* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 2 października 2011

Markéta Pilátová: Żółte oczy prowadzą do domu

Goodbooks, Wrocław 2011.

Emigracja duszy


Chociaż już w pierwszych słowach książki „Żółte oczy prowadzą do domu” daje się bez trudu zauważyć typowy dla literatury czeskiej, bezkompromisowy czarny humor, który objawia się w szafowaniu obrazami śmierci i nieboszczyków, zestawianymi z monotonią codzienności, Markéta Pilátová wybiera inny kierunek rozwoju fabuły. Wysyła swoje bohaterki do Pragi, by tam zastanowiły się nad sensem istnienia, prawdziwą miłością, a także… emigracją. Marta i Lena to przedstawicielki młodszego pokolenia. W ich przypadku w grę wchodzi akceptacja swobody obyczajowej i próba zachowania własnego kodeksu wartości (czasem dość intrygująco umotywowanego). Maruszka i Luiza dobiegają kresu życia i z perspektywy czasu mogą ocenić to, co już się wydarzyło. Maruszkę i Luizę połączyła miłość do Jaromira, mężczyzny, który po drugiej wojnie światowej został szpiegiem i wykorzystywał znajomości do zdobywania informacji z kraju. Jest jeszcze Johana, Cyganka o żółtych oczach, miłość Jaromira z obozu koncentracyjnego i symbol wolności mimo wszystko. Bohaterowie stopniowo odsłaniają przed sobą kolejne tajemnice, próbują poznać i zrozumieć siebie nawzajem, a także – choć to wydaje się najtrudniejsze – wyciągnąć wnioski z doświadczeń innych. Co ciekawe, wielkie namiętności przesuwane są daleko w przeszłość, dziś miłość przedstawia się mniej widowiskowo, bez wielkich poświęceń i porywów duszy. Być może dlatego, że zdominowana jest przez wszechobecny w książce i w życiu bohaterów smutek.

Kobiety i mężczyzna dokonali w swoim czasie wyborów, które na zawsze odmieniły ich losy i zadecydowały o momentach przejmującej samotności. Żeby uciec przed pustką, część wybiera samobójczą śmierć, część zaszycie się w bezpiecznych wspomnieniach, a część rezygnację z co śmielszych marzeń. W ten sposób postacie oddalają od siebie szansę na szczęśliwą egzystencję, co więcej – niszczą też życie innych. W miejsce zawiedzionych nadziei i pragnień pozbawionych możliwości ziszczenia, wkrada się podstępnie samotność, która odtąd zacznie sterować bohaterami. „Żółte oczy…” to również powieść o emigracji, rozumianej nie tylko jako opuszczenie własnego kraju, ale i jako porzucenie własnego ja, oddalenie się od siebie. U ludzi, których przedstawia Markéta Pilátová, dominuje nienasycenie i tęsknota – straszna, bo niemożliwa do zaspokojenia.

„Mama jest nieznośnie zgorzkniała i nie wie, kim właściwie jest i gdzie przynależy. Nie znam wielu szczęśliwych emigrantów, także wśród tych, którzy dobrze się urządzili. Nie są to ludzie, którzy mieli jakiś wybór. Nie wyjeżdżali dobrowolnie, po jakieś nowe doświadczenia. Pozostało w nich poczucie krzywdy, a ich złe duchy są czasem tak powykręcane, że człowiek się zastanawia, czy nie powinni raczej zostać tam, gdzie byli” – spostrzega Marta, jedna z bohaterek książki. Wydaje się, że jedynym sposobem na przerwanie marazmu codzienności jest zwrócenie się w przeszłość. W innym wypadku pozostaje kojąca siła miłości – tyle że tę trzeba najpierw znaleźć, a światowi realnemu daleko jest do baśni. Autorka stawia przed swoimi bohaterami trudne wyzwania i opowiada ich historie w nasyconych nieistotnymi detalami (więc i imitujących egzystencję) rozdziałach.

sobota, 1 października 2011

Guillaume Musso: Papierowa dziewczyna

Albatros, Warszawa 2011.

Baśń akcji

Podczas lektury „Papierowej dziewczyny” trudno nie odnieść wrażenia, że autor, Guillaume Musso, korzystał z rozmaitych poradników, dotyczących pisania scenariuszy i budowania dramaturgii. Łatwo w tej powieści wskazać kolejne elementy schematu powtarzanego w filmach rozrywkowych – być może dlatego, że skoncentrowany na tworzeniu wydarzeń autor nie zatrzymuje się nad błahostkami w rodzaju opisów czy chwil zastanowienia – gna do przodu, wysyłając swoich bohaterów w podróż życia.

Po rozstaniu z piękną i kapryśną pianistką Tom, pisarz, znajduje się na skraju załamania. Nie umie już napisać żadnej historii, popada także w finansowe tarapaty. Nawet dwójka przyjaciół, których kiedyś wyciągnął z opresji i prostej drogi do stoczenia się, nie może mu pomóc. Jednak w końcu w domu Toma pojawia się papierowa dziewczyna – drugoplanowa postać z jego książek, Billie. Za jej sprawą pisarz zaczyna żyć pełnią życia, choć zdobywa nowe doświadczenia w ekstremalnych sytuacjach. Brawurowa ucieczka z gabinetu psychiatry to pierwszy punkt drogi, obfitującej w dramaty i nietypowe doznania. Tyle że Tom walczyć będzie musiał nie tylko o własną przyszłość, ale i o życie Billie. Z czasem wyjaśnią się też relacje między nim a jego przyjaciółmi. Musso robi co może, by obronić się przed oskarżeniami o spłycanie historii – stopniowo odsłania kolejne wątki i rozwiązuje tajemnice. A jednak jednokierunkowość wysiłków, właściwa komedii romantycznej, zdradza jego zamiary i nie pozwala do końca zagłębić się w przedstawianym świecie. Najbardziej obrazowym przykładem będzie tu śledzenie losów ostatniej ocalonej książki, do której wrócić ma Billie: jedyny egzemplarz powieści przemierza kolejne kilometry i musi zostać odzyskany. W efekcie czytelnicy doskonale domyślają się, w którym miejscu zakończy się walka o tom i mogą zirytować się przedłużanym na siłę, serialowym trochę, sposobem opowiadania.

Guillaume Musso nie do końca definiuje konwencję, w jakiej będzie tworzył. Pociąga go najbardziej… film akcji. W tej powieści widać niby to filmową wyobraźnię, sceny są wyraziste i oparte na dialogach, przesycone dynamicznymi gestami, momentami aż przerysowane – zbyt widowiskowe, żeby umożliwiały czytelnikom proste wprowadzenie się do tekstu. Do tego dochodzi sfera fantastyki, aż do ostatnich stron utrzymująca istnienie płaszczyzny baśniowej, która ni z tego ni z owego trafiła do współczesnej rzeczywistości. W „Papierowej dziewczynie” zaakceptować trzeba to pomieszanie gatunkowe, podobnie zresztą jak naiwność w kreowaniu brutalnych czy gwałtownych sytuacji. Musso jest zapatrzony w akcję, niemal zahipnotyzowany nią, tak, że trudno mu zadbać o inne elementy powieści, choćby narrację (którą traktuje jak zło konieczne i w warstwach opisów celowo ogranicza, możliwe też, że takie podejście podporządkowane jest oczekiwaniom masowego odbiorcy). Tu liczy się tempo i ilość zmian, a nie prawdopodobieństwo. To podejście daje autorowi swobodę twórczą, ale jednocześnie mocno utrudnia czytanie. O ile tę powieść bez trudu dałoby się przenieść na ekran, o tyle trudno byłoby umieścić ją wśród literackich perełek. To czytadło i to nie dla koneserów, prosta historia napisana nieskomplikowanym językiem, ale w pewnym momencie nawet daje się polubić. Tyle że nie likwiduje dystansu do przedstawianego świata.

piątek, 30 września 2011

Ewa Kleszcz: Księżniczki z różnych stron świata

Wilga, Warszawa 2011.

Portrety z baśni

Wyobraźnię małych dziewczynek podsycają zawsze oryginalne opowieści o księżniczkach – marzenia o bogactwie, wyjątkowej urodzie, szczęściu z ukochanym to stały składnik bajkowych happy endów. Zwykle jednak księżniczki rywalizują o uwagę małych odbiorczyń z dynamicznymi fabułami. W olbrzymim tomie „Księżniczki z różnych stron świata” mamy do czynienia z zestawem egzotycznych portretów, uwolnionych od akcji, ale za to z zalążkami emocjonujących historii. Bohaterki nie zawsze mają szansę wieść bajkowe życie, nie zawsze dostaną to, czego pragną. Czasem muszą poświęcić wiele dla dobra kraju, innym razem podporządkowują się woli starszych. Niektóre zajmują się pożyteczną pracą, inne spędzają czas na rozrywkach. Każda jest wyjątkowa i egzystencja każdej mogłaby posłużyć za kanwę do rozbudowanej i fascynującej dziewczynki opowieści.

W króciutkich obrazkach poświęconych księżniczkom wyraźnie zaznaczany jest koloryt lokalny. Afrykańska księżniczka Nontle opiekuje się zwierzętami na sawannie, rosyjska Nadieżda nie rozstaje się z oswojonym niedźwiedziem, a cygańska Drina staje u progu wymarzonego, pełnego śpiewu, muzyki i wędrówki życia. Zdarzają się i bohaterki portretowane w nietypowych środowiskach: Moana nurkuje, szukając pereł na królewską szatę. Autorka opowiastek, Ewa Kleszcz, w każdym portrecie sygnalizuje odmienną kulturę i obyczajowość; z tekstów przebija egzotyka, która uprzyjemnia odbiór historii. Księżniczki stykają się ze zmartwieniami rozmaitego rodzaju: w książce znajdzie się kilka narracji uniwersalnych, dotyczących miłości, zazdrości, tęsknoty czy roztropności, w nich autorka przemyca wskazówki dla małych czytelniczek. Rozbudza wyobraźnię za sprawą charakterystyk i krótkich wzmianek o egzystencji przyszłych władczyń, nie prezentuje konkretnych wydarzeń, a emocje postaci – dopiero przy wyjaśnianiu odczuć portretowanych kobiet wspomina o świecie, w którym przyszło im żyć. Przy okazji też tłumaczy znaczenie imion kolejnych piękności, żeby jeszcze spotęgować estetyczne wrażenia. W końcu to lektura dla małych dam, które lubują się w opowieściach o tym, co pełne uroku i zachwycające. W statycznych obrazkach księżniczek chodzi przecież o uruchomienie pokładów wrażliwości kilkulatek.

Trzy- lub czteroakapitowe historie nie zajmują wiele miejsca (w dodatku duży druk ma pomóc dziewczynkom w nauce czytania), większą część każdych dwóch sąsiadujących ze sobą stron zajmuje olbrzymia ilustracja – wizerunek księżniczki w typowym dla niej otoczeniu. Bajkowe widoki łączą się tutaj z kolorami, od których trudno oderwać wzrok. Każda karta przynosi inną atmosferę (i inny zestaw barw). Księżniczki nie są do siebie podobne, co wyklucza monotonię także w warstwie graficznej. Małe odbiorczynie mogą zatem długo oglądać rysunki i dać się wciągnąć w prezentowane historie, wyobrażać sobie codzienność bohaterek i tworzyć do niej własne opowieści.

Historii w tomie jest czternaście, ale nawet spragnione większej ilości opowiadań czytelniczki będą się czuły usatysfakcjonowane – w skondensowanych relacjach znajdzie się w końcu zalążek smakowitych bajek. Tom jest atrakcyjny także ze względu na sposób wydania. Cieszyć może duży format – to zapowiedź lekturowych skarbów, dużych przeżyć i mnóstwa atrakcji – w książce tej wielkości zmieści się sporo – nie mówiąc już o tym, że publikacja, która rozmiarami przerasta większość dostępnych na rynku tytułów zamienia się też w gadżet. Historie wydrukowane są na grubym, sztywnym papierze, co znowu podnosi atrakcyjność książki, z której radość będą miały maluchy i trochę starsze dziewczynki. To pozycja dla tych kilkulatek, które lubią historie o księżniczkach, są wrażliwe i cenią sobie opowiastki o ludzkich emocjach, przedkładając te przeżycia nad przygodową fabułą.

czwartek, 29 września 2011

Jakub i Wilhelm Grimm: O wilku i siedmiu koźlątkach

Media Rodzina, Poznań 2011.

Strach ujarzmiony

Nie od dzisiaj wiadomo, że baśnie braci Grimm pełne są scen przemocy i okrucieństwa, a o sensowności takiego tworzenia historii dla dzieci przekonywał chociażby Bettelheim. Jednak nawet najbardziej przerażające opowieści można oswoić: w serii „Mistrzowie Klasyki Dziecięcej” wydawnictwa Media Rodzina dobrze się to udało. Książka „O wilku i siedmiu koźlątkach” nie powinna za bardzo przerazić małych odbiorców, mimo ponurej momentami treści.

Mama koza przestrzega swoje pociechy przed groźnym wilkiem – sama musi wyjść do lasu po jedzenie. Do maluchów już wkrótce przybędzie wilk i rozpocznie się próba sił, a raczej sprawdzian sprytu. W tekście tłumaczka Eliza Pieciul-Karmińska zdecydowała się na rzeczowość i akcentowanie emocji, natomiast w scenach strasznych nie rozwodzi się nad wydarzeniami i nie podkreśla ich makabry, przechodzi na zwyczajne i beznamiętne opowiadanie.

Książka przystosowana jest do czytania dzieciom. Bez zarzutu od strony retorycznej (widać w figurach stylistycznych nastawienie na odbiorcę, założony jest czynny udział obu stron – czytającego i słuchacza), cieszy dopracowaniem w dialogach i w opisach. Sposób przedstawiania historii nie pozostawi dzieci obojętnymi, fabułę wspomoże spora ilość wykrzyknień, wątpliwości i nagłych spostrzeżeń. Sama w sobie emocjonująca akcja podsyci jeszcze zainteresowanie kilkulatków. Tłumaczka dobrze radzi sobie z oddawaniem uczuć bohaterów także w pojedynczych sformułowaniach, dzięki temu bajka żyje i przyciąga dzieci. Rodzice, którzy zdecydują się na czytanie swoim pociechom, nie będą mieli problemów z interpretacją opowieści: to książka przygotowana do głośnej lektury.

Zabiegani i zapracowani dorośli mogą skorzystać z dołączonej do tomu płyty: historię o koźlątkach i złym wilku czyta Jerzy Stuhr. To oznacza, że wśród amatorów płyty znajdą się nie tylko kilkulatki. Chociaż nagranie jest krótkie (trwa niecałe osiem minut), ucieszy odbiorców.
Seria wydawana jest bardzo starannie, ale o jakości tomu „O wilku i siedmiu koźlątkach” decyduje także strona graficzna. Ilustracje Ewy Poklewskiej-Koziełło zasługują na najwyższe pochwały. Łączą w sobie różne techniki wykonania (farbki, kredki, flamastry, wycinanki z papieru) i zajmują całe płaszczyzny sąsiadujących ze sobą kartek (to tekst wpisywany jest w wolną przestrzeń). Postacie tworzy Poklewska-Koziełło, zestawiając osiągnięcia komiksów, kolorowanek oraz prostych kreskówek – warto zwrócić uwagę na fakt, że dla przełamania monotonii kolorystycznej część konturów kreśli żywymi barwami, odchodząc od czerni. Odbiorcy mogą śledzić ruchy kredki czy pędzla: nie są to idealnie komputerowo wygładzone obrazki a rysunki z duszą, ładne, a przy tym udające infantylne. Ilustratorka rezygnuje z nadmiaru szczegółów na kartkach, wybiera duże kształty i puste przestrzenie, w które wprowadza bajkowych bohaterów. Chętnie operuje symbolem, zbliżeniami, zdradza wręcz momentami niemal filmową wyobraźnię. Przy tym w części rysunków pojawiają się motywy jakby niedokończone (szkice niewypełnione kolorem) – to celowy zabieg, który umożliwia rozbudowanie bajkowej atmosfery wokół całej historii. Żeby jeszcze ulepszyć grafiki, Ewa Poklewska-Koziełło bawi się światłem i cieniem (wilk skryty przed wzrokiem innych zostaje zredukowany do samej sylwetki) a także teksturami: wymyśla powtarzające się motywy na ubraniach bohaterów czy na meblach.
Baśń „O wilku i siedmiu koźlątkach” na wiele sposobów oddziałuje na małych czytelników. Ze strachem rywalizować będzie zachwyt, ze smutkiem radość – niezwykła opowiastka w pięknej oprawie nadaje się dla maluchów.


środa, 28 września 2011

Sławomir Mrożek: Krótkie, ale całe historie

Noir sur Blanc, Warszawa 2011.

Absurd i rzeczywistość

Sławomira Mrożka nigdy dosyć: kto raz rozsmakował się w jego literackich pomysłach, ten już zawsze chętnie powracać będzie do znanych sobie historii, by odkrywać je na nowo dla własnej przyjemności. W Noir sur Blanc ukazuje się publikacja, która ucieszy zarówno miłośników twórczości tego pisarza, jak i przypadkowych odbiorców (o ile tacy jeszcze się znajdą). Tom „Krótkie, ale całe historie” to zestaw wybranych opowiadań, które, czytane po latach, ujawniają swoją ponadczasowość.

Obok utworów mniej znanych pojawiają się i te nieśmiertelne, które jeszcze do niedawna znajdowały się w kanonie lektur szkolnych – „Słoń” czy „Wesele w Atomicach” – dziś w dalszym ciągu celne i śmieszące zarówno przez zawartość absurdu, jak i kreatywność autora. Dawna satyra stopniowo przeradza się w humor, czysty dowcip nie traci na jakości: opowiadania Mrożka są błyskotliwe, pełne kąśliwej ironii i abstrakcyjnych pomysłów. To literackie popisy komizmu, ale i nieskrępowanej wyobraźni. Mrożek przenosi obserwacje codzienności na płaszczyznę fantastycznego świata, rządzącego się wprawdzie własnymi prawami, ale zaskakująco zbliżanego w szczegółach do peerelowskiej realiów. Opowiadania Mrożka stają się mrugnięciem okiem do czytelników – i wciąż obywają się bez wyjaśniającego kontekst komentarza. Dzieje się tak za sprawą kilku uruchamianych płaszczyzn. Te literackie drobiazgi (do „Krótkich, ale całych historii”, zgodnie z tytułem, trafiły niemal wyłącznie kilkustronicowe miniatury) pozwalają oceniać rzeczywistość, dawać upust wyobraźni, mogą też służyć jako dowód wyczucia żartu. Poziom absurdu jest w nich stale podnoszony, nie tylko przez rozwój wydarzeń, lecz również dzięki językowym zabawom. Mrożek sięga po pastisz i parodię, tworzy wyraziste narracje, czasem samoośmieszające się (jak w przypadku naśladowania języka oficjalnych wypowiedzi), czasem służące rozrywce bądź wyostrzeniu wybranego stylu. Autor korzysta z różnych form i gatunków (najbardziej wyraziste w tym zakresie są gawędy wuja), by obnażyć niebezpieczeństwo posługiwania się językowymi schematami.

W świecie na nowo przez Mrożka poukładanym nie ma rzeczy niemożliwych. Lwy jedzą marchewkę i ziemniaki, w szufladzie mieszkają maleńcy ludzie, którzy przeżywają własne dramaty i rozterki, telegraf z ludzi jest dowodem postępu, a na wąsach zakochanego gajowego można wieszać pranie. Torpedę da się znaleźć w kawie, a arcydzieła literatury powstają na kilogramy. Rura tworzy teorię rur, fabrykę rozpoczyna się budować od komina. Sporo tu kpiny z biurokracji: ministrowie tworzą ustawę o szkodliwości padania śniegu, a hierarchia wojskowa nieoczekiwanie sprawdza się w Związku Literatów. Nie brakuje też czarnego humoru, w wydaniu Mrożka bliższego komizmowi niż grotesce, ale zawsze odważnego i odkrywczego. Każde opowiadanie poza elementami absurdu zawiera silne odniesienia do zewnętrznego świata: czasem autor wyostrza cechy bohaterów tak, żeby własnymi postawami ośmieszali oni wady konkretnych grup społecznych, prowadzi fabułki logicznie choć w oderwaniu od racjonalnego myślenia. Zaskakująca naiwność przeplata się z nieubłaganą konsekwencją w kreowaniu pomysłowych historii – Mrożek sam bawi się pisaniem, a przy tym przemyca w tomie trafne obserwacje. Śmiechem maskuje krytykę i pozwala sobie na drwinę. Ukrywa ją jednak, przenosząc akcję do bezpiecznej wyobraźni, przedmiotem zainteresowania czyni wydarzenia nierealne, a przecież znajomo pobrzmiewające.
Chociaż tom „Krótkie, ale całe historie” przynosi znane już opowiadania, jego lektura to czysta przyjemność. Ale przecież do czytania Mrożka nikogo zachęcać nie trzeba.

wtorek, 27 września 2011

Melvin Burgess: Pierwszy seks

Albatros, Warszawa 2011 (wyd. II)

Niewola pożądania

„Pierwszy seks” to publikacja reklamowana jako „kontrowersyjna powieść dla młodzieży”, ale kontrowersje budzić może nie tyle temat książki, co sposób jego realizacji: Melvin Burgess potrzebuje sporo czasu, żeby uwolnić się od pornograficznych obrazków i zacząć opisywać faktyczne problemy trzech szesnastolatków. Zanim do tego dojdzie, będzie czytelnikom prezentował raczej zwulgaryzowane i pozbawione sensu zestawy ujęć, w których młodzi bohaterowie wydają się niemal opętani jedną myślą – myślą o seksie. Drugim rzeczywiście kontrowersyjnym motywem okazuje się język historii – tłumacz, Grzegorz Kołodziejczyk, miał tu dość niewdzięczne zadanie: opowiedzieć o seksualnych doświadczeniach młodzieży jej stylem. Wykorzystał więc cały zestaw kolokwialnych metafor, ale i tak w końcu zabrakło mu przenośni i musiał zejść w rejony wulgaryzmów bądź określeń w rodzaju „ciupciania”. Nie mógł pozwolić sobie na lingwistyczne poszukiwania, by nie odejść zbytnio od prezentowanego w tomie świata – ale też u mniej refleksyjnie nastawionej części odbiorców wywoła w ten sposób wyłącznie rubaszny rechot. Mimo to książka cieszy się powodzeniem, na rynek wchodzi jej drugie wydanie.

Melvin Burgess wybiera zagadnienia rzadko spotykane w zwykłych powieściach dla młodzieży: nie ma tu piękna związku, wspólnie podejmowanych decyzji czy uczuć. Pojawia się tylko popęd płciowy, pozbawiony jakichkolwiek przemyśleń. To przez niego trzej bohaterowie pakują się w poważne kłopoty. Dino bardzo chciałby przespać się z Jackie, jego dziewczyną – ale Jackie unika kontaktu fizycznego, zapewniając jednocześnie, że lada dzień zgodzi się na seks. Dino w końcu na imprezie ląduje w łóżku z przypadkowo spotkaną nastolatką. Ben wpada w sidła zastawione przez nauczycielkę: romans najpierw bardzo mu się podoba, potem staje się pułapką, z której nie ma ucieczki. Joathon z kolei wybiera Debs, dziewczynę ze sporą nadwagą – i mimo że początkowo myśl o zbliżeniu z nią budzi w bohaterze wstręt, coraz bardziej jej pragnie. Tyle tylko, że podejrzewa u siebie „raka fiuta” i boi się, że zarazi nim partnerkę. Żaden z chłopaków nie ma szans na normalne uczucie i wzajemność w zdrowym związku. Żaden nie może znaleźć rozwiązania swoich problemów – stąd pierwsze niepowodzenia i spore stresy. W dodatku Dino odkrywa, że jego matka ma romans, a dziewczyna zastępująca Jackie postanawia się okrutnie zemścić. Nauczycielka Bena nie ma sobie równych w szantażu emocjonalnym, a Debs nie może się doczekać współżycia ze swoim chłopakiem.

Tyle że wszystkie te problemy pojawiają się dopiero w połowie opowieści, pierwsza część sprowadza nastolatków do obrazka chodzących bezmyślnych żądz. Rozmowy o seksie, myśli o seksie i wulgaryzowanie tego tematu – Burgess czasami trafia w sedno nastoletnich pragnień, ale dużo częściej sam próbuje je podsycać, a uporczywe i bezustanne powracanie do podstawowego zagadnienia traci na wartości w pozbawionej innych aspektów życia narracji. Dopiero gdy autor zaczyna dostrzegać w swoich postaciach coś więcej niż obsesyjną chęć uprawiania seksu, książka zyskuje na jakości.

Do końca natomiast nie może się podobać jej język. Kolokwialny i chwilami nawet prostacki. Burgess nie chce odejść od tego stylu, jakby uznał, że tylko w taki sposób zyska sobie przychylność nastolatków. W efekcie przerysowuje bohaterów i ich marzenia o seksie, zapominając o tym, że do jego książki zajrzeć mogą też odbiorcy myślący – i że nie wszyscy dotrwają do miejsca, w którym akcja przenosi się z płaszczyzny taniej erotyki do sfery emocjonalnego rozwoju.

poniedziałek, 26 września 2011

Joanna Miszczuk: Matki, żony, czarownice

Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Kobiety i miłość

Amatorki powieści obyczajowych o posmaku romansowo-historycznym tomem „Matki, żony, czarownice” Joanny Miszczuk będą bez wątpienia usatysfakcjonowane. Jest tu bowiem wszystko, czego od dobrej rozrywkowej lektury z tej dziedziny się oczekuje: misterne intrygi, tajemnice, damsko-męskie relacje, życiowe problemy, szczęścia i małe dramaty, a poza tym udana narracja i spokój w prowadzeniu fabuły. Joanna Miszczuk w stworzonym na potrzeby książki świecie czuje się wyśmienicie i ze strony na stronę coraz bardziej się rozkręca (aż w pewnym momencie można by jej zarzucić przesadę w zbyt odważnym wykorzystywaniu alternatywnych losów znanych postaci). Wybiera przy tym rekwizyt może trochę naiwny i kiczowaty – pierścień miłości i przebaczenia – który staje się łącznikiem historii kobiet, przedstawicielek niezwykłego rodu. Bo rzecz będzie o kobietach, które w życiu kierują się miłością i nie zawsze wychodzą na tym dobrze.

Bohaterką współczesną jest Asia. Asia ma za sobą kompletnie nieudane małżeństwo i związek, który zakończyła zdrada partnera. Matka Asi, Krystyna, niezaakceptowana w młodości przez rodzinę narzeczonego, wyszła za mąż z wyrachowania za oddanego jej wielbiciela. Wśród przodkiń Asi i Krystyny znajduje się między innymi kochanka Norwida czy kobieta spalona na stosie – oskarżona o czary kochanica inkwizytora. Joanna Miszczuk zagłębia się w przeszłość, by wydobywać z niej coraz bardziej malownicze historie. Wykorzystuje przy tym zdolność obserwacji (to zwłaszcza przy odwoływaniu się do aktualnej rzeczywistości), motywy baśniowe (kiedy do akcji wkracza los i naprawia to, czego nie udałoby się odbudowywać samym postaciom) i elementy historii najnowszej. Za to kiedy Miszczuk oddala się od teraźniejszości jeszcze bardziej, rezygnuje z realistycznych szczegółów (przynajmniej w warstwie narracji). Prawdopodobieństwo konstruuje z klisz i fragmentów ogólnie dostępnej wiedzy, nie wdaje się w zawiłe wyjaśnienia, które mogłyby zrujnować misternie układaną opowieść. W tomie „Matki, żony, czarownice” chodzi bowiem przede wszystkim o operowanie emocjami, na drugi plan wchodzi pogmatwana akcja.

Żeby nie zanudzić odbiorczyń, Joanna Miszczuk achronologizuje relację. Przeplata fragmentaryczne historie, pilnując jedynie dat i imion bohaterek w tytułach rozdziałów. O części faktów czytelniczki dowiadują się razem z postaciami, fascynacja przeszłością pozwala na ukazanie uniwersalnej siły miłości bez popadania w banały. Każda kobieta z rodu ma swoje skrzętnie skrywane tajemnice, do których dopuszczone zostaną jedynie zanurzone w lekturze panie. Miszczuk raz decyduje się na odejście od stereotypowych obrazów (bohaterka, która wyszła za homoseksualistę, a potem wdała się w romans z malarzem), raz te obrazy przywołuje (służąca u Niemca w czasach okupacji), ale nigdy nie pozostawia odbiorczyń obojętnymi na prezentowane historie.

Joanna Miszczuk ma dar opowiadania. Wpatrzona w najlepsze wzorce literatury rozrywkowej dla kobiet, tworzy książkę zgrabną i wciągającą, idealnie zrytmizowaną i, co nietypowe w powieściach tak mocno skupiających się na jednym uczuciu, silnie skondensowaną. Prowadzi, co ważne, własną narrację (raz tylko jej bohaterka za Joanną Chmielewską w scenie jakby przejętej od Marty Madery reaguje wzruszonym „zrobiłaś przyjęcie” na widok przekąski), nie daje się zwieść cudzym frazom, a dzięki postawieniu na fragmentaryczną i zwielokrotnioną opowieść, włącza do książki sporo zróżnicowanych fabułek. Z materiału na kilka jednowymiarowych czytadeł Miszczuk składa apetyczną książkę. „Matki, żony, czarownice” miejscami wydają się znajome czy proste do przewidzenia, ale przez większą część czasu pozwala cieszyć się ciekawą historią i relaksować przy sprawnie opowiedzianej całości. Na półce z literaturą rozrywkową tom „Matki, żony, czarownice” będzie z pewnością pozycją, do której chętnie się wraca.