* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 5 grudnia 2013

Iwona Czarkowska: Tymek, magik czy anielinek?

Muza SA, Warszawa 2013.

Czary i zaklęcia

Tymek zafascynowany czarami jest jednym z anielinków – małych mieszkańców Niebieskiego. To również kolejny z bohaterów wkupiających się w łaski dzieci mnogością tarapatów oraz problemów do rozwiązania. Tymka niespecjalnie interesują zadania Anielskich, znacznie ważniejsze okazuje się opanowanie magicznych sztuczek – wreszcie możliwe, skoro po pokazie iluzjonisty w ręce chłopca wpada tajemnicza księga, która może być wielką księgą zaklęć. Kolejny anielinek zachowuje się zatem niezgodnie z wyobrażeniami o prawdziwych aniołach, nieziemsko dobrych istotach. Dla Iwony Czarkowskiej przełamywanie konwencji staje się wyznacznikiem serii „Anielscy z Niebieskiego”. Nie mówi się tu o prawdziwych aniołach, chociaż bohaterowie mają skrzydła (właściwie: maleńkie i ledwo widoczne skrzydełka) i pomagają ludziom. Tymek w dodatku nie zajmuje się odpowiadaniem na alarmy i wezwania, za to próbuje zrealizować własne marzenia. Gdyby na ten temat porozmawiał z kimś dorosłym, straciłby wiarę w magię. Jednak działa sam i dzięki temu może trwać w zachwycie nad światem z zaczarowanymi królikami wyskakującymi z cylindra i mądrze brzmiącymi tajemniczymi zaklęciami.

Seria przypadków i zbiegów okoliczności sprawia, że lektura tomu „Tymek, magik czy anielinek” dostarczy dzieciom sporo radości. Akcja jest po pierwsze o wiele bardziej pomysłowa, a po drugie – bardziej dynamiczna niż w „Balbince”, Iwona Czarkowska pokazuje, co potrafi w zakresie wymyślania oryginalnych choć prostych fabuł. Nie trzyma swojego bohatera pod kloszem, co owocuje dowcipnymi wydarzeniami (gdy Tymek łamie sobie skrzydło, mama w domu obkłada go poduszkami, by uniknąć podobnych wypadków w najbliższej przyszłości), wesoło jest zresztą w samej codzienności Tymka – tu istnieje Długopies, a i klasówki, na które rzekomo może pomóc magia. Tymek próbuje swoich sił w czarowaniu, a niespodzianki utwierdzają go w przeświadczeniu, że posiadł odrobinę magicznych zdolności. Dzieci będą zaskoczone rozwojem wydarzeń, Tymek natomiast napędza całą akcję bez przerwy. Czarkowska dobrze się bawi, grając nieporozumieniami i niewłaściwymi interpretacjami faktów, co potem bez trudu zostaje przełożone na radość małych odbiorców. Świat Tymka nie zawsze w pełni zrozumiały i przewidywalny, mimo wszystko jest miejscem przyjaznym i ciepłym, w sam raz dla tych dzieci, które nie lubią strachu w książkach. Dobro nie oznacza tu nudy, a autorka, która dała się już poznać jako osoba obdarzona poczuciem humoru i uaktywniająca ten humor w narracjach w literaturze czwartej, i teraz przypomina sobie o potędze komizmu. Zaprasza maluchy do lektury atrakcyjnej, pełnej bezpiecznych i dowcipnych przygód.

Humor w narracji powtarzalny jest też przez humor w kresce w ilustracjach Kasi Kołodziej. Zarówno karykaturalny Tymek, jak i zaczarowany królik to postacie komiksowe, które wpadają w oko i urzekają swoim wyglądem, dostarczają śmiechu dzieciom i dobrze nastrajają je do czytania. Już na pierwszy rzut oka dzieci będą mogły się przekonać, że „Tymek – magik czy anielinek” to książka sympatyczna i warto zapoznać się z jej treścią. Zresztą do Iwony Czarkowskiej jako autorki minipowieści dla najmłodszych można mieć zaufanie. Tymek to dziecięcy bohater, nie zawsze posłuszny, działający na własną rękę i przez to ciekawy dla odbiorców – może bowiem przeżywać przygody, o których czytelnikom nawet się nie śniło. To jeden z bardziej pobudzających wyobraźnię mieszkańców Niebieskiego – a jego codzienność zawiera mnóstwo ciekawostek, odejść od zwykłego życia odbiorców – i dlatego dzieci polubią tego bohatera.

Robert Górski w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem: Jak zostałem premierem. Rozmowy pełne moralnego niepokoju

Znak, Kraków 2012, Merlin.

Blask sławy

„Jak zostałem premierem” to wywiad-rzeka z Robertem Górskim, liderem Kabaretu Moralnego Niepokoju. Górski przez kabareciarzy doceniany jest między innymi za talent do błyskawicznego wymyślania zabawnych grepsów (ta umiejętność przydaje mu się także w improwizowanym kabaretowym serialu „Spadkobiercy”), a kto o tym pamięta, ten nie zdziwi się tonem całej rozmowy. „Jak zostałem premierem” to opowieść lekka i dowcipna, a poza tym przetykana jeszcze znakomitymi skeczami Górala.

Mariusz Cieślik proponuje rozmowę bogatą w anegdoty i ciekawostki. Kolejne rozdziały są tu wyznaczane przez życiowe role satyryka i przepuszczane przez dowcip. Chodzi o to, żeby książka była ciekawa i atrakcyjna dla odbiorców, a nie zbliżała się do nudnych biografii, bo nie żmudne odtwarzanie życiorysu tu się liczy. Robert Górski może zatem przedstawiać czytelnikom co barwniejsze wydarzenia ze swojej egzystencji i przy okazji rozwiewać też wątpliwości na tematy związane z pracą kabareciarza. Opowiada i o pierwowzorach postaci z kabaretu, i o rodzinie, o wyjazdach w trasy kabaretowe i o pracy w telewizji. Prezentuje takiego Roberta Górskiego, jakim zainteresowani są odbiorcy. Wykorzystuje każdą możliwość, by opowiedzieć anegdotę, ale nie stara się być śmieszny przez cały czas.

„Jak zostałem premierem” to zbiór ciekawostek i niespodzianek z życia docenianego kabareciarza – i jako taki nie może nikogo rozczarować: chyba że długością, bo chciałoby się opowieści Górskiego czytać jeszcze dalej. Cieślik porządkuje wspomnienia, zgrabnie podprowadza rozmówcę do konkretnych tematów, co również dla czytelników jest zachętą do dalszej lektury. Natomiast Górski nie kryguje się i nie sili na autokreację, wydaje się naturalny i szczery, swobodny i dowcipny. Rozmowa sprawia mu przyjemność i nie prowadzi do sporów. Bo też i nie o spory czy dyskusje i oceny tu chodzi – a o możliwość spisania wrażeń. Rozmowy co pewien czas wiodą w kierunku tematów do skeczy – i stają się nietypowym wprowadzeniem do lektury znanej już ze sceny. Górski może dzięki temu rozprawić się z pytaniami o inspiracje. Największe hity Kabaretu Moralnego Niepokoju powracają w tej książce w najczystszej formie tekstowej, odarte z didaskaliów i interpretacji – można więc sprawdzać, jak ewoluowały na scenie.

„Jak zostałem premierem” to rozmowa o Kabarecie Moralnego Niepokoju, o pracy satyryka i o poczuciu humoru. Górski, trochę wzorem Władysława Sikory, przedstawia swoją wizję kabaretu i przepisów na udane skecze. Znajduje miejsce na przemyślenia warsztatowe i na opowieść o poszukiwaniu twórczej drogi. Wszystko to rozwija się dość szybko – tu forma wywiadu pomaga ukształtować opowieść, wyznaczyć jej rytmy i nie zniechęcić do zagłębiania się w historię kabaretu. Robert Górski skrótowo prezentuje pracę nad najdowcipniejszymi skeczami, opowiada o różnicach w graniu dla wielkiej publiczności i w kameralnych występach. Pozwala zajrzeć za kulisy kabaretowego życia, co okaże się kuszące dla wielu czytelników.

Góral krótko opisuje kolegów z zespołu i zagraniczne występy – a rozmaici satyrycy charakteryzują z kolei jego. Jednak nie ma w tym cienia tendencji znanych z poppublikacji – prób zapełnienia miejsca tekstem. Górski ma sporo ciekawych rzeczy do opowiedzenia i tom „Jak zostałem premierem” może być rozpatrywany właśnie przez pryzmat ciekawostek z pracy kabareciarza. To publikacja dla fanów – ale i dla czytelników zainteresowanych kształtem polskiego kabaretu. Górski nie podbudowuje swojej działalności teoriami o misji – za to dąży do tego, by zrozumieć, co śmieszy publiczność. W tomie mówi o tym, czego odbiorcy chcieliby się dowiedzieć – i sprawia, że nawet ci, którzy kojarzą autora z najgłośniejszych dziś skeczy, może zechcą sięgnąć i do początków Kabaretu Moralnego Niepokoju, by sprawdzić, jak funkcjonował jako kabaret literacki z poetyckimi ambicjami twórców. „Jak zostałem premierem” pokazuje różne oblicza Roberta Górskiego jako satyryka – i jest to interesujący przegląd.

środa, 4 grudnia 2013

Joanna Nadin: Penny z Piekła Rodem. Porażające porażki

Akapit Press, Łódź 2013.

Wybryki Penny

Penny z Piekła Rodem to kolejna popbohaterka zasilająca szereg lekturowych rozrabiaków i utrapień rodziców. Ta dziewczynka nigdy się nie nudzi, bo co chwilę wpada na rozmaite „genialne pomysły” (tak zresztą nazywa je w swojej opowieści, co dla maluchów będzie stanowiło zabawny refren wszystkich opowiadań) – a każdy pomysł, rzecz jasna, przynosi nowe tarapaty dla bohaterki. Penny nie zastanawia się nad konsekwencjami swoich czynów, co jest cudowną właściwością ogółu kilkulatków, więc szybko trafi do przekonania najmłodszym – nie mówiąc już o tym, że taki temperament postaci zapowiada dynamiczną i pełną nieoczekiwanych zwrotów akcję.

Tom „Porażające porażki” zawiera trzy historie z przygodami Penny. Z rozbudowanych opowiadań dzieci dowiedzą się, jak Penny chciała zostać fryzjerką (a zabawy najmłodszych z nożyczkami i maszynkami do golenia, jak łatwo przewidzieć, skończą się estetycznym dramatem i eksplozją następnych genialnych pomysłów), jak chciała sobie wytresować znalezionego pod sklepem psa (to pomysł stworzony pod wpływem telewizyjnych programów, więc mógłby także posłużyć w dyskusji nad rolą masowej rozrywki w wychowywaniu dzieci) oraz o tym, jak Penny razem z przyjacielem – Kosmo – doprowadzili do rozpaczy nauczycielkę oraz jak sprowokowali zmiany w szkole.

Penny działa impulsywnie i nie zastanawia się nad sobą. Nie wiadomo, skąd czerpie energię, ale w zachowaniach wciąż odbija się od swojego otoczenia – nie znosi siostry o ksywie Stokrota (bo Stokrota, jak każda starsza siostra, jest wyjątkowo wkurzająca), za to jej najlepszy kumpel to skłonny do szaleństw Kosmo. Pojawia się tu zresztą wiele dzieci i wielu dorosłych, Joanna Nadin radzi sobie bez trudu z opanowaniem tego towarzystwa, mimo że czytelnicy mogą chwilami mieć wrażenie narracyjnego tajfunu. To efekt nadpobudliwości Penny i jej kolejnych szaleństw: maluchy będą zachwycone taką intensywnością doznań oraz kłopotów bohaterki. Bo mimo że Penny szaleje i we wszystkim przesadza, nigdy nie szkodzi sobie naprawdę poważnie, a jej wybryki da się naprawić bez większego trudu (oczywiście w wyobraźni kilkulatków to zmiany nieodwracalne – ale za sprawą tempa budzące śmiech a nie przerażenie).

Penny to niemal krewna Koszmarnego Karolka, chociaż wcale nie zależy jej na byciu niegrzeczną. Wprost przeciwnie, wydaje jej się, że swoimi działaniami przyczyni się do naprawiania własnego świata. Również w narracji można łatwo dostrzec różnicę: u Karolka akcentuje się to, co jest niegrzeczne i wykraczające poza rodzicielskie zasady. U Penny uwypuklonych zostaje zwykle kilka fraz, które mogą poszerzyć słownictwo dzieci. Wyróżniane graficznie zwroty podkreślają i nacechowanie emocjonalne wypowiedzi, i obecność pewnego rodzaju refrenów, spajających historyjki i nadających im charakterystyczny rytm.

Penny bez trudu trafi do przekonania maluchów. To książka pełna komicznych rysunków i wartkich fabułek, zakazanych pomysłów i tarapatów, w które wpada bohaterka. Nie ma w niej natomiast pouczeń, nudnych opisów czy programowej dobroci. Joanna Nadin prezentuje świat widziany oczami nadaktywnego dziecka, a przy tym nie zapomina o żadnym aspekcie egzystencji maluchów. Na pewno nie zniechęci kilkulatków do lektury – wie, jak prowadzić akcję ciekawie i nigdy nie wiadomo, co jeszcze wymyśli.

wtorek, 3 grudnia 2013

Olga Lipińska: Jeszcze słychać śmiech

Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Śmiech bez śmiechu

W trzecim (i ostatnim) tomie felietonów „Jeszcze słychać śmiech” Olga Lipińska zaczyna się powtarzać. Jeszcze raz przywołuje te zagadnienia, które przyniosły jej uznanie czytelników po poprzednich zbiorkach – ale też odwołuje się do zagadnień dawno omówionych. Znów pojawia się na przykład babcia Augusta z domku na Mazurach, poirytowanie autorki koi samą swoją obecnością, a i oderwaniem od codziennych spraw – mąż, Piotr. Powracają drobne fragmenty kabaretowych programów telewizyjnych, nietolerancja dla hałasu i dziennikarskiej głupoty, mocne przejmowanie się polityką i sprawami, które szybko się zdezaktualizują. Czyta się „Jeszcze słychać śmiech” – a pobrzmiewają w nim echa tego, co już było, co poznane, swojskie i bezpieczne. Nawet kiedy autorka chce krytykować, odrzucać, wskazywać miejsca do naprawienia – nie mówi nic, czego jej fani (lub wierni czytelnicy) nie pamiętaliby z poprzednich książek.

Ale jest coś więcej. W „Jeszcze słychać śmiech” pojawia się bardzo mocno akcentowana, a płynąca z bezradności, gorycz. Olga Lipińska przestaje wierzyć, że cokolwiek zmieni, mało tego: przestaje wierzyć, że zostanie uważnie wysłuchana. Tym razem strasznie potrzebuje akceptacji. Nie potrafi się odnaleźć w dzisiejszym „schamiałym” kraju, ale też już nie próbuje tego robić. Brakuje jej azylu, ucieczka na Mazury (lub w myśli o Piotrze) wystarcza na bardzo krótko, cywilizacja zaraz upomina się o swoje prawa, a Olga Lipińska nie wie, jak się bronić przed rzeczywistością, której nie rozumie. Stąd bierze się większość felietonów z tomu „Jeszcze słychać śmiech”. To gratka dla czytelników pisma „Twój Styl”: felietony z czterech lat stają się kroniką egzystencji autorki, która czuje się ważną częścią społeczeństwa i chciałaby wskazywać mu możliwości i pułapki codzienności, ale i która jednocześnie świadoma jest jak nigdy przedtem własnej słabości. Tu Olga Lipińska nie walczy, a jeszcze próbuje się bronić, chociaż ataki wyszukuje sobie sama. Nie ma tu wytykania śmieszności, jest złość – i takie emocje sprawiają, że Lipińska nie stara się już być satyrykiem, a daje upust frustracjom.

W obserwowaniu aktualiów (które same się dezaktualizują) Lipińska podkreśla i niezgodę na decyzje rządzących – oraz bezradność wobec tego, co się dzieje. Wyraźną ulgę przynosi jej powrót do wspomnień, nawet do tych przykrych. Z perspektywy czasu dawne interpersonalne niesnaski – a nawet głupota – przybierają postać anegdot budzących co najwyżej uśmiech (raz politowania, a raz sentymentu). Dla odbiorców to okazja do zdobycia kolejnych szczątkowych i mało znaczących w kontekście oficjalnych biografii strzępków wspomnień, ulotnych – bo przywołanych pod wpływem chwili – przeżyć autorki.

„Jeszcze słychać śmiech” to tom bardzo gorzki, wolny od beztroskich żartów i lekkich uśmiechów – a sama autorka w kolejnych felietonach próbuje prowokować czytelników do zastanowienia się nad sobą i nad Polską przy okazji. Nie wyznacza już za to sposobów na ratowanie normalności, wie, że sama nie zatrzyma destrukcyjnych dążeń. Przestaje zatem próbować i tylko resztką sił przypomina, że dziennikarze są często głupi i nie mają pojęcia o swojej pracy – i że wypełnianie obywatelskich obowiązków wcale nie prowadzi do poprawienia jakości bytu. Rzeczywistość z felietonów Olgi Lipińskiej to rzeczywistość, w której nie chce się zbyt długo przebywać – bo zostaje się niemal zatopionym w fałszu, nienawiści, zakłamaniu lub „tylko” w bylejakości. Po raz pierwszy to, co widać, okazuje się naprawdę groźne – i tu już nie pomoże śmiech. Może dlatego owego śmiechu w książce nie słychać – a gdy nie zagłusza on krytyki, dokładniej odznaczają się pułapki codzienności.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Ulf Stark: Cynamon i Trusia. Wierszyki o złości i radości

Zakamarki, Poznań 2013.

Szkoła przeżywania

Ulf Stark to mistrz realistyczno-bajkowych fabuł, historii, w których dzieci postrzegają świat przez pryzmat własnych uczuć, odkryć i tłumaczeń. Próbuje też swoich sił w historiach rozłożonych na serie bajkowych rymowanek – ich bohaterów, Cynamona i Trusię, zna już wiele dzieci. Z Cynamonem i Trusią sprawa wygląda o tyle nietypowo, że to bohaterowie pozbawieni jakichkolwiek opisów. W wyobraźni najmłodszych funkcjonują dzięki ilustracjom Charlotte Ramel. Jedno jest dzieckiem z karykaturalnie wielką głową i chudymi odnóżami, drugie małym królikiem ze świńskim ryjkiem. Cynamon i Trusia to prawdziwi przyjaciele, którzy przy okazji mogą uczyć maluchy uczuć, przez demonstrowanie rozmaitych relacji. Co nie pojawi się bezpośrednio w wierszowanym tekście, to zaistnieje na wielkich obrazkach, wprawdzie pozbawionych szczegółów tła, ale bogatych w mimikę i gesty postaci. A że Cynamon i Trusia są naprawdę charakterystyczni, nie muszą walczyć o uwagę dzieci ani bać się konkurencji.

W dwóch płaszczyznach można oceniać „Wierszyki o złości i radości”, bo taki tytuł ma kolejny tom poświęcony nietypowej przyjaźni. Po pierwsze – ze względu na ustawienia akcentów tekstowych i rytmu całego tomu. Po drugie ze względu na tłumaczeniową realizację pomysłów Ulfa Starka. W całej serii o Cynamonie i Trusi nie ma w pełni samodzielnych utworów. Tu dopiero lektura kolejnych rymowanek, łącznie z okładkowymi drobiazgami, pozwala uzyskać pełny ogląd wymyślonej przez autora sytuacji i jej przesłań oraz wskazówek dla dzieci. Następuje tu dramaturgiczne rozbicie – pojedyncze wierszyki dotyczą pojedynczych wrażeń, odczuć, scenek lub sytuacji. Każdy kolejny utwór jest kontynuacją poprzedniego, rozpoczyna się już w jego puencie i prowadzi przez nowe odkrycia. Jeżeli na przykład w jednym wierszyku bohaterka obraża się na przyjaciela, w drugim ten zaczyna jej szukać, a potem zamartwiać się o nią. Tak Ulf Stark przygotowuje dzieci i rodziców do wspólnej rozmowy o uczuciach i emocjach, pokazuje też różne oblicza przyjaźni. Potrafi szybko i przejrzyście nakreślić emocje, bez zbędnego przegadania, jest w tym niebywale precyzyjny i łatwy do zrozumienia przez dzieci i przez rodziców.

Agnieszka Stróżyk zajęła się tu przekładaniem treści, a nie szlifowaniem formy. I tak wierszyki o Cynamonie i Trusi opierają się przede wszystkim na rymach niedokładnych (lub, dla kontrastu, gramatycznych). Czasami ten warsztat nie razi, ale bywa, że tekst aż prosi się o przeróbkę, bo nie brzmi najlepiej od strony rymów. Jednak na uwagę i uznanie zasługuje raczej fakt, że Stróżyk nie gubi puent i stara się dobrze akcentować ważne tematy. W „Wierszykach o złości i radości” radzi sobie z odwzorowywaniem relacji między bohaterami bez niepotrzebnej dosłowności, oddaje zatem literacką wrażliwość Ulfa Starka i zmusza dzieci do zagłębienia się w świat bohaterów.

Cynamon i Trusia operują naiwnością, ale nie jest to naiwność męcząca, a zbliżona do dziecięcych trosk i przeżyć. Autor może dzięki temu przekonywać do siebie odbiorców. Jego teksty są potrzebne, bo uświadamiają maluchom, jak bogaty może być świat uczuć. Cynamon i Trusia stają się przewodnikami po dziecięcych nastrojach i uczą, jak zachowywać się w interpersonalnych kontaktach, czy – jak utrzymywać dobre relacje z najbliższymi. Stark przy tym nie wartościuje uczuć, sygnalizuje natomiast ich istnienie i przyznaje każdemu prawo do przeżywania rozmaitych emocji.

niedziela, 1 grudnia 2013

Barbara Kosmowska: Sezon na zielone kasztany

Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.

Lęki młodych

„Sezon na zielone kasztany” to zestaw poważnych problemów dzieci i młodzieży, przedstawiony w serii opowiadań czasem łączących się ze sobą pojedynczymi wątkami. Jest tu wielu bohaterów, a każdy z nich zmaga się ze sprawami ponad siły, zbyt wcześnie wkraczając w dorosły świat. Barbara Kosmowska chętnie operuje silnymi wzruszeniami i chce udowodnić, że nawet pozornie obojętne dla młodych ludzi historie odciskają w ich umysłach trwały ślad. Córka znanej i cenionej psycholog bezskutecznie próbuje porozmawiać z matką o tym, co ją trapi. Jedno z dzieci tak bardzo chce mieć psa, że przygarnia śmietnikowego przybłędę i opiekuje się nim w tajemnicy przed rodzicami. Zmuszany do uprawiania sportu chłopak oszukuje ojca, bo marzy o karierze aktora. Ktoś nie wie, jak zwrócić na siebie uwagę pewnej koleżanki, ktoś inny szuka akceptacji w gronie, które na uznanie nie zasługuje. Rodzeństwo także bywa przyczyną rozmaitych dylematów.

Cechą wspólną bohaterów opowiadań Barbary Kosmowskiej jest myślenie. Młodzież nie jest tu płytka, co pozwala na odrzucanie najbardziej oczywistych zagadnień. Starszy brat opiekuje się „inną” siostrzyczką z oddaniem i gotów jest jej bronić nawet przed dziewczyną, która mu się podoba, zawistne koleżanki nie wpędzają w chandrę, a uświadamiają istnienie także tych niechlubnych postaw w społeczeństwie. Rodzice wspierają swoje pociechy, marzenia da się spełnić i nawet konflikty pokoleniowe nie mają aż tak dużego znaczenia, gdy w grę wchodzi szczera rozmowa. W „Sezonie na zielone kasztany” poza kwestiami uniwersalnymi Kosmowska przemyca też krytykę szkolnego piekiełka, które młodzież sama sobie przygotowuje przez uleganie modzie, nowoczesną technikę i życie internetowe: klasowe piękności są pod nieustanną obserwacją i każdy czyha na ich potknięcia, by móc skompromitować dziewczyny na przykład zdjęciami wrzucanymi na portale społecznościowe. Autorka wskazuje furtkę dla czytelniczek – pytanie tylko, czy odbiorcy tomu będą tak pozytywnie nastawieni do zmian jak bohaterowie.

Każde opowiadanie „Sezonu na zielone kasztany” kryje w sobie jakiś dramat lub zmartwienie młodego człowieka – nawet ci, którzy odnoszą sukcesy lub przynajmniej wiodą wygodne życie, mają się nad czym zastanawiać. Wszystkie kwestie i fabuły oparte są na mniejszych lub większych przykrościach. Kosmowska stroni od tonów huraoptymistycznych – ale nie oznacza to, że zamierza przygnębiać czytelników. Za każdym razem znajduje wyjście z trudnej sytuacji, wskazuje rozwiązanie problemu i daje odbiorcom nadzieję na pozytywne zmiany w życiu bohaterów. Prowadzi opowieści tak, by czytelnicy mogli wyciągać wnioski i także dostosować się do wskazówek z lektury – ale to będzie najtrudniejsze. U Kosmowskiej bowiem, mimo minorowych tonów poszczególnych historii, świat sprzyja dążącym do zmian. Właściwie wystarczy podjąć jakiekolwiek kroki prowadzące do polepszenia swojego losu, a okazuje się, że otoczenie przyklaśnie działaniom. Młodzież przekonuje się tu, że problemy, które wcześniej wydawały się nie do rozwiązania, nie są aż tak straszne i nie warto było się nimi zadręczać. Pierwsze otwarcie się na szczerą rozmowę z bliskimi pokazuje, że wszystkiemu można bez trudu zaradzić. To nieco naiwne podejście, ale też i jedna z dróg do przełamywania międzypokoleniowych konfliktów. Barbara Kosmowska nie zamierza zapobiegać całemu złu świata, wybiera drobiazg, nad którym można się zastanowić.

W „Sezonie na zielone kasztany” poza zmienianiem bohaterów i ich problemów autorka popisuje się też zmianami stylu narracji oraz różnorodnymi formami. Każdego opisuje w inny sposób, ale cały czas dba o to, by historie budziły ciekawość młodzieży i by działały emocjonalnie na odbiorców. Małe formy przekonają nastolatki – zwłaszcza że Kosmowska nie powtarza pomysłów i sprawnie nakreśla portrety bohaterów. „Sezon na zielone kasztany” jest szczery – i spodoba się młodzieży.

Julia Cameron: Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę

Szafa 2013.

Marzenia o tworzeniu

Rzadko zdarzają się poradniki złożone z „esencji”, samych wskazówek i podpowiedzi. Na przeciwległym biegunie takich publikacji znajdują się książki, których autorzy piętrzą własne filozofie, by przekonać nieprzekonanych. Do takich tytułów należy „Droga artysty”, tom, w którym Julia Cameron bardziej koncentruje się na usuwaniu psychicznych blokad niż na temacie kreatywności jako takiej. Niezwykle cenne obserwacje dotyczące psychiki potencjalnych twórców oraz pomysły na uruchomienie procesu tworzenia rozwadnia w długich wywodach o znaczeniu retoryczno-perswazyjnym. Pragmatyków niespecjalnie przekona ciągłe powracanie do tematy Boga (traktowanego nie religijnie, a duchowo, jako istoty pomocnej w działaniu), modlitw (przywoływanych na przemian z afirmacjami i medytacjami) i duchowego rozwoju. Zwłaszcza że Cameron wcale nie próbuje nawracać na żadne wyznanie, a język religii pomaga jej jedynie w nazywaniu tego, co dzieje się z emocjami ludzi tworzących.

Autorka wymyśla dwunastotygodniowy cykl zajęć, dzięki którym każdy, kto tęskni za kreatywnością, będzie mógł obudzić w sobie twórcę. Sama porusza się wśród ludzi piszących, ale jej porady są na tyle uniwersalne, że skorzystać z nich może każdy, kto chce realizować marzenia. Każdy tydzień ma jasno określony cel – czasem jest to usunięcie barier i blokad, czasem przyzwyczajanie umysłu do twórczego działania, wypracowywanie przydatnych zachowań czy budzenie w sobie artysty. Większość tematów Julia Cameron nazywa górnolotnie – to polskim czytelnikom wcale nie jest potrzebne, bo znacznie lepiej korzystałoby się z tej książki, gdyby narracja nie była rozdmuchiwana. Ale autorka w przeświadczeniu, że wymaga się od niej uzasadnień i argumentów, przywołuje rzekome przykłady skuteczności porad. Przypomina to naiwne perswazje z łańcuszków szczęścia a rebours (jeden sędzia zaczął pisać i odniósł sukces), ale ostatecznie na ten styl i ten rodzaj przekonywania można przymknąć oko, zwłaszcza że prawdziwa moc „Drogi artysty” tkwi w kilku ujętych tu i odpowiednio uwypuklonych poradach.

Cameron raczej intuicyjnie podchodzi do swoich metod pracy – wie, że działają, ale często nie zdaje sobie sprawy, dlaczego, widzi skutek, ale nie rozumie mechanizmu, przez to nie może czytelnikom podrzucać racjonalnych wyjaśnień i bez przerwy odwołuje się do ich emocji. Prawdopodobnie właśnie dlatego aż tak rozbudowała w narracji proste komunikaty. Ale charakterystyczny styl wkrada się nawet do ćwiczeń i zadań na końcu omówienia każdego tygodnia. I w prostych poleceniach Julia Cameron posługuje się swoimi sformułowaniami – zamiast wybrać rzeczowe komunikaty. Nadaje to książce spójności, ale wcale nie było potrzebne, bo ćwiczenia należy wykonywać przez siedem dni i Cameron podsuwa też odbiorcom sposób na kontrolowanie własnych działań. Na marginesach natomiast (i co pewien czas – w ramkach, w formie list) przywołuje zachęcające do pracy cytaty.

„Droga artysty” to książka, która ma w natchniony sposób otwierać umysły i prowadzić do sukcesów artystycznych. Jeśli jednak odrzuci się przeegzaltowaną narrację i naiwne przykłady, pozostanie garstka skutecznych wskazówek, nad którymi na pewno warto się zastanowić – wcielenie ich w życie, po odarciu z „uduchowionej” otoczki, wzmacnia kreatywność i otwiera na tworzenie. To z kolei doprowadzić może do ciekawych rezultatów i przynieść satysfakcję tym czytelnikom, którzy chcieliby odnaleźć w sobie artystę.