Agora, Warszawa 2017.
Konwencjonalne śledztwo
Dorosłym całkiem często wydaje się, że nie ma twórczości dla dzieci wolnej od detektywistyczno-przygodowego szukania skarbów. „Tarapaty” to tomik, który powstał na kanwie scenariusza filmowego – i jako adaptacja funkcjonuje trochę obok podstawowego nurtu lektur. Marta Karwowska i Katarzyna Rybiel starają się wzbogacić wydarzenia o kilka społecznych obserwacji, ale nie uprawiają literatury, bardziej – podsuwają odbiorcom tekst użytkowy, skrótowy i nastawiony na akcję oraz sensację. Ma to swoje zalety: z punktu widzenia dzieci ogólnie czytelniczemu wysiłkowi niechętnych – czyta się tę książkę całkiem szybko. Gorzej, że trudno się w nią zaangażować, uproszczenia pociągają za sobą pewne pułapki. Między innymi taką, że słabsze robią się portrety psychologiczne bohaterów, a w konsekwencji – mniej czytelne okazują się motywacje i wybory.
Olek nudzi się w wakacje i nic dziwnego, skoro za towarzysza ma tylko wiernego psa, Pulpeta. Prowadzi obserwacje, z których niewiele wynika. Do momentu, w którym do jego sąsiadki trafia Julka. Julka jest typową eurosierotą, chociaż to określenie w powieści nie padnie. Uczy się w szkole z internatem, a jej rodzice pracują za granicą. Już niedługo Julka ma się z nimi spotkać – przecież na pewno kupili jej bilet na samolot i czekają na nią. Ta nadzieja sprawia, że bohaterka dzielnie znosi docinki innych dzieci, złośliwości, ale i bezpośrednie przejawy agresji (kolejne kawałki gumy do żucia we włosach). Ale w wakacje tym razem Julka spędzi u surowej ciotki, za nowego przyjaciela mając Olka. Postacie są zatem dość typowe, a w każdym razie znane dzisiejszym odbiorcom z różnych literackich produkcji. Fabuła też nie zaskakuje. Ciotka Julki ma w domu mnóstwo cennych dokumentów, między innymi planów osiedla czy poszczególnych budynków. Te dokumenty pełnią tu rolę mapy skarbów – a i samego skarbu. Kiedy złodzieje odbiorą ciotce Julki najcenniejsze pamiątki po rodzicach, zostanie tylko jeden plan. Plan, o który walczą ze sobą różne grupy. Dzieci muszą poradzić sobie nie tylko z niebezpiecznymi tajemniczymi przestępcami – nawet z pozoru niegroźne starsze panie mogą czaić się na posiadaczy planu. Całe „Tarapaty” przebiegają właśnie tak: ktoś ściga, ktoś poszukuje, każdy próbuje przechytrzyć przeciwników. Pojawiają się bezpośrednio wygłaszane groźby i zakusy na plan, dzieci zostają zmuszone do wspólnego ryzykownego działania. Jednak adrenalina robi swoje – bohaterowie czasami się kłócą, a czasami wątpią we wzajemną przyjaźń, tracą do siebie zaufanie lub odbudowują je – w warstwie emocji dzieje się co najmniej tyle, co w akcji, ale autorki wprowadzają rozróżnienie między tymi płaszczyznami. Kiedy skupiają się na nadążaniu za akcją (tu wychodzi wada adaptacji: to nie kreowanie świata, ale próba doścignięcia i zreferowania tego, co się dzieje), pomijają aspekty psychologiczne. Kiedy omawiają stany ducha postaci – zajmują się dyskusjami czy przemyśleniami po konfliktach – tracą z oczu dzianie się.
„Tarapaty” to w dodatku tomik prosto napisany. Nastawienie na dynamikę sprawia, że autorki rezygnują z rozwijania literackiej strony tekstu, narrację traktują wyłącznie jako nośnik treści, a nie źródło przyjemności czytelników. To odbiera trochę uciechy ze śledzenia perypetii bohaterów – z drugiej strony za wadę można też uznać tendencyjność tak eksponowanej historii. Tom „Tarapaty” stanowić zatem może dodatek do filmu, sposób na przypominanie sobie upraszczanej kinowej historii – i jeszcze jedno spotkanie z bohaterami. Młodym odbiorcom taka lektura wystarczy jako namiastka opowieści – tym przyzwyczajonym do zamaszyście tworzonych narracji czegoś jednak zabraknie. „Tarapaty” to publikacja ściśle powiązana z innym medium, wiadomo, że nie ma przenosić uwagi na formę relacji – i należy po prostu o tym podczas lektury pamiętać.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 6 grudnia 2017
wtorek, 5 grudnia 2017
Ewa Zdunek: Wróżka mimo woli
W.A.B., Warszawa 2017.
Czary kryminalne
Tym, którzy do tej pory na powieści Ewy Zdunek o Emilii nie trafili, może być trochę trudno wstrzelić się w kontekst humorystyczno-ezoterycznego kryminału. Nawet nie dlatego, że jakieś wydarzenia z przeszłości rzutowałyby na rozumienie treści – ale autorka dość nonszalancko wprowadza imiona postaci znanych fanom, a nie rozwija tematu dla nowych odbiorców. Inna rzecz, że część z tych bohaterów w tle pozostanie i nie ma sensu zaprzątać sobie nimi myśli, a ci, którzy są ważni dla akcji, w końcu zaprezentują się sami.
Rodzina Emilii do zwyczajnych nie należy, podobnie jak jej otoczenie. Ojciec ma biznes polegający na połączeniu pralni i zakładu pogrzebowego. Pani Zosia nawiązuje kontakt z kosmosem, siostra Joanicja usiłuje zapanować nad kościelnym chórem „Ament”, w którym każdy chce śpiewać własnym głosem. Roksana wyjechała za nową miłością na antypody, a w pobliżu pojawia się Adam Diabeł. Sama Emilia właśnie porzuciła karierę wróżki ze względu na specyfikę problemów klientów. Ale w pobliżu dzieje się coraz więcej dziwnych rzeczy. Nie dość, że ginie nieboszczyk – dla uspokojenia rodziny (i ochrony przed skandalem) przydałoby się zastąpić go innymi zwłokami, to jeszcze Diabeł w mieszkaniu Roksany zaczyna urządzać seanse czarnej magii. Jurek na spacerze znajduje malutkiego psa z ogromnym męskim butem, a policjant prowadzący śledztwa w okolicy kompulsywnie nawija na palec nitkę, prując wszystko, co wpadnie mu w ręce.
„Wróżka mimo woli” Ewy Zdunek to obyczajówka o posmaku kryminału, którą dodatkowo urozmaica forma. Emilia prowadzi tutaj narrację albo jako krótkie dziennikowe zapiski, albo przez fragmenty maili wysyłanych do milczącej Roksany. Dzięki temu czytelnicy będą mieli pełny ogląd zwariowanej sytuacji, mimo że podzielony na drobne notatki. Takie rozwiązania formalne sprzyjają rozwijaniu dowcipu – Ewa Zdunek bardzo dba o to, by w książce było się z czego pośmiać. Najlepiej wychodzą jej drugoplanowe scenki rodzajowe, sytuacje, które nie katalizują opowieści, ale zapewniają koloryt lokalny. W samym kryminale czuje się autorka wyraźnie dużo słabiej, dość wspomnieć, że najważniejsze wskazówki bohaterka dostaje za jednym zamachem od właśnie zmarłej postaci – gdyby nie ten zabieg, niby wytłumaczony kreacją Emilii, a jednak zgrzytający w akcji, nikt by się niczego nie dowiedział. Chociaż kryminał napędza fabułę i pozwala na wszechobecny czarny humor, czegoś tu brakuje, w samej realizacji. Nie powinno się przeskakiwać kilku elementów układanki, choćby w trosce o zabawę czytelników.
We „Wróżce mimo woli” nic nie może być poważne czy przygnębiające. Bogata galeria postaci – dziwaków, oryginałów i tych, którzy nie boją się mieć własnego zdania – to powód sięgania po lekturę. Ewa Zdunek bawi się tematami, które zwykle w powieściach rozrywkowych ośmieszane nie są, ma zatem całkiem spore pole manewru. Doprowadza do tego, że czytelnicy nie wiedzą, czego się spodziewać po szalonych bohaterach, a wszystkie perypetie postaci opisuje bardzo zgrabnie. Tu panuje spory chaos w fabule, ale czynnikiem nadrzędnym jest śmiech. Ewie Zdunek udało się stworzyć lekką powieść zahaczającą o zaświaty i zjawiska nadprzyrodzone, ale zakorzenioną w tradycji czytadła dla pań.
Czary kryminalne
Tym, którzy do tej pory na powieści Ewy Zdunek o Emilii nie trafili, może być trochę trudno wstrzelić się w kontekst humorystyczno-ezoterycznego kryminału. Nawet nie dlatego, że jakieś wydarzenia z przeszłości rzutowałyby na rozumienie treści – ale autorka dość nonszalancko wprowadza imiona postaci znanych fanom, a nie rozwija tematu dla nowych odbiorców. Inna rzecz, że część z tych bohaterów w tle pozostanie i nie ma sensu zaprzątać sobie nimi myśli, a ci, którzy są ważni dla akcji, w końcu zaprezentują się sami.
Rodzina Emilii do zwyczajnych nie należy, podobnie jak jej otoczenie. Ojciec ma biznes polegający na połączeniu pralni i zakładu pogrzebowego. Pani Zosia nawiązuje kontakt z kosmosem, siostra Joanicja usiłuje zapanować nad kościelnym chórem „Ament”, w którym każdy chce śpiewać własnym głosem. Roksana wyjechała za nową miłością na antypody, a w pobliżu pojawia się Adam Diabeł. Sama Emilia właśnie porzuciła karierę wróżki ze względu na specyfikę problemów klientów. Ale w pobliżu dzieje się coraz więcej dziwnych rzeczy. Nie dość, że ginie nieboszczyk – dla uspokojenia rodziny (i ochrony przed skandalem) przydałoby się zastąpić go innymi zwłokami, to jeszcze Diabeł w mieszkaniu Roksany zaczyna urządzać seanse czarnej magii. Jurek na spacerze znajduje malutkiego psa z ogromnym męskim butem, a policjant prowadzący śledztwa w okolicy kompulsywnie nawija na palec nitkę, prując wszystko, co wpadnie mu w ręce.
„Wróżka mimo woli” Ewy Zdunek to obyczajówka o posmaku kryminału, którą dodatkowo urozmaica forma. Emilia prowadzi tutaj narrację albo jako krótkie dziennikowe zapiski, albo przez fragmenty maili wysyłanych do milczącej Roksany. Dzięki temu czytelnicy będą mieli pełny ogląd zwariowanej sytuacji, mimo że podzielony na drobne notatki. Takie rozwiązania formalne sprzyjają rozwijaniu dowcipu – Ewa Zdunek bardzo dba o to, by w książce było się z czego pośmiać. Najlepiej wychodzą jej drugoplanowe scenki rodzajowe, sytuacje, które nie katalizują opowieści, ale zapewniają koloryt lokalny. W samym kryminale czuje się autorka wyraźnie dużo słabiej, dość wspomnieć, że najważniejsze wskazówki bohaterka dostaje za jednym zamachem od właśnie zmarłej postaci – gdyby nie ten zabieg, niby wytłumaczony kreacją Emilii, a jednak zgrzytający w akcji, nikt by się niczego nie dowiedział. Chociaż kryminał napędza fabułę i pozwala na wszechobecny czarny humor, czegoś tu brakuje, w samej realizacji. Nie powinno się przeskakiwać kilku elementów układanki, choćby w trosce o zabawę czytelników.
We „Wróżce mimo woli” nic nie może być poważne czy przygnębiające. Bogata galeria postaci – dziwaków, oryginałów i tych, którzy nie boją się mieć własnego zdania – to powód sięgania po lekturę. Ewa Zdunek bawi się tematami, które zwykle w powieściach rozrywkowych ośmieszane nie są, ma zatem całkiem spore pole manewru. Doprowadza do tego, że czytelnicy nie wiedzą, czego się spodziewać po szalonych bohaterach, a wszystkie perypetie postaci opisuje bardzo zgrabnie. Tu panuje spory chaos w fabule, ale czynnikiem nadrzędnym jest śmiech. Ewie Zdunek udało się stworzyć lekką powieść zahaczającą o zaświaty i zjawiska nadprzyrodzone, ale zakorzenioną w tradycji czytadła dla pań.
poniedziałek, 4 grudnia 2017
John Green: Żółwie aż do końca
Bukowy Las, Wrocław 2017.
Bakterie
Holmesy, czyli Aza Holmes, to nastolatka, która nie potrafi odnaleźć się w zwyczajnym świecie. Ma spore problemy z własną psychiką, a jej podstawowym zmartwieniem jest to, że nosi w ciele całe mnóstwo bakterii, które mogą w każdej chwili przejąć nad nią kontrolę. Okalecza się – regularnie i od lat rozdrapuje ranę na palcu, by na nowo ją dezynfekować i opatrywać. Obsesyjnie boi się zakażenia. W jej podejściu nie pomaga terapia ani leki, które zresztą bohaterka rzadko zażywa. Zmiana mentalności, choć konieczna, jest przecież niemożliwa. Holmes w zasadzie nie ma przyjaciół, poza jedną Daisy, która jest bardzo wyrozumiała i cierpliwa. Tylko Daisy traktuje Holmes normalnie – a że to bohaterka charakterystyczna dla prozy Johna Greena, nada tempo fabule przez szaleństwa dozwolone nastolatkom.
To Daisy przynosi wiadomość o stu tysiącach dolarów nagrody dla tego, kto wskaże miejsce pobytu miliardera. Russell Pickett uciekł przed aresztowaniem i nikt nie wie, gdzie się ukrywa. Daisy zamierza rozwiązać tę zagadkę i wskazać policji trop. Dla niej to szansa na lepsze życie: jest biedna, wie, że nie stać jej na opłacenie czesnego na studia, zmęczyła się też już pracą w sieciowej restauracji. Pamięta również o jednym: Holmes znała syna owego miliardera. Postanawia więc wciągnąć przyjaciółkę w działania detektywistyczne. I tak w życie odludka Holmes wkracza Davis, rówieśnik, który – jak się okazuje – doskonale wie, kim jest Aza i często o niej myśli. To oczywisty początek romansu nastolatków, pierwszej miłości, która musi pokonać rozmaite przeszkody, w tym – lęk Azy przed zakażeniem. Bo trudno choćby trzymać się za ręce, nie mówiąc o zwykłym pocałunku, kiedy myśli się o koloniach bakterii przechodzących z ciała ukochanego.
John Green potrafi portretować nastolatki stojące przed olbrzymimi wyzwaniami, tym razem jednak trochę gubi go rodzaj rozmachu. Nie przekonuje czytelników co do zauroczenia Davisa Azą (a stąd przecież ma wziąć się cała miłosna historia), ani do pędu Daisy do wielkich pieniędzy kosztem skrzywdzenia kolegi. Owszem, stopniowo ujawnia różne motywacje postaci i przez zagłębianie się w ich życiorysy naświetla część emocji – ale jest tego za mało, żeby uzasadnić cierpliwość. Davis jest tu chłopakiem idealnym: do niczego nie zmusza, imponuje delikatnością i wyrozumiałością, chociaż sam ma poważne problemy (brak rodziców oznacza, że musi zająć się młodszym bratem). Ta miłość może być wzruszająca dla nastoletnich idealistek, ale nie do końca wyjaśniona. Siłą „Żółwi aż do końca” staje się jak zwykle dobra narracja, pomysłowość w dziedzinie wykorzystywania nieogranych jeszcze symboli. Trudno jednak byłoby uznać tę książkę za lepszą niż „Gwiazd naszych wina” czy choćby „Szukając Alaski. Mniej tu beztroskiej młodości jako pretekstu do łamania reguł, a wcześnie bohaterowie muszą wydorośleć (a tego autor nie praktykował nawet w obliczu śmierci samych nastolatków). Podąża się za postaciami bardziej z przyzwyczajenia niż z ciekawości, nawet refrenowo powracający palec Azy nie zagwarantuje uzasadnienia dla jej wewnętrznych dziwactw. U Greena każdy ma prawo do normalnego życia i do wielkich uczuć – „Żółwie aż do końca” są skonstruowane na tej właśnie zasadzie, tyle tylko, że rozwiązania wydają się tu krótkowzroczne. Przez dystans do postaci John Green nie może wzruszać tak bardzo, jak by chciał.
Bakterie
Holmesy, czyli Aza Holmes, to nastolatka, która nie potrafi odnaleźć się w zwyczajnym świecie. Ma spore problemy z własną psychiką, a jej podstawowym zmartwieniem jest to, że nosi w ciele całe mnóstwo bakterii, które mogą w każdej chwili przejąć nad nią kontrolę. Okalecza się – regularnie i od lat rozdrapuje ranę na palcu, by na nowo ją dezynfekować i opatrywać. Obsesyjnie boi się zakażenia. W jej podejściu nie pomaga terapia ani leki, które zresztą bohaterka rzadko zażywa. Zmiana mentalności, choć konieczna, jest przecież niemożliwa. Holmes w zasadzie nie ma przyjaciół, poza jedną Daisy, która jest bardzo wyrozumiała i cierpliwa. Tylko Daisy traktuje Holmes normalnie – a że to bohaterka charakterystyczna dla prozy Johna Greena, nada tempo fabule przez szaleństwa dozwolone nastolatkom.
To Daisy przynosi wiadomość o stu tysiącach dolarów nagrody dla tego, kto wskaże miejsce pobytu miliardera. Russell Pickett uciekł przed aresztowaniem i nikt nie wie, gdzie się ukrywa. Daisy zamierza rozwiązać tę zagadkę i wskazać policji trop. Dla niej to szansa na lepsze życie: jest biedna, wie, że nie stać jej na opłacenie czesnego na studia, zmęczyła się też już pracą w sieciowej restauracji. Pamięta również o jednym: Holmes znała syna owego miliardera. Postanawia więc wciągnąć przyjaciółkę w działania detektywistyczne. I tak w życie odludka Holmes wkracza Davis, rówieśnik, który – jak się okazuje – doskonale wie, kim jest Aza i często o niej myśli. To oczywisty początek romansu nastolatków, pierwszej miłości, która musi pokonać rozmaite przeszkody, w tym – lęk Azy przed zakażeniem. Bo trudno choćby trzymać się za ręce, nie mówiąc o zwykłym pocałunku, kiedy myśli się o koloniach bakterii przechodzących z ciała ukochanego.
John Green potrafi portretować nastolatki stojące przed olbrzymimi wyzwaniami, tym razem jednak trochę gubi go rodzaj rozmachu. Nie przekonuje czytelników co do zauroczenia Davisa Azą (a stąd przecież ma wziąć się cała miłosna historia), ani do pędu Daisy do wielkich pieniędzy kosztem skrzywdzenia kolegi. Owszem, stopniowo ujawnia różne motywacje postaci i przez zagłębianie się w ich życiorysy naświetla część emocji – ale jest tego za mało, żeby uzasadnić cierpliwość. Davis jest tu chłopakiem idealnym: do niczego nie zmusza, imponuje delikatnością i wyrozumiałością, chociaż sam ma poważne problemy (brak rodziców oznacza, że musi zająć się młodszym bratem). Ta miłość może być wzruszająca dla nastoletnich idealistek, ale nie do końca wyjaśniona. Siłą „Żółwi aż do końca” staje się jak zwykle dobra narracja, pomysłowość w dziedzinie wykorzystywania nieogranych jeszcze symboli. Trudno jednak byłoby uznać tę książkę za lepszą niż „Gwiazd naszych wina” czy choćby „Szukając Alaski. Mniej tu beztroskiej młodości jako pretekstu do łamania reguł, a wcześnie bohaterowie muszą wydorośleć (a tego autor nie praktykował nawet w obliczu śmierci samych nastolatków). Podąża się za postaciami bardziej z przyzwyczajenia niż z ciekawości, nawet refrenowo powracający palec Azy nie zagwarantuje uzasadnienia dla jej wewnętrznych dziwactw. U Greena każdy ma prawo do normalnego życia i do wielkich uczuć – „Żółwie aż do końca” są skonstruowane na tej właśnie zasadzie, tyle tylko, że rozwiązania wydają się tu krótkowzroczne. Przez dystans do postaci John Green nie może wzruszać tak bardzo, jak by chciał.
niedziela, 3 grudnia 2017
Irena Jarocka: Nie wrócą te lata. Autobiografia i listy do męża. Oprac. Mariola Pryzwan
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Muzyczne zwierzenie
We wspomnieniach bliskich Irena Jarocka wypadała bardzo tendencyjnie, wydawało się wręcz, że wszyscy posługują się tym samym schematem postrzegania piosenkarki. Nic dziwnego, że tom pozostawił spory niedosyt. W książce „Nie wrócą te lata” Irena Jarocka przedstawia się sama – za sprawą wspomnień (traktowanych jako autobiografia) i listów do drugiego męża. To dodatek do ewentualnych biografii, bo zestaw faktów czytelnicy otrzymają za sprawą kalendarium na końcu książki. Sama artystka niespecjalnie odróżnia sprawy ważne od nieistotnych, skupia się na tym, co biografowie pominęliby milczeniem. Próbuje jednak rzetelnie wypełniać gatunkowe szablony i prowadzi chronologiczną relację dotyczącą pracy i życia. Zaczyna standardowo, od dzieciństwa i szkoły, ale już na tym etapie opowieści eksponuje własne zagubienie czy dystans do innych ludzi. Zwraca raczej uwagę na cenne lekcje i doświadczenia, które wryły się w pamięć za sprawą uroczystej atmosfery niż na codzienność. Akcentuje problemy, choćby z przyswajaniem materiału w szkole – ale ceni sobie zrozumienie nauczycielek. Nie ma w tej relacji gloryfikowania dzieciństwa i młodości, autorka tomu próbuje dość szybko przebrnąć przez obowiązkową część autoprezentacji, by przejść natychmiast do spraw dla niej dużo ciekawszych. A tymi sprawami są rodzina i kariera. O ile związku z pierwszym mężem Jarocka nie komentuje zbyt wylewnie, o tyle historii drugiej miłości przygląda się uważnie i z sentymentem. Dokładnie zajmuje się również tematem macierzyństwa – sporo miejsca poświęca córce i próbom pogodzenia kariery z wychowywaniem dziecka. Sama w sobie dostrzega bezwarunkową miłość i popełniane z jej powodu błędy wychowawcze – ale znajduje na to usprawiedliwienie. Zasadniczą część zwierzeń Ireny Jarockiej zajmują natomiast sprawy zawodowe: koncerty, trasy, wyjazdy zagraniczne, znajomości artystyczne. Autorka potrafi długo rozwodzić się nad niepowodzeniami – odnotowuje sytuacje, w których zawiedli agenci, musiała nocować w nieodpowiednich hotelach, mierzyć się z fatalnymi warunkami w garderobach czy cierpieć z powodu złej techniki. Radość dawali jej fani, ale też nie zawsze – znajdowali się bowiem i tacy, którzy swoimi zachowaniami budzili strach. Irena Jarocka łatwiej wspomina wszelkie niedociągnięcia niż radości, ale stara się unikać tonu skargi – bardziej rejestruje, z jakimi problemami się mierzyła (a o jakich publiczność nie miała pojęcia).
Drugą, mniejszą część książki zajmują listy do Michała Sobolewskiego, oczywiste i bezustanne zapewnienia o miłości i tęsknocie, wyrazy troski i głębokiego zaangażowania w związek. Zastanawia, dlaczego nie ma tu odpowiedzi – jednostronna korespondencja nie stanowi uzupełnienia memuarów, a ciekawostkę z dziedziny epistolografii. Dużo więcej niż z czułych zapewnień o miłości dowiedzieć się można z bogatego materiału graficznego. Książkę zdobią zdjęcia z rodzinnych albumów oraz profesjonalnych sesji fotograficznych, przedruki okładek i fragmentów artykułów (również z prasy obcojęzycznej). To wszystko stanowi ważne dopełnienie zwierzeń artystki, umożliwia zagłębienie się w jej świat. Tom „Nie wrócą te lata” opracowała Mariola Pryzwan, która dała się już poznać między innymi jako redaktorka wielu zbiorów wspomnień. Tym razem daje odbiorcom szansę przypomnienia sobie sylwetki Ireny Jarockiej, ale dzięki jej zapiskom i listom zyskuje opowieść bardzo osobistą.
Muzyczne zwierzenie
We wspomnieniach bliskich Irena Jarocka wypadała bardzo tendencyjnie, wydawało się wręcz, że wszyscy posługują się tym samym schematem postrzegania piosenkarki. Nic dziwnego, że tom pozostawił spory niedosyt. W książce „Nie wrócą te lata” Irena Jarocka przedstawia się sama – za sprawą wspomnień (traktowanych jako autobiografia) i listów do drugiego męża. To dodatek do ewentualnych biografii, bo zestaw faktów czytelnicy otrzymają za sprawą kalendarium na końcu książki. Sama artystka niespecjalnie odróżnia sprawy ważne od nieistotnych, skupia się na tym, co biografowie pominęliby milczeniem. Próbuje jednak rzetelnie wypełniać gatunkowe szablony i prowadzi chronologiczną relację dotyczącą pracy i życia. Zaczyna standardowo, od dzieciństwa i szkoły, ale już na tym etapie opowieści eksponuje własne zagubienie czy dystans do innych ludzi. Zwraca raczej uwagę na cenne lekcje i doświadczenia, które wryły się w pamięć za sprawą uroczystej atmosfery niż na codzienność. Akcentuje problemy, choćby z przyswajaniem materiału w szkole – ale ceni sobie zrozumienie nauczycielek. Nie ma w tej relacji gloryfikowania dzieciństwa i młodości, autorka tomu próbuje dość szybko przebrnąć przez obowiązkową część autoprezentacji, by przejść natychmiast do spraw dla niej dużo ciekawszych. A tymi sprawami są rodzina i kariera. O ile związku z pierwszym mężem Jarocka nie komentuje zbyt wylewnie, o tyle historii drugiej miłości przygląda się uważnie i z sentymentem. Dokładnie zajmuje się również tematem macierzyństwa – sporo miejsca poświęca córce i próbom pogodzenia kariery z wychowywaniem dziecka. Sama w sobie dostrzega bezwarunkową miłość i popełniane z jej powodu błędy wychowawcze – ale znajduje na to usprawiedliwienie. Zasadniczą część zwierzeń Ireny Jarockiej zajmują natomiast sprawy zawodowe: koncerty, trasy, wyjazdy zagraniczne, znajomości artystyczne. Autorka potrafi długo rozwodzić się nad niepowodzeniami – odnotowuje sytuacje, w których zawiedli agenci, musiała nocować w nieodpowiednich hotelach, mierzyć się z fatalnymi warunkami w garderobach czy cierpieć z powodu złej techniki. Radość dawali jej fani, ale też nie zawsze – znajdowali się bowiem i tacy, którzy swoimi zachowaniami budzili strach. Irena Jarocka łatwiej wspomina wszelkie niedociągnięcia niż radości, ale stara się unikać tonu skargi – bardziej rejestruje, z jakimi problemami się mierzyła (a o jakich publiczność nie miała pojęcia).
Drugą, mniejszą część książki zajmują listy do Michała Sobolewskiego, oczywiste i bezustanne zapewnienia o miłości i tęsknocie, wyrazy troski i głębokiego zaangażowania w związek. Zastanawia, dlaczego nie ma tu odpowiedzi – jednostronna korespondencja nie stanowi uzupełnienia memuarów, a ciekawostkę z dziedziny epistolografii. Dużo więcej niż z czułych zapewnień o miłości dowiedzieć się można z bogatego materiału graficznego. Książkę zdobią zdjęcia z rodzinnych albumów oraz profesjonalnych sesji fotograficznych, przedruki okładek i fragmentów artykułów (również z prasy obcojęzycznej). To wszystko stanowi ważne dopełnienie zwierzeń artystki, umożliwia zagłębienie się w jej świat. Tom „Nie wrócą te lata” opracowała Mariola Pryzwan, która dała się już poznać między innymi jako redaktorka wielu zbiorów wspomnień. Tym razem daje odbiorcom szansę przypomnienia sobie sylwetki Ireny Jarockiej, ale dzięki jej zapiskom i listom zyskuje opowieść bardzo osobistą.
Alice Pantermüller: Pamiętnik Zuzy-łobuzy. Francja - elegancja
Jaguar, Warszawa 2017.
Zaloty
Zuza to dziewczynka niesforna, która całkiem często wpada w tarapaty. Nie pomaga jej nawet gra na czarodziejskim indyjskim flecie, bo to tylko powiększa aktualne problemy. Zuza funkcjonuje w szkolnym środowisku, a tu okazji do psot ma bardzo dużo. Tym razem w tej społeczności rozpoczyna się tydzień projektów „naukowych”, interaktywnych zajęć, podczas których dzieci mogą rozwijać pozaszkolne zainteresowania: poznawać Bollywood, kuchnie świata, podstawy chińskiej kaligrafii, origami i wiele innych ciekawostek. Każdy może sobie wybrać zajęcia najbardziej zgodne z jego pasjami. Ale Alice Pantermüller tym razem wcale nie zajmuje się przybliżaniem wyborów bohaterów. Szkolne propozycje stanowią tło dla obyczajowych konfliktów.
Zuza poznaje nowego kolegę. W ramach kulturowej wymiany z Francji przybywa jej rówieśnik. W wielu przypadkach – nie tylko powieściowych – taka sytuacja byłaby punktem wyjścia do snucia fabularnego romansu. Tyle że Zuza niezbyt chce bratać się z francuskim uczniem. Stroni od niego, w odróżnieniu od robiącej maślane oczy Zośki. Chłopcu natomiast wyraźnie Zuza się podoba – chodzi za nią krok w krok i zachwyca się kolejnymi zwariowanymi pomysłami. W wersji Zuzy te pomysły mają odstraszać adoratora, ale nie jest to proste. Bohaterka zdaje sobie sprawę, że ze względu na barierę językową nie dogada się ze znajomym, a tradycyjne metody odstraszania raczej nie działają. „Francja – elegancja”, kolejny tomik cyklu, to kaskady śmiechu dla małych odbiorczyń, ale też zestaw dość wyszukanych żartów. Ryzykownych, bo Zuza może sobie pozwolić na ignorancję w rozmaitych dziedzinach, nawet jeśli poprawia gorzej poinformowanych kolegów, nie oznacza to, że podaje prawdziwe wiadomości. Tych autora nie prostuje, liczy na wykształcenie czytelników lub podpowiedzi dorosłych. Jednak powieści komiksowe to już lektury do samodzielnego czytania i wiele dzieci nie zainteresuje się kwestią prostowania pomyłki, odnotowując jedynie fałszywe „dane” lub, co gorsza, przyjmując je za pewnik. Alice Pantermüller z pewnością zamierzała wykorzystać tutaj dowcip – ale to dla części odbiorców zbyt hermetyczne rozwiązanie.
„Pamiętnik Zuzy-łobuzy. Francja – elegancja” pokazuje, jak bardzo autorka chce rozśmieszać najmłodszych odbiorców. Dzieje się tu sporo, a kolejne sekwencje historii są obliczane na śmiech maluchów, autorka stawia na dynamikę, szybkie zmiany i karykatury postaci. Nieprzypadkowo Zośka skacze do wody „na bombę”, a Francuzi kojarzą się Zuzie tylko ze śmierdzącym serem. Humorystyczny jest wyolbrzymiany strach dziewczynki przed tym, co obce – ale w wersji dziecięcej to następne źródło śmiechu, nie ma tu mowy o prześladowaniach czy agresji płynącej z tego lęku. Francuz może podejmować dowolne próby podrywu, i tak Zuza na razie uniknie sercowych dylematów. I chociaż części twórców wyda się to zabiegiem niezrozumiałym, pozwala się wyróżnić na rynku.
Alice Pantermüller stawia na powieść komiksową, w czym pomaga jej Daniela Kohl, autorka zwariowanych grafik. Duża część przygód Zuzy charakteryzowana jest właśnie przez ilustracje – w książce unika się rozbudowanych opisów, emocje postaci czy miniaturowe scenki oceniające sytuacje lub puentujące opowieść. Nie brakuje rozbudowanych (to jest wyposażonych w ramiona i dłonie) „emotek” po każdym akapicie – w ten sposób Alice Pantermüller sygnalizuje przeżycia bohaterki i trafia do dzieci już wychowanych na komunikatorach internetowych. Zwykle te akurat emotki po prostu powtarzają zjawiska znane z tekstu lub z niego płynące, autorka nie wprowadza ironicznych rozbieżności – takie zabawy przestałyby być zrozumiałe dla grupy docelowej. Zuza trafi przede wszystkim do swoich fanów, miłośników powieści komiksowych w stylu pop.
Zaloty
Zuza to dziewczynka niesforna, która całkiem często wpada w tarapaty. Nie pomaga jej nawet gra na czarodziejskim indyjskim flecie, bo to tylko powiększa aktualne problemy. Zuza funkcjonuje w szkolnym środowisku, a tu okazji do psot ma bardzo dużo. Tym razem w tej społeczności rozpoczyna się tydzień projektów „naukowych”, interaktywnych zajęć, podczas których dzieci mogą rozwijać pozaszkolne zainteresowania: poznawać Bollywood, kuchnie świata, podstawy chińskiej kaligrafii, origami i wiele innych ciekawostek. Każdy może sobie wybrać zajęcia najbardziej zgodne z jego pasjami. Ale Alice Pantermüller tym razem wcale nie zajmuje się przybliżaniem wyborów bohaterów. Szkolne propozycje stanowią tło dla obyczajowych konfliktów.
Zuza poznaje nowego kolegę. W ramach kulturowej wymiany z Francji przybywa jej rówieśnik. W wielu przypadkach – nie tylko powieściowych – taka sytuacja byłaby punktem wyjścia do snucia fabularnego romansu. Tyle że Zuza niezbyt chce bratać się z francuskim uczniem. Stroni od niego, w odróżnieniu od robiącej maślane oczy Zośki. Chłopcu natomiast wyraźnie Zuza się podoba – chodzi za nią krok w krok i zachwyca się kolejnymi zwariowanymi pomysłami. W wersji Zuzy te pomysły mają odstraszać adoratora, ale nie jest to proste. Bohaterka zdaje sobie sprawę, że ze względu na barierę językową nie dogada się ze znajomym, a tradycyjne metody odstraszania raczej nie działają. „Francja – elegancja”, kolejny tomik cyklu, to kaskady śmiechu dla małych odbiorczyń, ale też zestaw dość wyszukanych żartów. Ryzykownych, bo Zuza może sobie pozwolić na ignorancję w rozmaitych dziedzinach, nawet jeśli poprawia gorzej poinformowanych kolegów, nie oznacza to, że podaje prawdziwe wiadomości. Tych autora nie prostuje, liczy na wykształcenie czytelników lub podpowiedzi dorosłych. Jednak powieści komiksowe to już lektury do samodzielnego czytania i wiele dzieci nie zainteresuje się kwestią prostowania pomyłki, odnotowując jedynie fałszywe „dane” lub, co gorsza, przyjmując je za pewnik. Alice Pantermüller z pewnością zamierzała wykorzystać tutaj dowcip – ale to dla części odbiorców zbyt hermetyczne rozwiązanie.
„Pamiętnik Zuzy-łobuzy. Francja – elegancja” pokazuje, jak bardzo autorka chce rozśmieszać najmłodszych odbiorców. Dzieje się tu sporo, a kolejne sekwencje historii są obliczane na śmiech maluchów, autorka stawia na dynamikę, szybkie zmiany i karykatury postaci. Nieprzypadkowo Zośka skacze do wody „na bombę”, a Francuzi kojarzą się Zuzie tylko ze śmierdzącym serem. Humorystyczny jest wyolbrzymiany strach dziewczynki przed tym, co obce – ale w wersji dziecięcej to następne źródło śmiechu, nie ma tu mowy o prześladowaniach czy agresji płynącej z tego lęku. Francuz może podejmować dowolne próby podrywu, i tak Zuza na razie uniknie sercowych dylematów. I chociaż części twórców wyda się to zabiegiem niezrozumiałym, pozwala się wyróżnić na rynku.
Alice Pantermüller stawia na powieść komiksową, w czym pomaga jej Daniela Kohl, autorka zwariowanych grafik. Duża część przygód Zuzy charakteryzowana jest właśnie przez ilustracje – w książce unika się rozbudowanych opisów, emocje postaci czy miniaturowe scenki oceniające sytuacje lub puentujące opowieść. Nie brakuje rozbudowanych (to jest wyposażonych w ramiona i dłonie) „emotek” po każdym akapicie – w ten sposób Alice Pantermüller sygnalizuje przeżycia bohaterki i trafia do dzieci już wychowanych na komunikatorach internetowych. Zwykle te akurat emotki po prostu powtarzają zjawiska znane z tekstu lub z niego płynące, autorka nie wprowadza ironicznych rozbieżności – takie zabawy przestałyby być zrozumiałe dla grupy docelowej. Zuza trafi przede wszystkim do swoich fanów, miłośników powieści komiksowych w stylu pop.
sobota, 2 grudnia 2017
Suzanne Barbezat: Frida Kahlo prywatnie
Marginesy, Warszawa 2017.
Album biograficzny
Na fali mody na Fridę Kahlo Suzanne Barbezat tworzy biograficzny album przepełniony reprodukcjami dzieł. W tomie „Frida Kahlo prywatnie” malarstwo momentami dominuje nad życiorysem, a więc trudno do końca mówić o prywatności. Autorka stara się ze szczegółami opowiedzieć egzystencję artystki. Ze szczegółami, dodać należy, malarskimi, bo gdy na przykład opisuje szkołę nastoletniej bohaterki, skupia się na architektonicznych rozwiązaniach i historii budynku. Dba o nakreślanie kontekstu – uświadamia odbiorcom, w jakim społeczeństwie malarka dorastała, nie zawsze wiąże te doświadczenia z twórczością, ale kiedy już je przedstawia, liczy na to, że posłużą do analizowania dzieł lub przynajmniej życiowych wyborów. Sięga do różnorodnych źródeł – wzbogaca narrację albo fragmentami cudzych dziennikowych zapisków, albo nawiązaniami do marzeń i planów kobiety. Frida Kahlo jest tu oceniana z zewnątrz, ale przez wszechwiedzącego narratora, nie ma szans na ukrycie żadnej zarejestrowanej reakcji. Uczucia i stany emocjonalne uzupełniają szereg dat i wydarzeń. Autorka przedstawia relacje Fridy z bliskimi, szczególną uwagą darząc męża bohaterki – związkowi przygląda się najdokładniej, przekonana, że to właśnie ta relacja najbardziej ukształtowała Fridę jako artystkę. Nie doszukuje się w ramach przytaczania życiorysu nawiązań do tworzonych obrazów. Wyraźnie oddziela te dwie sfery – kiedy przedstawia obrazy, skupia się na dokładnym omówieniu kompozycji, tematów, barw, ale i odniesień do doświadczeń, które artystka kodowała w symbolach – dopiero wtedy. Dokładnie omawia nawet kolorystykę, jak najpełniej. A przecież większość dzieł odbiorcy mogą od razu obejrzeć na reprodukcjach dobrej jakości. Sporo ich w tomie i znakomicie uzupełniają wywody. W częściach „twórczych” autorka odwołuje się również do fragmentów recenzji, fachowych analiz, które pomagają w interpretowaniu obrazów i składają się na wizerunek malarki. Frida Kahlo często tworzy autoportrety – więc udaje się Barbezat scalać opowieść o jej życiu i o malarstwie. Poza obrazami na warstwę graficzną tomu składają się dokumenty, zdjęcia z albumów lub zdjęcia miejsc ważnych dla Fridy – to znów próba pokazania powiązań rzeczywistości i sztuki. Zadziwiająco dużo miejsca w książce zajmuje polityka – tej, w odróżnieniu od twórczości, nie da się wyodrębnić z biograficznej opowieści.
„Frida Kahlo prywatnie” to piękny album, ale niektóre reprodukcje powracają w nim po kilka razy – nie jest to przeszkodą, raczej okazją do ponownego przyjrzenia się pracom (które ilustrują już inny motyw egzystencji). Suzanne Barbezat wykorzystuje modę na Fridę, żeby jak najpełniej przedstawić rozpoznawalną bohaterkę. Wynajduje to, co może przyciągnąć czytelników – podkreśla zwłaszcza znaczenie małżeństwa i zaangażowanie w sprawy społeczne. Sięga do pamiętników, gdy szuka motywacji bohaterki tomu. Sprawdza, jak w tym związku funkcjonował Diego – nie pomija jego ambicji i życiowych wyborów. Mimo że ta książka jest dobrze napisana, jako typowa biografia popularyzatorska, uwagę przyciąga mnogość obrazów, autoportretów i zdjęć. To sposób na zaangażowanie odbiorców w lekturę i przedstawienie artystki, którą rozpoznają wszyscy, bez względu na stan wiedzy o jej życiu i dokonaniach. Jest zatem „Frida Kahlo prywatnie” nie tylko propozycją dla zainteresowanych historią sztuki. To tom przybliżający sylwetkę malarki zwykłym odbiorcom – w barwny sposób. Obszerna publikacja wydana na kredowym papierze stanowić może ozdobę biblioteczek – zwłaszcza że kusi udanym przedstawieniem tematu.
Album biograficzny
Na fali mody na Fridę Kahlo Suzanne Barbezat tworzy biograficzny album przepełniony reprodukcjami dzieł. W tomie „Frida Kahlo prywatnie” malarstwo momentami dominuje nad życiorysem, a więc trudno do końca mówić o prywatności. Autorka stara się ze szczegółami opowiedzieć egzystencję artystki. Ze szczegółami, dodać należy, malarskimi, bo gdy na przykład opisuje szkołę nastoletniej bohaterki, skupia się na architektonicznych rozwiązaniach i historii budynku. Dba o nakreślanie kontekstu – uświadamia odbiorcom, w jakim społeczeństwie malarka dorastała, nie zawsze wiąże te doświadczenia z twórczością, ale kiedy już je przedstawia, liczy na to, że posłużą do analizowania dzieł lub przynajmniej życiowych wyborów. Sięga do różnorodnych źródeł – wzbogaca narrację albo fragmentami cudzych dziennikowych zapisków, albo nawiązaniami do marzeń i planów kobiety. Frida Kahlo jest tu oceniana z zewnątrz, ale przez wszechwiedzącego narratora, nie ma szans na ukrycie żadnej zarejestrowanej reakcji. Uczucia i stany emocjonalne uzupełniają szereg dat i wydarzeń. Autorka przedstawia relacje Fridy z bliskimi, szczególną uwagą darząc męża bohaterki – związkowi przygląda się najdokładniej, przekonana, że to właśnie ta relacja najbardziej ukształtowała Fridę jako artystkę. Nie doszukuje się w ramach przytaczania życiorysu nawiązań do tworzonych obrazów. Wyraźnie oddziela te dwie sfery – kiedy przedstawia obrazy, skupia się na dokładnym omówieniu kompozycji, tematów, barw, ale i odniesień do doświadczeń, które artystka kodowała w symbolach – dopiero wtedy. Dokładnie omawia nawet kolorystykę, jak najpełniej. A przecież większość dzieł odbiorcy mogą od razu obejrzeć na reprodukcjach dobrej jakości. Sporo ich w tomie i znakomicie uzupełniają wywody. W częściach „twórczych” autorka odwołuje się również do fragmentów recenzji, fachowych analiz, które pomagają w interpretowaniu obrazów i składają się na wizerunek malarki. Frida Kahlo często tworzy autoportrety – więc udaje się Barbezat scalać opowieść o jej życiu i o malarstwie. Poza obrazami na warstwę graficzną tomu składają się dokumenty, zdjęcia z albumów lub zdjęcia miejsc ważnych dla Fridy – to znów próba pokazania powiązań rzeczywistości i sztuki. Zadziwiająco dużo miejsca w książce zajmuje polityka – tej, w odróżnieniu od twórczości, nie da się wyodrębnić z biograficznej opowieści.
„Frida Kahlo prywatnie” to piękny album, ale niektóre reprodukcje powracają w nim po kilka razy – nie jest to przeszkodą, raczej okazją do ponownego przyjrzenia się pracom (które ilustrują już inny motyw egzystencji). Suzanne Barbezat wykorzystuje modę na Fridę, żeby jak najpełniej przedstawić rozpoznawalną bohaterkę. Wynajduje to, co może przyciągnąć czytelników – podkreśla zwłaszcza znaczenie małżeństwa i zaangażowanie w sprawy społeczne. Sięga do pamiętników, gdy szuka motywacji bohaterki tomu. Sprawdza, jak w tym związku funkcjonował Diego – nie pomija jego ambicji i życiowych wyborów. Mimo że ta książka jest dobrze napisana, jako typowa biografia popularyzatorska, uwagę przyciąga mnogość obrazów, autoportretów i zdjęć. To sposób na zaangażowanie odbiorców w lekturę i przedstawienie artystki, którą rozpoznają wszyscy, bez względu na stan wiedzy o jej życiu i dokonaniach. Jest zatem „Frida Kahlo prywatnie” nie tylko propozycją dla zainteresowanych historią sztuki. To tom przybliżający sylwetkę malarki zwykłym odbiorcom – w barwny sposób. Obszerna publikacja wydana na kredowym papierze stanowić może ozdobę biblioteczek – zwłaszcza że kusi udanym przedstawieniem tematu.
piątek, 1 grudnia 2017
Agnieszka Radwańska: Jestem Isia. Rozmawia Artur Rolak
Burda, Warszawa 2017.
Rakieta
Wywiady-rzeki ze sportowcami to lektury nie tylko dla kibiców. Trudno przecież oczekiwać od tych, którzy na co dzień ciężko trenują, analiz wysiłku fizycznego, a choćby i szczegółów rywalizacji. Nawet nie w tym rzecz, że trudno odtwarzać sportowe emocje na zawołanie, ale kwestie przygotowań czy startów w dowolnej dyscyplinie dla czytelników byłyby raczej mało strawne. Dlatego trzeba znaleźć inny pomysł, wcielić się w zwykłego, nawet przypadkowego odbiorcę, który gwiazdę sportu potraktuje po prostu jak celebrytę – zechce dowiedzieć się czegoś o pracy, czegoś o życiu prywatnym, a przy tym zyska smaczki w postaci wiadomości o wynagrodzeniu, problemach sercowych, „skandalach” i całej zwyczajności. „Jestem Isia” to tom, w którym z Agnieszką Radwańską rozmawia Artur Rolak – i ten dziennikarz nie dość, że zdobył pełne zaufanie tenisistki, to jeszcze wie, jak i o co pytać, żeby było zajmująco dla czytelników. Czerpie ze schematów, ale radzi z tym sobie za sprawą familiarności i spokoju. Wie, kiedy wkracza na grząskie tereny, woli uprzedzić Radwańską, że chciałby zadać niewygodne pytanie niż narażać siebie na odmowę, a rozmówczynię na konieczność przekreślenia miłej atmosfery.
Bo miła atmosfera, wpisana zresztą w gatunek, to wyznacznik rozmowy. W „Jestem Isia” króluje dyplomacja – tam, gdzie nie da się szczerze, żeby nie rozbijać klimatu całości, lepiej posłużyć się zręcznym wybiegiem, unikiem, wymijającą i bezpieczną kwestią. Nikt tego Radwańskiej nie ma za złe, skoro rozwiązanie wpisuje się w konwencję. A Artur Rolak, niezależnie od sympatii do Agnieszki Radwańskiej, pewne kwestie poruszyć musi, skoro decyduje się na quasi-biograficzną opowieść. Zresztą odbiorcy nie darowaliby mu, gdyby udawał, że nie istnieje motyw konfliktu z ojcem, rozwodu rodziców, zbliżającego się ślubu, porażek w głośnych turniejach albo relacji z rywalkami. Rozpoczyna się tom od szybkiego przeglądu dzieciństwa, równie błyskawicznie wprowadza się do opowieści Urszulę. I już Artur Rolak przemiksowuje tenisowe turnieje i treningi z kwestią szkoły. Później zajmuje się prezentowaniem rodziców, przy okazji szkicując sprawę trenera. Tu Isia może opowiedzieć o charakterze ojca – żądna to tajemnica, wszystko już w mediach było. Artur Rolak odnosi się i do przyjaźni z kortów, i do ulubionego manicure’u, nie może pominąć też tematu wiary i… pozowania nago (łączonych tylko przez dawne medialne pseudosensacje) – ale tym Radwańskiej nie zadręcza. Przychyla się raczej do tego, o czym tenisistka chce opowiadać i to się sprawdza: Isia jest zrelaksowana i zadowolona, chętniej podejmuje rozmowę i bawi się wywiadem.
„Jestem Isia” to w ogóle album, wywiad momentami schodzi na daleki plan, ważniejsze są artystyczne fotografie sportsmenki, efekty profesjonalnych sesji zdjęciowych lub fotografie sportowe, z momentów uchwyconych podczas meczy. I jedne, i drugie składają się na „celebrycki” wizerunek Isi, fani otrzymają też zestaw zdjęć z rodzinnego albumu. Nie ma tu pogłębiania tematów znanych, jest raczej wygodnie, raczej bezpiecznie i raczej bezkonfliktowo, autor potrafi zapytać o sprawy osobiste lub związane z fizjologią, o uczucia – ale i o tematy zawodowe, te połączone z emocjami z kortu. Podsuwa tym samym odbiorcom książkę na pozór pełną faktów o Isi, stanowiącą uzupełnienie medialnych doniesień – ale też mocno skrótową, powierzchowną i ostrożną. Bohaterka tomu zyskuje szansę na autoprezentację, zaistnienie na książkowym rynku – a nie płaci za to zbyt wysokiej ceny, może zachować prywatność. „Jestem Isia” to publikacja, z której lepiej się Agnieszki Radwańskiej nie pozna, rodzaj książkowej wizytówki.
Rakieta
Wywiady-rzeki ze sportowcami to lektury nie tylko dla kibiców. Trudno przecież oczekiwać od tych, którzy na co dzień ciężko trenują, analiz wysiłku fizycznego, a choćby i szczegółów rywalizacji. Nawet nie w tym rzecz, że trudno odtwarzać sportowe emocje na zawołanie, ale kwestie przygotowań czy startów w dowolnej dyscyplinie dla czytelników byłyby raczej mało strawne. Dlatego trzeba znaleźć inny pomysł, wcielić się w zwykłego, nawet przypadkowego odbiorcę, który gwiazdę sportu potraktuje po prostu jak celebrytę – zechce dowiedzieć się czegoś o pracy, czegoś o życiu prywatnym, a przy tym zyska smaczki w postaci wiadomości o wynagrodzeniu, problemach sercowych, „skandalach” i całej zwyczajności. „Jestem Isia” to tom, w którym z Agnieszką Radwańską rozmawia Artur Rolak – i ten dziennikarz nie dość, że zdobył pełne zaufanie tenisistki, to jeszcze wie, jak i o co pytać, żeby było zajmująco dla czytelników. Czerpie ze schematów, ale radzi z tym sobie za sprawą familiarności i spokoju. Wie, kiedy wkracza na grząskie tereny, woli uprzedzić Radwańską, że chciałby zadać niewygodne pytanie niż narażać siebie na odmowę, a rozmówczynię na konieczność przekreślenia miłej atmosfery.
Bo miła atmosfera, wpisana zresztą w gatunek, to wyznacznik rozmowy. W „Jestem Isia” króluje dyplomacja – tam, gdzie nie da się szczerze, żeby nie rozbijać klimatu całości, lepiej posłużyć się zręcznym wybiegiem, unikiem, wymijającą i bezpieczną kwestią. Nikt tego Radwańskiej nie ma za złe, skoro rozwiązanie wpisuje się w konwencję. A Artur Rolak, niezależnie od sympatii do Agnieszki Radwańskiej, pewne kwestie poruszyć musi, skoro decyduje się na quasi-biograficzną opowieść. Zresztą odbiorcy nie darowaliby mu, gdyby udawał, że nie istnieje motyw konfliktu z ojcem, rozwodu rodziców, zbliżającego się ślubu, porażek w głośnych turniejach albo relacji z rywalkami. Rozpoczyna się tom od szybkiego przeglądu dzieciństwa, równie błyskawicznie wprowadza się do opowieści Urszulę. I już Artur Rolak przemiksowuje tenisowe turnieje i treningi z kwestią szkoły. Później zajmuje się prezentowaniem rodziców, przy okazji szkicując sprawę trenera. Tu Isia może opowiedzieć o charakterze ojca – żądna to tajemnica, wszystko już w mediach było. Artur Rolak odnosi się i do przyjaźni z kortów, i do ulubionego manicure’u, nie może pominąć też tematu wiary i… pozowania nago (łączonych tylko przez dawne medialne pseudosensacje) – ale tym Radwańskiej nie zadręcza. Przychyla się raczej do tego, o czym tenisistka chce opowiadać i to się sprawdza: Isia jest zrelaksowana i zadowolona, chętniej podejmuje rozmowę i bawi się wywiadem.
„Jestem Isia” to w ogóle album, wywiad momentami schodzi na daleki plan, ważniejsze są artystyczne fotografie sportsmenki, efekty profesjonalnych sesji zdjęciowych lub fotografie sportowe, z momentów uchwyconych podczas meczy. I jedne, i drugie składają się na „celebrycki” wizerunek Isi, fani otrzymają też zestaw zdjęć z rodzinnego albumu. Nie ma tu pogłębiania tematów znanych, jest raczej wygodnie, raczej bezpiecznie i raczej bezkonfliktowo, autor potrafi zapytać o sprawy osobiste lub związane z fizjologią, o uczucia – ale i o tematy zawodowe, te połączone z emocjami z kortu. Podsuwa tym samym odbiorcom książkę na pozór pełną faktów o Isi, stanowiącą uzupełnienie medialnych doniesień – ale też mocno skrótową, powierzchowną i ostrożną. Bohaterka tomu zyskuje szansę na autoprezentację, zaistnienie na książkowym rynku – a nie płaci za to zbyt wysokiej ceny, może zachować prywatność. „Jestem Isia” to publikacja, z której lepiej się Agnieszki Radwańskiej nie pozna, rodzaj książkowej wizytówki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






