Bukowy Las, Wrocław 2019.
Ratunek
Kiedy w grę wchodzi fanatyzm, trudno o zdrowy rozsądek. Wie o tym Alex, której rodzina rozpadła się za sprawą sekt. Najpierw rodzice opuścili dwie dziewczyny, bliźniaczki – Alex i Dani nie chciały trafić z nimi do grupy wyznaniowej, za którą podążali. Później w niewyjaśnionych okolicznościach Dani zniknęła i nie można trafić na jej trop. Alex została sama – a właśnie teraz najbardziej potrzebuje wsparcia. Zatrudniła się w portalu randkowym, który kojarzy ludzi ze względu na ich upodobania seksualne: ułatwia spotkania tym, którzy wiedzą, czego chcą. Sama Alex pracuje z Carlem, psychologiem stosującym niekonwencjonalne metody docierania do pacjentów. Chociaż Alex pacjentką nie jest, i na niej wypróbowuje swoje rozwiązania. Zresztą przez nietypowe doświadczenia i eksplozję emocji Alex może dotrzeć do zakamarków umysłu, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewała. A to w pewien sposób przybliża ją do rozwiązania zagadki zniknięcia Dani. Przecież osławiona więź między bliźniaczkami nie może zniknąć, gdy jedna z kobiet ma poważne kłopoty. Alex przez cały czas zastanawia się, jak pomóc Dani. Jest przez to bezbronna i podatna na wpływy, może się okazać, że na własne życzenie zrobi sobie krzywdę – nie może jednak ustać w poszukiwaniach, przecież Dani jest jedyną bliską jej osobą, jaką jeszcze – prawdopodobnie – można ocalić. Trzeba się jednak bardzo spieszyć, bo dochodzące z podświadomości sygnały są bardzo niepokojące. Alex nie oddziela wytworów wyobraźni od przeczuć, a przeczuć od wiedzy – jednak liczy na to, że uda jej się dotrzeć do bliźniaczki zanim będzie za późno i że uwolni ją z pułapki.
Drobne narracyjne migawki w powieści pokazują, co w tym samym czasie dzieje się z Dani. Kobieta odcięta od świata, więziona i zmuszana do uległości wobec anonimowego przywódcy, jest przygotowywana do pewnego rytuału. W miejscu, w którym się znajduje, wszyscy wierzą, że została wybrana i że jej los jest już przesądzony. Dani ma wziąć udział w wielkiej ceremonii, zanim jednak do niej dojdzie, musi przejść szereg upokarzających i wywołujących ból zadań. Kobieta uczy się, jakich reakcji się od niej oczekuje, ale przez cały czas snuje plany ucieczki. Nie wie, czy może liczyć na kogokolwiek, zwłaszcza że nie ma jak poinformować Alex o swoich przeżyciach. Rozdzielone bliźniaczki toczą zatem każda swoją walkę – żeby sobie wzajemnie pomóc. Obie przecież potrzebują wsparcia. „Biała krypta” nie jest jednak sensacyjną powieścią o ucieczce z niewoli – to literacka analiza działania sekty. Mariette Lindstein ostrzega czytelników, pokazuje im, jak funkcjonuje sekta i jakie mechanizmy destrukcyjne wprowadza w życie. Tu sekta ma wiele wymiarów – osobnym tematem jest motyw porzucenia dzieci przez rodziców poszukujących wiary dla siebie, osobnym – krzywda, jaka dzieje się Dani. Lindstein wie, o czym pisze – i mniej ważna staje się dla niej akcja, a bardziej przesłania dla odbiorców.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 6 stycznia 2020
niedziela, 5 stycznia 2020
Karolina Prewęcka: Mela Muter. Gorączka życia
Fabuła Fraza, Warszawa 2019.
Życie w sztuce
Mela Muter to nie tylko malarka, ale i muza rozmaitych twórców, kobieta inteligentna i piękna, na długo przez szerokie grono odbiorców zapomniana. Teraz Karolina Prewęcka przybliża czytelnikom jej postać i dokonania, przypominając jednocześnie o roli, jaką odegrała w życiu kulturalnym ta, którą później starano się wymazać ze wspomnień. Mela Muter niby jest samoukiem jeśli chodzi o malowanie – w rzeczywistości pobiera jednak nauki i rozwija się w tej dziedzinie w Paryżu. Pozuje artystom – biografię Prewęckiej zdobi szereg portretów w różnych stylach i technikach. Przyjaźni się z poetami – wielką rolę w jej życiu odegra Staff, ale i Rainer Maria Rilke się tu pojawi. Gdzieś w tle przewija się Olga Boznańska – na brak kontaktów z artystami Mela Muter narzekać nie może. Tom „Gorączka życia” pokazuje ją w pracy twórczej – między innymi za sprawą drobnych analiz czy komentarzy do wybieranych rodzajów malarstwa – ale też w prywatnej codzienności. Karolina Prewęcka przeprowadza czytelników i przez portrety rodzinne, pokazuje, w jakim domu przyszła na świat Mela Muter – ale długo opowiada również o małżeństwie artystki i o późniejszych perypetiach rozwodowych, zwraca uwagę tak samo baczną na dokonania w ramach sztuki jak i na towarzyskie relacje. Mela Muter funkcjonuje tu jako postać wyjątkowo barwna i obrastająca anegdotami – działa w ten sposób na ciekawość odbiorców, co jest tym ważniejsze, że opowieści i obrazy się zachowały – a fotografie w niewielkim tylko stopniu. Karolina Prewęcka pokazuje też swoją bohaterkę w kontekście wielkich wydarzeń, stara się odwzorować jej charakter i przyczynić się do wprowadzenia osoby z krwi i kości do świadomości społecznej. To zadanie niełatwe, jednak tom „Gorączka życia” będzie dobrym sposobem na przyjrzenie się tej postaci.
Karolina Prewęcka wybiera dość krótkie rozdziały, w których bardzo starannie wyważa proporcje: raz rejestruje spotkania lub dane biograficzne, raz – wrażenia, zupełnie jakby zależało jej na przekonaniu czytelników co do prawdziwości bohaterki tomu. Pozwala przeżywać doświadczenia Meli Muter, towarzyszyć jej w rozważaniach i pomysłach – dzięki temu zresztą lektura nabiera barw i okazuje się bardzo intrygująca nie tylko dla odbiorców poszukujących wiadomości z dziedziny historii sztuki. Równie dobrze autorka czuje się w żydowskiej rodzinie, jak i na ulicach Paryża, za każdym razem przedstawia Melę Muter zjawiskowo. W efekcie ta publikacja nawet dla czytelników, którzy nie interesowali się do tej pory historią sztuki może być wciągająca. Sporo w książce reprodukcji, tak, że tom „Gorączka życia” zamienia się wręcz w album, dzięki któremu odbiorcy mogą obejrzeć artystyczne dokonania Meli Muter – ale też ją samą w ujęciu innych artystów: wiele tu jej portretów lub nawet zdjęć. Ważne jest to, że żadna praca nie pozostaje bez komentarza, autorka dba o to, by w podpisach zawierały się kolejne detale biograficzne.
Życie w sztuce
Mela Muter to nie tylko malarka, ale i muza rozmaitych twórców, kobieta inteligentna i piękna, na długo przez szerokie grono odbiorców zapomniana. Teraz Karolina Prewęcka przybliża czytelnikom jej postać i dokonania, przypominając jednocześnie o roli, jaką odegrała w życiu kulturalnym ta, którą później starano się wymazać ze wspomnień. Mela Muter niby jest samoukiem jeśli chodzi o malowanie – w rzeczywistości pobiera jednak nauki i rozwija się w tej dziedzinie w Paryżu. Pozuje artystom – biografię Prewęckiej zdobi szereg portretów w różnych stylach i technikach. Przyjaźni się z poetami – wielką rolę w jej życiu odegra Staff, ale i Rainer Maria Rilke się tu pojawi. Gdzieś w tle przewija się Olga Boznańska – na brak kontaktów z artystami Mela Muter narzekać nie może. Tom „Gorączka życia” pokazuje ją w pracy twórczej – między innymi za sprawą drobnych analiz czy komentarzy do wybieranych rodzajów malarstwa – ale też w prywatnej codzienności. Karolina Prewęcka przeprowadza czytelników i przez portrety rodzinne, pokazuje, w jakim domu przyszła na świat Mela Muter – ale długo opowiada również o małżeństwie artystki i o późniejszych perypetiach rozwodowych, zwraca uwagę tak samo baczną na dokonania w ramach sztuki jak i na towarzyskie relacje. Mela Muter funkcjonuje tu jako postać wyjątkowo barwna i obrastająca anegdotami – działa w ten sposób na ciekawość odbiorców, co jest tym ważniejsze, że opowieści i obrazy się zachowały – a fotografie w niewielkim tylko stopniu. Karolina Prewęcka pokazuje też swoją bohaterkę w kontekście wielkich wydarzeń, stara się odwzorować jej charakter i przyczynić się do wprowadzenia osoby z krwi i kości do świadomości społecznej. To zadanie niełatwe, jednak tom „Gorączka życia” będzie dobrym sposobem na przyjrzenie się tej postaci.
Karolina Prewęcka wybiera dość krótkie rozdziały, w których bardzo starannie wyważa proporcje: raz rejestruje spotkania lub dane biograficzne, raz – wrażenia, zupełnie jakby zależało jej na przekonaniu czytelników co do prawdziwości bohaterki tomu. Pozwala przeżywać doświadczenia Meli Muter, towarzyszyć jej w rozważaniach i pomysłach – dzięki temu zresztą lektura nabiera barw i okazuje się bardzo intrygująca nie tylko dla odbiorców poszukujących wiadomości z dziedziny historii sztuki. Równie dobrze autorka czuje się w żydowskiej rodzinie, jak i na ulicach Paryża, za każdym razem przedstawia Melę Muter zjawiskowo. W efekcie ta publikacja nawet dla czytelników, którzy nie interesowali się do tej pory historią sztuki może być wciągająca. Sporo w książce reprodukcji, tak, że tom „Gorączka życia” zamienia się wręcz w album, dzięki któremu odbiorcy mogą obejrzeć artystyczne dokonania Meli Muter – ale też ją samą w ujęciu innych artystów: wiele tu jej portretów lub nawet zdjęć. Ważne jest to, że żadna praca nie pozostaje bez komentarza, autorka dba o to, by w podpisach zawierały się kolejne detale biograficzne.
Morris, Goscinny: Lucky Luke. W górę Missisipi
Egmont, Warszawa 2019.
Na wodzie
Kapitan Barrows ma poważny problem: chciałby spokojnie przeprowadzać rejsy przez Missisipi, ale uniemożliwia mu to były pirat, rywal i przeciwnik, który nie wie, co to znaczy grać fair. Konkurent wyzywa Barrowsa na pojedynek w postaci wyścigu po rzece. Kto wygra, będzie mógł kontynuować swój biznes, przegrany straci wszystko. A ponieważ nie zamierza przebierać w środkach – i zastosuje każdą metodę na zwycięstwo – kapitanowi Barrowsowi trzeba będzie pomóc. Na szczęście na jego drodze staje Lucky Luke – i zostaje błyskawicznie zaangażowany w akcję. Kapitan Barrows przytomnie zwraca się z prośbą o ratunek, a samotny kowboj nigdy nie odmawia potrzebującym. Tak zaczyna się historia „W górę Missisipi”, komiks klasyczny, przygotowywany jeszcze przez duet Morris i Goscinny – więc absolutna podstawa cyklu.
W tej bajce wszystko toczy się zgodnie z planem i schematem znanym odbiorcom w każdym wieku. Na początku Lucky Luke zostaje wmieszany w potyczkę dwóch dżentelmenów (nawet jeśli jeden z nich jest podejrzanej konduity, i tak nie ma mowy o prostym mordobiciu czy skandalach), opowiada się po stronie dobra – i uczestniczy w przeprawie. Ma za zadanie bezpiecznie doprowadzić z punktu A do punktu B uczestników wyprawy. To oznacza – w prostej linii – konieczność przewidywania niebezpieczeństw i reagowanie na zagrożenia. Na szczęście Lucky Luke jest wybitnym strzelcem, a jego dzielny koń Jolly Jumper dorównuje mu inteligencją i sprytem. Obaj wiedzą, jak wyjść cało z opresji, znają pułapki przygotowywane przez przeciwników i radzą sobie w każdej sytuacji. Wszystko musi zakończyć się triumfem Lucky Luke'a – a właściwie człowieka, który poprosił go o pomoc: samotny kowboj jedzie dalej na swoją prerię i trafia na kolejnych potrzebujących wsparcia. Ten system prowadzi do śmiechu odbiorców, wiąże się z powtarzalnością i systematycznością, która podsyca komizm. Śmiech jest bowiem podstawową wartością historii. Uruchamiany na różnych płaszczyznach – przy fabule polega na powtarzalności i przewidywalności rozwiązań. Tu i tak zmiana tła jest potężna, bo rzecz rozgrywa się na wodzie – kowboj na statku to okazja do nowych opowieści i scenek. Sytuacje znane wilkom morskim przefiltrowane przez poetykę Dzikiego Zachodu to zabawa, którą proponują autorzy czytelnikom. Jak zwykle w przypadku przygód Lucky Luke'a będzie tu bardzo dużo drugoplanowych żartów i pomysłów, które ucieszą odbiorców w różnym wieku. Co ważne, humor z tych komiksów się nie starzeje – w dalszym ciągu można znaleźć fanów cyklu wśród przedstawicieli kilku pokoleń. Dzieciom spodoba się coś innego niż dorosłym – ci ostatni będą odczytywać kolejne zabawy intertekstualne i nawiązania do rzeczywistości. Ta opowieść przygotowana została starannie, z dbałością o detale i ze świadomością konwencji. Lucky Luke może doprowadzić do weryfikowania stereotypów, chociaż chyba częściej tylko je podsyca. Jest przy tym sympatyczny, nie papierowy – to zapewni mu przychylność odbiorców. O kresce komiksowej nie ma już co pisać, wiadomo, że przygody Lucky Luke'a to popis rysownika.
Na wodzie
Kapitan Barrows ma poważny problem: chciałby spokojnie przeprowadzać rejsy przez Missisipi, ale uniemożliwia mu to były pirat, rywal i przeciwnik, który nie wie, co to znaczy grać fair. Konkurent wyzywa Barrowsa na pojedynek w postaci wyścigu po rzece. Kto wygra, będzie mógł kontynuować swój biznes, przegrany straci wszystko. A ponieważ nie zamierza przebierać w środkach – i zastosuje każdą metodę na zwycięstwo – kapitanowi Barrowsowi trzeba będzie pomóc. Na szczęście na jego drodze staje Lucky Luke – i zostaje błyskawicznie zaangażowany w akcję. Kapitan Barrows przytomnie zwraca się z prośbą o ratunek, a samotny kowboj nigdy nie odmawia potrzebującym. Tak zaczyna się historia „W górę Missisipi”, komiks klasyczny, przygotowywany jeszcze przez duet Morris i Goscinny – więc absolutna podstawa cyklu.
W tej bajce wszystko toczy się zgodnie z planem i schematem znanym odbiorcom w każdym wieku. Na początku Lucky Luke zostaje wmieszany w potyczkę dwóch dżentelmenów (nawet jeśli jeden z nich jest podejrzanej konduity, i tak nie ma mowy o prostym mordobiciu czy skandalach), opowiada się po stronie dobra – i uczestniczy w przeprawie. Ma za zadanie bezpiecznie doprowadzić z punktu A do punktu B uczestników wyprawy. To oznacza – w prostej linii – konieczność przewidywania niebezpieczeństw i reagowanie na zagrożenia. Na szczęście Lucky Luke jest wybitnym strzelcem, a jego dzielny koń Jolly Jumper dorównuje mu inteligencją i sprytem. Obaj wiedzą, jak wyjść cało z opresji, znają pułapki przygotowywane przez przeciwników i radzą sobie w każdej sytuacji. Wszystko musi zakończyć się triumfem Lucky Luke'a – a właściwie człowieka, który poprosił go o pomoc: samotny kowboj jedzie dalej na swoją prerię i trafia na kolejnych potrzebujących wsparcia. Ten system prowadzi do śmiechu odbiorców, wiąże się z powtarzalnością i systematycznością, która podsyca komizm. Śmiech jest bowiem podstawową wartością historii. Uruchamiany na różnych płaszczyznach – przy fabule polega na powtarzalności i przewidywalności rozwiązań. Tu i tak zmiana tła jest potężna, bo rzecz rozgrywa się na wodzie – kowboj na statku to okazja do nowych opowieści i scenek. Sytuacje znane wilkom morskim przefiltrowane przez poetykę Dzikiego Zachodu to zabawa, którą proponują autorzy czytelnikom. Jak zwykle w przypadku przygód Lucky Luke'a będzie tu bardzo dużo drugoplanowych żartów i pomysłów, które ucieszą odbiorców w różnym wieku. Co ważne, humor z tych komiksów się nie starzeje – w dalszym ciągu można znaleźć fanów cyklu wśród przedstawicieli kilku pokoleń. Dzieciom spodoba się coś innego niż dorosłym – ci ostatni będą odczytywać kolejne zabawy intertekstualne i nawiązania do rzeczywistości. Ta opowieść przygotowana została starannie, z dbałością o detale i ze świadomością konwencji. Lucky Luke może doprowadzić do weryfikowania stereotypów, chociaż chyba częściej tylko je podsyca. Jest przy tym sympatyczny, nie papierowy – to zapewni mu przychylność odbiorców. O kresce komiksowej nie ma już co pisać, wiadomo, że przygody Lucky Luke'a to popis rysownika.
sobota, 4 stycznia 2020
Błażej Strzelczyk: Moja żona głaszcze jeże. Rozmowy małżeńskie
Czarne, Wołowiec 2019.
Długoletnie związki
Błażej Strzelczyk chce się dowiedzieć, jak funkcjonują związku z długim stażem – co zrobić, żeby nie znudzić się drugą osobą, jak wypracowywać kompromisy, ale też – czy możliwa jest miłość, kiedy ciało coraz bardziej się starzeje. Przeprowadza dziesięć rozmów z małżonkami, którzy wytrwali ze sobą przez dekady – i z cyklu wywiadów układa opowieść dla odbiorców. Opowieść anegdotyczną i pełną ciekawostek, za każdym razem prezentującą inne zagadnienia. Bo chociaż Błażej Strzelczyk pewne pytania stara się powtarzać: zależy mu między innymi na dowiedzeniu się, jak starzeć się wspólnie, to jednak daje się poprowadzić rozmówcom i umożliwia im przedstawienie własnego mikroświata. I tak w przypadku Hanny i Antoniego Gucwińskich będzie śledzić relacje dotyczące zwierząt, w przypadku Barbary i Ludwika Wilczyńskich – górskie wyprawy. Przy Henryce Krzywonos-Strycharskiej i Krzysztofie Strycharskim najpierw zainteresuje się wprawdzie przepisem na związek, ale dość szybko przejdzie do tematu adoptowania dzieci i tworzenia rodziny zastępczej. U Grażyny i Wojciecha Jagielskich sprawdza, jaka jest cena za pozwalanie małżonkowi na realizowanie pasji – dowie się też, jak partnerzy w związku uzupełniają się wzajemnie. Czasami zadaje pytania o przeszłość, o to, jak małżeństwa radziły sobie w trudnej politycznej codzienności, czasami – próbuje zaprezentować teraźniejszość z wyzwaniami, na jakie młodzi dawniej ludzie nie byli przygotowani, kiedy decydowali się spędzić razem życie. Wypytuje – może niedyskretnie, ale na pewno intrygująco z perspektywy czytelników – o kłótnie i sposoby dochodzenia do porozumienia, zdarza się, że dowiaduje się pewnych rzeczy równolegle z mężem. Błażej Strzelczyk nie chce przeszkadzać rozmówcom, pytania zadaje jakby nieśmiało i z boku, żeby pchnąć rozmowę dalej lub zdobyć jakieś niezbędne akurat uzupełnienie – ale unika radykalnych zmian w dyskusjach. Jeśli nie otrzymuje odpowiedzi na konkretne pytanie, nie nalega. Pozostaje na marginesie – bo wie, że właściwymi bohaterami książki są jego bohaterowie i to, co uda im się odkryć.
W tych wyznaniach widać, jak ludzie potrafią różnie oceniać jedną sytuację – i jak uczą się dążenia do porozumienia. Nie ma małżeństw idealnych, niektórzy kłócą się w ogóle w towarzystwie dziennikarza – dyskusje dotyczą różnych kwestii. Równie często rozmówcy podkreślają konieczność wybaczania i przepracowania tego, co było dawniej – przypominają trudne dla siebie momenty i uświadamiają czytelnikom, że zawsze trzeba szukać kompromisów. Jedni poświęcają się bardziej, inni nie muszą, bo mają identyczne zainteresowania i priorytety. Liczą się tu wzajemne wpływy i oczekiwania, umiejętność pozostawiania za sobą uraz i mówienia o oczekiwaniach. Całkiem niezłą receptę na związek odkrywa się tutaj mimochodem, przy okazji śledzenia komentarzy kolejnych par. Błażej Strzelczyk dzięki wysłuchiwaniu szeregu historii o byciu razem może pokazać czytelnikom, jak pracować nad sobą. Ta lektura przynosi rozrywkę, ale można z niej również dowiedzieć się czegoś ważnego o relacjach z drugim człowiekiem – Strzelczyk przypomina, jak budować udany związek na długie lata.
Długoletnie związki
Błażej Strzelczyk chce się dowiedzieć, jak funkcjonują związku z długim stażem – co zrobić, żeby nie znudzić się drugą osobą, jak wypracowywać kompromisy, ale też – czy możliwa jest miłość, kiedy ciało coraz bardziej się starzeje. Przeprowadza dziesięć rozmów z małżonkami, którzy wytrwali ze sobą przez dekady – i z cyklu wywiadów układa opowieść dla odbiorców. Opowieść anegdotyczną i pełną ciekawostek, za każdym razem prezentującą inne zagadnienia. Bo chociaż Błażej Strzelczyk pewne pytania stara się powtarzać: zależy mu między innymi na dowiedzeniu się, jak starzeć się wspólnie, to jednak daje się poprowadzić rozmówcom i umożliwia im przedstawienie własnego mikroświata. I tak w przypadku Hanny i Antoniego Gucwińskich będzie śledzić relacje dotyczące zwierząt, w przypadku Barbary i Ludwika Wilczyńskich – górskie wyprawy. Przy Henryce Krzywonos-Strycharskiej i Krzysztofie Strycharskim najpierw zainteresuje się wprawdzie przepisem na związek, ale dość szybko przejdzie do tematu adoptowania dzieci i tworzenia rodziny zastępczej. U Grażyny i Wojciecha Jagielskich sprawdza, jaka jest cena za pozwalanie małżonkowi na realizowanie pasji – dowie się też, jak partnerzy w związku uzupełniają się wzajemnie. Czasami zadaje pytania o przeszłość, o to, jak małżeństwa radziły sobie w trudnej politycznej codzienności, czasami – próbuje zaprezentować teraźniejszość z wyzwaniami, na jakie młodzi dawniej ludzie nie byli przygotowani, kiedy decydowali się spędzić razem życie. Wypytuje – może niedyskretnie, ale na pewno intrygująco z perspektywy czytelników – o kłótnie i sposoby dochodzenia do porozumienia, zdarza się, że dowiaduje się pewnych rzeczy równolegle z mężem. Błażej Strzelczyk nie chce przeszkadzać rozmówcom, pytania zadaje jakby nieśmiało i z boku, żeby pchnąć rozmowę dalej lub zdobyć jakieś niezbędne akurat uzupełnienie – ale unika radykalnych zmian w dyskusjach. Jeśli nie otrzymuje odpowiedzi na konkretne pytanie, nie nalega. Pozostaje na marginesie – bo wie, że właściwymi bohaterami książki są jego bohaterowie i to, co uda im się odkryć.
W tych wyznaniach widać, jak ludzie potrafią różnie oceniać jedną sytuację – i jak uczą się dążenia do porozumienia. Nie ma małżeństw idealnych, niektórzy kłócą się w ogóle w towarzystwie dziennikarza – dyskusje dotyczą różnych kwestii. Równie często rozmówcy podkreślają konieczność wybaczania i przepracowania tego, co było dawniej – przypominają trudne dla siebie momenty i uświadamiają czytelnikom, że zawsze trzeba szukać kompromisów. Jedni poświęcają się bardziej, inni nie muszą, bo mają identyczne zainteresowania i priorytety. Liczą się tu wzajemne wpływy i oczekiwania, umiejętność pozostawiania za sobą uraz i mówienia o oczekiwaniach. Całkiem niezłą receptę na związek odkrywa się tutaj mimochodem, przy okazji śledzenia komentarzy kolejnych par. Błażej Strzelczyk dzięki wysłuchiwaniu szeregu historii o byciu razem może pokazać czytelnikom, jak pracować nad sobą. Ta lektura przynosi rozrywkę, ale można z niej również dowiedzieć się czegoś ważnego o relacjach z drugim człowiekiem – Strzelczyk przypomina, jak budować udany związek na długie lata.
piątek, 3 stycznia 2020
Jacek Dehnel: Ale z naszymi umarłymi
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
Atak zombie
Nie jest to motyw nowy i Jacek Dehnel za sam pomysł gratulacji raczej nie zbierze, natomiast jeśli chodzi o realizację – zaspokoi najwybredniejsze gusta. Pochód umarlaków – zombie, ale w wymiarze patriotycznym, prawdziwych Polaków, którzy wstają z grobu i łączą się, żeby ocalać ojczyznę – to metafora czytelna i jednocześnie całkiem trafna, nie przeszkadza nawet to, że wtórna. „Ale z naszymi umarłymi” jest zatem ostrą satyrą na to, co dzieje się w codzienności – i co niekoniecznie bywa dla postronnych zrozumiałe ze wszystkimi konsekwencjami. Bohaterowie muszą zmierzyć się z odmiennymi poglądami, z przywiązaniem do tradycji, wartości, ideałów, które poruszają już chyba tylko poprzednie – niekoniecznie żyjące – pokolenia. Marsz zombie eksponuje podziały w społeczeństwie, jest gorzką oceną tego, jak łatwo da się skłócić ludzi. Mógłby być przestrogą – ale to raczej kassandryczne wołanie, nie znajdzie odbiorców. Jacek Dehnel niby się bawi i sięga do motywów z fantastyki dla rozrywki – ale przesłanie tomu przesącza goryczą. Tak samo jak umarli nie przejdą niepostrzeżenie przez centra wielkich miast, ludzie żyjący i prawdziwi nie będą mogli wrócić do tego, co było przed atakiem. Zresztą grono zombie ciągle się powiększa – choćby przez ukąszenia żyjących – te skutkują przejściem na drugą stronę i zasileniem szeregów wroga. Gra wydaje się przegrana już na starcie.
Nie od razu zombiaki wstają z grobów i maszerują przed siebie. Najpierw bohaterowie toczą zwyczajne życie, Dehnel portretuje codzienność, jaką znają odbiorcy z własnego otoczenia albo z bezpośrednich obserwacji. Jest tu starsza pani, która szuka dla siebie rozwojowych zajęć, żeby nie gnuśnieć w domu i nie dać się rutynie, jest para gejów tworzących związek otwarty, ale przesycony czasami zazdrością lub wzajemnymi pretensjami. Jest też grono sąsiadów, którzy nie tolerują „inności” i zamierzają nawrócić sypiających ze sobą mężczyzn na własny światopogląd. Wszystko wydaje się do bólu przewidywalne i swojskie – a jednocześnie uchwycone w sytuacji, która wymaga radykalnych zmian. Jest autor znakomitym obserwatorem – i pisarzem, który pozwala przekonać do swoich wniosków odbiorców. Można bardzo łatwo przywiązać się do jego wizji realnego świata, zaakceptować obyczajowość z rozmaitymi niesnaskami międzyludzkimi i czekać na to, co będzie dalej – niestety, dalej Dehnel ucieka w świat fantazji i przewidywalnych metafor, stawia na tani horror o podstawie satyry społecznej – i ten pierwszy efekt, zachwyt trafnością psuje. Co będzie potem, to już zależy od czytelników i oczekiwań, jakie mają – sama wizja konserwatyzmu, który uniemożliwia postęp, nie jest przecież odkrywcza.
To sprawna i dobra literatura, tyle tylko, że momentami dość przewidywalna w ideach i morałach. Samą stylistyką nie da się utrzymać czytelników do końca, z kolei nagły przeskok między gatunkami to trochę jak niezrealizowana obietnica – a jednak „Ale z naszymi umarłymi” będzie robić wrażenie na czytelnikach.
Atak zombie
Nie jest to motyw nowy i Jacek Dehnel za sam pomysł gratulacji raczej nie zbierze, natomiast jeśli chodzi o realizację – zaspokoi najwybredniejsze gusta. Pochód umarlaków – zombie, ale w wymiarze patriotycznym, prawdziwych Polaków, którzy wstają z grobu i łączą się, żeby ocalać ojczyznę – to metafora czytelna i jednocześnie całkiem trafna, nie przeszkadza nawet to, że wtórna. „Ale z naszymi umarłymi” jest zatem ostrą satyrą na to, co dzieje się w codzienności – i co niekoniecznie bywa dla postronnych zrozumiałe ze wszystkimi konsekwencjami. Bohaterowie muszą zmierzyć się z odmiennymi poglądami, z przywiązaniem do tradycji, wartości, ideałów, które poruszają już chyba tylko poprzednie – niekoniecznie żyjące – pokolenia. Marsz zombie eksponuje podziały w społeczeństwie, jest gorzką oceną tego, jak łatwo da się skłócić ludzi. Mógłby być przestrogą – ale to raczej kassandryczne wołanie, nie znajdzie odbiorców. Jacek Dehnel niby się bawi i sięga do motywów z fantastyki dla rozrywki – ale przesłanie tomu przesącza goryczą. Tak samo jak umarli nie przejdą niepostrzeżenie przez centra wielkich miast, ludzie żyjący i prawdziwi nie będą mogli wrócić do tego, co było przed atakiem. Zresztą grono zombie ciągle się powiększa – choćby przez ukąszenia żyjących – te skutkują przejściem na drugą stronę i zasileniem szeregów wroga. Gra wydaje się przegrana już na starcie.
Nie od razu zombiaki wstają z grobów i maszerują przed siebie. Najpierw bohaterowie toczą zwyczajne życie, Dehnel portretuje codzienność, jaką znają odbiorcy z własnego otoczenia albo z bezpośrednich obserwacji. Jest tu starsza pani, która szuka dla siebie rozwojowych zajęć, żeby nie gnuśnieć w domu i nie dać się rutynie, jest para gejów tworzących związek otwarty, ale przesycony czasami zazdrością lub wzajemnymi pretensjami. Jest też grono sąsiadów, którzy nie tolerują „inności” i zamierzają nawrócić sypiających ze sobą mężczyzn na własny światopogląd. Wszystko wydaje się do bólu przewidywalne i swojskie – a jednocześnie uchwycone w sytuacji, która wymaga radykalnych zmian. Jest autor znakomitym obserwatorem – i pisarzem, który pozwala przekonać do swoich wniosków odbiorców. Można bardzo łatwo przywiązać się do jego wizji realnego świata, zaakceptować obyczajowość z rozmaitymi niesnaskami międzyludzkimi i czekać na to, co będzie dalej – niestety, dalej Dehnel ucieka w świat fantazji i przewidywalnych metafor, stawia na tani horror o podstawie satyry społecznej – i ten pierwszy efekt, zachwyt trafnością psuje. Co będzie potem, to już zależy od czytelników i oczekiwań, jakie mają – sama wizja konserwatyzmu, który uniemożliwia postęp, nie jest przecież odkrywcza.
To sprawna i dobra literatura, tyle tylko, że momentami dość przewidywalna w ideach i morałach. Samą stylistyką nie da się utrzymać czytelników do końca, z kolei nagły przeskok między gatunkami to trochę jak niezrealizowana obietnica – a jednak „Ale z naszymi umarłymi” będzie robić wrażenie na czytelnikach.
czwartek, 2 stycznia 2020
Roman Dziewoński: Siła komizmu... destrukcyjna?
LTW, Łomianki 2019.
Śmiech pod lupą
Roman Dziewoński tym razem wydaje się narratorem mocno rozgoryczonym: gdzieś w tomie przewija się informacja, że nie wszystkimi książkami wydawcy są zainteresowani (a wypada to bardzo osobiście, zupełnie jakby kryła się za tym historia, której czytelnicy nie mają szansy poznać), ponadto wprowadza „swój” znak interpunkcyjny, ironik – którym opatruje prawie wszystkie cytaty ze skeczy, zupełnie jakby nie wierzył w inteligencję swoich czytelników i wolał im wężykiem podkreślać puenty. Odbiorców znajdzie – ale przede wszystkim wśród tych, którzy dopiero odkrywają w modzie na retro aktorów wybitnych i ich komediowe kreacje. W książce „Siła komizmu… destrukcyjna?” sięga po sylwetki czterech wielkich artystów komediowych: Edwarda Dziewońskiego, Mieczysława Czechowicza, Wiesława Gołasa i Bogumiła Kobielę. Zbiera anegdoty z ich udziałem, opisuje, jacy byli poza sceną i na scenie, odwołuje się do ich najbardziej znanych ról. Wykorzystuje przy tym własne znajomości – to, że mógł poznać wszystkich od kulis i dotrzeć do informacji, których przeciętny odbiorca samodzielnie by nie zdobył. Bardzo obficie cytuje swoich rozmówców, momentami robi wręcz z książki mozaikę cytatów – przy czym niektóre relacje są już czytelnikom znane z poprzednich książek (albo należą do sklasyczniałych już i powszechnie znanych motywów). Pisze, żeby przedstawiać rolę komizmu i pomysły na wcielenia artystyczne, a także – żeby utrwalić wielkich w anegdocie. Dla czytelników ma mnóstwo śmiechu i odwołań do kultowych dzisiaj scenek (choćby kreacji Filipinek w kabarecie), sprawi, że będą oni chcieli przypomnieć sobie konkretne momenty z historii śmiechu. Jednocześnie zwraca też uwagę zwłaszcza młodszych pokoleń na znakomitych aktorów, próbuje uchwycić to, co świadczyło o ich wyjątkowości i wyczuciu scenicznym.
Nie ma jednak Roman Dziewoński spójnego pomysłu na tę książkę. Tworzy tom bardziej z sentymentu niż z chęci powiedzenia czegoś nowego – zresztą sam jest świadomy, że na rynku wciąż dostępne są publikacje dotyczące na przykład jego ojca (a w tym wypadku może się też odwołać do jego zapisków wspomnieniowych, chociaż dziwi fakt, że – do najnowszego wydania; cytuje więc coś, co czytelnicy zdążyli już poznać z pierwszej ręki i zaskoczeni wiadomościami na pewno nie będą). Odrzuca chronologię czy jakiekolwiek porządkowanie treści ze względu na biografie aktorów. Relacjonuje wydarzenia, jak mu się przypomni, albo wybiera pojedyncze tematy i później je rozwija. Jeśli ktoś potrzebuje lektury akcentującej zależności towarzysko-śmiechotwórcze, trafi idealnie: tutaj znajdzie mnóstwo powodów do radości. Roman Dziewoński mimo nieszczęsnego ironika i utyskiwań ma przecież wyczucie puenty i jest w stanie przedstawiać czytelnikom ciekawostki związane ze sceną nie tylko kabaretową. Fakt, że swoim tomem rozbudza apetyty na oglądanie fragmentów występów – ale z tym akurat problemu nie będzie. Można zatem powiedzieć, że uzupełnia wiadomości czytelników i biografie aktorów, gromadząc to, co charakteryzuje wielką czwórkę najlepiej – ich skłonność do wygłupów i robionych sobie wzajemnie niespodzianek scenicznych. To książka, którą najlepiej czytać po prostu dla przyjemności.
Śmiech pod lupą
Roman Dziewoński tym razem wydaje się narratorem mocno rozgoryczonym: gdzieś w tomie przewija się informacja, że nie wszystkimi książkami wydawcy są zainteresowani (a wypada to bardzo osobiście, zupełnie jakby kryła się za tym historia, której czytelnicy nie mają szansy poznać), ponadto wprowadza „swój” znak interpunkcyjny, ironik – którym opatruje prawie wszystkie cytaty ze skeczy, zupełnie jakby nie wierzył w inteligencję swoich czytelników i wolał im wężykiem podkreślać puenty. Odbiorców znajdzie – ale przede wszystkim wśród tych, którzy dopiero odkrywają w modzie na retro aktorów wybitnych i ich komediowe kreacje. W książce „Siła komizmu… destrukcyjna?” sięga po sylwetki czterech wielkich artystów komediowych: Edwarda Dziewońskiego, Mieczysława Czechowicza, Wiesława Gołasa i Bogumiła Kobielę. Zbiera anegdoty z ich udziałem, opisuje, jacy byli poza sceną i na scenie, odwołuje się do ich najbardziej znanych ról. Wykorzystuje przy tym własne znajomości – to, że mógł poznać wszystkich od kulis i dotrzeć do informacji, których przeciętny odbiorca samodzielnie by nie zdobył. Bardzo obficie cytuje swoich rozmówców, momentami robi wręcz z książki mozaikę cytatów – przy czym niektóre relacje są już czytelnikom znane z poprzednich książek (albo należą do sklasyczniałych już i powszechnie znanych motywów). Pisze, żeby przedstawiać rolę komizmu i pomysły na wcielenia artystyczne, a także – żeby utrwalić wielkich w anegdocie. Dla czytelników ma mnóstwo śmiechu i odwołań do kultowych dzisiaj scenek (choćby kreacji Filipinek w kabarecie), sprawi, że będą oni chcieli przypomnieć sobie konkretne momenty z historii śmiechu. Jednocześnie zwraca też uwagę zwłaszcza młodszych pokoleń na znakomitych aktorów, próbuje uchwycić to, co świadczyło o ich wyjątkowości i wyczuciu scenicznym.
Nie ma jednak Roman Dziewoński spójnego pomysłu na tę książkę. Tworzy tom bardziej z sentymentu niż z chęci powiedzenia czegoś nowego – zresztą sam jest świadomy, że na rynku wciąż dostępne są publikacje dotyczące na przykład jego ojca (a w tym wypadku może się też odwołać do jego zapisków wspomnieniowych, chociaż dziwi fakt, że – do najnowszego wydania; cytuje więc coś, co czytelnicy zdążyli już poznać z pierwszej ręki i zaskoczeni wiadomościami na pewno nie będą). Odrzuca chronologię czy jakiekolwiek porządkowanie treści ze względu na biografie aktorów. Relacjonuje wydarzenia, jak mu się przypomni, albo wybiera pojedyncze tematy i później je rozwija. Jeśli ktoś potrzebuje lektury akcentującej zależności towarzysko-śmiechotwórcze, trafi idealnie: tutaj znajdzie mnóstwo powodów do radości. Roman Dziewoński mimo nieszczęsnego ironika i utyskiwań ma przecież wyczucie puenty i jest w stanie przedstawiać czytelnikom ciekawostki związane ze sceną nie tylko kabaretową. Fakt, że swoim tomem rozbudza apetyty na oglądanie fragmentów występów – ale z tym akurat problemu nie będzie. Można zatem powiedzieć, że uzupełnia wiadomości czytelników i biografie aktorów, gromadząc to, co charakteryzuje wielką czwórkę najlepiej – ich skłonność do wygłupów i robionych sobie wzajemnie niespodzianek scenicznych. To książka, którą najlepiej czytać po prostu dla przyjemności.
środa, 1 stycznia 2020
Antoni Libera: Godot i jego cień
PIW, Warszawa 2019.
Podróż za Beckettem
Antoni Libera Beckettem żyje i to od dekad. W tomie „Godot i jego cień”, autobiograficznym zestawie przygód literackich związanych z tym autorem, zwierza się czytelnikom z doświadczeń tłumacza i niemal wyznawcy. Zdaje relację z początków fascynacji i z poszukiwań, które później zaowocowały możliwością przekładania literatury. Becketta odkrywa przez teatr i przez tomiki – zapomniane, znajdowane w cudzych księgozbiorach albo w księgarniach zagranicznych, wykradane podstępem lub uzyskiwane cudem. Przez książki, na które go w żaden sposób nie stać i które zmuszają do kreatywności niekoniecznie chwalebnej. Becketta po polsku jest mało, to jednak tylko dodatkowe wyzwanie i inspiracja, a nie przeszkoda. Antoni Libera przeprowadza czytelników przez swoje doświadczenia, żeby trochę wytłumaczyć źródła pasji, a trochę zarazić stosunkiem do literatury. Zadaje sobie pytania na temat autora oraz jego bohaterów i szuka odpowiedzi – z tych odkryć również zdaje relację czytelnikom. Stopniowo uczy się rozumieć Becketta i popularyzuje jego twórczość w Polsce. Opowiada o spotkaniach, które były naturalną konsekwencją zainteresowań, prowadzi przez specyfikę humoru. Między anegdoty z prywatnego życia coraz częściej włącza też relację z zanurzania się w twórczości Becketta – i z odczytywania tej literatury na różnych płaszczyznach. Dzięki temu może zwrócić uwagę czytelników na zagadnienia zwykle niemedialne – na pracę, która nie wydaje się szczególnie atrakcyjna. Ma Libera reportażowe zacięcie, nieobce są też mu chwyty ironisty – kiedy opowiada o przeszłości, to z humorem i z wyczuciem puent, pozwala odbiorcom podążać za sobą, żeby zaangażować ich jeszcze bardziej w temat. Czasami w ogóle pokazuje swoje odkrycia, olśnienia tłumacza i matematyczne wyliczenia, żeby uświadomić, że w tej twórczości nie ma przypadków. Jednak im bardziej Libera wczytuje się w Becketta, tym więcej pytań mu się nasuwa – i coraz trudniej jest paradoksalnie znaleźć wyjaśnienia.
Jak każdy odkrywca, Antoni Libera chce się podzielić z całym światem swoimi uwagami. Szuka możliwości publikacji własnych odkryć i dopiero gdy przebrnie przez początkową niechęć wydawców, jego kariera może nabrać tempa. Ukoronowaniem tej opowieści będzie spotkanie z Beckettem, zanim to jednak nastąpi, życie dostarczy Liberze jeszcze mnóstwa materiału do śmiechu (czasami śmiechu przez łzy) i powodów do nieustającej walki. Z reguły odbiorcy nie mają pojęcia o podobnych perypetiach i o drodze, jaką musi przebyć autorytet zanim trafi do masowej wyobraźni – Antoni Libera pozwala przyjrzeć się zestawowi komplikacji i jałowych dyskusji. Po latach może na szczęście wracać do wspomnień z dobrodusznym uśmiechem, rozbawiając także odbiorców. „Godot i jego cień” to możliwość zajrzenia do warsztatu tłumacza i namiętnego czytelnika, jest to zatem lektura nie dla wszystkich – za to pasjonująca, bo też i stworzona z pasji. Antoni Libera dzieli się z odbiorcami zakulisową opowieścią o odkrywaniu Becketta – zatem każdy, kto jest ciekawy, jak wyglądała droga do popularyzowania twórczości tego autora w Polsce, może z obszernego tomu wydobyć całkiem sporo informacji.
Podróż za Beckettem
Antoni Libera Beckettem żyje i to od dekad. W tomie „Godot i jego cień”, autobiograficznym zestawie przygód literackich związanych z tym autorem, zwierza się czytelnikom z doświadczeń tłumacza i niemal wyznawcy. Zdaje relację z początków fascynacji i z poszukiwań, które później zaowocowały możliwością przekładania literatury. Becketta odkrywa przez teatr i przez tomiki – zapomniane, znajdowane w cudzych księgozbiorach albo w księgarniach zagranicznych, wykradane podstępem lub uzyskiwane cudem. Przez książki, na które go w żaden sposób nie stać i które zmuszają do kreatywności niekoniecznie chwalebnej. Becketta po polsku jest mało, to jednak tylko dodatkowe wyzwanie i inspiracja, a nie przeszkoda. Antoni Libera przeprowadza czytelników przez swoje doświadczenia, żeby trochę wytłumaczyć źródła pasji, a trochę zarazić stosunkiem do literatury. Zadaje sobie pytania na temat autora oraz jego bohaterów i szuka odpowiedzi – z tych odkryć również zdaje relację czytelnikom. Stopniowo uczy się rozumieć Becketta i popularyzuje jego twórczość w Polsce. Opowiada o spotkaniach, które były naturalną konsekwencją zainteresowań, prowadzi przez specyfikę humoru. Między anegdoty z prywatnego życia coraz częściej włącza też relację z zanurzania się w twórczości Becketta – i z odczytywania tej literatury na różnych płaszczyznach. Dzięki temu może zwrócić uwagę czytelników na zagadnienia zwykle niemedialne – na pracę, która nie wydaje się szczególnie atrakcyjna. Ma Libera reportażowe zacięcie, nieobce są też mu chwyty ironisty – kiedy opowiada o przeszłości, to z humorem i z wyczuciem puent, pozwala odbiorcom podążać za sobą, żeby zaangażować ich jeszcze bardziej w temat. Czasami w ogóle pokazuje swoje odkrycia, olśnienia tłumacza i matematyczne wyliczenia, żeby uświadomić, że w tej twórczości nie ma przypadków. Jednak im bardziej Libera wczytuje się w Becketta, tym więcej pytań mu się nasuwa – i coraz trudniej jest paradoksalnie znaleźć wyjaśnienia.
Jak każdy odkrywca, Antoni Libera chce się podzielić z całym światem swoimi uwagami. Szuka możliwości publikacji własnych odkryć i dopiero gdy przebrnie przez początkową niechęć wydawców, jego kariera może nabrać tempa. Ukoronowaniem tej opowieści będzie spotkanie z Beckettem, zanim to jednak nastąpi, życie dostarczy Liberze jeszcze mnóstwa materiału do śmiechu (czasami śmiechu przez łzy) i powodów do nieustającej walki. Z reguły odbiorcy nie mają pojęcia o podobnych perypetiach i o drodze, jaką musi przebyć autorytet zanim trafi do masowej wyobraźni – Antoni Libera pozwala przyjrzeć się zestawowi komplikacji i jałowych dyskusji. Po latach może na szczęście wracać do wspomnień z dobrodusznym uśmiechem, rozbawiając także odbiorców. „Godot i jego cień” to możliwość zajrzenia do warsztatu tłumacza i namiętnego czytelnika, jest to zatem lektura nie dla wszystkich – za to pasjonująca, bo też i stworzona z pasji. Antoni Libera dzieli się z odbiorcami zakulisową opowieścią o odkrywaniu Becketta – zatem każdy, kto jest ciekawy, jak wyglądała droga do popularyzowania twórczości tego autora w Polsce, może z obszernego tomu wydobyć całkiem sporo informacji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






