* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 12 sierpnia 2014

Małgorzata Strzałkowska: Części mowy, czyli wierszowany samouczek nietypowy

Media Rodzina, Poznań 2014.

Lekcje rymowane

Małgorzata Strzałkowska bardzo konsekwentnie chce uczyć dzieci. Do tego stopnia, że momentami jej rymowanki tracą już rozrywkowy kształt, a służą tylko i wyłącznie edukacji. Wprawdzie ćwiczenia na zrytmizowanych tekstach i tak są przyjemniejsze – a ze względu na mnemotechniczne właściwości rymów również bardziej skuteczne, ale czasami trudno o literacką finezję czy zabawę.

„Części mowy, czyli wierszowany samouczek nietypowy” to próba zaznajomienia najmłodszych z podstawami gramatyki. Autorka każdą kolejną część mowy próbuje zdefiniować w rozłożystym rymowanym dwuwersie (zarzuca tu zupełnie system puent, liczy się wyłącznie chęć przełożenia informacji na rym). Forma zostaje całkowicie podporządkowana treści. Po krótkim wstępie (nie zawsze najprostszym, bo jednak czasem zrezygnowanie ze współbrzmień ułatwiłoby przekaz, choć i odebrało zabawę) znajduje się kilka krótkich (maksymalnie czterowersowych) rymowanek, w których Małgorzata Strzałkowska mnoży przykłady danych części mowy. To podporządkowanie się rygorom rymowanek sprawia, że często sięga też autorka po rymy gramatyczne. Tym razem nie ma to większego znaczenia, a to za sprawą celu historyjek – mają one funkcjonować jako czytanki, ćwiczenia do znajdowania części mowy lub do ich utrwalania, bo w końcu omawiane części mowy są zaznaczane wytłuszczeniami.

Zajmuje się też Strzałkowska odmianą. Tłumaczy (zawsze w wierszykach), o co chodzi z liczbami i rodzajami, jak odmienia się przez przypadki, a jak przez osoby (tu – też w poszczególnych czasach). Opowiada o stopniowaniu i wyjątkach – żeby utrwalić w dzieciach reguły gramatyki. Wprawdzie próbuje sięgać po absurd w wyszukiwaniu nowych bohaterów, ale dostosowuje mikrofabułki do celów edukacyjnych. „Części mowy” mają być szkolną pomocą, nie źródłem rozrywki.

Zapewne wielu czytelników dzięki powtarzaniu rymowanek z tej książki ograniczy swoje problemy z nauką gramatyki. Ale uwaga – tom Małgorzaty Strzałkowskiej nie może być podstawowym źródłem wiedzy, jedynie wspomagaczem. Po porządkujące całość informacje warto jednak sięgnąć do podręcznika – a dopiero potem zestawiać je z wierszykami Strzałkowskiej. Co ciekawe, tomik ten można potraktować również jako pomoc przy nauce czytania. Dzieje się tak dlatego, że Strzałkowska czasem odrzuca uproszczenia i sięga albo po wyrazy trudniejsze (wilgoć z trotuaru), albo po długie wyliczenia, albo po nazwy własne. Trudniej takie teksty zapamiętać, a nawet i trudniej przeczytać, bo kompetencje językowe maluchów nie pozwalają jeszcze na tak swobodne operowanie skomplikowanymi formami.

Małgorzata Strzałkowska tym razem ogląda się wyłącznie na edukowanie dzieci. Tym założeniem mocno się usztywnia, sprawia, że zamiast lekkości i zabawy najmłodsi czytelnicy otrzymują zestaw zrymowanych reguł i rymowanek nie zawsze opatrzonych ciekawymi finałami. Dużo lepiej ta autorka sprawdza się w publikacjach logopedycznych, gdzie absurd narzucany jest jej przez nagromadzenia określonych głosek. Chociaż „Części mowy, czyli wierszowany samouczek nietypowy” nie może być samodzielną lekturą, umila dzieciom naukę i przyczynia się do zapamiętywania kolejnych reguł. Zwłaszcza młodszemu rodzeństwu świeżo upieczonych uczniów może się wydać intrygujący i pełny ciekawych wiadomości – najmłodsi bowiem mniej będą zwracać uwagę na przekaz utworów, a bardziej na ich formę, a co za tym idzie – łatwiej i szybciej przyswoją wierszyki, co pomoże im potem w szkole. Strzałkowska na rynku literatury edukacyjnej ma już od dawna ugruntowaną pozycję, może więc eksperymentować i uczyć języka polskiego po swojemu.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Mia March: Poszukiwany Colin Firth

Świat Książki, Warszawa 2014.

Przełomy

W serii Leniwa Niedziela ukazuje się druga powieść Mii March, „Poszukiwany Colin Firth” – i ta książka jest zdecydowanie lepsza niż „Klub filmowy Meryl Streep”. Autorka ogranicza partie „recenzenckie”, stara się już nie streszczać filmowych hitów i trochę bardziej rozwija fabułę. Pozostaje jej wprawdzie tendencja do zapychania informacjami dialogów, ale to da się w lekturze ignorować, żeby cieszyć się samą historią. Tylko miłośniczki obyczajówek kulinarnych z przepisami na końcu tomu mogą mieć March za złe, że ta przedstawia kilka rodzajów przepysznych lub oryginalnych ciast, ale w odróżnieniu od bohaterki – nie dzieli się ich recepturami. Ma to swoje logiczne (amerykańskie) wyjaśnienie, którego Mia March oszczędza: w powieści tarty zyskują niemal magiczną moc, mogą zapewniać uczucia, przywoływać pamięć o bliskich lub koić nerwy – więc zapewne znalazłoby się grono oburzonych pań, które zarzucałyby autorce fabularne kłamstwa.

Trzy historie w tej powieści splatają się ze sobą. Gemmie coraz trudniej porozumieć się z zaborczym mężem-tradycjonalistą. Dyskusji nad rolą żony i jej marzeniami nie ułatwia fakt, że Gemma właśnie zaszła w nieplanowaną ciążę. Nie czuje jednak instynktu macierzyńskiego ani żadnej więzi z dzieckiem. Bea po śmierci matki dowiaduje się, że była adoptowana – i próbuje dowiedzieć się czegoś o swoich biologicznych rodzicach. Veronica, jej prawdziwa matka, słynie w miasteczku z pieczenia leczniczych ciast. Zatrudnia się jako statystka w filmie, by móc poznać Colina Firtha, aktora, którego uwielbia. Mia March przeskakuje między postaciami, by dokładnie pokazać ich rozterki i nadzieje. Angażuje czytelniczki w wielkie problemy – bo nad drobnymi kwestiami nie lubi się rozwodzić. Dla bohaterek ma niemal wyłącznie sprawy przełomowe – kiedy chce im przynieść wytchnienie (a robi to dość rzadko), posługuje się sławnymi już wieczorami filmowymi, podczas których postacie przerzucają się opiniami na temat aktorów i fabuł. Robi to March subtelniej niż w „Meryl Streep”, stara się też bardziej uzasadniać filmowe wybory, chociażby kojarząc je z życiorysami powieściowych kobiet. Nie unika skojarzeń z amatorskimi klubami dyskusyjnymi, a rozmowy o filmach brzmią najbardziej sztucznie – ale być może autorka zachęci kogoś w ten sposób do obejrzenia kilku produkcji, a na pewno kontynuuje tym samym swoje pierwsze fabularne pomysły.

Tym razem w tomie dominuje temat dzieci i więzi z rodzicami. Gemma ma napisać artykuł o ciężarnych nastolatkach mieszkających w Domu Nadziei i przygotowujących się do oddania dzieci do adopcji, mała córeczka policjanta wychowuje się bez mamy, a Veronica musi spotkanej po latach córce szczegółowo przedstawić swoje uczucia i motywacje decyzji. Mia March próbuje pokazać, jak dużo nieszczęść wynika z odrzucenia ciężarnych nastolatek przez najbliższych – co w niewielkim miasteczku jest szczególnie wyraźne. Każe swoim bohaterkom bez przerwy rozmawiać o uczuciach, czasami te dialogi przypominają ugładzone podręcznikowe rozmowy z psychologiem – są tak wyważone, dopracowane i idealne pod względem komunikacyjnym, że aż niewiarygodne w lekturze. Ale w końcu powieści March nie czyta się dla dialogów, a dla rozrywki płynącej z fabuły, wystarczy o tym pamiętać, żeby przymknąć oko na niedoskonałości w narracji. „Poszukiwany Colin Firth” to powieść, która nie zawiedzie fanek ciekawej serii Świata Książki – kolejna lektura o posmaku rozrywkowym, ale dająca przy tym do myślenia i podkreślająca rozmaite życiowe wybory.

Teatr Montownia: Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o teatrze, a boicie się zapytać

Materiał ze „Sztajgerowego Cajtunga”, gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego

Stand-up dla czterech aktorów,
czyli
Cena scen

Artystów docenia się po śmierci. Nawet jeśli nie mieli nic ciekawego do zaoferowania: śmierć podnosi wartość ich wątpliwej jakości dzieł. Zwłaszcza jeśli jest to śmierć męczeńska, z której da się uczynić performance. Bo Michał Parówka był jedynym rozumiejącym własny artystyczny projekt Człowiek cerata. Dlatego zresztą musiał zginąć. I wtedy urósł do rangi bohatera. Członkowie teatru Chłodnica odwołują się do niego raz po raz, a nawet prezentują rozpaczliwe fragmenty z videobloga. Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o teatrze, a boicie się zapytać Teatru Montownia to gra form. Zresztą sama Montownia na ten wieczór zamienia się w Teatr Chłodnica (biedny, skromny, ale z tradycjami i osiągnięciami: na przykład grywa na korytarzu u Jandy, co z kolei wzięło się z doświadczeń Montowni i stanowi autoironiczny zapis historii grupy…). I tak pojawia się rekonstrukcja laotańskiego teatrzyku cieni, przemowa ministra kultury i obrony narodowej („ja się teatru nie boję, niech się teatr boi mnie!”), teatr brutalistyczny (z argumentowaniem żeliwnym stojakiem do nut), scena szekspirowska (istniejąca dzięki sponsorom), teatrzyk lalkowy z aktorem drewnianym, protest-song artystyczny, teatr performatywny czy grupa strugania dramatów tępym heblem. WOT to pretekst, żeby wyśmiać wszystko, bywa, że w bardzo ostry i prowokujący sposób. Obowiązkowo obrywa się celebrytom. Aktorzy z głośnymi nazwiskami pojawiać się mogą tylko na próbie generalnej, do reklamowych zdjęć dla mas. Później jedynie z rzadka zaszczycają swoją obecnością fanów i zaliczają kolejne imprezy, bardzo przy tym uważając, żeby się nie przemęczać. Obrywa się także, ironicznie, sponsorom, bo to oni odpowiedzialni są za kształt spektakli. Piosenka im w hołdzie zawiera zestaw najbardziej prymitywnych technik eksponowania produktu. Reklama to również element poddawany surowej krytyce. Tak samo zresztą jak i aktorzy próbujący się przed nią bronić.

Co chcielibyście wiedzieć o teatrze? Montownia prostych pytań nie szuka, a i tak trafia w gust publiczności. Na przykład kwestią, czy ze sceny widać widownię, bo z widowni nie widać widowni. To okazja, żeby pośmiać się i z własnych widzów. Kogo nie nurtowało pytanie, co aktorzy robią podczas licznych żałób narodowych? RFN wyjaśni wszystko (RFN to Rezerwa Finansowa Nażałoby; Nażałoby pisane razem). I tak toczy się opowieść patchworkowa, zszywana ze skeczy, pomysłów, drobnych historyjek, zabaw, złośliwości czy odwołań do rzeczywistych wydarzeń. Śmiech przybiera w niej różne postacie: bywa szyderczy i gorzki, bywa wyzywający, bywa zapożyczany ze stand-upu, w którym aktorzy Montowni czują się przecież doskonale). Na oczach widzów tworzone są rekonstrukcje wydarzeń teatralnych, sygnalizowane swojskim PLAY! Nie da się ukryć, że Montownia pokazuje również, jak działa bezrefleksyjny rechot: w składance przebojów (rockandroll, hip-hop, disco polo) słowa to fragmenty dzieł wieszczów oraz bogoojczyźniane utwory z klasyki literatury polskiej. Forma przysłania tu treść i nikt nie jest w stanie wsłuchać się w tekst przy popisach czterech aktorów.

Forma to również gra niedoróbkami technicznymi. Scenograficzne rozwiązania są, jak zawsze u Montowni, proste, a przy tym efektowne (jedna pomysłowa zastawka i jedna mównica), mimo że wykpione w spektaklu. Aktorzy sami zmieniają sobie światło, sami dbają o oprawę muzyczną (najczęściej zresztą też sami grają i śpiewają), sami przenoszą sobie mikrofony i sami zaplątują się w kable. Przepiękne są scenki z podsuwaniem mikrofonu lalkom: to szansa pokazania, jak tworzy się iluzję teatru… i jak niewiele brakuje zwykle, by sztuka zamieniła się w szmirę. Protest-song śpiewany z kartki, słowne skojarzenia, aluzje do prawdziwych zajęć Rutkowskiego, Wierzbickiego, Krawczuka i Perchucia, przekraczanie tabu do wyśmiewania wulgarności w teatrze… Tu każdy chwyt czemuś służy, choćby wydawał się prostym lub kontrowersyjnym ozdobnikiem.

WOT to aktorskie zabawy, czasem na granicy dobrego smaku (wyzwanie rzucone dawnemu postrzeganiu sztuki), czerpiąc ze stand-upu, naiwności i buntu. Bo Montownia część teatralnych pomysłów wyostrza dla ośmieszenia, ale drugą część stawia na głowie, zmienia hierarchię wartości i kryteria ocen. Ten satyryczny manifest, mimo pozorów lekkości, wydaje się momentami requiem dla sztuki. Chociaż do końca bawi…

niedziela, 10 sierpnia 2014

Morgan Matson: Lato drugiej szansy

Jaguar, Warszawa 2014.

Powrót do szczerości

Ojciec Taylor umiera. Czwarte stadium raka trzustki nie pozostawia już żadnych nadziei. Ostatnie miesiące jego życia rodzina postanawia zatem spędzić razem w miejscu, które zawsze kojarzyło się z radością lata: w wakacyjnym domu. Chociaż nastolatki nie są nauczone okazywania uczuć, muszą tym razem podporządkować się decyzji rodziców. Dziewiętnastoletni Warren, geniusz, który nie umie nawiązywać społecznych relacji, siedemnastoletnia Taylor, uważająca się za zupełnie przeciętną narratorka tomu i dwunastoletnia Gesley zakochana w balecie czują się bardzo niezręcznie. Wiedzą, że w ich życiu wkrótce wiele się zmieni i muszą przygotować się na nieuchronne. Jeszcze nie potrafią normalnie rozmawiać o chorobie, jeszcze nie chcą się przed sobą otwierać. Jeszcze żyją absurdalną nadzieją.

Taylor chyba najbardziej niechętnie odnosi się do pomysłu wyjazdu. W wakacyjnym domu nie była od pięciu lat i wciąż prześladują ją wspomnienia własnych pomyłek z przeszłości. Pięć lat temu właśnie tu skrzywdziła dwoje bliskich jej ludzi – najlepszą przyjaciółkę Lucy i pierwszego chłopaka Henry’ego. Nie może uniknąć spotkania z nimi: Henry przeprowadził się z ojcem i bratem do sąsiedniego domu, a Lucy pracuje w miejscu, w którym Taylor została zatrudniona. Trzeba zatem zmierzyć się z prawdą, niewypowiedzianymi dawniej zarzutami i żalami.

Morgan Matson pilnuje przez cały czas dwóch torów historii. Koncentruje się na doświadczeniach towarzyskich Taylor, bez przerwy stawiając na jej drodze byłych przyjaciół, wciąż pełnych urazy i czekających na przeprosiny, ale często sprawdza też, co dzieje się w domu bohaterki. Stopniowo i jakby w tle przywraca więzi rodzinne, pokazuje, jak najbliżsi zaczynają godzić się z losem i jak uczą się wykorzystywać czas, który im pozostał. Praca nie zabiera już ojcu całych dni, rodzice i dzieci na nowo starają się odbudować dawne relacje. Spędzają miłe chwile na rozmowach i grach, są wobec siebie bardziej wyrozumiali i wreszcie próbują się lepiej poznać. Matson dość finezyjnie prezentuje rozwój rodzinnych relacji, nie jest w tym męcząco pedagogiczna. Udaje jej się zarysować przemianę bez moralizowania, dzięki czemu książkę czyta się z przyjemnością.

Nietrudno domyślić się scenariusza z przeszłości, wydarzenia między Lucy, Henrym i Taylor zaskakujące być nie mogą, zresztą nie dałoby się chyba podejrzewać dwunastolatków o wyrafinowane gierki i komplikacje psychologiczne. Jednak Matson za sprawą krótkich migawek z przeszłości naświetla siłę tych wydarzeń bardzo przekonująco. To pomaga jej zresztą przy tworzeniu napięcia w aktualnych relacjach. W efekcie czytelników całkowicie pochłonie śledzenia kontaktów między dawnymi przyjaciółmi. Dopóki autorka nie przejdzie w temat o wiele bardziej przygnębiający – umieranie ojca Taylor.

Przygotowanie do śmierci kogoś bliskiego jest tu pięknie opracowane. Morgan Matson tworzy wzruszające sceny i nigdy nie próbuje wykorzystywać tematu do grania na emocjach czytelników. Opowiada o losach rodziny szczerze i bez rozczulania się nad bohaterami, a to sprawia, że odbiorcy będą silniej przeżywać rozstanie. „Lato drugiej szansy” to powieść, która działa na dwóch skrajnych płaszczyznach – z jednej strony jest tu ostateczność śmierci, smutek i żal, z drugiej – konsekwencje banalnych uczuciowych błędów popełnianych w dzieciństwie. Co ciekawe, autorka nie hierarchizuje tych doznań – są one równie ważne dla siedemnastoletniej bohaterki, ale i dla samych czytelników. W „Lecie drugiej szansy” udało się Morgan Matson poruszyć cały szereg tematów istotnych dla nastolatków – tu nie ma gdzie uciec przed gorzkimi prawdami i przed niechcianymi emocjami. Ta autorka nie tylko potrafi zbudować zgrabną fabułę, ale i przedstawić ją w niedającej się wyrzucić z pamięci narracji.

Angelo Petrosino: Nowa szkoła, nowi przyjaciele

Akapit Press, Łódź 2014.

Gimnazjum

Tak właśnie wyglądałoby codzienne życie nastolatków, gdyby każdy przedstawiciel młodzieży stosował się do dobrych rad starszego pokolenia i podpowiedzi pedagogów. Seria Valentina i spółka przygotowana została jako cykl pop dla młodszych czytelniczek – ale językowo i fabularnie cyklu pop właściwie nie przypomina. Angelo Petrosino stawia bowiem na idealizowane sytuacje, a nie na przeżycia postaci.

Valentina przyjaźni się z Otylią. Przed dziewczynami jeden z pierwszych życiowych wyborów: muszą podjąć decyzję, do jakiego gimnazjum pójdą. To może oznaczać rozstanie z dotychczasowymi przyjaciółmi (i chłopakami!), ale kryterium wyboru zależy też od wizji przyszłości. Valentina ma już sprecyzowane plany, Otylia jeszcze broni się przed własnymi marzeniami. Z drugiej strony Valentina zachowuje się zbyt dorośle jak na nastolatkę – martwi się na przykład łaciną, która czeka ją w szkole i wie, jak podejść emerytowaną nauczycielkę, by ta udzieliła jej paru darmowych lekcji jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego. Petrosino próbuje wcielać w życie bohaterki wskazówki, jakich zwykle młodzi ludzie nie przyjmują do wiadomości. W dodatku przedstawia je tak, jakby były niezależnymi pomysłami Valentiny.

Zresztą Valentina często zachowuje się niekonwencjonalnie – uzewnętrznia te uczucia, których okazywanie rzadko kojarzy się z prawdziwymi sytuacjami (na przykład dziękuje, z własnej woli, dotychczasowej nauczycielce i przytula się do niej na pożegnanie). Chociaż nie rozumie targających nią i czasem sprzecznych uczuć, potrafi je określić – żeby w zdefiniowaniu sytuacji pomogli starsi i bardziej doświadczeni. Niewiele jest u Valentiny impulsywności i pochopnych, nieprzemyślanych działań, które przynosiłyby negatywne skutki. Tomik „Nowa szkoła, nowi przyjaciele” przedstawia sytuację, w jakiej każdy młody człowiek w końcu się znajdzie. Petrosino pisze zatem i o obawach, i o nadziejach. Pozwala bohaterce na odwagę przeciwstawiania się co bardziej agresywnym koleżankom i otwiera na nowe znajomości (do powieści włącza wątek różnokulturowości przez obecność zahukanej dziewczyny z rodziny muzułmańskiej). Valentina szuka równowagi między uznaniem w oczach kolegów, a inteligentnym odpowiadaniem na pytania nauczycieli. Nie chce wypaść na kujonkę, ale też nie lubi ukrywać swojej wiedzy.

„Nowa szkoła, nowi przyjaciele” to tomik, który przedstawia zwyczajność przeciętnej włoskiej nastolatki. Pod względem językowym natomiast może zaskoczyć zwłaszcza odbiorców przyzwyczajonych do kolokwialności i upraszczania narracji w seriach pop. Tu o niczym takim mowy być nie może – i nie wiem, czy to tylko kwestia tłumaczenia, czy raczej tłumaczka dostosowała się do stylu Petrosino i automatycznie sięgnęła po język literacki. W efekcie nie dość, że wszyscy rozmawiają w elegancki sposób, to jeszcze wypowiadają na głos wszystkie myśli. Nie ma tutaj niedopowiedzeń, ukrytych intencji i przypuszczeń – Petrosino nakazuje bohaterom rozmawiać ze sobą o wszystkim i wszelkie wątpliwości rozwiewać natychmiast (a nawet rozwiewać potencjalne domysły!). Z pewnością jest to sposób prowadzenia narracji, do którego młode czytelniczki nie są przyzwyczajone. Valentina i spółka to seria, która ma działać trochę jak zestaw podpowiedzi i życiowych ułatwień, których warto posłuchać. Tu problemy rozwiązują się same i to jeszcze zanim na dobre powstaną. Zastosowanie się do rad z książki na pewno w wielu sprawach przydałoby się odbiorcom – choć to oczywiście idealistyczna wizja. Angelo Petrosino o świecie nastolatków pisze na pewno inaczej niż amerykańscy autorzy serii pop – o tym warto podczas lektury pamiętać.

sobota, 9 sierpnia 2014

Mariola Zaczyńska: Kobieta z Impetem

Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Zbrodnia doskonała

Czasem w „Kobiecie z Impetem” pojawiają się obrazki jak ze „Studni przodków” czy „Wszystko czerwone” Joanny Chmielewskiej. Z jednego tomu Mariola Zaczyńska bierze upodobanie do egzotycznych i niebezpiecznych zwierząt, z drugiego – motyw zbrodni w gronie znajomych i w chwili całkowitego odprężenia. Sielskie klimaty w tej powieści stanowią obiekt marzeń. Najpierw bowiem idyllę zakłócają problemy natury uczuciowej, a zaraz potem – kryminalnej. Jest jeszcze młoda i ambitna policjantka, która zrobi wszystko, by udowodnić innym swoją wartość.

Mariola Zaczyńska próbuje znaleźć przepis na zbrodnię doskonałą. Właściwie nikt nie zastanawia się, gdzie znikają pijaczki z okolicy, nikt nie prowadzi szeroko zakrojonych poszukiwań. Nikt też nie zwraca uwagi na mało wiarygodne opowieści alkoholików – bo czy można poważnie traktować historię o aligatorze czy lwie w okolicach Bugu? Przemyt egzotycznych zwierząt trwa w najlepsze. Ale nietypowe przy wschodniej granicy okazy mogą być też precyzyjnymi maszynami do zabijania. Lekarze nie rozpoznają skutków ukąszenia przez jadowitego pająka, a co za tym idzie – nie będą też umieli wyleczyć człowieka, który umrze w męczarniach. Trwa nie tylko pozbywanie się wrogów i niewygodnych świadków: Szef-szaleniec skrupulatnie zapisuje wpływ jadu pająków na dostarczanych im „ochotników”. U Zaczyńskiej podobieństwo z Chmielewską kończy się z pierwszym prawdziwym trupem. Sprawa jest bardzo poważna – i niezwykle trudna.

Tymczasem bohaterów zaprzątają przede wszystkim skomplikowane sprawy uczuciowe. Kobiety w średnim wieku są o siebie zazdrosne i walczą o względy tych samych mężczyzn, albo poddają się ekstrawaganckim seksualnym zabawom, które wstyd byłoby ujawnić. Jedne topią poważne smutki w alkoholu, inne najchętniej pozbyłyby się wszelkich gości, by samotnie rozpamiętywać klęski. W efekcie dom na wsi tętni życiem, czasem wbrew chęciom gospodyni. Zjeżdża się rodzina i znajomi, a to znów pretekst do kolejnych romansowych poszukiwań. Każdy jest mniej lub bardziej zajęty własnymi sprawami i zmartwieniami. Jedynie Zuzanna Brodzik może z dystansu przyjrzeć się grupie podejrzanych i spróbować dojść do prawdy. Do prawdy, w której tle czyhają jadowite pająki.

„Kobieta z Impetem” to powieść kryminalna, po której widać długie i szczegółowe przygotowania. Autorka musi zamienić się w eksperta od egzotycznych zwierząt (czy reakcji organizmu na jad), próbuje odmalować ekologiczne gospodarstwa – maszyny do robienia pieniędzy, a także przyjrzeć się pracy policjantki. Nie ma tu miejsca na wahania, jeśli Zaczyńska chce wypaść wiarygodnie. W efekcie odbija sobie wnikliwe studia na tym, co trudniej ocenić – czyli na damsko-męskich relacjach. Lubuje się w drwieniu ze swoich bohaterów, narzuca im wstydliwe łóżkowe upodobania lub ekstremalne postawy. Drwinami w temacie wielkiej – rzekomej – miłości rekompensuje sobie precyzję naukową niemal przez całą książkę.

Za to typowy jest tutaj portret młodej ambitnej policjantki, która próbuje udowodnić swój profesjonalizm, ale czasami rozkleja się zupełnie bez powodu. Zuzannę da się lubić, ale też dostrzega się w niej mechanizmy budowania charakterów śledczych. W „Kobiecie z Impetem” dzieje się dużo i intensywnie – zarówno na płaszczyźnie kryminalnej, jak i w temacie uczuć. Autorka stara się mnożyć intrygi tak, by na różne sposoby przyciągać czytelniczki do opowieści – a przy okazji oferuje im sporą dawkę wiedzy o pająkach…

Wanda Chotomska: Wiersze ulubione

Muza SA, Warszawa 2014.

Wybory

Wyborów wierszy jest wiele, zwłaszcza jeśli autor należy już do „sklasyczniałych” twórców, czyli do kanonu literatury czwartej, jak Wanda Chotomska – pisarka uznana i uwielbiana. Wydawnictwo Muza proponuje zatem ciekawe urozmaicenie tomiku. „Wiersze ulubione” to zestaw bajek wybranych przez najbliższych oraz specjalistów od dziecięcych potrzeb. Każdy wskazuje jedną rymowaną opowiastkę (podając swoje motywy) i z tego układa się cała, przepięknie wydana, książka.

Córka, wnuczka, prawnuczka, przyjaciółka, pisarze i poeci, profesorowie, kierowniczka Muzeum Literatury Dziecięcej czy Rzecznik Praw Dziecka – wszyscy oni pochylili się nad twórczością Wandy Chotomskiej, żeby z imponującego zestawu wierszy wybrać po jednym, z różnych powodów ulubionym. Tak powstał tomik, który ma szansę stać się z kolei w całości ulubioną lekturą maluchów. Bo do tych bajek, wskazywanych przez różne pokolenia i przedstawicieli różnych zawodów, wraca się rzeczywiście bardzo chętnie. Wanda Chotomska bawi absurdalnymi pomysłami, cieszy rymami i pozwala oderwać się od przyziemnych spraw. Wszystkich swoich czytelników, dużych i małych, zabiera do krainy wyobraźni. Tutaj nie ma rzeczy niemożliwych. Nie ma też tematów zbyt trudnych, żeby je poruszać – nieprzypadkowo Rzecznik Praw Dziecka wybrał „Kołysankę dla taty i mamy”, melancholijny apel i utwór o uczuciach dziecka po rozwodzie rodziców. Bo Wanda Chotomska nie tylko chce rozbawiać – zwraca też uwagę na potrzeby najmłodszych i stara się zawsze być blisko nich.

„Wiersze ulubione” to wiersze bardzo urozmaicone. Nie tylko pod względem tematycznym i z uwagi na stopień absurdalności. Pisarka przedstawia w nich rozmaite historyjki, minifabuły lub obrazki pełne ciekawych spostrzeżeń i obowiązkowo puentowane. Zmienia rytmy (co szczególnie ważne jest przy bajkach dla najmłodszych – nie dość, że unika monotonii, to jeszcze może przyciągać do książeczki samą melodią słów). Ale najważniejsze okazuje się tutaj w ramach formalnych rozwiązań stosowanie różnych technik w budowaniu napięcia w akcji. Raz sięga Wanda Chotomska po wyliczankę, raz po odwrócenie (bilet chce kupić pasażera). Towarzyszy swoim bohaterom w najbardziej nawet nietypowych zadaniach i nie dziwi się niczemu. Dzięki tej postawie łzy księżyca zamienią się w kwiatki konwalii, a boża krówka w krowę. Wanda Chotomska lubi zabawy i nie przejmuje się „pouczeniami”. Lokomotywa pije u niej piwo zamiast wody nie dla morału (choć i ten się pojawia), a dla wzbudzenia śmiechu dzieci. Długo można by jeszcze wyliczać techniki i pomysły, które zostały w tym tomiku zrealizowane świetnie. Do tego stopnia, że nawet nawiązania do aktualności, które dawno już przebrzmiały, nikogo nie będą dziwić ani razić.

Warto jednak jeszcze napisać nieco o stronie graficznej. Tomik w twardych okładkach (miękkich w dotyku, co stymuluje rozwój dziecka) jest ilustrowany po prostu bajecznie. Piotr Socha nie decyduje się na graficzne eksperymenty, oddaje zawsze nastrój kolejnych bajek kolorami i minami bohaterów. Powtarza temat wiersza w różnych ujęciach, by dzieciom ilustracje od razu przypominały o treści bajki. Pamięta, że tworzy przede wszystkim dla najmłodszych. Urozmaica swoje ilustracje motywami lekko absurdalnymi, wyjętymi z bajkowej wyobraźni. Nie rywalizuje z Wandą Chotomską o uwagę dzieci, a za to dobrze podkreśla treść rymowanych bajek oraz ich nastrój. „Wiersze ulubione” dzięki temu ogląda się równie przyjemnie jak czyta, o czym szybko przekonają się najmłodsi, ich rodzice i dziadkowie – bo przecież Wanda Chotomska łączy pokolenia nad zabawnymi i mądrymi bajkami.