* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szafa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szafa. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 kwietnia 2023

Julia Cameron: Ścieżka słuchania. 6-tygodniowy kurs pogłębiania uważności

Szafa, Katowice 2023.

Trening

Ta książka znacznie różni się od rozmaitych poradników przedstawiających treningi uważności. Julia Cameron przede wszystkim rezygnuje z rozbudowywania poleceń i uwag kierowanych bezpośrednio do odbiorców. Wie, że każdy będzie mógł skorzystać z lektury mocno autobiograficznej i pokazującej zasady zachowania się w przypadku ćwiczenia uważnego słuchania. "Ścieżka słuchania. 6-tygodniowy kurs pogłębiania uważności" nie jest zatem typowym kursem, raczej - pamiętnikiem czy zwierzeniem autorki, która dąży do tego, żeby ludzie potrafili lepiej się ze sobą komunikować. Sześć tygodni to w tym wypadku sześć dużych tematów, z których nie wszystkie zyskają akceptację i aprobatę odbiorców. Julia Cameron na początku uczy wyczulenia na dźwięki z zewnątrz, później informuje czytelników, jak należy prowadzić rozmowy, żeby były one jak najbardziej efektywne - podpowiada, jak słuchać innych, żeby zjednywać sobie ludzi i wypracować opinię dobrego słuchacza. Następnie jednak przechodzi do rozdziałów, które w najlepszym razie mogą budzić wątpliwości co bardziej sceptycznie nastawionych czytelników, a takich przecież nie zabraknie: autorka uczy, jak słuchać "wyższego ja" (czyli - jak uzyskiwać wskazówki od swojej podświadomości lub niezidentyfikowanej boskiej istoty, która ma przemawiać przez człowieka), ale też, jak słuchać tych, którzy już odeszli. Nawet rozdział powiązany z słuchaniem autorytetów wiąże się z odwoływaniem się do tych, których nie ma już na ziemskim padole, a którzy prawdopodobnie by się rozgadali, poproszeni o pomoc. Jest jeszcze rozdział mniej kontrowersyjny, poświęcony słuchaniu ciszy - czyli medytacji w szeroko rozumianym zakresie, bez powiązania z jakimikolwiek wyznaniami czy religiami.

W przypadku kontaktu z siłami wyższymi albo z ludźmi, którzy odeszli, Julia Cameron zachęca do spisywania wyobrażonych odpowiedzi (twierdzi, że można je usłyszeć i zapisać), raczej nie zrobi w ten sposób krzywdy czytelnikom, raczej nauczy ich, jak zastanowić się nad własnymi potrzebami i jak je wyartykułować: raczej trudno spodziewać się spieszących z pomocą zmarłych, ale odniesienia do ich poglądów i wspomnień doprowadzą do określenia własnych potrzeb i dążeń. "Ścieżka słuchania" przydaje się jednak w innej perspektywie: autorka podpowiada, co zrobić, żeby wywoływać wrażenie uważnego słuchacza (owszem, po wyćwiczeniu tej postawy można rzeczywiście odnosić korzyści z uważnego słuchania), jak udowodnić innym, że są ważni i że ich problemy mają znaczenie. "Ścieżka słuchania" pozwala też na zwolnienie tempa, zmusza wręcz do zatrzymania się i kontemplowania świata. Otoczenie można chłonąć na różne sposoby, a Julia Cameron chce przypomnieć, jak to zrobić, żeby w codziennym zabieganiu znaleźć chwilę na rozwój. "Ścieżka słuchania" nie jest typowym kursem, co pewien czas pojawiają się tutaj ćwiczenia i zadania dla odbiorców - wyodrębnione graficznie - ale nie należą one do specjalnie wymyślnych, nawet część odbiorców zdziwić może, że trzeba uważnie posłuchać przyjaciela i dowiedzieć się, jaka jest jego pasja: wydawałoby się, że taki temat to coś, co wśród przyjaciół nie jest sekretem. "Ścieżka słuchania" wypełniona jest też opowieściami autorki o spotkaniach z ciekawymi ludźmi - rozmówcy Julii Cameron dzielą się własnymi przepisami na słuchanie i to się dobrze w lekturze sprawdza.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Bartosz Żurawiecki: Do Lolelaj. Gejowska utopia

Szafa, Łódź 2017.

Legenda

Bartosz Żurawiecki nie ma żadnego pomysłu na fabułę. Sam siebie recenzuje najlepiej słowami „przecież w powieści musi być jakaś intryga, jakaś akcja, jakaś wielka miłość. Nikt nie chce czytać powieści bez intryg i bez wielkiej miłości. A tu co? Sami pijacy, seksoholicy i gejowskie drobnomieszczaństwo. A zamiast intryg ploteczki”. Fakt, w „Do Lolelaj” nie pojawia się żadna nadrzędna intryga porządkująca całość. Tom składa się ze scenek z utopijnego (idealnego) gejowskiego klubu i przez bardzo długi czas czytelnikom będzie to wystarczało, bo autor, poza wyobraźnią, popisuje się też sporą dawką ironii i uwodzi odbiorców „homoseksualnym karnawałem”. Jest w tym sporo uroku, Lolelaj to azyl dla spragnionych czułości panów. Wielkiej miłości nikt tu nie szuka, pary kojarzą się choćby na kilka chwil, znikają w darkroomie, żeby zyskać ukojenie. Rzadko udaje się tu nawiązać trwalsze relacje seksualne, ale przyjaźń z Lolelaj jest bezcenna. Wie o tym Mateusz, zblazowany dziennikarz, któremu ten lokal stopniowo zaczyna zastępować cały świat. Tylko w Lolelaj Mateusz czuje, że żyje naprawdę. Powoli wycofuje się ze zwykłego życia, rozkwitając w miejscu, w którym drinki podają nadzy barmani, a napięcie erotyczne pomoże rozładować niemal każdy przybysz. W Lolelaj Mateusz znajdzie akceptację i humor, koledzy podzielą się z nim doświadczeniem życiowym. W Lolelaj wciąż coś się dzieje, lokal obrasta legendą, a z każdego dnia da się wydobyć nowe anegdoty. To ucieczka od marazmu – wyzwolenie, ale i nowe więzienie.

Czynnikiem spajającym historię jest egzystencja Mateusza. Ten bohater nie przejmuje się konwenansami, zresztą w klubie może realizować najśmielsze fantazje. Lolelaj jest jak narkotyk. Mateusz przychodzi tu jako uczestnik erotycznych podbojów – nie stroni od męskich podniet, z jednymi połączy go namiętny seks, z innymi – po prostu głębokie pocałunki. Ale zachowuje się również jak obserwator z zewnątrz, ktoś, kto nie traci głowy z powodu nadmiaru zmysłowych rozkoszy, a jest w stanie precyzyjnie przedstawić fenomen Lolelaj i charakterystyki bywalców. Z własnym życiem Mateusz sobie nie radzi, ale wyjątkowo dokładnie przedstawia to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami gejowskiego klubu. Nie traci ostrości spojrzenia nawet wtedy, gdy analizuje własne przygody. On staje się Lolelaj, a Lolelaj jest nim.

„Do Lolelaj” to książka pisana bez sentymentów i bez niepotrzebnej wulgarności. Nie jest apoteozą homoerotyzmu, ale przedstawieniem seksu – czy popędu płciowego – jako jednej z elementarnych potrzeb człowieka. Żurawiecki nie zamierza ani walczyć o tolerancję (do Lolelaj nie ma wstępu „heteronormatywność”), ani szokować. Piękno rozrywek równoważy śmiechem. Cechą charakterystyczną – bardzo nienaturalną, ale w pełni usprawiedliwioną w gejowskiej utopii – są długie, przegadane wywody uczestników wydarzeń. Tu część wypowiedzi to samodzielne utworki, autor daje się ponieść logoreicznym skojarzeniom i obfitości chwytów oratorskich. Postacie teatralizują się, wpadając w nienaturalne dla karnawałowej rozrywki dyskurs – ale to jedna z wartości „Do Lolelaj”. Autor musi w jakiś sposób przyciągnąć uwagę czytelników i wybiera językowe popisy – zresztą z wyczuciem rytmu. Dowcip jest tu wszechobecny – i specyficzny.

Bartosz Żurawiecki pokazuje, że pisać potrafi – ale samo prowadzenie narracji i gromadzenie anegdot to nie wszystko, przydałby się jeszcze jakiś klucz do tej opowieści. „Do Lolelaj” nie ma szokować ani brzydzić, to lektura, której warto się przyjrzeć – zabrakło jej tylko fabularnego szlifu. W gejowskiej utopii znaleźć można chwilowe oderwanie od przyziemnych trosk – i to bez większego angażowania się w postawy bohaterów, bo też i Bartosz Żurawiecki takiego angażowania się nie wymusza w żaden sposób. To niszowa powieść, ale dzięki temu wolna od schematów.

niedziela, 1 grudnia 2013

Julia Cameron: Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę

Szafa 2013.

Marzenia o tworzeniu

Rzadko zdarzają się poradniki złożone z „esencji”, samych wskazówek i podpowiedzi. Na przeciwległym biegunie takich publikacji znajdują się książki, których autorzy piętrzą własne filozofie, by przekonać nieprzekonanych. Do takich tytułów należy „Droga artysty”, tom, w którym Julia Cameron bardziej koncentruje się na usuwaniu psychicznych blokad niż na temacie kreatywności jako takiej. Niezwykle cenne obserwacje dotyczące psychiki potencjalnych twórców oraz pomysły na uruchomienie procesu tworzenia rozwadnia w długich wywodach o znaczeniu retoryczno-perswazyjnym. Pragmatyków niespecjalnie przekona ciągłe powracanie do tematy Boga (traktowanego nie religijnie, a duchowo, jako istoty pomocnej w działaniu), modlitw (przywoływanych na przemian z afirmacjami i medytacjami) i duchowego rozwoju. Zwłaszcza że Cameron wcale nie próbuje nawracać na żadne wyznanie, a język religii pomaga jej jedynie w nazywaniu tego, co dzieje się z emocjami ludzi tworzących.

Autorka wymyśla dwunastotygodniowy cykl zajęć, dzięki którym każdy, kto tęskni za kreatywnością, będzie mógł obudzić w sobie twórcę. Sama porusza się wśród ludzi piszących, ale jej porady są na tyle uniwersalne, że skorzystać z nich może każdy, kto chce realizować marzenia. Każdy tydzień ma jasno określony cel – czasem jest to usunięcie barier i blokad, czasem przyzwyczajanie umysłu do twórczego działania, wypracowywanie przydatnych zachowań czy budzenie w sobie artysty. Większość tematów Julia Cameron nazywa górnolotnie – to polskim czytelnikom wcale nie jest potrzebne, bo znacznie lepiej korzystałoby się z tej książki, gdyby narracja nie była rozdmuchiwana. Ale autorka w przeświadczeniu, że wymaga się od niej uzasadnień i argumentów, przywołuje rzekome przykłady skuteczności porad. Przypomina to naiwne perswazje z łańcuszków szczęścia a rebours (jeden sędzia zaczął pisać i odniósł sukces), ale ostatecznie na ten styl i ten rodzaj przekonywania można przymknąć oko, zwłaszcza że prawdziwa moc „Drogi artysty” tkwi w kilku ujętych tu i odpowiednio uwypuklonych poradach.

Cameron raczej intuicyjnie podchodzi do swoich metod pracy – wie, że działają, ale często nie zdaje sobie sprawy, dlaczego, widzi skutek, ale nie rozumie mechanizmu, przez to nie może czytelnikom podrzucać racjonalnych wyjaśnień i bez przerwy odwołuje się do ich emocji. Prawdopodobnie właśnie dlatego aż tak rozbudowała w narracji proste komunikaty. Ale charakterystyczny styl wkrada się nawet do ćwiczeń i zadań na końcu omówienia każdego tygodnia. I w prostych poleceniach Julia Cameron posługuje się swoimi sformułowaniami – zamiast wybrać rzeczowe komunikaty. Nadaje to książce spójności, ale wcale nie było potrzebne, bo ćwiczenia należy wykonywać przez siedem dni i Cameron podsuwa też odbiorcom sposób na kontrolowanie własnych działań. Na marginesach natomiast (i co pewien czas – w ramkach, w formie list) przywołuje zachęcające do pracy cytaty.

„Droga artysty” to książka, która ma w natchniony sposób otwierać umysły i prowadzić do sukcesów artystycznych. Jeśli jednak odrzuci się przeegzaltowaną narrację i naiwne przykłady, pozostanie garstka skutecznych wskazówek, nad którymi na pewno warto się zastanowić – wcielenie ich w życie, po odarciu z „uduchowionej” otoczki, wzmacnia kreatywność i otwiera na tworzenie. To z kolei doprowadzić może do ciekawych rezultatów i przynieść satysfakcję tym czytelnikom, którzy chcieliby odnaleźć w sobie artystę.

środa, 21 lipca 2010

Grzegorz Sobaszek: Muszę kończyć, umieram. Komedia kryminalna

Szafa 2010.

Czarny humor

Grzegorz Sobaszek postanowił napisać książkę, która wyróżniałaby się na księgarskich ladach i cieszyła wielbicieli wyrafinowanych lektur oraz absurdalnego humoru. Postarał się o to, by w fabule nic nie było do końca jasne, a swojego bohatera wyposażył w wyraziste, ale czasem irytujące cechy. Zbudował w ten sposób książkę, która cieszy i rozczarowuje jednocześnie, znudzi wielbicieli „klasycznych” humorystycznych kryminałów, choćby spod znaku Joanny Chmielewskiej, dostarczy za to sporo rozrywki czytelnikom nastawionym na nieschematyczną akcję i odważny styl w prowadzeniu narracji. Szkoda, że dobre pomysły zabija Sobaszek motywami zwyczajnie słabymi, a do takich należy… obraz głównego bohatera.

Maksymilian jest życiowym nieudacznikiem. Ten trzydziestoparoletni mężczyzna od czternastu lat próbuje powiedzieć żonie, że chciałby od niej odejść – marzy o tym od chwili, zanim się z nią ożenił. W wolnym czasie Maksymilian planuje kolejne zbrodnie lub mierzy do siebie z pistoletu-zabawki. Rytm jego egzystencji wyznaczają rozmaite fobie, lęki i ataki paniki. I to pierwszy pomysł, który psuje ostateczną wymowę książki, zamiast nadawać jej niepowtarzalnego kształtu. Przesada w tym wypadku nie służy budzeniu śmiechu, wręcz przeciwnie – zdradza rzeczywistą bezradność autora, którego nie stać na wykreowanie zestawu działań osobnych. Powielanie jednego motywu w podobnych odsłonach, choćby i opierało się na oryginalnych źródłach strachu (a nie zawsze tak jest), psuje efekt. Tytułowe hasło „Muszę kończyć, umieram”, kiedy odnosi się do bezustannego umierania ze strachu, zaczyna nużyć – i to, niestety, dość szybko. Drugim elementem psującym całkowicie obraz lektury okazuje się puryzm językowy bohatera. Coś, co z trudem przebiłoby się w filmie (przy zwiększonym stopniu wyrozumiałości widzów), w „Muszę kończyć, umieram” przyprawia o zgrzytanie zębów. Maksymilian jest uczulony na rozmaite obiegowe powiedzenia i kolokwializmy, na błędy językowe, na gwarowe naleciałości fonetyczne i wszystko, co nie jest językiem literackim. Bez przerwy poprawia bliskich, zachowując się jak niezrealizowany polonista, nad tą obsesją rozwodzi się także narrator, rozdmuchując temat do rozmiarów, które przysłaniają całą fabułę. Żeby pokazać, jak rozpowszechniony jest problem lingwistycznej nonszalancji, a być może i ze względu na indywidualizację stylu postaci, dialogi z ulicy zapisywane są ze szczególnym naciskiem położonym na typowe i popełniane notorycznie błędy. Chyba Grzegorz Sobaszek zbyt dosłownie potraktował edukacyjną misję, jaką spełniać powinna literatura, bo w ferworze walki o czystość językową zagalopował się zbyt daleko. Miało być śmiesznie i atrakcyjnie, jest żałośnie i nudo miejscami. Przewidywalne do bólu reakcje głównego bohatera próbuje autor ratować, układając lekko absurdalną fabułę, w której rządzi nie logika ale chaos – lecz na reanimację zarżniętego bezlitośnie tekstu jest już trochę za późno. Grzegorz Sobaszek pisze bez kompleksów, co z tego, skoro kurczowe trzymanie się raz wymyślonych zjawisk odbiera narracji cały urok i odwraca uwagę od niebanalnych rozwiązań.

„Muszę kończyć, umieram” to powieść przede wszystkim dla cierpliwych, za mało w niej wewnętrznego spoiwa, za dużo przegadania i bezładu. Nie wystarczy zapisywać wszystko, co się wymyśli, przydałoby się do tego dołożyć jeszcze trochę krytycyzmu. Źle, kiedy dzieło bawi autora bardziej niż jego czytelników, a obawiam się, że w przypadku tej książki tak właśnie często będzie.

sobota, 5 czerwca 2010

Vincent Bugliosi, Curt Gentry: Helter skelter. Prawdziwa historia morderstw Mansona

Szafa, 2010.


Kulisy procesu

„Helter skelter” to publikacja, która po raz pierwszy ukazała się w 1974 roku. Dwie dekady później Vincent Bugliosi, jeden z autorów i główny oskarżyciel w procesie Charlesa Mansona dopisał do obszernego tomu posłowie, w którym dopowiada, jak potoczyły się losy przedstawionych w książce osób. Teraz „Prawdziwą historię morderstw Mansona” poznać mogą także polscy czytelnicy – choć relacja zamyka się na 1994 roku, dokumentacja fotograficzna sięga roku 2009.

Vincent Bugliosi i Curt Gentry przedstawili w „Helter skelter” przebieg śledztwa i procesu dotyczącego jednej z głośniejszych zbrodni w historii USA. W sierpniu 1969 roku zamordowana została w okrutny sposób Sharon Tate, ciężarna żona Romana Polańskiego, jej były partner i przyjaciel Jay Sebring, Wojciech Frykowski i Abigail Folger oraz Steven Earl Parent. Dzień później zginęły kolejne dwie osoby. W planach Charlesa Mansona atak na establishment oznaczał mordowanie sławnych postaci – na liście ofiar mieli się znaleźć jeszcze między innymi Elizabeth Taylor, Tom Jones, Steve McQueen czy Frank Sinatra. Za bestialskimi morderstwami stał Charles Manson oraz jego Rodzina – grupa ślepo podporządkowanych przywódcy młodych ludzi, którzy nie wahali się wypełniać nawet najbardziej okrutnych rozkazów swojego guru. Sam Manson, podający się za Jezusa Chrystusa, twierdził, że wskazówki do działania czerpie z piosenek Beatlesów. Opowieść o wstrząsającej zbrodni toczy się w „Helter skelter” w dwóch kierunkach. Autorzy wychodzą od rzezi w domu Romana Polańskiego, przedstawiając ofiary i rodzaj zadanej im śmierci, szukają tropów – zupełnie jakby robili to śledczy – a potem kontynuują opis przygotowań do procesu i przebieg samego procesu, a jednocześnie zagłębiają się w przeszłość, by dać możliwie pełny obraz sylwetek zbrodniarzy i odnaleźć motywy ich działania.

Komentarze są tu rzetelne i pozbawione przesadnej emocjonalności, Bugliosi stawia na fakty i powstrzymuje się od jednoznacznych ocen. Trudne dzieciństwo Mansona to po prostu trudne dzieciństwo, nie próba znalezienia usprawiedliwień dla patologicznego zachowania. Uwaga oskarżyciela skupia się na kilku zagadnieniach: w centrum zainteresowania znajduje się oczywiście Manson oraz dziewczyny, które były gotowe zrobić dla niego wszystko. Powraca tu pytanie o charyzmę Mansona, powód, dla którego młodzi ludzie całkowicie mu się podporządkowywali – wycieczki w przeszłość przerywane są aktualizowanymi spostrzeżeniami, rozmowami z Mansonem i jego próbami wpływania na otoczenie. Bugliosi chce także rozszyfrować przedstawicielki Rodziny. Interesuje się jednak również sytuacją sędziów przysięgłych, odizolowanych na osiem miesięcy od bliskich oraz od wiadomości ze świata, śledzi przecieki informacji do prasy i relacje dziennikarzy na sensacyjne doniesienia. Pokazuje dbałość o prawnicze niuanse, stara się zapobiegać błędom, które mogłyby doprowadzić do uwolnienia Mansona. Wreszcie zatrzymuje się nawet nad retoryką i perswazją, tłumacząc, jakie pytania zadawał i jak zdobywał wiadomości od świadków wydarzeń. Akcent humorystyczny (choć jest to śmiech przez łzy, całkowicie nie na miejscu w obliczu zbrodni) wprowadza, opisując postać obrońcy Mansona, Irvinga Kanarka.

Definiowana jako „arcydzieło literatury faktu” książka rzeczywiście jest imponująca. Bugliosi odsłania kulisy śledztwa stopniowo, dzięki czemu ogrom drobiazgowych informacji nie przytłacza. Autor pokazuje, jak dochodził do odkrycia prawdy, jakimi tropami podążał i jak wiązał ze sobą uzyskiwane często z niemałym trudem dane. To studium pracy oskarżyciela i kwintesencja literatury faktu. Początkowo Bugliosi zachowuje obiektywny, chłodny i niemal reporterski sposób opisu, z czasem przedstawia siebie czytelnikom – i oprowadza ich po toczącej się sprawie. Zdumiewa łatwość, z jaką Bugliosi i Gentry poruszają się w sporej ilości gatunków – dzięki przetykaniu opisu dialogami (fragmentami przesłuchań i rozmów), retrospekcjami i faktami nie ma mowy w „Helter skelter” o zwolnieniu tempa – książka napisana została tak, by cały czas trzymała w napięciu, a jednocześnie – by dostarczała wiadomości na temat przebiegu procesu. Ta pozycja może być odpowiedzią na kult Charlesa Mansona – czarnej legendy kontrkultury – lub źródłem wiedzy. Nie da się jej jednak czytać bez emocji, autorzy postarali się naprawdę dobrze rozplanować treść.