Agora, Warszawa 2021.
Ze szczytu
Krzysztof Koziołek wykorzystuje gatunek, który zyskał niebywałą popularność - czyli literaturę górską - żeby zamienić go w kryminał. Tworzy opowieść z drogi na szczyt, wysyła swoich bohaterów zimą na K2 (tekst powstał jeszcze przed sukcesem Szerpów), wierząc, że Polacy jako pierwsi zdobędą tę górę. Bohaterowie mierzą się z legendą Zimowych Wojowników, znają całą historię polskich wypraw i chcą dopisać własną kartę. Przymierzają się do pierwszego wejścia, ale jednocześnie przepracowują własne problemy i traumy. Im wyżej, tym więcej scysji i konfliktów w ekipie, która wydawała się całkiem dobrze zgrana. Nagle okazuje się, że każdy chce zdobyć szczyt, a poza tym - że trwa indywidualna walka między wspinaczami. W pewnym momencie nawet bohaterowie ubolewają nad tym, że zmieniły się kodeksy wartości i motywacje: teraz każdy może liczyć tylko na siebie, a dziennikarze tylko podgrzewają atmosferę. Na górę wspinają się różni ludzie: ci, którzy mają na koncie wielkie sukcesy, i ci zapomniani, którzy chcą udowodnić sobie i innym, że coś potrafią. W ekipie pojawia się między innymi Zuza - kobieta, która nie miała szczęścia w dotychczasowych górskich eskapadach - a także dziennikarz, który nie miał w planach wybierania się na szczyt, a powinien jedynie zbierać materiały do ciekawego reportażu.
W pewnym momencie zaczyna się walka. Wszyscy ci, którzy wierzyli jeszcze w romantyczne ideały i zwyczajne koleżeństwo, zostaną natychmiast wytrąceni ze swojej strefy komfortu, Krzysztof Koziołek odnosi się w ten sposób do sporów, które ze środowiska górskiego co jakiś czas przenikają do świadomości ludzi z zewnątrz - jednak wyostrza je jeszcze bardziej i wplata w dyskusje postaci. W górach wszystko odczuwa się mocniej, nie ma miejsca na półtony i udawanie, zwłaszcza gdy trzeba się zmagać ze skutkami choroby wysokościowej, ze zmęczeniem i zimnem. Nie ma co liczyć na wyrozumiałość, a kierownik może o czymkolwiek decydować tylko teoretycznie. Każdy walczy o swoje. Autor ujawnia też motywacje poszczególnych wspinaczy - pokazuje, że każdy z nich ma inne powody, by odnieść sukces, nie oglądając się na innych. Naświetla też nie zawsze krzepiące wizje relacji między uczestnikami wyprawy. Tak, że kiedy w górze zacznie dochodzić do dramatycznych wydarzeń, czytelnicy nabiorą wątpliwości - co jest dziełem przypadku, a co efektem starannie zaplanowanej strategii. Krzysztof Koziołek pyta, kiedy można ufać innym, a kiedy trzeba zachować ostrożność.
W fikcyjne wydarzenia wplata autor nawiązania do znanych fanom literatury górskiej (zwłaszcza biografii i autobiografii wspinaczy) motywów. Wprowadza charakterystyczne cytaty i poglądy, tak, że stali czytelnicy górskich serii nie będą mieli problemu ze wskazaniem ich źródeł. Dużo czyta - i w gatunku upatruje swoich szans na kryminał. Całkiem nieźle mu wychodzi przeszczepienie zagadnień ze wspinaczki na fabułę - można spokojnie polecić jego książkę wszystkim tym, którzy są zainteresowani zdobywaniem szczytów (przynajmniej - w wersji literackiej). Autor umiejętnie prowadzi samą intrygę i nie można mu mieć za złe, że wykorzystuje warunki panujące w wysokich górach, żeby trochę namieszać w fabule.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 22 sierpnia 2021
Marta Galewska-Kustra: Pucio chce siusiu, czyli pożegnanie pieluszki
Nasza Księgarnia, Warszawa 2021.
Majteczki
Marta Galewska-Kustra przychodzi z pomocą tym wszystkim rodzicom, którzy chcą nauczyć swoje dziecko korzystania z nocnika. Wykorzystuje w tym celu swojego rozpoznawalnego bohatera, Pucia. Siostra Pucia, Misia, potrafi już sama korzystać z toalety (i wie, że później trzeba umyć ręce). Tymczasem Pucio biega w pieluchach. Sytuacja trochę się zmienia, kiedy mały bohater w sklepie przekonuje się, że do wyboru ma mnóstwo pięknych majteczek z ciekawymi rysunkami i wzorami. Pucio bardzo by takie chciał – niestety, ponieważ wciąż korzysta z pieluchy, taki zakup nie jest dla niego. Chłopiec obiecuje więc mamie, że spróbuje nauczyć się korzystać z nocnika i komunikować swoje potrzeby. Nie pozwala założyć sobie pieluchy, biega po domu i bawi się... dopóki nie przydarzy się mała awaria. Na szczęście mama wcale się nie złości i wierzy, że następnym razem będzie lepiej i Pucio na czas dobiegnie do nocnika. A kiedy już zamiar się powiedzie, wszyscy są bardzo dumni i chwalą bohatera.
Ten temat, chociaż ma pomagać rodzicom, to dzieci bardziej zachwyci od strony fabularnej. Siku i kupa pojawiają się tu w tekście niemal na każdej rozkładówce, albo są właśnie wydalane, albo mają dopiero nadejść, albo trzeba się nauczyć rozpoznawać ich symptomy. Pojawiają się w domu i na spacerze, a dodatkowo można o nich jeszcze podyskutować podczas zakupów w sklepie. Łatwo tu o przesyt, ale Marta Galewska-Kustra nie może się zatrzymać: musi wyjaśnić odbiorcom jak najwięcej. Wprowadza postać cierpliwej i wyrozumiałej mamy, która będzie w razie czego wszystko dziecku tłumaczyć, ale jest tu też siostra Pucia, Misia, która funkcjonuje jako dodatkowy doping: Misia potrafi korzystać z toalety, a to oznacza, że znacznie więcej wie i umie. W tym wypadku Pucio już chciałby naśladować Misię – z kolei sam Pucio ma szansę stać się bohaterem dla odbiorców i zaprosić ich w swoje ślady. „Pucio chce siusiu, czyli pożegnanie pieluszki” to jednocześnie pokazanie, jak bardzo zmienił się rynek literatury czwartej. Dawniej tabuizowana kwestia, obecnie staje się elementem obowiązkowym w każdej serii dla maluchów. Tematu nie mogło zabraknąć również i u Pucia – postaci, która pozwala rzeczywiście przełamać rozmaite trudności i kompleksy. Pucio wspiera rodziców – może i nie przeżywa przygód na miarę superbohaterów, ale zachowuje się tak, by łatwiej było kilkulatkom wytłumaczyć, co powinny robić i na co zwracać uwagę. Objaśnia świat – więc nie jest w tym wyjątkowy – a jednak dzięki unikaniu bajkowości i nastawieniu autorki na zwyczajność może ucieszyć. Dodatkowym atutem są tu ilustracje Joanny Kłos: które równie mocno jak temat mogą przyciągnąć dzieci (chociaż Joanna Kłos bardzo sprytnie omija temat nagości dzieci i nawet kiedy portretuje je podczas korzystania z nocników i toalet – nie epatuje golizną ani fekaliami).
Majteczki
Marta Galewska-Kustra przychodzi z pomocą tym wszystkim rodzicom, którzy chcą nauczyć swoje dziecko korzystania z nocnika. Wykorzystuje w tym celu swojego rozpoznawalnego bohatera, Pucia. Siostra Pucia, Misia, potrafi już sama korzystać z toalety (i wie, że później trzeba umyć ręce). Tymczasem Pucio biega w pieluchach. Sytuacja trochę się zmienia, kiedy mały bohater w sklepie przekonuje się, że do wyboru ma mnóstwo pięknych majteczek z ciekawymi rysunkami i wzorami. Pucio bardzo by takie chciał – niestety, ponieważ wciąż korzysta z pieluchy, taki zakup nie jest dla niego. Chłopiec obiecuje więc mamie, że spróbuje nauczyć się korzystać z nocnika i komunikować swoje potrzeby. Nie pozwala założyć sobie pieluchy, biega po domu i bawi się... dopóki nie przydarzy się mała awaria. Na szczęście mama wcale się nie złości i wierzy, że następnym razem będzie lepiej i Pucio na czas dobiegnie do nocnika. A kiedy już zamiar się powiedzie, wszyscy są bardzo dumni i chwalą bohatera.
Ten temat, chociaż ma pomagać rodzicom, to dzieci bardziej zachwyci od strony fabularnej. Siku i kupa pojawiają się tu w tekście niemal na każdej rozkładówce, albo są właśnie wydalane, albo mają dopiero nadejść, albo trzeba się nauczyć rozpoznawać ich symptomy. Pojawiają się w domu i na spacerze, a dodatkowo można o nich jeszcze podyskutować podczas zakupów w sklepie. Łatwo tu o przesyt, ale Marta Galewska-Kustra nie może się zatrzymać: musi wyjaśnić odbiorcom jak najwięcej. Wprowadza postać cierpliwej i wyrozumiałej mamy, która będzie w razie czego wszystko dziecku tłumaczyć, ale jest tu też siostra Pucia, Misia, która funkcjonuje jako dodatkowy doping: Misia potrafi korzystać z toalety, a to oznacza, że znacznie więcej wie i umie. W tym wypadku Pucio już chciałby naśladować Misię – z kolei sam Pucio ma szansę stać się bohaterem dla odbiorców i zaprosić ich w swoje ślady. „Pucio chce siusiu, czyli pożegnanie pieluszki” to jednocześnie pokazanie, jak bardzo zmienił się rynek literatury czwartej. Dawniej tabuizowana kwestia, obecnie staje się elementem obowiązkowym w każdej serii dla maluchów. Tematu nie mogło zabraknąć również i u Pucia – postaci, która pozwala rzeczywiście przełamać rozmaite trudności i kompleksy. Pucio wspiera rodziców – może i nie przeżywa przygód na miarę superbohaterów, ale zachowuje się tak, by łatwiej było kilkulatkom wytłumaczyć, co powinny robić i na co zwracać uwagę. Objaśnia świat – więc nie jest w tym wyjątkowy – a jednak dzięki unikaniu bajkowości i nastawieniu autorki na zwyczajność może ucieszyć. Dodatkowym atutem są tu ilustracje Joanny Kłos: które równie mocno jak temat mogą przyciągnąć dzieci (chociaż Joanna Kłos bardzo sprytnie omija temat nagości dzieci i nawet kiedy portretuje je podczas korzystania z nocników i toalet – nie epatuje golizną ani fekaliami).
sobota, 21 sierpnia 2021
Meb Keflezighi, Scott Douglas: 26 maratonów. Moje życie w biegu
Studio Emka, Warszawa 2020.
Analiza biegania
Bieganie stało się modne, a w związku z tym rynek literatury sportowej nasyca się powoli biografiami tych, którzy długie dystanse przemierzają zawodowo. Dołącza do nich Meb Keflezighi, który sportową karierę już zakończył i dokonuje życiowego podsumowania przy pomocy Scotta Douglasa, który nadaje kształt wspomnieniom. Jest to książka, która może nie przyniesie silnych wrażeń czytelniczych, ale pozwoli na przyjrzenie się bliżej przebiegowi kariery biegowej autora. „26 maratonów. Moje życie w biegu” to tom, w którym liczy się przede wszystkim uporządkowanie prostych chwytów i sztuczek. Autor dzieli swoją opowieść ze względu na poszczególne starty i w każdym z nich stara się skomentować coś wyjątkowego, nietypowego albo zagrażającego sukcesowi. Zwraca uwagę czytelników na fakty, o których ci przeważnie nie mają pojęcia (ile czasu może trwać oddanie moczu po maratonie). Szuka ciekawostek: tłumaczy, dlaczego sportowcy mają na trasach specjalnie przygotowane dla siebie napoje, co może się stać, kiedy przypadkowo zamieni się butelki, albo jak organizm reaguje na ekstremalny wysiłek. Zwraca uwagę na wojnę psychologiczną toczoną przez zawodników: podkreśla, że istotne jest zachowanie pozorów za wszelką cenę: nie można okazywać słabości. Znajduje miejsce na pokazanie, jak biegnie się, gdy ktoś nadaje tempo, jak wybiera się strategie na bieg i co oznacza zachowanie odpowiedniego rytmu podczas wyścigu. Przestrzega przed przedwczesnymi zrywami, poucza – z perspektywy tego, któremu udało się znaleźć sposób na bieganie.
Dzieli się autor z czytelnikami zestawem anegdot i maratońskich „wpadek”, opowiada między innymi, jak biegł z opaską na nos w bucie, doprowadzając się – na własne życzenie – do kontuzji. Zresztą kwestie uszkodzeń ciała pojawiają się tu regularnie. Ale Keflezighi nie zamierza z ich powodu się usprawiedliwiać albo rozpaczać, przechodzi nad nimi do porządku dziennego i traktuje jedynie jako przerywnik w opowieści o przygotowaniach do biegu. Osobny temat stanowi tutaj przygotowanie psychiczne: autor gdzieś napomyka o kwestii wiary, znacznie bardziej interesują go afirmacje i próby wpłynięcia na własną psychikę za sprawą motywujących cytatów. Podsuwa je też odbiorcom, w nadziei, że komuś pomogą. Nie przejmuje się typowymi treningami, znacznie bardziej skupia się na otoczce biegowej, która z bieganiem maratonów się nie kojarzy, a która jest niezwykle ważna. Może dzięki temu pomóc amatorom biegania, podpowiedzieć, jak w jego przypadku nietypowe rozwiązania zamieniły się w przepis na sukces. Nie można w tej książce szukać wielkich emocji i przeżywania każdego biegu. Maratony traktowane są jako praca, sposób na życie, który wiąże się z wieloma „sztuczkami”: to je zdradza autor, świadomy, że może podzielić się takim przepisem na bieganie nawet z nieprofesjonalnymi biegaczami. Czyta się więc tę książkę najbardziej dla samych wskazówek przedstawianych w różnych miejscach, a dotyczących przemierzania długich dystansów.
Analiza biegania
Bieganie stało się modne, a w związku z tym rynek literatury sportowej nasyca się powoli biografiami tych, którzy długie dystanse przemierzają zawodowo. Dołącza do nich Meb Keflezighi, który sportową karierę już zakończył i dokonuje życiowego podsumowania przy pomocy Scotta Douglasa, który nadaje kształt wspomnieniom. Jest to książka, która może nie przyniesie silnych wrażeń czytelniczych, ale pozwoli na przyjrzenie się bliżej przebiegowi kariery biegowej autora. „26 maratonów. Moje życie w biegu” to tom, w którym liczy się przede wszystkim uporządkowanie prostych chwytów i sztuczek. Autor dzieli swoją opowieść ze względu na poszczególne starty i w każdym z nich stara się skomentować coś wyjątkowego, nietypowego albo zagrażającego sukcesowi. Zwraca uwagę czytelników na fakty, o których ci przeważnie nie mają pojęcia (ile czasu może trwać oddanie moczu po maratonie). Szuka ciekawostek: tłumaczy, dlaczego sportowcy mają na trasach specjalnie przygotowane dla siebie napoje, co może się stać, kiedy przypadkowo zamieni się butelki, albo jak organizm reaguje na ekstremalny wysiłek. Zwraca uwagę na wojnę psychologiczną toczoną przez zawodników: podkreśla, że istotne jest zachowanie pozorów za wszelką cenę: nie można okazywać słabości. Znajduje miejsce na pokazanie, jak biegnie się, gdy ktoś nadaje tempo, jak wybiera się strategie na bieg i co oznacza zachowanie odpowiedniego rytmu podczas wyścigu. Przestrzega przed przedwczesnymi zrywami, poucza – z perspektywy tego, któremu udało się znaleźć sposób na bieganie.
Dzieli się autor z czytelnikami zestawem anegdot i maratońskich „wpadek”, opowiada między innymi, jak biegł z opaską na nos w bucie, doprowadzając się – na własne życzenie – do kontuzji. Zresztą kwestie uszkodzeń ciała pojawiają się tu regularnie. Ale Keflezighi nie zamierza z ich powodu się usprawiedliwiać albo rozpaczać, przechodzi nad nimi do porządku dziennego i traktuje jedynie jako przerywnik w opowieści o przygotowaniach do biegu. Osobny temat stanowi tutaj przygotowanie psychiczne: autor gdzieś napomyka o kwestii wiary, znacznie bardziej interesują go afirmacje i próby wpłynięcia na własną psychikę za sprawą motywujących cytatów. Podsuwa je też odbiorcom, w nadziei, że komuś pomogą. Nie przejmuje się typowymi treningami, znacznie bardziej skupia się na otoczce biegowej, która z bieganiem maratonów się nie kojarzy, a która jest niezwykle ważna. Może dzięki temu pomóc amatorom biegania, podpowiedzieć, jak w jego przypadku nietypowe rozwiązania zamieniły się w przepis na sukces. Nie można w tej książce szukać wielkich emocji i przeżywania każdego biegu. Maratony traktowane są jako praca, sposób na życie, który wiąże się z wieloma „sztuczkami”: to je zdradza autor, świadomy, że może podzielić się takim przepisem na bieganie nawet z nieprofesjonalnymi biegaczami. Czyta się więc tę książkę najbardziej dla samych wskazówek przedstawianych w różnych miejscach, a dotyczących przemierzania długich dystansów.
Jolanta Berezowska, Małgorzata Berezowska: Pan Taro w Krainie Śpiących Talentów
Wydawnictwo Bis, Warszawa 2019.
Muzyka
Jolanta Berezowska i Małgorzata Berezowska postawiły na książkę, w której niewiele się dzieje, jeśli porównać ją do najczęściej promowanych obecnie publikacji z literatury czwartej. „Pan Taro w Krainie Śpiących Talentów” to raczej usypianka, książka dobra do wyciszania dzieci przed snem i jednocześnie do przypominania im, że każdy coś potrafi – czasami trzeba tylko dobrze wsłuchać się w siebie i poszukać własnych pasji. Autorki nawiązują do klasycznych propozycji dla najmłodszych, starają się przesadnie nie wstrząsać odbiorcami, za to zapewnić im „przygodę” w wersji lekturowej. Ta zachowawczość dla wielu dzieci może być problemem – zwłaszcza dla odbiorców przyzwyczajonych do dynamicznych narracji. Tu nie ma mowy o burzliwości w ramach akcji, nawet kiedy bohater przenosi się do krainy, w której musi zacząć działać, żeby uratować uśpione talenty.
Pan Taro to stary mistrz. Człowiek, który o nic nie musi walczyć i niczego sobie w życiu nie chce już udowadniać. Prowadzi życie, jakie staje się marzeniem wielu dorosłych – i które nie przekona żadnego malucha. Skupia się na drobnych codziennych przyjemnościach, zajmuje się wyłącznie tym, co koi i przynosi wytchnienie. Ma jednak też ucznia, którego powinien nauczyć grać na skrzypcach. Chłopiec nie jest pewny, czy ma talent (i czy chciałby zostać muzykiem), więc Pan Taro wybiera się w daleką i skomplikowaną podróż, żeby odnaleźć talent swojego podopiecznego. Przy okazji odkrywa, że wiele różnych talentów zostało uśpionych i trzeba podjąć dość radykalne kroki, żeby pomóc wszystkim potrzebującym. I tu sprawdzi się Pan Taro jako bohater dzielny i zdecydowany na wszystko – nawet jeśli wcześniej nic nie wskazywało na to, że zostanie superbohaterem, teraz ma szansę na udowodnienie swojej wartości. Wprawdzie nie będzie walczył w klasycznym rozumieniu tego słowa, powinien skupić się na wymyślaniu strategii i na zadaniach do zrealizowania przez kogoś, kto dotąd jedynie podlewał kwiatki we własnym ogródku – ale i tak dokona czegoś wielkiego. Przy okazji pozwoli też zastanowić się nad własnymi talentami: odbiorcy będą mogli próbować odkryć to, co sprawia im największą radość.
„Pan Taro w Krainie Śpiących Talentów” to książka w dużej części oparta na prostych opisach, pojawiają się nawet rozdziały statyczne, które same w sobie są portretami, a nie zestawem kolejnych wydarzeń. Autorkom wyraźnie zależy na tym, żeby dzieci nie przestraszyły się czegoś albo nadmiernie nie podekscytowały. W efekcie trochę odbierają przyjemność przeżywania przygód – sam Pan Taro, choćby nie wiadomo jak sympatyczny wydawał się rodzicom, nie ma mocy przyciągania do opowieści. Jednak są też dzieci, które potrzebują spokoju i bezpieczeństwa – i to właśnie dla nich jest ta lektura.
Muzyka
Jolanta Berezowska i Małgorzata Berezowska postawiły na książkę, w której niewiele się dzieje, jeśli porównać ją do najczęściej promowanych obecnie publikacji z literatury czwartej. „Pan Taro w Krainie Śpiących Talentów” to raczej usypianka, książka dobra do wyciszania dzieci przed snem i jednocześnie do przypominania im, że każdy coś potrafi – czasami trzeba tylko dobrze wsłuchać się w siebie i poszukać własnych pasji. Autorki nawiązują do klasycznych propozycji dla najmłodszych, starają się przesadnie nie wstrząsać odbiorcami, za to zapewnić im „przygodę” w wersji lekturowej. Ta zachowawczość dla wielu dzieci może być problemem – zwłaszcza dla odbiorców przyzwyczajonych do dynamicznych narracji. Tu nie ma mowy o burzliwości w ramach akcji, nawet kiedy bohater przenosi się do krainy, w której musi zacząć działać, żeby uratować uśpione talenty.
Pan Taro to stary mistrz. Człowiek, który o nic nie musi walczyć i niczego sobie w życiu nie chce już udowadniać. Prowadzi życie, jakie staje się marzeniem wielu dorosłych – i które nie przekona żadnego malucha. Skupia się na drobnych codziennych przyjemnościach, zajmuje się wyłącznie tym, co koi i przynosi wytchnienie. Ma jednak też ucznia, którego powinien nauczyć grać na skrzypcach. Chłopiec nie jest pewny, czy ma talent (i czy chciałby zostać muzykiem), więc Pan Taro wybiera się w daleką i skomplikowaną podróż, żeby odnaleźć talent swojego podopiecznego. Przy okazji odkrywa, że wiele różnych talentów zostało uśpionych i trzeba podjąć dość radykalne kroki, żeby pomóc wszystkim potrzebującym. I tu sprawdzi się Pan Taro jako bohater dzielny i zdecydowany na wszystko – nawet jeśli wcześniej nic nie wskazywało na to, że zostanie superbohaterem, teraz ma szansę na udowodnienie swojej wartości. Wprawdzie nie będzie walczył w klasycznym rozumieniu tego słowa, powinien skupić się na wymyślaniu strategii i na zadaniach do zrealizowania przez kogoś, kto dotąd jedynie podlewał kwiatki we własnym ogródku – ale i tak dokona czegoś wielkiego. Przy okazji pozwoli też zastanowić się nad własnymi talentami: odbiorcy będą mogli próbować odkryć to, co sprawia im największą radość.
„Pan Taro w Krainie Śpiących Talentów” to książka w dużej części oparta na prostych opisach, pojawiają się nawet rozdziały statyczne, które same w sobie są portretami, a nie zestawem kolejnych wydarzeń. Autorkom wyraźnie zależy na tym, żeby dzieci nie przestraszyły się czegoś albo nadmiernie nie podekscytowały. W efekcie trochę odbierają przyjemność przeżywania przygód – sam Pan Taro, choćby nie wiadomo jak sympatyczny wydawał się rodzicom, nie ma mocy przyciągania do opowieści. Jednak są też dzieci, które potrzebują spokoju i bezpieczeństwa – i to właśnie dla nich jest ta lektura.
piątek, 20 sierpnia 2021
Bill Eddy: 5 typów osobowości, które mogą zniszczyć ci życie
Znak, Kraków 2021.
Pretensje
Podczas gdy wielu autorów skupia się na temacie osób wysoko wrażliwych i ich funkcjonowaniu w społeczeństwie nieakceptującym potrzeby dystansu, Bill Eddy postanawia sprawdzić, dlaczego niektórzy lubią doprowadzać do ciągłych konfliktów i sporów. „5 typów osobowości, które mogą zniszczyć ci życie” to opowieść w pół drogi do psychopatycznych charakterów, a także zestaw przestróg na temat osób wysoko konfliktowych. To jednak bardziej książka psychologiczna niż poradnik i poszukiwanie recepty na funkcjonowanie w społeczeństwie. Autor sięga po wady typów narcystycznych, borderline, socjopatów, paranoików i historioników. Bierze pod uwagę typowe zachowania takich ludzi, miejsca lub zawody, w jakich najczęściej można ich spotkać. Analizuje konkretne scenki i przytacza schematy działań, tak, żeby uświadomić czytelnikom, jak unikać pułapek. Definiuje rodzaje wypowiedzi oraz emocje wykorzystywane przez te typy osobowości wysoko konfliktowych, podsuwa rozwiązania pozwalające zredukować kontakty, a jeśli to nie jest możliwe – omawia metody postępowania z konkretnym typem osobowości. Wie doskonale, że ludzie nie są w stanie zmienić swoich bliskich i jeśli w grę wchodzi osobowość wysoko konfliktowa – czeka ich sporo pracy nad relacją. Uczy, jak stawiać granice i jak reagować na zachowania niepożądane, co robić, a czego w żadnym wypadku nie mówić. Jeśli nie ma wyjścia – przekonuje do konieczności kończenia relacji. Stawia na scenki z życia, wyraziste i ważne dla czytelników, bo pokazujące kolejne zasady w życiu osób wysoko konfliktowych i ich otoczenia. Nie wywołuje fałszywej nadziei, że można w takiej sytuacji pomóc albo coś naprawić: dba o ochronę odbiorców (jeśli jednak oni sami są osobami wysoko konfliktowymi, pozostaje autor przy uświadamianiu problemu, od czasu do czasu wprowadzając drobne uwagi poradnikowe).
Wszystko opiera się tutaj na obserwacjach i na życiowych ocenach. Bill Eddy tłumaczy, w jaki sposób funkcjonują osoby wysoko konfliktowe, ale nie ma zamiaru ani ich usprawiedliwiać, ani dawać przyzwolenia na krzywdzące innych postawy. Jest w swojej narracji dość surowy (chociaż, oczywiście, stara się zachować obiektywne spojrzenie). Porusza bardzo trudny temat, ale może też zainteresować czytelników. Zwraca uwagę na osobowości już w psychologii znane i opisane – jednak od innej strony, ze względu na funkcjonowanie w szerszym gronie. Tutaj liczy się to, jak wysoko konfliktowi wpływają na swoje otoczenie, jak dążą do realizacji własnych celów i jak niszczą bliskich. Autor podkreśla zachowania i postawy, na które nie można wyrażać zgody, rezygnuje z poprawności politycznej, kiedy w grę wchodzi zakłócanie spokoju. Przypomina, że o wysoko konfliktowym sposobie życia świadczą między innymi ciągłe awantury czy chęć do procesowania się, szukanie okazji do awantur oraz prowokowanie innych. Pozwala jednak zrozumieć, komu i do czego są potrzebne podobne reakcje. „5 typów osobowości, które mogą zniszczyć ci życie” to książka, która jest jednocześnie przestrogą i wskazówką, pomaga lepiej zorientować się w zasadach ludzi łamiących reguły życia społecznego. Napisana prostym językiem, przystępna i uporządkowana – bardzo się przyda zwłaszcza tym, którzy w swoim otoczeniu mają osoby wysoko konfliktowe i nie wiedzą, jak sobie z nimi poradzić.
Pretensje
Podczas gdy wielu autorów skupia się na temacie osób wysoko wrażliwych i ich funkcjonowaniu w społeczeństwie nieakceptującym potrzeby dystansu, Bill Eddy postanawia sprawdzić, dlaczego niektórzy lubią doprowadzać do ciągłych konfliktów i sporów. „5 typów osobowości, które mogą zniszczyć ci życie” to opowieść w pół drogi do psychopatycznych charakterów, a także zestaw przestróg na temat osób wysoko konfliktowych. To jednak bardziej książka psychologiczna niż poradnik i poszukiwanie recepty na funkcjonowanie w społeczeństwie. Autor sięga po wady typów narcystycznych, borderline, socjopatów, paranoików i historioników. Bierze pod uwagę typowe zachowania takich ludzi, miejsca lub zawody, w jakich najczęściej można ich spotkać. Analizuje konkretne scenki i przytacza schematy działań, tak, żeby uświadomić czytelnikom, jak unikać pułapek. Definiuje rodzaje wypowiedzi oraz emocje wykorzystywane przez te typy osobowości wysoko konfliktowych, podsuwa rozwiązania pozwalające zredukować kontakty, a jeśli to nie jest możliwe – omawia metody postępowania z konkretnym typem osobowości. Wie doskonale, że ludzie nie są w stanie zmienić swoich bliskich i jeśli w grę wchodzi osobowość wysoko konfliktowa – czeka ich sporo pracy nad relacją. Uczy, jak stawiać granice i jak reagować na zachowania niepożądane, co robić, a czego w żadnym wypadku nie mówić. Jeśli nie ma wyjścia – przekonuje do konieczności kończenia relacji. Stawia na scenki z życia, wyraziste i ważne dla czytelników, bo pokazujące kolejne zasady w życiu osób wysoko konfliktowych i ich otoczenia. Nie wywołuje fałszywej nadziei, że można w takiej sytuacji pomóc albo coś naprawić: dba o ochronę odbiorców (jeśli jednak oni sami są osobami wysoko konfliktowymi, pozostaje autor przy uświadamianiu problemu, od czasu do czasu wprowadzając drobne uwagi poradnikowe).
Wszystko opiera się tutaj na obserwacjach i na życiowych ocenach. Bill Eddy tłumaczy, w jaki sposób funkcjonują osoby wysoko konfliktowe, ale nie ma zamiaru ani ich usprawiedliwiać, ani dawać przyzwolenia na krzywdzące innych postawy. Jest w swojej narracji dość surowy (chociaż, oczywiście, stara się zachować obiektywne spojrzenie). Porusza bardzo trudny temat, ale może też zainteresować czytelników. Zwraca uwagę na osobowości już w psychologii znane i opisane – jednak od innej strony, ze względu na funkcjonowanie w szerszym gronie. Tutaj liczy się to, jak wysoko konfliktowi wpływają na swoje otoczenie, jak dążą do realizacji własnych celów i jak niszczą bliskich. Autor podkreśla zachowania i postawy, na które nie można wyrażać zgody, rezygnuje z poprawności politycznej, kiedy w grę wchodzi zakłócanie spokoju. Przypomina, że o wysoko konfliktowym sposobie życia świadczą między innymi ciągłe awantury czy chęć do procesowania się, szukanie okazji do awantur oraz prowokowanie innych. Pozwala jednak zrozumieć, komu i do czego są potrzebne podobne reakcje. „5 typów osobowości, które mogą zniszczyć ci życie” to książka, która jest jednocześnie przestrogą i wskazówką, pomaga lepiej zorientować się w zasadach ludzi łamiących reguły życia społecznego. Napisana prostym językiem, przystępna i uporządkowana – bardzo się przyda zwłaszcza tym, którzy w swoim otoczeniu mają osoby wysoko konfliktowe i nie wiedzą, jak sobie z nimi poradzić.
Niesamowity spacer. Pod gwiazdami
Harperkids, Warszawa 2021.
Światło
Na niesamowitość w tytule serii można przymknąć oko, zwłaszcza że Emiri Hayashi chce olśniewać, i to dosłownie. „Pod gwiazdami” to mały kartonowy picture book w serii Akademia Mądrego Dziecka – a jego niezwykłość polega na istnieniu elementów do przesuwania i wyciągania. Dzięki takim działaniom, wprowadzającym interaktywność do publikacji, dziecko zmienia wygląd obrazków i może się bawić lekturą. Malutki tomik przyniesie sporo radości nie tylko dzieciom. Może fascynować i kusić niedookreślonością – może też zaintrygować za sprawą odwołania do nocy. Kiedy wszyscy idą spać, a w domach gasną światła, nie śpią niektóre zwierzęta. Gwiazdy na niebie się poruszają, świetliki wyfruwają z traw, a wielki Księżyc rozświetla okolicę. Nie dzieje się tu nic, jeśli wziąć pod uwagę fabułę – a jednak każdy ruchomy obrazek to osobna opowieść i szansa na silne przeżycia dzieci.
Znajduje się tu zaledwie kilka rozkładówek, a kartki są bardzo grube (podwójne, żeby można było między tekturkami zamieścić jeszcze elementy do przesuwania), ale nic nie szkodzi. Dzieci mają znaleźć miejsce, które należy przesunąć – czasami to wycięcie na palec, czasami oznaczony strzałką fragment koła, innym razem coś do wysunięcia ze strony. Przesunięcie wskazanego elementu oznacza automatycznie zmianę na obrazku: w domu gasną światła, zwierzęta otwierają oczy, ryby pluskają się w stawie. To dla maluchów będzie zaskakujące i cieszące jednocześnie. „Pod gwiazdami” to zatem szereg znajomych już niespodzianek – ale w nowym wydaniu. Ponieważ akcja dzieje się w nocy, ograniczona została – i to poważnie – paleta kolorów. Jest tu fiolet, czerń, szarość, srebro, biel i żółty – jako dodatek „świetlny”. Część obrazków jest wytłaczana, więc dzieci będą wyczuwać fakturę ilustracji. To rozwiązania, które przekonują do całej serii i przyciągną także rodziców – nietypowe (chociaż przecież nie dziwne) w świecie picture booków. Wszystko sprawia wrażenie bardzo estetycznego i dobrze przemyślanego tomiku, który będzie ozdobą dziecięcej biblioteczki. W takim ujęciu nie ma obaw przed przesłodzeniem obrazków: naiwne grafiki wcale nie męczą i nie irytują przesytem.
„Pod gwiazdami” to książeczka, w której liczą się przede wszystkim piękne obrazki i pomysł na nie. Atutem są nie tylko detale – widać każdy drobiazg, niektóre fragmenty są naprawdę niewielkie – ale i wymowa całości. To tomik, który ma przede wszystkim zachwycać i fascynować, pokazywać, że nie należy bać się ciemności, bo noc przynosi piękne rozwiązania. Nie ma tu zbyt wiele do czytania, odbiór ma polegać na zabawie wysuwanymi i przesuwanymi częściami i na oglądaniu zmian, jakie w ten sposób się wywoła. „Pod gwiazdami” to jednak propozycja bardzo udana, przyciągająca wzrok i kusząca nie tylko najmłodszych. Jak na zaproszenie do zabawy – to wymarzony prezent dla najmłodszych.
Światło
Na niesamowitość w tytule serii można przymknąć oko, zwłaszcza że Emiri Hayashi chce olśniewać, i to dosłownie. „Pod gwiazdami” to mały kartonowy picture book w serii Akademia Mądrego Dziecka – a jego niezwykłość polega na istnieniu elementów do przesuwania i wyciągania. Dzięki takim działaniom, wprowadzającym interaktywność do publikacji, dziecko zmienia wygląd obrazków i może się bawić lekturą. Malutki tomik przyniesie sporo radości nie tylko dzieciom. Może fascynować i kusić niedookreślonością – może też zaintrygować za sprawą odwołania do nocy. Kiedy wszyscy idą spać, a w domach gasną światła, nie śpią niektóre zwierzęta. Gwiazdy na niebie się poruszają, świetliki wyfruwają z traw, a wielki Księżyc rozświetla okolicę. Nie dzieje się tu nic, jeśli wziąć pod uwagę fabułę – a jednak każdy ruchomy obrazek to osobna opowieść i szansa na silne przeżycia dzieci.
Znajduje się tu zaledwie kilka rozkładówek, a kartki są bardzo grube (podwójne, żeby można było między tekturkami zamieścić jeszcze elementy do przesuwania), ale nic nie szkodzi. Dzieci mają znaleźć miejsce, które należy przesunąć – czasami to wycięcie na palec, czasami oznaczony strzałką fragment koła, innym razem coś do wysunięcia ze strony. Przesunięcie wskazanego elementu oznacza automatycznie zmianę na obrazku: w domu gasną światła, zwierzęta otwierają oczy, ryby pluskają się w stawie. To dla maluchów będzie zaskakujące i cieszące jednocześnie. „Pod gwiazdami” to zatem szereg znajomych już niespodzianek – ale w nowym wydaniu. Ponieważ akcja dzieje się w nocy, ograniczona została – i to poważnie – paleta kolorów. Jest tu fiolet, czerń, szarość, srebro, biel i żółty – jako dodatek „świetlny”. Część obrazków jest wytłaczana, więc dzieci będą wyczuwać fakturę ilustracji. To rozwiązania, które przekonują do całej serii i przyciągną także rodziców – nietypowe (chociaż przecież nie dziwne) w świecie picture booków. Wszystko sprawia wrażenie bardzo estetycznego i dobrze przemyślanego tomiku, który będzie ozdobą dziecięcej biblioteczki. W takim ujęciu nie ma obaw przed przesłodzeniem obrazków: naiwne grafiki wcale nie męczą i nie irytują przesytem.
„Pod gwiazdami” to książeczka, w której liczą się przede wszystkim piękne obrazki i pomysł na nie. Atutem są nie tylko detale – widać każdy drobiazg, niektóre fragmenty są naprawdę niewielkie – ale i wymowa całości. To tomik, który ma przede wszystkim zachwycać i fascynować, pokazywać, że nie należy bać się ciemności, bo noc przynosi piękne rozwiązania. Nie ma tu zbyt wiele do czytania, odbiór ma polegać na zabawie wysuwanymi i przesuwanymi częściami i na oglądaniu zmian, jakie w ten sposób się wywoła. „Pod gwiazdami” to jednak propozycja bardzo udana, przyciągająca wzrok i kusząca nie tylko najmłodszych. Jak na zaproszenie do zabawy – to wymarzony prezent dla najmłodszych.
czwartek, 19 sierpnia 2021
Marta Galewska-Kustra: Pucio zostaje kucharzem, czyli o radości z jedzenia
Nasza Księgarnia, Warszawa 2021.
Przyjemność jedzenia
Malutka książeczka nie oznacza minimum tekstu. Marta Galewska-Kustra prowadzi i tym razem pełnowymiarową opowieść dla najmłodszych dzieci – i z ich ulubionym bohaterem. „Pucio zostaje kucharzem, czyli o radości z jedzenia” to kolejna drobna przygoda małego bohatera – do przełożenia na zwyczajne życie odbiorców. Jest to przy okazji próba zachęcenia do jedzenia (albo przynajmniej zainteresowania jedzeniem) niejadków – więc i pomoc dla wielu rodziców. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy Pucio na spacerze z mamą i z Misią odczuwa głód. Burczy mu w brzuchu, a smakowite zapachy z restauracji Wesoła Marchewka jeszcze pogarszają sprawę. Na szczęście mama nie trzyma się kurczowo planów zjedzenia obiadu w domu i proponuje dzieciom, by spróbować czegoś nowego. Dania w restauracji są inne niż w domu i nawet jeśli mali bohaterowie są na początku sceptycznie do nich nastawieni, szybko przekonują się, że warto przynajmniej spróbować innych smaków. A po posiłku można iść i pochwalić kucharza: sam szef kuchni wręcza dzieciom przepis na podwieczorkowe danie.
Na wizycie w restauracji nie kończy się ta przygoda: bohaterowie udają się jeszcze na targ po warzywa, co owocuje zagadką dla odbiorców: trzeba obejrzeć warzywa i owoce, które ma się w domu i wymyślić, do czego są podobne. To zadanie na rozwijanie wyobraźni, spostrzegawczość i pomysłowość – z pewnością przyniesie sporo śmiechu. W domu dzieci razem z mamą mogą pobawić się w kucharzy: przyrządzają potrawę, którą następnie zaniosą do „swojego” szefa kuchni. W ten sposób nie tylko poznają nowy zawód, ale też przekonają się, że posiłki nie robią się same. Jeśli ktoś będzie chciał iść w ślady bohaterów, może wypróbować podany w tomiku przepis. Jak na niewielki kartonowy picture book, tekstu jest tu dość dużo – to historia inspirująca dla najmłodszych i ważna także dla ich rodziców, którzy muszą przekonać pociechy, że należy się dobrze odżywiać. Mali odbiorcy dowiedzą się również – między innymi – czego się spodziewać po wizycie w restauracji i dlaczego nie trzeba bać się próbowania nowych potraw. Być może część dzieci uda się dzięki temu zachęcić do lepszego zachowania w miejscach publicznych (Pucio może być stawiany za wzór). Przede wszystkim jednak autorka zwraca uwagę na temat jedzenia i kieruje się do wszystkich małych niejadków – dla Pucia posiłki nie są problemem. To temat, przy którym nie warto grymasić – bo przygoda czai się na każdym kroku. Niewielka historia, która rozbudza wyobraźnię i dzięki temu, że pozostaje blisko najmłodszych – może ucieszyć każdego kilkulatka – Marta Galewska-Kustra przypomina o lubianym bohaterze i sprawia, że może on nauczyć odbiorców czegoś ważnego.
Przyjemność jedzenia
Malutka książeczka nie oznacza minimum tekstu. Marta Galewska-Kustra prowadzi i tym razem pełnowymiarową opowieść dla najmłodszych dzieci – i z ich ulubionym bohaterem. „Pucio zostaje kucharzem, czyli o radości z jedzenia” to kolejna drobna przygoda małego bohatera – do przełożenia na zwyczajne życie odbiorców. Jest to przy okazji próba zachęcenia do jedzenia (albo przynajmniej zainteresowania jedzeniem) niejadków – więc i pomoc dla wielu rodziców. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy Pucio na spacerze z mamą i z Misią odczuwa głód. Burczy mu w brzuchu, a smakowite zapachy z restauracji Wesoła Marchewka jeszcze pogarszają sprawę. Na szczęście mama nie trzyma się kurczowo planów zjedzenia obiadu w domu i proponuje dzieciom, by spróbować czegoś nowego. Dania w restauracji są inne niż w domu i nawet jeśli mali bohaterowie są na początku sceptycznie do nich nastawieni, szybko przekonują się, że warto przynajmniej spróbować innych smaków. A po posiłku można iść i pochwalić kucharza: sam szef kuchni wręcza dzieciom przepis na podwieczorkowe danie.
Na wizycie w restauracji nie kończy się ta przygoda: bohaterowie udają się jeszcze na targ po warzywa, co owocuje zagadką dla odbiorców: trzeba obejrzeć warzywa i owoce, które ma się w domu i wymyślić, do czego są podobne. To zadanie na rozwijanie wyobraźni, spostrzegawczość i pomysłowość – z pewnością przyniesie sporo śmiechu. W domu dzieci razem z mamą mogą pobawić się w kucharzy: przyrządzają potrawę, którą następnie zaniosą do „swojego” szefa kuchni. W ten sposób nie tylko poznają nowy zawód, ale też przekonają się, że posiłki nie robią się same. Jeśli ktoś będzie chciał iść w ślady bohaterów, może wypróbować podany w tomiku przepis. Jak na niewielki kartonowy picture book, tekstu jest tu dość dużo – to historia inspirująca dla najmłodszych i ważna także dla ich rodziców, którzy muszą przekonać pociechy, że należy się dobrze odżywiać. Mali odbiorcy dowiedzą się również – między innymi – czego się spodziewać po wizycie w restauracji i dlaczego nie trzeba bać się próbowania nowych potraw. Być może część dzieci uda się dzięki temu zachęcić do lepszego zachowania w miejscach publicznych (Pucio może być stawiany za wzór). Przede wszystkim jednak autorka zwraca uwagę na temat jedzenia i kieruje się do wszystkich małych niejadków – dla Pucia posiłki nie są problemem. To temat, przy którym nie warto grymasić – bo przygoda czai się na każdym kroku. Niewielka historia, która rozbudza wyobraźnię i dzięki temu, że pozostaje blisko najmłodszych – może ucieszyć każdego kilkulatka – Marta Galewska-Kustra przypomina o lubianym bohaterze i sprawia, że może on nauczyć odbiorców czegoś ważnego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






