Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2020.
Do celu
To zjawisko, które może fascynować ludzi – ale też skłaniać ich do zadawania pytań. Nie da się bowiem łatwo wytłumaczyć, w jaki sposób zwierzęta – z różnych gatunków – odnajdują drogę, gdy decydują się na migracje albo zostają zmuszone do powrotu z nieznanej okolicy. David Barrie w tomie „Supernawigatorzy”, wydanym w serii #nauka – cyklu, który naprawdę zasługuje na wielkie uznanie – próbuje zgromadzić ciekawostki i dane dotyczące badań, pytań zadawanych przez uczonych oraz – wyjaśnień. Przy okazji między rozdziałami wprowadza też kolejne obrazki dotyczące migracji zwierząt – tak, żeby czytelnicy przekonali się, że ten temat nie jest absolutnie zamknięty i wiele w nim czeka jeszcze na odkrycie czy opracowanie.
W kinie familijnym motyw psów wracających do domu ma dostarczać wzruszeń i radości – jednak Barrie przypomina, że zdarzały się przypadki czworonogów, które pokonały wielkie dystanse, żeby trafić z powrotem do siebie i nie jest to wyłącznie wymysł scenarzystów. Bardziej absorbują go jednak te gatunki, które bez przerwy wybierają się w dalekie trasy – wieloryby, które potrafią przepłynąć osiem tysięcy kilometrów, by się rozmnażać – a następnie wracać do „swoich” wód, żuki toczące kulki z odchodów – zawsze trzymające kierunek, mrówki czy gołębie – każdy gatunek ma inne sposoby na zorientowanie się w przestrzeni i od każdego ludzie mogliby się wiele nauczyć. David Barrie dzieli tom „Supernawigatorzy” na dwie części: w pierwszej pokazuje świat „bez mapy”, zastanawia się, jakie zmysły, cechy czy mózgi muszą mieć zwierzęta, żeby orientować się w przestrzeni – i czym się kierują. To zestaw zagadek i odkryć olśniewających, a także – opis eksperymentów przeprowadzanych na kolejnych stworzeniach. Można tu dojść do wniosku, że pewne owady wykorzystują światło słoneczne lub spolaryzowane odbicia, niektóre gatunki korzystają natomiast z pola magnetycznego Ziemi. Nie mniej interesujące staną się drogi docierania do takich wiadomości: pomysły, jak „zmylić” mrówki, żeby poznać ich rzeczywiste umiejętności i wykorzystywane talenty. Tu uczeni na pewien czas zamieniają się niemal w dzieci – są równie zachwyceni i zaciekawieni co bezbronni wobec potęgi przyrody – i dopiero zadawanie nawet naiwnych pytań pozwoli doprowadzić ich do odkrycia rozwiązań zagadek. W drugiej części tomu liczą się już „mapy”, czyli wskazówki czy punkty orientacyjne w przestrzeni, sygnały, które zwierzęta mogą odbierać z zewnątrz, żeby trafić do siebie.
Bez względu na to, czy nawigują z mapami, czy bez, bezapelacyjnie wygrywają różne stworzenia z człowiekiem. Przeprowadzane rozmaite doświadczenia, które Barrie przypomina i opisuje, pokazują, że ludzie tak naprawdę nie mają się czym popisać w odszukiwaniu dróg. Nawet jeśli zapamiętują proste układy tras, albo potrafią utrzymywać kierunek, nie robią tego automatycznie – a pozbawieni możliwości wsparcia czy używania narzędzi – gubią się i tracą szansę dotarcia do celu. „Supernawigatorzy” to książka o tym, jakie możliwości kryje w sobie przyroda – i pozwala pochylić się nad tym, co często niedoceniane czy wręcz niedostrzegane. Trzeba przecież poczuć się jak dziecko, żeby móc zacząć zastanawiać się nad umiejętnościami zwierząt – i nad ich orientowaniem się w terenie. „Supernawigatorzy” to książka, która realizuje najlepsze wyznaczniki serii.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 5 października 2020
niedziela, 4 października 2020
Eliane Brum: Kolekcjoner porzuconych dusz. Reportaże z Brazylii
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2020.
Cena życia
Jest ta książka tomem, który trudno określić jako wyłącznie reportaż – bo sporą rolę odgrywa tu słowo, zresztą dużą część wyjaśnień tłumacza zajmują kwestie związane z przekładem i wyborami autorskimi. Również Eliane Brum w bardzo rozległym wstępie skupia się na tym, jak nazwać to, co obserwuje i czego staje się świadkiem – chociaż obszar poszukiwań rozszerza jeszcze na temat bycia obserwatorem lub uczestnikiem wydarzeń, ingerencji w życie prezentowanych postaci i decyzji, które mogą bezpowrotnie oddalić szansę na przedstawienie czegoś wyjątkowego (jeśli nieopatrznie użyje się jakiegoś słowa, wejdzie ono do języka rozmówcy i wytyczy jego sposób postrzegania rzeczywistości, automatycznie więc również zaburzy podejście do tematu, czyli – wszystko wraca do słów). Eliane Brun długo nie rozpoczyna swojej książki, przygotowuje do lektury czytelników i przypomina, jak ważne są sprawy związane ze sposobem opisywania rzeczywistości.
Za to kiedy już zacznie się zajmować konkretnymi przypadkami i podzieli się z odbiorcami zestawem zjawisk wstrząsających, trudno będzie „Kolekcjonera porzuconych dusz” odłożyć. To reportaże mocne i równie mocno zwracające uwagę na własną literackość. Nawet gdyby tłumacz i autorka nie skierowali czytelników w tę stronę, nie dałoby się ominąć warstwy opisowej tekstów. Ta robi wrażenie. Za każdym razem odbiorcy otrzymują nie tylko zestaw scenek rodzajowych często oscylujących wokół tematów granicznych, ale też – działającą na wyobraźnię relację, która sama w sobie, bez dodatkowych elementów, jest już wystarczającym powodem do sięgnięcia po tom. Tu język stanowi wartość samą w sobie – i bardzo pomaga w nakreśleniu przestrzeni, którą autorka odkrywa.
Reportaże z Brazylii dotyczą spraw społecznych i to w wymiarze uniwersalnym, bo chociaż wiążą się ze specyfiką regionu (różnych miejsc, których nie da się w opisach scalać), odnoszą się najczęściej do spraw, które są ważne dla ludzi na całym świecie. Autorka sprawdza, czy istnieje jeszcze miłość w domach starców, jak czują się matki tracące dzieci, jak umiera człowiek, który żyje w azbeście, jak wygląda pogrzeb biedaka, jaka jest rola akuszerek w dżungli, kto zbiera śmieci, a kto zarabia na życie połykaniem szkła. Najbardziej interesujący są – oczywiście – ludzie, ale ludzie w sytuacjach nie do pozazdroszczenia. Eliane Brum jest wszędzie tam, gdzie potrzebna jest interwencja albo nagłośnienie sprawy. Radzi sobie z obrazowaniem cierpienia i z nakreślaniem ludzkich dramatów mistrzowsko, a jej zestaw reportaży wyróżnia się na tle zwykłych podróżniczych historyjek. Ta autorka rzeczywiście stara się zrozumieć swoich bohaterów i mocno im kibicuje, za to nie ocenia. Często zajmuje się kwestiami niewiarygodnie trudnymi, z godnym podziwu uporem dąży do uchwycenia niesprawiedliwości czy walki mimo wszystko. Poza losami poszczególnych postaci nakreśla też kontekst społeczno-historyczny, może zatem pokazać odbiorcom, jak decyzje w skali kraju wpływają na najzwyklejszych ludzi – tych, którzy sami nie upomną się o swoje prawa.
Cena życia
Jest ta książka tomem, który trudno określić jako wyłącznie reportaż – bo sporą rolę odgrywa tu słowo, zresztą dużą część wyjaśnień tłumacza zajmują kwestie związane z przekładem i wyborami autorskimi. Również Eliane Brum w bardzo rozległym wstępie skupia się na tym, jak nazwać to, co obserwuje i czego staje się świadkiem – chociaż obszar poszukiwań rozszerza jeszcze na temat bycia obserwatorem lub uczestnikiem wydarzeń, ingerencji w życie prezentowanych postaci i decyzji, które mogą bezpowrotnie oddalić szansę na przedstawienie czegoś wyjątkowego (jeśli nieopatrznie użyje się jakiegoś słowa, wejdzie ono do języka rozmówcy i wytyczy jego sposób postrzegania rzeczywistości, automatycznie więc również zaburzy podejście do tematu, czyli – wszystko wraca do słów). Eliane Brun długo nie rozpoczyna swojej książki, przygotowuje do lektury czytelników i przypomina, jak ważne są sprawy związane ze sposobem opisywania rzeczywistości.
Za to kiedy już zacznie się zajmować konkretnymi przypadkami i podzieli się z odbiorcami zestawem zjawisk wstrząsających, trudno będzie „Kolekcjonera porzuconych dusz” odłożyć. To reportaże mocne i równie mocno zwracające uwagę na własną literackość. Nawet gdyby tłumacz i autorka nie skierowali czytelników w tę stronę, nie dałoby się ominąć warstwy opisowej tekstów. Ta robi wrażenie. Za każdym razem odbiorcy otrzymują nie tylko zestaw scenek rodzajowych często oscylujących wokół tematów granicznych, ale też – działającą na wyobraźnię relację, która sama w sobie, bez dodatkowych elementów, jest już wystarczającym powodem do sięgnięcia po tom. Tu język stanowi wartość samą w sobie – i bardzo pomaga w nakreśleniu przestrzeni, którą autorka odkrywa.
Reportaże z Brazylii dotyczą spraw społecznych i to w wymiarze uniwersalnym, bo chociaż wiążą się ze specyfiką regionu (różnych miejsc, których nie da się w opisach scalać), odnoszą się najczęściej do spraw, które są ważne dla ludzi na całym świecie. Autorka sprawdza, czy istnieje jeszcze miłość w domach starców, jak czują się matki tracące dzieci, jak umiera człowiek, który żyje w azbeście, jak wygląda pogrzeb biedaka, jaka jest rola akuszerek w dżungli, kto zbiera śmieci, a kto zarabia na życie połykaniem szkła. Najbardziej interesujący są – oczywiście – ludzie, ale ludzie w sytuacjach nie do pozazdroszczenia. Eliane Brum jest wszędzie tam, gdzie potrzebna jest interwencja albo nagłośnienie sprawy. Radzi sobie z obrazowaniem cierpienia i z nakreślaniem ludzkich dramatów mistrzowsko, a jej zestaw reportaży wyróżnia się na tle zwykłych podróżniczych historyjek. Ta autorka rzeczywiście stara się zrozumieć swoich bohaterów i mocno im kibicuje, za to nie ocenia. Często zajmuje się kwestiami niewiarygodnie trudnymi, z godnym podziwu uporem dąży do uchwycenia niesprawiedliwości czy walki mimo wszystko. Poza losami poszczególnych postaci nakreśla też kontekst społeczno-historyczny, może zatem pokazać odbiorcom, jak decyzje w skali kraju wpływają na najzwyklejszych ludzi – tych, którzy sami nie upomną się o swoje prawa.
sobota, 3 października 2020
Przewiew. 12 historii otwartych
Czytelnik, Warszawa 2020.
Bohaterowie
Ci bohaterowie nie należą do powszechnie znanych. Nie trafiają na pierwsze strony gazet, nie mają nazwisk, które wzbudzają podziw całego społeczeństwa. Ale są niezastąpieni w lokalnych społecznościach – działają w wąskim gronie, za to z altruistycznych pobudek. Chcą, żeby żyło się lepiej ich sąsiadom, mieszkańcom tych samych wiosek czy miasteczek. I gdyby wszędzie byli tacy społecznicy, albo gdyby z bohaterów z tego tomu każdy chciał brać przykład, bez wątpienia świat stałby się bardziej przyjaznym miejscem. Być może książka adeptów dziennikarstwa stanie się pierwszym krokiem do potrzebnych zmian. Uczniowie Filipa Springera (oraz on sam) wybierają się w różne miejsca Polski, żeby znaleźć tam lokalnych działaczy, społeczników, którzy poprawiają jakość życia miejscowym. Z ich pracy wydobywają tematy na krzepiące, optymistyczne lub pocieszające reportaże – jakby na zaprzeczenie poglądu, że reportaż uda się tylko wtedy, gdy dotyczy zła i przykrości. „Przewiew. 12 historii otwartych” to zatem swoista reklama działań tych, o których świat nie słyszał – za to którzy we własnym sąsiedztwie są znani doskonale. Tych, którzy nie biegną do mediów i nie działają na pokaz, ale codziennie mogą widzieć efekty swojego zaangażowania.
Za każdym razem reportaż rozpoczyna podanie nazwiska autora tekstu oraz – bohatera tego tekstu, a czasami bohaterów, bo zdarza się, że udaje im się połączyć siły. Następnym krokiem jest pokazanie fotografii artystycznych tych, których dotyczy opowieść. Dopiero po takiej prezentacji autorzy zabierają się do nakreślania kontekstu i wstrzelania odbiorców w sedno wydarzeń. Tematy są najróżniejsze – i integracja polsko-ukraińska, i wychowywanie dzieci w rodzinie zastępczej, pomoc dzieciom z autyzmem lub niepełnosprawnym na wózkach inwalidzkich – którzy chcieliby dostać się na plażę. Jedni zostają sołtysami i wójtami, inni – prowadzą w domach kultury zajęcia pozwalające ocalić tradycje i aktywizujące lokalną społeczność. Bohaterowie mają wiele twarzy i wiele najróżniejszych zajęć, tu nie da się nigdy przewidzieć, w jakiej dziedzinie ktoś może odnieść sukces. Nawet ten, który przeżył życiową porażkę, może realizować się jako miejscowy bohater, jeśli tylko wpadnie na temat, który przyniesie mu możliwość docierania z pomocą do potrzebujących. Nie chodzi tutaj o powszechne interesy ani o reklamę, a o usprawnienie egzystencji, o wpływ na wzajemne relacje – w wymiarze lokalnym. Autorzy tekstów docierają do ludzi, którzy mają do opowiedzenia ciekawe historie. Przedstawiają kontekst ich działań, umożliwiają przeanalizowanie życiowych wyborów i zastanowienie się nad zakresem poświęcenia dla innych. Tu wszyscy są komuś potrzebni i wykonują dobrą robotę.
I w takim zestawieniu przestaje mieć znaczenie fakt, że literacko teksty z „Przewiewu” nie będą zapadać w pamięć. Są poprawne, czasami obiektywne, czasami przesycone emocjami – ale raczej wykorzystujące szablony pisania, a nie będące efektem rzeczywistych zainteresowań dziennikarskich. „Przewiew” ma jednak inną funkcję – ma zwracać uwagę na ludzi, którzy robią coś dobrego dla innych. I tylko z tego powodu się po tę książkę sięga.
Bohaterowie
Ci bohaterowie nie należą do powszechnie znanych. Nie trafiają na pierwsze strony gazet, nie mają nazwisk, które wzbudzają podziw całego społeczeństwa. Ale są niezastąpieni w lokalnych społecznościach – działają w wąskim gronie, za to z altruistycznych pobudek. Chcą, żeby żyło się lepiej ich sąsiadom, mieszkańcom tych samych wiosek czy miasteczek. I gdyby wszędzie byli tacy społecznicy, albo gdyby z bohaterów z tego tomu każdy chciał brać przykład, bez wątpienia świat stałby się bardziej przyjaznym miejscem. Być może książka adeptów dziennikarstwa stanie się pierwszym krokiem do potrzebnych zmian. Uczniowie Filipa Springera (oraz on sam) wybierają się w różne miejsca Polski, żeby znaleźć tam lokalnych działaczy, społeczników, którzy poprawiają jakość życia miejscowym. Z ich pracy wydobywają tematy na krzepiące, optymistyczne lub pocieszające reportaże – jakby na zaprzeczenie poglądu, że reportaż uda się tylko wtedy, gdy dotyczy zła i przykrości. „Przewiew. 12 historii otwartych” to zatem swoista reklama działań tych, o których świat nie słyszał – za to którzy we własnym sąsiedztwie są znani doskonale. Tych, którzy nie biegną do mediów i nie działają na pokaz, ale codziennie mogą widzieć efekty swojego zaangażowania.
Za każdym razem reportaż rozpoczyna podanie nazwiska autora tekstu oraz – bohatera tego tekstu, a czasami bohaterów, bo zdarza się, że udaje im się połączyć siły. Następnym krokiem jest pokazanie fotografii artystycznych tych, których dotyczy opowieść. Dopiero po takiej prezentacji autorzy zabierają się do nakreślania kontekstu i wstrzelania odbiorców w sedno wydarzeń. Tematy są najróżniejsze – i integracja polsko-ukraińska, i wychowywanie dzieci w rodzinie zastępczej, pomoc dzieciom z autyzmem lub niepełnosprawnym na wózkach inwalidzkich – którzy chcieliby dostać się na plażę. Jedni zostają sołtysami i wójtami, inni – prowadzą w domach kultury zajęcia pozwalające ocalić tradycje i aktywizujące lokalną społeczność. Bohaterowie mają wiele twarzy i wiele najróżniejszych zajęć, tu nie da się nigdy przewidzieć, w jakiej dziedzinie ktoś może odnieść sukces. Nawet ten, który przeżył życiową porażkę, może realizować się jako miejscowy bohater, jeśli tylko wpadnie na temat, który przyniesie mu możliwość docierania z pomocą do potrzebujących. Nie chodzi tutaj o powszechne interesy ani o reklamę, a o usprawnienie egzystencji, o wpływ na wzajemne relacje – w wymiarze lokalnym. Autorzy tekstów docierają do ludzi, którzy mają do opowiedzenia ciekawe historie. Przedstawiają kontekst ich działań, umożliwiają przeanalizowanie życiowych wyborów i zastanowienie się nad zakresem poświęcenia dla innych. Tu wszyscy są komuś potrzebni i wykonują dobrą robotę.
I w takim zestawieniu przestaje mieć znaczenie fakt, że literacko teksty z „Przewiewu” nie będą zapadać w pamięć. Są poprawne, czasami obiektywne, czasami przesycone emocjami – ale raczej wykorzystujące szablony pisania, a nie będące efektem rzeczywistych zainteresowań dziennikarskich. „Przewiew” ma jednak inną funkcję – ma zwracać uwagę na ludzi, którzy robią coś dobrego dla innych. I tylko z tego powodu się po tę książkę sięga.
Irene Marienborg: Pola mówi: pada!
Media Rodzina, Poznań 2020.
Radość pogodowa
Jeżeli rozpowszechniło się przekonanie, że w czasie deszczu dzieci się nudzą, powtarzane do znudzenia hasło może rzeczywiście przekonać maluchy, że deszcz to powód do rozpaczy. Wprawdzie dzisiejsze kilkulatki raczej spędzą czas niepogody z nosami utkwionymi w smartfonach niż w oknach w oczekiwaniu na możliwość wyjścia z domu – jednak atmosfera w domu może ulec znacznemu pogorszeniu. I żeby zapobiec katastrofie, Irene Marienborg podsuwa rozwiązanie za sprawą małej Poli. Bohaterka serii picture booków odkrywa tym razem uroki deszczu. Jedna z zalet niepogody to możliwość wyjścia z domu w nowych pięknych kaloszach. Dla Poli to rzeczywiście atut: uwielbia te buty, więc narzekać nie będzie. W kaloszach można skakać po kałużach. Chyba że akurat przyjdzie tata i wyjaśni, że trzeba jeszcze parasola lub kurtki przeciwdeszczowej. Kilka razy tata wkracza w zabawę, ale jego wskazówki i polecenia tylko urozmaicają rozrywkę. Pola między innymi wybierze się w podróż parasolem, uratuje misia z powodzi, albo... zorganizuje orkiestrę deszczową: przecież krople wody tak pięknie grają, kiedy wpadają do różnych naczyń albo uderzają w przedmioty. Dziewczynka sama dołącza do muzykowania. Jak można w takich warunkach w ogóle mówić o nudzie?
„Pola mówi: pada!” to bardzo drobna książeczka, niemal zeszyt. Mały picture book, starannie wydany i bardzo charakterystyczny. Irene Marienborg ogranicza do minimum tekst, jednak nie upraszcza fabuły ponad miarę – nie podąża w przewidywalnym kierunku, stara się zaskakiwać czymś dzieci, tak, żeby nie nudziły się podczas czytania. To jej się znakomicie udaje: historyjka angażuje nie tylko te kilkulatki, które nie przewidzą, co stanie się dalej. Deszcz jako refren historii wzbudza zainteresowanie. Pola zaraża entuzjazmem, a sam fakt, że łatwo jest powtórzyć warunki pogodowe przedstawione w tomiku – może intrygować. Maluchy ucieszą się z takiego obrotu spraw, skoro dadzą radę naśladować bohaterkę i przeżywać samodzielnie jej przygody. Marienborg chce, żeby podczas lektury rozwijała się wyobraźnia odbiorców.
Uwagę zwraca nie tylko zestaw dobrych pomysłów i humor w tekście – liczą się tu również przekarykaturyzowane rysunki. Pola ma nieproporcjonalnie dużą głowę, sama jest jednak malutka. Zwłaszcza kiedy w kadrze pojawi się tata – przedstawiony z perspektywy dziecka, więc złożony wyłącznie z wielkich nóg. Kolorystyka stonowana, dopasowana do pogodowego tematu – porządkuje tę książeczkę. Pola jest sympatyczna i zaprasza do lektury. Tomik, który dzieci mogą oglądać – albo czytać razem z rodzicami – wpisuje się w serię, a do tego nie męczy schematycznością. Irene Marienborg znajduje temat do opowieści tam, gdzie inni autorzy rzadko zaglądają – a realizuje go z wielką wprawą.
Radość pogodowa
Jeżeli rozpowszechniło się przekonanie, że w czasie deszczu dzieci się nudzą, powtarzane do znudzenia hasło może rzeczywiście przekonać maluchy, że deszcz to powód do rozpaczy. Wprawdzie dzisiejsze kilkulatki raczej spędzą czas niepogody z nosami utkwionymi w smartfonach niż w oknach w oczekiwaniu na możliwość wyjścia z domu – jednak atmosfera w domu może ulec znacznemu pogorszeniu. I żeby zapobiec katastrofie, Irene Marienborg podsuwa rozwiązanie za sprawą małej Poli. Bohaterka serii picture booków odkrywa tym razem uroki deszczu. Jedna z zalet niepogody to możliwość wyjścia z domu w nowych pięknych kaloszach. Dla Poli to rzeczywiście atut: uwielbia te buty, więc narzekać nie będzie. W kaloszach można skakać po kałużach. Chyba że akurat przyjdzie tata i wyjaśni, że trzeba jeszcze parasola lub kurtki przeciwdeszczowej. Kilka razy tata wkracza w zabawę, ale jego wskazówki i polecenia tylko urozmaicają rozrywkę. Pola między innymi wybierze się w podróż parasolem, uratuje misia z powodzi, albo... zorganizuje orkiestrę deszczową: przecież krople wody tak pięknie grają, kiedy wpadają do różnych naczyń albo uderzają w przedmioty. Dziewczynka sama dołącza do muzykowania. Jak można w takich warunkach w ogóle mówić o nudzie?
„Pola mówi: pada!” to bardzo drobna książeczka, niemal zeszyt. Mały picture book, starannie wydany i bardzo charakterystyczny. Irene Marienborg ogranicza do minimum tekst, jednak nie upraszcza fabuły ponad miarę – nie podąża w przewidywalnym kierunku, stara się zaskakiwać czymś dzieci, tak, żeby nie nudziły się podczas czytania. To jej się znakomicie udaje: historyjka angażuje nie tylko te kilkulatki, które nie przewidzą, co stanie się dalej. Deszcz jako refren historii wzbudza zainteresowanie. Pola zaraża entuzjazmem, a sam fakt, że łatwo jest powtórzyć warunki pogodowe przedstawione w tomiku – może intrygować. Maluchy ucieszą się z takiego obrotu spraw, skoro dadzą radę naśladować bohaterkę i przeżywać samodzielnie jej przygody. Marienborg chce, żeby podczas lektury rozwijała się wyobraźnia odbiorców.
Uwagę zwraca nie tylko zestaw dobrych pomysłów i humor w tekście – liczą się tu również przekarykaturyzowane rysunki. Pola ma nieproporcjonalnie dużą głowę, sama jest jednak malutka. Zwłaszcza kiedy w kadrze pojawi się tata – przedstawiony z perspektywy dziecka, więc złożony wyłącznie z wielkich nóg. Kolorystyka stonowana, dopasowana do pogodowego tematu – porządkuje tę książeczkę. Pola jest sympatyczna i zaprasza do lektury. Tomik, który dzieci mogą oglądać – albo czytać razem z rodzicami – wpisuje się w serię, a do tego nie męczy schematycznością. Irene Marienborg znajduje temat do opowieści tam, gdzie inni autorzy rzadko zaglądają – a realizuje go z wielką wprawą.
piątek, 2 października 2020
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski: Wpadnij, to pogadamy
Universitas, Kraków 2020.
Spotkania
Krzysztof Orzechowski należy do tych ludzi teatru, którzy bardzo cenią sobie słowo pisane i lubią roztrząsać na piśmie wszystko, co związane z zawodem. Nie tylko dzieli się z czytelnikami zestawem felietonów, ale również – wywiadami-rzekami. Teraz zaprasza do rozmowy Łukasza Maciejewskiego, filmoznawcę i – jak stwierdza – przedstawiciela młodszego pokolenia. A także autora ciekawych publikacji popularyzujących wiedzę o twórcach filmowych i teatralnych. Obecność Maciejewskiego gwarantuje ciekawe moderowanie rozmów i dodatkowe spojrzenie na to, co dzieje się w życiu kulturalnym. Orzechowskiego i Maciejewskiego interesuje teatr – a chociaż na wiele spraw mają identyczne poglądy, udaje im się zainteresować czytelników i sprawić, że ci na nowo przyjrzą się pomysłom reżyserów czy sytuacjom, które mają charakter pozaartystyczny, a jednak zwracają uwagę na aktorów czy artystów. Wydaje się, że tom „Wpadnij, to pogadamy” ma kilka początków – poza tym zaplanowanym, który otworzy jedną z części książki, jest tu najbardziej aktualny komentarz, odnoszący się do zarzutów o molestowanie seksualne aktorek z Bagateli. Tego nie można przemilczeć, zwłaszcza że Krzysztof Orzechowski swoje zawodowe losy z tym teatrem wiązał. Łukasz Maciejewski wychodzi zatem od tego spojrzenia i oceny wydarzeń, które w swojej wymowie odwracają uwagę od wyborów artystycznych. Fakt, że tym razem rozmówcy nie uderzają w zbyt wiele aktualności – pomijają sprawy związane z zarządzaniem, raz Krzysztof Orzechowski opowiada o tym, jak znalazł się na szczycie – żeby pokazać, że nie było w tym ani znajomości, ani tajemnic, ani zakulisowych umów. Może za to poopowiadać o reżyserach – modnych nie tak dawno, dzisiaj już odrobinę odchodzących w cień. Może zastanowić się nad tym, co w teatrze jest warte ocalenia, może też poruszyć kwestie metateatralne, pofilozofować delikatnie w sprawie zawodu aktora czy reżysera (a nawet dyrektora teatru, na którym spoczywa odpowiedzialność za repertuar – o rozdzielaniu i łączeniu ról dyrektora i dyrektora literackiego oraz artystycznego też Krzysztof Orzechowski coś powie).
Czyta się zatem tę książkę, żeby dowiedzieć się, co takiego autorzy chcą w związku z teatrem zakomunikować. Dla samej satysfakcji odkrywania ich przemyśleń i ocen. Do rozmów w pewnym momencie wtrąca się Anna Dymna, dodaje swoje opinie na temat teatru i powinności aktorów czy wychowywania młodych adeptów zawodu: zmienia przez to klimat rozmowy i rodzaj uwag – Krzysztof Orzechowski i Łukasz Maciejewski nie nudzą się ze sobą. Wydaje się też, że nie trzymają się ściśle jednego, określonego scenariusza: pozwalają sobie na dygresje i na kierunki rozmów wytyczane przez okoliczności. W pewnym momencie w opowieści wkracza przecież pandemia, jedna z części książki to dyskusja prowadzona przez internet – i tu zmienia się nie tylko atmosfera, ale również zestaw zagadnień. Książka jest idealna dla wszystkich, którzy lubią niespieszne rozważania, refleksje na temat zawodu, bardziej uniwersalne niż aktualne. A że i Orzechowskiego, i Maciejewskiego warto czytać – lektura satysfakcjonuje.
Spotkania
Krzysztof Orzechowski należy do tych ludzi teatru, którzy bardzo cenią sobie słowo pisane i lubią roztrząsać na piśmie wszystko, co związane z zawodem. Nie tylko dzieli się z czytelnikami zestawem felietonów, ale również – wywiadami-rzekami. Teraz zaprasza do rozmowy Łukasza Maciejewskiego, filmoznawcę i – jak stwierdza – przedstawiciela młodszego pokolenia. A także autora ciekawych publikacji popularyzujących wiedzę o twórcach filmowych i teatralnych. Obecność Maciejewskiego gwarantuje ciekawe moderowanie rozmów i dodatkowe spojrzenie na to, co dzieje się w życiu kulturalnym. Orzechowskiego i Maciejewskiego interesuje teatr – a chociaż na wiele spraw mają identyczne poglądy, udaje im się zainteresować czytelników i sprawić, że ci na nowo przyjrzą się pomysłom reżyserów czy sytuacjom, które mają charakter pozaartystyczny, a jednak zwracają uwagę na aktorów czy artystów. Wydaje się, że tom „Wpadnij, to pogadamy” ma kilka początków – poza tym zaplanowanym, który otworzy jedną z części książki, jest tu najbardziej aktualny komentarz, odnoszący się do zarzutów o molestowanie seksualne aktorek z Bagateli. Tego nie można przemilczeć, zwłaszcza że Krzysztof Orzechowski swoje zawodowe losy z tym teatrem wiązał. Łukasz Maciejewski wychodzi zatem od tego spojrzenia i oceny wydarzeń, które w swojej wymowie odwracają uwagę od wyborów artystycznych. Fakt, że tym razem rozmówcy nie uderzają w zbyt wiele aktualności – pomijają sprawy związane z zarządzaniem, raz Krzysztof Orzechowski opowiada o tym, jak znalazł się na szczycie – żeby pokazać, że nie było w tym ani znajomości, ani tajemnic, ani zakulisowych umów. Może za to poopowiadać o reżyserach – modnych nie tak dawno, dzisiaj już odrobinę odchodzących w cień. Może zastanowić się nad tym, co w teatrze jest warte ocalenia, może też poruszyć kwestie metateatralne, pofilozofować delikatnie w sprawie zawodu aktora czy reżysera (a nawet dyrektora teatru, na którym spoczywa odpowiedzialność za repertuar – o rozdzielaniu i łączeniu ról dyrektora i dyrektora literackiego oraz artystycznego też Krzysztof Orzechowski coś powie).
Czyta się zatem tę książkę, żeby dowiedzieć się, co takiego autorzy chcą w związku z teatrem zakomunikować. Dla samej satysfakcji odkrywania ich przemyśleń i ocen. Do rozmów w pewnym momencie wtrąca się Anna Dymna, dodaje swoje opinie na temat teatru i powinności aktorów czy wychowywania młodych adeptów zawodu: zmienia przez to klimat rozmowy i rodzaj uwag – Krzysztof Orzechowski i Łukasz Maciejewski nie nudzą się ze sobą. Wydaje się też, że nie trzymają się ściśle jednego, określonego scenariusza: pozwalają sobie na dygresje i na kierunki rozmów wytyczane przez okoliczności. W pewnym momencie w opowieści wkracza przecież pandemia, jedna z części książki to dyskusja prowadzona przez internet – i tu zmienia się nie tylko atmosfera, ale również zestaw zagadnień. Książka jest idealna dla wszystkich, którzy lubią niespieszne rozważania, refleksje na temat zawodu, bardziej uniwersalne niż aktualne. A że i Orzechowskiego, i Maciejewskiego warto czytać – lektura satysfakcjonuje.
czwartek, 1 października 2020
Anna Starobiniec: Wilcza nora
Dwie Siostry, Warszawa 2020.
Poszukiwania
Straszna rzecz: ginie zając. Wiadomo, na kogo padnie podejrzenie, nikt zresztą nie ma wątpliwości. Wdowa po zającu na razie jest zbyt zapłakana i roztrzęsiona, żeby w ogóle zajmować się śledztwem. Zresztą – angażuje od razu sprytnych prawników, najlepszych w całym lesie w swoim fachu. Wie, że ci doprowadzą do błyskawicznego aresztowania winowajcy. Kto widzi jej cierpienie, ten rozumie, że trzeba działać szybko. I chociaż jak świat światem, wilki zawsze zjadały zające, teraz w lesie nikt nie zamierza tolerować takich wybryków. To podstawa relacji Anny Starobiniec, książki kryminalnej dla dzieci – ale z przymrużeniem oka i tak, by ubawili się nią także dorośli. To dla nich jest cała sfera parodii. Chociaż na rynku literatury dla dzieci kryminały są obecne od dawna i doczekały się nawet swojej mody, Anna Starobiniec odrzuca schematy – przynajmniej te przewidywalne i wyeksploatowane do granic możliwości. Sięga po wyznaczniki gatunku po to, żeby za ich pomocą rozśmieszać. I udaje jej się to bardzo dobrze. „Wilcza nora” w sporej części jest satyrą na relacje społeczne, nie tylko na zabawy w ramach literatury.
Pani zającowa cierpi, musi zatem zostać odsunięta na daleki plan – w śledztwie się pojawi, jako postać, która najbardziej ucierpiała – trzeba poznać jej wersję wydarzeń. Jednak to pozostali bohaterowie będą rozgrywać między sobą całą sprawę: trzeba dowiedzieć się, kto zabił zająca i zostawił jego zakrwawione zwłoki na polu. Zwłok nikt nie ogląda, autorce nie zależy na epatowaniu cierpieniem – tyle tylko, że wyobraźniowym, bo dopóki nie wiadomo, co naprawdę się wydarzyło, trudno cokolwiek wyrokować. Dwóch dzielnych śledczych prowadzi sprawę: doświadczony Borsuk i jego przybrane dziecko i wychowanek – Borsukot (którego z racji dziwacznej hybrydy nikt nie bierze na poważnie). Borsukot musi się jeszcze wiele nauczyć, natomiast czasami udaje mu się pchnąć sprawę do przodu – bez niego byłoby ciężej dojść do niektórych wniosków. Borsuk służy doświadczeniem, a do tego zapewnia poczucie bezpieczeństtwa czy spokoju, co jest bardzo ważne zwłaszcza w przypadku gdy w okolicy grasuje morderca.
Anna Starobiniec popada w dwie skrajności. Potrafi budować atmosferę grozy – horror dla zajęczej rodziny udziela się części bohaterów (antropomorfizowanych, inaczej nie byłoby dowcipu), strach zaczyna przemawiać przez kolejne zwierzęta. Ale równie ważne dla autorki staje się wyszukiwanie żartów i przestrzeni do satyry – kryminał zamienia się w popis śmiechu. Co ważne, Starobiniec kieruje się do różnych grup odbiorców – zaangażuje w bajkę dzieci – co oczywiste, „Wilcza nora” jest tomem z literatury czwartej. Dorosłych uwiedzie natomiast pomysłami na dowcipy z ich kręgów – zrozumiałych w odniesieniu do prawdziwych śledztw, ale też – do gatunkowych wyznaczników. „Wilcza nora” to zatem publikacja, którą można z powodzeniem polecać czytelnikom – zwłaszcza tym, którzy lubią prześmiewczość.
Poszukiwania
Straszna rzecz: ginie zając. Wiadomo, na kogo padnie podejrzenie, nikt zresztą nie ma wątpliwości. Wdowa po zającu na razie jest zbyt zapłakana i roztrzęsiona, żeby w ogóle zajmować się śledztwem. Zresztą – angażuje od razu sprytnych prawników, najlepszych w całym lesie w swoim fachu. Wie, że ci doprowadzą do błyskawicznego aresztowania winowajcy. Kto widzi jej cierpienie, ten rozumie, że trzeba działać szybko. I chociaż jak świat światem, wilki zawsze zjadały zające, teraz w lesie nikt nie zamierza tolerować takich wybryków. To podstawa relacji Anny Starobiniec, książki kryminalnej dla dzieci – ale z przymrużeniem oka i tak, by ubawili się nią także dorośli. To dla nich jest cała sfera parodii. Chociaż na rynku literatury dla dzieci kryminały są obecne od dawna i doczekały się nawet swojej mody, Anna Starobiniec odrzuca schematy – przynajmniej te przewidywalne i wyeksploatowane do granic możliwości. Sięga po wyznaczniki gatunku po to, żeby za ich pomocą rozśmieszać. I udaje jej się to bardzo dobrze. „Wilcza nora” w sporej części jest satyrą na relacje społeczne, nie tylko na zabawy w ramach literatury.
Pani zającowa cierpi, musi zatem zostać odsunięta na daleki plan – w śledztwie się pojawi, jako postać, która najbardziej ucierpiała – trzeba poznać jej wersję wydarzeń. Jednak to pozostali bohaterowie będą rozgrywać między sobą całą sprawę: trzeba dowiedzieć się, kto zabił zająca i zostawił jego zakrwawione zwłoki na polu. Zwłok nikt nie ogląda, autorce nie zależy na epatowaniu cierpieniem – tyle tylko, że wyobraźniowym, bo dopóki nie wiadomo, co naprawdę się wydarzyło, trudno cokolwiek wyrokować. Dwóch dzielnych śledczych prowadzi sprawę: doświadczony Borsuk i jego przybrane dziecko i wychowanek – Borsukot (którego z racji dziwacznej hybrydy nikt nie bierze na poważnie). Borsukot musi się jeszcze wiele nauczyć, natomiast czasami udaje mu się pchnąć sprawę do przodu – bez niego byłoby ciężej dojść do niektórych wniosków. Borsuk służy doświadczeniem, a do tego zapewnia poczucie bezpieczeństtwa czy spokoju, co jest bardzo ważne zwłaszcza w przypadku gdy w okolicy grasuje morderca.
Anna Starobiniec popada w dwie skrajności. Potrafi budować atmosferę grozy – horror dla zajęczej rodziny udziela się części bohaterów (antropomorfizowanych, inaczej nie byłoby dowcipu), strach zaczyna przemawiać przez kolejne zwierzęta. Ale równie ważne dla autorki staje się wyszukiwanie żartów i przestrzeni do satyry – kryminał zamienia się w popis śmiechu. Co ważne, Starobiniec kieruje się do różnych grup odbiorców – zaangażuje w bajkę dzieci – co oczywiste, „Wilcza nora” jest tomem z literatury czwartej. Dorosłych uwiedzie natomiast pomysłami na dowcipy z ich kręgów – zrozumiałych w odniesieniu do prawdziwych śledztw, ale też – do gatunkowych wyznaczników. „Wilcza nora” to zatem publikacja, którą można z powodzeniem polecać czytelnikom – zwłaszcza tym, którzy lubią prześmiewczość.
Justyna Bednarek: Fasola Eulalii
Egmont, Warszawa 2020.
Roślina
Wszystkie dzieci przechodzą ten etap fascynacji wyhodowaniem rośliny z ziarenka fasoli - to obowiązkowy element edukacji i jednocześnie wspaniała zabawa dla maluchów, kosztująca niewiele, a angażująca na dłuższy czas. Wystarczy trochę gazy, gumka recepturka albo sznurek, słoik z wodą i ziarenko fasoli, by wkrótce cieszyć się efektami. "Fasola Eulalii" Justyny Bednarek to pokazanie tego procesu w prostej lekturze, na pierwszym poziomie cyklu Czytam sobie. To jednocześnie podpowiedź, czym mogą się zająć maluchy - każdy ma szansę stworzyć własną roślinę - i lekcja czytania. "Fasola Eulalii" ma jednak oczywiści pewne ograniczenia. Na pierwszym poziomie cyklu autorzy muszą korzystać z wyrazów niezawierających ani dwuznaków, ani zmiękczeń, co oznacza, że czasami nieźle się gimnastykują, żeby znaleźć odpowiednie słowa. I w efekcie niekiedy trafiają na hasła, które nie funkcjonują w zwykłym języku najmłodszych, albo takie, które są zbyt kolokwialne na lekturę i nie pasują do całości. Justyna Bednarek ma problem z kiełkowaniem rośliny: wszystko tu "wyłazi", bo tylko tak da się uniknąć dwuznaków. Fasolka bywa zdrabniana (jako "fasolinka" czy "grubiutka" to akurat dziwne rozwiązanie, może chodziło o złagodzenie przymiotnika "gruba"). Jest tu słonko, które łypie, są utalentowane łapki - wszystko jakby trochę obok tekstu właściwego, nietrafione stylistycznie, ale spełniające wymogi cyklu na poziomie pierwszym. Zamiast pseudonimu pojawiło się "pseudo". Owszem, gubi się trochę Justyna Bednarek w słowach - kiedy musi szukać synonimów albo w ogóle rezygnować z jakiegoś czasownika na rzecz równoważnika zdania, za to pasującego do obowiązujących zasad. Jednak czasami też niepotrzebnie komplikuje dzieciom zadanie przez własne pomysły: oto Eulalia, kuzynka Eufrozyny - tak przedstawia się bohaterka tomiku. I oznacza to, że już na starcie dzieci spotkają się z bohaterką, której imienia nie znały i które wywoła trudności. Ciężko to przeczytać, ciężko zapamiętać - bo przecież tomik kierowany jest do najmłodszych odbiorców, do dzieci, które dopiero mają wprawiać się w lekturze. O ile dorośli z łatwością docenią tu dowcip, o tyle dzieci (które w elementarzach mają rozmaite "Ale" lub "Ole", przy Eulalii i Eufrozynie będą się męczyć, kompletnie niepotrzebnie - bo później przecież to fasolka pojawia się w centrum zainteresowania.
Daria Solak zajmuje się w "Fasoli Eulalii" stroną graficzną. Stawia na proste kształty, które przypadną do gustu maluchom: proponuje uśmiechnięte fasolki, motywy kwiatowe albo utensylia kuchenne przedstawione na tle kafelków. Nie ma tu wychodzenia poza rzeczywistość - jedyny wyłom w tej kwestii stanowi uśmiechnięta buzia fasolowej bohaterki. "Fasola Eulalii" to prosta historyjka, która przypomina najmłodszym, że samodzielnie mogą stworzyć zalążek ogródka - zachęca autorka do działań proekologicznych, a przy okazji uczy czytania. I to jest podstawowy cel tomiku.
Roślina
Wszystkie dzieci przechodzą ten etap fascynacji wyhodowaniem rośliny z ziarenka fasoli - to obowiązkowy element edukacji i jednocześnie wspaniała zabawa dla maluchów, kosztująca niewiele, a angażująca na dłuższy czas. Wystarczy trochę gazy, gumka recepturka albo sznurek, słoik z wodą i ziarenko fasoli, by wkrótce cieszyć się efektami. "Fasola Eulalii" Justyny Bednarek to pokazanie tego procesu w prostej lekturze, na pierwszym poziomie cyklu Czytam sobie. To jednocześnie podpowiedź, czym mogą się zająć maluchy - każdy ma szansę stworzyć własną roślinę - i lekcja czytania. "Fasola Eulalii" ma jednak oczywiści pewne ograniczenia. Na pierwszym poziomie cyklu autorzy muszą korzystać z wyrazów niezawierających ani dwuznaków, ani zmiękczeń, co oznacza, że czasami nieźle się gimnastykują, żeby znaleźć odpowiednie słowa. I w efekcie niekiedy trafiają na hasła, które nie funkcjonują w zwykłym języku najmłodszych, albo takie, które są zbyt kolokwialne na lekturę i nie pasują do całości. Justyna Bednarek ma problem z kiełkowaniem rośliny: wszystko tu "wyłazi", bo tylko tak da się uniknąć dwuznaków. Fasolka bywa zdrabniana (jako "fasolinka" czy "grubiutka" to akurat dziwne rozwiązanie, może chodziło o złagodzenie przymiotnika "gruba"). Jest tu słonko, które łypie, są utalentowane łapki - wszystko jakby trochę obok tekstu właściwego, nietrafione stylistycznie, ale spełniające wymogi cyklu na poziomie pierwszym. Zamiast pseudonimu pojawiło się "pseudo". Owszem, gubi się trochę Justyna Bednarek w słowach - kiedy musi szukać synonimów albo w ogóle rezygnować z jakiegoś czasownika na rzecz równoważnika zdania, za to pasującego do obowiązujących zasad. Jednak czasami też niepotrzebnie komplikuje dzieciom zadanie przez własne pomysły: oto Eulalia, kuzynka Eufrozyny - tak przedstawia się bohaterka tomiku. I oznacza to, że już na starcie dzieci spotkają się z bohaterką, której imienia nie znały i które wywoła trudności. Ciężko to przeczytać, ciężko zapamiętać - bo przecież tomik kierowany jest do najmłodszych odbiorców, do dzieci, które dopiero mają wprawiać się w lekturze. O ile dorośli z łatwością docenią tu dowcip, o tyle dzieci (które w elementarzach mają rozmaite "Ale" lub "Ole", przy Eulalii i Eufrozynie będą się męczyć, kompletnie niepotrzebnie - bo później przecież to fasolka pojawia się w centrum zainteresowania.
Daria Solak zajmuje się w "Fasoli Eulalii" stroną graficzną. Stawia na proste kształty, które przypadną do gustu maluchom: proponuje uśmiechnięte fasolki, motywy kwiatowe albo utensylia kuchenne przedstawione na tle kafelków. Nie ma tu wychodzenia poza rzeczywistość - jedyny wyłom w tej kwestii stanowi uśmiechnięta buzia fasolowej bohaterki. "Fasola Eulalii" to prosta historyjka, która przypomina najmłodszym, że samodzielnie mogą stworzyć zalążek ogródka - zachęca autorka do działań proekologicznych, a przy okazji uczy czytania. I to jest podstawowy cel tomiku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






