzie na układaniu obrazków z księżniczkami i innymi postaciami z bajek - po to, żeby odwołać się do charakterystycznych historii w wersji niedisneyowskiej (co może być miłą odskocznią od przesłodzonych wizerunków baśniowych postaci) i żeby zachęcić dzieci do poznawania klasyki literatury. To oczywiście dodatek do samej zabawy w układanie puzzli. Nie ma tu podpowiedzi w rodzaju wycięć na klockach: puzzle są ujednolicone, a do tego duże - nie da się ich połknąć, trudno zgubić. Zostały też zaokrąglone, żeby żadne dziecko się nimi nie skaleczyło. Ułożenie obrazka z wybraną księżniczką lub bohaterką pozwala poznać jej angielską nazwę - to wprowadzenie do nauki języków obcych, edukacyjna wstawka w zabawie. Warto tu też zaznaczyć, że same obrazki są bardzo kolorowe, atrakcyjne dla maluchów - przyjemne dla oka, nie ma obaw, że dziecko odrzuci efekty działań albo zniechęci się do tej rozrywki. Układanie puzzli na odpowiedniej podstawce bardzo ułatwia zadanie maluchom, które nie potrafią jeszcze liczyć - będą od razu widzieć, ile klocków brakuje do ukończenia ilustracji. Przygotowanie zestawu obrazków sprawia, że można będzie modyfikować rodzaje zabawy: da się losować kolejne składniki, wprowadzić element rodzinnej rywalizacji albo wyznaczać dziecku kolejne wyzwania, takie rozwiązanie sprawia, że puzzle wystarczą maluchom na dłużej. Wszystko zależeć będzie od kreatywności rodziców - którzy, notabene, mogą też poprzestać na wręczeniu pociesze pudełka z zabawką.
Książeczka z bohaterkami wnosi niewiele i właściwie mogłaby funkcjonować wyłącznie jako podpowiedź dla układających puzzle, Zbigniew Dmitroca bowiem rozczarowuje swoimi rymowankami przede wszystkim za sprawą nagromadzenia rymów gramatycznych. Uparcie łączy ze sobą współbrzmienia czasownikowe albo przymiotnikowe, nie popisuje się nawet wtedy, gdy odbiega od potocznych sformułowań i szuka karkołomnych czasami synonimów (dla rymu). Jasne, że w czterowersie nie da się streścić całej baśni (na szczęście poprzestaje autor na czterowersowych rymowankach), jednak Dmitroca czasami zapomina o sensie baśni i skupia się tylko na tym, co udało mu się zrymować. Wygląda to tak, jakby kompletnie nie panował nad formą - więc tekstowa część zabawki mocno rozczarowuje, przynajmniej tych dorosłych, którzy potrafią dostrzec nieudolność rymotwórczą. Dzieci zajmą się układaniem puzzli - i bardzo dobrze, to rozrywka, która raczej nie powinna się znudzić. Całe pudełko jest obietnicą rozrywki w dobrym gatunku, sprawdza się jako sposób na spędzanie czasu.
Księżniczki
Kolejne pudełko pełne zabawy przynosi dzieciom trzydzieści dwa tekturowe elementy w kształcie dużych patyczków do lodów i jedno tło ułatwiające układanie puzzli. Same puzzle to ośmioelementowe obrazki (ponieważ klocki są zadrukowane dwustronnie, nie da się jednocześnie ułożyć wszystkich rysunków). Dzieci mogą dobierać odpowiednie puzzle pod względem kolorów albo podpowiedzi w rodzaju deseni, mogą też posiłkować się dodanym do pudełka zeszytem z rymowankami Zbigniewa Dmitrocy, bo tam pojawiają się konkretne podpowiedzi.
Zabawa polegać będzie na układaniu obrazków z księżniczkami i innymi postaciami z bajek - po to, żeby odwołać się do charakterystycznych historii w wersji niedisneyowskiej (co może być miłą odskocznią od przesłodzonych wizerunków baśniowych postaci) i żeby zachęcić dzieci do poznawania klasyki literatury. To oczywiście dodatek do samej zabawy w układanie puzzli. Nie ma tu podpowiedzi w rodzaju wycięć na klockach: puzzle są ujednolicone, a do tego duże - nie da się ich połknąć, trudno zgubić. Zostały też zaokrąglone, żeby żadne dziecko się nimi nie skaleczyło. Ułożenie obrazka z wybraną księżniczką lub bohaterką pozwala poznać jej angielską nazwę - to wprowadzenie do nauki języków obcych, edukacyjna wstawka w zabawie. Warto tu też zaznaczyć, że same obrazki są bardzo kolorowe, atrakcyjne dla maluchów - przyjemne dla oka, nie ma obaw, że dziecko odrzuci efekty działań albo zniechęci się do tej rozrywki. Układanie puzzli na odpowiedniej podstawce bardzo ułatwia zadanie maluchom, które nie potrafią jeszcze liczyć - będą od razu widzieć, ile klocków brakuje do ukończenia ilustracji. Przygotowanie zestawu obrazków sprawia, że można będzie modyfikować rodzaje zabawy: da się losować kolejne składniki, wprowadzić element rodzinnej rywalizacji albo wyznaczać dziecku kolejne wyzwania, takie rozwiązanie sprawia, że puzzle wystarczą maluchom na dłużej. Wszystko zależeć będzie od kreatywności rodziców - którzy, notabene, mogą też poprzestać na wręczeniu pociesze pudełka z zabawką.
Książeczka z bohaterkami wnosi niewiele i właściwie mogłaby funkcjonować wyłącznie jako podpowiedź dla układających puzzle, Zbigniew Dmitroca bowiem rozczarowuje swoimi rymowankami przede wszystkim za sprawą nagromadzenia rymów gramatycznych. Uparcie łączy ze sobą współbrzmienia czasownikowe albo przymiotnikowe, nie popisuje się nawet wtedy, gdy odbiega od potocznych sformułowań i szuka karkołomnych czasami synonimów (dla rymu). Jasne, że w czterowersie nie da się streścić całej baśni (na szczęście poprzestaje autor na czterowersowych rymowankach), jednak Dmitroca czasami zapomina o sensie baśni i skupia się tylko na tym, co udało mu się zrymować. Wygląda to tak, jakby kompletnie nie panował nad formą - więc tekstowa część zabawki mocno rozczarowuje, przynajmniej tych dorosłych, którzy potrafią dostrzec nieudolność rymotwórczą. Dzieci zajmą się układaniem puzzli - i bardzo dobrze, to rozrywka, która raczej nie powinna się znudzić. Całe pudełko jest obietnicą rozrywki w dobrym gatunku, sprawdza się jako sposób na spędzanie czasu.
niedziela, 2 maja 2021
Ja i moja mama
Harperkids, Warszawa 2021.
Kartonowe serce
Ta książka kartonowa charakteryzuje się wyciętym sercem, które przypomina dzieciom o relacji wiążącej je z mamą. Każda rozkładówka zawiera w sobie grafikę - przeważnie motyw z tła, dodane serduszko - w którym wycięte serce (coraz mniejsze na kolejnych stronach) przyciąga uwagę. Prosta historia do przeczytania przed snem, kojąca, ważna dla dzieci ze względu na to, co dzieje się między bohaterami. Koale (bohaterki) wyznają sobie miłość przed snem. Ich wzajemna relacja przedstawiana na kolejnych obrazkach oznacza wspólne zabawy, puszczanie baniek z mydła, tworzenie rysunków, które są ważne dla rodziców i wzruszają ich zawsze. Miłość to wspólne wyjścia na spacery (nawet jeśli zdarzy się coś nieprzyjemnego, mama jest w pobliżu, pocieszy i ukoi ból). Mama potrafi nawet zwykłe zakupy zamienić w przygodę, jeśli pozwoli w niej uczestniczyć dziecku. Mama uczy gotowania i pieczenia, mama objaśnia świat, mama czyta przed snem, mama pojawia się też jako bohaterka w snach. Wszystko, co dzieci w mamach kochają, tu się znajdzie - w zwyczajności, scenkach, które wcale nie wymagają wielkiego poświęcenia. Wprawdzie mama z bajki nie jest wyraźnie mamą pracującą, spędza czas z dzieckiem i jest do jego dyspozycji non stop, w ciągu dnia i wieczorem, jednak pokazuje kwintesencję relacji rodzica i pociechy. "Ja i moja mama" to tomik, w którym tytuł wyjaśnia wszystko. Dzieci z pewnością polubią relację koali i mamy: to sytuacja z marzeń, idealna sielska wizja szczęśliwej rodziny (części tej rodziny).
Jedyny problem to wierszyk Zbigniewa Dmitrocy. Nie jest to autor, który imponuje warsztatem, a książeczki licencyjne cechują się swoimi prawami i nie uwzględniają słabości literackich. Dmitroca - jak zawsze - nie rozumie, na czym polega grafomania. Mnoży zdrobnienia, zwłaszcza w pozycjach rymowych. Jeśli uda mu się znaleźć współbrzmienia ciekawe i intrygujące (ścianie - na nie), jest super. Ale takie rymy zdarzają się bardzo rzadko. Częściej autor korzysta z tych współbrzmień, które są oklepane i wymuszone (życie - serca bicie, ogromnie - o mnie), ale najczęściej kuszą go rymy gramatyczne i okropne (książeczkę - bajeczkę, była - pocieszyła). Jeśli nawet dzieci nie są w stanie ocenić jakości (marnej) tych rymów, dorośli powinni czuwać i zamiast czytać to, co proponuje Dmitroca, przeprowadzać własną opowieść na podstawie obrazków - żeby móc wyrabiać dzieciom gust literacki od najmłodszych lat. Wierszyk jest zdecydowanie najsłabszym punktem tomiku, bo nawet silne uczucie wiążące bohaterów nie powinno wpływać na jakość tekstu.
Uwagę dzieci przyciągną ilustracje - za każdym razem pokazujące, co akurat robią koale i w jaki sposób cieszą się wspólnie spędzanymi chwilami. To książka przede wszystkim do oglądania przez maluchy - mogą ją traktować jak zabawkę, nie ma w niej bowiem ostrych krawędzi, a wycięte serce kusi, żeby poznawać kształty palcami.
Kartonowe serce
Ta książka kartonowa charakteryzuje się wyciętym sercem, które przypomina dzieciom o relacji wiążącej je z mamą. Każda rozkładówka zawiera w sobie grafikę - przeważnie motyw z tła, dodane serduszko - w którym wycięte serce (coraz mniejsze na kolejnych stronach) przyciąga uwagę. Prosta historia do przeczytania przed snem, kojąca, ważna dla dzieci ze względu na to, co dzieje się między bohaterami. Koale (bohaterki) wyznają sobie miłość przed snem. Ich wzajemna relacja przedstawiana na kolejnych obrazkach oznacza wspólne zabawy, puszczanie baniek z mydła, tworzenie rysunków, które są ważne dla rodziców i wzruszają ich zawsze. Miłość to wspólne wyjścia na spacery (nawet jeśli zdarzy się coś nieprzyjemnego, mama jest w pobliżu, pocieszy i ukoi ból). Mama potrafi nawet zwykłe zakupy zamienić w przygodę, jeśli pozwoli w niej uczestniczyć dziecku. Mama uczy gotowania i pieczenia, mama objaśnia świat, mama czyta przed snem, mama pojawia się też jako bohaterka w snach. Wszystko, co dzieci w mamach kochają, tu się znajdzie - w zwyczajności, scenkach, które wcale nie wymagają wielkiego poświęcenia. Wprawdzie mama z bajki nie jest wyraźnie mamą pracującą, spędza czas z dzieckiem i jest do jego dyspozycji non stop, w ciągu dnia i wieczorem, jednak pokazuje kwintesencję relacji rodzica i pociechy. "Ja i moja mama" to tomik, w którym tytuł wyjaśnia wszystko. Dzieci z pewnością polubią relację koali i mamy: to sytuacja z marzeń, idealna sielska wizja szczęśliwej rodziny (części tej rodziny).
Jedyny problem to wierszyk Zbigniewa Dmitrocy. Nie jest to autor, który imponuje warsztatem, a książeczki licencyjne cechują się swoimi prawami i nie uwzględniają słabości literackich. Dmitroca - jak zawsze - nie rozumie, na czym polega grafomania. Mnoży zdrobnienia, zwłaszcza w pozycjach rymowych. Jeśli uda mu się znaleźć współbrzmienia ciekawe i intrygujące (ścianie - na nie), jest super. Ale takie rymy zdarzają się bardzo rzadko. Częściej autor korzysta z tych współbrzmień, które są oklepane i wymuszone (życie - serca bicie, ogromnie - o mnie), ale najczęściej kuszą go rymy gramatyczne i okropne (książeczkę - bajeczkę, była - pocieszyła). Jeśli nawet dzieci nie są w stanie ocenić jakości (marnej) tych rymów, dorośli powinni czuwać i zamiast czytać to, co proponuje Dmitroca, przeprowadzać własną opowieść na podstawie obrazków - żeby móc wyrabiać dzieciom gust literacki od najmłodszych lat. Wierszyk jest zdecydowanie najsłabszym punktem tomiku, bo nawet silne uczucie wiążące bohaterów nie powinno wpływać na jakość tekstu.
Uwagę dzieci przyciągną ilustracje - za każdym razem pokazujące, co akurat robią koale i w jaki sposób cieszą się wspólnie spędzanymi chwilami. To książka przede wszystkim do oglądania przez maluchy - mogą ją traktować jak zabawkę, nie ma w niej bowiem ostrych krawędzi, a wycięte serce kusi, żeby poznawać kształty palcami.
sobota, 1 sierpnia 2020
Zwierzęta. Wodne kolorowanie
HarperKids, Warszawa 2020.
Bez kredek
Cykl Wodne kolorowanie cieszy się wielką popularnością wśród najmłodszych – nic dziwnego, że na rynku pojawiają się kolejne książeczki z tej serii. Wystarczył dobry pomysł, żeby dzieci zaangażowały się w produkowanie nowych obrazków. Nie muszą mieć do tego żadnych specjalnych umiejętności, nawet jeśli jeszcze w kolorowaniu wychodzą za linie i frustrują się nieumiejętnością nakładania odpowiednich ilości farbek na ilustracje. W tym wypadku – w tomiku „Zwierzęta” - nie potrzebują ani talentów, ani przyborów. Jedyne, co będzie im potrzebne, to pędzel i woda. W związku z tym zresztą książeczka nadaje się również na rozrywkę poza domem – atrakcyjną a niewymagającą zabierania ze sobą połowy sklepu plastycznego. Jakby tego było mało, zaskakuje dzieci sam pomysł – tomik składa się z jednostronnie zadrukowanych kartek, widać, co będzie na rysunku po pomalowaniu go – jak w tradycyjnej kolorowance. Nietypowy jest jednak deseń z czarnych kropek, jakimi zapełnione są kształty. Te czarne kropki po zetknięciu z wodą uwalniają kolorowy tusz – i pozwalają bez wysiłku oraz bez zastanawiania się nad doborem barw zamalowywać całe powierzchnie po prostu wodą. To dla dzieci nie lada gratka: przed użyciem wody i pędzla nie domyślą się przecież, jaki kolor został użyty do wypełnienia danej powierzchni – o ile mogą zgadywać w przypadku najbardziej kojarzonych przez nie elementów, o tyle nie zawsze się to sprawdzi. To oznacza, że maluchy są zachęcane do wytężonej pracy (nie wystarczy zapaćkać kartkę wodą, trzeba ją równomiernie rozprowadzać i również uważać na to, żeby nie wychodzić poza granice rysunku – za konturami kartka tak samo wchłonie kolor jak w środku), a jednocześnie czują ciekawość, mają zatem motywację do działania.
W tomiku „Zwierzęta” pojawiają się takie gatunki, które spotkać można w polskich lasach i parkach, więc tomik może być dobrym uzupełnieniem wypraw i spacerów. Dzieci poznają tutaj między innymi lisa, jeża, dzika czy dzięcioła, wiewiórkę oraz mysz – nie ma zatem egzotyki, za to pojawia się sposób na lekcję przyrody. Stworzenia zostały starannie przygotowane, bez nadmiaru szczegółów, ale tak, by były rozpoznawalne w naturze. Oznacza to, że najmłodsi mogą oswoić się z nazwami i wyglądem mieszkańców lasu i nauczyć się charakterystycznych sylwetek. W efekcie również – wzbogacać własne rysunki, jeśli dobrze przyjrzą się proporcjom i będą próbować je odtworzyć.
Tym razem tomik „wzbogacony” został o czterowersowe rymowanki Zbigniewa Dmitrocy i nie był to raczej dobry pomysł, ze względu na fakt, że ten autor rymuje bardzo słabo (chociaż usilnie) – nieobce są mu rymy gramatyczne, zwłaszcza czasownikowe, a także oklepane i banalne – nie da się na rymowankach Dmitrocy wyrabiać u dzieci literackiego gustu. Niby próbuje ten autor rozbawiać dzieci i pewnie mu się uda, bo kilkulatki nie rozróżniają jeszcze dobrej literatury od złej, ale warto by się zastanowić, czy karmienie dzieci słabymi tekstami ma sens.
Bez kredek
Cykl Wodne kolorowanie cieszy się wielką popularnością wśród najmłodszych – nic dziwnego, że na rynku pojawiają się kolejne książeczki z tej serii. Wystarczył dobry pomysł, żeby dzieci zaangażowały się w produkowanie nowych obrazków. Nie muszą mieć do tego żadnych specjalnych umiejętności, nawet jeśli jeszcze w kolorowaniu wychodzą za linie i frustrują się nieumiejętnością nakładania odpowiednich ilości farbek na ilustracje. W tym wypadku – w tomiku „Zwierzęta” - nie potrzebują ani talentów, ani przyborów. Jedyne, co będzie im potrzebne, to pędzel i woda. W związku z tym zresztą książeczka nadaje się również na rozrywkę poza domem – atrakcyjną a niewymagającą zabierania ze sobą połowy sklepu plastycznego. Jakby tego było mało, zaskakuje dzieci sam pomysł – tomik składa się z jednostronnie zadrukowanych kartek, widać, co będzie na rysunku po pomalowaniu go – jak w tradycyjnej kolorowance. Nietypowy jest jednak deseń z czarnych kropek, jakimi zapełnione są kształty. Te czarne kropki po zetknięciu z wodą uwalniają kolorowy tusz – i pozwalają bez wysiłku oraz bez zastanawiania się nad doborem barw zamalowywać całe powierzchnie po prostu wodą. To dla dzieci nie lada gratka: przed użyciem wody i pędzla nie domyślą się przecież, jaki kolor został użyty do wypełnienia danej powierzchni – o ile mogą zgadywać w przypadku najbardziej kojarzonych przez nie elementów, o tyle nie zawsze się to sprawdzi. To oznacza, że maluchy są zachęcane do wytężonej pracy (nie wystarczy zapaćkać kartkę wodą, trzeba ją równomiernie rozprowadzać i również uważać na to, żeby nie wychodzić poza granice rysunku – za konturami kartka tak samo wchłonie kolor jak w środku), a jednocześnie czują ciekawość, mają zatem motywację do działania.
W tomiku „Zwierzęta” pojawiają się takie gatunki, które spotkać można w polskich lasach i parkach, więc tomik może być dobrym uzupełnieniem wypraw i spacerów. Dzieci poznają tutaj między innymi lisa, jeża, dzika czy dzięcioła, wiewiórkę oraz mysz – nie ma zatem egzotyki, za to pojawia się sposób na lekcję przyrody. Stworzenia zostały starannie przygotowane, bez nadmiaru szczegółów, ale tak, by były rozpoznawalne w naturze. Oznacza to, że najmłodsi mogą oswoić się z nazwami i wyglądem mieszkańców lasu i nauczyć się charakterystycznych sylwetek. W efekcie również – wzbogacać własne rysunki, jeśli dobrze przyjrzą się proporcjom i będą próbować je odtworzyć.
Tym razem tomik „wzbogacony” został o czterowersowe rymowanki Zbigniewa Dmitrocy i nie był to raczej dobry pomysł, ze względu na fakt, że ten autor rymuje bardzo słabo (chociaż usilnie) – nieobce są mu rymy gramatyczne, zwłaszcza czasownikowe, a także oklepane i banalne – nie da się na rymowankach Dmitrocy wyrabiać u dzieci literackiego gustu. Niby próbuje ten autor rozbawiać dzieci i pewnie mu się uda, bo kilkulatki nie rozróżniają jeszcze dobrej literatury od złej, ale warto by się zastanowić, czy karmienie dzieci słabymi tekstami ma sens.
piątek, 8 maja 2020
Akademia Mądrego Dziecka. Pierwsze origami. Żaba
Egmont, Warszawa 2020.
Na zielono
Przyjemnie zaskakuje Zbigniew Dmitroca bajką o rodzinie żab, nawet jeśli często sięga po słowa, które rymują się łatwo. Nie bez potknięć, ale prowadzi odbiorców przez historię o żabach, które chciały iść do kina i wybierały się zbyt długo – w efekcie zastały zamknięte drzwi. Wymyśliły zatem rozwiązanie w sam raz dla siebie (to jest – dla żab w wersji bajkowej) – może tak się zdarzyć, że trzeba będzie dzieciom wytłumaczyć, na co naprawdę się zdecydowały. Ta opowiastka jest krótka i dość szybko się urywa – jednak ma puentę i ucieszy maluchy. Rodzina żab jest dość sympatyczna, budzi zainteresowanie i wciąga – a to ma znaczenie nie tylko przy czytaniu. W cyklu Pierwsze origami w Akademii Mądrego Dziecka nie chodzi bowiem wyłącznie o rymowankę. To dodatek, wstęp do dalszej pracy. Na szczęście Zbigniew Dmitroca rzadko ucieka się tu do rymów gramatycznych (kryminalny – fatalny, droczyli – spóźnili), zdarza mu się wprowadzać niepotrzebne inwersje albo wypełniacze („tu” i „już” to podstawowe słówka, gdy trzeba ratować rytm). Stara się jednak prowadzić relację i nie skupia się na opisach, a dynamizuje rymowankę przez wprowadzanie rozmów bohaterów. Małe żaby kłócą się o wybór filmowego gatunku, a to może uświadomić odbiorcom, z czego mogą wybierać. Oczywiście w tomiku rymowanka to jedynie pretekst – w tym wypadku może też wiązać się z zabawą w teatrzyk. Bo kiedy skończy się historia, czas na nierymowane wskazówki dotyczące origami. Dzieci mogą zrobić sobie żabkę (a nawet kilka żabek) z papieru i stworzyć w ten sposób aktorów do swojego przedstawienia. Zasady składania żabki nie są skomplikowane, każde dziecko szybko sobie poradzi z tym zadaniem, pozna też schematy origami. Jeśli od wczesnych lat nauczy się dzieci rozszyfrowywania diagramów z poradami dotyczącymi sztuki składania papieru, szybko osiągnąć w tym biegłość i będą mogły wykonywać coraz bardziej zaawansowane prace. Żaba z origami ma wiele zalet – prostota wykonania jest jedną z bardziej istotnych. Nie bez znaczenia jest i fakt, że taką pracą można się bawić, bo żaba „skacze” – ożywa zatem w wyobraźni maluchów, a i w samych zabawach. Gdyby ktoś zapomniał, jak się ją przygotowuje – zawsze może ponownie sięgnąć do tomiku.
A jeżeli odbiorcy nie wiedzą, z jakiej kartki wykonać żabę, mogą wykorzystać kilka stron zadrukowanych różnymi zielonymi wzorami – dzięki temu pod ręką są potrzebne papiery, które zapewnią stworzenie żaby z charakterem. Zabawa nie skończy się z chwilą wykorzystania kartek z tomiku – bo żabę można zrobić też z własnoręcznie zdobionych stron. „Żaba” to tomik niewielki, przynoszący rozrywki różnego rodzaju. Tutaj łatwo można pokazać, jakie zastosowanie w zabawie ma literatura. Ponadto bardzo cenne jest poszerzanie zainteresowań odbiorców. Wprawdzie żaby z rymowanki dostrzegają rozrywkę tylko w kinie i oglądaniu telewizji, jednak dzieci mogą znaleźć sobie nowe hobby, albo przekonać się, że tworzyć da się na różne sposoby. Żaba z papieru to okazja do kreatywnych działań – tutaj według wskazówek, lecz być może w nieodległej przyszłości odbiorcy sami będą wymyślać kolejne figurki z kartek. „Żaba” – jeden z tomików w serii Pierwsze origami – to sposób na zajęcie maluchów i przekonanie ich, że mogą urozmaicać swoje zabawy.
Na zielono
Przyjemnie zaskakuje Zbigniew Dmitroca bajką o rodzinie żab, nawet jeśli często sięga po słowa, które rymują się łatwo. Nie bez potknięć, ale prowadzi odbiorców przez historię o żabach, które chciały iść do kina i wybierały się zbyt długo – w efekcie zastały zamknięte drzwi. Wymyśliły zatem rozwiązanie w sam raz dla siebie (to jest – dla żab w wersji bajkowej) – może tak się zdarzyć, że trzeba będzie dzieciom wytłumaczyć, na co naprawdę się zdecydowały. Ta opowiastka jest krótka i dość szybko się urywa – jednak ma puentę i ucieszy maluchy. Rodzina żab jest dość sympatyczna, budzi zainteresowanie i wciąga – a to ma znaczenie nie tylko przy czytaniu. W cyklu Pierwsze origami w Akademii Mądrego Dziecka nie chodzi bowiem wyłącznie o rymowankę. To dodatek, wstęp do dalszej pracy. Na szczęście Zbigniew Dmitroca rzadko ucieka się tu do rymów gramatycznych (kryminalny – fatalny, droczyli – spóźnili), zdarza mu się wprowadzać niepotrzebne inwersje albo wypełniacze („tu” i „już” to podstawowe słówka, gdy trzeba ratować rytm). Stara się jednak prowadzić relację i nie skupia się na opisach, a dynamizuje rymowankę przez wprowadzanie rozmów bohaterów. Małe żaby kłócą się o wybór filmowego gatunku, a to może uświadomić odbiorcom, z czego mogą wybierać. Oczywiście w tomiku rymowanka to jedynie pretekst – w tym wypadku może też wiązać się z zabawą w teatrzyk. Bo kiedy skończy się historia, czas na nierymowane wskazówki dotyczące origami. Dzieci mogą zrobić sobie żabkę (a nawet kilka żabek) z papieru i stworzyć w ten sposób aktorów do swojego przedstawienia. Zasady składania żabki nie są skomplikowane, każde dziecko szybko sobie poradzi z tym zadaniem, pozna też schematy origami. Jeśli od wczesnych lat nauczy się dzieci rozszyfrowywania diagramów z poradami dotyczącymi sztuki składania papieru, szybko osiągnąć w tym biegłość i będą mogły wykonywać coraz bardziej zaawansowane prace. Żaba z origami ma wiele zalet – prostota wykonania jest jedną z bardziej istotnych. Nie bez znaczenia jest i fakt, że taką pracą można się bawić, bo żaba „skacze” – ożywa zatem w wyobraźni maluchów, a i w samych zabawach. Gdyby ktoś zapomniał, jak się ją przygotowuje – zawsze może ponownie sięgnąć do tomiku.
A jeżeli odbiorcy nie wiedzą, z jakiej kartki wykonać żabę, mogą wykorzystać kilka stron zadrukowanych różnymi zielonymi wzorami – dzięki temu pod ręką są potrzebne papiery, które zapewnią stworzenie żaby z charakterem. Zabawa nie skończy się z chwilą wykorzystania kartek z tomiku – bo żabę można zrobić też z własnoręcznie zdobionych stron. „Żaba” to tomik niewielki, przynoszący rozrywki różnego rodzaju. Tutaj łatwo można pokazać, jakie zastosowanie w zabawie ma literatura. Ponadto bardzo cenne jest poszerzanie zainteresowań odbiorców. Wprawdzie żaby z rymowanki dostrzegają rozrywkę tylko w kinie i oglądaniu telewizji, jednak dzieci mogą znaleźć sobie nowe hobby, albo przekonać się, że tworzyć da się na różne sposoby. Żaba z papieru to okazja do kreatywnych działań – tutaj według wskazówek, lecz być może w nieodległej przyszłości odbiorcy sami będą wymyślać kolejne figurki z kartek. „Żaba” – jeden z tomików w serii Pierwsze origami – to sposób na zajęcie maluchów i przekonanie ich, że mogą urozmaicać swoje zabawy.
poniedziałek, 4 maja 2020
Samolot
Egmont, Warszawa 2020.
Robienie zabawki
W serii Pierwsze origami w Akademii Mądrego Dziecka pojawia się coś, od czego najmłodsi zwykle zaczynają swoją przygodę ze składaniem papieru, nawet jeśli nie wiedzą, że to nazywa się origami. Samoloty z papieru robią wszystkie maluchy – to kolejny pomysł na zabawkę i zabawę, która nie ma końca. Rymowankę o samolocie pisze Zbigniew Dmitroca – i tym razem nie zaimponuje dzieciom wykonaniem ani treścią. Rymy oklepane (dzieci – leci, Afryce – Ameryce, chmury – góry) – nie jest to coś, co ucieszy odbiorców. Mimo że autor pisze dla dzieci, powinien mieć na uwadze, że kształtuje ich gust literacki – i trochę bardziej się starać. Albo – zrezygnować z rymowania, bo przecież nie zawsze trzeba mowy wiązanej do przedstawiania najmłodszym otoczenia. Nawet jeśli takie były założenia serii. „Samolot” nie przyciągnie na dłużej do samej bajki – nie ma czym, bo nawet opowieści o tym, co dzieje się na lotnisku lub podczas podróży już na rynku się znalazły, i to w o wiele lepszym wydaniu. Ale też w przypadku samolotu z papieru dzieci będą chciały jak najszybciej przejść do składania – tu skojarzą rodzaj rozrywki, jaki się im proponuje – więc też nie potrzebują dodatkowych zachęt. Sama lektura przebiegnie błyskawicznie i nie zostawi śladów w pamięci odbiorców.
Bo kiedy przychodzi czas na origami, trzeba pilnować wskazówek i uważać, żeby nie pogubić się przy składaniu papieru. Niby przy budowaniu samolotu z origami nie ma zbyt dużo wysiłku umysłowego, jednak od powodzenia w wykonaniu zadania zależy późniejsza zabawa – jeśli dzieci coś zepsują, ich papierowy samolot nie będzie latać. Ponieważ w książce znajduje się kilka kolorowych stron – zadrukowanych deseniami, można od razu, bez szukania papieru kolorowego lub odpowiedniej kartki przystąpić do działania. Ułatwieniem dla tych odbiorców, którzy jeszcze nie mają wprawy w rozszyfrowywaniu schematów origami, są nadrukowane na pierwszym arkuszu linie pomocnicze – ten sposób podpowiadania nakieruje co bardziej samodzielne maluchy na drogę do stworzenia samolotu.
Origami nie jest skomplikowane, ale papierowy samolot nie polega tu na złożeniu papieru trzy razy, więc nawet jeśli jakieś dziecko już robiło samolociki, może zyskać tu cenną podpowiedź i wypróbować nową instrukcję. To rozwija i zachęca do kolejnych samodzielnych eksperymentów. Brakuje trochę podpowiedzi, żeby poszukać odpowiedniego rozmiaru kartki, albo – własnych wzorów, do tego dzieci mogą jeszcze dojść. Tomik „Samolot” daje im szansę nauczenia się jednej sztuczki z origami – punktu wyjścia do kolejnych zabaw.
Martyna Dobrowolska zajmuje się ilustracjami. Stawia w „Samolocie” na kształty bez konturów i w dodatku trochę rozmywane – a ponieważ historyjka jest konkretna, nie do końca wytłumaczalne jest takie połączenie. Na pewno dzieci przyzwyczajone do dzisiejszych kreskówek znajdą w ilustracjach o wiele więcej niż dorośli – ale „Samolot” realizacją nie musi imponować. Bardziej niż bajka przyda się jako krótki kurs origami. Tutaj dzieci mają możliwość sprawdzenia swoich umiejętności. „Samolot” to tomik przejściowy – między ćwiczeniem zdolności manualnych a późniejszą zabawą gotowym produktem. Papierowy samolot to coś, co przekona odbiorców do podjęcia wysiłku. To książeczka, której praktyczny wymiar docenią odbiorcy.
Robienie zabawki
W serii Pierwsze origami w Akademii Mądrego Dziecka pojawia się coś, od czego najmłodsi zwykle zaczynają swoją przygodę ze składaniem papieru, nawet jeśli nie wiedzą, że to nazywa się origami. Samoloty z papieru robią wszystkie maluchy – to kolejny pomysł na zabawkę i zabawę, która nie ma końca. Rymowankę o samolocie pisze Zbigniew Dmitroca – i tym razem nie zaimponuje dzieciom wykonaniem ani treścią. Rymy oklepane (dzieci – leci, Afryce – Ameryce, chmury – góry) – nie jest to coś, co ucieszy odbiorców. Mimo że autor pisze dla dzieci, powinien mieć na uwadze, że kształtuje ich gust literacki – i trochę bardziej się starać. Albo – zrezygnować z rymowania, bo przecież nie zawsze trzeba mowy wiązanej do przedstawiania najmłodszym otoczenia. Nawet jeśli takie były założenia serii. „Samolot” nie przyciągnie na dłużej do samej bajki – nie ma czym, bo nawet opowieści o tym, co dzieje się na lotnisku lub podczas podróży już na rynku się znalazły, i to w o wiele lepszym wydaniu. Ale też w przypadku samolotu z papieru dzieci będą chciały jak najszybciej przejść do składania – tu skojarzą rodzaj rozrywki, jaki się im proponuje – więc też nie potrzebują dodatkowych zachęt. Sama lektura przebiegnie błyskawicznie i nie zostawi śladów w pamięci odbiorców.
Bo kiedy przychodzi czas na origami, trzeba pilnować wskazówek i uważać, żeby nie pogubić się przy składaniu papieru. Niby przy budowaniu samolotu z origami nie ma zbyt dużo wysiłku umysłowego, jednak od powodzenia w wykonaniu zadania zależy późniejsza zabawa – jeśli dzieci coś zepsują, ich papierowy samolot nie będzie latać. Ponieważ w książce znajduje się kilka kolorowych stron – zadrukowanych deseniami, można od razu, bez szukania papieru kolorowego lub odpowiedniej kartki przystąpić do działania. Ułatwieniem dla tych odbiorców, którzy jeszcze nie mają wprawy w rozszyfrowywaniu schematów origami, są nadrukowane na pierwszym arkuszu linie pomocnicze – ten sposób podpowiadania nakieruje co bardziej samodzielne maluchy na drogę do stworzenia samolotu.
Origami nie jest skomplikowane, ale papierowy samolot nie polega tu na złożeniu papieru trzy razy, więc nawet jeśli jakieś dziecko już robiło samolociki, może zyskać tu cenną podpowiedź i wypróbować nową instrukcję. To rozwija i zachęca do kolejnych samodzielnych eksperymentów. Brakuje trochę podpowiedzi, żeby poszukać odpowiedniego rozmiaru kartki, albo – własnych wzorów, do tego dzieci mogą jeszcze dojść. Tomik „Samolot” daje im szansę nauczenia się jednej sztuczki z origami – punktu wyjścia do kolejnych zabaw.
Martyna Dobrowolska zajmuje się ilustracjami. Stawia w „Samolocie” na kształty bez konturów i w dodatku trochę rozmywane – a ponieważ historyjka jest konkretna, nie do końca wytłumaczalne jest takie połączenie. Na pewno dzieci przyzwyczajone do dzisiejszych kreskówek znajdą w ilustracjach o wiele więcej niż dorośli – ale „Samolot” realizacją nie musi imponować. Bardziej niż bajka przyda się jako krótki kurs origami. Tutaj dzieci mają możliwość sprawdzenia swoich umiejętności. „Samolot” to tomik przejściowy – między ćwiczeniem zdolności manualnych a późniejszą zabawą gotowym produktem. Papierowy samolot to coś, co przekona odbiorców do podjęcia wysiłku. To książeczka, której praktyczny wymiar docenią odbiorcy.
sobota, 3 lutego 2018
Zbigniew Dmitroca: Czyj to nocnik?
Egmont, Warszawa 2018.
Zagadka z morałem
Owszem, pisani dla dzieci kusi łatwymi i banalnymi rymami, owszem, maluchy nie ocenią jakości choćby i najbardziej trywializowanych współbrzmień. Oczywiście powtarzanie „nocniku-siku” rozbawi najmłodszych i w dodatku stanowi rodzaj owocu zakazanego (jeszcze nie tak dawno) w książkach. I fakt, że Zbigniew Dmitroca nie miał łatwego zadania, jeśli musiał dopisać rymowanki do gotowych obrazków. Ale dzieci nie należy karmić byle czym – i dotyczy to również literatury. Rzecz jasna na rynku wielką karierę robią tomiki o odchodach, korzystaniu z nocników i całej zakazanej niegdyś w tym nurcie fizjologii – teraz uznaje się, że tematy skatologiczne pomagają uczyć maluchy choćby rezygnowania z pieluch. Jest w tym dużo prawdy. Ale jeśli naiwne historyjki o wypróżnianiu się są dodatkowo zepsute infantylną (lub nieudolnie wypełnianą) formą – lektura zaczyna być problematyczna.
„Czyj to nocnik” to publikacja licencyjna, której wyróżnikiem ma być „trójwymiarowość”. Kolejne kartonowe strony mają w sobie dziurę – coraz mniejszą – która wyznacza za każdym razem miejsce nocnika na ilustracjach. Pomysł sam w sobie nie byłby najgorszy – a na pewno absorbujący dzieci – gdyby ta dziura miała jakieś znaczenie w tekście. Tak się jednak nie dzieje, powielany na grafikach nocnik staje się po prostu wizualnie coraz płytszy – na rysunkach nie zmienia rozmiarów. Pojawia się po to, by przekonać małych odbiorców, że powinni korzystać z nocnika, bo, jak głosi finał, „małe zuchy / nie siusiają do pieluchy”. Wychowawczo – w porządku, przekaz dla odbiorców jest jasny, wzmocniony autorytetem literatury. Pokrywa się z tym, czego uczą rodzice, wymaga od dziecka zaangażowania. Ale droga do tego oczywistego finału jest po prostu nudna. Fabuła polega na znalezieniu nocnika, który nie wiadomo do kogo należy. Zwierzęta – najróżniejsze, łącznie z tymi egzotycznymi – sprawdzają, czy mogłyby ze znaleziska skorzystać i dochodzą do wniosku, że dla nich nocnik się nie nadaje. W zasadzie trzeba by sporego wysiłku, żeby wymyślić oryginalny rozwój akcji. Zbigniew Dmitroca nie tylko poprzestaje na powielaniu prostego schematu. Upraszcza sobie też zadanie w ramach formy. „Nocniku – siku” czy „Woła – dokoła” to pary rymowe, które powtarza, zamiast poszukać jakichkolwiek zamienników. Lenistwo w szukaniu współbrzmień objawia się też w przypadku zwierząt, których nazwy gatunkowe trudniej (dla autora) się rymują. Jest więc Świnka czy Kotka, ale już Żyrafa Ziuta czy Słonica Rita. Mnóstwo tu rymów gramatycznych, ale i grafomanii, jakby Dmitroca lekceważył małych odbiorców. Tak jednak nie jest: ten autor po prostu nie potrafi rymować, dlatego spod jego ręki wychodzą rymowanki-koszmarki. Żeby uratować ten tomik, trzeba by go napisać od nowa i kompletnie bez oglądania się na rozwiązania Dmitrocy. Trudno zaakceptować ukazanie się tak słabego tekstu pod szyldem Akademia Mądrego Malucha – teksty Dmitrocy, mimo że nie da się odmówić im przesłań, nie brzmią dobrze – ktoś, kto próbuje improwizować dziecku rymowaną bajkę, a nie jest zbyt biegły w szukaniu współbrzmień, coś takiego mógłby stworzyć. Ale nie powinien podobnej produkcji firmować swoim nazwiskiem autor wielu tomików dla dzieci. Komputerowe grafiki w „Czyj to nocnik” nie skrywają w sobie zbyt wielu niespodzianek: na nocnik leżący na łące patrzą kolejne antropomorfizowane zwierzęta przybierające rozmaite pozy (część bohaterów na przykład wyraźnie się garbi, żeby z bliska przyjrzeć się przedmiotowi). Nie dzieje się zatem więcej niż w tekście – z tego wszystkiego maluchy najbardziej zainteresuje dziura, w którą można wkładać palce – a to trochę za mało, nawet jak na lekturę dal tych maluchów, które dopiero uczą się korzystać z nocnika.
Zagadka z morałem
Owszem, pisani dla dzieci kusi łatwymi i banalnymi rymami, owszem, maluchy nie ocenią jakości choćby i najbardziej trywializowanych współbrzmień. Oczywiście powtarzanie „nocniku-siku” rozbawi najmłodszych i w dodatku stanowi rodzaj owocu zakazanego (jeszcze nie tak dawno) w książkach. I fakt, że Zbigniew Dmitroca nie miał łatwego zadania, jeśli musiał dopisać rymowanki do gotowych obrazków. Ale dzieci nie należy karmić byle czym – i dotyczy to również literatury. Rzecz jasna na rynku wielką karierę robią tomiki o odchodach, korzystaniu z nocników i całej zakazanej niegdyś w tym nurcie fizjologii – teraz uznaje się, że tematy skatologiczne pomagają uczyć maluchy choćby rezygnowania z pieluch. Jest w tym dużo prawdy. Ale jeśli naiwne historyjki o wypróżnianiu się są dodatkowo zepsute infantylną (lub nieudolnie wypełnianą) formą – lektura zaczyna być problematyczna.
„Czyj to nocnik” to publikacja licencyjna, której wyróżnikiem ma być „trójwymiarowość”. Kolejne kartonowe strony mają w sobie dziurę – coraz mniejszą – która wyznacza za każdym razem miejsce nocnika na ilustracjach. Pomysł sam w sobie nie byłby najgorszy – a na pewno absorbujący dzieci – gdyby ta dziura miała jakieś znaczenie w tekście. Tak się jednak nie dzieje, powielany na grafikach nocnik staje się po prostu wizualnie coraz płytszy – na rysunkach nie zmienia rozmiarów. Pojawia się po to, by przekonać małych odbiorców, że powinni korzystać z nocnika, bo, jak głosi finał, „małe zuchy / nie siusiają do pieluchy”. Wychowawczo – w porządku, przekaz dla odbiorców jest jasny, wzmocniony autorytetem literatury. Pokrywa się z tym, czego uczą rodzice, wymaga od dziecka zaangażowania. Ale droga do tego oczywistego finału jest po prostu nudna. Fabuła polega na znalezieniu nocnika, który nie wiadomo do kogo należy. Zwierzęta – najróżniejsze, łącznie z tymi egzotycznymi – sprawdzają, czy mogłyby ze znaleziska skorzystać i dochodzą do wniosku, że dla nich nocnik się nie nadaje. W zasadzie trzeba by sporego wysiłku, żeby wymyślić oryginalny rozwój akcji. Zbigniew Dmitroca nie tylko poprzestaje na powielaniu prostego schematu. Upraszcza sobie też zadanie w ramach formy. „Nocniku – siku” czy „Woła – dokoła” to pary rymowe, które powtarza, zamiast poszukać jakichkolwiek zamienników. Lenistwo w szukaniu współbrzmień objawia się też w przypadku zwierząt, których nazwy gatunkowe trudniej (dla autora) się rymują. Jest więc Świnka czy Kotka, ale już Żyrafa Ziuta czy Słonica Rita. Mnóstwo tu rymów gramatycznych, ale i grafomanii, jakby Dmitroca lekceważył małych odbiorców. Tak jednak nie jest: ten autor po prostu nie potrafi rymować, dlatego spod jego ręki wychodzą rymowanki-koszmarki. Żeby uratować ten tomik, trzeba by go napisać od nowa i kompletnie bez oglądania się na rozwiązania Dmitrocy. Trudno zaakceptować ukazanie się tak słabego tekstu pod szyldem Akademia Mądrego Malucha – teksty Dmitrocy, mimo że nie da się odmówić im przesłań, nie brzmią dobrze – ktoś, kto próbuje improwizować dziecku rymowaną bajkę, a nie jest zbyt biegły w szukaniu współbrzmień, coś takiego mógłby stworzyć. Ale nie powinien podobnej produkcji firmować swoim nazwiskiem autor wielu tomików dla dzieci. Komputerowe grafiki w „Czyj to nocnik” nie skrywają w sobie zbyt wielu niespodzianek: na nocnik leżący na łące patrzą kolejne antropomorfizowane zwierzęta przybierające rozmaite pozy (część bohaterów na przykład wyraźnie się garbi, żeby z bliska przyjrzeć się przedmiotowi). Nie dzieje się zatem więcej niż w tekście – z tego wszystkiego maluchy najbardziej zainteresuje dziura, w którą można wkładać palce – a to trochę za mało, nawet jak na lekturę dal tych maluchów, które dopiero uczą się korzystać z nocnika.
sobota, 30 grudnia 2017
Zbigniew Dmitroca: Baba Jaga w Ameryce
Egmont, Warszawa 2017.
Utrudnienia
Chociaż bardzo kibicuję serii Czytam sobie, nie mogę się przekonać do propozycji Zbigniewa Dmitrocy, i to nie ze względu na fabułki czy konstruowanie postaci. W tym autor się całkiem dobrze sprawdza. Ale kompletnie nie panuje nad warstwą językową i to po raz kolejny pokazuje. Ograniczenia formalne serii stają się dla tego autora pretekstem do wydumanych słownych rozwiązań, które mogą szybko zniechęcić do wysiłku dzieci uczące się czytać. Dmitroca pisze jak dla wrobionych czytelników, a przecież jego tomik „Baba Jaga w Ameryce” to propozycja dla maluchów. Ale jeśli w pewnym momencie starowinka „ze znawstwem skonstatowała”, to już oznacza, że autor nie ma pojęcia o pisaniu dla dzieci i robić tego nie powinien, dopóki nie pojmie podstawowych zasad. Być może ujawnia tym samym słabość założeń serii – skoro trzeba rezygnować z dwuznaków oraz zmiękczeń, należy szukać synonimów bądź zmienić kierunek opowieści. Mało kto w pisaniu potrafi zapamiętać regułę omijania dwuznaków, w efekcie więc wpada na miny wytykane przez redaktorów – i wtedy jest już za późno na podporządkowywanie fabuły nowym pomysłom, trzeba szukać słownych zamienników. W tym Zbigniew Dmitroca jest koszmarnie wręcz słaby.
W drugim poziomie serii Czytam sobie dzieci powinny zacząć odkrywać przyjemność samodzielnej lektury: dowiedzieć się, że istnieje czytanie dla własnej satysfakcji, jako rodzaj rozrywki. To dlatego podsuwa im się zróżnicowane historie i coraz bogatsze fabuły. U Zbigniewa Dmitrocy jest pomysł na akcję, i to akcję niemal sensacyjną, bo Baba Jaga dzięki swojej miotle udaremnia niecne plany „zamaskowanego bruneta z rewolwerem”, a rzecz dzieje się w sercu Nowego Jorku. To motyw, który budzi ciekawość – maluchy będą chciały podążać za bohaterką i śledzić jej przygody, zwłaszcza że czasami Baba Jaga natyka się na niespodziewane przeszkody. Niewiele brakuje, by przegrała – a przecież to ona tym razem stoi po stronie dobra oraz sprawiedliwości i zgodnie z regułami bajek nie powinna ponosić porażek, ale przecież w opowieściach może się zdarzyć wszystko. „Baba Jaga w Ameryce” fabularnie cieszy. Realizacja jednak kuleje tu bardzo mocno.
Wiadomo, że w warstwie słownej jest trudno, bo rabuś i przestępca odpadają ze względu na wymogi poziomu. Ale „brunet z rewolwerem” to składanka trudna do wymówienia nie tylko dla dzieci, które przeważnie mają dość logopedycznych pułapek o mniejszym stopniu trudności. Niezależnie od znalezionych synonimów, odbiorcy nie powinni męczyć się lekturą z powodu nieznajomości nie tylko znaczeń, ale w ogóle samego brzmienia słów. Jeśli nigdy nie usłyszeli danego wyrazu (a tak może być nie tylko z nieszczęsnym „konstatowaniem”), będzie im ciężko. Ponadto Baba Jaga to na zmianę „starowinka”, „babula”, nie wiadomo bliżej, dlaczego. Założenia serii nie obejmują związków frazeologicznych, ale Dmitroca wyraźnie takie lubi, nie zwracając uwagi na to, że dzieci będą miały problem z ich zrozumieniem. Przy tych zarzutach już używanie motywów archaicznych (telegram) czy potocznych („stara ale jara”) stanowi najmniejszy problem. Największy – czyli kłopot ze zrozumieniem treści na poziomie lektury – pozostaje.
Joanna Furgalińska może w tomiku spokojnie bawić się satyrą, a do tego zderzać rozmaite style (są tu na przykład stare fotografie połączone z karykaturalnym wizerunkiem Baby Jagi – z niepełnym uzębieniem i wielkim nosem. Furgalińska chce rozbawiać dzieci i przynajmniej trochę wynagrodzić im trudy lektury. Rysunki są tu bardziej młodzieżowe, wdaje się, że Furgalińska zamierza traktować najmłodszych poważnie, ale nie zapomina, że mają się przede wszystkim bawić.
Utrudnienia
Chociaż bardzo kibicuję serii Czytam sobie, nie mogę się przekonać do propozycji Zbigniewa Dmitrocy, i to nie ze względu na fabułki czy konstruowanie postaci. W tym autor się całkiem dobrze sprawdza. Ale kompletnie nie panuje nad warstwą językową i to po raz kolejny pokazuje. Ograniczenia formalne serii stają się dla tego autora pretekstem do wydumanych słownych rozwiązań, które mogą szybko zniechęcić do wysiłku dzieci uczące się czytać. Dmitroca pisze jak dla wrobionych czytelników, a przecież jego tomik „Baba Jaga w Ameryce” to propozycja dla maluchów. Ale jeśli w pewnym momencie starowinka „ze znawstwem skonstatowała”, to już oznacza, że autor nie ma pojęcia o pisaniu dla dzieci i robić tego nie powinien, dopóki nie pojmie podstawowych zasad. Być może ujawnia tym samym słabość założeń serii – skoro trzeba rezygnować z dwuznaków oraz zmiękczeń, należy szukać synonimów bądź zmienić kierunek opowieści. Mało kto w pisaniu potrafi zapamiętać regułę omijania dwuznaków, w efekcie więc wpada na miny wytykane przez redaktorów – i wtedy jest już za późno na podporządkowywanie fabuły nowym pomysłom, trzeba szukać słownych zamienników. W tym Zbigniew Dmitroca jest koszmarnie wręcz słaby.
W drugim poziomie serii Czytam sobie dzieci powinny zacząć odkrywać przyjemność samodzielnej lektury: dowiedzieć się, że istnieje czytanie dla własnej satysfakcji, jako rodzaj rozrywki. To dlatego podsuwa im się zróżnicowane historie i coraz bogatsze fabuły. U Zbigniewa Dmitrocy jest pomysł na akcję, i to akcję niemal sensacyjną, bo Baba Jaga dzięki swojej miotle udaremnia niecne plany „zamaskowanego bruneta z rewolwerem”, a rzecz dzieje się w sercu Nowego Jorku. To motyw, który budzi ciekawość – maluchy będą chciały podążać za bohaterką i śledzić jej przygody, zwłaszcza że czasami Baba Jaga natyka się na niespodziewane przeszkody. Niewiele brakuje, by przegrała – a przecież to ona tym razem stoi po stronie dobra oraz sprawiedliwości i zgodnie z regułami bajek nie powinna ponosić porażek, ale przecież w opowieściach może się zdarzyć wszystko. „Baba Jaga w Ameryce” fabularnie cieszy. Realizacja jednak kuleje tu bardzo mocno.
Wiadomo, że w warstwie słownej jest trudno, bo rabuś i przestępca odpadają ze względu na wymogi poziomu. Ale „brunet z rewolwerem” to składanka trudna do wymówienia nie tylko dla dzieci, które przeważnie mają dość logopedycznych pułapek o mniejszym stopniu trudności. Niezależnie od znalezionych synonimów, odbiorcy nie powinni męczyć się lekturą z powodu nieznajomości nie tylko znaczeń, ale w ogóle samego brzmienia słów. Jeśli nigdy nie usłyszeli danego wyrazu (a tak może być nie tylko z nieszczęsnym „konstatowaniem”), będzie im ciężko. Ponadto Baba Jaga to na zmianę „starowinka”, „babula”, nie wiadomo bliżej, dlaczego. Założenia serii nie obejmują związków frazeologicznych, ale Dmitroca wyraźnie takie lubi, nie zwracając uwagi na to, że dzieci będą miały problem z ich zrozumieniem. Przy tych zarzutach już używanie motywów archaicznych (telegram) czy potocznych („stara ale jara”) stanowi najmniejszy problem. Największy – czyli kłopot ze zrozumieniem treści na poziomie lektury – pozostaje.
Joanna Furgalińska może w tomiku spokojnie bawić się satyrą, a do tego zderzać rozmaite style (są tu na przykład stare fotografie połączone z karykaturalnym wizerunkiem Baby Jagi – z niepełnym uzębieniem i wielkim nosem. Furgalińska chce rozbawiać dzieci i przynajmniej trochę wynagrodzić im trudy lektury. Rysunki są tu bardziej młodzieżowe, wdaje się, że Furgalińska zamierza traktować najmłodszych poważnie, ale nie zapomina, że mają się przede wszystkim bawić.
niedziela, 19 czerwca 2016
Zbigniew Dmitroca: Jonka, Jonek i Kleks
Egmont, Warszawa 2016.
Z komiksu
Kleks, bohater komiksów (zapomnianych dziś nieco) Szarloty Pawel dostarczał dzieciom dorastającym w PRL-u rozrywki i humoru na miarę dzisiejszych „Kaczorów Donaldów”. Zabierał Jonkę i Jonka do swojego atramentowego świata, nabijał w butelkę, żywił się atramentowymi jagodami i ogólnie miał wiele ciekawych przygód. I teraz Kleks wraca, ale w innej formie – jako jeden z bohaterów w serii Czytam sobie na poziomie 1. To oznacza liczne uproszczenia, a i odejście od komiksowych dymków. Pozostają charakterystyczne i rozpoznawalne przez rodziców na pierwszy rzut oka ilustracje (czasem z dodaną jakąś wypowiedzią) – i podpisy przygotowane przez Zbigniewa Dmitrocę zgodnie z wytycznymi cyklu (żadnych dwuznaków, do 200 wyrazów w tekście, krótkie zdania).
W rodzicach ten tomik obudzi szereg wspomnień, może nawet wywoła chęć powrotu do oryginalnych komiksów („Kleksy” wrażenie robiły także jako tomiki czytane przez rodziców maluchom i oglądane wspólnie) i przyspieszy potrzebę nauczenia się czytania u dzieci. W końcu to, co w tomiku „Jonka, Jonek i Kleks” ledwo zasygnalizowane, w oryginalnej wersji ma humorystyczne rozwinięcia. Fanom Szarloty Pawel zabrakłoby tu na pewno i atrakcyjnej fabuły, i wielopoziomowego humoru – Dmitroca jedynie nakreśla ogólnikowo akcję, ale nie stara się przekazać ducha oryginału. Do ćwiczenia czytania to wystarczy, a przecież po to powstał tomik. Kleks razem z przyjaciółmi wyrusza do Kleksandii, żeby uratować księżniczkę Plum przed smokiem. Temat jest ciekawy i pełen odgałęzień (a to rzadkość w czytankowych jednowątkowych fabułkach – więc powinno odżyć zainteresowanie Szarlotą Pawel). Dzieci, które dopiero uczą się czytać, otrzymają historyjkę inną niż wszystkie do tej pory, wyobraźniową i kuszącą, a dodatkowo wzbogaconą o niezwykłe ilustracje – kadry z prawdziwego komiksu (stąd też stylistyka inna niż w standardowych książeczkach serii – i w tomikach dla najmłodszych). Jest w tym inność płynąca nie tyle z archaizacji i z uwolnienia od dzisiejszych mód, co ze zmiany formy, ale i w tej kwestii widać różnice – obecnie autorzy komiksów zachowują kreskówkowy i upraszczany sposób przedstawiania postaci, nie mówiąc już o braku skondensowanych fabuł. Szarlota Pawel dostarczała komiksy, które rosły razem z dzieckiem – nie nudziły się zbyt szybko. Warto skorzystać z nadarzającej się okazji i zaprezentować je najmłodszym. Jonka, Jonek i Kleks to przecież bohaterowie uniwersalni.
Nie miał Dmitroca łatwego zadania, chociaż ilustracje i fabułę mógł zaczerpnąć z gotowego utworu. Zrezygnował z dowcipów przesycających oryginał (i słusznie, bo w tym temacie Szarlota Pawel jest nie do podrobienia) i odrzuca dialogi (poza jednym). Koncentruje się na tym, żeby tworzyć podpisy do ilustracji – i w nich umieszczać sygnały akcji. I, jak to zwykle u tego autora bywa, rezygnacja z dwuznaków (wymóg serii) wywołuje stosowanie trudniejszych, zwłaszcza z punktu widzenia dzieci, które dopiero uczą się czytać, synonimów. Pojawiają się tu takie słowa jak „wielce”, „zapobiegliwy” czy „plantacja” – a przecież w ramkach u góry strony głoskowane są dużo prostsze wyrazy. Oczywiście dzieciom należy podnosić poprzeczkę, ale jeśli celem jest doskonalenie umiejętności czytania, nie powinno się zniechęcać ich nieznanymi kompletnie wyrazami, których znaczenie (a często i brzmienie) muszą odkryć dorośli. Skoro w lekturze zwraca się uwagę na kształt wyrazów (żeby nie utrudniać dzieciom brzmienia), nie powinno tu też być związków frazeologicznych („o mały włos”) – Zbigniew Dmitroca nie popisuje się wyczuciem dziecięcych możliwości w zakresie rozumienia czytanego tekstu. Czasami Dmitroca przesadza też w drugą stronę – nie unika bowiem naiwnych powtórzeń, które działają jak niezręczności stylistyczne („Kleks był zły”, „Droga była trudna i daleka”). W ten sposób autor (czy raczej niby tłumacz) pada ofiarą restrykcyjnych założeń cyklu.
Pomijając niedoskonałości ograniczonego objętościowo tekstu, cieszy pojawienie się książeczki „Jonka, Jonek i Kleks” w popularnym cyklu edukacyjnym. Dzieci muszą ćwiczyć sztukę czytania i dobrze, jeśli do dyspozycji mają nie tylko fragmenty czytanek z podręczników – sięganie po tomiki spoza kanonu szkolnych lektur udowodni im, że można czytać książki dla własnej przyjemności i bez nakazu nauczycieli. Powrót do Szarloty Pawel pokaże im natomiast, że warto przeprowadzić własne poszukiwania i znaleźć coś interesującego nie tylko w dzisiejszej ofercie wydawniczej, ale i w historii literatury czwartej.
Z komiksu
Kleks, bohater komiksów (zapomnianych dziś nieco) Szarloty Pawel dostarczał dzieciom dorastającym w PRL-u rozrywki i humoru na miarę dzisiejszych „Kaczorów Donaldów”. Zabierał Jonkę i Jonka do swojego atramentowego świata, nabijał w butelkę, żywił się atramentowymi jagodami i ogólnie miał wiele ciekawych przygód. I teraz Kleks wraca, ale w innej formie – jako jeden z bohaterów w serii Czytam sobie na poziomie 1. To oznacza liczne uproszczenia, a i odejście od komiksowych dymków. Pozostają charakterystyczne i rozpoznawalne przez rodziców na pierwszy rzut oka ilustracje (czasem z dodaną jakąś wypowiedzią) – i podpisy przygotowane przez Zbigniewa Dmitrocę zgodnie z wytycznymi cyklu (żadnych dwuznaków, do 200 wyrazów w tekście, krótkie zdania).
W rodzicach ten tomik obudzi szereg wspomnień, może nawet wywoła chęć powrotu do oryginalnych komiksów („Kleksy” wrażenie robiły także jako tomiki czytane przez rodziców maluchom i oglądane wspólnie) i przyspieszy potrzebę nauczenia się czytania u dzieci. W końcu to, co w tomiku „Jonka, Jonek i Kleks” ledwo zasygnalizowane, w oryginalnej wersji ma humorystyczne rozwinięcia. Fanom Szarloty Pawel zabrakłoby tu na pewno i atrakcyjnej fabuły, i wielopoziomowego humoru – Dmitroca jedynie nakreśla ogólnikowo akcję, ale nie stara się przekazać ducha oryginału. Do ćwiczenia czytania to wystarczy, a przecież po to powstał tomik. Kleks razem z przyjaciółmi wyrusza do Kleksandii, żeby uratować księżniczkę Plum przed smokiem. Temat jest ciekawy i pełen odgałęzień (a to rzadkość w czytankowych jednowątkowych fabułkach – więc powinno odżyć zainteresowanie Szarlotą Pawel). Dzieci, które dopiero uczą się czytać, otrzymają historyjkę inną niż wszystkie do tej pory, wyobraźniową i kuszącą, a dodatkowo wzbogaconą o niezwykłe ilustracje – kadry z prawdziwego komiksu (stąd też stylistyka inna niż w standardowych książeczkach serii – i w tomikach dla najmłodszych). Jest w tym inność płynąca nie tyle z archaizacji i z uwolnienia od dzisiejszych mód, co ze zmiany formy, ale i w tej kwestii widać różnice – obecnie autorzy komiksów zachowują kreskówkowy i upraszczany sposób przedstawiania postaci, nie mówiąc już o braku skondensowanych fabuł. Szarlota Pawel dostarczała komiksy, które rosły razem z dzieckiem – nie nudziły się zbyt szybko. Warto skorzystać z nadarzającej się okazji i zaprezentować je najmłodszym. Jonka, Jonek i Kleks to przecież bohaterowie uniwersalni.
Nie miał Dmitroca łatwego zadania, chociaż ilustracje i fabułę mógł zaczerpnąć z gotowego utworu. Zrezygnował z dowcipów przesycających oryginał (i słusznie, bo w tym temacie Szarlota Pawel jest nie do podrobienia) i odrzuca dialogi (poza jednym). Koncentruje się na tym, żeby tworzyć podpisy do ilustracji – i w nich umieszczać sygnały akcji. I, jak to zwykle u tego autora bywa, rezygnacja z dwuznaków (wymóg serii) wywołuje stosowanie trudniejszych, zwłaszcza z punktu widzenia dzieci, które dopiero uczą się czytać, synonimów. Pojawiają się tu takie słowa jak „wielce”, „zapobiegliwy” czy „plantacja” – a przecież w ramkach u góry strony głoskowane są dużo prostsze wyrazy. Oczywiście dzieciom należy podnosić poprzeczkę, ale jeśli celem jest doskonalenie umiejętności czytania, nie powinno się zniechęcać ich nieznanymi kompletnie wyrazami, których znaczenie (a często i brzmienie) muszą odkryć dorośli. Skoro w lekturze zwraca się uwagę na kształt wyrazów (żeby nie utrudniać dzieciom brzmienia), nie powinno tu też być związków frazeologicznych („o mały włos”) – Zbigniew Dmitroca nie popisuje się wyczuciem dziecięcych możliwości w zakresie rozumienia czytanego tekstu. Czasami Dmitroca przesadza też w drugą stronę – nie unika bowiem naiwnych powtórzeń, które działają jak niezręczności stylistyczne („Kleks był zły”, „Droga była trudna i daleka”). W ten sposób autor (czy raczej niby tłumacz) pada ofiarą restrykcyjnych założeń cyklu.
Pomijając niedoskonałości ograniczonego objętościowo tekstu, cieszy pojawienie się książeczki „Jonka, Jonek i Kleks” w popularnym cyklu edukacyjnym. Dzieci muszą ćwiczyć sztukę czytania i dobrze, jeśli do dyspozycji mają nie tylko fragmenty czytanek z podręczników – sięganie po tomiki spoza kanonu szkolnych lektur udowodni im, że można czytać książki dla własnej przyjemności i bez nakazu nauczycieli. Powrót do Szarloty Pawel pokaże im natomiast, że warto przeprowadzić własne poszukiwania i znaleźć coś interesującego nie tylko w dzisiejszej ofercie wydawniczej, ale i w historii literatury czwartej.
wtorek, 10 marca 2015
Zbigniew Dmitroca: Parasol pana Pantalona
Egmont, Warszawa 2015.
Reporter
Parasol pana Pantalona skrywa poważną tajemnicę. Żeby odkryć jego sekret, trzeba razem z panem Pantalonem, gwiazdą dziennikarstwa, przejść całą śledczą drogę. Bohater wybiera się wszędzie tam, gdzie da się zwęszyć jakąkolwiek aferę. Zbiera informacje, dedukuje, rozmawia z mieszkańcami. Czytelnicy właściwie nie wiedzą, na czym polega cała sprawa – ale obserwują poczynania pana Pantalona i kibicują mu w działaniach. A pan Pantalon w zabitej dechami osadzie wypytuje, kogo się da. Za pomocą karate radzi sobie z nieprzyjaznym drabem, odwiedza komisariat policji, sklep, kościół, sołtysa. Zagląda do knajpy i do biblioteki, ściągając na siebie gniew komendanta policji. To jednak nieustraszony reporter, który lubi wyzwania.
„Parasol pana Pantalona” to czytanka, która pojawia się na drugim poziomie serii Czytam sobie – oznacza to bardziej rozbudowaną warstwę tekstową i rozwiniętą fabułę. W przypadku bajki Zbigniewa Dmitrocy oznacza to też spore leksykalne wyzwania. Ponieważ na tym poziomie nie ma jeszcze dwuznaków, autor musi kombinować i szukać synonimów wolnych od „trudnych” zestawień literowych. W efekcie pojawiają się tu słówka, z którymi problemy ma nawet część nastolatków (skonfundowany), związki frazeologiczne lub powiedzenia wymagające wyjaśnień (grunt to inwencja) oraz swoista mieszanina stylów. Pan Pantalon w swoim otoczeniu ma często do czynienia ze slangiem i słownictwem potocznym – obok literackich i książkowych określeń. To sposób na szybkie zapoznanie maluchów z różnymi językowymi stylizacjami. Ale żeby dziecko zrozumiało książeczkę – oraz sens poszczególnych zachowań – będzie potrzebowało wsparcia osoby dorosłej. Akcję Dmitroca wymyśla wartką i pełną niespodzianek, ale opisuje ją stylem raczej trudnym, nie płynnym czy naturalnym. Co ciekawe, takie właśnie podejście może być cenne dla maluchów: w końcu niewiele mają szans na poszerzanie słownictwa o wyrazy ze skrajnie różnych płaszczyzn. Ponadto „Parasol pana Pantalona” ma pomagać w ćwiczeniu czytania – a to oznacza, że zwiększony stopień trudności tekstu pozwala śledzić postępy dziecka. Po takich lekturowych wyzwaniach żadna szkolna czytanka nie będzie już maluchowi straszna. Dmitroca tworzy bajkę wymagającą skupienia i funkcjonującą jako dobre ćwiczenie.
Marianna Sztyma bajkę traktuje bajkowo. Jej ilustracje są kolorowe i momentami czerpią z absurdu oraz wyobraźniowych skojarzeń. Mniej ważne elementy tła ilustratorka sygnalizuje prostymi kredkowymi kreskami, w otoczeniu pana Pantalona przedstawia licznych – i za każdym razem innych – ludzi, skupia się też na różnorodności zabudowań w osadzie. Dba o to, żeby maluchy nie nudziły się oglądaniem obrazków: poza podstawowym motywem prezentuje na nich ciekawe dodatki: zza uchylonych drzwi widać komendanta jedzącego obiad, w lasku na drzewach śpiewają ptaki, zresztą w niemal każdym miejscu pojawiają się miłe zwierzęta. Marianna Sztyma troszczy się o bajkowość prezentowanych sytuacji. Nadaje im dziecięcy charakter dzięki rozmaitym kolorowym drobiazgom i bajkowej perspektywie. W „Parasolu pana Pantalona” tekst zajmuje po kilka wersów na stronie – ale wciąż rysunki są ważne w procesie lektury. Sztyma zapewnia maluchom miłą rozrywkę i wytchnienie od trudnych treści, przypomina, że pan Pantalon znajduje się w krainie wyobraźni i całe jego śledztwo ma charakter bajkowy. Umila dzieciom lekcję czytania i zachęca do poznawania całej historyjki. Zbigniew Dmitroca daje tu skomplikowaną opowieść, Marianna Sztyma przywraca jej dziecięcy charakter.
Reporter
Parasol pana Pantalona skrywa poważną tajemnicę. Żeby odkryć jego sekret, trzeba razem z panem Pantalonem, gwiazdą dziennikarstwa, przejść całą śledczą drogę. Bohater wybiera się wszędzie tam, gdzie da się zwęszyć jakąkolwiek aferę. Zbiera informacje, dedukuje, rozmawia z mieszkańcami. Czytelnicy właściwie nie wiedzą, na czym polega cała sprawa – ale obserwują poczynania pana Pantalona i kibicują mu w działaniach. A pan Pantalon w zabitej dechami osadzie wypytuje, kogo się da. Za pomocą karate radzi sobie z nieprzyjaznym drabem, odwiedza komisariat policji, sklep, kościół, sołtysa. Zagląda do knajpy i do biblioteki, ściągając na siebie gniew komendanta policji. To jednak nieustraszony reporter, który lubi wyzwania.
„Parasol pana Pantalona” to czytanka, która pojawia się na drugim poziomie serii Czytam sobie – oznacza to bardziej rozbudowaną warstwę tekstową i rozwiniętą fabułę. W przypadku bajki Zbigniewa Dmitrocy oznacza to też spore leksykalne wyzwania. Ponieważ na tym poziomie nie ma jeszcze dwuznaków, autor musi kombinować i szukać synonimów wolnych od „trudnych” zestawień literowych. W efekcie pojawiają się tu słówka, z którymi problemy ma nawet część nastolatków (skonfundowany), związki frazeologiczne lub powiedzenia wymagające wyjaśnień (grunt to inwencja) oraz swoista mieszanina stylów. Pan Pantalon w swoim otoczeniu ma często do czynienia ze slangiem i słownictwem potocznym – obok literackich i książkowych określeń. To sposób na szybkie zapoznanie maluchów z różnymi językowymi stylizacjami. Ale żeby dziecko zrozumiało książeczkę – oraz sens poszczególnych zachowań – będzie potrzebowało wsparcia osoby dorosłej. Akcję Dmitroca wymyśla wartką i pełną niespodzianek, ale opisuje ją stylem raczej trudnym, nie płynnym czy naturalnym. Co ciekawe, takie właśnie podejście może być cenne dla maluchów: w końcu niewiele mają szans na poszerzanie słownictwa o wyrazy ze skrajnie różnych płaszczyzn. Ponadto „Parasol pana Pantalona” ma pomagać w ćwiczeniu czytania – a to oznacza, że zwiększony stopień trudności tekstu pozwala śledzić postępy dziecka. Po takich lekturowych wyzwaniach żadna szkolna czytanka nie będzie już maluchowi straszna. Dmitroca tworzy bajkę wymagającą skupienia i funkcjonującą jako dobre ćwiczenie.
Marianna Sztyma bajkę traktuje bajkowo. Jej ilustracje są kolorowe i momentami czerpią z absurdu oraz wyobraźniowych skojarzeń. Mniej ważne elementy tła ilustratorka sygnalizuje prostymi kredkowymi kreskami, w otoczeniu pana Pantalona przedstawia licznych – i za każdym razem innych – ludzi, skupia się też na różnorodności zabudowań w osadzie. Dba o to, żeby maluchy nie nudziły się oglądaniem obrazków: poza podstawowym motywem prezentuje na nich ciekawe dodatki: zza uchylonych drzwi widać komendanta jedzącego obiad, w lasku na drzewach śpiewają ptaki, zresztą w niemal każdym miejscu pojawiają się miłe zwierzęta. Marianna Sztyma troszczy się o bajkowość prezentowanych sytuacji. Nadaje im dziecięcy charakter dzięki rozmaitym kolorowym drobiazgom i bajkowej perspektywie. W „Parasolu pana Pantalona” tekst zajmuje po kilka wersów na stronie – ale wciąż rysunki są ważne w procesie lektury. Sztyma zapewnia maluchom miłą rozrywkę i wytchnienie od trudnych treści, przypomina, że pan Pantalon znajduje się w krainie wyobraźni i całe jego śledztwo ma charakter bajkowy. Umila dzieciom lekcję czytania i zachęca do poznawania całej historyjki. Zbigniew Dmitroca daje tu skomplikowaną opowieść, Marianna Sztyma przywraca jej dziecięcy charakter.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






