Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

poniedziałek, 27 lutego 2017

Bartosz Żurawiecki: Do Lolelaj. Gejowska utopia

Szafa, Łódź 2017.

Legenda

Bartosz Żurawiecki nie ma żadnego pomysłu na fabułę. Sam siebie recenzuje najlepiej słowami „przecież w powieści musi być jakaś intryga, jakaś akcja, jakaś wielka miłość. Nikt nie chce czytać powieści bez intryg i bez wielkiej miłości. A tu co? Sami pijacy, seksoholicy i gejowskie drobnomieszczaństwo. A zamiast intryg ploteczki”. Fakt, w „Do Lolelaj” nie pojawia się żadna nadrzędna intryga porządkująca całość. Tom składa się ze scenek z utopijnego (idealnego) gejowskiego klubu i przez bardzo długi czas czytelnikom będzie to wystarczało, bo autor, poza wyobraźnią, popisuje się też sporą dawką ironii i uwodzi odbiorców „homoseksualnym karnawałem”. Jest w tym sporo uroku, Lolelaj to azyl dla spragnionych czułości panów. Wielkiej miłości nikt tu nie szuka, pary kojarzą się choćby na kilka chwil, znikają w darkroomie, żeby zyskać ukojenie. Rzadko udaje się tu nawiązać trwalsze relacje seksualne, ale przyjaźń z Lolelaj jest bezcenna. Wie o tym Mateusz, zblazowany dziennikarz, któremu ten lokal stopniowo zaczyna zastępować cały świat. Tylko w Lolelaj Mateusz czuje, że żyje naprawdę. Powoli wycofuje się ze zwykłego życia, rozkwitając w miejscu, w którym drinki podają nadzy barmani, a napięcie erotyczne pomoże rozładować niemal każdy przybysz. W Lolelaj Mateusz znajdzie akceptację i humor, koledzy podzielą się z nim doświadczeniem życiowym. W Lolelaj wciąż coś się dzieje, lokal obrasta legendą, a z każdego dnia da się wydobyć nowe anegdoty. To ucieczka od marazmu – wyzwolenie, ale i nowe więzienie.

Czynnikiem spajającym historię jest egzystencja Mateusza. Ten bohater nie przejmuje się konwenansami, zresztą w klubie może realizować najśmielsze fantazje. Lolelaj jest jak narkotyk. Mateusz przychodzi tu jako uczestnik erotycznych podbojów – nie stroni od męskich podniet, z jednymi połączy go namiętny seks, z innymi – po prostu głębokie pocałunki. Ale zachowuje się również jak obserwator z zewnątrz, ktoś, kto nie traci głowy z powodu nadmiaru zmysłowych rozkoszy, a jest w stanie precyzyjnie przedstawić fenomen Lolelaj i charakterystyki bywalców. Z własnym życiem Mateusz sobie nie radzi, ale wyjątkowo dokładnie przedstawia to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami gejowskiego klubu. Nie traci ostrości spojrzenia nawet wtedy, gdy analizuje własne przygody. On staje się Lolelaj, a Lolelaj jest nim.

„Do Lolelaj” to książka pisana bez sentymentów i bez niepotrzebnej wulgarności. Nie jest apoteozą homoerotyzmu, ale przedstawieniem seksu – czy popędu płciowego – jako jednej z elementarnych potrzeb człowieka. Żurawiecki nie zamierza ani walczyć o tolerancję (do Lolelaj nie ma wstępu „heteronormatywność”), ani szokować. Piękno rozrywek równoważy śmiechem. Cechą charakterystyczną – bardzo nienaturalną, ale w pełni usprawiedliwioną w gejowskiej utopii – są długie, przegadane wywody uczestników wydarzeń. Tu część wypowiedzi to samodzielne utworki, autor daje się ponieść logoreicznym skojarzeniom i obfitości chwytów oratorskich. Postacie teatralizują się, wpadając w nienaturalne dla karnawałowej rozrywki dyskurs – ale to jedna z wartości „Do Lolelaj”. Autor musi w jakiś sposób przyciągnąć uwagę czytelników i wybiera językowe popisy – zresztą z wyczuciem rytmu. Dowcip jest tu wszechobecny – i specyficzny.

Bartosz Żurawiecki pokazuje, że pisać potrafi – ale samo prowadzenie narracji i gromadzenie anegdot to nie wszystko, przydałby się jeszcze jakiś klucz do tej opowieści. „Do Lolelaj” nie ma szokować ani brzydzić, to lektura, której warto się przyjrzeć – zabrakło jej tylko fabularnego szlifu. W gejowskiej utopii znaleźć można chwilowe oderwanie od przyziemnych trosk – i to bez większego angażowania się w postawy bohaterów, bo też i Bartosz Żurawiecki takiego angażowania się nie wymusza w żaden sposób. To niszowa powieść, ale dzięki temu wolna od schematów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com