* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 listopada 2024

Ann Fraistat: Dom masek

HarperYA, Warszawa 2024.

Siła duchów

Ann Fraistat zabiera odbiorców do tajemniczego domu owianego złą sławą, jeśli chodzi o obecność w nim duchów i o niewytłumaczalne zaginięcia. Jednak Libby i Vivi nie mają wyboru: to rodzinna posiadłość ich matki, a ponieważ dziewczyny muszą zmienić miejsce zamieszkania i zacząć wszystko od nowa – wydaje się on najlepszą przystanią na najbliższy czas. Wszystko przez próbę samobójczą Libby. Bohaterka cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową i zanim została zdiagnozowana, postanowiła rozstać się ze światem. Znaleziona przez młodszą siostrę i uratowana teraz może podjąć terapię i na nowo uczyć się radości istnienia. I w zasadzie choroba jest potrzebna autorce tylko do wyzwolenia zmian w życiu rodziny. Doświadczenia z niedalekiej przeszłości zniszczyły więź między nastolatkami – zmieniły też zachowanie mamy. Libby wie, że powrót do normalności będzie trwał długo, jednak nie spodziewa się, z jakimi komplikacjami będzie się wiązał. Bo dom, który ma być nowym schronieniem, jest co najmniej dziwny. Wszędzie pojawia się mnóstwo owadów (co zachwyca Vivi, przyszłą entomolożkę). Owady powtarzają się też na witrażach: w domu nie ma zwyczajnych okien, a te, które są stworzone z kolorowych szybek zostały zabite deskami od zewnątrz i od środka. Jakby tego było mało, nocami na podwórzu rozgrywają się sceny jak z seansu spirytystycznego. Przy tych odkryciach dziwne rozwiązania w zakresie umeblowania pokoi nie robią już zbyt dużego wrażenia.

Libby jest przez mamę zniechęcana do poszukiwania historii starego domu – tym gorliwiej szuka więc wiadomości o niewyjaśnionych zaginięciach i o spirytystach przewijających się przez to miejsce w przeszłości. Poznaje jednego z sąsiadów, rówieśnika, który jest mocno zaangażowany w opowieści o duchach i wie, jak je wywoływać – a to prowadzi do niebezpiecznych eksperymentów. Dziewczyna odkrywa w oknach maski – szklane przedmioty, które pomagają w dokonywaniu niemożliwego. Ale wejście w świat pełen duchów nie może pozostać bez śladu w umysłach i ciałach bohaterów. Zagadki się mnożą, a osobiste pobudki prowadzą do kolejnych komplikacji. Robi się coraz groźniej. Co ciekawe, chociaż Ann Fraistat mocno bazuje na temacie duchów i ich mocy, nie tym buduje grozę swojej powieści. Dba o jej jakość obyczajową i o psychologiczną prawdę – dzięki temu uzyskuje wyjątkowy klimat. W pewnym momencie mocno zaczyna chlapać krwią, ale bez tego nie udałoby jej się podkreślić dramatyzmu akcji i przekonać czytelników, że walka z zaświatami jest wyjątkowo trudna. Wprowadza własne zasady dla prezentowanej rzeczywistości, dzięki czemu opowieść będzie dla odbiorców atrakcyjna w każdej płaszczyźnie. Autorka bardzo dobrze przemyślała motywacje postaci – wprowadza kolejne wyzwania i problemy tak, by uczestnictwo w wydarzeniach było rzeczą naturalną, bez względu na to, jak absurdalne wydaje się otoczenie i kontekst. Jest w tej powieści moc, która zafascynuje czytelników, jest odejście od scenariuszy schematycznych na rzecz pomysłowych rozwiązań. Można nie lubić gatunku – ale każdy doceni jakość prozy i strukturę „Domu masek”, powieści, w której największe koszmary stają się rzeczywistością.

piątek, 30 kwietnia 2021

Agnieszka Bednarska: Piętno Katriny

Media Rodzina, Poznań 2021.

Zło później

Agnieszkę Bednarską kusi to, co mroczne i nie do końca wyjaśnione. To, co w psychice ludzkiej prowadzić może do życiowych tragedii i to, co przeraża. Inspiracje czerpie z faktów trudnych do przyswojenia: wykorzystuje prawdziwe opowieści o psychopatach, żeby zapewnić czytelnikom horror. Huragan Katrina jest w tej historii tłem, motywem przypominającym o kruchości istnienia. Wprowadza także lęk. Przyroda jest potężna. Ludzie potrafią zamienić się w potwory i przynieść równie wielkie koszmary. Amy to młoda dziewczyna, która trafia do Norco Valley w poszukiwaniu lepszego życia. Nie ułożyło się jej z własną rodziną, wydarzyło się coś, przed czym Amy po prostu ucieka - tak jest łatwiej niż bez przerwy się tłumaczyć i narażać na ostracyzm. W nowym miejscu stara się być szczęśliwa. Pracuje i próbuje się przydawać jako wsparcie dla ludzi potrzebujących pomocy. Wszystko, żeby nie myśleć o swoich dramatach. Może pomóc zwłaszcza Hubertowi. Jego żona, Rebeka, nie pogodziła się ze stratą pierworodnego syna. Najpierw nastolatek będący prawdopodobnie pod wpływem silnych środków odurzających groził jej śmiercią. Później w niewyjaśnionych okolicznościach popełnił samobójstwo - okoliczności są tu ważne, bo być może ktoś mu pomógł. To nie koniec mroku. Rebeka została przez męża zmuszona do przeprowadzki i odcięcia się od przeszłości. W tajemnicę miejsca wprowadza Amy kilkuletni syn Rebeki. On jest w stanie dostrzec znacznie więcej niż zwykli ludzie. Zdaje sobie sprawę z istnienia zjawisk nadprzyrodzonych, tyle tylko, że nikt mu nie wierzy.

"Piętno Katriny" to niejednokierunkowy thriller. Agnieszka Bednarska nie chce udzielać prostych odpowiedzi, zwłaszcza gdy w grę wchodzą sprawy delikatnej psychiki. Kłopoty są logicznym następstwem zaburzonej pracy mózgu. To coś, co co nawet najbliżsi dostrzec będą mogli dopiero wtedy, gdy będzie za późno. Ta powieść jest kwintesencją wyzwań, które są prawdopodobne (choć niekoniecznie w aż takim stężeniu) lub w ogóle zapożyczone z rzeczywistości - i które brzmią jak horror w najczystszej postaci. Bardzo mocno Bednarska podkreśla obecność psychopatów i ich rolę w komplikowaniu losów rodzin. Naświetla dość precyzyjnie mechanizmy ich działania, chociaż nie byłaby w stanie wymienić kolejnych oznak i stworzyć ich systematyki. Wyczula jednak odbiorców na sytuacje i scenki, które powinny zaalarmować. Ocenia psychopatów jest tu jednoznaczna i na szczęście autorka nie rozbudza niepotrzebnych nadziei. Znajduje za to sporo argumentów za tym, żeby jak najszybciej zerwać kontakt i uciec. Pisze ta autorka sprawnie. Jest w stanie nabudować atmosferę i wyzwalać strach czytelników. Nie bazuje na infantylności. Nawet kiedy przedstawia zjawiska nadprzyrodzone, odbiorcy jej uwierzą - nie posługuje się bowiem tanimi chwytami. Horror w jej wykonaniu czerpie dużo z chorób psychicznych i fałszowania rzeczywistości przez mózg, autorka odwołuje się też do zjawisk niewyjaśnionych po to, by zwrócić uwagę czytelników. Nie musi racjonalnie wyjaśniać tego, co samo w sobie jest nieracjonalne. Daje sobie radę z rozwijaniem fabuły i z kreowaniem przekonujących charakterów postaci. "Piętno Katriny" to powieść dla bardziej wymagających czytelników. Autorka dąży do przedstawienia ludzkich dramatów w formie, która zaintryguje czytelników. Proponuje im książkę dość trudną (chociaż w konwencji rozrywkowej), ale satysfakcjonującą. Pełne kreacje bohaterów i odważny rozwój akcji - to to, co Agnieszka Bednarska ma do zaoferowania. Umiejętnie wykorzystuje nawet najbardziej nieprawdopodobne tematy.

piątek, 3 stycznia 2020

Jacek Dehnel: Ale z naszymi umarłymi

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Atak zombie

Nie jest to motyw nowy i Jacek Dehnel za sam pomysł gratulacji raczej nie zbierze, natomiast jeśli chodzi o realizację – zaspokoi najwybredniejsze gusta. Pochód umarlaków – zombie, ale w wymiarze patriotycznym, prawdziwych Polaków, którzy wstają z grobu i łączą się, żeby ocalać ojczyznę – to metafora czytelna i jednocześnie całkiem trafna, nie przeszkadza nawet to, że wtórna. „Ale z naszymi umarłymi” jest zatem ostrą satyrą na to, co dzieje się w codzienności – i co niekoniecznie bywa dla postronnych zrozumiałe ze wszystkimi konsekwencjami. Bohaterowie muszą zmierzyć się z odmiennymi poglądami, z przywiązaniem do tradycji, wartości, ideałów, które poruszają już chyba tylko poprzednie – niekoniecznie żyjące – pokolenia. Marsz zombie eksponuje podziały w społeczeństwie, jest gorzką oceną tego, jak łatwo da się skłócić ludzi. Mógłby być przestrogą – ale to raczej kassandryczne wołanie, nie znajdzie odbiorców. Jacek Dehnel niby się bawi i sięga do motywów z fantastyki dla rozrywki – ale przesłanie tomu przesącza goryczą. Tak samo jak umarli nie przejdą niepostrzeżenie przez centra wielkich miast, ludzie żyjący i prawdziwi nie będą mogli wrócić do tego, co było przed atakiem. Zresztą grono zombie ciągle się powiększa – choćby przez ukąszenia żyjących – te skutkują przejściem na drugą stronę i zasileniem szeregów wroga. Gra wydaje się przegrana już na starcie.

Nie od razu zombiaki wstają z grobów i maszerują przed siebie. Najpierw bohaterowie toczą zwyczajne życie, Dehnel portretuje codzienność, jaką znają odbiorcy z własnego otoczenia albo z bezpośrednich obserwacji. Jest tu starsza pani, która szuka dla siebie rozwojowych zajęć, żeby nie gnuśnieć w domu i nie dać się rutynie, jest para gejów tworzących związek otwarty, ale przesycony czasami zazdrością lub wzajemnymi pretensjami. Jest też grono sąsiadów, którzy nie tolerują „inności” i zamierzają nawrócić sypiających ze sobą mężczyzn na własny światopogląd. Wszystko wydaje się do bólu przewidywalne i swojskie – a jednocześnie uchwycone w sytuacji, która wymaga radykalnych zmian. Jest autor znakomitym obserwatorem – i pisarzem, który pozwala przekonać do swoich wniosków odbiorców. Można bardzo łatwo przywiązać się do jego wizji realnego świata, zaakceptować obyczajowość z rozmaitymi niesnaskami międzyludzkimi i czekać na to, co będzie dalej – niestety, dalej Dehnel ucieka w świat fantazji i przewidywalnych metafor, stawia na tani horror o podstawie satyry społecznej – i ten pierwszy efekt, zachwyt trafnością psuje. Co będzie potem, to już zależy od czytelników i oczekiwań, jakie mają – sama wizja konserwatyzmu, który uniemożliwia postęp, nie jest przecież odkrywcza.

To sprawna i dobra literatura, tyle tylko, że momentami dość przewidywalna w ideach i morałach. Samą stylistyką nie da się utrzymać czytelników do końca, z kolei nagły przeskok między gatunkami to trochę jak niezrealizowana obietnica – a jednak „Ale z naszymi umarłymi” będzie robić wrażenie na czytelnikach.

niedziela, 15 grudnia 2019

Martyna Raduchowska: Fałszywy pieśniarz

Foksal, Warszawa 2019.

Ratunek po śmierci

Ida to „szamanka od umarlaków”, która powraca w trzecim tomie cyklu, by pomagać w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Sprawdza się doskonale jako medium i może być tajemniczą informatorką policji. Pod jednym warunkiem: że śledczy nie będą zadawali zbyt wielu pytań. Bo Ida przekazuje im informacje, które budzą co najmniej niepokój, to bohaterka, która świetnie orientuje się w przebiegu zbrodni, zachowaniach sprawców, motywacjach i rozkładzie pomieszczeń, w których nigdy nie była. Ida ma dar – i ten dar w dobrym celu wykorzystuje. A ponieważ we Wrocławiu zaczynają się mnożyć niewyjaśnione tragedie, Ida musi ponownie wkroczyć do akcji. Przy okazji powinna też zmierzyć się z własnymi demonami i trafić do miejsca, które wydawało się wykluczyła już ze swoich eskapad. Jednak dla dobra śledztwa i przy wsparciu wtajemniczonych kolegów z policji może podjąć ryzyko. I tak największą cenę zapłaci ona sama – ale nie da się żyć z „darem” i nie wykorzystywać go dla dobra ludzkości.

Martyna Raduchowska sięga po postać sympatycznej „szamanki od umarlaków” i za jej pomocą przekonuje odbiorców do czytania powieści fantastycznych pożenionych z thrillerami i horrorami. „Fałszywy pieśniarz” to udany mariaż gatunkowy. Autorka wykorzystuje tu nie tylko wyobraźnię i schematy znane z kryminałów, bawi się motywami i samą narracją. Zaprasza czytelników do gry polegającej na odkrywaniu kolejnych źródeł inspiracji formalnych. Serwuje zestaw oryginalnych połączeń – co ciekawe, nie zdradza tych wyrafinowanych intelektualnych zabaw okładka, raczej odstraszająca tych, którzy od horrorów i niskiej rozrywki literackiej trzymają się z daleka – tymczasem zawartość tomu nie rozczaruje nawet bardzo ambitnych czytelników. Raduchowska wpatruje się trochę w Martę Kisiel, podobnie próbuje łączyć światy: rzeczywistość znaną odbiorcom (chociaż w klimacie noir) i zaświaty, pełne upiorów, trupów i zjaw. Bohaterkę realną wtrąca w kontekst oniryczny i obserwuje, jak ta sobie radzi z codziennymi wyzwaniami. Jest w tym odrobina śmiechu, więcej puszczania oka do odbiorców – jest też czysta przyjemność prowadzenia sprawnej narracji. Martyna Raduchowska wie, czego chce od tekstu, bez problemu panuje nad emocjami czytelników i ładnie nakreśla motywacje postaci. Nawet dla tych, którzy nie przepadają za horrorami, ma sporo atrakcji. „Fałszywy pieśniarz” to wielowątkowa i polifoniczna powieść, w której autorka udowadnia, że można gatunek kojarzony z niską rozrywką wynieść bardzo wysoko.

Co ciekawe, nie można jednoznacznie stwierdzić, czy Raduchowska lepiej czuje się w prozie realistycznej, czy w poszukiwaniu punktów stycznych z zaświatami. Płynne są granice w opisach, nie ma wymuszania akcji przez warunki panujące w jednej albo drugiej przestrzeni, wszystko wynika z siebie w sposób bardzo naturalny i może przekonywać czytelników. Śledzenie samej intrygi powiązane jest z delikatnym humorem, mimo że całkiem sporo tu dylematów okołomoralnych – istotnych dla bohaterki. Martyna Raduchowska proponuje inne oblicze fantastyki.

piątek, 5 kwietnia 2019

Keith Donohue: O chłopcu, który rysował potwory

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Dziecko w horrorze.

Jip widzi potwory. W zasadzie mieści się takie zachowanie w konwencjonalnych obrazach kilkulatków: dzieci – trochę prowokowane przez przemysł rozrywkowy, kinowe i książkowe historie, które rozprzestrzeniają to wirusowo – wierzą, że istoty z zaświatów czaić się mogą w szafie albo pod łóżkiem, a na pewno – w ciemności. Takich lęków nikt nie bierze na poważnie – nie ma podstaw do dawania wiary każdej rewelacji malucha. A jednak rodzice Jipa mają powody do niepokoju: ktoś nocami puka do okien, a w okolicy daje się zaobserwować dzika i niebezpieczna postać. Z jednej strony niezachwiana wiara w to, że potwory nie istnieją, są tylko efektem wybujałej wyobraźni albo dolegliwości żołądkowych. Z drugiej – świadomość, że Jip już i tak jest odludkiem i dziwakiem przez swoją chorobę. Cierpi ten chłopiec na zespół Aspergera i kilka innych nie do końca zdiagnozowanych schorzeń, między innymi lęk przed przestrzenią. Miewa napady agresji i potrafi nawet uderzyć dorosłych (najczęściej obrywa matka, spragniona czułości). Jeśli o potworach mówi Jip – wiadomo, że nikt nie weźmie go na serio. Nawet Nick, najlepszy przyjaciel chłopca ma już trochę dosyć monotematycznego powracania do jednej kwestii. Tyle tylko, że wokół domu marzeń naprawdę zaczyna się coś dziać – i nie jest to nic przyjemnego.

„O chłopcu, który rysował potwory” to znakomicie skonstruowany horror, w którym oczywiste wyjaśnienie nadprzyrodzonych zjawisk rzuca się czytelnikom na żer, tak, żeby w ostatnim akapicie tomu ich zaskoczyć na nowo. Oscylowanie między jawą i snem zamienia się tutaj w rozpaczliwą pogoń za normalnością, a i próbę sił. Jak przeważnie bywa, choroba dziecka dzieli rodziców. Ojciec wierzy, że uda się wyleczyć syna, bagatelizuje jego zachowania i próbuje być stanowczy, żeby wyegzekwować określone postawy. Stawia granice i wymaga, a przez to ma poczucie kontroli – i nie dostrzega kolejnych kryzysów. Matka nie może się pogodzić z codziennymi wyzwaniami. Coraz bardziej rozpaczliwie chce szukać ratunku dla dziecka. Oboje nie spodziewają się jednak, ile dla chłopca zrobić może Nick, rówieśnik i odporny na stresy kilkulatek. To on odciąża dorosłych, biorąc na siebie spędzanie czasu z Jipem. Jest wyrozumiały i dobry, chociaż czasami sam potrzebowałby odpoczynku.

Przez długi czas Donohue udaje, że prowadzi thriller albo opowieść psychologiczną. Bardzo przekonująco nakreśla sceny z domu Jipa, pozwala odbiorcom przeżywać relacje między rodzicami chłopca albo stosunki z nim samym. Najpierw udaje realizm, tak, by dało się z niego bez wysiłku uwierzyć – a potem dopiero wprowadza akceptowalne wyjaśnienia z wyobraźni. Jednak w tym punkcie opowieści ewentualne istnienie potworów nie ma już tak wielkiego znaczenia, czytelników interesować będą zupełnie inne kwestie. Przemieszanie rzeczywistych traum i powodów do zmartwień z fikcją i lękami tu sprawdza się idealnie, funkcjonują jako czynnik zapraszający do lektury. „O chłopcu, który rysował potwory” jest udaną realizacją multigatunkową, trzyma w napięciu i pokazuje czytelnikom szereg wyobraźniowych eksperymentów. O ile samych potworów Donohue tworzyć nie powinien, bo nie ma zbyt odkrywczego pomysłu – o tyle już w budowaniu kontekstu jest wstrząsający.